Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Grento YTP

Brony
  • Content Count

    472
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    9

Grento YTP last won the day on October 7

Grento YTP had the most liked content!

Community Reputation

264 Wzorowa

About Grento YTP

  • Rank
    S.T.A.L.K.E.R.
  • Birthday 02/09/1997

Kontakt

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    Krosno
  • Zainteresowania
    książki, gry, pisanie, sport
  • Ulubiona postać
    Nie ma :P

Recent Profile Visitors

2,506 profile views
  1. Jak najbardziej @Cahan, nie ma sprawy. Skoro taka była interpretacja, to rzeczywiście dałem ciała. Pomimo tego, oceny odnośnie fanfika i tak nie zmieniam, bo wciąż jest dobrym kawałkiem tekstu. Za bardzo skupiłem się na tytule i wręcz oczekiwałem, że będzie to parodia Greya. Nie pamiętam z treningów tańca towarzyskiego seksownych oddechów xd. Partner i partnerka zazwyczaj po dłuższym czasie się nienawidzą bądź sobą wobec siebie co najwyżej naturalni. Rzadko kiedy się lubią. No cóż, wszystko zostało napisane w dwuznaczny sposób, a Rainbow mogła oglądać takie porno, które Fluttershy uznała za słabe. No ale każdy powinien mieć prawdo do własnej interpretacji, nawet poloniści, którzy w firankach z wierszy Szymborskiej, widzą jakąś wielką przenośnie, podczas gdy to tylko firanki. xd Pozdrawiam!
  2. O nieee… Już zdarzało mi się komentować fiki, w których pacing, narracja, wątki przebiegały zbyt chaotycznie oraz szybko. Tutaj natomiast akcja zakrzywia czasoprzestrzeń, przekraczając prędkość światła. Naukowcy będą mieli co badać. SPOJLERY Do tej pory nie do końca rozumiem, co tu się wydarzyło. Półtorej strony… PÓŁTOREJ STRONY, a historii jest tak dużo, że spokojnie można by to rozpisać na na kilkadziesiąt stron. Kilkadziesiąt interesujących stron opisujących zwykłe perypetie naszych głównych bohaterek. Byłoby to spokojne Slice of Life, bez żadnych epickich przygód, jednak nie ma w tym nic złego. Takie rzeczy również mają prawo istnieć i powinny istnieć. Lecz nie w takiej formie. Od razu, już na samym początku powiem, że zostało to napisane bardzo źle. Całość przypomina jakieś streszczenie, a nie prawdziwy fanfik. Nie ma tu żadnych emocji. Złota zasada o tym, aby pokazywać, nie opisywać jest tu łamana nagminnie. Nie ma w tym żadnej ikry, żadnych emocji. Jedynie następujące po sobie zdania wypluwane tak szybko jak pociski z działka obrotowego Vulkan. Ech… No więc, jak to się zaczyna? Do Applejack pracującej na farmie przybywa Pinkie Pie, która prosi ją o pomoc w organizowaniu przyjęcia wystawianego przez Rarity. “Zapowiedziała ona, iż w tym dniu Rarity wraz z nią chce zorganizować przyjęcie, na których nie mogło zabraknąć co prawda wielu rzeczy, ale głównie Applejack i jej jabłek. Zgodziła się.” Wow, organizuje imbę, ale nie powiadomiła wcześniej o tym, że będą jej potrzebne takie składniki jak jabłka? Ech. No okej. W każdy razie Aj prosi Pinkie o to, aby spytała resztę przyjaciółek o to, czy jej pomogą w transporcie jabłek. Ta odskakuje i odwiedza kolejne Mane 6, jednak wszystkie inne mają lepsze rzeczy do roboty, a Rainbow Dash gdzieś zniknęła (oczywiście, bo to Element Lojalności). “Spike przyszedł osobiście do Applejack, aby ją przeprosić w imieniu Twilight Sparkle, która, jak już wcześniej wspomniała Pinkie, musi uczyć się z rozkazu księżniczki. Applejack zrozumiała to, również zrozumiała sytuację Fluttershy, która musiała zaopiekować się ptakiem, który podczas lotu uderzył w drzewo i złamał skrzydło.” Taa… musi się uczyć. Później się dowiemy, że wcale nie musiała, bo bez przeszkód przyszła pomóc. Ktoś tu leci w kulki. No i do tego ta Fluttershy… Jaką ona ma wymówkę? To, że ptaszek złamał sobie skrzydło? Jaka szkoda, bo wystarczy zostawić to zwierze w klatce, żeby sobie odpoczywało. Jak chce go leczyć? Patrząc na niego? No raczej nie przeprowadzi żadnej operacji, bo nie jest weterynarzem jak Doktor Fauna. Wiem, że to rok 2012 i jeszcze ta postać nie została nam przedstawiona, jednak nawet w pierwszym sezonie nie dostaliśmy informacji o tym, że Fluttershy wykonywała jakiekolwiek zabiegi medyczne. Była tylko opiekunką dla zwierząt i nic więcej. Więc co innego mogła zrobić, oprócz wsadzenia ptaka do klatki? Już samo to jest absurdalne, gdyż powinna go po prostu zanieść do weterynarza. “Rarity jednak nie ustąpiła i naciskała dalej, coraz częściej posyłając uprzejmą i w stu procentach posłuszną Pinkie. Applejack po kilku próbach nie wytrzymała i wybuchła. Dosłownie. Wrzasnęła na Pinkie tak bardzo, że Pie uciekła z płaczem, a zanim weszła do Rarity, odwiedziła Rainbow Dash u której mogła się spokojnie wypłakać.” Applejack wybuchła? Tak dosłownie eksplodowała niczym granat odłamkowy? W sumie, wcale się nie dziwię naszej farmerce. Po pierwsze; nagle ni z guchy ni z pietruchy ta głupia Rarity zaczęła kręcić nosem na wszystkich, bo nie mają czasu jej pomóc. Nie zadeklarowała się wcześniej, więc czemu tak bardzo narzeka? Inne kucyki mają również swoje własne sprawy na grzywie. Biała krawcowa nie może oczekiwać od wszystkich, że rzucą natychmiast to, czym się zajmują, aby jej pomóc. A w tej historii to Applejack jest przedstawiona jako ta, która musi przepraszać. Pomimo tego, że chciała pomóc przyjaciółce, ale sama również potrzebowała wsparcia… Ech, co za absurd. No ale po tych “wybuchu” Pinkie leci z płaczem do Rainbow. Dlaczego nikt jej nie poprosił o pomoc? Jednak gdzieś tam była przez cały czas. No ale różowa klacz opowiada o wszystkim Dash, a ta leci do zagrody, aby odnaleźć farmerkę. Nie znajduje jej tam, więc pyta jej brata, gdzie może być. Ten wskazuje jej, że poszła do lasu Everfree. No to Rainbow leci i zgarnia farmerkę z powrotem… To wszystko jest takie bezcelowe… “Po drodze zatrzymał ich Spike, który przekazał Applejack, że Twilight Sparkle zakończyła naukę i może pomóc Applejack. Zauważył również idące Fluttershy i Pinkie Pie, które szły niedaleko za nim. Applejack pobiegła w ich stronę. Przeprosiła Pinkie Pie, gdy wtem okazało się że obie mogą jej pomóc w przenoszeniu jabłek.” Ooo… więc jednak mogą pomóc! A to ci niespodzianka. No i ponownie… Applejack jest portretowana jak ta, która zrobiła coś złego. A nie zrobiła niczego złego. No może oprócz tego, że wydarła się na Pinkie, jednak cały ten bałagan był winą Rarity (która w ogóle się nie pojawia w tym fiku, a to ją powinno się zlinczować). “Przyjęcie się rozpoczęło. Cała Equestria w tym dniu dziękowała Rainbow Dash, bez której Applejack nie wróciłaby do Ponyville, co skutkowałoby brakiem jabłek, cydru, oraz nieudanym przyjęciem, ponieważ wszystkie kucyki chórem skrzyknęły się, że nie pójdą na przyjęcie, jeśli nie będzie na nim Applejack. Rainbow Dash jako bohaterka dnia została wyróżniona przez samą księżniczkę Celestię, a więź przyjaźni między Applejack i Rarity zacieśniła się.” O rany… Nie wiem, co mam o tym myśleć. Po pierwsze; Applejack totalnie by wróciła do Ponyville bez udziału Rainbow Dash. No chyba nie powiecie mi, że to wszystko spowodowało, że opuści swoją rodzinę i obowiązki na farmie? No chyba nie powiecie mi, że jest na tyle głupia, aby pójść do lasu i zgubić się w nim i, w rezultacie czego, umrzeć? Chociaż… Po drugie; tak, dla kucyków nie liczy się dobro samej pomarańczowej klaczy, tylko jabłka, cydr i melanż, bo są alkoholikami jak Rainbow Dash (nie no, serio, w serialu była portretowana na taką). Po trzecie; niby czemu sama księżniczka Celestia miałby kogokolwiek wyróżniać? Za co? Co takiego tu się stało? Za co ją wyróżnia? Bo poleciała po przyjaciółkę do lasu? No nie róbcie sobie jaj… Po czwarte; W JAKI SPOSÓB CAŁE TO WYDARZENIE ZACIEŚNIŁO WIĘZI RARITY I APPLEJACK?! Powinno być wręcz odwrotnie. Rarity zwaliła jej na głowę tak bez zapowiedzi całą masę obowiązków. Naciskała na nią. Co chwilę niepokoiła, wysyłając sowę pod postacią Pinkie (bo jej samej się nie chciał przyjść, BICZ PLISSSS!). Rarity w tym fiku to największa suka w Equestrii i ktoś powinien utopić ją w rynsztoku, aby szczury mogły ja zeżreć. Nie ma innej możliwości. TAK. MUSI. SIĘ. STAĆ. To nie jest zbyt dobry kawałek fikcji. Nawet sam tytuł nie oddaje tego, co się dzieje. Applejack wcale się buntuje, tylko ma już gdzieś roszczeniowe zapędy Rarity. Nie ma tutaj dialogów, tylko nieczytelna i pospiesznie napisana narracja. O dziwo strona techniczna jest dobrze napisana. Nie ma błędów stylistycznych, same zdania są poprawnie napisane, brak literówek. Tekst justowanie jak najbardziej ma i chwała mu za to. Korekta jak widać była i to całkiem skuteczna. Tyko prowadzenia akcji kuleje i to mocno. Ach, bym zapomniał; “Przed zachodem słońca wszystkie jabłka zostały przetransportowane do pałacu Rarity” Jakiego pałacu? Czy Rarity jest alicornem?! Błagam, żeby nie… Proszę! Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  3. No… solidnie napisany fanfik. Naprawdę niezła historia. Oczywiście, takie rzeczy już ujrzały światło dzienne, lecz tutaj zostało to naprawdę dobrze przedstawione. SPOJLERY Ech, ta Equestria. Niby takie przyjazne miejsce do życia, a jednak co tydzień musi mieć miejsca jakaś katastrofa, zwłaszcza w Ponyville, tam, gdzie mieszka Mane 6. Przypadek? No oczywiście, że nie, tylko zasługa genialnego scenariusza od pisarzy Hasbro, którzy zmieniali się tak często jak w kalejdoskopie. Z jakim tym razem problemem zmierzy się Equestra? Nie, nie będzie to żaden nowy villan (chodziaż w pewnym sensie tak). Po wszystkich trudnościach, jakie to musiały przejść kucyki, po pokonaniu złoczyńców i plag, księżniczki, aby ustabilizować państwo, zorganizowały siatkę wywiadowczą oraz coś, czego z pewnością się nie spodziewacie… Inkwizycję! Tak. Od tamtej pory życie w Equestrii uległo zmianie. Wprowadzono szeroko zakrojoną inwigilację obywateli, rządy przy użyciu siły militarnej i ogólnie wszystkie te niewygodne rzeczy, które posiada państwo totalitarne, że tak to brzydko napiszę. Wszechogarniający ucisk sprawił, że kucyki zaczęły się buntować i aby walczyć o lepszą Equestrię, utworzyły organizację o nazwie Liberum. Główny bohaterem tego dramatu jest Abyss, szpieg, który działa na rzecz wyzwolenia kucyków z ucisku. Dowiadujemy się, że już wcześniej udało mu się popełnić kilka udanych akcji przeciwko reżimowi księżniczek. A teraz trafiła się kolejna okazja. Rarity jest ponoć fanatycznie oddana koronie, na tyle, że poprowadziła na szafot dwie przyjaciółki. Aby wyciągnąć z niej jakieś informacje, Abyss postanawia wziąć taką robotę, która ustawi go bliżej białej klaczy. Mijają miesiące. Główny bohater zaczyna dostrzegać coraz więcej piękna w Rarity. Uwodzi go jej wrażliwość i dobroć. Orientuje się, że jest taka sama jak on, lecz wciąż pozostaje po drugiej stronie barykady. Abyss zakochuje się w niej, lecz wciąż toczy wewnętrzną walkę; uczucia kontra obowiązek. Jedno jest zabójcą drugiego, to jasne. Szkoda tylko, że jakoś bliżej nie przedstawiono nam ich relacji. Abyss się w niej zakochuje, po tym, gdy odbyli rozmowę na temat tej całej, brudnej gry politycznej. Ona już nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego, tak samo jak Abyss, jednak trwają w tym, przekonaniu, że to dla większego dobra. W tym miejscu fik pędzi trochę za szybko. To najważniejszy wątek w opowiadaniu. Powinien dostać bardziej rozbudowaną scenę, jakiś gest, rozmowę rozpisaną na dialogi, gdzie mówią o swoich uczuciach, jednocześnie próbują się nie zdradzić jedno przed drugim. Byłoby to lepsze niż opis w paru zdaniach. No ale w końcu dochodzi do konfrontacji. Okazuje się, że Rarity wie o sekretnej tożsamości głównego bohatera, dlatego ten wyciąga broń, aby ją zlikwidować. Nie wiem, po co biała krawcowa ryzykowała w ten sposób, bo jednak Abyss mógł się przemóc i ostatecznie zabić agentkę. Wystarczyło, aby Rarity nic nie mówiła i w końcu przygotowała zasadzkę na Abyssa. Jednak nie. Musieliśmy dostać wzruszającą scenę, podczas której główny bohater zmaga się z myślami, Wie, że musi ją zabić, jednak nie chce tego robić, bo ją kocha. Rarity przy okazji również wyznaje mu miłość i obiecuje, że porzuci całe swoje dotychczasowe życie dla niego. Od tego mięknie serce głównego bohatera, podobnie jak fujarka i już się nie stawia. Popiera jej pomysł. Jednocześnie już wie, że gdy oboje zdradzą swoich mocodawców, to będą martwi. Skoro tak, to dlaczego do jasnej Equestrii postanawiają zatrzymać się w jakimś opuszczonym domku? Powinni dalej grać tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło i stopniowo przygotowywać plan ucieczki, a nie ruszać z chwili na chwilę. W dodatku wzięli podniebną karocę. To głupi pomysł, bo to tak, jakby uciekający przestępca wziął taksówkę. To zostawia za sobą ślady. Skoro są agentami, to powinni wiedzieć, że należy ograniczyć uczestnictwo osób trzecich do minimum, bo to tylko dodatkowi świadkowie. No ale dobra, docierają latającą taksówką do jakieś rudery. No i co się okazuje? Że to wszystko było planem Rarity. Tam już czekają strażnicy, który momentalnie obezwładniają Abyssa. Wprawdzie Rarity kochała głównego bohatera, jednak jej poczucie obowiązku było silniejsze. Sama to przyznała, nie wahała się. Więc jednak go nie kochała. To nie była prawdziwa miłość, bo go zdradziła i wszystko skrzętnie zaplanowała. Trochę się dziwię głównemu bohaterowi, że był tak lekkomyślny. On wiedział, że Rarity jest po stronie wroga. Wiedział o tym, że skazała dwie przyjaciółki na śmierć i mimo wszystko wciąż ufał, że z tego coś będzie? Gdyby to był normalny kuc, to jeszcze jakoś jestem w stanie w to uwierzyć, bo serce nie sługa… Ale Abyss, który pracuje w wywiadzie przeciwko królewskim siostrom? Jest beznadziejnym agentem, bo łamie podstawowe zasady rządzące tą grą; zaangażował się emocjonalnie. No i za sobą głupotę zapłacił. Tuż przed końcem jeszcze mamy krótką scenę, gdy Abyss dobywa broni (w której jest jeden strzał, logiczne?) i ma okazję zlikwidować Rarity. Wie, że jest bestią i zdradliwą żmiją, sam to przyznaje, ale… No patrzy jej w oczy i znowu fujarka mu mięknie. Więc co? Popełnia samobójstwo. Niedorzeczne, jak głupi i zaślepiony jest ten typ. On ssie nie tylko w byciu agentem wywiadu, ale w życiu również. Nie jest już nastolatkiem, żeby można było mu wybaczyć takie zachowania. Wszystko, w co wierzył, okazało się być kłamstwem. Miłość Rarity była kłamstwem, jej zapewnienia były kłamstwem, obietnice były kłamstwem, wizja wspólnego życia była kłamstwem. Wszystko o kant dupy rozbić i w ostatnim momencie, gdy jeszcze jest w stanie coś zrobić, odkupić swoje winy za głupie decyzje, po prostu postanawia palnął sobie w łeb, bo przecież Rarity ma takie ładne oczy. Przypominam tylko, że to dzięki niej jej dwie przyjaciółki TRAFIŁY NA SZAFOT. I pewnie wiele innych kucyków również. Dlaczego wciąż się waha? Wszystko okazało się być fałszem, a mimo to dalej wierzy w to, że Rarity jest w głębi duszy dobra? Jako czytelnicy wiemy, że tak, bo mamy inną perspektywę, a poza tym… tak, to jest dosyć typowe dla takich historii. Ale czytało się przyjemnie, choć, jak już wspominałem, tempo było zbyt szybkie w niektórych momentach. Cieszę się, że próbowano zbudować dramatyzm, jednak to się tu nie udało, bo decyzje głównego bohatera są irytujące, a zakończenie do bólu przewidywalne. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  4. No i kolejny, stalkerski fik, który wykwitł na kanwie książki Michasia Gołkowskiego, który jest naprawdę sympatycznym człowiekiem, jednak jego twórczość niezbyt mi podchodzi. SPOILERY Tak szczerze, to przez cały czas zadawałem sobie pytanie o to; a co to ma wszystko wspólnego z kucami? Nie żeby mi to przeszkadzało, no ale jednak to dział ogólny, a nie “Świat bez Kuców”. Tak czy siak jednak ma to w sobie coś z MLP, lecz trzeba naprawdę dosyć długo czekać na to, żeby się o tym przekonać. Nietrudno zauważyć, że fanfik ten jest w 90% czystą, fikcją stalkerską, może nawet w 95%, a pozostała reszta to kucyki G4. Jednak zostało to całkiem nieźle połączone. Ogólnie fik jest niezły, choć niektóre rzeczy irytują i jest to przywara większości stalkerskiej fikcji. Dużo “pie****enia”, mało fabuły, mało koncentrowania się na bohaterach, tylko rozkręcanie opowiadania środowiskowego na maksa i opisywanie dupereli, które później nie mają znaczenia i już drażnią, zamiast budować klimat. Ach, no i książki z serii Fabryczna Zona są kur**sko powtarzalne! Ja pierdziele, za każdym razem musimy śledzić bardzo podobną historię, zwiedzanie podziemi, strzelaniny z wojskowymi, z mutantami, jakieś dostarczanie pendrive’ów oraz ścieżkę zdrowia podczas której idziemy z punktu A do B, omijając anomalie. Już w samej growej trylogii pojawiało się to bardzo często. Już w samym filmie było dokładnie to samo, a został on nakręcony PONAD 40 LAT TEMU. Ja wiem, że rzeczy, które wymieniłem wyżej, czyli ta cała stalkerska aktywność, są esencją życia stalkera, ale czy naprawdę nie da się już niczego więcej wycisnąć? Bo przypomina to jakieś odhaczanie listy byle tylko dać fanom to, do czego są przyzwyczajeni. Ludzie nie lubią zmian. Wolą to, co już znają. Ale to łatwa droga, a przecież ludzka kreatywność nie zna granic. Nie podoba mi się również to samo ględzenie i te same monologi o Zonie, którą wręcz wynosi się na piedestał i traktuje jak jakieś bóstwo. W niemal każdej książce było to samo; to samo spojrzenie na Zonę, jak na miejsce mistyczne, piękne i ironiczne. Żaden z bohaterów (poza wyjątkami) nie miał innych przemyśleń, np takich że; Zona to gówno, która wyciąga z ludzi to, co najgorsze, bo to prawda! To nie jest magiczna kraina, tylko pier**lona kopalnia artefaktów, gdzie chciwość bierze górę nad ludzkim rozsądkiem. I bohaterowie z Fabrycznej Zony spotykają się z tym, jednak… wciąż się garną się do tego niebezpiecznego miejsca, by żyć w brudzie jak jakieś menele, mogące umrzeć każdego dnia. To nie jest normalne. To jest po**erdolone i zaprzecza instynktowi samozachowawczemu. Nawet małpa by wiedziała, że należy uciekać. Najlepszą opcją na to, żeby wygrać walkę, jest jej uniknięcie. Jak ci durnie chcą unikać walki, skoro sami się garną do niebezpieczeństwa, wyruszając na rajd? Ale UWAGA! Ostatnio zacząłem czytać o niebo lepszą książkę od Ołowianego Świtu pod tytułem “Więzy Zony”. Tam przynajmniej możemy jakoś współczuć bohaterowi, bo specjalnie porzucił wygodne życie po to, aby ratować syna i by wreszcie zapewnić swojej żonie spokojny sen. Rozumiemy go i instynktownie zaczynamy lubić. Komuś takiemu możemy kibicować. A nie debilowi jak Miszka z Ołowianego Świtu, który czuł pustkę w sercu, mając piękny apartament i wszystko, co sobie wymarzył, lecz pewnego dnia po prostu wyruszył do Zony, nawet nie zamykając drzwi do swojego mieszkania. No to jest zachowanie autodestrukcyjne i syndrom sztokchloskim wobec Zony. Rozumiem, że fajnie się czuć adrenalinę w żyłach, ludzie lubią się bać, ale pod warunkiem, że wszystko odbywa się w kontrolowanych warunkach, kiedy jest miejsce na to, aby powiedzieć STOP. W Zonie tego nie ma. Więc jeżeli coś się stanie bohaterowi z Ołowianego Świtu, to nie ma sensu go szkodować. Sam jest sobie winny, poszedł do Zony tylko po to, aby się zabawić, tylko dla własnej przyjemności i jak pierdyknie, to dostanie to na co zasłużył. I bardzo dobrze. Postaram się spojrzeć na powyższe opowiadanie z dystansu, jednak fakt, że tak mocno trzyma się znienawidzonej przeze książki “Ołowiany Świt” nie pomoże w wydawanym przede mnie wyroku. Mimo wszystko stalkerskie książki mają niezły klimat, barwne opisy (dopóki się nimi nie pogrzygamy, bo momentami jest tego zbyt wiele), sceny strzelanin są wciągające, a momentami fabułę można śledzić z zainteresowaniem. No więc historia rozpoczyna się od tego, że dwójka bohaterów; narrator i Michał, pląsają sobie po Zonie w stronę opuszczonych budynków PGRu. I pomimo tego, że momentami mogę naprawdę dosyć szczegółowo streścić znacznie krótsze fiki, tutaj nie ma zbytnio nad czym się pochylić. Po prostu; “stalkery” łażą, omijają anomalie, przyklejają się do murków i cały czas posuwają się naprzód. No i lubią krzyczeć, śmiać się i rozdzielać jak kompletni idioci. Kurde, skoro nasz główny bohater zamówił sobie przewodnika, to niech się go trzyma. W fikcji stalkerskiej zawsze było tak, że ten, który lepiej znał teren, szedł z przodu w pewnej odległości, a ten drugi szedł za nim ślad w ślad, a oni momentami lubili obierać alternatywne ścieżki. Jeszcze zrozumiem to, że chcieli otoczyć budynek w dwóch strona, na wypadek ataku (chociaż to też jest ryzykowne, bo wtedy ktoś mógłby ich po prostu wykończyć pojedynczo), ale samotne przeszukiwanie opuszczonych piwnic, gdzie z każdego kąta coś może wyskoczyć, nie jest już rozsądne. Ale muszę zwrócić uwagę na to, że anomalie takie jak “treser” zostały wymyślone naprawdę dobrze. Jest to fajne i daje powiew świeżości. No więc docierają do PGRu. Jeden z nich sprawdza jedno piętro, drugi kolejne. Opis są niezłe, szczegółowe, dodają smaczku. Fajnie by było, gdyby to później jakoś wróciło, a nie było tylko sztuką budowania klimatu, bo ten już jest. No ale mimo wszystko jestem pod wrażeniem nie tylko swobody i lekkości z jaką zostało to napisane, ale również doceniam wiedzę i research jaki został tu wykonany. Dobra robota! W pewnym momencie narrator znajduje martwego wojaka, zabiera od niego klucze i otwiera skrzyneczkę. Tam w środku znajduje się tajemniczy pendrive, który główny bohater przejmuje w trybie natychmiastowym. Jednak wreszcie dochodzi do walki. Michał krzyczy i woła o pomoc. Atakują ich kabany (takie zmutowane świnie) oraz dziki. Ponownie; opisy są mięsiste, strzelanina krwawa i dająca satysfakcję. Walka kończy się rzuceniem granatu, który rozsada mutanty. Szkoda, że to wszystko zakończyło się tak szybko, a do zwycięstwa wystarczyło tak niewiele, ale okej, nie narzekam. Po zdobyciu danych z PGRu, stalkerzy czym prędzej uciekają z miejsca zdarzenia. Ostatnia sekcja tego rozdziału, to przedstawienie danych, które znajdowały się na nośniku. Otóż okazuje się, że ludzki rząd wie o istnieniu kucyków MLP i nawet wszedł z nimi w kontakt. Dostajemy opisy wszystkich trzech ras. Trochę to przypomina notki naukowe z uniwersum SCP. Dobry pomysł, aby tutaj też to opisać w ten sposób. Kolejny rozdział “SP-12” zaczyna się dosyć długim i powolnym wprowadzeniem, jednak nie przeszkadza mi to. Otrzymujemy opis geografii Pomorza, samej bazy oraz jej wnętrza, a także warunków, w jakich żyją stalkerzy. Jak na takie odludzie mają dostęp do czystej wody, prądu oraz wentylacji. Samo SP-12 jest pozostałością po Zimnej Wojnie i zapewnia godne warunki obronne (oczywiście, bo to schron przeciwatomowy). Nasi stalkerzy wracają z wyprawy, która trwała kilka dni. Wbijają do schronu, otwierają pancerne wrota i postanawiają nieco się odświeżyć i coś zjeść. Cały czas się przekomarzają, co zostało fajnie oddane. Idą się zdrzemnąć, jednak naszego głównego bohatera budzi Michaś, który krzyczy, że ktoś dobija się do drzwi. To ksiądz, bardzo dziwna persona. “- Jabcok, Michaś! Dobrze was widzieć. Już myślałem, że nikogo tutaj nie ma. - My zawsze jesteśmy tam, gdzie nikt się nas nie spodziewa - odpowiada Michał. - Dobra właź nie stój tak - dodaje szybko. - Zamykamy drzwi i idziemy na dół pogadać przy kieliszku chleba.” No rzeczywiście, nikt się ich tam nie spodziewa. Ugaszczają duchownego wódką oraz żarciem i zaczynają gadać. Otóż ksiądz przychodzi do nich, prosić ich o pomoc. Bandyci ostatnio zaczęli rozrabiać i zabili paru dobrych ludzi. Stalkerzy zgłaszają chęć pomocy, a ksiądz ma już gotowy plan, jak się ich pozbyć. I w sumie na tym fanfik się kończy. A co z kucami? Nie wiadomo. Nie ma już więcej historii. Ale powiem tak; autor ma wyrobiony styl, dobrze opisuje i nakreśla miejsce akcji, czuć w tym takie flow, jest naprawdę dobrze pod tym względem. Czytało się to przyjemnie. Momentami ilość szczegółów może przytłaczać, a pierwszą zasadą pisania jest;" NIE PIERDOL", jak to Tomasz Węcki ze Spisku Pisarzy kiedyś trafnie napisał. Sama fabuła ma spory potencjał, ponieważ kucyki w Zonie mogłyby być naprawdę dobrym dodatkiem, a nawet wątkiem głównym w późniejszym czasie. Niestety tego zabrakło. Zabrakło większej ilości interakcji. Fajnie byłoby zobaczyć to zdziwienie stalkerów na widok pastelowych koników i wszystkie te budujące się relacje oraz nieustanne docinki. Tak naprawdę problemy tego fika mają swoje źródło w niewykorzystanym potencjale oraz urwanej fabule. W większości moje psioczenie jest już sprawą czysto subiektywną i nie dotyczy warsztatu oraz sztuki storytellingu. Nie przepadam za tymi typowymi stalkerskimi zagrywkami z książek. Ale to tylko ja. Ogólnie mogę polecić tego fika wszystkim fanom Zony, ale jeżeli szukacie czegoś nowego, to niczego tu nie znajdziecie. Oprócz kucy, których i tak są tu śladowe ilości. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  5. SPOJLERY “– Jesteś potworem i zamkniemy cię na dobre – ostrzegł jeden z nich. Rarity cicho płakała, gdy rzucali ją na tył policyjnej furmanki. Opal obserwowała to z przerażeniem. Kto ją teraz będzie karmił?”Przez cały fik ten szatański kot próbował zabić swoją właścicielkę… Wtedy o tym nie myślał? Moja reakcja była taka; Nigdy szczególnie nie przepadałem za czarną komedią… Raczej współczułem tym postaciom niż cieszyłem z czyjegoś nieszczęścia. Taki już ze mnie dobrodziej. No ale cóż, tym razem miałem do czynienia z czymś nawet zjadliwym, choć szczerze mówiąc wolałbym, żeby bohaterowie byli jakimiś randomami, a nie Mane 6. No zabójstwa Fluttershy nie przepuszczę. Spike w sumie też nigdy, niczym sobie nie zasłużył na taki marny koniec, podobnie jak Sweetie Belle. Dlaczego miałbym się śmiać z tych śmierci? Czy nie lepiej byłoby tego cholernego Blueblooda trochę pomęczyć albo matkę Diamond Tiary, zamiast postaci, które lubimy i z którym już się zżyliśmy przez tyle lat? Wtedy byłoby to wiele bardziej satysfakcjonujące. Wręcz ze zniecierpliwieniem wyczekiwalibyśmy tych krwawych scen. W dodatku, czy nie lepiej byłoby wybrać jakiegoś lepszego antagonistę niż Opal, chyba najgorszą postać wszechczasów? Cała historia jest oczywiście absurdalna i obraca się wokół znanej nam wszystkim komedii pomyłek, ale nie uznaję tego jako wadę, czy cuś. Wszystko zaczyna się od tego, że Rarity szyje kolejne sukienki w butiku. Opal, jak kompletny śmieć, nie ma nic do roboty oprócz spania, srania i jedzenia. No właśnie, idzie do miski, aby coś zjeść, jednak miska okazuje się być pusta. Kotka próbuje jeszcze okręcić się wokół Rarity i przypomnieć jej, że zapomniała ją nakarmić, jednak przez natłok pracy, ta kompletnie ignoruje swojego zwierzaka. TO. OZNACZA. WOJNĘ. I cała reszta fika tak właśnie wygląda. Opal zakłada wymyślne pułapki, dosłownie zdolne do zabicia kogoś. Najpierw przygotowuje głaz, który jakimś cudem udaje się Winonie wtoczyć na górę. Jednak ofiarą tego okrutnego planu pada Spike, który zostaje zmiażdżony i wyrzucony przez okno. Kolejną ofiarą jest Fluttershy, która kończy w jeden z najbardziej bolesnych sposobów; poprzez rozpuszczenie się. Aż w końcu docieramy do Sweetie Belle, radosnego dzieciaka, który chce pomóc swojej siostrze przygotować coś do jedzenia. Jej uśmiech szybko znika z pyszczka, gdy kuchenka wybucha, a sama zostaje wyrzucona z butiku. No i jej szczątki jeszcze spadają na ledwo żywego smoka, tak jakby Spike’owi jeszcze było mało po tym, co się z nim dzieje w serialu. Ostatecznie Rarity przypomina sobie o nakarmieniu kota, co sprawia, że Opal momentalnie wybacza swojej właścicielce. Aż tu nagle do butiku wpada policja i oskarża krawcową o morderstwa! Wow, skąd się to się wzięło? Nie powinno być w takim razie tagu “random” w tym fiku? No trochę tak to wygląda, bo fik był jak najbardziej randomowy. Funkcjonariusze ładują Rarity do suki i odjeżdżają. Opal patrzy na to z niepokojem, bo właśnie sobie zdaje sprawę, że nikt nie będzie jej już karmił. Co za głupi kot… Ale wciąż mądrzejszy od Rainbow Dash. Raczej mnie to nie zachwyciło. Ani nie rozbawiło, ani jakoś specjalnie nie znudziło. To nie moja bajka, po prostu. Tworzenie takich historii… nie jest dla mnie. Dlatego też nie bardzo jestem w stanie wskazać, co można by tu poprawić (może poza opcją, aby pomyć kogoś znienawidzonego przez wszystkich). Choć jakby się nad tym zastanowić... to nie wiem. Nie wiem, wdepnąłem w czarną dziurę, w nieznane mi terytorium, więc nie jestem w stanie wskazać, co mogłoby być lepsze. Po prostu akurat takiego typu opowiadania mi nie odpowiadając. Z pewnością śledzenie poczynań Opal było na swój sposób interesujące. No po prostu chciał się zobaczyć, co takiego okropnego wymyśli. Co to tłumaczenia, to nie mam żadnych zastrzeżeń, tak samo jak to strony technicznej i dalej, i dalej… Teraz mogę iść się OPALać w blasku księżyca. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  6. Dziwny fik… Tym bardziej, że kreacja RD mi tutaj jakoś szczególnie nie przeszkadzała. Właściwie to była całkiem niezła. No nareszcie… Element Lojalności, ludzie, w końcu zrobił coś dobrego i pasującego do swojej roli. SPOJLERY Jakoś szczególnie nie płakałem. Fakt, że Pinkie przechadzała się po mieście dosłownie trzymając TRUPA GNIJĄCEGO OD PARU TYGODNI w kopytach, był dla mnie bardziej niepokojący niż smutny. Jasne, nie mogła się pogodzić z utratą zwierzątka. Wiem, jak to jest, bo kiedyś znalazłem mojego kota leżącego sztywno, bo zjadł coś ze śmietnika i się zatruł (a przynajmniej tyle pamiętam z tego, co mi powiedziano, tak naprawdę nigdy do końca się nie dowiedziałem, co konkretnie się stało, jednak widziałem moją kotkę na własne oczy i nie miała żadnych, widocznych obrażeń). Nie miałem więcej niż 10 lat, więc możecie sobie wyobrazić, jaki to był dla mnie szok. Kotka miałem od momentu, gdy był jeszcze bardzo mały. W ogóle moje historie ze zwierzakami są dosyć depresyjne, ale to nie czas, aby o tym gadać. Z jednej strony ta historia jest dobra, a z drugiej… no coś mi tu bardzo nie pasuje. Może to, jak to wszystko zostało przedstawione. Ale zacznijmy od samej treści. No więc Pinkie przeszukuje Kącik Kostki Cukru i poszukiwaniu Gummy’ego. Sprawdza wszystkie miejsca, zagląda w każdy kąt, lecz nie przynosi to rezultatu. Różowa imprezowiczka w końcu konfrontuje się z Panią Cake, która próbuje ją uspokoić i być wyrozumiałą, jednak Pinkie niemalże nie rozrywa jej gardła ze wściekłości. Dobrze, że przynajmniej przeprasza ją pod koniec. Postanawia popytać swoje przyjaciółki o to, czy widziały jej aligatora. Znajduje trzy klacze; Twilight. Fluttershy oraz RD, które akurat robią sobie spotkanie dotyczące nowej książki z serii o Dzielnej Do. Różowa klacz otrzymuje od swoich przyjaciółek bardzo wymijające odpowiedzi na temat jej aligatora, że niby wyruszył w podróż w jedną stronę i że kiedyś z pewnością do niego dołączy. Pinkie w to wierzy i postanawia przygotować imprezę z okazji podróży jej zwierzaka do nieznanego miejsca. Od tego momentu można być już pewnym tego, co się stało. Na początku, gdy to czytałem, byłem nieco zdezorientowany, jednak ostatecznie okazało się, że Gummy umarł, a Pinkie w jakiś pokrętny sposób wmówiła sobie, że on dalej żyje. Przypomina mi to wątek z odcinka, w którym RD za wszelką cenę próbowała nie dopuścić do hibernacji Tanka, więc robiła wszystko, aby tylko powstrzymać zimę. Tak, naraziła całe Ponyville, okolice oraz ekosystem na duże szkody jedynie dla swoich samolubnych pobudek, bo chciała koniecznie pojeździć z Tankiem na nartach, w ogóle nie dbając o jego zdrowie, ponieważ tam było powiedziane, iż żółwie muszą zapaść w taki sen. (Swoją drogą to coś mi tu nie pasuje. RD miała swoje zwierzątko już od drugiego sezonu, przez te wszystkie sezonu dostaliśmy parę odcinków świątecznych, gdzie ewidentnie za oknem panowała zima. Wtedy Dash nie przeszkadzało to, że Tank postanawia hibernować? Hmm… interesujące, jak bardzo można spieprzyć logikę tego świata i ich postaci). Ostatecznie jednak Rainbow przechodziła przez cały proces, który można utożsamić z utratą kogoś bliskiego; wyparcie, zrozumienie, rozpacz, gniew, płacz i zaakceptowanie niewygodnej prawdy, aż w końcu ulga i pogodzenie się ze stratą. Jak jakieś treny Kochanowskiego. W tym fiku tego nie ma. Pinkie Pie utyka w fazie wyparcia, ale do tego jeszcze wrócimy. Co dalej dzieje się w fabule, po tym, jak trzy przyjaciółki wymówiły Pinkie, że Gummy wyruszył w podróż? Fluttershy pyta, gdzie naprawdę znajduje się aligator, a co Rainbow odpowiada jej, że zakopała ciało zwierzaka gdzieś w pobliżu rzeki. “– Rozumiem, że trzeba było to zrobić i w ogóle… znaczy, Gummy był martwy od niemal trzech tygodni, a jej odmowa przyjęcia tego do wiadomości była niezdrowa na wiele sposobów… ale pomysł zabierania go bez jej wiedzy… jakoś się ze mną gryzie.” To była jedyna, rozsądna rzecz do zrobienia w tej sytuacji. Powinno się jeszcze wysłać Pinkie do psychiatryka, bo TO już wykracza poza skalę. Ta klacz jest po prostu niebezpieczna dla społeczeństwa, gdyż jest nieprzewidywalna i niestabilna emocjonalnie. No i sposób, w jaki opowiadają jej o śmierci Gummy’ego… Serio? Jak długo chcecie to ciągnąć? Aligator był trupkiem od paru tygodni, Pinkie nosiła go ze sobą i spała z TRUPEM, śmierdzącym i rozkładającym się w jej łóżku. Trzeba było wreszcie wylać jej na grzywę kubeł zimnej wody i potrząsnąć, bo to nie zmierza w dobrym kierunku. Najlepiej nie bawić się w jakieś podchody, tylko wysłać Pinkie do psychiatryka i uświadomić ją, że ma problem, który trzeba leczyć. Ona już dawno powinna tam trafić, a zamiast tego, przyjaciółki wodzą ją za nos i opowiadają kompletne bzdury… Na końcu fanfika mamy flashback, w którym widzimy, jak RD wkrada się pod osłoną nocy do pokoju Pinkie, gdzie na kołdrze leży ten biedny Gummy, kompletnie sponiewierany przez swoją dawną panią, zamiast leżeć od dawna w grobie. Dash podmienia trzymanego w objęciach trupa na misia, lecz tuż przed wyjściem z pokoju, Pinkie się budzi i dziękuje Rainbow za to, że zabrała go od niej. Lecz to nie Pinkie dziękowała, a druga osobowość, czyli Pinkamena… No i na tym ten fik się kończy. Już wyżej opowiadałem, co mnie boli w tej historii. Debilne zachowanie Pinkie Pie oraz debilne zachowanie (w większości) jej przyjaciółek. Pomimo tego podziękowania Pinkameny, zachowujemy status quo. No bo Pinkie później dalej łudzi się, że Gummy żyje. Nie lepiej było w takim wypadku pokazać wyżej wymienioną przeze mnie drogę od wyparcia prawdy aż do pogodzenia się z nią? To by lepiej zdało egzamin. Czego my się mamy nauczyć z tego fika? Że należy okłamywać swoich bliskich, nie próbując im pomóc w normalny sposób, korzystając z pomocy specjalistów? Gdyby na końcu normalna Pinkie wreszcie przyznała przed sobą, że to już koniec jej aligatora, to cała ta emocjonalna podróż miałaby sens i całość byłaby bardziej wzruszająca. A tak to tylko się zirytowałem. Morał tej historii jest nieco rozmyty. Fanfik mi się raczej nie podobał, niestety. Jeżeli chodzi o tłumaczenie, to nie mam co o tym opowiadać. Sam lepiej bym tego nie zrobił i bym nie napisał, więc kim ja jestem, żeby to oceniać? Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  7. Oj wiedźmin, wiedźmin, wiedźmin… Ile to już lat minęło, odkąd wraz z Geraltem zabiłem pierwszego potwora? SPOJLERY No więc trafił mi się fik bardzo mocno osadzony w uniwersum Sapkowskiego. Szczerze mówiąc nigdy nie zdołałem się przekonać do niego, jakoś tak… no po prostu. Nie zamierzam ubliżać twórczości Sapkowskiego. Po prostu mnie to nuży i tyle. Ale same opowiadania mi się podobały, to mogę przyznać. A co z samym fikiem? Akcja rozpoczyna się od apelu Pani Burmistrz, która przestrzega kucyki przed wchodzeniem do lasu Everfree (czyli to pewnie Ponyville). Po krótkiej gadce, wszyscy zmywają się z rynku i wracają do domów. Na placu pozostaje samotny wędrowiec w kapturze (oczywiście), który postanawia wybrać się do karczmy, bo bez karczmy, to wiedźmiński fanfik nie może istnieć. Kim jest tajemnicza postać? To Geralt. Dosłownie, tylko jako kuc ziemski (albo ewentualnie pegaz, choć nie sądze). Ciekawe, jak w takim razie chce używać znaków, hym? No więc wbija do tawerny i zamawia piwo. Pyta również karczmarza o to, czy są jakieś wolne izby. Okazuje się, że są. “Po wypiciu piwa karczmarz zaprowadził go do jego izby. Pokój był mały ,ale spełnił jego oczekiwania. Było w nim dość duże łóżko , za duże jak na jednego kucyka. Musiał to być pokój dla dwojga, cóż Geralt był rad ,że będzie miał większe łóżko. “ Jeżeli to jest prawdziwy Geralt, to naprawi problem zbyt dużego łóżka jakąś czarodziejką przy boku, tym bardziej, że to Equestria. Na każdy rogu można spotkać jakąś jednorożkę. Tak więc Gerwant rozbiera się i idzie spać. Przy okazji dowiadujemy się, że jest straszną gapą; “Wyjął sztylet z cholewy i położył pod poduszką, był to jego stary nawyk ,którego nie mógł się pozbyć. Zazwyczaj zapominał o sztylecie i odjeżdżał zostawiając go pod poduszką. “ Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że wiedźmini nigdy nie byli zbyt bogaci. Bliżej im było do żuli niż rycerzy. A ten idiota za każdy razem gubi sztylet. Tak, ten zimny, skupiony na celu zabójca zostawia prawie zawsze sztylet pod poduszką, który przecież jest kawałkiem dobrej stali, która była cenna tyle co kilka wiosek w dawnych czasach. No ale już dobra. Mija noc i nasz weśmin wstaje, ubiera się i schodzi na dół. Wybiera się do Pani Burmistrz. Tam rozmawia o zleceniu i nawet podobał mi się fakt, że potrafi być dosyć przenikliwy. Nie był to typowe 200 IQ, lecz wciąż potrafił odczytać z mowy ciała zarządcy tego miasteczka, co jest grane. A co się dzieje? Od trzech tygodni mieszkańcy tego zadupia giną, a do tego zdołano odnaleźć ofiary ataku potworów. Z tą informacją, Pani Burmistrz zaprowadza Geralta do kostnicy, aby móc przeprowadzić sekcję. “Geralt poczuł zapach zwłok już 50 m przed drzwiami.” Może jeszcze wywęszy moje pieniążki z komunii. Sama sekcja jest kompletnym gównem i ponownie daje mi do zrozumienia, że ten wiedźmin nie ma pojęcia, o czym o pitoli. “To była z pewnością robota potwora, tylko jakiego? To pytanie krążyło po jego głowie przez kilka minut. Ślady pazurów na prawym , przednim kopycie, naciągnięte tylne kopyta. Musiało być kilku napastników. Pewnie uciekał przed czymś ,a wtedy ktoś zaatakował go od przodu. Wiwerna , ghul ,bruxa ,alp, nekker , mantykora – wyliczał potencjalnych oprawców. “ No to wyliczył po całości. Grałem w Wiedźmina 3, więc wiem, jak Geralt przeprowadzał śledztwo. Tutaj jest kompletnym debilem, który nie potrafi odróżnić ghula od alghua. Jeżeli on jest wiedźminem, to każdy może być. No przecież ślady pazurów zadają charakterystyczne rany, różniące się od noża. Każdy byłby w stanie to odróżnić. Geralt tutaj potwierdza tylko to, co każdy wie już od dawna, a ponoć ma być on jakimś detektywem. Pieprzyć to. To nie działa. Powinien wykazać się większą wiedzą na temat potworów. Chcecie mi powiedzieć, że zadrapania od wiwerny są takie same jak od bruxy, nekkera czy mantykory? Nieeeeeee! I ta niekompetencja kompletnie zniszczy jakąkolwiek wiarygodność. To nie jest Geralt z Rivii, jakiego znamy. To tylko przebieraniec, który stara się być taki jak on. Ale co z tego! Po wygłoszeniu bardzo mądrze brzmiący zdań, Geralt oznajmia, że; “- Jest kilka możliwych sprawców – powiedział wiedźmin. - Ile by to kosztowało – pani burmistrz niechętnie przeszła do tej kwestii. - Zależy na co natrafię , myślę że od 300 do 2000 monet – odrzekł Geralt.” Ech… Fuuuuuuck! On dosłownie idzie w ciemno. Jak on chce się przygotować? Jakie chce wypić eliksiry? Jaki olej nałoży na miecz, skoro nawet nie wie, z kim ma do czynienia? Ale mnie zdenerwował ten fik. To kompletnie nie działa. Nie działa! I jeszcze ta cena… Taaak, od 300 bitów do 2000! To taka mała rozbieżność… No i na tym się to kończy. Nie ma ciągu dalszego. Szczerze, to gdyby nie parę głupot, to mogłoby to być coś. Jasne, akcja pędzi za szybko jak wspominali Dolar oraz Cahan. Wiemy, o co toczy się stawka. Jest jakiś klimacik, mierny, ale zawsze. No i to wszystko do czegoś zmierza. Tak więc… echhhhh…. Nie chcę mi się już tego pisać, ale tak TO KOLEJNY ZMARNOWANY POTENCJAŁ. Ja już więcej tego nie zdzierżę. Zaraza! Więcej takich fanfików matka nie miała?! Zaczynam mówić już jak ten wieśnik z Rivielladnu. Lepiej skończę ten komentarz czym prędzej. Strona techniczna jest okej. Justowanie nie było poprawnie, ale dało się to czytać, co jest na plus. Nie doszukałem się wielu błędów. Tak więc daję okejkę, ale tylko pod tym względem. Reszta jest do poprawienia. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  8. Grento YTP

    No i kolejny fik o chlaniu… Chyba sobie piwko walnę, bo kurde czuję się tak, jakby siedział przy stole z tymi wszystkim OC, a do tego jako jedyny o suchym pysku. SPOJLERY O proszę, praca konkursowa, więc już z góry mogę założyć, że limit słów poważnie pokiereszował to opowiadanie. Jednak nie… Długość w tym wypadku nie jest problemem. Tylko… no, ogólna bezcelowość większości fanfika. Wyobraźcie sobie, że to dzieło ma jeden wątek, a konkretnie oddania pracy konkursowej (ale meta), później następuje filler, aż w końcu pod samiutki koniec znowu wracamy do głównego wątku, który rozwiązuje się “ot tak”. Ale spokojnie… Głównym bohaterem jest jakiś tam pisarz-amator; Dubious Art. Siedzi on przed laptopem i głowi się nad tematem fik do napisania. Nic mu nie przychodzi do głowy, więc zamiast poszukać inspiracji, czy czegoś, co mogłoby być spoko wątkiem, to postanawia je**ąć tym wszystkim i pójść obejrzeć telewizję. Jednak i to się nie udaje, bo ekran nie działa, więc zmuszony do ostateczności, wychodzi z domu do jakiegoś tam osiedlowego baru. Na miejscu spotyka pijanych kibolów, z którymi się zna. Warto również zauważyć, że nazwa ich klubu odwołuje się do Lecha Poznań, ponieważ: “Spotykała się śmietanka towarzyska podwórka, głównie ostrzyżone na łyso ogiery ubrane w czarne bluzy, wszyscy kibice miejscowego klubu ponyballu, Railwayman Luznań, [...]”. “Luznań”, to wiadomo, odwołuje się do Poznania, natomiast Railwayman to kolejarz, a właściwie “Kolejorz”. Wiecie już o co chodzi? Ja też nie… Nieważne. W każdy razie fanfik operuje takim humorem, to znaczy przekręca znane nam wszystkim nazwy i ponyfikuje je. Mamy również niepasteryzowane g... to znaczy piwo, którym się raczą nasi kibice, w tym również główny bohater. No więc po paru godzinach takiej libacji na ławeczce, Dubious Art traci świadomość, a odzyskuje ją dopiero w łóżku (oczywiście). Przy boku jakieś klaczy (oczywiście). Z którą nie chce mieć źrebaków (oczywiście). Dowiadujemy się, że spał z nią parę razy w przeszłości (oczywi… dobra, to było “niespodziewane”). Daje jej całuska w policzek i idzie w pierony. Co za ciul. Mógłby chociaż się do niej odezwać, a nie tylko ruchać, kiedy nadarzy się okazja. Co sobie pomyśli, jak się obudzi? Ale pewnie jestem zbyt sentymentalny. Tak, to ze mną jest problem. No nic. W drodze do domu znajduje jakiś świstek papieru. Podnosi go, czyta, a oto jego treść: “Była to kartka. A na niej jakiś tekst. Zaczynał się mniej-więcej od słów: “Jan Kowalski wstał. Znowu tagi konkursu literackiego o kolorowych, pastelowych ludzikach mu nie pasowały.” Wtedy jednorożcowi zaświeciła się w głowie lampka zwycięstwa. Usiadł do komputera i zaczął pisać.” Och… Okej. To koniec tej historii. Co mogę o niej powiedzieć? To co mówię w przypadku 90% komentowanych fików; zmarnowany potencjał. Brakuje mi tu czegoś. Brakuje pomysłu. Robienie randomowych rzeczy wcale nie jest śmieszne, gdy jest to pozbawione kontekstu. Nie wszystko, co jest głupie, musi być śmieszne. A co tutaj się dzieje? Jakiś koleś nie może napisać fanfika na konkurs (najpewniej organizowany przez mlppolska), idzie się nawalić, budzi się obok klaczy, wraca i odkrywa jakąś karteczkę. No… nie ma tu nic śmiesznego. Tag random jak najbardziej tutaj pasuje, jednak jest on słabo wyegzekwowany. Czy nie lepiej byłoby pociągnąć wątek poszukiwania pomysłu na fika i np; jakoś połączyć to ze spotkaniem z tymi kibolami? Po pijaku zaczęliby wymyślać pokręconą fabułę, jeszcze ta klacz później by dołączyła, a główny bohater, szukając inspiracji, zacząłby się z nią kochać, to zaowocowałoby jeszcze bardziej pokręconą historią? A tak to nie ma tu nic specjalnego. Właśnie ten brak pomysłu tu najbardziej boli. Rozumiem, że to fik konkursowy, więc pewna presja była, jak również ograniczenia. Fajnie byłoby to rozwinąć i dopisać co nieco do tego fika, bo może mogłoby wyjść z tego coś naprawdę interesującego. Sam styl nie jest zły. Nie doszukałem się większych błędów. Jest okej. Oby tak dalej (jeśli jeszcze będziesz coś pisać autorze). Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  9. Nie wiem czemu, ale po tym fanfiku przypomniała mi się miejsca z Far Crya 3, gdzie trzeba było miotaczem ognia spalić całą plantację marihuany, w rezultacie czego nasza postać była caaaaała upalona. SPOJLERY Hmm… gdzieś już chyba miałem do czynienia z podobnym fikiem. Ale co to takiego było… A już wiem! Po Drugiej Stronie Czarnobyla! Tutaj również spotykamy się z typowym, pijaczkowym humorem, a w dodatku ujrzymy w akcji “marihuanen”. Sam fanfik jakoś zbytnio mnie nie rozbawił. W sensie, nie był niczym specjalnym. Mamy postać pijaczki, jakiegoś randomowego OC, mam również kogoś, kto mi się skojarzył z Fluttershy i ten kucyk hoduje ziółko w piwnicy. Mam takie wrażenie, że gdyby postawić pod te randomowe kuce postacie z Mane 6, wyszłoby to o wiele lepiej. Dlaczego? Bo mielibyśmy jakiś kontrast i zabawę oczekiwaniami czytelników. Fluttershy jak plantatorka marihuany byłaby dobry pomysłem i pasowałoby to do niej (w pewnym sensie), ponieważ ona zawsze była blisko zwierząt i roślin. Jednym słowem; natury. Zrobienie z niej dilerki byłoby ciekawe do przeczytania i zaburzyłoby nasze wyobrażenia o niej. Ostatnio komentowałem inny fik “Dla zimorodków”, gdzie autor również postanowił pobawić się charakterem kanonicznych bohaterów i pozmieniać co nieco. Wyszło to bardzo dobrze. A postać pijaczki? Myślę, że Rarity byłby niezła xd. Jak szaleć to szaleć. W każdym razie, jak przedstawia się fabuła? Żółta pegazica o imieniu Coy (dlatego kojarzyła mi się z Flutą) odpoczywa się pewnego, pięknego dnia. Postanawia pogrzebać nieco w beczce z gnojem, a biorąc pod uwagę to, jakie są standardy higieny w Equestrii, to nie wyjdzie z tego nic dobrego. Zwróćcie uwagę na to, że kucyki ziemskie nie myją kopyt podczas pieczenia ciast, a przecież na nich chodzą. To tak, jakby ktoś swoimi czarnymi od brudu girami podawał Wam zupę w restauracji. Nic przyjemnego. W końcu Coy postanawia odwiedzić jej przyjaciółka, Biti, która jest nawalona w cztery ploty i lezie na złamanie karku z flaszką w kopycie. Pegaz, jako że nie jest zbyt asertywną osobą (ponownie, Fluttershy) postanawia ulec namową namolnego kucyka i wreszcie wpuścić ją do siebie, aby tam mogła jakoś wytrzeźwieć. Sadza ją na krześle i przestrzega przed tym, aby nie zaglądała do pewnego pomieszczenia (bo to zawsze działa). Straszy ją nawet, że zakazane przejście jest portalem do Narnii, a następnie idzie jeszcze trochę pogrzebać w beczułce z gównem. Tak… zostawia tę nawaloną osobę samą, pomimo tego, że my już wiemy co nieco o jej charakterze, który przedstawia się jako niezbyt mądry. No więc Biti, pozostawiona samej sobie, oczywiście idzie zwiedzić piwnicę. No i co się okazuje? Odkrywa plantację maryśki. Momentalnie wskakuje w krzaczkowy las i zaczyna się w nim tarzać. Oczywiście dopóki na dół nie zejdzie Coy, aby ją stamtąd przepędzić. Pod koniec historii Biti ponownie odwiedza swoją kumpelę-dilerkę wraz z koleżką Tankiem. W sumie nic ciekawego już się nie dzieje. Ot fanfik kończy się w ten oto sposób; “Gdy spotkały się ponownie dnia następnego Biti obiecała, że nikomu nie piśnie słówka. To znacznie uspokoiło plantatorkę, lecz nazajutrz przyszła z ich wspólnym znajomym Tankiem, tłumacząc się, że jemu przecież można zaufać i nie warto mieć przed nim tajemnic, bo on takowych nie posiada przed innymi. -Och dziewczyny… - pomyślał Tank. – Gdybyście tylko wiedziały, co wydarzyło się w Zamku Księżniczek. “ Nie, to nie urwany przez mnie dialog. Tak to się kończy. To jest w tym wszystkim najgorsze; brakuje tu dopełnienia, jakieś puenty. Czemu to nie zostało pociągnięte jakoś dalej? Nie ma żadnych konsekwencji wcześniejszych wydarzeń. Wszystko było po nic. Poza tym; co mnie obchodzą jakieś randomy, skoro nawet nie zdążyłem się z nimi zżyć? Wspomnę jeszcze raz; gdyby obsadzić w rolach Fluttershy oraz Rarity, to moim zdaniem ten fik nabrały rumieńców. Byłoby to dosyć dziwne i abstrakcyjne, ale właśnie to jest komedia. Ten fik ma w tagach “comedy” oraz “random”. Takie rzeczy powinny się pojawiać w takich tekstem. A tak to, co tutaj jest takiego randomowego? Że niby fakt jak ktoś się wytarzał po pijanemu w marihuanie jest szalony i super śmieszny? Nie. To powinien być jedynie mały gag, który przerodziłby się w coś większego. Ech… Ile jeszcze razy to napiszę w tych komentarzach; kolejny zmarnowany potencjał. Jednak nie jest tragicznie. Strona techniczna jest bardzo dobra. Styl również. Jedynie parę literówek zdołałem wyłapać. Ciekawe jest również to, że autor bawił się narracją i wprowadził swobodny, prześmiewczy ton, który jak najbardziej pasował do całości. Sam fik dałoby się dosyć łatwo naprawić. Wystarczy podmienić postacie i dopisać dalszy kawałek tekstu. Naprawdę tyle. Niestety po tej lekturze czuję straszny niedosyt i taką pustkę. Jest mi smutno… Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  10. Ach, krótkie fanfiki mają to do tego, że… krótko je się czyta. Oczywiście. Jednak zebrane w interesującą serię, mogą dostarczyć wiele radości. SPOJLERY W tym przypadku było… różnie. Jasne, jest to seria, jednak poszczególne opowiadania są jednocześnie odrębną całością. Spodziewałem się czegoś innego. Każdy z fików traktuje o czymś zupełnie innym, a przecież seria to specjalny tag przeznaczony dla krótkich form, które krążą wokół jednego tematu. Są jak odcinki MLP; każda z historii może opowiadać o czymś innym, jednak dotyczą tych samych postaci, czy wątku. Tutaj tak nie jest. Na dzień dzisiejszy możemy zapoznać się z trzema opowiadaniami (i chyba już tak zostanie na zawsze) i łatwo zauważyć, że poziom systematycznie spada wraz z kolejnym fikiem. Każde dzieło z osobna mogłoby być oddzielnym oneshotem, ale dość już o tym. Rozpoczynamy od pierwszego opowiadania, które jednocześnie jest najdłuższe. Początek zwiastuje coś całkiem interesującego. Sweetie Belle biegnie na złamanie karku, przemierza wiele krain. Nie może się zatrzymać, nie wie, dokąd biegnie, jej cel jest nieznany dla nas, ale również dla niej. Po prostu nie może przerwać gonitwy, jednak w końcu pada wycieńczona. Ciemność zagarnia ją całą… I oczywiście wszystko okazuje się być snem. Tak, ten zabieg jest nadużywany, jednak zawsze można nim “zatizować” coś interesującego, tylko wypadałoby później wyjaśnić, czemu dana postać miała akurat taki sen. W przypadku pierwszego opowiadania nie ma za specjalnie interesującego wyjaśnienia. Sweetie Belle po prostu przyśnił się koszmar. W związku z tym wstaje z łóżka i postanawia iść do Rarity, no bo się boi, jak to dziecko. Moją uwagę zwróciły dosyć szczegółowe opisy otoczenia i wnętrza. Większość z nich można by wywalić. Dlaczego? Bo gdybym usunął tę treść, to nic bym nie stracił i to jest najlepszy wskaźnik tego, czy coś powinno znaleźć swoje miejsce w historii. Najpewniej autor postanowił się zabawić i potrenować warsztat, z czego bardzo się cieszę, jednak trzeba pamiętać również o tym, iż zbytnie gadulstwo nie jest wskazane. Do czego jest im potrzebna informacja dotycząca koloru kołdry, łóżka, czy inny dupereli? Czy ma to jakieś przełożenie dla fabuły? Czy to coś symbolizuje? Nic. Więc należy to wywalić, bo to nawet nie buduje klimatu. Natomiast fragment z obrazami, z krótkim korytarzem, który zdaje się ciągnąć w nieskończoność jest już dobry, ponieważ oddaje emocje towarzyszące małej klaczce. Dopiero co obudziła się z koszmaru, przemierza w samotności butik pogrążony w mroku; to, co widzi rzeczywiście może wydawać się niepokojące i takie opisy czemuś służą. Nie są jedynie sztuką dla sztuki. Wracając do fabuły. Sweetie Belle dociera do pokoju Rarity, budzi ją i pyta się, czy mogłaby spać u niej przez resztę nocy. Starsza siostra zgadza się bez problemu, za co Sweetie jest jej bardzo wdzięczna. Wtula się w nią i na tym kończy się pierwsze opowiadanie. Było całkiem urocze i dawało taki miły akcent, podkreślało również charakter więzi między siostrami. Kolejne opowiadanie. Tym razem Dr Hooves wraz z Derpy i Dinky (oczywiście) wsiadają do budki telefonicznej, aby pozwiedzać inne światy. No więc najpierw trafiają do Śródziemia, gdzie krasnoludy akurat obchodzą spóźnione Boże Narodzenie wraz ze Smaugiem (takim smokiem z sagi Tolkiena). Klepsydra wskazuje godzinę 23:50, więc, według tradycji, pozostało jeszcze 10 minut do końca dnia. Wraz z tym zawieszenie broni pomiędzy smokiem oraz krasnoludami ulegnie kasacji, więc widzimy, jak smok nabiera tchu, aby spopielić biesiadników przy bożonarodzeniowym stole, lecz Dr Hooves w ostatniej chwili teleportuje się z tego świata w zupełnie inne miejsce. Przy okazji Derpy krzyczy na Doktora, ponieważ naraził jej dziecko na zobaczenie tej okrutnej sceny. Tak więc gdzie tym razem trafiamy? Do Hogwartu. Tam nic szczególnego się nie dzieje. Jesteśmy świadkiem tego, jak jedna z uczennicy ze Szkoły Magii dostała zabawkowego kucyka z okazji świąt, który wygląda jak kuce z 4G. Ostatnim miejscem jest… Minecraft. Przenoszą się do gry. Nie wiem, jak działa ta budka, być może jest w stanie zmaterializować się w wirtualnym świecie albo naprawdę istnieje wymiar Minecrafta. Jeżeli tak jest, to niech Celestia ma nas w opiece. W każdy razie trafiają na mroźny biom, gdzie jest im bardzo zimno. Widzą drewnianą chatkę na wzgórzu. Przy okazji całkiem słusznie zauważają, że wszystko zrobione jest z kwadratów, choć tak naprawdę z sześcianów, ale to szczegół. W sumie sześciany to tak jakby są zbudowane w kwadratów, więc nie będę się czepiać. Nasza ekipa z Doktorem na czele idzie w stronę domostwa i puka do drzwi. Niemal od razu otwiera im jakiś NPC albo sam gracz (raczej gracz, bo tylko dzieciak nazwałby się Gimboo333) i po krótkiej wymianie zdań, zabiera ich w podróż przez portal. Lądują w tej lokacji ze smokiem oraz endermanami. Wybaczcie, dawno już nie grałem w Minecrafta, a nawet nie chce mi się sprawdzać nazwy poziomu xd. No i sumie… ponownie uciekają przed zagrożeniem. Nie jestem pewien, ale chyba trzeba było najpierw pokonać smoka, aby móc się wydostać z Kresu (bo chyba tak się nazywało to miejsce, właśnie mi się przypomniało). Ale w sumie nieważne. Jak to się wszystko kończy? Lądują z powrotem w domku tego gimbusa, gdzie czekają na nich trzy, równie kwadratowe postacie. Pytają, czy widzieli Maćka i to tyle. Koniec opowiadania. Było strasznie chaotyczne. Niektóre gagi były okej, ale w gruncie rzeczy całość mnie nie zachwyciła. Wypadałoby nieco więcej uwagi poświęcić odwiedzanym lokacjom. A tak to zostało to wszystko zrobione na pałę. Ostatni, trzeci fanfik z serii, jednocześnie najkrótszy i chyba najsłabszy. Akcja dzieje się w klasie, w Magicznym Przedszkolu pełnym rygorystycznych zasad wkręcających śruby w biedne źrebaki. Przechadzająca się pomiędzy ławkami nauczycielka kojarzy mi się z wychowawcami z ery PRLu, którzy bezproblemowo mogli lać rózgą dzieciak po rękach. W sumie, przydałoby się to w dzisiejszych czasach, bo teraz na takiego gówniarza nie można spojrzeć krzywym okiem, nawet gdy roz**erdala wszystko wokół. No cóż. Ale wredna nauczycielka w tej historii zdecydowanie jest zbyt surowa dla głównej bohaterki; alicorna. Szuka choćby najmniejszej okazji do tego, aby za coś ją skarcić. Nie znajduje, więc wysyła ją po kredę do sekretariatu. Młoda alicorn wścieka się w myślach, że to zawsze ona musi po wszystko zapierniczać, lecz posłusznie idzie wypełnić polecenie. Niby wszystko przebiega tak, jak powinno, jednak gdy wraca do klasy, nauczycielka zwraca jej uwagę, że uczniowie nie powinni sapać (bo alicorn pobiegła po tę kredę). Opiernicza ją i zapewnia, że porozmawia z jej ojcem. Ciekawe, jak zareaguje ten ojciec. A może nauczycielka tylko szuka powodu, aby spotykać się z tatusiem głównej bohaterki? No nie dowiemy się, bo to już tyle w tym temacie. Ogólnie nie było źle, jednak tylko pierwsze opowiadanie wybijało się ponad poziom przeciętności, ledwo, ale jednak. Reszta opowiadań przedstawia się nijako i nieinteresująco, ponieważ nie zostały rozwinięte jak należy. Ale można tu spotkać parę fajnych pomysłów. Szkoda, że opowiadania egzystują w oderwaniu od siebie. Lepiej by było związać je jakimś wątkiem, postacią, czy czymkolwiek innym. Wtedy ta seria miałby sens. A tak to wyszło dosyć randomowo. Nie mówię, że jest źle, aczkolwiek mogło być znacznie ciekawiej. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  11. O rety… Tego się nie spodziewałem. To w końcu fanfik autorstwa Malvagio. SPOJLERY Byłem przyzwyczajony do czegoś zupełnie innego a tu takie zaskoczenie. Historia ma zupełnie inny ton, ale to dobrze. Cieszy mnie również fakt, że wreszcie ktoś dał więcej światła Fluttershy, co pewnie jej się zbytnio nie spodoba, lecz mi jak najbardziej. Przez wiele lat ta postać mało mnie obchodziła. Nie była ani zła, ani dobra, po prostu była i tyle. Gdzieś tam w tle. Stosunkowo niedawno zauważyłem, jaki potencjał nosi w sobie Drżypłoszka. I jest również bardzo sympatyczna, a to zawsze wychodzi na plus. W tej historii poznajemy zupełnie inną stronę Fluttershy. Jasne, wciąż jest ona tak samo życzliwa i dobra, aczkolwiek jej postać możemy obrócić na drugą stronę jak monetę. A co wtedy ujrzymy? Zawodową hazardzistkę. Otóż historia rozpoczyna się od sceny, podczas której dowiadujemy się, że brakuje funduszy na zbudowanie schroniska dla zimorodków (takich ptaków). Żółta pegaz wstydzi się poprosić o pożyczkę swoje przyjaciółki, natomiast bank najpewniej jej odmówi, dlatego Fluttershy postanawia otworzyć sekretne pudełko, wyjąć z niego ładne ciuszki i udać się na turniej pokerowy. Swoją drogą jest on prowadzony przez DJ Pon-3 (a fandom myślał, że nie umie mówić). Samemu wydarzeniu przyświeca tylko jedna zasada; brak zasad. Coś jak Fight Club tylko bardziej hardkorowe, bo tam, pomimo anarchistycznego charakteru całej organizacji, trzeba było choćby walczyć, gdy ktoś pojawiał się po raz pierwszy. No więc Fluttershy przybywa na miejsce, prezentuje się i ogłasza wszem i wobec, że wszystkich ogra. I to się dzieje. Zaraz po tym jesteśmy świadkami tego, jak wraca po wygranym turnieju pokerowym i odkłada kapelusz na miejsce. Swoją drogą samo zakończenie daje nam do zrozumienia, że jednak nie był to ostatni raz, kiedy postanowiła wcielić się w rolę profesjonalnej pokerzystki. Ale pieniądze dla zimorodków zdobyła. I tak to się kończy. Wiem, że to fanfik konkursowy i zostały nałożone na niego pewnego ograniczenia. Ale still. Jest tu poważny problem. Nie chcę wypominać autorowi, że poszedł na łatwiznę i całkiem zrezygnował z punktu kulminacyjnego, czyli samego turnieju. Najpewniej przekroczyłoby to limit słów. Tylko że ja oceniam fanfik jako osobne dzieło, oderwane od wymogów konkursowych. Uważam, że pomysł z turniejem karcianym z Fluttershy w roli głównej był jak najbardziej trafiony, lecz nie w tym przypadku. Nie, jeżeli to fanfik na konkurs, który z góry zakłada napisanie bardzo krótkiego opowiadania. Ponieważ odebrano nam najlepsze momenty. Zobaczenie jak Fluttershy kantuje, używa strategii i wszystko analizuje pod kątem psychologicznym, byłoby świetnym kawałkiem tekstu do przeczytania. A jednak tego zabrakło. To tak, jakby zamówić najlepszą pizzę na świecie i zjeść tylko te skórki na brzegach (wiecie o czym mówię). To jest totalnie zmarnowany potencjał. Ale mimo wszystko historia jako tako się broni. Wciąż ma to jakiś ładunek humorystyczny. Całość wyszła całkiem sympatycznie. Problem i motywacje głównej bohaterki zostały sprawnie zarysowane. Jednak ponownie; fanfik nie jest w stanie rozłożyć skrzydeł, poprzez pozbawienie nas scen z samego turnieju. Jeżeli chodzi o stronę techniczną, to zauważyłem kilka zgrzytów. Pojawiają się powtórzenia, dziwne konstrukcje zdań. Momentami brzmi to niezręcznie. Czuć również ten pośpiech w prowadzeniu wątków. No cóż… gdyby nie ten konkurs, to jestem pewien, że dostalibyśmy coś epickiego, a tak to. Dużo narzekam, ale mam swoje powody. Mimo tego, wciąż uważam, ale mamy tu do czynienia z czymś przynajmniej przeciętnym, a nawet dobrym. Polecam przeczytać tak czy siak. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  12. Czy ktoś jeszcze pamięta to uniwersum? NLR vs SE? Szczerze mówiąc ja mam wrażenie, że ten całym koncept odszedł do lamusa. Czy słusznie? Wydaje mi się, że tak, ponieważ to uniwersum jest już na tyle zdefiniowane i ma mocne podstawy, że potrzeba by wiele wysiłku, aby wykrzesać z NLR vs SE choć trochę świeżości (nie gubiąc przy tym cech definiujących tego “taga”). SPOJLERY Ponieważ odwieczny konflikt dwóch potęg zawęża nam pole do popisu i to w znacznym stopniu. Zauważcie tylko; sam serial MLP oferuje niemal nieskończone możliwości wymyślania nowych historii, dodawania swojej własnej treści, nawet bez burzenia kanonu. NLR vs SE to jak oddzielny fanfik, w którym muszą pojawić się pewne elementy, aby tożsamość została zachowana. Mimo wszystko ten konflikt zbrojny zawsze musi się gdzieś przewinąć, czy to na głównym planie, czy w tle, jednak zawsze. Nie mówię, że pisarze fandomowi mają całkiem skrępowane ręce w wymyślaniu czegoś nowego; jednak pewne ograniczenia są na nich nałożone, a każda żyła złota kiedyś się skończy. Jak jest w przypadku wyżej omawianego fika? Bardzo… dziwnie. Cieszy mnie fakt, że konflikt zbrojny został odsunięty na bok. Sceny batalistyczne są czymś, czego każdy spodziewa się w pierwszej kolejności. Natomiast tutaj spotykamy się z zupełnie innym podejściem. Wojna toczy się na innej płaszczyźnie; na poziomie dyplomacji oraz propagandy, co mogłoby nam udowodnić to, że pióro jest silniejsze od miecza. Niestety tak się nie dzieje. Ale najpierw przyjrzyjmy się samej historii. Wszystko zaczyna się od sceny w sali tronowej Celestii. Jeden z posłańców przybywa do władczyni Solarnego Imperium i z przerażeniem w oczach wyjawia, że ktoś zbezcześcił pomnik Pani Dnia. Widzimy, że postać księżniczki Słońca bardziej przypomina Daybreaker niż serialową, białą alicorn, ponieważ ta w tej historii sprawia wrażenie wyniosłej i okrutnej. Celestia po usłyszeniu tych wieści, postanawia wezwać do siebie ministra Propagandy o imieniu Chief Conductor. Zaczynają rozmawiać o sprawie zamalowanego pomnika władczyni; “- Trzeba to nagłośnić. Musimy pokazać, że Nowa Lunarna Republika chce zniszczyć nasz perfekcyjny ład. Uśmiech Chiefa stał się jeszcze szerszy. - Pomnik przecież jest strzeżony. Społeczeństwo pomyśli, że pani strażnicy są do niczego. Celestia zmrużyła oczy. To był fakt. Strażnicy nie mogą stracić swojej pozycji. W innym wypadku jeden z najważniejszych środków przymusu upadłby. - Więc co proponujesz? Chief Conductor chwilę zastanowił się. - Moglibyśmy powiedzieć, że strażnicy zostali zaatakowani i dotkliwie pobici. To sprawi, że Republika zostanie przedstawiona w niezbyt korzystnym świetle. - Doskonale.” Okej, nie uznaję tego za absurd tylko dlatego, że później Chief okazuje się być zdrajcą. Jednak ta rada jest do niczego. Jasne, słusznym jest podtrzymać respekt społeczeństwa wobec służb porządkowych, jednak sposób, w który chcą to uczynić, jest beznadziejny. W jaki sposób fakt, że strażnicy zostali pobici, ma poprawić skuteczność strażników w oczach całego Solarnego Imperium? Tak czy siak zawiedli, a do tego pozwoli obić się paru chłopakom (czy nawet jednemu) po mordzie i to ma poprawić ich wizerunek? Absurdalne. To, co ja bym osobiście zrobił, to w pierwszej kolejności poszukanie jakiś kozłów ofiarnych (najlepiej, jakby to byli przeciwnicy politycznie), oskarżyć ich o rozbój, aby na oczach całego społeczeństwa zmusić ich do naprawienia szkód, a następnie ukarać dotkliwie i wynagrodzić tych, którzy pomogli całej sprawie. Oczywiście wszystko na samej scenie przebiegałoby wedle litery prawa, jednak za kurtyną wrzałoby od spisków i machlojek. Hehe… Drugą opcją byłoby zatuszowane wszystkiego, jeżeli wieści o zniszczeniu pomnika jeszcze nie wypłynęły w świat. Tak czy siak, Celestia oraz Chief postanawiają rozwiązać to na swój sposób. Następnie przenosimy się do Lunarnej Republiki. Luna od jakiegoś już czasu dostaje tajemnicze listy od zagorzałego wielbiciela, który dokonał wielu aktów przeciwko Solarnemu Impierium. Między innymi to on postanowił oszpecić pomnik starszej siostry. W swoich wiadomościach wyjawia również to, że zaplanował zamach na Celestię. To punkt zwrotny dla księżniczki Luny. Zaczyna mieć wątpliwości. Z jednej strony jest w stanie wojny ze swoją siostrą, a z drugiej wciąż ją kocha. Po krótkich rozterkach decyduje się wylecieć ze swojej siedziby i ostrzec Celestię przed próbą zamachu. Bardzo szybko dociera na miejsce. Dziwne jest to, że udało jej się bez niczego dostać na paradę Pani Dnia tak bez niczego, a do tego udało jej się zbliżyć do najważniejszej osoby w Solarnym Imperium. Wtedy również następuje big reveal (o którym już wspomniałem). Oto Chief jest tym wielbicielem Lunarnej Republiki i to on stał za tym wszystkim. Wymierza broń w Celestię i strzela. I co się dalej dzieje? Luna osłania siostrę swoim własnym ciałem i pada martwa. Były już minister propagandy nie może w to uwierzyć, podobnie jak Celestia. Niestety księżniczka Nocy ginie, ale przynajmniej ma to jakieś konsekwencje. Otóż… od tej pory konflikt między dwoma państwami ma zostać zażegnany, a przynajmniej zakończenie daje to do zrozumienia. Brzmi jak całkiem fajna historia, co? Jasne, to, co zostało tu przedstawione przejawiało się już wielu dziełach kultury. Zdrada najbardziej zaufanego sługi, nienawiść dwóch stronnictw do siebie nawzajem, aż w końcu bohaterska śmierć, moment zadumy, która finalnie zakopuje wojenny topór. Tak, to wszystko było, jednak wciąż można było zrobić z tego coś bardzo dobrego. Niestety w tym fiku to się nie udało. Nie można, no po prostu nie można poprawnie skonstruować fabuły, rozpisując się na ledwie dwie strony. Tak, dwie strony! Całe opowiadanie przypomina bardziej streszczenie niż prawdziwą, dobrze opowiedzianą historię. Niby wiadomo o to chodzi, jednak brakuje tutaj porządnej podbudowy. Moralny konflikt Luny został przedstawiony strasznie płytko i nijako. Domyślamy się, dlaczego Luna postąpiła tak a nie inaczej, lecz zostało to poprowadzone zbyt szybko. Omawiany fik jest porządną miniaturką i konceptem, któremu zabrakło wielu stron tekstu. I to jest największy problem; długość tego dzieła. Tak naprawdę wystarczyłoby dołożyć więcej wątków, skupić się na dyplomacji, propagandzie, rozgrywkach politycznych, dorzucić parę scen batalistycznych, a to wszystko okręcić wokół głównego konfliktu, jakby byłaby wspólna nienawiść oraz jednocześnie miłość dwóch sióstr do siebie nawzajem. Ech… Szkoda, że tego zabrakło. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś wyjdzie nowa wersja. Stronie technicznej mogę zarzucić dziwny sposób opublikowania tego dzieła. To nie jest typowy dokument w google dosc, tylko jakaś stronka bez żadnego justowania. Bardzo źle to wygląda i przeszkadza w czytaniu. Jednak nie dopatrzyłem się innych błędów pod tym względem. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  13. Bardzo ciekawy fik, poruszający ciężki temat. Mój brat jest doktorem, więc sam mógłby stać się “Panem Życia i Śmierci” tak jak to zostało określone w samym opowiadaniu. Wiem również, że to bardzo ciężka robota, tak samo stresująca. SPOJLERY No bo wiadomo jak to jest. Narzeka się na służbę zdrowia i ja nie mam zamiaru jej bronić ani o nic oskarżać w tym komentarzu, bo zrobiłby się zbyt politycznie. Jednak z drugiej ręki wiem, że praca na oddziale to prawdziwe wyzwanie. Wiele się oczekuje od lekarzy, często są również krytykowani i obwiniani za coś. Nie ma się co dziwić, gdy w grę wchodzi ludzkie życie. To zawsze budzi wiele emocji. Każdy myśli o sobie, zwłaszcza chory, który ma własne problemy na głowie i cierpi. Chce, żeby ktoś mu pomógł i to czym prędzej, jednak niestety nie żyjemy w idealnym świecie. Wiem, że pewnie niektórzy pomyślą sobie teraz, że bronię “stanu lekarskiego”, bo ktoś z mojej rodziny do niego należy, ale nie. Nie bronię. Jest takie trafne powiedzenie; że nie wszystkim da się dogodzić, a ludzie popełniają błędy. Niestety lekarze płacą za to najwyższą cenę, bo od nich zależy to, czy ktoś przeżyje. Nawet jeśli ktoś inny równie mocno się pomyli w innym zawodzie, to nie spotyka się z taką złością oraz potępieniem. Ostatnio była kolejna nagonka na lekarzy, wszystko przez koronawirusa. Ludzie mieszkający wokół lekarzy bardzo często robili im wiele problemów tylko dlatego, że mają taką pracę, jaką mają i oskarżano się ich o roznoszenie choroby. No niestety. Ale dość już o tym. W tym fiku mamy do czynienia również z tematem dotyczącym lekarzy. Skojarzył mi się on… z Doktorem Housem. Ale do tego przejdziemy. Tak więc historia przedstawia nam doświadczonego chirurga, starego wyjadacza będącego w biznesie już od kilkunastu lat. Heartswan, bo tak się ów lekarz nazywa, bardzo się przykłada do swojej roboty, a na koncie ma wiele uratowanych żyć. Poznajmy historię najcięższych przypadków, z których wybrnął obronnym kopytem i po prostu uratował życie innym kucykom. Jednak pozostaje kwestia jednego, ciężkiego przypadku, pewnej klaczy potrąconej przez wóz. Żebro w trakcie zderzenia zostało roztrzaskane i wbiło się w serce. Potrzebny jest nowy organ. Należy również nadmienić, że sama poszkodowana została przedstawiona jako osoba szlachetna, nie szukająca rozgłosu (nie to co ta głupia Rainbow Dash) i jest to po prostu ktoś, komu każdy, kto jest bez serca z kamienia, kibicowałby. I tutaj pojawia się główna oś konfliktu. Do szpitala przyjeżdża ogier podejrzany o gwałty (choć wiadomo, my wszyscy wiemy, że jest winny, ale prawnicze machlojki pozwoliły mu uniknąć sprawiedliwości). Jest to również rozbójnik gardzący wszystkimi i głośno domagający się wszystkiego, co tylko chce. No więc starymi, dobrymi metodami mamy tutaj klasyczne wkręcanie śruby w nasze mózgi. Poprzez taką ekspozycję, wiemy już, co chcielibyśmy, aby się stało. To prosty zabieg, bazujący na emocjach czytelników. Heartswan dowiaduje się również, że organy tego nieprzyjemnego osobnika również są kompatybilne z wcześniej wspomnianą pacjentką. Wiadomo już, co się stanie? Oczywiście. Nasz chirurg ma operować gwałciciela z włócznią wbitą w bok, ale podczas operacji umyślnie popełnia błąd, przecinając skalpelem jedną z tętnic. Okej, niestety ten doktor trochę się w tym momencie wygupił. Po pierwsze; podczas rozmowy z podejrzanym dał jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru go ratować. Wystarczyło odpowiedzieć stale wyuczoną formułką, grzecznie i tonem nie wzbudzającym podejrzeń co do jego zamiarów. Po drugiej; nie jestem pewien, ale raczej mógł go zabić w inny sposób. Nie przecinając mu tętnicę. Operacje są bardzo skąplikowane, dlatego też należy się do nich przygotować i postępować wedle planu. Heartswan mógł przygotować sabotaż całego zabiegu w nieco bardziej subtelny sposób. No ale niestety przez to najpewniej wylądował w więzieniu, bo jak kończy się ta opowieść? Zakończenie jest w pewnym sensie otwarte, lecz można się domyślić, że poszedł do więzienia. Najpewniej większość ludzi, która przeczytałaby tego fika, byłaby po stronie doktora. No cóż, ja też jestem. Tak moralnie, to jak najbardziej. Jednak… No sam nie wiem. Wiadomo, w tym wypadku Heartswan postąpił słusznie, w sposób utylitarystyczny. Nie stało to w zgodzie z literą prawa, ale je**ć to. Cóż, temat opowiadania jest właśnie jednym z dużych plusów tego fika. Jeżeli o mnie chodzi, to temu opowiadaniu przyznałbym epika. Jeżeli nie znajdę niczego lepszego, to pewnie tak zrobię. Niby wszystko jest tu ograne w prosty sposób; mamy dwa bieguny; powinność i nasze poczucie sprawiedliwości. Tak samo było w serialu Doktor House, gdzie jeden z głównych bohaterów, ten blond-kangur, zabił przywódcę jakiegoś tam rewolucyjnego powstania w Afryce (nie pamiętam dokładnie o co chodziło, wybaczcie). Tam sytuacja była nieco inna, ponieważ domyślnie zły gość również miała swoje argumenty i racje, a w dodatku jego narządy nie były potrzebne do uratowania kogoś innego. Tutaj natomiast nie dość, że mamy do czynienia ze ścierwem, które gwałci, to jeszcze jego śmierć mogłaby się przyczynić do ocalenia wartościowego kucyka. Tak więc łatwiej nam zrozumieć decyzję głównego bohatera. Czy była słuszna? Sam już oceńcie. Jedyne, co mogę zarzucić fikowi, to to, że tak szybko ten konflikt moralny znalazł swoje rozwiązanie. Konflikt moralny? Nieee… Żadnego tu nie było. Po prostu Heartdwan pogadał sobie chwilę z podejrzanym i od razu stwierdził, co trzeba zrobić. Zabrakło tutaj nieco głębszego zbadania sprawy. Jakiś rozterek, które, no mimo wszystko, byłoby fajnie prześledzić. Ale i tak jest bardzo dobrze. Polecam tego fika każdemu. Wspomnę tylko, że strona techniczna miała małe błędy, ale absolutnie nie wypłynęło to na jakość opowiadania. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  14. SPOJLERY Kolejny alicorn w Equestrii… A do tego to nasza “poczciwa” Rainbow. Aczkolwiek nie mówię, że to jest z pewnością zły pomysł, coś z pewnością dałoby się z tym zrobić. Niestety w tym przypadku się nie udało, bo jest sporo problemów, ale chyba największą przeszkoda do stwierdzenia, czy pomysł wypalił, jest długość tego fika. Zaledwie parę stron, okraszonych niemal samym dialogami. Zapowiada się nieźle, co? Strona techniczna bardzo kuleje. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakby to wyglądało przed korektą, którą życzliwi użytkownicy tego forum postanowili wykonać. Najbardziej jednak w oczy rzuca się tryb narracji; otóż jest on… przeszło-teraźniejszy? Łada hell? Nie rozumiem za bardzo tej decyzji. To znaczy; rozumiem, że ogólnie chciano to napisać w czasie teraźniejszym, co jest, no… kontrowersyjną decyzją. W ogóle to nie pasuje to opowiadań, no bo gdy opowiadamy historię, to mówimy o czymś, co już się wydarzyło, a nie relacjonujemy wydarzenia na żywo. Jednak nie uznaję tego za błąd, bo… no niektórzy tak piszą. W znacznej mniejszości, bo po prostu przyzwyczajeni jesteśmy do trybu przeszłego. Natomiast nie mogę zaakceptować faktu, że od czasu do czasu pojawiają się zwroty w czasie przeszłym. Jak już się coś wybrało, to trzeba się tego konsekwentnie trzymać. Ta niejednolitość w narracji zaburza logikę świata, wygląda oraz brzmi po prostu źle. Dalej mamy zero klimatu oraz niezbyt ciekawe dialogi. Tempo akcji również jest zbyt szybkie. Przede wszystkim nie ma tu prawie opisów, a jak już się jakieś znajdą, to zbudowane są z niezręcznych zdań. “Był ciepły i słoneczny dzień. Każdy szczęśliwy kuc wychodzi z domu i spędza czas na dworze. No, może nie każdy.” Tak, proszę państwa, ten krótki fragment, to nasze wprowadzenie. Nie mówię, że powieść nie może się zacząć od dialogu. Można zacząć również od akcji, ale… Skoro już ktoś wybrał taki sposób na wprowadzenie nas w świat, poprzez opis, no to wypadałoby to jakoś rozwinąć. Poza tym… Serio? Opis pogody i jakiś establishing shot, niezbyt skomplikowany? To chyba najbardziej leniwe posunięcie, a jako że jest tak krótkie, to tym bardziej. Poza tym już tutaj widać wielki zgrzyt; najpierw czas przeszły, potem teraźniejszy. To jest to, o czym wcześniej wspominałem. “- GDZIE ONA JEST?! - pytała się zniecierpliwiona Twillight. - Powinna tu być pół godziny temu. Przecież wie, że nasze spotkania są bardzo ważne. - Pewnie znajduje się w siedzibie Wonderbolts - odpowiada Rarity - ale nigdy się nie spóźnia. Dziwne. - Tak czy siak, poczekamy na nią od 5 do 10 minut. - dodała Twillight. - Jak po tym czasie jej nie będzie tutaj, to zaczniemy bez niej. - Na pewno jest w drodze do nas, pewnie się na coś zagapiła, jak zawsze - dodaje Applejack - przecież nie powinna tak długo lecieć.” Och, dopiero jak minęło pół godziny, to postanowiły sobie o tym porozmawiać, dając nam próbkę ekspozycji? No i jest tutaj pewna niespójność. Tak, Rainbow Dash nigdy się nie późna, a mimo wszystko Applejack dodaje pod koniec, że pewnie jak zawsze na coś się zagapiła, co sugeruje, że jednak zdarza jej się spóźniać, bo właśnie zawsze coś odwraca jej uwagę od przybycia na umówione spotkanie. No i nie wiem, pół godziny spóźnienia do strasznie dużo. Wyobraźcie sobie czekać na kogoś przez tyle czasu i nic nie robić. Tylko czekać. A teraz spróbujcie sobie postać na środku pokoju przez trzydzieści minut. Wiecie ile to będzie trwać? Trzydzieści minut? Nie, bo wieczność! No ale trzeba przyznać, że pozostałe Mane 6 są bardzo cierpliwie, bo postanawiają dać jej jeszcze do dziesięciu minut. Ale okej, trochę wybiegłem z fabułą do przodu. No właśnie, co z treścią? Jak już wyżej zostało to pokazane, Mane 6 czekają na Rainbow Dash, która się spóźnia. Niestety nie dowiemy się, co konkretnie chcą zrobić, co takiego zaplanowały. A szkoda. Można by to dać do tego krótkiego wprowadzenia i już byłoby lepiej. Po tym przenosimy się do kwatery Wonderbolts. Tęczka chcę wykonać nowy trik, a konkretnie podwójne Ponaddźwiękowe Bum, podczas którego dojdzie do dwóch eksplozji tęczy. Spitfire próbuje ją przekonać do tego, żeby tego nie robiła, jednak ta głupia Rainbow oczywiście wie swoje i nic jej nie obchodzi. Wydaje mi się, że kapitan Wonderbolts powinien mieć więcej do powiedzenia w tej kwestii. Skoro Rainbow już należy do Akademii, to w jakiś tam sposób jest podległa zasadom przełożonych. Charakter Spitfire nie został oddany zbyt dobrze. W tym fiku jest zbyt miękka i nie potrafi postawić na swoim. Jasne, nie lubię Spitfire, ale w tej sytuacji powinna przemówić do rozsądku Dash. Ano tak, zapomniałem, że ta pegaz przecież go nie ma. Po tej krótkiej scence znowu przenosimy się do Mane 6, które widzą, jak Rainbow wzbija się w powietrze (najpewniej ciągnie się za nią ten tęczowy ślad, no bo jak inaczej mogłyby zobaczyć taki mały obiekt z tak dużej odległości?). No i znowu przeskakujemy do Rainbow… Ech. Ktoś, coś do mniej mówi, gdy już jest z trzy kilometry w górze. Tak tylko dopowiem, że to powinno rozsadzić jej płuca albo chociaż powinna zemdleć, ponieważ ona lata wręcz błyskawicznie, a wraz z tym momentalnie zmienia się ciśnienie, no ale cóż… To w sumie jest też absurd serialu. No więc ktoś, coś do niej gada. Nie wiemy konkretnie kto, ale chyba Spitfire, no bo innych opcji raczej nie ma, jednak zostało to przedstawione strasznie dziwnie. “Rainbow dalej się wznosi ponad chmury, aż zatrzymuje się na odległość około trzech kilometrów nad Ponyville. Ma już startować, ale ktoś jej to przerywa. - Rainbow… Rainbow... - Kto to mówi? Wyjdź i walcz jak pegaz, tchórzu. - Nie mogę. - Dlaczego? - Nie mogę ci tego na razie wytłumaczyć. Nie zrozumiesz. - Ja nie zrozumiem? Masz mnie za głupią?” Oczywiście, że mam cię za głupią, Rainbow. No i chyba to nie była jednak Spitfire, bo Dash rozpoznałaby jej głos, a trenerka tym bardziej nie chciałaby się chować. Do teraz nie mam pojęcia, o co tu chodziło. Może to by się wyjaśniło później, lecz… no pozostawia to taki niesmak. Niebieska pegaz zaczyna pikować z zawrotną prędkością, a na końcu udaje jej się wykonać podwójny tęczowy grom. Super. A w międzyczasie jeszcze Spitfire spotyka się z Mane 6 i tłumaczy im, o co chodzi. No ciekawe, przecież była w kwaterze Wonderbolts, a to jest kawałek od Ponyville. Chyba aż takie szybkie nie są te pegazy, co? Ostatecznie Rainbow, jako że jest głupia, ląduje w Ponyville na pełnej petardzie i zderza się ze skałą. Niestety nie umiera, lecz… jej przyjaciele odkrywają coś niesamowitego. Otóż nasz element lojalności stał się alicornem. No i tak to się wszystko kończy. To znaczy prolog, bo więcej już nie ma. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej to chciałbym zobaczyć, co tam dalej mogło się dziać. Wiem również, że podstawą pomysłu był sen kuzynki autora. A skąd to wiem? A bo jest to wspomnianie z dwa razy, tak, żeby sobie to utrwalić na wszelki wypadek. Cóż… struktura tego wszystkiego rzeczywiście przypomina sen. Opowieść jest chaotyczna, nieskładna, pozbawiona logiki. Drętwe dialogi brylują tu bez ustanku. Zero klimatu, ciekawej atmosfery, tempo fanfika przerzuca nas non-stop z miejsca na miejsce. Przydałoby się to napisać od nowa. Poprawianie tego nie ma sensu, bo wszystko jest spróchniałe w samym rdzeniu. No nic… Mam nadzieję, że następny raz, jeśli nastąpi, będzie lepszy. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  15. No całkiem ciekawy pomysł, zakończenie również. Choć część właściwa fika była nieco dezorientująca, to końcówka wyjaśnia wszystko. W sumie, można było jej się domyślić. SPOJLERY Tak więc do Equestrii najwidoczniej zawitała nowa moda. Oto pewna gra (nie wiemy do końca na co, ale z pewnością na konsolę przenośną) opanowała umysły kucyków. W dodatku jest… imponująco rozbudowana. Właściwie przypomina to bardziej symulator niż typową grę. Coś podobnego do Simsów, tylko jeszcze bardziej ekstremalne. Można stworzyć dowolną postać i kierować jej poczynaniami. Celem gry jest zabicie awatara w jak najbardziej efektowny sposób. I już możemy usłyszeć buczenie ze strony przeciwników gier i wszelkiej maści obrońców moralności. Hehe, tak, tak… Historia rozpoczyna się od tego, że Rainbow widzi, jak Spike w coś gra. Podlatuje, aby zapytać, o co chodzi, jednak ten niechętnie jej odpowiada, skupiając się na grze. Ogólnie dowiadujemy się tego, co już wyjaśniłem powyżej; gra podobna do Simsów, ale w bardziej sadystyczna, stała się wiralem. Rainbow Dash odbiera Spike’owi grę i leci w pierony, aby pograć w samotności. Ten za nią goni i rzuca w nią książkami. W tym momencie byłem nieco zagubiony, bo momentami świat gry zlewa się ze światem rzeczywistym. Czasem nie wiedziałem, co jest prawdziwe, a co nie, ale wszystko okaże się pod koniec. Dopuszczałem również możliwość tego, że gra już do tego stopnia opętała umysły kucyków, że przestały odróżniać co jest rzeczywiste a co nie i to będzie zwrotem akcji, lecz jednak się myliłem. Rainbow Dash upada i łamie sobie skrzydło. Zaraz potem wychodzi na to, że to było w grze… Trochę to dziwne, ale niech będzie. I dopiero teraz pegaz kradnie smokowi grę i leci daleko poza zasięg, aby w spokoju pograć. Gdy dociera na miejsce, rozpoczyna tworzenie postaci (chce zrobić fioletowego smoka, by potem go zabić), aż tu nagle dociera do niej Spike wraz z Pinkie, która przyleciała razem z nim balonem. Odbywają koleją szarpaninę i lecą w dół, prosto do lasu Everfree. W ostatniej chwili orientują się, że leci na nich coś dużego, by ich zmiażdżyć i tuż przed końcem… … okazuje się, że to wszystko również było grą, a wszystkie wydarzenie zainicjowała Twilight. Wow, jaka incepcja. Jeżeli to prawda, to ta gra jest naprawdę rozbudowana. Jest w stanie tworzyć symulacje wewnątrz symulacji. Ciekawi mnie, jakie to ma wymagania, bo przecież coś takiego zżarłoby mnóstwo mocy obliczeniowej. No ale jesteśmy w świecie pastelowych koników, więc być może konsolka była napędzana jakimiś kryształami czy inną magią. No pomysł na coś takiego jest naprawdę fajny i został dość zgrabnie ograny. Choć gry i Twilight jakoś mi nie pasują do siebie, w końcu ona uwielbia czytać i się uczyć, to tutaj mi to nie przeszkadzało. Było to takim miłym akcentem, po którym nawet się uśmiechnąłem. Z pewnością najmocniejszą stroną fanfika jest dosyć kreatywny pomysł (przynajmniej ja się nigdy z czymś takim nie spotkałem). Szkoda, że nie wiemy, jak się ta gra nazywa. Mogło być również więcej szczegółów, ale i tak było w porządku. Jeżeli chodzi o problemy, to moim zdaniem fik mógł być nieco dłuższy. Denerwuje też niekonsekwencja w wydzielaniu kolejnych akapitów. Jednak to pewne szczegóły, które nie odebrały mi przyjemności z obcowania z tą historią. Opowiadanko jest lekkie i przyjemne i poprawnie oddaje klimat SOL oraz komedii. Nie mam za bardzo czego wytknąć tej historii. Jeżeli lubicie niezobowiązujące, krótkie opowiadania, to czytajcie śmiało. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
×
×
  • Create New...