Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Grento YTP

Brony
  • Content Count

    526
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    12

Grento YTP last won the day on January 18

Grento YTP had the most liked content!

Community Reputation

281 Wzorowa

About Grento YTP

  • Rank
    S.T.A.L.K.E.R.
  • Birthday 02/09/1997

Kontakt

Informacje profilowe

  • Gender
    Ogier
  • Miasto
    Krosno
  • Zainteresowania
    książki, gry, pisanie, sport
  • Ulubiona postać
    Nie ma :P

Recent Profile Visitors

3,015 profile views
  1. Witajcie! Nie martwcie się, ja nie zapomniałem o tym fiku... naprawdę! Ale rzeczywiście minęło trochę czasu. No więc, nie przedłużając, oto kolejne zremake'owane rozdziały. Nie no, serio jest tam sporo różnic w porównaniu do oryginału, dlatego też po prostu zapraszam zainteresowanych do zapoznania się z nowym materiałem tekstowym. Rozdział 7; https://docs.google.com/document/d/16EUBOrsnvdBJEeJAWNqCRaylL36LJPTIfflIGe5rIe4/edit Rozdział 8; https://docs.google.com/document/d/18aB1Mb6iPBR0ffNtfRI5LUdWl5PifcLXUbrlaAMi9ck/edit Rozdział 9, część 1; https://docs.google.com/document/d/1Uj8xMJxlNJh2K_SIyHxTgifHW5UBxLdYBur1RT_oF9M/edit Rozdział 9, część 2; https://docs.google.com/document/d/1zTT6QZHJ-ZSprumTEam-ppKKSyfUfVGpTy_LS-WTfvM/edit A kiedy kolejne rozdziały? Nie powinno to zająć tyle czasu, co tym razem. Możliwe, że na początku kwietnia wrzucę od rozdziału 10 do 13, część 2. Pozdrawiam!
  2. Najlepszego w dniu urodzin :party:

    Spoiler

     

     

    1. Show previous comments  2 more
    2. Fanuś

      Fanuś

      Wszystkiego najlepszego w dniu Twojego święta :twihug:

    3. Grento YTP

      Grento YTP

      Dziękuje bardzo, Wam również życzę wszystkiego najlepszego! :D

    4. Fanuś

      Fanuś

      I ja też dziękuję :raritylick:

  3. Ja również nie wiedziałem, że bułki to badziewie. Od dnia dzisiejszego, od tej godziny, od tej sekundy już nie będę kupować bułek. W ostatniej chwili wszystkie wyrzuciłem do kosza. Jeden kęs nawet wyplułem, bo akurat jadłem. Dziękuję Ci Niko, że zwróciłaś(eś?) na to uwagę, bo to może zaprocentować w przyszłości. Aha i myślę, że Rarity już wcześniej była traktowana jak głupia ślicznotka... no bo w sumie nią jest, ale to taki szczegół. Przeze przynajmniej tak będzie traktowana. Zgadzam się również z tym, że ten fik jest napisany mistrzowsko; lepiej nikt by tego nie zrobił, nawet Hemingway, który przecież był mistrzem sprawnego i szybkiego zarysowywania akcji. Bardzo dobrze posługiwał się tak zwaną ekonomią słowa. Doceniam to. A ja liczę na sequel do tego fika. Mam nadzieję, że będzie jeszcze krótszy, bo do perfekcji troszeczkę brakuje, ale tylko troszeczkę. Pozdrawiam! Koniec przekazu. Ajm ałt.
  4. Wampiry? No więc znowu będzie wryyyyyy! SPOJLERY Ciekawy tekst. Pomimo tego, że zamiarem autora było napisanie tego w formie pamiętnika, to tego nie widać. Jasne, narracja uwzględnia pierwszoosobowy punkt widzenia oraz przemyślenia głównego bohatera, w tym wypadku Doktora Hoovesa, jednak nie przypomina to formy pamiętnikowej. Zabiegiem typowym dla pamiętników jest regularne dokonywanie wpisów, najczęściej z każdego dnia. Tutaj mamy do czynienia z nieprzerwaną akcją, niepodzieloną na poszczególne dni. Gdyby nie tag [DIARY] to nie wyczułbym niczego. Nawet sam ton opowieści bardziej wskazuje na jakieś zwierzenia, spowiedź Doktora, ale nie do pamiętnika, a w formie opowieści kierowanej do innego kuca bądź czytelnika. Stylistycznie prezentuje się to dobrze. Kolejne akapity umiejętnie budują napięcie, wprowadzają kolejne wydarzenia, zarysowują akcję i tworzą klimat. Strona techniczna nie razi oczu; jest wręcz przyjemna w odbiorze. Kolejna zaleta to kreacja protagonisty. Można wyczuć tę lek, zaniepokojenie, nawet lekką obsesję Doktora na punkcie otaczającego go świata i dziwnych zjawisk. No dobrze, a o czym jest tekst? Wszystko zaczyna się od wprowadzenia, które mówi nam, że Doktor najpewniej postradał kucykowy rozumek, ale możliwe, że wręcz odwrotnie. Cóż, tego, kto jako pierwszy zauważy zagrożenie, często nazywa się szaleńcem. Ten przypadek nie dotyczy jednak Hoovesa, o czym dowiadujemy się później. Początek sugeruje również bardziej filozoficzny ton. Ociera się o tematykę prawdy, naszej rzeczywistości oraz tego, jak ją odbieramy naszymi umysłami. Przypomina to trochę Matrixa, a przynajmniej ja miałem takie skojarzenie, ale to dobrze; o takich tematach będzie się dyskutować do końca świata, więc pole do popisu jest nieograniczone. Jednak opowieść Doktora zabiera nas w inne rejony. Wszystko zaczyna się od Nocy Koszmarów. Do Ponyville przyjeżdża tytułowa Wędrowna Trupa w składzie bodajże pięciu kucyków, choć wydaje mi się, że było ich jednak więcej. Wyłaniają się z lasu Everfree. Właściwie nie wiemy o nich zbyt wiele. Na podstawie tekstu możemy przypuszczać, że pochodzą z dwóch wymyślonych przez autora wiosek. Pierwsze wrażenie przy spotkaniu artystów nie nastraja nikogo negatywnie. Z czasem jednak wokół ich obozu można odczuć dziwną aurę, mrok, chłód oraz zapach. Na codzień trupa nie rzuca się w oczy; po prostu trenuje swoje występy. Protagonista najlepiej zapamiętał pewną klacz; tancerkę obwiązaną szafami, prawdziwą piękność, która wprawiała wszystkich wokół w zakłopotanie oraz stan fascynacji. I w ten sposób mijały kolejne dni festynu. Hmm, wydawało mi się, że Noc koszmarów trwa jeden dzień, no ale dobra. Może postanowiono coś jeszcze zorganizować z okazji tego święta. Aha i skoro to Noc Koszmarów, to gdzie Luna? W opowiadaniu była podana informacja o tym, że to Twilight oraz Celestia powitały gości. Gdzie księżniczka Nocy? Znowu zamknęli ją w szafie? Ale to nic, bo miła atmosfera festynu z czasem przeradza się w coś niepokojącego. Jeden z przyjaciół Lemon Heart, chyba nawet jej chłopak, czy cuś, znika, pozostawiwszy wiadomość na drzwiach. Niejaki Autumn Leaf ponoć wyjechał do Canterlotu. Skoro tak, to nie ma powodów do zmartwień, prawda? Jednak Lemon najpewniej wyczuwać coś złego, ponieważ bardzo smuci ją odejście przyjaciela. Jednocześnie dowiadujemy się, że później odnaleziono jego zwłoki… No cóż, tak bywa. Ale to dopiero po festynie. Jeszcze przed tym dzieje się coś równie niepokojącego. Pewnej nocy do drzwi Doktora ktoś puka. Okazuje się, że to ta słynna tancerka, którą chce posiąść każdy ogiera na dzielni. Pyta, czy może wejść do środka. Hooves już ulega jej wdziękowi, gdy orientuje się, że coś jest nie tak. No oczywiście, no bo jak to. Dlaczego miałoby być “tak”? Dziwna aura bije od klaczy. Jej słowa rozmazują się w umyśle bohatera, a sylwetkę klaczy otula mroźna mgła. Doktor przypadkiem ogląda się za siebie i patrzy w lustro. Nie widzi jej odbicia. W tamtym momencie wszystko staje się jasne. Zamyka drzwi przed twarzą nocnego gościa i oddala się w głąb mieszkania. Po jakimś czasie traci przypomność. Budzi się, gdy jest już po wszystkim. Wędrowna Trupa zniknęła. Ślady ich wozu ciągną z powrotem ku lasu Everfree. Odnaleziono również przyjaciela Lemon, tego całego Autumn Leafa. Sekcja wykazała, że jego ciało zostało brutalnie okaleczone oraz pozbawione krwi. Również Octawia nie uniknęła podobnego losu. Na jej szyi znaleziono dwie, niewielkie rany kłute, jakby po wbiciu kłów. No chyba wiadomo, kim byli ci artyści. Brak odbicia w lustrze, kły, wysysanie krwi; tak, to były wampiry. Fanfik kończy się niepokojącymi doniesieniami o postaci podobnej do zmarłej Octavii, która krąży w pobliżu swojego grobu. Dziwna choroba szerzy się wśród dzieci, które ponoć odwiedziła smutna klacz. To wszystko skłania protagonistę do tego, aby wyruszyć do Canterlotu i tam rozpocząć śledztwo. Chce się upewnić, czy tamtejszy grób Octavii rzeczywiście pozostał pusty, czy jednak te wszystkie doniesienia z gazety można wsadzić między bajki. Zakończenie otwarte. Fajny, klimatyczny tekst. Dobrze napisany. Pomysł z tajemniczą grupą groźnych istot, które potrafią oddziaływać na umysły innych wypadł moim zdaniem interesująco. Jeszcze w tle mamy jakiegoś wirusa. To wszystko przypomina w sumie prolog do czegoś większego. Można by to kiedyś rozwinąć. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  5. Grento YTP

    Okej, pierwszy fanfik tego autora (i jednocześnie ostatni). Zobaczmy, co my tutaj mamy. SPOJLERY Każdy kiedyś zaczynał. Czasem gorzej, a czasem lepiej. Niestety tym razem poszło gorzej, co już widać na pierwszy rzut oka. Brak wcięć, dialogi od myślników, brak formatowania; ogólnie wszystkie możliwe błędy, jakie tylko mogły się pojawić, są tu obecne. Ponadto sama fabuła również nie niesie ze sobą niczego szczególnego. Ot, jakiś psychopata z nikąd pojawia się i chce wybić Twilight oraz jej smoka. No cóż… Historia rozpoczyna się od samego trzęsienia ziemi… które rujnuje całość już na samym początku. Żadnego wprowadzenia, żadnego opisu, po prostu nic. Jasne, można zacząć w środku rzeczy, ja lubię, kiedy od razu dostajemy konkret, a nie smutne pitolenie. Zresztą; w dzisiejszych czasach w ten właśnie sposób łatwiej przykuć uwagę czytelnika. Ale trzeba znać umiar. Niby wiemy, co się dzieje, ale z drugiej strony nie. Niby wiemy gdzie to się dzieje, ale dlaczego? I po co to wszystko? To nie zostaje wyjaśnione. Akcja dzieje się po zmroku w lesie Everfree. Spike krzyczy do Twilight, która próbuje napastować jakiś psychopata-biały jednorożec. Zawiązuje się walka. Jednoróg dźga parę razy lawendową klacz swoim sztyletem, robiąc z jej boku ser szwajcarski. Do dziś zastanawiam się, jak po tym mogła się ruszać. Niby adrenalina i tak dalej, ale przez przesady… Aby było jeszcze gorzej, Spike przybiega na miejsce zbrodni i szybciutko zostaje pochwycony przez magię psychola. “-Będziesz patrzeć jak twoja opiekunka umiera - powoli i boleśnie. Zobaczysz to wszystko i nie będziesz mógł jej pomóc. O nie. Jedynie będziesz mógł patrzeć i płakać. Jednorożec odwrócił się, ale ku jego zaskoczeniu nie było tam nikogo. “ Wiesza go na jakieś gałęzi, aby mógł sobie popatrzeć na masakrę. No ale tak jak w powyższym fragmencie zostało pokazane, Twi zniknęła. Niby jakim cudem? Dźwięk teleportacji jest dosyć głośny, a podniesienie się po otrzymaniu tylu ran kłutych to prawdziwe wyzwanie. Poza tym powinna pozostawić ślady pod postacią krwi. Jeżeli nie było żadnych śladów, to automatycznie wskazuje to na teleportację. Wścieka się i kopie pobliski kamień. Wow, ale z niego psychopata! Dokładnie w tym samym czasie Twilight z ukrycia podnosi Spike’a za pomocą magii i lewituje jego ciało do siebie, kiedy napastnik stoi tyłem… Heh, no cóż. Dał się zrobić. Sama ucieczka z lasu wygląda mniej więcej tak, że zostajemy postawieni przed faktem dokonanym. Po prostu nagle znajdują się w innej lokacji i tyle. “Byli za daleko żeby zły kucyk mógł ich zobaczyć albo usłyszeć, a Spike szybko by się zorientował gdyby chodził za nimi. Twilight przeszła jeszcze trochę i zatrzymała się. Spike szybko zaskoczył z jej grzbietu, a ona położyła się na drodze. Nie była zmęczona. Spike szybko jej się przyjrzał i zobaczył jej rany. Krwawiła i to bardzo. Jej lawendowa sierść powoli zmieniała się w czerwoną. Rany były głębokie, aż nie można było uwierzyć, że są zrobione za pomocą tak małego sztyletu. “ Zastanawia mnie na ile żywotna jest nasza główna bohaterka. Wyraźnie jest napisane, że rany są głębokie. To nie są jakieś nacięcia, tylko wyrażone dziury w jej ciele, a z wcześniejszego opisu wynika, że zadał ich bardzo dużo. Ponownie; wiem, że człowiek w szok jest w stanie pobiec nawet na złamanej kończynie, nie czując bólu ani innych dolegliwości, ale tutaj jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że jest w stanie i uciekać, i dźwiga smoka, i normalnie rozmawiać, jeszcze zapewniać swojego asystenta o tym, że wszystko z nią w porządku. Utrata krwi do tej pory powinna doprowadzić ją do omdlenia. Ach no i najwidoczniej narrator nieco przecenia zdolności obserwacyjne smoka, ponieważ biały ogier chwilę później znów ich atakuje. “-Ładnie to tak uciekać? Oboje podskoczyli i szybko się odwrócili. Ich koszmar jeszcze się nie skończył. Twilight szybko zaczęła rzucać zaklęcie - zwykły magiczny pocisk. Nie było to wiele, ale pozwoliłoby jej wyprowadzić kolejny, ale potężnejszy cios. Jednorożec jednak nie pozwolił na to.” A ładnie to tak napi**dalać innych po zmroku nożem, ty kukułko? No nic. Jeszcze bym zrozumiał jakieś czar podtrzymujące klacz w lepszej kondycji, ale w fiku nie ma o tym mowy, a ona walczy i to zaciekle. Po ucieczce w fiku było chwila przerwy od gonitwy. W tym momencie emocje powinny trochę opaść, a Twilight zemdleć. No wiem, że się powtarzam, ale to główny zarzut co do logiki całego tekstu. Właściwie to jedyny, bo nic więcej tutaj nie mamy. “Swoim sztyletem zrobił dużą ranę na jej twarzy. Wiedział jak to rozegrać, a wszystkie karty były idealne. “ A może oni tak naprawdę grają w jakąś karciankę, a cała akcja jest przerysowana? Ech, no nie wiem. W każdym razie psychol zwala Twi z nóg. Główna Mane 6 karze Spike’owi uciekać. Jednak ten mały heros nie ma zamiaru zostawiać swojej opiekunki w niedoli i atakuje… Co się nie udaje, bo zostaje natychmiast pochwycony przez czar lewitacji. Jednakże! “ Twilight wreszcie rzuciła czar. Jakby strony zaczęły się zmieniać. Zwierzyna nie była już tylko krwawiącą i bezbronną. Stała się kimś potężnym.” Skąd ona… Dobra nie ważne. Już wspominałem o tym, że się powtarzam. Poza tym… strony tak jakby zaczęły się zmieniać? No nie brzmi to zbyt dobrze. Chyba że strony w dokumencie google dosc. Istotnie, przynajmniej na moim monitorze, właśnie się zmieniają. Na ostatniej z nich dowiadujemy się, że… Twi umiera poprzez wbicie sztyletu w gardło. Najwidoczniej strony ponownie się zmieniły… Ale, ale! To nie koniec, ponieważ strony jeszcze raz ulegają zmianie, gdyż… “To przecież był sen!” Nieee… Błagam, tylko nie to! No cóż ja mogę napisać. Ten fik nie niesie ze sobą żadnej treści. To tylko kiepsko opisy pojedynek, który ostatecznie i tak się nie wydarzył, gdyż to wszystko musiało być snem. Czemu nie uśmiercacie swoich bohaterów? Niech trochę pocierpią, to tylko zlepki liter. Trudno jest się zdystansować od świata napisanego, ale czasem warto to zrobić. O stronie technicznej już wspominałem na początku, zresztą jej fragmenty możecie zobaczyć w tym poście. Widać, co jest nie tak. Niestety ten fik nie wywarł na mnie dobrego wrażenia. Głównie przez tę bezsensowność. Aha, no i jednak siły życiowe Twi można uzasadnić tym, że to nie działo się naprawdę. Huh… chociaż tyle. Choć to zakończenie i tak jest gorsze niż ewentualna nielogiczność. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  6. Grento YTP

    Pomysł z dziennikiem wojskowego, który opisuje swoje przygody na froncie? Czemu nie? Tylko dlaczego zostało to tak zrobione… SPOJLERY Jasne, to są wpisy zwykłego żołdaka, a nie poety czy innego pisarza, jednak… no cholera można było to ubarwić. Jasne, kiepski styl można wprost wytłumaczyć tym, że to pisał ktoś nie znający się na pisarstwie, jednak trzeba w ramach sztuki pójść na kompromis z normami, które występują podczas opowiadania jakieś historii. Brakuje tu opisów. Mamy tu jedynie suche pozbawione szczegółów i emocji sprawozdanie, czy wręcz notatkę napisaną na szybko. Widać, że autor napisał to w parę godzin. Masa błędów wszelkiej przejawia się na całej długości tekstu. Od interpunkcji, przez źle napisane nazwy własne, po ortografię. Więc, jak już można zauważyć, nie jest najlepiej. Właściwie to jest beznadziejnie. Sama historia dotyczy świeżo zwerbowanego żołdaka, który jest kucem ziemski (więc mu nie zazdroszczę), przez co czuję nieco wyalienowany z powodu braku podobnych kucy. Cała ta kampania jest wsparciem Celestii w popularnym niegdyś uniwersum NLR vs SE. To najemnicy, więc wiadomo; walczą za pieniądze, jednak ideały Lunarnej Republiki zdają się podobać głównemu bohaterowi i dzięki temu zastanawia się, czy ewentualnie nie dołączyć do tej frakcji. Niestety dziennik zostaje znaleziony. Ktoś zgłasza podejrzenia o dezercji, ale w sumie… nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Po prostu dalej walczą z Republiką. Protagonista kończy szkolenie i wybiera Wojska Lądowe, zamiast, jak normalny kuc, pójść do gwardii królewskiej, gdzie miałby o wiele lepsze życie. No ale cóż, być może droga, którą wybrał, wydawała mu się być odpowiedniejsza. Czego zaraz pożałuje, ale to nic. W sumie, reszta fabuły dotyczy tego, jak idą na misję, na przykład odnalezienia jakiś nieużytecznych nieśmiertelników. Po co marnować zasoby na coś takiego? Pojawia się również wątek miłosny, o jakieś Droksi. Wiemy tylko jak wygląda i że podoba się głównemu bohaterowi. No i walczy po przeciwnej stronie. Chyba już wszyscy wiemy, do czego to zmierza. Protagonista, dodam jeszcze, że nazywa się Daring Time, zakochał się w niej lata temu, jak jeszcze był dzieciakiem. Dziwi mnie to trochę, bo najpewniej się zauroczył, a nie zakochał, jak to opisał. A co takiego mu się w niej podoba? Pewnie wygląd, bo tylko o tym mamy jakiekolwiek pojęcie. Później dowiadujemy się, że to konfliktu przystanęła księżniczka Cadance (Reconcilement of Cadence), która pomaga obu stronom konfliktu. I całe szczęście, ponieważ pod koniec tego dziennika mamy wpis, ale nie naszego głównego bohatera, a właśnie wspomnianej wcześniej Droksi. Otóż zaatakowała wraz z innymi obóz najemników. Parka spotkała się na polu bitwy. Wtedy Daring Time’owi zmiękła fujarka i opuścił broń i ostatecznie został postrzelony w głowę. Przeżył dzięki pomocy swojej ukochanej, która zabrała go do pobliskiego obozu frakcji księżniczki Cadance. Tam udało się opatrzeć ogiera, jednak ten wciąż pozostawał w śpiączce. Ostatnie zdania mówią nam o bezsensowności wojny, bo ta niszczy marzenia wszystkich, ponieważ… I tutaj wszystko się urywa. Zakończenie jest otwarte. Nie wiadomo, czy Daring się wyliże z tego wszystkie i czy będzie jeszcze ze swoją klaczą. Być może pozostanie w stanie wegetatywny już do końca dni. Na to mogłoby wskazywać to, że końcówka całego wpisu jest zalana łzami. Pasowałoby to do całej sytuacji. A oprócz tego mamy tu coś jeszcze? Można powiedzieć, że perspektywa zwykłego szeregowego jest bardzo dobra do pokazania okrucieństwa wojny. I rzeczywiście tak jest. Jednak w tym opowiadaniu nie zostało to jakoś dobrze ukazane. Wszystko tu prezentuje się wyjątkowo biednie. Zabrakło warsztatu pisarskiego, a przedewszystkim chęci. Już sam autor zdradza nam, że pyknął tego ficzka w raptem kilka godzin, ponieważ się nudził. I to widać. Naprawdę można było to jakoś rozwinąć. I posprawdzać błędy, bo jest ich od groma. Wątek alienacji nie zostało zbyt dobrze pokazany, bo mimo wszystko Daring dobrze się dogaduje z innymi. Czuję nawet przywiązanie do swoich towarzyszy, bo w pewnym momencie chce ich pomścić. A romans? No… wiemy tylko tyle, że parka poznała się na pietnastych urodzinach protagonisty. I to tyle. Od tamtej pory ogier był zakochany. Najpewniej ona również. Dlaczego w takim razie nie zdecydowali się na to, aby być razem? No nie będę się tego czepiać, choć można było poruszyć tę kwestię. Możliwe, że oboje byli nieśmiali bądź zwykły zbieg okoliczności oddzielił ich od siebie. Tak bywa. Tylko że… jako czytelnicy nic o tym nie wiemy. Pozostaje tylko gdybanie. No i dlaczego się zakochali w sobie? Przez wygląd? Bicz pizzz… To na początek wystarczy, ale ciekawiej by było dorzucić coś jeszcze. Jakieś wspólnie przeżyte sytuacje w życiu, upodobania, zainteresowania, poglądy… Tak naprawdę głównym problemem tego wszystkiego jest to, że ten fik to jakaś wczesna wersja czegoś większego. No cóż… kolejny zmarnowany potencjał. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  7. Napisanie tego fika musiał trwać nie dłużej niż otwieranie butelki piwa za pomocą zapalniczki. Dosłownie składa się z trzech (czterech) zdań, a przeczytanie tego to dosłownie krótka chwila. Tak, podobnie eksperymenty były już robione. Nie jest to najkrótszy fik w dziejach, bo były jeszcze krótsze, które, o dziwo, opowiadały jakąś historię. Mimo wszystko należałoby to uznać bardziej za żart lub jakąś popierdółkę. Jeszcze żadnemu fanfikopisarzowi nie udało się opowiedzieć historii tak skompresowanej w paru zdaniach, że swoim rozmachem oraz rozbudową mogłaby dorównać tym dłuższym opowieściom. Być może nie jest to możliwe, chociaż na przykład taki Ernest Hemingway był bardzo oszczędnym pisarzem. Ekonomia słowa u niego była naprawdę na wysokim poziomie. W sumie nic dziwnego, to znany człowiek i uważany za jednego z najlepszych pisarzy XX. wieku. Swoim stylem był w stanie sprawnie określić sytuację w paru słowach, tak, że czytelnik nie czuł się zagubiony. W tym fiku również nie czujemy się zagubieni, chociaż nie ma tu żadnych zakrętów oraz rozbudowania. Pewnego dnia Rarity zapomniała się umalować, poszła po bułki, a po drodze każdy, kto ją zobaczył, umierał na widok jej pyska. Koniec. Opowiedziałem to jeszcze krócej niż sam autor. Jak chcecie, to możecie spróbować to jeszcze bardziej skompresować. Mi się już nie chce xd. Ale tak, właśnie to jest fabułą tego dziełka. Czuć tutaj sarkazm, dozę specyficznego humoru. To bardziej miniaturka niż pełnoprawny fik, ale właśnie dzięki temu się wyróżnia. Również dzięki zachowaniu autora, który w autoironiczny sposób próbuje nam wmówić, że to najlepsze dzieło wszechczasów. Oczywiście, że tak nie jest, no ale wiadomo. To taki… żarcik. Nie przepadam za czymś takim, bo mnie to nie bawi. Cała zabawa polega na stworzeniu słabego tekstu na odwal się, a potem udawaniu idioty albo nie ukrywaniu się z tym, że się jest tym idiotą. Komentujący podchwycili temat i również zaczęli zachowywać się ten sposób xd. Ja nie zamierzam. W sumie… sens istnienia tego czegoś jest do zakwestionowania, bo to na dobrą sprawę nie fik, ale gag ze strony randoma, który nie miał nawet konta na mlppolska. Pewnie dało mu to trochę radości, gdy publikował ficzka i zacierał ręce, myśląc sobie; ale wszyscy będą zaskoczeni, hihi! Populacja trollów w internecie już przyzwyczaiła nas do takich występków, więc… meh, jestem pewien, że każdy zapomniał o tej sprawie już po kilku minutach. Ale czy to źle, że autor coś takiego opublikował? Myślę że nie, dopóki trzyma się reguł gry. Być akurat ten “fik” poprawił komuś humor na chwilę, a to już jakieś osiągnięcie. “Pewnego poranka Rarity zapomniała się umalować. Wyszła z domu w celu kupienia bułek na śniadanie czy innego badziewia. Widok jej pyska bez makijażu był tak brzydki, że wszyscy w mieście umarli. Koniec.” Tak, to naprawdę wszystko… No to tak ostatecznie powiem, że fik jest beznadziejny, chociaż cała otoczka wokół niego ma swój urok i można się uśmiechnąć pod noskiem… tak na chwilę, ale zawsze. Strona techniczna ponoć była beznadziejna, ale teraz tego nie widzę. W sumie poprawienie tego czegoś zajęło co najwyżej minutę. Fabuła to oczywiście żart, pełna ironii i samoświadomego gówna. Ale nie odradzam nikomu, aby sobie spojrzał do dokumentu (cholera, teraz to zbędne, bo już zacytowałem cały fik wyżej). W najgorszym wypadku stracicie pięć sekund życia. Ale już straciliście o wiele więcej, czytając tego posta. Haha! Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  8. Grento YTP

    “Od razu udał się do Sali tronowej, przemierzając korytarze wsłuchiwał się w pustkę przerażającą ciszę którą mącił stukot jego kopyt i wiatr który od czasu do czasu zaznaczał swą obecność zupełnie jak by to miejsce należało teraz do niego.” Uch… och… brakuje mi tchu! Gdzie tu są jakieś przecinki? Widzę tylko jeden! Pewnie jest mu smutno, bo nie ma nikogo innego. SPOJLERY Ten fanfik jest przykładem tekstu, który pomimo posiada całkiem zgrabnych opisów, klimatu i fabuły, został zmasakrowany przez kiepską stronę techniczną. Dialogi również są napisane paskudnie. Chodzi mi tu konkretnie o ich zapis, a nie samą treść, bo ona ogólnie jest problemem. “- po co tu przyszedłeś?- spytała się klacz nadal Będąc odwrócona plecami. - sam nie wiem… - zniszczyłeś wszystko, zabiłeś ich!” No błagam, przecież widać, że zostało to napisane na odpie**ol. Wszystko z małej litery, od dywizów… ech. Nie chciało się tego poprawić? Nie mogę w to wręcz uwierzyć. No i do tego czcionka, pogrubiona i powiększona, aby z kosmosu można było sobie przeczytać tego ficzka. Nie powiem, to może być pewne urozmaicenie na stacji kosmicznej. Okej, zostawmy to. O czym w ogóle jest ten tekst? No więc wszystko zaczyna się od tego, że pewien osobnik, “On”, przemierza ruiny Canterlotu. Z narracji dowiadujemy się, że ten kucyk doprowadził do tej katastrofy, ponieważ uznał to za koniecznie, byle nie rozpętało się jeszcze większe zło. Przez cały fik jest mowa o “przekraczaniu granic”. Ten kuc chciał dokonać czegoś, co jeszcze nikomu się nie udało. No i ciekawiło mnie, co to kurde jest, skoro wywołało takie zniszczenia i dlaczego to było najlepsze rozwiązanie. Co nadchodziło? Co się działo wcześniej? No nie powiem, zainteresowało mnie, a jako że fik jest krótki, to oczekiwałem szybkich odpowiedzi. Może nie na wszystkie wątpliwości, ale fajnie by było chociaż dostać jakieś sugestie, aby móc to potem przetrawić. Opisy tego wszystkie są ładne. Czuć klimat apokalipsy, smutnej ciszy, nostalgii oraz dziwnego spokoju. W końcu dociera do sali tronowej, a tam spotyka pewną klacz siedzącą tyłem na tronie. Po krótkiej rozmowie, w której ta zarzuca mu, że to wszystko było jego winą i ogólnie zarzuca mu całe zło, klacz znika. Była jedynie fantomem, pewnie ucieleśnienie wyrzutów sumienia głównego bohatera. Po tym protagonista wychodzi z sali tronowej i opuszcza mury Canterlotu. Ten fik przez cały czas opisuje zniszczenia, polecam zerknąć, nawet fajnie to zostało rozrysowane. W pewnym momencie bohater słyszy głos wydobywający się z najgłębszych czeluści pustki. W sumie, nie dowiadujemy się niczego nowego. Głos, czy raczej wiatr, ponownie oskarża go o całą tragedię. Po tym ogier rusza dalej, przemierzając pustkowia. Zwiedza ziemie, na których dorastał. Odzywają się wspomnienia, lecz grająca coraz głośniej muzyka wybija bohatera z przemyśleń. Ogiera otaczają cienie, jakby ogniki (tak było napisane), a po chwili dostrzega młodego pegaza. Ogólne… rozmowa ma dokładnie taki sam ton, jak w poprzednich dwóch razach. Ponownie jakaś postać zarzuca mu, że to, co się stało, było jego winą i że będzie się tułać już przez wieczność. Chociaż gówniarz trochę mnie irytował, bo swoje racje próbował udowadniać mniej więcej tak; “nieee, to ja mam rację! ja mam rację, bo ty jesteś głupi. mylisz się, a wiem wszystko”. No ja pi*rdolę… Dobra, całe szczęście, że ten bachor szybko znika. Ostatecznie ogier dociera do kamiennej płyty, przy której stoi on sam. Znowu mamy zwalanie winy na głównego bohatera, że popełnił błąd. No wiadomo, to są jego wyrzuty sumienia. Raczej nie jest złym gościem. Poza tym, przez cały czas odzywa się rozsądnie, spokojnie, nawet chłodno. Myślę, że jestem w stanie uwierzyć w to, że poświęcenie całej Equestrii było mniejszym złem, jak to nasz protagonista nazwał. W rozmowie z samym sobą (ta kamienna płyta to raczej na pewno nagrobek, na którym jest jego imię), zostaje zapytany, czy gdyby mógł cofnąć czas, to zrobiłby to samo. Odpowiedź była jedna; tak. Z tego można wywnioskować, że pomimo bólu, jaki odczuwał przez całą wędrówkę, wciąż uważa, że to była dobra decyzji. Na samym końcu widmo znika, a on wyrusza, kontynuując niekończącą się wędrówkę. Nie dowiadujemy się niczego. Żadnych szczegółów odnośnie bohatera, katastrofy, dlaczego do tego wszystkiego doszło, jak ogier doprowadził do apokalipsy, gdzie się podziali wszyscy, czy naprawdę wszyscy nie żyją, no i czy to prawdziwa rzeczywistość, czy może jednak jakiś czyściec? Wiele niewiadomych. W sumie… z jednej strony to dobrze, a z drugiej źle. Jest to tajemnicze, ale przydałoby się coś dopowiedzieć, bo tak zostaliśmy praktycznie z niczym. Jasne, można wymyślać teorię, choćby odnośnie tożsamości głównego bohatera, ale poszlak, aby jakoś to wszystko ze sobą powiązać, jest zbyt mało. No ale nie powiem, jest to dosyć intrygujące. Zaliczam ten fik jako jeden z lepszych. W sumie większa długość pozwoliłaby mu ewoluować do jeszcze lepszego dzieła. W dodatku barwne opisy, choć trochę zbyt krótkie, dają radę. Tempo opowiadania jest odpowiednie, klimat również. Mogę pochwalić treść. Natomiast strona techniczna to już kompletne dno. Nie chodzi o literówki, bo w sumie nie zauważyłem niczego takiego, ale o zapis, interpunkcję, momentami składnie i inne. Jakiś dobry korektor machnąłby ten tekścik w trzy godzinki, wszystko dokładnie analizując, i byłoby cacy. Jednak pochwalam tego fika. Daję okejkę. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  9. No, Panie lektor, najwyższy czas zahaczyć o Twoją twórczość fanfikową. SPOJLERY Tak więc będziemy tutaj mieli Lunarne Opowieści. Nie w opowiadaniu tylko w poście, ponieważ piszę to w nocy… Cholera, to nie ma sensu, ale niech już będzie. Nie będę usuwać poprzedniego zdania. Niech żyje! Co do fika; jego narracja jest całkiem ciekawa. Jasne, już spotkałem się z tym stylem pisania, ale tutaj wypadło to całkiem nieźle. Właściwe jest to największa zaleta. Otóż to dzieło zostało napisane z perspektywy trzech osób; ogiera Blue, jakieś tam lampucery z czymś w stylu Apple w imieniu oraz z punktu widzenia bachora. Na pierwszy ogień idzie Blue. Zanim go poznajemy, jesteśmy wprowadzeni do fabuły poprzez wspomnienie, iż okoliczne miasteczko w przeszłości zalewała fala błota i rzęsiste ulewy. Trochę to było niepotrzebne, podobnie jak zaczynanie fika od prognozy pogody, co osobiście działa mi na nerwy, bo chyba nie ma bardziej prostackiego sposóbu na zaczęcie czegokolwiek w powieści jak opisu pogody. Jest to tym bardziej złe, ponieważ wprowadza na początku elementy tła, które nie są ważne dla fabuły (zazwyczaj). Wystarczyłoby to przesunąć nieco dalej, jedynie wspomnieć o pogodzie, przed tym przykuwając uwagę czytelnika czymś intrygującym, niecodziennym, jakimś ważnym szczegółem, który ostatecznie odegra swoją rolę. No nic. W każdy razie poznajemy Blue. Jest to ogier, który włóczy beznadziejnie nogami, zmierzając w stronę domu. Strugi deszczu rozpryskują się o jego pysk, lecz on ma to wszystko gdzieś, podobnie jak nieprzychylne spojrzenia przechodniów. Gdy dociera do siebie, poznajemy przyczynę tego smętnego zachowania. Po prostu pokłócił się ze swoją… dziewczyną chyba. W związku z tym, trzeba wykonać następujące kroki każdego faceta, który cierpi z powodu kobiety; trzeba wziąć flaszkę, j&bnąć nią o stół i zatopić swoje smuteczki. A potem iść spać. W sumie tak się kończy część z perspektywy Blue, jednak tuż przed końce ktoś puka do drzwi. Nie zostaje powiedziane, kto to konkretnie jest, czy to ta dziewczyna czy może hiszpańska inkwizycja, choć raczej ja bym się jej tu nie spodziewał. Następna część przedstawia nam zupełnie inny punkt widzenia. Dziewczyna Blue opowiada historię tego, jak właściwie doszło do kłótni pomiędzy kochankami. Różnie dostajemy flashbacki pokazujące ich pierwsze spotkanie. W skrócie chodziło o to, że klacz poszła na targ kupić kosz malin do ciasta, jednak pewien ogier, nasz Blue, uprzedził ją i wykupił ostatnią porcję owoców. Jednak widząc, jak jego przyszłej dziewczynie zależy na zdobyciu malin, po prostu oddał jej ostatni kosz. Okazało się również, że oboje mieszkają niedaleko od siebie i będą wracać wspólną drogą. Podczas powrotu rozmawiali między sobą na różne tematy i tak to się zaczęło. Od spotkania do spotkania. W sumie dosyć zgrabnie pokazuje to, że w naszymi życiami rządzą zbiegi okoliczności, nawet, jeśli nie są zauważalne przez nas. A jak doszło do tej szalonej chryji? Ot, po prostu Blue okazał się być zbyt zazdrosny, ponieważ zobaczył swoją dziewczynę, jak obejmuje innego ogiera. Oczywiście, taki widok może zakłuć w serce, ale nie powinno się od razu wybuchać, tylko spróbować wyjaśnić całą sprawę. Gdyby się cmokali, no to mógłbym się przychylić do reakcji Blue, w sensie, nie poparłbym jej, ale mógłbym zrozumieć. Dziwi mnie również ten cały “puszysty ogier”, którego tuliła. Według słów dziewczyny Blue (nie wspomniałem, że ten fragment przypomina wpis pamiętnikowy) każda klacz z roku (pewnie uczelnia) chciałaby go przytulić. Ale czemu? Bo jest otyły i ma bujną sierść? Nie rozumiem. Może ktoś mi wyjaśni te zwyczaje, że KAŻDA klacz z roku xd? Dobra, zostawmy to. Kłótnia naszej pary doprowadziła oczywiście do zaognienia całego konfliktu. Towarzysząca GF (tak będę określać dziewczynę Blue) jej siostrzenica nasłuchała się wielu bluzgów. Ostatecznie kochankowie pozostają w pewnego rodzaju separacji, jednak wciąż się kochają… No to w czym problem? Kłótnie w związku są jak dobre ciasto do pizzy; muszą być! Tym bardziej, że postanowili dać sobie trochę czasu, co jest normalne i po prostu się zdarza. Ostatnia część pokazuje nam już coś zupełnie innego, lecz wciąż trzymającego się głównego wątku. W sumie w tym opowiadaniu jest tylko jeden wątek. Nowa postać, Pearbun, idzie na pocztę, aby odebrać list od córki. Okazuje się, że to ta siostrzenicą, która była świadkiem kłótni jej cioci z Blue. Opisuje całą sytuację. Po przeczytaniu listu, Pearbun postanawia rzucić wszystko w pierony i wyjechać do swojej siostry, aby najpewniej pomóc jej w problemach miłosnych… porzucając w ten sposób swoją pracę, która jest dla niej bardzo ważna, a najpewniej decyduje o standardzie życia jej dziecka oraz niej samej. Nie mogła najpierw po prostu napisać do GF? Czemu musi gnać tak, jakby się paliło? Powinna iść do tej cholernej pracy, napisać list i poczekać na to, co jej odpisze siostra. No ale to już koniec. W sumie, nic specjalnego się tu nie wydarzyło. Trochę takie z igły widły. Jedna głupia sytuacja eskalowała do rozmiarów prawdziwego dramatu. Oczywiście, zdarza się, jednak… nic w tym fiku nie zapowiada tragedii, gorzkiego końca. Właściwie to sam fanfik wydaje się być niedokończony, bo urywa się w pewnym momencie, więc mamy tu zakończenie otwarte i to na oścież. Wiem, że to było pisanie na konkurs, ale ponownie… to niczego nie usprawiedliwia. Zasady konkursu nie sprawiają, że nie można napisać spójnego tekstu, który zrealizuje klasyczny trójpodział na początek, rozwinięcie oraz zakończenie. Jeżeli ktoś nie jest w stanie się do tego zastosować pod konkursowymi warunkami; to jego problem, a fik na tym cierpi. Mam pewien problem z tym fikiem. Czyta się go dobrze i płynnie. Narracja jest ciekawa. Ale… czegoś tu brakuje. Może jakieś konkretnej fabuły oraz postaci? O Blue dowiadujemy się, że to na co dzień nieśmiały gość, jednak potrafi być narwany. GF nie ma żadnej osobowości. Jasne, tam było o tym, że potrafi się postawić i odpyskować, ale to mało, to tylko szczątkowe informacje. Siostrzenica jest typowym dzieciuchem, a jej matka… no dba o rodzinę i ma gdzieś to, że może stracić pracę. Sens fika jest nieco rozmyty. O czym on jest? O nadmiernej zazdrości? O głupich sytuacjach, które mogą doprowadzić do dużo poważniejszych problemów? O tym, jak kłótnie ranią bliski wokół, zwłaszcza dzieci? O roli zbiegów okoliczności w naszym życiu? O braku komunikacji i nieporozumieniach? O obowiązku wobec rodziny? Może o wszystkim jednocześnie na zaledwie dwóch stronach? Niestety brak puenty trochę boli. Mam wrażenie, że fik kończy się w losowym momencie. Strona techniczna jest niezła. Czytało się to dobrze. Tak naprawdę najważniejszym problemem opowiada jest właśnie to zakończenie i ogólny brak sensu oraz celu. Z tym, byłoby dużo lepiej. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  10. O matko… Przypomniał mi się film Drzewa, tak, ten polski, porąbany film o drzewach, które zabijają. Jak jesteście ciekawi, to sprawdźcie recenzję Mietczyńskiego. SPOJLERY Tutaj mamy coś innego niż w wyżej wymienionym dziele. O ile tam potraktowano wszystko… poważnie, przez co wpadało to w śmieszność, to tutaj temat niebezpiecznych drzew jest komedią o lekkim, czarnym zabarwieniu. No ale jak w każdym dobrym i kliszowym horrorze, na początku widzimy miłą scenerię z czymś niepokojącym w tle. Nadeszło lato, a wraz z nim upały. Oczywiście wszyscy postanowili się schronić w swoich domach, ale nie piątka naszych młodych, dowcipnych ogierów, którzy schowali się pod drzewem. No niby jakoś to zostało wytłumaczone, że u jednego z nich jest jeszcze gorzej niż na zewnątrz, ale… nie mogli iść do domu innego ogiera? Albo, no nie wiem, na basen, do jakiegoś lokalu, do lodówki albo kostnicy? Ja tak zawsze robię. Tylko zasięg w telefonie czasem szwankuje, ale da się przeżyć; w odróżnieniu do upałów. “W trakcie takiego przesiadywania Fun zaczął się nudzić. Opierając się grzbietem o konar jednym z przednich kopyt uderzył w korę. Nie bij drzewa, bo się zezłości - Powiedział mu siedzący obok niego Purple Lawn I co? Odda mi? “ Nie ma to jak bić bezbronnego. Ale właśnie tak zostają wprowadzeni do fabuły główni bohaterowie. Zaczynają się przedrzeźniać, żartować o tym, że drzewa wszystko słyszą i że dokonają zemsty. No my już to wiemy… jasne, tak właśnie będzie, no bo jak miałoby być inaczej. Dalej wysnuwają teorie spiskowe o drzewach, oczywiście ironicznie. Te rośliny to terroryści, są odpowiedzialne za całe zło na świecie i tak dalej. Ogólnie podoba mi się cały ten absurd, który na końcu obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i okazuje się być prawdą. Śmiertelną prawdą! Dosłownie. Ale nie uprzedzajmy faktów. “A co produkują drzewa? - Spytał wszyskich równie ponurym głosem jak zawsze Joyless - Tlen. Pewnie kiedyś kucyki oddychały dwutlenkiem węgla, a tlen nas tylko omamia. A wiecie co wam ciekawszego powiem? - Podniósł się na równe nogi Rain Cloud, gdy uświadomił sobie swoje odkrycie - Że każdy kto widział drzewo umarł. Po tym zdaniu puściły ogierom wszelkie hamulce i zaczęli się pokładać ze śmiechu. Nawet ponury Joyless Fun nie mógł uwolnić się od głupawki jaka ogarnęła grupę i sam płakał ze śmiechu. “ Mam wrażenie, że przed całym fanfikiem wdychali coś jeszcze… Nie tylko tlen i dwutlenek węgla. No albo to jakiś udar cieplny. Ja też mogę sobie wysuwać własne hipotezy, heh. Ale zabawa trwa w najlepsze, a atmosfera robi się coraz bardziej radosna. Widzicie? Niewiele trzeba do tego, aby być szczęśliwym; znajdźcie jakieś drzewo i wszystko będzie dobrze. Albo może raczej nie, biorąc pod uwagę zakończenie tej historii. Jednak wszystko, co dobrze, no to kiedyś się kończy. Temat drzew się wyczerpuje, a słońce powoli zbliża się do horyzontu. Grupka ogierów postanawia wrócić do mieszkania jednego z nich, by, tak jak planowali, rozpocząć proces alkoholizowania się z kolegami. Niestety jednak jeden z nich już przy wejściu widzi coś niecodziennego. Po chwili wszyscy zauważają kwiatek doniczkowy w okularach przeciwsłonecznych. Ogiery wchodzą do środka, gdy kwiatek zaprasza ich ruchem liścia. Dostrzegają kolejną, niepokojącą rzecz; pnącza drzewa powoli wślizgują się do pokoju. Ups, nie jest zbyt dobrze. Okazuje się, że wcześniejsze drzewo, pod którym odpoczywali, słyszało ich absurdalne teorie spiskowe. Niestety dla nich; to prawda. I co teraz? Mściwie drzewo postanawia porwać całą grupkę, uprawdzić do lasu Everfree i zamienić na swoje podobieństwo. Wszystkie kucyki powiązane z ogierami utraciły wspomnienia, przez co istnienie naszych żartownisiów zostało całkiem wymazane z rzeczywistości. Nigdy nie istnieli… Po przeczytaniu tego, postanowiłem rozlać benzynę w moim ogrodzie. Wyrzuciłem wszystkie warzywa z mojej lodówki, aby przypadkiem nie ożyły. Mogą się hibernować i czekać, aż stracę czujność. To opowiadanie zmieniło moje życie i otworzyło mi oczy. Aha i jeszcze jedno; kucyki to straszne śmiecie. Nie dość, że hodują, tak hodują inteligentne rasy takie jak krowy, owce czy świnie, to jeszcze dzień w dzień dokonują drzewnego holokaustu. A Twilight to już w ogóle największych zwyrol; przecież przez 4 sezony mieszkała w ciele trupa, a Pinkie wyprawiała w martwym drzewie imprezki. To horror. Opowiadanie wypadło naprawdę fajnie. Ciekawy pomysł, prosty, acz skuteczny. Obrócenie żartu w prawdę, co jest absurdalne, sprawdziło się nieźle. Bohaterowie jakoś specjalnie mnie nie obchodzili. Mam wrażenie, że było ich zbyt wielu, przez co żaden z nich nie dostał odpowiedniego spotlightu, ale to też nie jest jakiś wielki problem w tym przypadku. Jeżeli chodzi o stronę techniczną, to jest trochę gorsza. Dialogi są zapisane od dywizów, a w dodatku od punktów, jak na jakieś liście bądź prezentacji. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Opisy jakieś są i dobrze, bo pozwala to poczuć klimat lata, którego mi brakuje. Ogólnie to mogę polecić ten fik każdemu. Humor jest dosyć uniwersalny, może nie rozbawił mnie jakoś bardzo, ale czytało się lekko, a to jest najważniejsze. Tyle ode mnie, Pozdrawiam!
  11. Hej, to ja. No cześć. Co tam u ciebie? SPOJLERY No… ciężki fik. Cholera, cały czas jakieś mroczne fiki. Powiem szczerze, że forma opowiadania jest dosyć… oryginalna i dobrze komponuje się z resztą opowieści. Otóż mamy tu do czynienia z “dialogiem” pomiędzy wiadomościami nagrywanymi na sekretarkę przez Rainbow a między pocztową głosową Fluttershy. Fik rozpoczyna się od tego, że Fluta nie stawia się na miejscu spotkania w jakimś lokalu. Tęczka dzwoni do pegaz z pretensjami, że czekają już godzinę. Okej, rozumiem, były umówione, a ona nie stawiła się na miejscu. Choć szczerze mówiąc, to mało prawdopodobne, aby Fluta zapomniała o spotkaniu. Zawsze dbała o dobre maniery. A jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że postanowiła po prostu nie przyjść z lenistwa czy z jakieś innej przyczyny. To do niej niepodobne. H-hej, to ja, Fluttershy. Nie mogę podejść do telefonu właśnie teraz, więc proszę zostaw wiadomość, jeśli chcesz. Możesz po prostu zadzwonić ponownie. Zrobię co w mojej mocy, żeby tym razem odebrać. BEEP. Co jest do cholery, Fluttershy? Czekałam cały dzień na Ciebie! Podnieś już ten pieprzony telefon. KLIK. A może zamiast tego użyjesz swoich pieprzonych skrzydeł, co Dash? Mogłabyś być w mgnieniu oka u mniej na chacie, by sprawdzić, co się dzieje. Z resztą, Rainbow w serialu z pewnością by tak zrobiła. Przykładem może być ten odcinek z odczarowaniem Discorda i jego resocjalizacją. Fluta i AJ spóźniały się, bo miały problem z bobrami, więc Tęczka poleciała w pierony, aby je pospieszyć. Tutaj to się nie dzieje. No ale w tym momencie my już wiemy, że z pewnością dzieje się coś niedobrego. Szkoda tylko, że Dash jest taka tępa, bo: “H-hej, to ja, Fluttershy. Nie mogę podejść do telefonu właśnie teraz, więc proszę zostaw wiadomość, jeśli chcesz. Możesz po prostu zadzwonić ponownie. Zrobię co w mojej mocy, żeby tym razem odebrać. BEEP. Poważnie? Minęły cztery szalone dni! To wszystko. Żegnam. KLIK.” Cztery dni! CZTERY DNI MINĘŁY, A ONA WCIĄŻ NIC Z TYM NIE ZROBIŁA. I w dodatku jest obrażona. No proszę, jak ja nienawidzę tej postaci. Dopiero po pewnym czasie mamy normalną reakcję; “Gdzie jesteś? Och Celestio, dzwonię na policję. Odbierz telefon! KLIK.” No trochę to trwało. Fajnie wiedzieć, że jest odpowiedzialna za zaginięcie swojej przyjaciółki, bo nawet nie chciało jej się tego zgłosić na policję.A jak potem będzie rozpaczać, to nie będzie mi jej żal. “Oni ... znaleźli twój plecak w pobliżu szlaku. Wiesz, ten, w parku, o którym mówiłaś że chcesz tam iść? Mówią mi ... że jesteś ... że to ... mówią, że to porwanie. Powinnam pójść z tobą, jak prosiłaś.” Cała ta sytuacja… Ten plecak przy rzece, park, czyli jakieś skupisko roślinności… Tak, to kojarzy mi się ze sprawą dwóch Holenderek, które zaginęły w puszczy panamskiej. Udały się na szlak, dosyć łatwy, i już z niego nie wróciły. Dopiero po dłuższym czasie odnaleziono plecak wyrzucony przez rzekę. W nim znajdowały się starannie poukładane rzeczy osobiste obu dziewczyn, a w tym; najważniejszy przedmiot, czyli telefon. Na podstawie tego śledczy wykazali, że dziewczyny próbowały łączyć się i prosić o pomoc przez następne… dwa tygodnie czy trzy. Rozumiecie? Dwie, nieprzygotowane na to młode osoby, bez ekwipunku, w parnej dżungli do której nie były przystosowane, zdołały przetrwać aż tak długo. Później znaleziono but ze stopą w środku i jeszcze parę kości. Sprawa nie została wyjaśniona do dzisiaj. Nie wiadomo tak naprawdę, czy to za sprawą osób trzecich, przyrody czy innych czynników dziewczyny spotkał straszny los. Żadna z tych opcji nie tłumaczy wszystkiego i pozostawia wątpliwości. Jednak dalsza część fika coraz bardziej przypomina mi tę sprawę. Tutaj macie link do Arpiwum X, które tworzy fajny koleś. Jego filmy są naprawdę wyczerpujące przeróżne zagadki. Ach, no i jeszcze tęczka postanowiła olać swoją przyjaciółkę. No FAJNIE. Później się okazuje, że znaleziono fragment sukienki Fluty i szmatę nasączoną chloroformem. Z tego co wiem, to nie tak łatwo jest kogoś uśpić przy użyciu tego specyfiku. Łatwo przekroczyć dawkę i kogoś zabić, dlatego też lekarze zrezygnowali z tego sposób na usypianie ludzi. Mija trochę czasu. Bodajże rok. Wszyscy już tracą nadzieję. Mane 5 doznają poważnych uszczerbków na zdrowiu psychicznym, jednak Dash wciąż wydzwania i słyszy pocztę głosową. Nie jestem pewien, ale chyba po takim czasie likwiduje sie numer danej osoby, czyż nie? No bo nikt go nie opłaca. Chyba że RD to robi, ale… to trochę dziwne. No może wiadomość głosowa to jedyna pamiątka po niej, co też jest trochę dziwne. Ale ja z drugiej strony rozumiem to wszystko. Fanfik pokazuje, z czym zmagają się rodziny i bliscy zaginionego. Nierzadko cierpią jeszcze bardziej, bo chyba nie ma gorszej sytuacji. Gdyby Fluta nie żyła i to zostało udowodnione, mogliby jakoś ochłonąć po dłuższym czasie i się z tym pogodzić. A teraz? Teraz sami nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć. Ten płomyk nadziei wypala ich od środka. To straszne. “Myślę, że zaczynam nienawidzić tych wiadomości. Wszystko to przypomina mi, że cię nie ma. Tęsknię za Tobą. Czekaj, już to powiedziałam, co? Uhm, kocham cię, pa. KLIK.” No, no, spieprzaj Rainbow. Ale co się okazuje? Fluta jednak żyje… Wraca do Ponyville i jedzie od razu do szpitala. Nie zostaje wyjaśnione, co konkretnie się działo z Fluttershy, ale można się domyślać. Ktoś ją porwał i przetrzymywał w zamknięciu. Blizny na kopytach o czymś świadczą, podobnie jak jest ogólny, kiepski stan. Ta szmatka również jest dowodem. Ciekawe, jak uciekła. Nie wydaje mi się, żeby ją puścili. Po co mieliby to robić? Przez ponad rok trzymali ją w ukryciu, a teraz ona mogłaby zdradzić ważne informacje na temat porywaczy. No ale w tej historii nie jest to ważne. Rainbow jedzie do szpitala. Wkracza do sali i widzi swoją najlepszą przyjaciółkę. “Była chuda i tak blada, że to było prawie tak jakbym patrzyła na ducha. Jej oczy były zapadnięte do głowy, jakby oderwanie od świata, nie chciałam na nie patrzyć. Ale ona żyje i to się liczyło. Ona żyje.” No właśnie, żyje, bo jednocześnie wydaje się być pusta w środku. Wcale się nie dziwię. Najpewniej była bita, gwałcona i upokarzana przez okrągły rok. I takie rzeczy się dzieją u nas na świecie. Ja pierdolę… Najpewniej teraz, gdzieś tam, w ukryciu, mają miejsce takie sceny. To przerażające. Dochodzi więc do spotkania. Dash oczywiście początkowo nie wierzy w to, że Fluttershy naprawdę leży przed nią na łóżku. Tęczka podchodzi do niej, wymieniają parę zdań o pozostałych przyjaciółkach, po czym lotniczka obejmuje żółtą pegaz. Zaczyna płakać. “Patrząc w jej oczy, czułam więcej łez na mojej twarzy. "Fl-Fluttershy", powiedziałam, "Fluttershy, przykro mi, że jestem słaba. Wiem, że obiecałem, że nie będę płakać i że będę- " I nigdy się nie skończyłam, bo właśnie wtedy, przybliżyła przyciskając swoje wargi do moich. Były one miękkie i delikatne, jak ona, ale posiadały silny żar. Pocałunek był daleki od doskonałości, ale nigdy nie śniło mi się, że tak będzie.” Nie powinno się robić problemu z tego, że ktoś płacze. Jak chcesz płakac, to płacz. Co to innych obchodzi? Tym bardziej, że masz powód. DOBRY POWÓD. Ktoś zaginął, może nie żyć albo być torturowany, a po tym wszystkim wraca jednak żywy… No huśtawka emocji. Trzeba być skurwielem z kamiennym sercem, aby choć trochę się nie przejąć. No kaman… Ach, no i oczywiście dziewczyna, która przeżyła piekło, jako pierwsze, o czym myśli, to żeby ucałować swoją psiapsiółkę. No… okej. Rozumiem, że mogą być zakochane, ale w tym stanie… No nie wiem. Może jednak nie mam racji. Możliwe też, że ten pocałunek miał być takim pokrzepiącym darem dla Tęczki. Jeśli tak, to… no Fluta jest silniejsza od tych wszystkich kucyków razem wziętych. Nie dość, że przeszła to wszystko, to jeszcze ma siłę, aby nie jojczeć, co byłoby usprawiedliwione, i dawać wsparcie przyjaciołom. No naprawdę, to trzeba docenić. Ale fik się skończył. Ogólnie uważam, że jest bardzo ciekawy, choć trochę gorzej napisany. Pomysł z sekretarką był świetny. Niestety zapisy dialogowe… no czemu one są od cudzysłowu? To już nie jest angielski oryginał, a polskie tłumaczenie. No psuje to trochę efekt. Tekst nie ma wcięć, dialogi źle się rozpoczynają, brakuje justowania i innych dupereli. Z interpunkcją również są problemy. Ale tłumaczenie mogę zaliczyć do tych dobrych, więc spełniło swoje zadanie. Problem poruszony w historii jest ważny i cieszę się, że ktoś pomyślał o tym, aby go poruszyć i pokazać dramat osób powiązanych z zaginioną. Wszystko naprawdę wyszło spoko. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  12. Grento YTP

    Za oknem jest już ciemno, a w moim sercu… również. SPOJLERY No więc to kolejny, krótki fik w formie listu. Ale tym razem forma naprawdę dobrze się uzupełnia z ogólnym zamysłem i fabułą. Podczas lektury możemy zagłębić się w umysł osoby, która utraciła sens życia, starała się to zmienić, ale za każdym razem doprowadzało ją to do kolejnego upadku. Niestety to wszystko ostatecznie kończy się śmiercią głównego bohatera. Możemy prześledzić życie Flaska i z tego, co można zauważyć, nie wyglądało ono najlepiej. Wszystko zaczyna się od przeprosin oraz zapewnień, że to niczyja wina ani jego bliskich, ani rodziny, że doszło do czego doszło. Coś strasznego podążało na protagonistą przez wiele lat. Coś, co nie pozwalało mu komfortowo żyć. Moim zdaniem po prostu nie potrafił znaleźć swojego miejsca na ziemi. Miał najzwyczajniej w świecie pecha trafiać co chwilę na to, co nie było “tym czymś” pozwalającym mu wieść szczęśliwy żywot. I tak właśnie się zdarza. Niektórzy wyrzucą orła za pierwszym razem, a inni nie wyrzucą go nawet za dwudziestym. Czy to ich wina? Niekoniecznie. Czasami sprawy nie układają się po czyjeś myśli, a czynniki zewnętrzne kształtują naszą egzystencję wbrew oczekiwaniom. Ogier próbował walczyć z pustką w sercu. Podejmował się różnych czynności, ale wszystko, za co się zabierał, prędzej czy później traciło sens. Chodził do lekarzy, ale oni również nie byli w stanie mu pomóc. W jego życiu było parę klaczy, ale najwidoczniej nie odnalazł z żadną wspólnej drogi. Miał wielu wrogów, znajomi go upuszczali; wygląda to tak, jakby po prostu odstawał od większości społeczeństwa, bo był inny. I to zepchnęło go w mrok. Doprowadziło do stanu wegetacji, gdzie wraz z każdym dniem utwierdzał się, że jest nic nie warty. “Nie raz tłumaczyliście mi, że we wszystkim jest jakiś sens, jakiś cel. Lecz ja go nie znalazłem. Nie poczułem. Mówiliście, że wszystko się poukłada, że będzie dobrze. Ja też pragnąłem w to wierzyć. Lecz życie wszystko zweryfikowało. Jak zawsze. “ Wszechświat sam w sobie nie oferuje sensu życia, jednak każdy z nas sam może do czegoś dążyć. To nie jest tak, że egzystencja może nie mieć sensu. Może i zapomną o Tobie za sto lat i będzie to wyglądać tak, jakbyś nigdy nie istniał, jednakże fakt Twojego istnienia pozostawi ślad w historii, nawet jeśli nie byłeś nikim ważnym, żadnym przywódcą czy kimś innym. Masz wpływ na życia innych ludzi, a nawet drobna zmiana wraz z upływem czasu, doprowadzi do kolosalnych w skutkach konsekwencji, których już najpewniej nie dożyjesz. Ale tak działa chaos deterministyczny. W historii tej podoba mi się jednak to, że nie mamy jakiś słodkich, naiwnych frazesów, tylko poważniejsze podejście do całego problemu. Bohater ponosi porażkę. I dobrze. Wiem, że to brzmi okrutnie, jednak to tylko fikcyjna postać, a dzięki temu zwraca się uwagę na problem depresji i marazmu. Jeszcze był tam ten fragment, który zahacza o męską depresję. “W końcu ogiery nie płaczą. Są opoką dla bliskich. Powinienem był być. Ja natomiast taki nigdy nie byłem. Tkwiłem tutaj wegetując. “ No i owszem, jest to problem, ponieważ w naszej kulturze mężczyzna musi być twardy, musi trzymać wszystko w sobie, a jak opowie o swoich problemach, to jest pizdą. No i to jest tak zjebane, że ja aż nie będę tego cenzurować. Bo do czego to doprowadzi? Nie dość, że ktoś ma problem ze sobą, to się jeszcze go krytykuje za to, że go ma, zamiast jakoś pomóc. A jak się to kończy? Podpowiem; a wiecie, dlaczego, między innymi, jest większy odsetek samobójstw u mężczyzn? Niektórym się chyba zapomniało, że my również jesteśmy ludźmi, którzy tak samo jak kobiety, posiada swoje własne uczucia, ponieważ to właśnie one nadają człowieczeństwa. I nie ma się czego wstydzić. Każdy ma jakieś problemy bądź gorsze okresy w życiu. No ale trzeba przecież świecić zbroją i jajami. Pomimo tego, że to tylko maska. Więc można przypuszczać, że z tego powodu główny bohater nie otrzymał takiej pomocy, na jaką zasługiwał. Dalej w historii Flask wspomina o dwóch ważniejszych kucykach w jego życiu. Pierwszym jest Pink Train, jego ziomek, który był bardzo radosny i pozytywnie nastawiony do wszystkiego. “Nie oceniłeś. Nie podniosłeś głosu. Mimo wszystkiego, co ja tobie zrobiłem. Krzywdziłem. Oceniałem. Krzyczałem. Ale ty wciąż byłeś tym samym kucykiem. Pozytywnym. Radosnym. Zarażającym swoim dobrym humorem. Zawsze Ci tego zazdrościłem.” Wydaje mi się, że ten jego “brat” był odbyciem tego, czym chciałby być główny bohater. Po prostu drażniło go to, że ktoś tuż pod jego nosem wiedzie takie szczęśliwe życie, gdy on nie. I w dodatku sam odnosi się do niego w sposób przyjazny. Chyba wiem, o co miał na myśli Flask. Kiedyś usłyszałem, że przeglądanie Facebooka zwiększa ryzyko… popełnienia samobójstwa. Dlaczego? Uzasadnienie było następujące; na tym portalu wszyscy publikują TYLKO szczęśliwe momenty. Wszyscy mają swoje połówki i szczęśliwe związki, jadą na wakacje, robią coś ważnego albo ciekawego, podczas gdy inny internauta, któremu tak się nie wiedzie, pochłania te posty i zaczyna się porównywać z innymi. No i to jest najgorsze, co można zrobić, bo to tylko wpędza w kompleksy. Okej, żeby nie było, czasem zdarzy się, że ktoś udostępni coś smutnego, ale to znaczna mniejszość. Więc Pink Train była takim… Facebookiem dla Flaska. Bohater krzyczał i denerwował się, ponieważ irytował go fakt tego, jak kiepsko wypada przy najbliższym przyjacielu. Drugim ważnym kucykiem jest Boggy Garden. Nie brzmi to jak imię dla klaczy, ale jednak nią była. Łączyła ich trochę skomplikowana relacja. Byli ze sobą blisko, ale jednak nie aż tak, aby mogło z tego powstać coś więcej. Niby coś do siebie czuli, ale inne czynniki im przeszkadzały. Ta relacja była bardzo niestabilna. W dodatku zmęczenie życiem głównego bohatera nie pozwoliło mu wykrzesać z siebie miłość. On już chyba nie wierzył w to, że coś z tego będzie, ponieważ w końcu odpuścił. Nie potrafił rozmawiać z nią o jej problemach, bo najwidoczniej jego własnego go przytłaczały. A przynajmniej tak to zinterpretowałem. No i zgodziłbym się z tym. Żeby komuś pomóc i zaprosić go do swojego życia, najpierw trzeba u siebie zrobić porządek. Tego tutaj zabrakło. “Teraz idę w miejsce skąd nikt nigdy nie wrócił. Znajduje się poza granicami pojęcia zarówno Celestii, jak i Luny. Idę tam, by uwolnić się od cierpienia, które musiałem znosić przez całe życie.” No i tak się kończy opowieść o gościu, który nie potrafił się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Ten fik nie daje nadziei, ale przestrzega przed zgubnymi konsekwencjami. Ludzie powinni się nauczyć rozmawiać ze sobą nawzajem o swoich problemach. Gdyby tak się stało, wiele tragedii można by uniknąć. Samo opowiadanie ma dobrą atmosferę. Wypada to wiarygodnie. Jestem w stanie uwierzyć w to, że ktoś napisałby taki list. Dzięki temu możemy zanurzyć się w myślach osoby żegnającej się ze swoim życiem. Strona techniczna nie jest już taka piękna. Brakuje przecinków przede wszystkim. No niby jest to list, ale… no przeszkadza to w czytaniu. Wiem, że można to zwalić na to, że taki przyszły samobójca już nawet o to nie dba, ale na potrzeby opowiedzenia historii, można by jednak wstawiać te znaki interpunkcyjne. Reszta była nawet dobra. No i daje myślenia. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  13. O, mamy tutaj magiczną barierę z Gothica. Jak miło. SPOJLERY Sezon 2. MLP… Tak, moim zdaniem ogólnie był lepszy od pierwszego, choć zabrakło mu tego specyficznego klimatu, który posiadał oryginał. No ale przynajmniej dostaliśmy więcej tego, co nam się podobało, prawda? A finał części drugiej był zdecydowanie o wiele lepszy. W sumie… pierwszy sezon tak właściwie nie posiadał jako takiego finału. Fakt, już wcześniej w pierwszym sezonie mieliśmy build-up do Gali Wielkiej Galopu, ale czy w ostatnim odcinku wydarzyło się ciekawego? Raczej nic. Postacie niczego nie osiągnęły. No a w omawianym fiku widzimy finał z podmieńcami i co z punktu widzenia Luny… która przez cały czas obserwowała miasto z wieży. A co zrobiła pod koniec? Jakby nigdy nic, podleciała do innych, pytając się, czy coś ją ominęło. Nie tak jakby cała chmara zawisła nad miastem. Dosłownie wybuchła wielka bitwa. Wiem, że mogła spać w trakcie dnia, ale bez przesady. Tam rozegrał się totalny burdel. Więc co fik nam prezentuje? Luna widzi inwazję podmieńców, obserwując wszystko przez teleskop. Znajduje się chyba na tej samej wieży, co w serialu. Zaczyna rozmyślać nad historią Equestrii oraz nad głupotą kucyków. “Eh, ta nasza kucykowa wiara w to, że co złe to nas nie spotka. Wystarczyła tylko jedna dłuższa chwila spokoju, a już zatraciliśmy naszą czujność, zakopaliśmy ją na dnie kufra z niepotrzebnymi rzeczami i cieszyliśmy się bajkowym światem.” No rzeczywiście, nic złego ich nie spotkało. Ja tylko tak dopytam; czy te wszystkie katastrofy zaczęły mieć miejsce akurat wtedy, gdy Twilight opuściła Canterlot w pierwszym odcinku? No niby zapowiedź Nightmare Moon była przepowiedziana, ale… co z innymi? Czy to nie jest dziwne, że akurat uformowanie się Mane 6 paradoksalnie zesłało na Equestrię jeszcze więcej cierpienia? Ja wiem… scenariusz i tak dalej, jednak… No w kontekście tego świata, to wydaje się być dość podejrzane. Inną możliwością jest to, że po prostu przed Twilight, przez te 1000 lat nieobecności Luny, Celestia również musiała co chwilę walczyć ze złoczyńcami, a jeśli tak było, to nie ma mowy o tym, aby przyzwyczaić się do pokoju. No ale dobra. Luna nakazała jeszcze wcześniej podwoić straże z okazji ślubu, postanowiła również przekonać Shininga do tego, aby ustawić barierę. Dowiadujemy się również, że wojsko Equestrii jest… no krótko mówiąc do niczego, ponieważ miało ono jedynie pełnić rolę odstraszającą. Aha… Okej. Ale podmieńce i tak sobie nic z tego nie robiły. “Nikt nie spodziewał się tak potężnej armii! Nie mogę sobie wybaczyć, że tak mało zrobiłam. Powinnam bardziej dbać o stan granic!” Myślę, że one przede wszystkim powinny abdykować. Serio, królewskie siostry raz po raz udowadniają, że nie znają się na wojskowości, nie potrafią przygotować armii ani żadnych planów wojennych. Przykładem jest nie tylko inwazja na Centerlot przez Kryśkę, ale również najazd Storm Kinga, kiedy to dosłownie cała dywizja ot tak niepostrzeżenie przedostała się na swoich jebutnych sterowcach bez bycia zauważonym. Czyli co? Żadnych patroli ani wywiadu? No kurde… Ach i jakby jeszcze tego było mało, to Celestia chciała zmobilizować do walki zwykłych obywateli… Wracając. Luna obserwuje inwazję przez teleskop. Kręci tym przyrządem na wszystkie strony i widzi, jak ochronna kopuła już zaraz rozpadnie się na kawałki. Księżniczka zastanawia się, co właściwie powinna zrobić. Moim zdaniem najlepsza jest opcja druga; zamiast latać bezsensownie po mieście, powinna połączyć siły z siostrą oraz Mane 6, aby przeprowadzić zorganizowany kontratak. Luna nie może się jednak zdecydować. Myśli również nad tym, kogo powinna postawić na pierwszym miejscu; nowożeńców czy obywateli. Moim zdaniem obywateli, bo dwa kucyki a dziesiątki tysięcy… No matematyka nie kłamie. Chociaż Cadance jest alicornem, więc… No według prawa to jej należy się prym. Jednak ja bym był za mieszkańcami. Pani Nocy, mając mętlik w głowie, wzbija się powietrze. Lecz wtedy zatrzymuje ją znajomy głos. To Nightmare Moon! Objawiła się w jej wyobraźni, kiedy Luna zaczęła mieć wątpliwości względem tego, czy poradzi sobie z armią podmieńców. No i zaczyna się tak zwany trash talk Księżycowej Wiedźmy. Ojej, jesteś zbyt słaba, aby obronić Equestrię! Nikt Cię nie rozumiał! Twoja siostra była suką, która się wywyższała… No to dosyć częsty motyw poruszany w fikach z Luną. “- Nie próbuj zrzucić na mnie odpowiedzialności! Ja tylko chciałam dać do zrozumienia mojej siostrze, że jestem dorosła, że sama mogę o siebie zadbać. Natomiast wieczna noc i objęcie władzy były twoimi marzeniami – wykrzyczałam z furią,” Ale skąd się to wzięło, Luno? No skąd? Przecież o ty tworzyłaś NMM. Księżniczka zrobiła sobie coś w rodzaju tulpy, która potem wyrwała się spod kontroli? Skoro tak, to nie jestem pewien, czy powinno się winić Lunę. Ech, no nie wiem. W samym serialu nie zostało to jakoś dobrze wytłumaczone; czym tak naprawdę jest Nightmare Moon? Czy to dosłownie Luna, która pod wpływem złych emocji uzyskała odmienny stan świadomości, czy może inna osobowość, która przejęła kontrolę nad wszystkim? No według tego fika, to jest to drugie. Ale czy z tej wymiany zdań coś wynika? Emm… No w każdym razie Luna w końcu nie wytrzymuje i strzela eterycznym pociskiem w NMM. Ale to nie działa, ponieważ jest to postać niematerialna, żyjąc jedynie w jej umyśle. Ale Nightmare pochwala jej agresję oraz wolę walki. Twierdzi, że to takiej księżniczki potrzebuje Equestria, ponieważ w ten sposób będzie w stanie bronić swojego kraju. “- Nie będzie tak! Ani ty, ani Podmieńce nic nie zdziałacie! Powierniczki i moja siostra poradzą sobie ze wszystkim! – wykrzyczałam starając się, aby mój głos brzmiał na pewny. - W głębi serca wiesz, ze tak nie będzie – skomentowała krótko, a jej głos brzmiał prawie tak, jakby mi współczuła, a ten wredny uśmiech powodował u mnie poczucie obrzydzenia. W sumie sama sobie nie wierzyłam, ale zaczęłam brać jej słowa pod uwagę. Nie miałam pewności, czy moja siostra faktycznie sobie poradzi, a jej filozofia miała w sobie trochę racji. Może i Nightmare Moon była zła, ale nadal była kucykiem. W przeciwieństwie do tamtych stworzeń.” No Nightmare Moon ma rację. Księżniczki są niekompetentne, na co już wskazywałem. Ale magia przyjaźni… ona wszystko załatwi. Ewentualnie magia miłości. Ach, no i mamy tutaj podwójne standardy księżniczki Luny. Tak, NMM jest zła, ale to kucyk. Natomiast podmieńce, nawet jeśli są wśród nich takie jednostki jak Thorax, to już są nic niewarte. No ku*wa… Myślę, że gdyby kucykami rządził ktoś taki jak Kryśka, to nie byłby lepsze. Kwestia kultury, wychowania i tak dalej; no wszystkie czynniki zewnętrze, które kształtują czyjeś jestestwo. Ach, no i przecież ostatecznie okazało się, że filozofia Chrysalis wcale nie była aż tak głęboko zakorzeniona w umysłach podmieńców, skoro te tak łatwo ją porzuciły pod koniec szóstego sezonu. No… było to trochę zbyt szybko zrobione, ale jednak tak było. Jak to się wszystko kończy? Luna wygrywa tę rozmowę, a NMM się rozpływa w powietrzu. “- Nie pozwolę tobie ponownie nade mną zawładnąć. - Twoi przyjaciele umierają, a ty będziesz tutaj płakać z założonymi kopytami?! – krzyknęła zdziwiona. - Jeśli ktoś jest w stanie powstrzymać Podmieńców, to właśnie moi przyjaciele, a ja nie zamierzam dokładać im zmartwień! – odparłam krzycząc. - Osz tu głupia … - krzyknęła skacząc na mnie, rozpływając się w powietrzu wraz z kontaktem z moim ciałem. W tedy poczułam pod sobą zimne kafelki wieży, po czym straciłam przytomność.” Czy w takim razie księżniczka coś osiągnęła? No udało jej się postawić swojej alternatywnej wersji… po czym zemdlała, pozostawiając bliskich w tarapatach. Trochę to mało bohaterskie, jeśli tak miało to wyglądać w tej historii. Ten konflikt wewnętrzny nie jest niczym nowym. Było to już poruszane wielokrotnie. W prawie każdy fiku skupiającym się na Lunie. Czy ten fik wniósł coś nowego? No tak nie bardzo, niestety. Nawet nie mieliśmy tutaj czegoś w rodzaju redemption ark, w którym bohaterowie, którzy wcześniej grzeszyli, mają okazję odkupić swoje winy. Luna niczego nie osiągnęła. Po prostu odsunęła się na bok. I ZEMDLAŁA. Gdybyśmy dostali pod koniec scenę, podczas której widzimy, jak z czasem Pani Nocy staję się silniejsza i coraz bardziej pewna swoich przekonań, to okej. Pokonywała by swoje słabości i kompleksy. No… trochę zbyt szybko, ale lepsze to niż nic. A może ten fik opowiada o tym, że nie można uciec od wyrzutów sumienia? To by nawet pasowało do tytułu. Jeśli tak jest, no to okej, ale szkoda, że nie zostało nic więcej zrobione z tym wątkiem. Ogólnie fik jest nawet niezły, choć… nie ma tam oryginalnych elementów. Tło zostało wzięte prosto z serialu. Wahania Luny również pojawiły się w MLP i były przemaglowane wielokrotnie. Chciałbym, żeby to było bardziej rozbudowane. Gdyby fik był dłuższy, to może… Strona techniczna nie jest najgorsza, ale dialogi są źle zapisane. Powinny być od półpauzy. Zdarzały się również błędy interpunkcyjne, ale nie przeszkadzało to w odbiorze. Jeżeli ktoś ma ochotę to przeczytać, to niech spróbuje, ale niech nie liczy na fajerwerki. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  14. W tym fiku wszystko zaczyna się w następujący sposób; “WERSJA PRE ALPHA BETY NARAZIE WSTRZYMANE!!!!” O Jezu, no dobra! Tylko już nie krzycz na mnie autorze! SPOJLERY Nie lubię TBC, ale pomyślałem sobie… czemu nie. Może akurat trafię na coś fajnego, coś krótszego tak na początek i przekonam się do tego uniwersum. No… to powiem od razu, że się nie udało. Oj, cholera jasna, teraz czuję, że wręcz nienawidzę TBC przez to konkretne dzieło. Ale spokojnie. Dojdziemy do omawianej kwestii w odpowiednim momencie. Jest mi też trochę szkoda autora, bo on sam jest przekonany o tym, że nie potrafi pisać i spotykał się ze złośliwymi komentarzami na innych stronach. Trzeba pogratulować mu dzielnej postawy, że pomimo krytyki, nie poddawał się, tylko pisał dalej. No i tak trzymać! Za to trzeba pochwalić. Jednak w moich postach oceniam jedynie fiki, separując postać autora od napisanego dzieła, więc jego postawa nie wpłynie na moje przemyślenia czy ocenę. Nie ważne, czy po drugiej stronie stoi największe ścierwo czy ktoś praworządny, fika oceniam bez patrzenia na postać autora. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest grubo nie tak! Przypomina mi się innych fik “Misja Warszawa”, gdzie ilość nawalonych komentarzy była tak wielka, że wręcz wylewała się z ekranu. Tu jest dokładnie tak samo, a może nawet gorzej. Choć na początku mamy jakieś opisy. Bardzo krótkie, ale zawsze. “- I ty to wszystko chcesz zjeść? - Zapytała lekko zszokowana. - Nie chcę, lecz zjem. - Wiesz jakie to jest nie zdrowe. Tyle tłuszczu i kalorii. - Eee tam… Przy moim stylu życia nic mi nie grozi. - No nie jestem pewna. - Ja codziennie trenuje po kilka godzin. Trzymam formę. Takie trochę maniakalne nawyki z przeszłości. Zostałem wyuczony trzymać kondycję za wszelką cenę.” Tak wygląda większość fika. Po prostu sztuczny dialog akcja-reakcja. Gorzej już się tego nie dało napisać. Co do fabuły (której nie ma zbyt wiele) to przedstawia się ona następująco; Jakiś facet w gabinecie lekarskim wypija dziwaczną miksturę, tak, oczywiście ponyfikującą. Zaczyna mu się kręcić w głowie i traci przytomność. Następna część opowiadania dzieje się we śnie protagonisty, Pana Michała. Jest otoczony przez ciemność, nie wie, co się dzieje, lecz po chwili odzywają się do niego dwa głosy. W skrócie nakazują mu przybyć do Equestrii w ciągu dwóch dni. Potem się okazuje, że spotkał królewskie siostry, sam o tym opowiada, pomimo tego, że gdzieś tam była mowa o kompletnych ciemnościach przesłaniających wszystko wokół. No nic. Michaś się budzi, lecz już jako nie człowiek a alicorn. Przemiana istoty ludzkiej w alicorna okazuje się być niespotykana, więc lekarze i zarząd tej całej placówki postanawiają poobserwować głównego bohatera przez dwa dni, ponieważ posiada w sobie potężne pokłady magii… lecz ten nakaz zaraz zostaje złamany, ponieważ Michał wyprosił wyjście do baru u towarzyszącej mu lekarki. Od tego moment fabuły tak naprawdę już nie ma, wszystkie wątki zostają porzucone. Niby czegoś się tam dowiadujemy o głównym bohaterze, lecz to pieprzenie jest tak tporne i nudne, że nie mam ochoty tego przytaczać. Opisów brakuje, składnia i ortografia leży, interpunkcja najwidoczniej się zbuntowała podobnie jak zapis tego wszystkiego. Samo patrzenie na ten bajzel nie stanowi żadnej przyjemności. Niestety, tak jest prawda. Wystarczyłoby chociaż poprawić układ graficzny tekstu, zadbać o wyeliminowanie literówek, zadbać o staranne poprowadzenia akcji i już byłoby dużo lepiej. Sama historia nie jest raczej niczym specjalnym, ale wtedy przynajmniej można by na czymś się oprzeć. Nie lepiej by było porzucić te bezsensowne sceny na schodach, z których zwala się Michał, oraz scenę w restauracji? Początek fika można zostawić, a w następnym kroku zrobić timeskip i wysłać bohatera do tej Equestri, aby spotkał księżniczki. Mogłoby z tego wyniknąć coś ciekawego, lecz niestety tak się nie stało. Ten fik zieje nudą i ma wiele problemów. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
  15. O proszę, no i znowu trafił mi się Malvagio. I to jeszcze pod sam koniec. SPOJLERY Kolejny smutny fik… No do jasnej ciasnej. Ale spokojnie, jakoś dam radę. Atmosfera tego fika jest przecudowna. Trudno opisać czyjeś cierpienie. Najczęściej wychodzi to śmiesznie, ponieważ wielu autorom brakuje w tym wszystkim subtelności i tragedia zaczyna wyglądać strasznie pompatycznie oraz sztucznie. Dramatyzm nie zawsze pomaga takim wątkom. Czasami milczenie, jakaś drobna zmiana mogą pokazać znacznie więcej. Tutaj księżniczka Cadance wypada bardzo naturalnie w swojej roli. Jest przygaszona, ale czasem też płacze, gdy na nowo rozgorzeje w niej żal. No wypadło to świetnie. A zakończenie… Ups. Okej, wróćmy do początku, hehe. Cóż, warto też nadmienić, że ten fik niszczy nasze oczekiwania, a może raczej dopowiada pewne rzeczy dosłownie w ostatniej chwili, które zmieniają wydźwięk całego opowiadania na jeszcze bardziej mroczny. I my zostajemy z takim strzałem w pysk zupełnie na lodzie, bo dalej już nic nie ma. Ale jak to się wszystko zaczęło i co jest grane? Otóż fik rozpoczyna się od wędrówki księżniczki Miłości po korytarzach zamku. Od pierwszych chwil widzimy, że coś jest z nią nie tak. Również uwagę przykuwa fakt, że nigdzie nie ma żadnych gwardzistów. Trochę mnie to zdziwiło, ale okej. Cadance zamierza udać się do swojego pokoiku, do garderoby i makijażowi, aby przygotować się na tytułową rocznicę. Na miejscu jest już służka, która, w równie podłym nastroju, pragnie pomóc swojej pani. Alicorn przygląda się lustrze. Nie jest w stanie znieść myśli, że on odszedł, a ona wciąż jest piękna. On? No tutaj nietrudno było zgadnąć, że chodziło o Shining Armora, który oczywiście nie żyje. I stąd wziął się cały żal. W sumie zastanawiałem się, jak on mógł zginąć, lecz… no pod koniec, już miałem niemal pewność, jak mogło do tego dojść. Księżniczka wyrzuca sobie również to, że dalej jest piękna. Po prostu nie chce taka być; ona chciała być taka tylko dla swojego męża, a nie dla kogoś innego. Ale uroda nie przeminęłą, pomimo łez i opuchniętych oczu. Możliwe również, że chciałaby się ukarać w ten sposób, bo może czuła się po części winna tego, do czego doszło. A najchętniej zanurzyłaby się w rozpaczy jeszcze bardziej. Jej piękno jest dowodem tego, że na zewnątrz nic się nie zmieniła, pomimo śmierci ukochanego. A świat idzie dalej naprzód. Dochodzi do przymiarek. Cadance zakłada czarną suknię. Najpewniej żałobną dla zmarłego męża. Chce również wyglądać skromnie, czyli tak, jak w sumie wypadałoby podczas żałoby. Nie chce również żadnych ozdobnych kryształów ani wyszukanego makijażu. Służka, o imieniu Arietta, zaczyna szczotkować grzywę władczyni, gdy ta nie wytrzymuje i zaczyna wspominać Shininga. “– Dzisiaj mija rok… – wykrztusiła z siebie. Tym razem nie była w stanie utrzymać spokojnego tonu i jej głos lekko się załamał. Kryształowa klacz zaprzestała czesania księżniczki i patrzyła na nią w milczeniu. Wyraźnie walczyła ze sobą… – Tak, pani… – powiedziała w końcu; ciężko było stwierdzić, czy słowa te były rezultatem wygranej czy przegranej walki. – Tęsknię… tęsknię za nim… – jęknęła alicornka. Wszystkie bariery, jakie starała się utrzymywać, właśnie się rozsypały i jej ciałem począł wstrząsać cichy szloch. Łzy doskonale znały ścieżki, jakimi mogły podążać po jej pyszczku. – Minął rok, a wciąż tak bardzo… tak bardzo mi go bra-brakuje…” Te wyznania pokazują również pewną, bardzo ważną rzecz… Dlaczego zwierza się obcemu kucykowi, którego imienia nawet nie pamięta? Najpewniej dlatego, że nie ma do kogo innego. To jest jeszcze gorsze. Zastanawiałem się, gdzie się podziała Twilight. Przecież umarł jej brat, a o niej nawet nikt nie wspomina. W sumie nie dowiadujemy się tego, co się z nią stało, ale to, że wszyscy milczą, jest pewną podpowiedzią; Twi najpewniej również strzeliła kopytami. Nie matu również Celestii oraz Luny. Czyżby one także zostały zgładzone? A skoro tak… to przez kogo? Ewentualnie wszystkie, wymienione wcześniej postacie nie były w stanie z różnych przyczyn stawić się na miejscu, ponieważ coś im zagrodziło drogę. Może wojna… jakieś, hehe, kryształowe oblężenie, podczas gdy Cadance jest takimi jakby więźniem? Ale to tylko moje gdybanie. Księżniczka nie wytrzymuje ognia rozpaczy i rozkleja się przy służącej. Klacz przytula ją, co daje pewną ulgę i chwilową równowagę. Gdy przygotowania do rocznicy wreszcie dobiegają końca, alicorn prosi służkę o to, aby ta poszła z nią później na grób Shining Armora. Klacz przymuje to z lekkim szokiem, ale zgadza się bez żadnych obiekcji. To smutne, że księżniczka musi zabierać ze sobą na grób kogoś, kto nie należy do tej rodziny. Cadance szuka oparcia w kimkolwiek. “– Pani… dziękuję ci w imieniu swoim i swoich rodaków. Za twoją siłę. Jesteśmy ci więcej niż wdzięczni… – ostatnie słowa były wyraźnie cichsze. Kryształowa klacz nie zaczekała na odpowiedź i szybko opuściła pomieszczenie, pozostawiając władczynię samą.” Tymi słowami, Arietta żegna się z panią. Pozostaje jeszcze wyciągnąć czarne perły z drewnianego pudełeczka i je założyć. W sumie… podczas czytania tego fragmentu miałem chwilowy skok ciśnienia. Ponieważ Cadance wyciąga “długi sznur...” i ja momentalnie sobie myślę, że zaraz popełni samobójstwo. Przystroiła się, aby w ten sposób uhonorować pamięć o swoim mężu. Jednocześnie nie mogła znieść świadomość, że on już nie wróci. Ale nie zgadzała się z tym prośba różowej alicorn; prośba mówiąca o tym, żeby Arietta towarzyszyła jej podczas odwiedzin na cmentarzu. Poza tym od razu się wyjaśniło, że chodziło tu o długi sznur czarnych pereł. Nie wiem, czy to było zamierzone, czy jednak ten przekaz podprogowy wyszedł w praniu. No w każdy razie takie szczegóły dobrze budują klimat. Końcówka jednak jest najlepsza. Księżniczka ostrożnie przemierza puste korytarze. Dociera do drzwi pewnej komnaty, po czym wpatruje się w nie dłuższą chwilę. Wreszcie uchyla drzwi, a tam… “– Nasza pierwsza rocznica… – powitał ją lekko kpiarski głos. – Podobają ci się perły ode mnie, moja kryształowa księżniczko? – Tak, mężu mój… – odparła cicho, spuszczając wzrok. – Graah, dobrze, dobrze…” Tak to się kończy. Co ja o tym myślę? To niszczy oczekiwania czytelnika, co zawsze jest dobrym posunięciem. W dodatku to krótkie opowiadanie daje nam wycinek bardzo ciekawego świata owianego tajemnicą i niedopowiedzeniami. Ale wydaje mi się, że to po prostu Sombra, który zabił Shininga, aby móc poślubić kryształową księżniczkę. I to wszystko wydarzyło się tego samego dnia. A więc tytuł Rocznica w tym przypadku posiada podwójne znaczenie. Jak już wspominałem niejednokrotnie; wyszło to bardzo dobrze. Klimat jeszcze bardziej spochmurniał i stał się cięższy. Urwanie akcji w tym momencie również wypadło wspaniale. No nie mam się do czego przyczepić. Strona techniczna jest bardzo dobra. No wprawdzie było parę małych potknięć tym razem, na przykład w któryś momencie zgubił się podmiot, co wywoływało lekką dezorientację, jednak ogólnie nie mam żadnych zastrzeżeń. Tak naprawdę mogę polecić tego fika każdemu. Jest krótki, ale treściwy i wspaniale opowiedziany. Tyle ode mnie. Pozdrawiam!
×
×
  • Create New...