Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Hoffman

[Pojedynek] [C] PiekielneCiastko vs Sakitta

Recommended Posts

Wrota kolejnej areny stanęły przed Wami otworem, dzielni wojownicy! Owszem, tak dla odmiany, ta arena jest dosyć skromna, ale za to jest... ogromna i doskonale oświetlona. Nie jest też idealnie okrągła, zamiast tego ma kształt ośmiokąta foremnego, zaś filary podtrzymujące sklepienie są wykonane w stylu doryckim. Macie mnóstwo miejsca na pojedynkowanie się, a te grube, kamienne ściany wytrzymają wszystko... Chyba.

 

 

the_magic_duel_by_jrenon-d5my48b.jpg

 

 

Dziś, PiekielneCiastko, herbu Przypalona Blacha zmierzy się z Sakittą, Wielkim Księciem, interesującym się komputerami, bez których dzisiaj nie potrafilibyśmy żyć. Obaj panowie są dosyć tajemniczy i obaj dysponują wielką mocą, która zostanie wyzwolona już za chwilę, na tej oto arenie!

 

W tej walce obowiązuje klasyczny limit postów. Miejcie na uwadze zasady i to, że tak naprawdę... Cóż, te areny nie są aż tak niezniszczalne, więc uważajcie z zaklęciami.

 

Pojedynek uważam za rozpoczęty!

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na wysokości dziesięciu metrów pojawiła się biała kula oślepiając nieskazitelnie jasnym światłem każdego, kto na nią spojrzy. Otoczyły ją dwa szybko obracające się zielone kółka. Obiekt niespodziewanie zapadł się sam w siebie a z jego wnętrza wypadł przypalony mag w czerwonej szacie z kapturem pokrytej stalowymi płytkami o krzywych symbolach. Czarownik z impetem uderzył twarzą w ziemię i cicho powiedzieł:

-Niech to szlag. Znowu źle ustawiłem portal.

Szybko podniósł się do pionu otrzepując się w międzyczasie z kurzu. Sprawdził ręką czy nie zapomniał swojego pałasza, krótkiego sztyletu, fletu zdolnego zamienić się w włócznie, ostrego kastetu... tego ostatniego jednak zapomniał, ale i tak żadko go używał.

Dla pewności postanowił sprawdzić wszystko jeszcze raz i odziwo kastet siedział na swoim miejscu.

-Magia, no nie ma innego wyjścia.

Ponieważ przeciwnika jeszcze nie było postanowił sięgnąć po flet i w końcu nauczyć się grać, jednak przestał gdy zobaczył kilka nowych pęknięć na ścianach.

-Eh. Koniec tego dobrego. Trzeba się skupić.

Podrzucił instrumentem w powietrzu a ten w locie błysnął zamieniając się w broń drzewcową. Sakitta pewnie chwycił lecącą broń i schował za swymi plecami. Do tego jego ciało pokrył jakiś płynny metal tworząc jednolitą acz elastyczną skorupę pokrywającą każdy element jego ciała. Stanął w lekkim rozkroku i czekał w bezruchu do rana.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cholera. Mag pchnął drzwi. Lekki powiew omiótł jego prawie całkowicie gołe ciało. Jedynym ubiorem były majtki w zielone kropki. Szlag, nie unormuję portalu, a IBM nie przeniesie mi niczego. Ty...! Skupił się i zrobił poważną minę, wchodząc na środek areny. Na piasku stała srebrzysto-metalowa figura ludzka. Może się ukrywa? Chciał się rozejrzeć, ale Ubierz się! Piasek. Mmm, to może być ciekawe. Jak wcześniej nie wiedział, co zrobi, to teraz poznał odpowiedź. Magią zabrał piasek z podłoża, którym okrył całe ciało, po czym rozłożył atomy kwarcu najpierw na pierwiastki, a później części elementarne, z których złożył koszulkę i spodenki koloru piasku. Ciekawe jak mu się spodobało. Co sobie o mnie pomyślisz? Pewnie, że jestem alchemikiem. Zamiana piasku w ubranie powinna do tego pasować. Powodzenia, compadre.

Cały czas idąc z poważną miną przybliżył się do środka areny.  Zamaszystym ruchem odgarnął włosy, które opadały mu na oczy. Zanotować - zrobić sobie kucyka.  

Kontynuując ten ruch wskazał na siebie otwartą dłonią z lekko zgiętą ręką.

-Niektórzy widzowie może mnie znają, ale ty zapewne nie. Wiedz, że jestem Piekielne Ciastko, władca Piekła oraz mag tysięcy magii - Co ja odwalam? Przeklęty maraton anime. Nie dość, że się nie wyspałem, to jeszcze gadam jak idiota. Szybko sięgnął do archiwum nagrań z areny. - Witaj, Sakitto, gdziekolwiek jesteś - zamaszystym ruchem wskazał na całą arenę. - Jednakże miło, że choć się ukryłeś, to zostawiłeś mi cel na krótki trening - To mówiąc zgiął łokieć i pociągnął go to tyłu tak, że otwarta dłoń z lekko zagiętymi palcami była obok jego twarzy. Co powiesz na to? - Sparkle! - krzyknął kierując dłoń na przeciwnika.

Gdy ręka wyprostowała się najbardziej, jak mogła, z jej środka w stronę posągu poleciała niewiarygodnie jasna błyskawica. Nie było to trudne. Tylko oderwałem trochę elektronów.

Cholera, odsłoniłem się.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Książe porzuł lekkie ukłucie, które wybudziło go z letargu. Pomału uruchamiały się kolejne ,,podsystemy mózgu" (lubi to tak nazywać). Krążenie krwi powracało zmieniając barwę jego skorupy na lekko różową. Przeciągnął się jakby nigdy nic cicho szepcząc:

-Jeszcze chwilę...

Otworzył oczy i rozglądając się z niedowierzaniem. Na widowni siedziało mnóstwo gapiów w różnokolorowych szatach wyraźnie domagając się pojedynku. Zadowolony pomachał im ręką przy okazji głupio szczerząc długie, pokryte metalem zęby. Mimo, iż organizm działał już na normalnych obrotach, całkowitą pewność otrzymał dopiero, gdy ukłonił się publiczności niechcący puszczając głośnego bąka, będącego jednak o wiele przyjemniejszym dla ucha niż jego gra na flecie. Nagle podskoczył w miejscu. Zdał sobie sprawę, że stoi przed nim jakiś początkujący mag, jednak w stylowym odzieniu trudnym do zdobycia na jarmakach po jakich sam łazi mając nadwyżkę miedziaków.

Zerknął na metalową otoczkę. Ciągle skakała po niej dziwna błyskawica niemogąca znaleźć uziemienia. Tworzyło to ciekawe oświetlenie nad którym przysiągł sobie trochę poeksperymentować, oczywiście jeśli przeżyje. Dotknął ziemi włócznią a światło momentalnie zgasło.

-Nie mogłeś mnie zwyczajnie obudzić? - krzyknął zły na przeciwnika. Po chwili dodał nieco łagodniej - Nie wiem co ci mówiono o swoim przeciwniku. Mam nadzieję, że wiesz z kim walczysz, choć na twoim miejscu rozważyłbym oddanie pojedynku. Z pominięciem należnych mi tytułów jestem Sakitta. No i to by było tyle jeśli chodzi o autoprezentację.

Nie czekając na odpowiedź powłoka maga zaczęła bulgotać i wytwarzać smrodliwą parę. Utworzyło się nad nim kilka srebrnych chmur. Każdy z obłoków zaczął się powielać i oddzielać od reszty. Po zaledwie kilku sekundach od rozpoczęcia zaklęcia chmury spadły na ziemię tworząc przynajmniej dwadzieścia identyczny posągów. Zaczęły szybko biegać w kółko mieszając się ze sobą. Ostatecznie nie dało się odróżnić prawdziwego. Wszystkie ustawiły się w falangę i równo kroczyły do przodu. Tylny szereg nie zwalniając kroku zaświecił na zielono tworząc półokrągłą tarczę przed sobą a przedni wystawił drzewce przed siebie wystrzeliwując gromady białych, stożkowanych pocisków energetycznych.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Błyskawica trafiła idealnie w cel. Podczas huku jej towarzyszącemu mag prawie uskoczył w bok. Przez ten moment był pewien, że obok niego ktoś był. Ale nie zrobił tego. Zdołał znaleźć w sobie tyle kontroli, by czekać na atak.

Kolejne sekundy minęły pod znakiem ciężkiego oddechu. Słyszał każdy szmer na widowni. Nawet nie zwracał uwagi na to, co widzi. Przeczuwał, że przeciwnik nie popełni tego błędu, że da się dojrzeć. Ciężej był nie wydać żadnego odgłosu, więc wolał zawierzyć słuchowi.

-Jeszcze chwilę - Ten szept z areny był dla niego niczym krzyk. Wbił wzrok w statui, skąd musiał dobiec dźwięk. Jej barwa zmieniła się na delikatnie różową i cały czas nabierała barwy.

Statua otworzyła oczy. Mag najciszej jak umiał odetchnął z ulgą. Czyli nie mam przerąbane. Metalowa pokrywa. Czyżby robot? A może zbroja jak z mojego Metalu? Nie może absorbować energii, to pewne. Już dawno wchłonąłby piorun, a tego nie zrobił.

Błyski zniknęły, ale mag wiedział, że jego oponent ich nie wchłonął - poczuł jak te elektrony spływają do ziemi.

-Nie mogłeś mnie zwyczajnie obudzić? - Przeciwnik musiał krzyczeć, by być pewnym, że go usłyszy, ale w tym krzyku słyszał wyraźną złość. Po chwili dodał już łagodniejszym tonem krzyku.  - Nie wiem co ci mówiono o swoim przeciwniku. Mam nadzieję, że wiesz z kim walczysz, choć na twoim miejscu rozważyłbym oddanie pojedynku - U, widzę, że spotkałem aroganckiego. Ciekawe, czy dupka, czy po prostu walczył z magami, którzy mieli magię, z którą sobie radził. - Z pominięciem należnych mi tytułów jestem Sakitta. No i to by było tyle jeśli chodzi o autoprezentację.

Chciał odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo najwidoczniej przeciwnik zaczął magię. Sądził tak, bo powłoka maga zaczęła bulgotać, a parowała z niej srebrna para, która stworzyła nad nim kilka srebrnych chmur. Po jakimś czasie wszystkie jednocześnie zaczęły się oddalać od siebie, jednocześnie uruchamiając jakiś mechanizm powielania. Po kilku długich chwilach, które dla skupionego na obserwacji Piekielnego Ciastka trwały niczym wiele minut, a dla zajętego gadaniem z sąsiadem widzem kilkanaście słów, czyli miej więcej pięciu sekundach, chmury opadły, a na ich miejscu pojawiło się dwadzieścia kilka jednakowych posągów, kopii jego oponenta. Wszystkie humanoidy na arenie, poza Piekielnym Ciastkiem, zaczęły manewr przegrupowania, tworząc ostatecznie dwuszereg. Wszystkie posągi były wyposażone w włócznie.

Jak jeden mąż statuy i przeciwnik maga między nimi zaczęły iść przed siebie. Przez krok formacja szła bez ochrony, a Ciastko patrzył się na to, co zrobią. Później pojawiła się przed nimi zielonkawa tarcza, która przepuszczała białe stożkowate pociski, które wystrzeliły z poziomo ustawionych włóczni pierwszego szeregu.

Widząc ten cyrk mag prawie się zaśmiał. Ten idiota chyba w życiu bitwy nie widział. Ani normalnej, ani magicznej. Nawet idiota mając tyle samo wojska pokonałby go.

To myśląc wystawił przed siebie rękę z otwartą dłonią. Jak się spodziewał wszystkie pociski były wycelowane idealnie w niego. Arogancki idiota. Chyba najlepsze połączenie. Dusząc w sobie śmiech czekał, aż pociski trafią na to, co dla nich przygotował.

Pociski zatrzymały się o milimetr przed jego dłonią. Dla kogoś nie znającego się na magii był on bezpieczny. Dla osoby umiejącej używać magii nadal istniały tysiące sposobów, by go pokonać. Wystarczyło.... Dobra, zrobionie. Przemiana tej magii w najbardziej elementarną jej formę nie było niczym trudnym. Delikatnym ruchem uniósł dłoń ponad siebie, ciągnąc za nią kulę magii. Gdy już ręka była prostopadle do ziemi kula zaczęła lecieć w górę, aż zaleciała pod sufit.

-Hail -  to the king.

Zaśmiał się bezgłośnie z swojej myśli podczas gdy pierwsze, jeszcze samodzielnie przez niego stworzone, kulki uderzyły w zieloną tarczę przeciwnika, po czym powróciły pod sufit. Przez chwilę sam kontrolował proces, ale później go zautomatyzował. Chyba nie oszukuję. Mmm, złożyłem ten czar za pomocą kinezy, więc chyba robię to dobrze.

Lecz tym razem nie popełnił tego błędu co przeciwnik. Kulki, nie blokowane przez barierę, powinny trafić także w otoczenie oddziału przeciwnika. A na wypadek trafienia w statuę... nie zrobił niczego. Spodziewał się, że przeciwnik i tak coś wymyśli przed tym, jak przebiją się one przez barierę. Póki co patrzył, jak raz za razem kulki uderzają w barierę i powracają do góry, by wylecieć ponownie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pociski bez przerwy wylatywały z bariery by dolecieć do swego przeciwnika i doładowane przez maga wracać oraz uderzać o zieloną tarczę. Proces ten trwał kilka minut, aż zdało się, że całą arenę wchłonął jeden wielki cyklon siejąc zamęt, jakiego nikt wcześniej nie był w stanie nawet sobie wyobrazić. Siła trafiająca o bańkę była zwiększana zarówno przez ciągle atakujące statuły jak i czarodzieja, dopóki włócznicy nierozpadli się na malutkie kawałki poza jednym. Chroniąca ich bariera pękła a cała siła wleciała w Sakitte.

-Wracaj moja mano! - wył coraz to wyższym głosem.

Nagle stało się jasne. Książe nie mógł przewyższyć pewnego progu energii magazynując ją tylko w sobie. Musiał ją przekazać przeciwnikowi by ten przejął nad nią kontrolę i samemu będąc niczym puste naczynie przyjmował oraz wypuszczał więcej i więcej ze splotu magicznego. Powolny wzrost stopiłby jego ciało tym samym zadając śmierć na miejscu, ale teraz, gdy całą tą siłę posiadł w jednym momencie mógł się już utrzymywać bez swojej fizycznej powłoki. Zassał tyle magii, ile tylko znajdowało się na arenie. Metaliczna skorupa pękła a za nią stopiło się ciało i kości. Pozostała tylko cienista sylwetka świecąca się, o ile to możliwe, na czarno. Otoczyła go ciemność pożerająca nie tylko magię, ale także światło czy podłogę bezpośrednio pod nim.

Takich rzeczy nie uczą w żadnej szkole. Jest tylko jeden sposób na ich poznanie: ryzykowne eksperymenty trwające czasem tak długo, że człowiek traci poczucie czasu i mijających epok. Trudniej się potem dostosować do społeczeństwa a dochodzą jeszcze luki w pamięci, szczególnie w przypadku wcześnie poznanych umiejętności, jednak raz poznane zaklęcie tego poziomu z reguły kończy walkę.

Na środku pomieszczenia lewitował czarny duch w mrocznej aurze. Miał dosyć mocy by by rozsadzić calutką okolicę i jeszcze wskrzesić swój organizm.

-Dziękuję za przechowanie i przekształcenie mojej mocy śmiertelniku - powiedział urywanym głosem. - Jeśli słyszałeś kiedyś o czarnych dziurach, zdolnych do pożarcia niemal wszystkiego: materii, energii czy nawet duszy to lepiej uciekaj. Dam ci jedną szansę nim przejdziemy do poważnej walki bez zera litości. Czekam!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stożki energii cały czas zatrzymywały się przed Ciastkiem, który co jakiś czas bez zbytniego skupiania się nad tym przemieniał je na czystą magię i wzmacniał ją kulkę wiszącą pod sufitem. Dość szybko zauważył, że z czasem częstotliwość wystrzałów maleje.

Jeszcze pięć, do ośmiu minut. Ciekawe, czy wie, że ja tak mogę do znudzenia?

W końcu statuy momentalnie rozsypały się na pył. Wraz z nimi pękła bariera, a jej magia została zassana przez ostatniego przeciwnika na polu bitwy - Sakittę.

-Wracaj, moja mano! - Sakitta ryknął tak głośno, że Ciastko, dla którego stanie obok głośników podczas koncertów metalowych nie było niczym niezwykłym, przestraszył się o swoje bębenki.

Ciastko poczuł implozję magii wewnątrz pomieszczenia. Czując sygnatury magii zrozumiał, co się stało.

Cholera, wykorzystał moje lenistwo przeciwko mnie! Przeciwnik musiał wyczuć, że manipulując magią nieświadomie dodawał do jej puli także cząstki swojej mocy. Szlag, teraz jest pewnie z dwa razy silniejszy niż na początku!

Z lekko otwartymi z zaskoczenia ustami spoglądał, jak skorupa Sakitty pęka, pozostawiając sylwetkę tak czarną, że aż pochłaniała światło. Choć zasysała światło i materię, dla maga aż skrzyła od magii, którą była wypełniona. Oznaczało to jedno - mag może umiał kontrolować taką moc, ale nie całkowicie. On na pewno tak nie skrzył, choć miał moc równą, a może nawet większą od Sakitty.

Cień i tak lewitowałby, albowiem takiej formy nie obchodziła taka fraszka, jaką jest grawitacja, ale i tak wyraźnie uniósł się do góry. Czyżby chciał uzyskać przewagę psychologiczną?  Ale musiał oddać część honoru przeciwnikowi - z taką ilością magii mógłby zrobić niezły bajzel. I wiele dobrego, gdyby chciał, ale forma pochłaniająca materię nie była tego zapowiedzią.

-Dziękuję za przechowanie i przekształcenie mojej mocy śmiertelniku - powiedział robiąc przerwy pomiędzy słowami zimnym głosem bez cienia uczuć. Takim, jaki w wyobrażeniach dawało się czemuś, co mówiło za pomocą magii. - Jeśli słyszałeś kiedyś o czarnych dziurach, zdolnych do pożarcia niemal wszystkiego: materii, energii czy nawet duszy to lepiej uciekaj. Dam ci jedną szansę nim przejdziemy do poważnej walki bez zera litości. Czekam!

Przechylił lekko głowę i stanął z lekko otwartymi ustami. Udawał, że próbuje zrozumieć sens wypowiedzi przeciwnika.  Damned, mogłem pozwolić IBM'owi odpowiadać za efekty wizualne. Te kropki nad głową z pewnością rozwaliłyby widownię.

Po kilku chwilach wyprostował głowę i zrobił najbardziej bezmyślną minę jaką znał.

-Chodzi ci o takie? - Zginając łokieć wystawił przed sobą dłoń wnętrzem do góry, by zmaterializować nad nią trochę magii w formie czarnej dziury. Wisiała sobie tak, że jej horyzont zdarzeń nie dotykał jego dłoni. Do stworzenia tego używał magii, z których obiecał sobie nie korzystać. Dobra, robię to tylko dla efektu. Chyba nie łamię tej obietnicy.

Ale przecież to tylko sobie obiecałem. Nikt nie będzie wiedział, że ją złamałem.

Nie. Właśnie dlatego muszę się jej trzymać.

­Klasnął, jednocześnie wchłaniając czarną dziurę.

-Nie, nie skorzystam z twojej propozycji - odpowiedział już wiele poważniej.

Stanął w lekkim rozkroku i na wysokości pasa połączył z sobą odwrotnie skierowane dłonie. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełnił odrobiną magii, którą podczas chwili pełnego skupienia przemienił na fotony. Jednostajnym ruchem przeniósł dalej połączone ręce za siebie, lekko uginając kolana. Kamehame-ha. Flash. Kamehame-ha. Flash. Kamehame-ha. Flash. Nie umiał się zdecydować, co krzyknąć. A przed walką uznał, że musi tak robić. Wszak w każdym większym anime zawsze wykrzykują nazwę techniki, zanim ją wykorzystają.

-Kamesh! - Wykrzyknął, gdy rozpędzone fotony zaczęły powoli parzyć mu dłonie, jednocześnie prostując ręce w stronę przeciwnika i otwierając dłonie.  W stronę Sakitty poleciały wysokoenergetyczne fotony.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wyczuł zaburzenie przepływu magii, dość silne by zauważył je nawet początkujący czarodziej, niepotrafiący jeszcze czarować bez magicznych przedmiotów. Przeciwnik zdecydowanie gromadził coś silnego w swoich dłoniach, tak potężnego, że aż pomału niszczyło ciało samego rzucającego. Bez wątpienia czar był mieczem obusiecznym, mogący zarówno wzmocnić czarną dziurę jak i ją rozłożyć na czynniki pierwsze tworząc eksplozję widzialną z kosmosu.

Czy uda mi się pożreć to co uszykował? Myślę, że nie popełni dwa razy tego samego błędu oraz nie pokusi się by ponownie mnie wzmocnić, ale z drugiej strony gdybym przetrwał, mógłby już sobie rzucać co tylko mu się żywnie podoba a i tak bym wszystko wchłaniał. Niech to szlag! Nawet moja przyśpieszona analiza może się okazać zbyt wolna, by w porę oszacować siłę tego zaklęcia!

Dalej dokonywał obliczeń wykorzystując pomiary ze swych magicznych zmysłów. Szacował różnice potencjału, szybkość transferu i wszystko co poczuła jego niefizyczna powłoka.

Fotony wyleciały o wiele szybciej niż początkowo założył. Gdyby nie jego automatyczny mechanizm zakodowany głęboko w podświadomości oraz dane z obliczeń zginąłby zanim mógłby zobaczyć atak.

Pojawiła się przed nim niewidzialna tarcza, której kształt można było rozpoznać jedynie po rozłożeniu światła należącego do przeciwnika. Dała jedynie dwie dodatkowe sekundy zwłoki, jednak to wystarczyło by móc przenieść się na moment w sferę Astralną. Cień błysną a sam Sakitta znalazł się w chmurze asteroid przemierzających od milionów lat pusty kosmos, czekających na kogoś komu zachciałoby się tworzyć tutaj nowy świat. Nim ktokolwiek zdążyłby mrugnąć okiem Książę wrócił z powrotem. Zaklęcie być może zniszczyło ścianę za nim, ale jakoś nie miał ochoty się odwracać by to sprawdzić.

Mam nadzieję, że nikt nie zauważył - pomyślał podnosząc wargi swoich ust do góry.

Stał teraz na ziemi w organicznym ciele ubrany w czarną szatę zachowującą się podobnie do mgły. Wcześniej zgromadził zbyt wiele mocy. Taka siła wpływa na działanie umysłu stanowiąc zagrożenie także dla maga. Pierwotna strategia zakładała zmiażdżenie wroga samą masą, ale ten już najwyraźniej nie należał do początkujących magów, czujących respekt przed czymś większym czy mających zbyt mało kreatywności by wyjść z trudnego położenia. Dodatkowo sfera Astralna łatwo wpuszczała, ale także łatwo wysysała wszystko co do niej wpadnie. I tak zabrał ze sobą więcej energii niż miał na początku bitwy. Daleko miał do transu, ale jeszcze dalej do pustego naczynia. Jego przeciwnik przez walkę musiał wydać sporo many czy czym tam czaruje, podczas gdy Sakitta miał pełny zbiornik.

W jego prawej ręce zmaterializował się oszczep stworzony z skoncentrowanej ciemności. Narzucił na siebie małą powłokę dostatecznie spowalniającą wrogie zaklęcia w małym promieniu i zaczął się teleportować po wszystkich rogach pomieszczenia z czasem zmniejszając dystans.

Dojdę i przebiję drzewcem. Chyba jako maga uczyli cię walczyć w zwarciu, no chyba że jesteś w stanie mnie zatrzymać. A teraz proszę: wypowiedz swoje zaklęcie na głos bym wiedział co planujesz! - był zdecydowany nie wypowiedzieć już nic na głos. Czas rozmów się skończył. Niech mózg zamiast układać słowa skupi się na pilnowaniu, by nikt nie podsłuchał planów strategii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Błysk światła wyleciał  z jego dłoni. Nie spodziewał się, że przeciwnik w ciągu chwili zareaguje na atak tarczą. Tym większe było zdziwienie Ciastka gdy światło tylko spowolniło się na czas przekraczania bariery. Kurde, dobry jest. Daje sobie czas, ale nie marnuje mocy na niwelowanie błysku. A ten jego cień nie lubi światła o takiej sile.

 Tuż przed przebiciem przez światło cień błysnął. Fotony przebiły go na wylot, ale on nawet nie drgnął. To dla Ciastka oznaczało jedno - przez tą krótką chwilę jego przeciwnik odwiedzał jakieś inne miejsce. Może krzyknąć i zażądać sprawdzania monitoringu? Nieeeeee, później też tak zrobię.

Cień Sakitty znowu zaczął się poruszać, ale nawet nie spojrzał na ścianę za sobą, która właśnie wyparowywała te ułamki wilgotności, które w sobie miała. A może to parowało jak oddech w zimny dzień? Ciastko nie umiał się zdecydować. Może nie było mu zimno, ale zwracał uwagę na coś takiego jak zimno tylko przez kilkanaście pierwszych lat swojego życia. Od kiedy zaczął się uczyć magii to ona go ocieplała w mroźne dni, chłodziła w spiekocie i tak dalej, i tak dalej.

I co najważniejsze, a co zauważył dopiero po krótkiej chwili, jego przeciwnik odzyskał cielesną formę. To już było znaczne ułatwienie. Jako cień mógł być odporny na zmiażdżenie, pocięcie, połamania, zgniecenie, przebicie... cholera, jestem zdrowo porąbany. A teraz jako ciało był na to wszystko podatny. Na szczęście chyba zostało mu już tylko ubranko z mgły.

A może....

Już wiedział, co zrobi. Niech się gawiedź cieszy. Wszak my, magowie, powinniśmy im pomagać. A człowiek potrzebuje także radości.

Jego plan jednak mógł popsuć oszczep z ciemności, który pojawił się w dłoni jego adwersarza i bariera, która mogła przeszkodzić jego czarom, czyli temu, na czym opierał swój iście szatański plan. Ale był zdecydowały nie poddawać się tak łatwo.  Może jakiś miecz z światła? Nie, bez magii światła....

Przeciwnik jak głupi zaczął przemieszczać się po całej arenie, teleportując się z kąta w kąt. Ciastko po jednej z początkowych teleportacji zauważył, że wraz z czasem przeciwnik jest coraz bliżej niego. Jego intencje były aż nazbyt oczywiste - miał oszczep z cienia, dla którego był docelowym miejscem.

Ale przeciwnik popełnił jeden znaczny błąd - albo stał  w miejscu, albo zmniejszał dystans. Ciastko wiedział, co będzie chciał zrobić, a jednocześnie spełni jego plan. Skupił się na części powierzchni areny od Sakitty, który od jakiegoś czasu teleportował się, do prawie co siebie. Objęcie rozumem takiej ilości neutralnej materii było niewiarygodnym wysiłkiem dla jego umysłu, czego oznakami były krople potu perlące się na jego czole.

Utworzenie połączeń magicznych z tą powierzchnią nie było już trudne, ale uczynienie ich CAŁKOWICIE niewidocznymi sprawiło, że krople potu zaczęły spływać w dół, swoją masą ciągnięte przez grawitację. Ale nawet pomimo tego bólu uśmiechał się kącikami ust. Jeszcze chwila...

W górę wyleciały wielkie ilości piasku i żwiru. Nie dał Sakicie możliwości natychmiastowej ucieczki - rozpoczął czar idealnie w momencie jego teleportacji, gdy ten musiał już zdecydować o swoim punkcie teleportacji. A, że ciągle się przybliżał do niego.... nie wiedział tylko gdzie DOKŁADNIE pojawi się Sakitta. Ogólną odległość znał, więc  czar objął całkiem ładne kółeczko dookoła Ciastka. Jego barierą także się nie przejmował. Obejmowała ona tylko magię i rzeczy zawierające ją. A mag nie zostawił jej w piasku i energii kinetycznej. Nawet ociupińki.

-Sand Rebelion!  - Przypomniał sobie po chwili i krzyknął.

Może go wywalą za gorszenie ludności? Jeśli to jest mgła to powinna gdzieś polecieć. Wiem, że to jest zboczone. Ale na swój śmieszny sposób.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Książe wykrył zmierzającą w jego kierunku falę dezigrującą magię. Jak wystraszony kot dał susa do tyłu, lecz zaklęcie Ciastka posiadało o wiele większy promień. Na szczęście zrobił wcześniej tarczę spowalniającą przepływ wszelkiej energii. Nim ujemna fala nałożyła się na jego dodatnią manę, wysłał ją w odbiciu portalem do miejsca zwanego przez jego zakon ,,bankiem energii". Był to wymiar zasiedlony przez tysiące niebieskich iglic wykonanych z pustego w środku kryształu. W całym świecie była tylko jedna planeta przypominająca jeża zwiniętego w kłębek. Jedynie mały skrawek powierzchni nie był ostry jak krawędź ostrza materii ciągłej. Był nim dom bankiera; białego robala o dwunastu odnużach oraz mózgu zachodzącego z głowy daleko w tułów, aż po... nazwijmy to odwłokiem. W pojedynkę kontrolował cały przepływ magii między zakonem, dzięki czemu magowie mogli przekazywać sobie moc bez namierzania siebie nawzajem. W pewnym momencie otrzymał całkiem spory pakiet energii z jedną zakodowaną instrukcją

,,Oddać właścicielowi siedemdziesiąt dwa tikiony po otrzymaniu".

Bankier-robak odczekał wymierzoną jednostkę czasu i zwrócił moc umiejszoną o podatek jaki sobie pobierał na zachowanie własnych funkcji życiowych.

Sakitta paradował przez chwilę nago, ale nie czuł się zbytnio urażony zwłaszcza, że nie miał się czego wstydzić. Kobiety z widowni wybałuszyły oczy i wstały z podziwu a zarumienieni mężczyźni schowali się pod barierki.

Gdy magia powróciła mgła pojawiła się ponownie zakrywając wpierw co bardziej intymne miejsca. Odszedł kilka kroków do tyłu i pomyślał:

Fizyk, po prostu fizyk. Ta cała jego energia kinetyczna, panowanie nad cząstkami. To ma być pojedynek duszy z nauką? Cóż, mój mistycyzm też podlega pod swego rodzaju technologię, ale opieram się na esencji magii oraz kontroli jej przepływu. Magia to nie coś co można samolubnie trzymać w przedmiotach, ważny jest przepływ między splotami po przez kanały aż do wykonawców i dalsze przemiany. Magia przechowywana nie pracuje i nie przynosi korzyści. Zresztą on już i tak dawno utracił inicjatywę. Ja rzucam zaklęcia a on kontruje. Dobra, zobaczymy czy ogarniesz to!

Podłoga na całej arenie pokryła się wyrazistymi runami. Na brzegach zaświeciły zielone koła przecinane w kilku miejscach przez żółte zygzaki. Z każdego przecięcia pełzła czerwona linia świecąc oślepiająco jasno. Od dośrodkowujących kresek zaczęły odchodzić fioletowe linie, na których wyrastały małe kryształki, przypominające jednak rozsypany proszek a nie ostre kamyki.

Ciekawe czy słyszał o kloszu?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie spodziewał się, że Sakitta przeniesie CAŁĄ energię ataku oraz swoją. I nie spodziewał się, że natura obdarzyła go aż tak hojnie. Ale on też nie miał się czego wstydzić - reszta jego ciała wyglądała bardziej męsko od Sakitty.  Ciekawe co zrobi teraz. Bez moc....

Ponownie poczuł otwierany portal między punktami w przestrzeni. Istniał on tylko ułamek sekundy, ale miał tak gigantyczną przepustowość, że w ciągu tego czasu zdążył oddać Sakitt'cie moc jego i ataku. W postaci czystej magii. Nie umie zmieniać energii w magię. I ktoś mu pomaga. Szlag, mogłem pozwolić IBM'owi podsłuchiwać mnie.

A czort z tym. I tak pewnie natychmiastowo odpowie na każdą próbę kontaktu...

Cholera! Jak poparzony odskoczył od fioletowej linii, która właśnie pojawiła się pomiędzy jego nogami. Lekko drżąc spojrzał na kawałek powierzchni areny przed sobą. Na ziemi tworzyła się pajęczyna z czerwonych, zielonych i żółtych linii oraz fioletowych stalagmitków.

Ciekawe co takiego wziął on wymyślił? Te runy nie wyglądają najmilej. Ale jak na razie nic nie robią. Dobre i tyle. Ale ja nie zamierzam oddawać mu pola.  Zaczął się skupiać na arenie. Za pomocą powiększonych niedawno utworzonych żył magii zabrał spod powierzchni wielką ilość materii, zostawiając tam twór architektoniczny z ultra wytrzymałego materiału, który powinien utrzymać całą arenę. Teoretycznie.  Bo praktycznie... nie był pewien, czy materiał, z których zrobił filary i strop zaraz się nie rozpłynie.

Za pomocą magii skupił tą materię w wielu kulkach o niewiarygodnej gęstości. Tylko dzięki skupieniu nie zmieniały się one w czarne dziury. Wiedział, że musi się pośpieszyć, zanim przeciwnik coś zrobi. Rada mnie ukatrupi, ożywi i ponownie zabije, jeśli ktoś ucierpi. Ale choć myślał jedno, podświadomie wiedział, że nie wybaczyłby sobie, gdyby ktoś normalny przez niego zginął. Kwestia wychowania.

Na szczęście przeciwnik w ciągu tych chwil niczego nie zrobił. Ciastko zdecydował spróbować popsuć mu trochę krwi.

Nie wiedział, jaki efekt mają te runy. Ale to go zbytnio nie interesowało. Nic nie chroniło ich przed reakcją na prawa fizyki, z czego skorzystał. Na kilka ułamków sekund uwolnił kulki w miejscach, gdzie czerwone linie łączyły się z fioletowymi. Efekt był natychmiastowy - na przecięciu linii powstały drobne wgłębienia, a kulki materii stały się jeszcze masywniejsze. Ale już teraz poczuł, że nagina możliwości swojego umysłu. Wiedział, że długo tak nie pociągnie. A to, co chciał zrobić wymagało jeszcze więcej myślenia. Musiał oszukać siebie.

IBM, podłączaj mnie do interfejsu obliczeniowo-myślowego. I won z niego!

Choć bez komunikatu zwrotnego, po chwili pamiętał już dokładnie całe swoje życie, a z swoją mocą obliczeniową i możliwościami był niczym demon Laplace'a. Kontrola nad całą magią stała się dziecinnie prosta. Podniósł głowę, którą nieświadomie skierował w stronę ziemi podczas kontroli magii i uśmiechnął się.  Przemiana mocy magicznej na fale elektromagnetyczne o wielkiej mocy była dziecinnie łatwa.

-W pewnym świecie władca siedzi na tronie z ostrzy. Lecz ja nie lubię takiego marnotrawienia zacnych broni - Zaczął powoli podnosić rękę do góry. Za nim zaczęła powstawać czerwona bariera o powierzchni podobnej do wody. Gdy uniósł rękę z jej powierzchni wyjrzały rozmaite bronie. Było ich bardzo wiele, ale on nie użył nawet dziesiątej części materii, jaką zdobył. A miał jeszcze wielokrotnie ją przekraczającą ilość magii. A teraz trochę bujdy. - Pokonałem go w uczciwym pojedynku i zagarnąłem ten symbol władzy dla siebie. Ten człek nawet nie wiedział na jakiej potędze sadzał swój tłusty zad. TEN THOUSAND ANCIENT SWORDS! - Miecze zaczęły świecić w wielu kolorach.  Najczęściej powtarzały się czerwony, biały, żółty oraz niebieski, ale gdyby się przyjrzeć można było ujrzeć większą część spektrum barwnego.

Zmiana tak wielkich ilości materii w jakiś rodzaj energii lub anty-energii mogłoby był bardzo trudne już przy dziesięciu mieczach, ale teraz, dzięki mocy myślowej komputera przewyższającego rozmiarami całą planetę, na której obecnie przebywał, było to zajęcie tak łatwe jak dodawanie jednocyfrowych liczb.

Złapał najbliższą rękojeść i pociągnął, po czym schował ścianę broni w innym wymiarze. Od miecza biło ciepło. Spojrzał się na niego. Był to ząbkowany bastard.

Jednak zmienił zdanie. Ciekawe, co teraz myślisz, Sakitta? Jaką magię on ma? Jak go zaatakować? Co zrobi z tym mieczem? Szlag, mogłem wyjąć dwa. Ech, teraz muszę cierpieć za swoją głupotę.

-Mam walczyć pełnią umiejętności, czy dać ci fory? - Chciał pokazać, że umie walczyć. Cholera, mówię prawie jak on. Zrobił mieczem młynek. - Nie bierz tego do siebie. Po prostu miałem wielką liczbę nauczycieli i przeciwników. Przegrywałem tylko z podobnymi sobie, a nie wiem, czy jesteś równie silni co oni. Tego też nie bierz do siebie - Wystawił grot w stronę Sakitty. - Więc jak?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sakitta patrzał na coraz to bardziej skomplikowane zaklęcia swojego oponęta. Po pewnym czasie widział jak ich poziom skomplikowanie znacznie przewyższył możliwości umysłowe nawet najlepiej skoncentrowanej masy myślowej. Szybko zorientował się, że ten bezpośrednio używa wsparcia z innego świata.

Ja tylko przerzucałem siebie lub magię w inną rzeczywistość i odbierałem nieco mniej a ten najwyraźniej czerpie ogromny zasób mocy z zewnątrz - pomyślał Książe.

Siedział teraz na moralnym rozdrożu. Mógłby poprosić innych zakonników czy nawet ich wodza: ,,Hegemona" o pomoc w walce. W końcu był czerwonym płaszczem. Miał do dyspozycji magię oraz technologię dzięki, której obalali bogów oraz istoty znacznie potężniejsze od nich, ale tylko razem. Jedynie mistrz oraz jego najbardziej oddani towarzysze mógli dokonać niemożliwego w pojedynkę. Zastanawiał się, jak daleko mógłby się posunąć. Jeżeli skorzystałby z prawa ,,rozsądnego życzenia" żądając mocy przekraczającej ludzkie pojęcie, otrzymałby ją, ale wtedy wygrałby zakon a nie on. Musiał zrobić coś samemu, coś z czego mógłby być dumny i w końcu zdobyć uznanie starszych członków.

Nie idźmy na łatwiznę, tylko zgodnie z planem.

Rysowanie runów dokończyło się same. Ciekawiło go czy przeciwnik wie, że to co zobaczył to nie ,,dusza" linii, lecz ich promieniowanie wlatujące do tej płaszczyzny przestrzeni. Runy tworzące klosz istniały między światami, skupiając się na zamknięciu danej przestrzeni tak by nic nie mogło dotrzeć z zewnątrz. Tak właśnie działa klosz: zamyka obszar tworząc subświat, który można ponownie połączyć tylko znając zaklęcie z którego było stworzone. Oczywiście można było dokonać tego siłą, ale taką moc gromadzi się w kilkugodzinnym zaklęciu. Byli teraz zamknięci. Nic z zewnątrz nie mogło napłynąć. Ani magia, ani wiadomość, ani światło, nic.

-Tylko we dwoje, ty i ja - odezwał się Sakitta.

Na jego lewej ręce zmaterializowała się okrągła tarcza z cienia a w prawej lanca.

-Pojedynek na czary zbyt długo się przeciąga - powiedział zdecydowanym, lecz spokojnym głosem. - Jako mag musisz umieć walczyć w zwarciu. Może przyjmiesz nowe reguły? Zawsze możemy rzucać w siebie świecidełkami, ale sam wiesz jak to się skończy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poczuł niewiarygodny ból, gdy połączenie między jego umysłem a komputerem było zrywane. I choć z pewnością przeciwnik chciał, by to było jak szybkie cięcie, to dla niego było to niczym powolne rozszarpywanie. Krzyknął boleśnie, nieświadom, że ostatkiem łącza IBM chowa wymiar broni, naprędce wzmocniony i część komputera w przedmiocie wielkości pierścienia, który zmaterializował się na jego palcu.

Ciastko w końcu przestał krzyczeć, jednocześnie czując wilgoć w dłoniach. Z bólu zacisnął pięści tak, że poszła krew. Nadal oddychał ciężko. Cholera, mam przerąbane. A co to? Pierścień z wiadomością? ”Pokaż mu swoją potęgę -STOP- Szukam drogi -STOP-IBM" IBM, ty cholerny, uparty blaszaku. Gdybym mógł, to bym cię zamordował. Ale później cię uratuję. Dzięki tobie mam tą moc. I dobrze, że tego nie słyszysz. Popadłbyś w samozachwyt.

-Tylko we dwoje, ty i ja - odezwał się Sakitta.

Ciastko podnosząc swój miecz przyglądał się, jak jego przeciwnik tworzy tarczę i lancę, obie z cienia.

-Pojedynek na czary zbyt długo się przeciąga - jego adwersarz mówił spokojnie, lecz nie dało się nie czuć braku możliwości odmowy. -Jako mag musisz umieć walczyć w zwarciu. Może przyjmiesz nowe reguły? Zawsze możemy rzucać w siebie świecidełkami, ale sam wiesz jak to się skończy.

-Świecidełkami? - zapytał się, gdy jego miecz wnikał w pierścień. - Dla mnie jak na razie to było rzucanie w siebie ziarnkami piasku. I nie, nikt mnie nie uczył walczyć - Uderzył pięścią w pięść. Od dłoni do łokcia narosły na przedramionach pawęże z światła. Odsunął od siebie dłoni. Na obu miał rękawice wyposażone w dwa ostrza, również białe niczym najbielszy śnieg i prawie oślepiająco jasne, choć niczego w nawet najsłabszy sposób nie oświetlały niczego. Cholera, do zdam coś jeszcze. Do splotu zaklęcia dodał czar z innej dziedziny magii, który i tak powinien dodać od razu w przypadku zaczęcia walki w zwarciu.

To był limit wolnych zasobów komputera, który IBM zdążył mu przesłać. Gdyby potrzebował czegoś więcej, to musiałby sam to utrzymać albo rzucić czar z innej szkoły niż telekineza, ale tego sobie obiecał nie robić. Wystarczy już łamania tych przyrzeczeń.

Uśmiechnął się. - Heh, widzisz tą drobną zależność, że dobro reprezentowane przez światłość zazwyczaj wygrywa? Ciekawe, czy tutaj też tak będzie?

Wyskoczył do przodu by zacząć bieg od razu z jakąś prędkością. Na krok przed wejściem w zasięg lancy wyskoczył w górę i od razu użył magii na sobie, by ustawić siebie od razu za Sakittą. Od momentu dotknięcia ziemi wszystko co zrobił miało na celu jak najszybsze trafienie go od tyłu w serce.  Nie bał się, że coś mu zrobi. Dodatkowym czarem było ograniczenie do niszczenia energii i magii. Przeciwnik nie mógłby się poruszyć i najpewniej przy idealnym trafieniu spowodowałby jakąś anomalię w działaniu tego organu, lecz nie stałoby się nic śmiertelnego. A do tego dochodziło zniszczenie jakiejś części magii przeciwnika. Idealny czar dla wojowników walczących z magami. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pojedynek dobra ze złem - pomyślał Sakitta lekko się uśmiechając. - To że używam czarnej magii ma być dowodem na rzekome zło kiełkujące we mnie niczym jakiś pasożyt zmieniający mnie pomału w potwora? Och, widziałem paladynów bezlitoście mordujących uciekających cywili i czarnoksiężników paktujących z diabłami by móc ocalić ludzi przed zarazą. I mówi to ktoś kto sam siebie nazywa władcą piekła. My zamykamy piekła i wszystkie miejsca, gdzie komuś dzieje się niesprawiedliwa krzywda. Przynajmnie przyjął moje wyzwanie.

Sparaliżowane ciało stało stało dalej, lecz się zasmużyło rozmazując na mrugnięcie okiem swe kontury. Kilkanaście metrów dalej pojawiła się jego identyczna kopia szybko szarżując na Ciastko. Za nim pojawił się kolejny ,,Książe" bez żadnej broni i szybko biegnący w stronę granicy czarno-fioletowej bańki, która ich otoczyła. W dalekim skoku na granicę bariery jego ręce zaświeciły na żółto. Dotknął jej powłoki. Zaraz po tym pojawiło się na nim dwudziesto calowe oko zdające się wsysać powoli gazy nabierające wielobarwnych odcieni. Biegacz odbił się od ściany i biegł na kolejny róg nie przejmując się resztą. Spowijała go jedynie smuga cienia ciągnąca się na kilka metrów.

W życiu nie zgadnie, który jest prawdziwy a który tylko ograniczoną do prostych czynności kopią. Mam jeszcze trzy pytania po sto punktów: co robi oko, jak zabić sprintera oraz na jakim poziomie jest moja zdolność regeneracji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wszystko działo się na raz. To w co wbił ostrze zamigotało, obok pojawił się szarżujący Sakitta, za nim kolejny Sakitta biegnący do bańki, która ich otoczyła. U, bańka! Warte wykorzystania. A do tego oko zmniejszające ciśnienie powietrza w bańce i przy okazji zmieniające barwę.

Ciastko wyciągnął ostrze z nieruchomego ciała. Przeciągając ten ruch zrobił unik przed szarżującym Sakittą, nawet nie próbując go atakować. Który jest prawdziwy? Czort z tym! On chce mnie udusić! Jeśli ten którego atakowałem, to mam debiloodpornego przeciwnika. Jeśli szarżujący, to może dawać swoim kopiom moc do czarowania, a jeśli biegający, to może dawać im niezłą inteligencję. Cholera, każdy z nich może być taki sam, a na razie udają! Zacisnął zęby. Po chwili rozluźnił zgryz. Jeśli nie wiesz który z przeciwników jest prawdziwy, zniszcz wszystkich, którzy mogą nim być. Ta maksyma była teraz aż nadto przydatna.

A do tego ta bańka... Uśmiechnął się. Czyżby sam przybił wieko do swojej trumny?

Ale przecież miało być w zwarciu? Dobra, najwyżej sam obiję im mordy.

Jego ostrza momentalnie znikły, a na nim pojawiła się butla z tlenem oraz całkowicie przezroczysta maska. A to tylko ułamek możliwości twórczych tego komputerka. Z pierścienia wyciągnął kilkaset tysięcy ton materii, którą od razu skompensował do jak najmniejszego rozmiaru. Powstała czarna dziura od razu zaczęła pracować na pełni mocy. A Ciastko, korzystając z swojej magii zniwelował jej siłę przyciągania i stanął obok niej w rękawicach z metalu. Część jego ręki znikła w horyzoncie zdarzeń, pilnując tej materii za pomocą dotyku. Od razu przy jakiejkolwiek zmianie miał wchłonąć ten twór. Nie mógł pozwolić, by taka ilość energii została mu skradziona. Póki IBM nie znajdzie go, to musiał pilnować swoich możliwości.

Oczywiście zostawała także możliwość używania innych rodzajów magii, ale to była tylko ostateczność.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sprinter szybko dobiegł do kolejnego rogu bańki dotykając go wyciągniętą dłonią i odbijając się w stronę kolejnego. Zaczęło się kreślić kolejne identyczne oko działające jak poprzednie. Miał już dwa zwrócone wzajemnie w swoją stronę. Teraz chciał zbudować drugą parę, więc leciał najprędzej jak tylko mógł. Im szybciej powstawały tym Sakitta był bezpieczniejszy.

Czując ustępujące mrowienie w mięśniach, lecz nie chcąc tracić czasu spojrzał wilkiem na swego klona.

Czas na przerzut.

Sparaliżowane ciało połączyło się z iluzją hoplity tworząc jedną istotę. Połączony Książe przeciął sobie żyłę na ręce za pomocą lancy trzymanej zaraz przy grocie. Krew bryzgnęła na podłogę, lecz rana momentalnie się zabliźniła. Ciężko sapnął, lecz nie z bólu czy osłabienia spowodowanego przeciągającym się pojedynkiem. Zdał sobie sprawę, że właśnie wygrywa to rozdanie. Jego przeciwnik zbytnio skupiał się na fizyce. Wierzył w nieograniczoną moc komputera co z każdą chwilą stawało się coraz to wyraźniejsze. Być może twierdził, że istnieją tylko dwie płaszczyzny: materia i energia, ale nie było to do końca prawdą. Gdyby skupił więcej uwagi na oku oraz miał wiedzę na temat pozostałych mediów z pewnością zauważyłby, że zmniejszanie ciśnienia to wręcz nieznaczący skutek uboczny.

Starsze oko wtopiło się w ścianę blokując dostęp do samego siebie zrzucając całą pracę na młodsze.

Och, mam nadzieję, że wybaczysz mi tą magię, w dodatku dystansową, - pomyślał mag - ale to tylko zabezpieczenie, gdybyś sam zaczął używać pełni swoich zdolności. Wtedy moje oczy nie zostawią na tobie choć krzty życia, ale póki co...

Tarcza i lanca rozpłynęły się w powietrzu a na ich miejscu pojawiły się dwa krótkie jatagany. Mocno wybił się z kolan i skoczył w stronę Ciastka.

...póki co walczymy w zwarciu!

W tym samym momencie biegacz dobiegał do kolejnego miejsca przeznaczonego na bańkę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mag zaskoczony zauważył, że na Sakittę nie działa grawitacja czarnej dziury. Co ciekawsze, szarżujący i stojący połączyli się. A sprinter wciąż biegał po powierzchni przykrytej kopułą. Jedno oko schowało się w głąb po zmienieniu barwy. Pracowało tylko drugie.

Cholera, za dużo tego! W myślach załamał ręce. Uważaj na oczy. Twój przeciwnik korzysta z jakiegoś nieznanego nam rodzaju magii poza tym. Tak, wiem. Czekaj, IBM, już się przebiłeś? Jaką masz przepustowość łącza? Kilkanaście mega na sekundę. Cholera, niczego nie zrobisz. Uważaj!

Ciastko szybko spojrzał w bok, by ujrzeć Sakittę, który właśnie zabierał się do skoku. Jak się nazywają te jego miecze? Jukatan? Katana?  ZRÓB COŚ IDIOTO!

Rada IBM'a okazała się bardzo potrzebna. Sakitta właśnie wyskoczył, kierując się prosto na niego. Szybko wchłonął nieprzydatną czarną dziurę, zostawiając tylko kilkanaście dżuli energii, które od razu przemienił na niewyobrażalnie jasny i trwający ułamek ułamka milisekundy. Ale to była tylko rezerwa; droga ucieczki.

Na szczęście biegacz-Sakitta i wojownik-Sakitta byli w jego zasięgu widzenia. Uśmiechnął się. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Jak pięknie.  Ciekawe czy wie, że magia absolutu porusza się z nieskończoną prędkością? I czy wie, że takie coś w ogóle istnieje? Wypuścił całą magię z pierścienia. Poczuł, jak metal się oziębił. Ale czas się skończył. Na szybko utworzył z magii przy sobie dużą tarczę, którą zatrzymał Sakittę.

-Czy przypadkiem nie mieliśmy walczyć tylko w zwarciu? - krzyknął zza tarczy, uważnie pilnując położenia obu przeciwników. Trochę denerwował się, że IBM nic nie mówi, ale wiedział, że ten głupi blaszak z pewnością próbuje zrobić coś przydatnego na wszelkie sposoby, jakich może użyć.

I na pewno nie pozwoli mu zginąć. Choćby miał zużyć całą magię ich absolutu, to wyciągnie go z tego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Książe widząc tarczę, za którą próbował się skryć przeciwnik odskoczył i zasłonił się ostrzami. Cóż, czas działał na jego korzyść. Grupa oczów umieszczonych w bańce z czasem stawała się coraz potężniejsza. Dzięki skrywaniu się między zewnętrzną i wewnętrzą powłoką po naładowaniu były całkowicie nieśmiertelne oraz niedostępne, aż do momentu jej pęknięcia.

Biegacz ciągle mogąc się odtwarzać z czarnej smugi jaką pozostawiał za sobą dobiegł do trzeciego rogu i błyskawicznie skoczył ku przeciwległemu tworząc nowe oko.

Teraz już mogę używać nowych zaklęć - pomyślał Sakitta i machnął ostrzem wykonując jakiś gest.

Wcześniej schowane oko ponownie się wynurzyło, lecz zamiast znowu coś pochłaniać, razem z pozostałymi błysnęło białym światłem. Później najstarsze z nich zamigotowało różnokolorowymi ognikami i schowało się razem z drugim pozostawiając jedynie najmłosze - do naładowania.

Ciekawe... Jakiś impuls próbuje przejść przez ścianę. A do tego mamy dane co do stosowanych przez niego fal.

-Urgha baka ki tory karitu - powiedział, co w jego własnym języku do porozumiewania się z tworami, które sam tworzył oznaczało:,,Skoncetrować oczy na wzmocnieniu kloszu".

Zobaczmy, może zadziała, lecz w środowisku niepołączonym z głównym rdzeniem fizycznym podstawowe prawa mogą zachowywać się nieoczekiwanie.

Rzucił zaklęcie na rozmnażającą się na podłodze krew z jego blizny. Po chwili urósł z niego dorodny oculus, będąc o wiele inteligętniejszy niż oczy w ścianach. Poza podstawowymi informacjami zapisanymi kłęboko w wnętrzu kodu świadomości, posiadał niezależny ośrodek mózgowy zdolny wykonywać własną strategię.

Sakitta wyciągnął ku niemu rękę eminutąc różnokolorowe promieniowanie świetlne. Stwór zrozumiał przekaz i szybko zaczął trzymać się z daleka od pola bitwy emitując fale o parametrach tych co próbowały przebić bańkę, lecz całkowicie fałszywe.

Miałeś posłużyć do czego innego, ale tym więcej zrobisz, moja krwio.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dlaczego jeszcze nie przebiłeś bariery? Wszystkie wskazania mówią, że to zrobiłem. Wskazania wskazaniami, ale dlaczego ja tego nie widzę? Co nowego pojawiło się u ciebie? Na przykład jakieś oko. Doskonale wiesz, co się pojawiło. Więc co? Wysyła oszukany sygnał? Na to wychodzi. Przecież mówiłeś, że to nowy język... Bo był. Widocznie taka magia. Cholerna magia! W normalnym świecie nie istniałaby. To jest cholery skrót! Zrób coś idioto! Tylko ty możesz reagować!

Ciastko rozejrzał się po powierzchni bariery. Sakitta biegacz biegał tworząc kolejne oczy, które przeczyły prawu zachowania energii i magii. Drugi Sakitta stworzył jakieś oko, które reagowało na język kolorów, czyli najpewniej z jakąś inteligencją. Ok powstania tej bariery wszystko szło do jego przegra.... Zablokował odczyt myśli przez IBM'a.

A ja głupi miałem nadzieję na normalnego maga, z którym będzie dało się walczyć używając normalnej magii. Dlaczego oni wszyscy muszą być tacy silni i wszechstronni?  Walić tą obietnicę. Miał być zwykły przeciwnik, a nie jakiś OP.

Wchłonął magię, którą niedawno wypełnił pomieszczenie. Na tym miał zamiar zakończyć używanie telekinezy. Jak na razie niczego mu to nie dało, prócz tego, że przeciwnik tylko się z nim bawił. Nawet te miecze w ogólnym rozrachunku były słabsze niż najprostszy nóż z czarem ognia.

-Więc na jakie zasady chciałeś zmienić ten pojedynek? - zapytał się stojąc centralnie w stronę Sakitty. Jednocześnie w dłoni zmaterializował anty magiczne ostrze. - Bo ja chyba czegoś nie zrozumiałem - Machnął wolną ręką. - A tam, już nieważne. Walcz!

Teleportował się za oko i wbił ostrze idealnie w źrenicę. Wiedział, że zacznie ono jakieś procesy. I nie obchodziło go jakie. Chodziło tylko o to, by zaczepić o nie drugą ręką. Wysłał impuls, który powinien zniszczyć całą magię i fizyczną formę tego tworu. Ale nie zdematerializować. On chciał jednocześnie przejąć jego moc i atomy. Ech, ekolodzy byliby szczęśliwy. Recykling pełną gębą!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oculus wydał mrożący krew w żyłach ryk zliżony do skowytu nocnego wilka. Najpierw chciał się szarpnąć i wyrwać z ostrza, ale coś go przytrzymało. Oporem jedynie bardziej rozszarpał swoje tkanki. W ostatnim geście oporu zaczął emitować najsilniejsze fale jakie był tylko w stanie wytworzyć z umierającego mózgu. Miały one tylko jedno zadanie: sprawiać ból. Jeśli przeciwnik dalej był w stanie przyjmować tą częstotliwość, cierpiałby tak samo jak on. Widząc, że już nie wyjdzie żywy, zaczął samoczynnie rozkładać swoje struktóry. Rzadne wiązanie DNA ani najmniejsza porcja jakiegokolwiek kodu nie mogła wpaść w ręce wroga dostarczając mu informacji. Wszystkie jego media opanował chaos tworząc jedynie przypadkowe cząstki.

Mój odwracacz uwagi zginął zdecydowanie za szybko... powinny mieć zdolność wybuchania, albo odtwarzania samych siebie. Oculusy wymagają jeszcze badań... zdecydowanie...

Sprinter dobiegł do czwartego rogu. Tym razem zamiast dotknąć bańki i biec dalej, z rozpędu rzucił się na ścianę rozpłaszczjąc się na jej powierzchni tworząc ostatnie oko. Wszystkie oczy schowały się do środka, nawet to najmłodze ładując się mocą biegacza. Cały klosz pokrył się pajęczyną żółtych żyłek zmierzających do siebie oraz ku górze. Linie nie połączyły się, jednak na granicach utworzyły receptory zdolne przekazywać transmisje na odległość - takie zabezpieczenie na wypadek infekcji jednego organu. Na suficie zaczynało świecić błękitnym płomieniem.

Sakitta odrzucił jeden jatagan drógim mierząc sobie w pierś. Ostrze pokryło się runami a Książe zaczął głośno sapać co chwila zerkając na zwieńczenie bańki. Dla bezpieczeństwa stworzył traczę wykorzystując całą moc jaką dysponował. To już nie miało znaczenia.

Jeszcze chwila i klosz będzie w pełni gotowy...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ostatnie tchnienie oka spowodowało lekki ból głowy u Ciastka, który jednak szybko zginął.

Przy czwartym oku biegacz zniszczył sam siebie, tworząc od razu naładowane oko. Wnioskował, że tak jest z powodu tego, iż było ono identyczne do najstarszego i tak samo jak ono schowało się pod powierzchnią bariery.

Szybko wchłonął materię i energię oka. Nie znalazł nawet najmniejszej ilości energii. Cholerna autodestrukcja. A tam, dobrze, że nie wybuchło!

Spojrzał się w górę. Na szczycie kopuły zapłonęło na niebiesko, a po barierze rozeszły się żółte żyłki, głównie do oczu oraz płomienia. Pięknie, schemat mogący działać na energii tylko jednego czaru. Co tu zrobić?

CHOLERA! NICZEGO NIE MOGĘ! JESZCZE WYBUCHNIE, A RESZTA ZROBI MI Z TYŁKA JESIEŃ ŚREDNIOWIECZA! Ogarnęła go złość. Miał tysiące możliwości, ale każda zakładała użycie niewyobrażalnych energii, których po pierwsze nie ma, a po drugie najpewniej pochłoną także widzów. A nadrzędna zasada, którą kierowała się Inkwizycja brzmiała "Zero ofiar cywilnych".

Musiał szybko coś zaplanować. Coś widowiskowego, co zachwyci widzów ORAZ ICH NIE ZABIJE.

Chwilę później miał już prosty plan. Wykorzystywał on ogromną ilość energii, ale był ultra męski. Otworzył umysł na IBM'a.

K-TTGL! Przecież to nie podziała! Badaj, ale nie niszcz. Znajdź luki. To ma coś jeszcze zrobić, to jest pewne. Ale na pewno przez chwilę będzie bardziej podatne na atak. Wtedy zadziałasz. Ale póki co masz robić za widowiskową nic nie znaczącą groźbę. Kto wie? Może to wiertło na prawdę przebije się przez twój sufit? Kto wie? Ach, ile to ma energii? Nie wiem? I zabierz to do sub-przestrzeni połączonej z przestrzenią portalem dla fal z zakresu widzialnego oraz dźwięki z zakresu słyszalnego.

W górze zabłysło. Naraz Ciastko poczuł dwie rzeczy. Wyczuwanie magii powiedziało, że przeciwnik otoczył się barierą, do której wytworzenia zużył całą swoją moc. Intuicja powiedziała mu, że IBM stworzył ten sub-przestrzeń w ich absolucie.

I PO CO MIERZYSZ SOBIE W SERCE? Całą jego męską kwestię szlag trafił. Użył Wypadu by osiągnąć duża prędkość, z którą uderzył ręką w barierę. Dłoń co i rusz wykonywała jakiś efekt, a to zabłysła, a to wybuchła jakąś energią itp. Ciastko wykonywał każdego łamacza barier jakiego znał. A nóż siekiera któryś będzie pasował do bariery Sakitty. Druga dłoń czekała, by zabrać mu ostrze od razu po przebiciu się.

-Nie pozwolę ci na to! - ryknął.

Nie stracił równowagi, gdy całą barierą zatrzęsło. To IBM z wiertłem napędzanym magią stylizowaną na energię spiralną uderzył w barierę. W miejscu ich styku zaiskrzyło, a Ciastko nie wiedział, czy to efekt wizualny tworzony przez SI, czy to się dzieje "naturalnie".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bariera słabnie... - pomyślał, na chwilę wahając się przed wbiciu sobie ostrza w ciało. - Przecież to mnie nie zabije we wszystkich znaczeniach tego słowa.
Jatagan wbił się w serce. Jego barierę oraz szare smugi wydobywające się z umierającego ciało wessał runowy miecz. Sufit zaiskrzył, przyciągając do siebie bezwładne ciało. Po chwili ostrze się wyrwało i wpadło prosto w świecący element. Sakitta spadł na ziemie i zapytał cichym szeptem:
-Ja żyję?
-NIE! - warknął z góry basowy głos.
Ciało po prostu eksplodowało nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. Na górze między warstwami kloszu leżała pomarańczowa sylwetka spoglądając na całą arenę. Z końcówek jej palców dłoni oraz stół wypełzły cienkie żyły łącząc się z resztą układu. Za ścianą bańki potworzyły się nowe struktury. Były tam najróżniejsze generatory, ośrodki sterujące, łączniki, kondensatory, oczy - wszystko połyskujące na żółto, pomarańczowo bądź czerwono.
-Pamiętasz jak mówiłem, byśmy walczyli w zwarciu? - powiedział bas. - Zaraz będziemy, ale najpierw słowo wyjaśnienia. Zapewne myślisz, że się zabiłem. Zabiłem me ciało i połączyłem swoją duszą z nowym obiektem. Jak już zauważyłeś na początku, potrafię zmieniać się w różne rzeczy, które przygotuję wcześniej. Teraz jestem uwięziony w kloszu i będę tam siedział dopóki ten nie pęknie. Co ciekawe mózg nie zauważa, że wyleciał z niego duch i stara się zachowywać normalnie. Stąd pierwsze co zrobił to zdziwienie się z własnego ocalenia. Był to jednak zwykły komputer a nie istota żywa, więc mogłem ją zabić bez wyrzutów sumienia. To chodźmy się zbliżyć.
Klosz doładowany nową mocą oraz stale kurcząc się do jak najmniejszych rozmiarów stawał się coraz gęstszy i odporniejszy. Podłoga zatrzęsła i zaczęła pękać. W bańce było przynajmniej kilka dziur wysysających wszystko do siebie, po czym przekazujących je do układu za pośrednictwem bramek bezpieczeństwa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie zdążył. Wydał bezgłośny krzyk złości na siebie. Wiedział, że przeciwnik z pewnością nie szafuje swoim życ.... swoją świadomością.

Silnie, wspomagając się magią, odskoczył do tyłu, lądując prawie na środku przestrzeni pokrytej kopułą. Czekał na dalszy rozwój wypadków.

Ciało Sakitty nie wybuchło, jak się spodziewał. Jatagan, który wchłonął jego esencję także tego nie zrobił. Całe ciało zaczęło być przyciągane przez płomień.

Interfejs myślowy! On połączy się z barierą! Ciastko nie odpowiedział. Uświadomił sobie to w tym samym momencie, co IBM.

Ostrze wysunęło się z ciała, które spadło z głuchym hukiem dotknęło podłoża.

-Ja żyję? - zapytało się cicho ciało.
-NIE! - rozległ się głos, pod wpływem którego zatrzęsło się podłoże. Ciało zdezintegrowało się, co zostało ustylizowane na najzwyklejszy wybuch.

Spojrzał się w górę, do źródła głosu. Pomiędzy warstwami bariery pojawił się pomarańczowy humanoid, z palców którego wychodziły żyłki, łączące się z pośrednio z całą kopułą. Ponownie patrząc na ich sieć ujrzał jednak coś jeszcze - za ścianami oddzielającymi go od jego własnej, z czego przeciwnik najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, powstały konstrukcje układające się w złożony schemat, świecący na żółto, pomarańczowo i czerwono. Po bokach zaczęły się tworzyć niewielkie dziury, w miejscach gdzie bariera stykała się z jednym z typów konstrukcji. Poczuł niewielkie ruchy powietrza. To te dziury wsysały wszystko.

A do tego bariera zaczęła maleć. Jeszcze raz spojrzał w górę. IBM zaprzestał prób przebicia się. Cholera, niezły jest. Żeby nawet ten blaszak niczego nie znalazł.... szlag, dzisiaj to stracę mocy....

Słowa Sakitty wyjaśniły mu całkiem sporo.

Tuż po nich miał zamiar powiedzieć coś, co dla bardziej zaciekawionych anime widzów będzie kalką z Tengen Toppa Gurren Lagann, ale powstrzymał się. Jak z rozmachem, to coś własnego.

-Jeśli coś ma samo świadomość, to jest to istota żywa. A każda istota żywa zasługuje na życie. Nawet jeśli nie ma duszy. Bo wierzę, że dusza to rzecz, która rośnie z czasem, a właśnie nasionem, z którego powstaje jest możliwość samodzielnego myślenia. Więc to nie był komputer. To była istota, która mogła sama żyć! - ostatnie zdanie wykrzyczał. IBM, PRZEBIJ SIĘ OD DOŁU! TO TWÓJ PRIORYTET!  DOBIJ DO MOJEGO LIMITU!- Nie jesteś panem życia i śmierci - Podłoga zaczęła świecić na biało -... choć się za takiego uważasz!

 Nagle z ziemi wystrzelił oślepiająco biały promień. Włosy maga pod wpływem magii zachowywały się jak płomienie. Promienie opływały ściany i kierowały się bezpośrednio do Ciastka. Jego strój zmienił się. Na stopach pojawiły się wysokie buty, na nogach spodnie układające się podobnie do jeansów, choć bez kieszeni i miejsca na pasek, a na torsie pojawiła koszulka bez rękawków z ciastkiem na piersi. Za nim zaczęła powiewać peleryna z tym samym symbolem na środku. A to wszystko było srebrne. Wiedział, że dziury próbują wessać energię doładowującą go i z częścią sobie nawet radzą.

Promienie znikły. Ciastko wypuścił z siebie część magii. CO TY ROBISZ? Wysyłaj nas z powrotem na arenę i ochroń widownię. Przecież nie będziesz mógł używać Absolutu! Będę z nim walczył jak równy z równym. Pokażę mu, że zachowanie człowieczeństwa jednak nie oznacza słabości. Uśmiechnął się półgębkiem. I przynajmniej zdobędę trochę punktów u sędziów.

Zablokował połączenia. Wyrównanie poziomów mocy było czymś, co mogło przynieść mu porażkę... ale także pokazać Sakiccie, że nie warto gardzić życiem.  Ciekawe co z tego wyniknie?

Skierował palec w stronę humanoida u góry.

-Jednak widzę, że moje wcześniejsze porównanie było właściwe - Skrzyżował ręce. -Rób, co chcesz. Udowodnię ci, że ludzkie ciało jest najlepszym pojemnikiem na człowieka. Chyba, że zatraciłeś już człowieczeństwo, co widzę po tym, jak nie szanujesz życia.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Czy szanuję życie? - powiedział basowy głos, jednak już nie krzykliwie. - Szanuję duszę a nie zwykłe reakcję chemiczne oraz fizyczne. Ktoś pozbawiony duszy jest jedynie pustym zbiornikiem, genomem jak to mówił Garland. Może myśleć, że istnieje, ale samo jestelstwo otrzymuje się tylko i wyłącznie z zewnątrz. Mogę w dowolnym momencie stworzyć nowe zbiorniki a nawet zasiedlić je duszami, co znacznie obniża w moich oczach wartość jednego ciała. To był komputer myślący, że istnieje a nie czujące stworzenie. Zresztą liczy się cel a nie środki. Czasem trzeba poświęcić jedno życie by uratować drugie, ale nie zrozumie tego ktoś kto nie musiał wybierać, którą planetę ocalić.
Pełne otoczenie - skomentował jeden z układów nerwowych w bańce. - Gotowość do miażdżenia i rozrywania.
Czekać jeszcze - odpowiedział Sakitta. - Wyssiemy jak najwięcej, potem zaatakujemy. Czas działa na naszą korzyść.
Czas może przynieść mu siłę, -
wtrącił się układ. - nie wiemy tego, w twojej pamięci nie ma...
Milcz, albo cię zastąpie!
- warknął w myślach. - To moje ciało a ty jesteś tylko dodatkowym ośrodkiem nerwowym mającym jedynie za zadanie przejmować na siebie część obliczeń. Przy okazji zwiększ liczbę ząbków w paszczach wchłaniających. Zależy nam bardziej na niszczeniu struktór niż oszczędzaniu mocy. Nic nie może się wymknąć.
Utworzę włoski wchłaniające ciepło. Otrzymamy dość mocy na uzupełnienie braków. - przekazał ośrodek.

Działaj, stopniowo przechylamy szalę. - Żyłki Sakitty poruszyły się w skórczach dopasowując się do nowych narządów. - Utworzyć jeszcze pochłaniacze pałkowe na zewnętrznej powłoce. Zbyt długo byliśmy oddzieleni od centralnego splotu magicznego.

Mogłeś go zabić dawno temu - powiedział inny układ. - Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Ważny jest fakt zwycięstwa a nie jego tempo. Gdy szansa na zwycięstwo wynosi mniej niż 85%, nie atakuj. Gdy osiągniemy ten próg zaatakujemy, ale na razie zwiększamy przewagę. Już niedługo i przejdziemy do całkowitej ofensywy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

IBM, sugestie.

- Czyżbyś zapomniał, co mówiłem? - To pod czym jesteś to złożony twór magiczny. - Nie poznałem natury duszy i wiem, że nikt nie zdołał tego osiągnąć. - Znalazło jakieś źródło magii i zbiera ją w sobie, częściowo w tym ciele. Chłonie także z otoczenia.- Każdy kto sądzi, że to zrobił kłamie. - Musisz jakoś to zniszczyć i to szybko. - Ale ja WIERZĘ, że dusza może zaistnieć w każdym świadomym tworze. Nieważne, czy komputerze czy człowieku. - Musisz wymyślić coś, co cię nie zabije, a to zniszczy. Chyba, że zgodzisz się, bym ponownie przeniósł was do Piekła. - A tworzenie ciał.... póki mają organiczny umysł lub komputer zdolny do samodzielnego myślenia, to tworzenie nowej duszy. Nawet tamto ciało miało ją. - Antymateria i antymagia, pasuje? - Ale ty mnie nie chyba nie słuchałeś. - To szaleństwo! Nie wiadomo, czy tym razem zdołasz ją utrzymać. Masz szanse jak jeden do miliona. - Dlatego wiem, że chcę cię pokonać!

Przy rebelii Pożeracza miałem mieć jak jeden do miliarda. Zapominasz, że przy mnie wszystkie obliczenia szlag trafia.

Złość w nim buzowała. Przeciwnik, nie dość, że szafował życiem, TO JESZCZE GO NIE SŁUCHAŁ! Ta zniewaga krwi wymaga. Skupił się. To, co chciał zrobić w większości się nie udawało. Stworzenie antymaterii było nawet łatwe. Nie reagowała ona z magią, dzięki czemu mógł utrzymywać ją oddzieloną od innych cząsteczek za pomocą barier. Ale cząstki antymagii były o wiele trudniejsze do stworzenia. Jak twory z natury łączące się z magią tworząc niewiarygodnie silny impuls niszczący magię, musiały być stworzone w środowisku całkowicie oczyszczonym z mocy magicznej. Na razie Ciastku udało się to tylko raz. Wtedy też zamknął cząsteczki magii w kokonie z powietrza, gdzie ostatnie atomy, do których magia nie powinna dolecieć, miały zapisane runy zatrzymania czasu. Wtedy też udało mu się utworzyć nową magię, która zasiliła "barierę" oraz cząstki antymagii.

Lecz później mu się to nie udawało. Ale teraz miał pomysł, jak to zrobić. Kucnął i zebrał odrobinę piasku z podłoża, które się ostało na arenie.. Utworzył wiele drobnych światów, skompresowane do wielkości ziarnka piasku, które wypełnił antymagią i antymaterią. Stworzył opóźnione portale do tych światów.

-Niszczyciel Sakitt - powiedział cicho, choć dzięki użyciu magii było to doskonale słyszeć na całej widowni, i dmuchnął. Ziarenka posłał do dziur chłonących wszystko na arenie.

Był ciekaw, co to da. Istniała szansa, że światy już szlag trafił. Wtedy prawdopodobnie już przegrał. Ale jeśli uda się, to bariera przynajmniej będzie osłabiona. Zdawał sobie sprawę, że szanse na powodzenie wynosiły jeden do tysiąca. Szansa, że antymagia zniszczy portale była ogromna, prawie pewna. Liczyło się tylko to, czy choć przez chwilę będą działać.

Ale nieważne jaki miał być wynik, to i tak zaliczył małe zwycięstwo. Magia i materia, jaka powstała przy tworzeniu ich adwersarzy znacznie zwiększyła zasoby maga.

Powoli uniósł palce i zamknął oczy. W momencie otwarcia portali pstryknął palcami. Trzymałby jeszcze kciuki, ale to mogło odjąć mu punkty.


Oczywiście podziałało, ale twoja bariera, więc ty decyduj, jak zareagowała na tą niszczycielską moc.

Edited by PiekielneCiastko

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...