Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Ostatnia Arena  

21 members have voted

  1. 1. Kto dowiódł swojej wyższości i potęgą przeważył na szali tego pojedynku?

    • Fisk Adored
      8
    • Zegarmistrz
      13


Recommended Posts

Nadszedł czas...

 

Po niezliczonych bojach i zwrotach akcji...

 

Po tylu dniach i nocach, tylu arenach...

 

Po setkach rzuconych czarów, niewyobrażalnych ilości energii magicznej, która niejednokrotnie przepłynęła przez to miejsce...

 

Najwyższa pora na otwarcie ostatnich wrót... Wkroczenie na finałową arenę, na której zmierzą się dwaj pretendenci do tytułu mistrza...

 

Mistrza Magicznych Pojedynków, posiadacza Statuy Glorii, najwyższego odznaczenia, świadczącego o wielkiej mocy, duchu walki i nadzwyczajnej sile woli!

 

 

Przed państwem ostatnia, największa, najbogatsza, mogąca pomieścić najwięcej publiki, wzniesiona specjalnie na te okazję, wyjątkowa arena, na której już za chwilę rozegra się finałowy pojedynek, po którym poznamy zwycięzcę turnieju! Zmierzą się w nim dwaj najlepsi magowie, którzy pokonali innych, nie mniej znakomitych uczestników i to w szczytowej formie! Oni nigdy nie opuścili areny bez słowa, zawsze ruszali w bój, nie wycofywali się i walczyli do końca! Podczas, gdy wielu musiało ustąpić, podczas, gdy znajdywali się tacy, którzy nawet nie postawili swej stopy, czy też kopyta na arenie, oni, byli zawsze i są także teraz! Przed Wami ostatnie, finałowe starcie!

 

 

Fisk Adored VS Zegarmistrz

 

discord_versus_lightmare_sun_by_ziom05-d

 

 

 

Panowie, w obliczu ogromnych dysproporcji między turniejowymi pojedynkami, gdzie długie, emocjonujące starcia kontrastowały z sytuacjami, po których pozostawał jedynie niesmak, gdyż ktoś nie stawił się na arenie... Liczę, że nie zawiedziecie nas i dacie nam niezapomniany pojedynek, godny całego turnieju, godny drogi, którą przeszliście i wreszcie, wieńczący ten turniej. Niech z areny niewiele zostanie, niech widzowie krzyczą i skandują! Kto ma słabe nerwy niech opuści trybuny, gdyż szykuje się wojna na czary!

 

Panie i panowie, ostatnia arena otwarta! Finałowy pojedynek rozpoczęty! Najwyższy czas, na moment prawdy! Przekonajmy się, kto zdobędzie Statuę Glorii!

 

*Gong*

Edited by Hoffman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiedza i zemsta.

Dwa czynniki pchające go do kolejnego kroku.

Jeszcze w szatni wspominał wszystko to, czego nauczył się dzięki swoim przeciwnikom.

Nowe rodzaje magii, nowe sposoby myślenia.

Upłynęło sporo czasu od kiedy Edwin Niemy, kaleka, pierwszy raz stanął na arenie.

A wszystko napędzane tymi dwoma słowami, wiedzą i zemstą.

I teraz czekała go jeszcze jedna próba. Ostatnia.

A jeśli wierzyć plotką które podsłuchał w szatni, najcięższa, bowiem jego przeciwnik nie tylko formował rzeczywistość z dziecinną łatwością, ale też posiadał ogromne, o ile nie nieograniczone, zasoby magiczne.

Czekała go batalia jakiej jeszcze nie przeżył.

Żartem mówiąc, być może nawet taka której nie przeżyje.

 

Idąc korytarzem miał wiele przemyśleń, ale jedno wiedział na pewno.

Niezależnie od tego jak silny będzie przeciwnik, Edwin da z siebie wszystko a nawet więcej.

I z tym postanowieniem pchnął drzwi areny, pozwalając by magiczne światło tego miejsca zalało mu twarz.

Pewnym krokiem wyszedł na uświęconą ziemie magów.

Poprawił futerał na pasku, strzepnął kurz z ramienia i podniósł wysoko ramiona, pozdrawiając widzów.

- Panie i Panowie, chłopcy i dziewczęta. Ci którzy towarzyszyli nam, walczącym, przez te wszystkie batalie! Pragnę przywitać was i podziękować wam, wszak to wy właśnie napędzacie nas ku lepszemu. To dla was staramy się bardziej, mocniej i szybciej. I to wam dedykuję tą walkę. Oby nie zawiodła waszych oczekiwań!

Edwin spojrzał w kierunku drugiego wejścia na arenę. Jego przeciwnik jeszcze nie dotarł na miejsce, dlatego wykorzysta ten czas by się przygotować na najgorsze.

- Witaj w Opuszczonym Domostwie.

Tymi słowy uruchomił Domostwo by wspierało go w tej walce. Ono oraz prezenty które otrzymał od poprzednich oponentów.

- Ty, któryś uciekał i ty, któryś gonił. Stańcie się jednością. Przepełnieni wolą, utraceni nadzieją. Stańcie się tarczą, stańcie się mieczem. Niechaj wasza moc będzie moją. W zamian oferuję wam wolność, ku krańcom istnienia.

Postać Edwina zalśniła, a kiedy blask opadł, w lewej ręce trzymał Miecz, w drugiej zaś sporej wielkości tarczę. Oba elementy oprawione inskrypcjami mogącymi zwalczać magię. To pozwoli mu przetrwać przynajmniej pierwszy z ataków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pojedynek Finałowy


Post 1 - Przybycie


           Wszystko dzieje się w odpowiednim dla siebie czasie. Tą sentencją kierowali się organizatorzy dzisiejszego finałowego pojedynku, bowiem jego rozpoczęcie zaplanowano na konkretną godzinę. Idealną, oraz charakterystyczną dla widowiskowych starć.


           W samo południe, gdy słońce najmocniej dawało o sobie znać, zalewając falą gorąca świat poniżej. Przysparzając niemałych dochodów sprzedawcom lodów, kręcącym się pomiędzy siedzącymi na trybunach widzami. Wtedy właśnie, w momencie gdy centralna część obiektu, będąca posągiem, służącym również za zegar słoneczny, a w nocy korzystając ze światła odbitego przez księżyc i gwiazdy, za pomocą ozdabiających go kryształów, również wskazująca dokładną godzinę, wskazała czas rozpoczęcia się pojedynku. W powietrzu nad areną dało się dostrzec poruszenie, oraz sylwetkę.


           Przybysz rozsiadł się wygodnie na kocyku z mikrofibry koloru niebieskiego, bardzo przypominającego barwą niebo powyżej i dlatego właśnie tak późno wychwyconego przez oczy widzów. Aktualnie używał go dosłownie jak latającego dywanu z arabskich legend, który to furkotał leniwie na podmuchach delikatnego, wiosennego wietrzyku. Koc owy był bardzo sfatygowany, jak gdyby używano go od dłuższego czasu, lub był zwyczajnie eksploatowany bardzo często.


       Zbliżał się powoli ku podłożu, obdarzając otaczający go obiekt spojrzeniem pełnym podziwu, z miną przypominającą kogoś, kto po raz pierwszy w życiu zobaczył coś naprawdę pięknego.


       Teraz, gdy każdy już skupił na nowym elemencie wzrok, bez problemu dało się rozpoznać w nim drugiego z uczestników finałowego magicznego pojedynku.


       Fisk Ubrany był w czarną koszulę, na której przedniej stronie widniał wymalowany kot w koronie, o tęczówkach, w kolorze tęczy. Nad jego głową, złotą czcionką pysznił się napis “Fisk Adored”, mający zapewne z miejsca rozwiewać wszelkie wątpliwości co do tożsamości przybysza. Na plecach natomiast napisane były słowa o innej treści, a mianowicie “Reprezentacja Equestriańskich Mniejszości Narodowych”, oraz wyszyty złotą nicią minimalistyczny zarys skrzydlatego kuca. Poniżej pasa, odziany był w również czarne spodnie jeansowe, oraz czarne, zamszowe buty. Na jego lewej dłoni założona była tanio wyglądająca, zielona bransoletka z napisem “Fundacja Ronalda, w pomocy dzieciom chorym na raka”. Tuż obok niej, na palcach dłoni nosił dwa pierścienie. Oba przypominające oko gada. Jeden miał złocistą barwę, drugi mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Dla wprawnego obserwatora można dodać, że zdawały się z rzadka mrugnąć, czy też spojrzeć w bok, ale mogło to być jedynie złudzenie, stworzone przez mistrza jubilerskiego, by wywołać ochy i achy ogladających. Na głowie założony miał zielony kapelusz z rondem, podarunek od jego pierwszego oponenta Albericha, który nijak nie pasował do reszty jego ubioru, jednak noszony był z wielką dumą.


       Będąc tuż nad ziemią, zsunął się leniwie ze swojego środka transportu, przeciągając się podczas tej czynności potężnie, wyginając się na wszystkie strony i z lubością przymykając oczy w akompaniamencie delikatnych postękiwań towarzyszących rozluźnianiu wszystkich mięśni. Gdy skończył już swoją gimnastykę, zaczął z wielką pieczołowitością składać kocyk na coraz to mniejsze części, po czym powąchał go i ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych zaczął głośno mruczeć. Uśmiechając się szeroko sięgnął dłonią ku swoim plecom, by schować go do… Gdzie do diaska był jego plecak?


       Jego mina zmieniła się diametralnie przypominając na moment maskę, która w teatrze odzwierciedlałaby jedno uczucie: “panika”. Nie dane mu było jednak łapać się za głowę zbyt długo, bowiem tuż obok niego z głuchym odgłosem o posadzkę uderzył prosty plecak z materiału, który po odgłosie jaki z siebie wydał zdawał się być pusty. Jedynym wyróżniającym się elementem, była karteczka z napisanym dużymi literami napisem “PLOP”, oraz przyczepiony do niego (O dziwo nie w środku) woreczek śniadaniowy z przenną bułką, z której wnętrza wypływało coś białego.


       Ten widok zatrzymał targającego się w prawie, że konwulsjach chłopaka. Szybkim ruchem głowy spojrzał po przestworzach. Przysiągłby, że zauważył jak coś szybko schowało się za jedną ze znajdujących się tam chmur. Mogło mu się jedynie wydawać, ale on wiedział swoje. Zaniósł się szczerym, wesołym chichotem i otarł samotną łzę radości.


       Podniósł tobołek delikatnie go otrzepując, po czym schował do jednej z jego kieszeni swój koc. O dziwo sam pakunek wyglądał ciągle na pusty, jak gdyby nigdy nic nie zostało doń wsadzone. Przypadek?


       Miał teraz chwileczkę, by znów napawać się widokiem, który go otaczał zanim przywita się z publicznością i swoim przeciwnikiem. A było co oglądać, oj było.


       Gigantyczna arena, osadzona na planie koła była prawdziwym dziełem sztuki. Majstersztykiem sztuki architektonicznej w każdym calu.


       Jej centralny punkt stanowiła wspomniana wcześniej konstrukcja zegara słonecznego. Był on posągiem przedstawiającym królewskie siostry, władczynie equestrii, które pochylały się nad flagą tejże krainy, stykając się swoimi rogami, symbolizując jedność, harmonię. Zdawały się opatulać owe godło swoimi majestatycznymi skrzydłami, symbolizując pieczę jaką sprawowały nad tą krainą. Napis wyryty w monolitycznej podstawie nie dawał też wielkich wątpliwości co do przesłania, a głosił co następuje: “Siła Poprzez Harmonię”. Sam napis dostosowywał się po chwili do osoby go czytającej, ponieważ Fisk przysiągłby, że nie znał tego języka.


       Zegar stał na okrągłym kamiennym placu, który służył za tarczę zegara, po której przesuwał się rzucany przez złączone rogi cień. Pokryty był pięknymi rycinami, przedstawiającymi mocno skrótowo dzieje equestrii do dnia dzisiejszego, przechodząc od jednego do drugiego wydarzenia z taką łatwością, że świetną zabawą byłoby krążenie dookoła i przyglądanie się obrazom tak szczegółowym, że można było odróżnić pojedyńcze źdźbła trawy na nich.


       Naokoło wszystkiego stało sześć kamiennych kolumn. Każda z nich ozdobiona była innymi symbolami i inskrypcjami w języku equestriańskim, który również dostosowywał się do czytających go oczu. Każda przedstawiała piękne ryciny, oraz historię najważniejszych wydarzeń z życia związanej z występującą na nich postacią. Najciekawsze jednak było to, że każda z nich wyznaczała granice różnych stożkowatych części tejże areny, które to na kształt pokrojonego tortu oddzielały się tematyką i wystrojem, zwężając się ku środkowi. Każda z nich byłą również równie duża, co przeciętna arena z poprzednich pojedynków.


       Pierwsza z kolumn ozdobiona była symbolem sześcioramiennej, różowej gwiazdy, którą otaczało pięć mniejszych, białych. Poniżej znajdowała się rycina przedstawiająca klacz, która wyróżniała się faktem posiadania skrzydeł, oraz rogu jednocześnie. Miała sierść koloru lawendowego, a jej inteligentne spojrzenie taksowało otoczenie ze szczerą ciekawością. Głowę alikorna zdobiła tiara z prawie identycznym jak na górze symbolem. Poniżej opisane zostały jej życie i dokonania. Rzecz zbyt rozległa, by ją tutaj streszczać.

       Część areny za nią się roztaczająca, przypominała gigantyczną bibliotekę, pełną niebosiężnych regałów i półek ozdobionych wizerunkami sowy. Wszystkie one zapełnione były opasłymi tomiszczami z wiedzą na wszelkie tematy i zagadnienia. Pomiędzy tymi półkami, wiły się dywany z zielonymi i fioletowymi zygzakami, przypominającymi teksturą smoczą łuskę, w rzeczywistości jednak wyjątkowo miękkie i grube.


       Druga z kolumn ozdobiona została symbolem przedstawiającym trzy różowe motylki, zdające się być bardzo delikatnymi. Splecione były w podniebnym tańcu. Poniżej znajdowała się rycina, przedstawiająca klacz o kanarkowo żółtej maści, nieśmiało chowającą twarz za swoją nadzwyczajnie długą, różową grzywą. Szyję pegaza zdobił naszyjnik ozdobiony klejnotem w kształcie motyla. Poniżej opisany został jej żywot i dokonania.

       Za kolumną rozpościerała się część areny przypominająca niezbyt gęsty las z centralnie osadzoną polanką i jeziorkiem. Wśród drzew i krzewów nie dało się dostrzec żadnych zwierząt, było to jednak zrozumiałe ze względu na naturę odbywających się tutaj zmagań.


       Trzecia z kolumn ozdobiona była symbolem przedstawiającym trzy balony, dwa niebieskie i jeden żółty. Poniżej wymalowano podobiznę żywo różowej klaczy o skołtunionej grzywie i ogonie, oraz twarzą rozjaśnioną i najszczerszym uśmiechem jaki kiedykolwiek gościł na czyichkolwiek ustach. Sam jej widok zdawał się poprawiać nastrój. Szyję kucyka ziemnego przyozdabiał naszyjnik z klejnotem wyglądającym jak niebieski balonik. Niżej opisano jej życie i to czego udało jej się dokonać.

       Rozpościerająca się dalej arena przedstawiała iście bajkową scenerię. Jeśli ktoś słyszał kiedykolwiek o chatce z piernieka, to od razu zrozumie o co chodzi. Tutaj jednak zamiast jednej chatki, znajdowało się miniaturowe wesołe miasteczko w całości skonstruowane z różnej maści wyrobów cukierniczych, szczodrze przyozdobionych balonikami wszelkiej maści. Alejki wysypane były grubą warstwą confetti, a pomiędzy latarniami wyglądającymi jak świąteczne liaki w kształcie zaokrąglonych czerwonobiałych laseczek, porozciągane zostały hamaki z grubo plecionej lukrecji najróżniejszych kolorów. Tym atrakcjom nie było końca i nie dało się ich wszystkich od razu pochłonąć jednym spojrzeniem.


       Czwarta z kolumn ozdobiona była symbolem tęczowej błyskawicy, wystrzeliwanej z białego obłoku. Poniżej pyszniła się rycina, przedstawiająca błękitną klacz o tęczowej grzywie i spojrzeniu, oraz pozie pełnych pewności siebie, zdających się wyzywać każdego obserwatora, do natychmiastowego starcia w jakiejkolwiek dziedzinie, nie dając złudzeń, kto zostanie zwycięzcą. Szyję pegaza zdobił naszyjnik z czerwonym klejnotem o kształcie błyskawicy. Poniżej opisano jej życiorys.

       Rozpościerająca się za tą kolumną przestrzeń była pomyślana tak, żeby przypominać architekturę charakterystyczną dla miast pegazów. Nie brakowało tam pięknych budowli stworzonych ze skondensowanych chmur. Czegoś, co mogły zbudować jedynie kopyta pegazów. Pełno było również fontann, z których tryskały na wszystkie strony piekne tęcze. Alejki wyznaczała magiczna powierzchnia, dająca złudzenie chodzenia w powietrzu, przedstawiając poniżej nieskończone przestworza niebios.


       Piąta z kolumn ozdobiona została symbolem trzech dorodnych, czerwonych jabłek. Tuż obok znajdowała się rycina przedstawiająca pomarańczową klacz, o muskularnej budowie ciała, noszącą na głowie kowbojski kapelusz. Stała w nonszalanckiej pozie, a jej przeszywające spojrzenie zdawało się móc przejrzeć każde kłamstwo. Szyję kucyka ziemnego zdobił naszyjnik z pomarańczowym klejnotem w kształcie jabłka. Poniżej opisano jej dokonania.

       Część areny rozpościerająca się za tą kolumną przedstawiała sobą małą farmę z dużą czerwoną stodołą, repliką jakiejś chatki przed którą stało stare, bujane krzesło, oraz rozpościerający się za nimi sad wyjątkowo dorodnych jabłoni.


       Szósta, ostatnia kolumna ozdobiona była symbolem trzech, idealnie skrojonych diamentów, zdających się emanować własnym światłem. Poniżej namalowano rycinę przedstawiającą białą klacz o fioletowej grzywie. Jej piękno było niezaprzeczalne, a spojrzenie mimo dystyngowania i dawania poczucia wyższych sfer, nie  niosło ze sobą poczucia wyższości, a jedynie własnej wartości. Szyję jednorożca zdobił naszyjnik z fioletowym klejnotem o tym samym kształcie, co ten powyżej.

        Część areny rozpościrająca się za tą kolumną przypominała swoim wyglądem wielką salę balową, jednak zamiast tańczących gości znajdowały się tam manekiny z najprzedniejszymi kreacjami equestriańskiej mody. Piękne marmurowe posadzki, kryształowe żyrandole podwieszone za pomocą magii, oraz inne ozdoby dające poczucie bezgranicznego przepychu, jednak o dziwo zachowujący dobry smak dzięki małym szczegółom, oraz ustawieniu poszczególnych elementów.


        Całość tego, co przedstawiały sobą kolumny i znajdujące się za nimi części obiektu zataczały sobą gigantyczny okrąg, naokoło którego znajdowała się jeszcze raz tak wielka przestrzeń, wyłożona surowym kamieniem. Jak gdyby architekci przewidzieli, że uczestnicy mogą mieć opory w prowadzeniu destrukcji na terenie tak wyszukanych i pięknych miejsc.


       Całość okalana była murami, za którymi bezpiecznie schronieni najpotężniejszymi zaklęciami ochronnymi, tworzącymi przezroczystą ścianę czystej mocy, sięgającą setek metrów ponad trybuny rozsiedli się widzowie, mogąc oglądać wszystko własnymi oczami, bądź też za pomocą magicznych projekcji, przedstawiających całość pojedynku w różnych ciekawych ujęciach, unoszących się nad ich głowami.



       Gdy Fisk już pozbierał szczękę z podłogi po zobaczeniu tego wszystkiego, przyszedł czas na przywitanie się z przeciwnikiem. Podszedł do niego (a trochę to zajęło, jednak w końcu się udało), po czym lekko zasapany wydyszał z siebie.


       – Pozdrowienia Edwinie. Oglądałem twoje poprzednie pojedynki, nie mogę więc już nazwać cię niemym. Jestem Fisk Adored, herbu czarny kocur, twój ostatni przeciwnik w tym pojedynku. Z wielką chęcią poznam bliżej członków twojej rodziny, oraz z miejsca obiecuję, że postaram się nie zrobić im żadnej krzywdy o ile życie moje, ani moich przyjaciół nie będzie zagrożone. Uwierz mi, robię się wtedy dosyć… – Po powiedzeniu tego na twarzy Fiska zagościł nikły uśmiech, a z jego cienia powoli wyłoniła się ociekając czernią, niczym smołą jego wierna kopia, jednak dużo bledsza, o skołtunionych włosach zasłaniających twarz i dzikim podkrążonym spojrzeniu

       – Nieprzyjemny – Powiedziały dwa gardła jednocześnie, jak gdyby jednym głosem. Z tym, że ten pierwszy uśmiechał się ciągle dobrotliwie, a drugi wpatrywał się w Edwina z głodnym spojrzeniem zwężonych źrenic, pojękując cicho z ledwo powstrzymywanej chęci wgryzienia się w jego ciało oblizując się z rzadka i drżąc lekko z tej niecierpliwości, wydając z siebie nieregularny, ekstatyczny oddech. Na sam koniec mroczniejsza wersja młodego maga stojąca za nim objęła go od tyłu rękoma, wodząc po nim wężowymi ruchami. I o ile nie byłoby w tym może nic tak strasznie dziwnego, to jednak nie zdawał sobie on z tego niczego robić.


當你明白,現實取決於你自己。當你不明白,

你依賴於現實。當現實取決於你自己,

這是不是真正的變成了現實。當你依賴於現實,

這是真正的為假。當你依賴於現實,

一切都是假的。當現實取決於你自己,

一切都是真的。


Kiedy zrozumiesz, rzeczywistość zależy od ciebie.

Jeśli nie rozumiesz, polegasz na rzeczywistości.

Kiedy rzeczywistość zależy od ciebie, to, co nie jest realne staje się realne.

Kiedy polegasz na rzeczywistości, to, co jest realne staje się fałszywe.

Kiedy polegasz na rzeczywistości, wszystko jest fałszywe.

Kiedy rzeczywistość zależy od ciebie, wszystko  jest prawdziwe.


       – Mój prezent dla ciebie, podstawa moich zdolności “magicznych”. Gdyż wiem, że wraz z każdym pojedynkiem zyskujesz coraz więcej wiedzy i mocy. Robię to teraz, bo nie wiem, czy zdołam zrobić to później. Niech ci służy. A teraz, czas na pojedynek. – Stwierdził młody czarownik.


           Po wypowiedzeniu tych słów oczy Fiska, wszystkie cztery, zalśniły wszelkimi barwami tęczy, emanując światłem oślepiającym, mocnym i czystym. Ziemia zadrżała, a powietrze zafalowało i zgęstniało. Naokoło dało się słyszeć buczenie przypominające to, dobiegające w pobliżu słupów wysokiego napięcia, a eter przeszył maniakalny śmiech dobywający się z gardła stojącej z tyłu postaci. Śmiech, którego jednokrotne usłyszenie niejednego mężczyznę doprowadziłoby do panicznej ucieczki, czy też przemyślenia swojej decyzji, o nie inwestowaniu w pieluchomajtki, nie wspominając o niskim, gardłowym pomruku wydobywającym się z okolic noszonych na jego palcach pierścieni, który swoim basowym brzmieniem poruszył powałami budowli.




 

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spodziewał się ataku, miast niego przyszło pozdrowienie.

I wiedza.

Oraz skondensowana mieszanka uczuć.

Jego przeciwnik zdawał się z każdą minutą przewyższać każdą plotkę, jaką kiedykolwiek posłyszał na jego temat. A to nie lada wyczyn.

W milczeniu przyjął te dary, lecz odsuwając się od przeciwnika postanowił przełamać milczenie.

- Zbyt długo polegałem na innych, tocząc swoje walki. Tym razem będę walczył samotnie, wszak większa część mojej rodziny aktualnie znajduje się na widowni - co mówić wskazał na dość spory sektor widowni zajęty kilkunastoma osobami. Kobiety i mężczyźni, wszyscy podobni do siebie. Kruczoczarne włosy i fioletowe oczy, oraz nieodzowne elementy ubioru przypominające zbroje.

- Śniący są silnym i dumnym ludem, bez pełnej zbroi pokazują się tylko temu, kogo uznają za równego sobie. Zaś bez zbroi pokazują się jeszcze rzadziej. W ten sposób pozdrawiają nas obu. Ostrzegam, w tej walce dam z siebie wszystko, i mam nadzieję że uczynisz mi zaszczyt dotrzymując kroku.

Edwin wbił miecz w ziemię i wystawił ramie ku niebiosom.

- Gwarantuję, to będzie widowiskowe starcie!

- Zgromadź! Rzeko Światła która prowadzisz Śniących!

Wokół niego zaczęło gromadzić się światło. Jednocześnie wszystkie krańce areny zdawały się stracić blask.

- Lśnij! By zniszczyć Zła kły!

Kolejne fale światła, niczym zaciskające się aureole, opadały i zatrzymywały sie na jego ramieniu. Coraz więcej i coraz szybciej, tworząc filar aż do nieba. Aż w końcu nastała ciemność, jakby ktoś wyłączył słońce. Przez chwilę można było ujrzeć na nieboskłonie gwiazdy, lecz i te zgasły, jedna po drugiej. A kiedy już nie było żadnego światła, Edwin wycelował pięść w Fiska i w mroku jaki zapadł dało się słyszeć finalne słowa zaklęcia.

- Blask Śniących!

Rozbłysk to za mało powiedziane. Edwin skupił na sobie energię świetlną całego światła z okolicy. Tego ze słońca ale i tego odbitego przez księżyc czy gwiazdy. I cała tą energię wystrzelił w jednym pocisku w swojego przeciwnika.

Nie wiedział co prawda co ten ma w zanadrzu, ale wolał nie czekać. Minie dobrych kilka sekund zanim światło wróci do normy, dlatego Edwin chwycił za miecz który wcześniej wbił w podłoże i wyrysował nim w powietrzu kilka znaków, szykując się na kolejny atak. Tarczę zaś ścisnął mocniej, wszak miała być jego linią kontrataku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Post 2 - Wiertło, które kruszy niebiosa

 

 

       Edwin jak widać dysponował ciekawymi zdolnościami, wykorzystał bowiem bardzo podobny efekt, jak Fisk w pojedynku  ze Scyferem. Skupienie tak dużej energii ze wszelkich możliwych źródeł w pobliżu, dawało energię podobną rozbłyskowi słonecznemu. Tak wielka ilość mocy zniszczyłaby jednak w swoim wybuchu to piękne miejsce, a temu przyglądać się młody mag zamiaru nie miał, jeśli nie zajdzie taka konieczność.


       Już w momencie zapadania całkowitych ciemności, stojący z tyłu Fisk uśmiechnął się złośliwie i rozpiął zamek błyskawiczny na swoich plecach. Wprawdzie były to plecy stojącego przed nim Fiska, ale zarazem również i jego, więc po co utrudniać sobie rozróżnianie? Ze środka tobołka wydobył małą sferę, stworzoną z jaśniejącej wszystkimi możliwymi barwami jednocześnie mocy. Konsystencją przypominającej wyjątkowo gęstą ciecz, przelewającą się aktualnie pomiędzy jego palcami.


       Owy twór znany był już wszystkim uczestnikom poprzednich pojedynków z jego udziałem. Czyż bowiem nie z zaledwie odrobiny tejże, spontanicznie powołany do życia został jeden z towarzyszących mu smoków? Czyż nie z tej samej substancji ulepiony został potężny artefakt w postaci pędzla, którego pociągnięcia materializowały wolę dzierżyciela, a jedynie jeden klejnot pryzmatyczny zaklęty tą samą pierwotną siłą nie stworzył całego wymiaru, w którym toczyła się całość pierwszego jego starcia?

      

       Kto bowiem powiedział, że zawsze będzie się do pojedynku przygotowywać na bierząco? Czyż nie wolno mu było choć raz przygotować sobie tego wcześniej? Wszak był to pojedynek finałowy, więc nawet tak wielki improwizator jak on, widział potrzebę poczynienia “małych zapasów”.

      

       Gdy mrok zagościł na dobre na obiekcie, tuż za plecami Edwina słyszeć dało się delikatny szept, wypowiedziany głosem suchym niczym szelest jesiennych liści i szeleszczącym lekko, kojarząc się z rozsypywanym popiołem. Mimo tych drastycznych zmian, nie dało się nie zauważyć, jeśli się już go raz słyszało, że należy on do tej lekko mroczniejszej wersji tęczowego maga.


       – Mrok to mój sprzymierzeniec. A ty, czy boisz się ciemności? – zaraz po wypowiedzeniu tych słów Edwin na swoim uchu odczuł bardzo króciutkie uczucie wilgotności i ciepła, towarzyszące zwykle temu, gdy ktoś poliże nas po uchu, oraz usłyszał bardzo delikatny chichot rozwiewający się w huku wystrzału jego świetlistego pocisku.


       Gigantyczna kula światła pędziła na spotkanie teraz już oświetlonego jak za dnia młodego maga, który w swoich obu osobach stał na jego drodze. Świst rozgrzewającego się na skutek wysokiej temperatury powietrza, oraz oślepiający blask skutecznie utrudniały Edwinowi dostrzeżenie tego, co jego oponent właśnie szykował.


       Fisk natomiast, ze wspomnianej wcześniej migoczącej esencji tworzenia, mocy przepełniającej wszelkie części bytu, każdą cząsteczkę wszechświata, utworzył wirujący złowieszczo wir. Jawił się pod postacią gwiżdżącej przeraźliwie na ręce jego mroczniejszej osoby rękawicę. Przypominała ona aktualnie wielkie wiertło, które zasysało łapczywie nie tylko powietrze, ale również przerabiało wszystko co w nie wpadło, łącznie z mielonym podłożem na tą samą tęczową moc, zasilając się coraz to bardziej.



       Gdy więc świetlisty pocisk Edwina uderzył w potężne wiertło zrodzone z czystej mocy wygiął się na jego powierzchni niczym przekłuwana bańka mydlana i eksplodował z siłą podobną eksplozji nuklearnej. Destruktywna moc tego zjawiska winna zmieść z powierzchni ziemi całość obiektu, oszczędzając może jedynie bariery mające chronić publiczność. Efekt tego co się stało, lekko odbiegał jednak od tego scenariusza.


       Masywna eksplozja, tak jej huk, jak i fala uderzeniowa, oraz temperatura zassane zostały przez wirujące tornado mocy, a ich rozpierzchnięte na boki części składowe, po spiralnych trajektoriach łączyły się w jednym punkcie w dłoniach tego spokojniejszego Fiska, opartego o plecy swojej kopii.


       – APHELION!*


       Wibrujące słowo mocy towarzyszące pochłanianiu przez ciało maga imponujących ilości energii wstrząsnęło podłożem, po którym rozeszły się fale, niczym na tafli wzburzonego jeziora. Tak jak wcześniej podczas pojedynku ze Scyferem, tak i teraz prawie identyczny pokład mocy został zmagazynowany w jego ciele. Kamień pod jego stopami począł się topić, a oddech śmiałka wydobywał się pod postacią ciemnego, gęstego dymu. Naokoło, gdyby nie jaśniejący twór na ręce Fiska, ciągle panowały nieprzeniknione ciemności.


       Postaci zamieniły się miejscami zręcznie przekazując sobie aktualnie kolosalne już wiertło tęczowej zagłady, którego sam podmuch zrywał jabłka z pobliskiego sadu. Mroczniejsza wersja maga ściągnęła zielony kapelusz z głowy swojego drugiego “ja” i rzuciła go przed siebie, pozwalając by siła tytanicznego wiertła pociągnęła Fiska w jego stronę. Sam kapelusz natomiast, zamiast stać się kolejną ofiarą tęczowego huraganu rozdymało i rozszerzyło się pokracznie, a czarownik skryty za wichrem energii zniknął w jego wnętrzu.


        To jednak nie był koniec, o nie. To był jedynie początek tego, co dualna postać maga miała w planach.


       Pozostały na widoku Fisk o bladej cerze i skołtunionych włosach wyciągnął przed siebie ręce, których dłonie miał ciągle umorusane tęczową cieczą. Zatoczył nimi okrąg w szalonym tańcu pełnym pirułetów, i salt. Na końcu spojrzał się prosto w oczy Edwina, zaśmiał histerycznie i pociągnął dłońmi w dół.

 

       Wszystkie cząstki składowe odpowiedzialne za grawitację, gravitony i im podobne obserwowane przez natchniony zmysł widzenia, jakim patrzył na otaczający go świat Fisk, za pomocą tysięcy niewidocznych dla gołego oka mentalnych połączeń zostały szarpnięte w dół. Ich początkowy stan został zmiażdżony pod wpływem woli patrzącego na świat prawdziwie maga, widzącego je jako jarzące się punkciki, po które wystarczyło sięgnąć by nagiąć je do własnej woli.


        Obszar w okręgu prawie stu metrów naokoło Edwina został potraktowany wielokrotnie zwiększoną dawką grawitacji. Na tyle potężną, że już w początkowej fazie tego efektu podłoże wgniotło się w dół z taką siłą, że obniżyło się o kilka metrów w dół, aktualnie przypominając mocno ubity krater. Nie na tyle głęboki by zasłonić Edwina przed wzrokiem widzów i przeciwnika, jednak wystarczająco głęboki by być widocznym.


        Manipulujący grawitacją czarownik chichotał głośno, wpatrując się w Edwina jak dzikie zwierze w kawał krwawego mięsa, które miało zaraz rozszarpać. Wiedział bowiem, że to co robił, było jedynie wstępem do agresywnej, solarnej arii, serwowanej właśnie przez jego drugie ja.

 

       Tuż nad głową Edwina, dokładnie w momencie gdy światło powracało do łask, gdy wszystko znów spowiły promienie słońca, z unoszącego się tam nie wiadomo skąd zielonego kapelusza, wystrzelił niczym pocisk Fisk Adored.

 

       Zasysany przez gigantyczną siłę zasysu powietrza tęczowego wiertła, pchany przez wybuch pochłoniętej wcześniej energii Edwinowego pocisku wystrzeliwanej z jego drugiej dłoni celującej aktualnie w niebiosa, pod postacią ryczącego strumienia płomieni tak silnego, że wyglądał jak wybuch wulkanu, oraz ciągnięty przez wielokrotnie zwiększoną siłę grawitacji panującą na obszarze w którym się teraz znajdował. Grawitacji tak silnej, że ktokolwiek stojący poniżej miałby trudności z utrzymaniem swoich kości w jednym kawałku, a co dopiero poruszaniem się, mknął niczym pocisk, niczym meteor na spotkanie ze swoim przeciwnikiem. Słońce jeszcze nigdy nie było tak blisko ziemi jak dzisiaj.


        – GIGA PERYHELION!**

     

 

       Wibrujący tembr głosu Fiska przeszył okolicę, a całość tęczowego meteorytu zdała się jeszcze bardziej przyśpieszyć i jaśnieć tęczowym światłem we wszystkich kierunkach.


           Druzgoczący pokaz mocy zdawałoby się mógłby wzbudzać grozę, jednak na myśl widzom przychodziło tylko jedno słowo:

 

 

“Piękne”


================================================================


*Aphelion - Moment, gdy ziemia w swojej orbicie jest najbardziej oddalona od słońca.

**Peryhelion  - Moment, gdy ziemia w swojej orbicie jest najbliżej słońca.

I na koniec jeszcze notka dla oponenta. Owy atak nie spowoduje po zderzeniu wybuchu, a jedynie dalsze “borowanie”. Nazwę go zagładą kretów, ha. Z góry dziękuję za uwzględnienie.

http://imgur.com/f4IPYWp

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Edwin nie był nazywany Przywoływaczem bez powodu.

Tytuł ten zdobył swoimi umiejętnościami  i okupił wieloletnim gromadzeniem doświadczenia.

A jego przeciwnik miał się o tym przekonać na własnej skórze.

- Helio repeto.

Nad głową Ewina pojawiły się dwa portale, jeden pod drugim.

Pozwolił by przeciwnik wleciał w jeden, wypadł drugim i...no właśnie i.

Jego przeciwnik wypadł tym samym portalem którym wpadł, ale kiedy już trafił w kolejny, zapętlił się. Wpadał w dolny i wylatywał górnym, po to tylko by ponownie wpaść w dolny. A dzięki wzmocnionej grawitacji robił to coraz szybciej. Całość trwała góra kilka sekund a jego prędkość urosła tak bardzo, że Edwin widział go tylko jako smugę.

I w tym momencie jednym pstryknięciem Obok Edwina otworzył się kolejny portal, powodując że Fisk wystrzelił jak z procy w bok, prosto w barierę antymagiczną.

Edwin szybko sięgnął w przestrzeń opuszczonego domu i wyciągnął z niego mała kartę. Cała czerwona, bez żadnych symboli, zdawała się świecić a wręcz emanować mocą.

Edwin opracował ją z myślą o swojej żonie, chciał jej bowiem pokazać wspaniały pokaz sztucznych ogni.

Ulepszona i bardziej zabójcza wersja znajdowała się teraz w jego dłoni.

Uniósł ją wysoko nad głowę i krzyknął tak głośno jak pozwalały mu jego płuca.

- Szkarłatna Nawałnica, Pierwszy Grzmot, Ognia!

Jeśli ktoś mrugnął, to mógł nie zauważyć jak za plecami maga otworzyło się 13 czerwonych portali, szerokich na metr każdy.

I kiedy Edwin skupił swoją magię na karcie, z każdego portalu wysypały się czerwone, niebieskie, białe i czarne kule. Każda błyszcząca i na swój sposób specjalna.

Czerwone wybuchały w dotyku ogniem zdolnym spopielić metale.

Niebieskie wybuchały ostrymi jak brzytwa soplami gdy coś się koło nich poruszy.

Białe leciały szybko, zmieniając co chwila kierunek lotu, iskrząc niczym pioruny kuliste.

I czarne, które leciały wolniej, ale za to odbijały się od wszystkiego niczym gumowa piłeczka. Co dziwniejsze, odbijały się też od tarczy antymagicznej, wszak były z podobnego materiału.

Setki a potem tysiące, coraz więcej i więcej.

Liczył że chociaż na chwilę spowolnią one jego przeciwnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Post 3 - Magia przyjaźni



    Już zbliżając się do swojego celu, Fisk zawahał się. Nie tak to miało wyglądać. Mimo skuteczności takiej formy ataku, prawie właśnie dopuścił się morderstwa swojego przeciwnika. W tej chwili zwątpienia zrozumiał, że to jego mroczniejsza połowa podsunęła mu tą myśl. Wciąż był to on sam, jednak teraz żałował tego, że dał się ponieść emocjom.


    Jaka więc była jego ulga, gdy Edwinowi udało się bez większych problemów przekierować ten atak. Fakt, impet z jakim się poruszał sprawił, że jego żołądek zatańczył najprawdziwsze tango i jedynie powściągliwość w jedzeniu przed pojedynkiem, uratowała go aktualnie przed zwróceniem treści żołądkowych.


    Wystrzelenie go z wielką siłą w stronę trybun i chroniącej ich bariery było jednak wielkim szokiem dla młodego maga. Tak dużym, że nie zdążył zareagować. Dobrze, że chwilowo miał pomoc swojego drugiego ja, które to z miną pełną przestrachu, jednak ciągle myśląc trzeźwo zwyczajnie zamieniło się z nim miejscami, w małym rozbłysku światła, oraz z odgłosem przypominającym ciche pyknięcie korka od butelki, po czym roztrzaskało się o okalającą arenę barierę, wybuchając kłębami cienistej miazmy. Po dotknięciu podłoża, owe kłęby czarnego niczym noc dymu przybrały bardziej płynną formę przypominającą smołę, po czym podpełzły do siebie nawzajem, ponownie tworząc humanoidalną postać o wyjątkowo niezadowolonej minie, która właśnie rozmasowywała sobie kark.


    Młody mag stał tam, gdzie wcześniej towarzyszące mu drugie ja. Tęczowa energia okrywająca jego kończynę rozproszyła się i w postaci gęstego całunu zawisła nad areną. Fisk natomiast patrzył na swojego przeciwnika z niedowierzaniem. Powiedział mu przecież, na jakiej zasadzie działają jego umiejętności. Czyżby nie zrozumiał, że bariera antymagiczna zostałaby przemielona na części pierwsze, wzmacniając jedynie ten wicher pierwotnej energii, po czym pomagając w zniszczeniu dużej części trybun? Czy nie zdawał sobie sprawy, że narażał setki, jeśli nie tysiące żyć?


    Wtedy zdał sobie sprawę, z jak inteligentną osobą przyszło mu się zmierzyć i zapłakał. Z poprzednich pojedynków Edwina dało się wywnioskować, że powoduje nim zemsta za utraconą w jakiś strasznych okolicznościach żonę. Widać chęć ta przesłaniała mu czasami osąd, nie zawsze miał na uwadze życie otaczających go osób, jeśli dawało mu to możliwość dążenia do celu. A przynajmniej tak to rozumiał, nie mógł mieć pewności, że jest to prawda.


    Fisk zrozumiał, że jego obowiązkiem nie jest teraz walka, o nie. Rozejrzał się dookoła podziwiając symbolikę serca Sali Magicznych Pojedynków i zdecydował się coś zrobić. Najpierw jednak, musiał poradzić sobie z drugą częścią ataku Edwina. Na szczęście było to dużo prostsze od tego, co umyślił sobie zrobić później.

   

    Naciągając na siebie swój zielony kapelusz, zniknął z miejsca gdzie stał, dając się pochłonąć nakryciu głowy, po czym pojawił się lewitując w obu swoich osobach tuż pod zbiorowiskiem mocy, które wcześniej rozproszył do postaci udnoszącej się tam mgły. Tym razem cienista postać Fiska miała minę kogoś, kto coś przeskrobał. Jego wzrok stracił nieco pewności siebie, wyrażając… skruchę?


    Dzięki temu pojedynkowi zrozumiałem, że może i warto akceptować każdy aspekt siebie, jednak nie zawsze warto się mu poddawać i działać całkowicie zgodnie ze swoim instynktem, nie hamując tego swoją wolą. Prawie zrobiłem coś strasznego, przepraszam za to.


    Kończąc wypowiedź musnął palcami zbiorowisko migotliwej energii, po czym wykonując delikatny gest ręką wystrzelił w dół tysiące tworzących się z tej mocy metalowych igieł sporej wielkości. Nie miał wątpliwości, że po tym co pokazał coś takiego nie zrobi wrażenia na Edwinie. Zresztą i tak żadna z nich nie była skierowana w niego.


    Miało to na celu jedynie pozbyć się niechcianych kulek przez niego stworzonych. Otóż metalowe igły przelatując przez wyładowania elektryczności, rozładowały ładunek w nich się znajdujący, skutecznie sprawiając, że przeskakujące pomiędzy nimi iskry, uziemiły się po doleceniu do podłoża. Czerwone kule natomiast po zetknięciu z nimi eksplodowały, wprawiając w ruch również i te lodowe, które to zwyczajnie stopiły się w kontakcie z tymi eksplozjami. Pozostałe, antymagiczne sfery sprawiły, że powstała w ten skutek eksplozja przypominała raczej kichnięcie, niż coś zagrażającego życiu. Ciągle jednak była dosyć widowiskowa. Przypominała teraz efektem to, co miała. Fajerwerki.


    Nie czekał jednak na ten efekt. Rozpinając swój plecak pozwolił z niego wylecieć większej ilości przygotowanej wcześniej czystej energii tworzenia, która to łącząc się z tą już tam się znajdującą, pięciokrotnie zwiększyła jej objętość. Teraz przyszedł czas na ten trudniejszy element.


    Edwinie, rozejrzyj się. Ten obiekt nie został wzniesiony w celu krwawych potyczek, przypominających walki gladiatorów. Jego założycielka, dzierżycielka elementu magii, którą to możesz podziwiać na tamtej kolumnie, miała inne plany. – Po czym wskazał palcem na jedną z kolumn. Pierwszą, przedstawiającą Twilight Sparkle. – Chciała, by najzdolniejsi z magów rozbudzali wyobraźnię, oraz chęć nauki w młodych, podatnych na sugestię umysłach. Chciała, by w duchu fair play toczono tutaj pokazy sztuki magicznej, które są jedynie zakamuflowanym pretekstem do tego, by się bliżej poznali. Nikogo bowiem nie poznasz tak szybko, jak kogoś z kim toczyłeś zmagania w magicznym pojedynku. I to właśnie jest celem tego obiektu. Szerzenie najpotężniejszej ze znanych w Equestrii i nie tylko sił. Magii przyjaźni.

    Mój pierwszy pojedynek był tego pięknym przykładem, po jego zakończeniu poznaliśmy się z Alberichem bliżej i teraz mogę go nazywać swoim przyjacielem. To poskutkowało też poznaniem przez niego wielu innych osób, z krótych niektóre stały mi się bardzo bliskimi. Ty jednak przyszedłeś tutaj by zyskać wiedzę potrzebną ci do wywarcia zemsty na oprawcach, którzy skrzywdzili twoją żonę. Naprawdę myślisz, że ona chciałaby patrzeć, jak jej ukochany marnuje swoje życie szukając sposobu na zemstę, która i tak nie przyniesie mu żadnej ulgi, a jedynie zrobi z niego potwora? Nie, na pewno nie Edwinie.
 

    Podczas tego monologu całość pryzmatycznej mocy, skupiła się na centralnej części areny, powodując rozświetlenie otaczających ją kolumn nią przesiąkniętych, z których teraz dało się słyszeć potężne emanacje energii.


    – Twoje serce jest rozdarte, a twoja dusza skrzywdzona. Nie potrafisz zaznać spokoju choćby na chwilę. Dlatego też to co teraz robię teraz jest moim największym prezentem dla ciebie. Zaznaj spokoju, zaznaj harmonii.


    Po wypowiedzeniu tych słów wzniósł ręce ku niebu, a postaci z rycin na kolumnach symbolicznie przedstawiających elementy harmonii poruszyły się. Każda z nich spoglądała teraz prosto na Edwina uśmiechając się uspokajająco. Ich oczy zalśniły czystym, białym blaskiem.


    Z czubków emanujących mocą słupów wystrzeliły w niebo wężowo poruszające się smugi tęczowej energii, skręcając się w jedną potężną. Czystą i piękną. Poruszała się z prędkością nieosiągalną dla niczego znanego ludzkiemu oku, uderzając w postać Edwina. Co najdziwniejsze, niczego mu to nie zrobiło przynajmniej fizycznie. W jego umyśle natomiast działo się teraz naprawdę wiele.


    W ciągu zaledwie ułamka sekundy w jego głowie pojawiła się seria myśli i wizji. Najpierw zobaczył siebie, wywierającego swoją upragnioną zemstę, umorusanego w krwi oprawców. Zemstę, która nie wywołała uczucia ulgi, a jedynie gorycz. Następnie zobaczył twarze wszystkich bliskich tym ludziom osób, które to stojąc nad grobami swoich przyjaciół, ojców i matek przeżywali najgorsze chwile swojego życia. Niektórzy z nich obiecywali zemstę za to wszystko, a krąg nienawiści kontynuował swój obrót.

    Później jednak wszystko to przygasło, zatarte przez wizje chwil spędzonych z jego ukochaną. Edwin przez dosłownie moment poczuł się znowu tak, jak gdyby żyła. Nawet pomimo tego, że dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że tak nie jest. Najbardziej wyrazistym uczuciem był jednak sam koniec. Poczuł na swojej dłoni czyjś dotyk. Dotyk małej, kobiecej dłoni obejmującej go w pasie i przytulającej delikatnie do siebie.


    – Nigdy nie chciałam, żebyś krzywdził innych. Swoimi zdolnościami mógłbyś uczynić tyle dobra, nie marnuj tego. Obudź się dumny śniący za którego wyszłam. Czas skończyć ten ciąg cierpienia. Zresztą, jeszcze się kiedyś zobaczymy, obiecuję. Dziękuję za piękny pokaz fajerwerków.


    Wszystko to trwało zaledwie sekundę, jednak Edwin ciągle czuł na swoim policzku dotyk ciepłych ust, obdarowujących go takim samym pocałunkiem jak zawsze wtedy, gdy opuszczał dom.



     (...)



    W ciszy, którą przerywał jedynie odgłos jednej ocalałej kulki antymagicznej, odbijającej się niby kauczukowa piłeczka, dało się słyszeć świszczący oddech tęczowego maga, który to właśnie klęcząc na kamiennej posadzce, tym razem samotnie, łapczywie łapał oddech, podpierając się na drżących rękach.


    – Nie wiem co takiego widziałeś i przeżyłeś Edwinie. Elementy harmonii do których mocy udało mi się na krótką chwilę dostroić są jednak siłą czystą i pierwotną, a to co się stało nie było żadnym oszustwem, ani iluzją przeze mnie narzuconą. Moje tęczowe emanacje wykonywane wcześniej były symbolicznym nawiązaniem do tej siły, nigdy nie sądziłem jednak, że przyjdzie mi dostąpić zaszczytu użycia jej.


    Po wypowiedzeniu tych słów usiadł, ciężko stękając na kamiennej posadzce, po czym wgryzł się w bułkę wypełnioną majonezem. Miał minę kogoś zadowolonego z siebie, jednak bezgranicznie zmęczonego. Teraz pozostawało mu jedynie poczekać na reakcję.

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uderzenie kolorowego światła i dawno zapomniane uczucia.

Wizja żony, żywej jak przed laty i wszechogarniające ciepło.

Płakał. Czuł łzy cieknące po zmęczonej twarzy.

Ileż to już lat? 30 pełnych Obrotów?

 

Wszystkie negatywne emocje, wszystkie złe uczucia rozbite w jednym oddechu, w jednej sekundzie przepięknego blasku.

Elementy Harmonii, nazwa adekwatna do działania.

Edwin widząc i słysząc żonę w mig zapomniał o zemście.  Alie nie poparła by tego co robił. Zawsze miała uprzejme serce.

Pamiętał obietnice jej złożone. Obietnice które łamał każdą chwilą spędzoną w tym miejscu.

- Ja...nie wiem co mnie opętało najdroższa, ja...śniłem. Koszmary. Twoja śmierć, śmierć naszych dzieci. I ból. Robiłem rzeczy których nie chciałbym pamiętać, których byś nie pochwalała. Obawiam się że stałem się potworem... nie wiem czy jest jeszcze miejsce dla mnie u twojego boku, ale jeśli tak, to proszę, poczekaj jeszcze chwilę, muszę coś dokończyć.

Edwin zrobił jeden chwiejny krok przed siebie widząc jak wizja jego żony rozpada się w świetle areny. Uśmiechnięta tym samym uśmiechem, który stopił jego serce wiele lat temu.

- Tęczowy magu, nie wiem jak miałbym ci dziękować. Nie ma słów którymi mógłbym cię nagrodzić ani skarbami które bym posiadał. Ale mimo to chciał...

Gorąco.

Strasznie bolesny gorąc.

Jakby zanurzyli go we wrzątku, czuł jak jego gardło wysycha i ponownie traci głos. Czuł łzy, tym razem bólu, wyciskane z niego niczym resztki oddechu u tonącego wyrywane przez bezlitosny żywioł.

- No nie ładnie. Bardzo nie ładnie. Ja się staram, robię co mogę a ty tak mi się odpłacasz?  Nieładnie, naprawdę nieładnie.

Pomiędzy magami pojawił się świetlik sporych rozmiarów. Tak, jakby tam ciągle był. Jakby wcale się nie pojawiał. A z każdym jego słowem Edwin coraz mocniej się skręcał miotany bólem.

- No to jeszcze drobne poprawki.

Szata na plecach maga eksplodowała, rozepchana tym co się pod nią kłębiło.

3 tatuaże Edwina, świeciły czerwonym blaskiem. Z lewego, umiejscowionego na lewej łopatce wylewała się aktualnie jakaś metaliczno czarna substancja, z prawego, umiejscowionego na prawej łopatce wylewała się podobna substancja, acz biała i jakby z drobnych kryształów. Trzeci zaś tatuaż, umiejscowiony pomiędzy tymi dwoma, wypluwał z siebie dym tak czarny, że definicja słowa czarny była zbyt jasna by można go było opisać. I ten dym uformował się na nadgarstkach Edwina, odginając mu ramiona do tyłu jakby był [dym] żywą istotą, napawającą się jego bólem.

- No, tak lepiej. A teraz przejdźmy do sprawy, zgoda? Pozwól że ci przypomnę. Zabito ci rodzinę, ciebie okaleczono blablabla, ja przychodzę do ciebie pełen szczerych intencji a ty podpisujesz cyrograf. Ja daje ci możliwości, a ty załatwiasz swoje, no i trochę moje, sprawy. Wszystko piękne i ładne ale widzę, że tutaj coraz bardziej narusza się zasady. Dlatego też, ty tam, Kolorowy Kmiocie i ten, jak mu tam było, Docent Szeling? Mniejsza, wy oboje, macie moje najszczersze słowa pogardy.

Świetlik figlarnie przemieszczał się po arenie, mogło by się zdawać, że wesoło podskakuje, jak dziecko które miało zaraz otworzyć prezent na gwiazdkę.

- Trzy warunki na których dałem ci moc: dusza twoja i twojej rodziny, twój głos i twoja chęć zemsty. I co? Jeden oddaje ci głos, drugi niszczy chęć na vendettę, brakuje jeszcze tylko żebyś mi wypowiedział umowę. Takiego bratku. I dlatego jestem tutaj i zamierzam dotrzymać naszej umowy, pamiętasz? Zobowiązałeś się wykonać swoją zemstę, nawet kiedy wyda ci się, iż cena za nią jest zbyt wysoka. Nieładnie tak odbiegać od mojego pięknego planu...

W nagłym rozbłysku Świetlik zmienił swoją postać w bardziej humanoidalną. Podszedł do leżącego i kopnął go prosto w żołądek.

- To nauczy cię, że z nami się nie żartuje.

Co mówiąc położył dłoń na jego głowie.

- A to pokaże ci, że w niektórych bajkach dla dzieci jest sporo prawdy, Przywoływaczu.

 

Była kiedyś opowieść. Długa opowieść.

O potworze zamkniętym w ludzkiej skórze.

Dla bezpieczeństwa ludzkiej rasy.

BY zamknąć potwora trzeba poświęcić trzy rzeczy.

Swój głos - krystaliczny i czysty.

Swoje sny - radosne i szczęśliwe.

I życie swoich ukochanych.

Gdy pieczęć osłabnie, potwór zacznie szaleć.

Stałeś się potworem, Przywoływaczu....

Substancje które wylewały się ciągle z pleców Edwina nagle zafalowały niczym wzburzone morze w trakcie sztormu, pokrywając ich obu i zakrywając przed wzrokiem publiczności i Fiska. Owe jajo, bo taki przybrało to kształt, przez chwilę lśniło, na zmianę czernią i bielą.

Po chwili zaś pękło, ukazując kompletnie zmienioną osobę.

- Tyle to już lat. Eh, jak miło czuć znowu świat. A to tylko dzięki tobie, Tęczowy Magu. No ale skąd mogłeś wiedzieć, prawda? Chyba cię nie zdziwiłem? Jeśli ktoś złamie warunki kontraktu mogę go upomnieć. Warunki zawsze są trzy, im więcej złamanych tym większą mamy swobodę. O tym co prawda nie mówiłem temu głupcowi, ale kto by tam dzisiaj szukał uczciwego demona, prawda?

Oczom publiki ukazał się Xanlief w pełnej okazałości. Humanoid wzrostu Edwina, odziany w czarny płaszcz z kapturem, Z dwoma skrzydłami na plecach, a raczej ich poskręcanymi karykaturami. Oba wszak wyglądały jak zgniecione i połamane przez wielką niewidzialną dłoń. Jedno z białego kryształy, lśniące tysiącami pęknięć, drugie z czarnego metalu, poprzecinanego żyłami rdzy, pulsującej niczym krew w żywym ciele. Twarz zaś przypominała Edwinową, lecz na jego czole znajdowały się trzy kryształowe pierścienie, niczym namiastka korony. Cała zaś sylwetka zdawała się być otoczona cieniutką warstwą tego samego dymu, który wcześniej tak skutecznie krępował maga.

- Pozwól że się przedstawię. Xanlief, przywódca Katagio, demonów żywiących się ludzką naiwnością i pragnieniem czynienia zła. Jesteśmy pasożytami, im więcej zła popełni nasz domownik, tym większą mamy siłę. A ten konkretny przypadek ma sporo na sumieniu. Aż dziw że chciało ci się go nawracać, podziwiam. Ale to bezcelowe. Już w chwili kiedy dał mi przyzwolenie stał się bramą, co prawda tylko uchyloną ale nad tym się popracowało i oto jestem - w głosie stwora dało się słyszeć szczere rozbawienie mieszane z zadowoleniem z siebie. Nie co dzień bowiem ktoś stawał się dla niego pełnym medium. Co prawda Edwinowi jeszcze troszkę brakowało do tego stanu, lecz Katagio mieli i na to swoje sposoby.

Na widowni zaś wśród Śniących panowało napięcie tak wielkie i gęste, że można by je kroić nożem. Wielu z nich było zszokowanych inni otwarcie gestykulowali, ukazująć swoją pogardę dla stwora.

- Spokojnie, teraz kiedy mam we władaniu Przywoływacza to i do was się dobiorę, moi drodzy oprawcy. Ale wszystko w swoim czasie, teraz muszę zająć się tym robaczkiem tutaj.

Jego uśmiech ukazywał cała gamę uzębienia, zaś sam uśmiech ciągnął się dosłownie od ucha do ucha. Wystawił dłoń w kierunku Fiska.

- Wyzywam na pojedynek prawa Logiki i Rozsądku. Ren ren teru ren, negu negu TERRATIONIS!

Czarne skrzydło zamieniło się w twarz przypominającą kobietę. Jej rysy jednym mogły wydawać się piękne, innym zaś szpetne, jeszcze inni nie zapamiętali by jej nawet, jakby wielokrotnie przed nimi się pojawiała. Nie trzeba było długo czekać by twarz owa otworzyła swoje czarne oczy i zapłakała czerwonymi łzami. Te zaś nie upadały, lecz zbierały się przed nią tworząc coraz większą płynną kulę. A gdy ta urosła do rozmiarów  dorosłego człowieka, wybuchła, wystrzeliwując w kierunku przeciwnika rdzawymi harpunami, każdy zakończony łańcuchem łączącym go z kulą.

- Dziękuję ci za ten drobny pokaz mocy i dodatkową wiedzę, obiecuję ją spożytkować.

Tam gdzie trafiły i wbiły się, natychmiast rozpoczynał się proces starzenia. Podłożę gniło, jakby było żywą tkanką, rozpadając się i wydzielając trujące opary. Co gorsza, ot tego "tworu" zdało się wcale nie zalatywać magią, tylko czystą złą wolą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Post 4 - Wybór i ból prawdy



    Fisk wstał z ziemi, kończąc swój posiłek. Niby zwykła bułka, jednak podarunek pełen dobrych intencji. Działał na jego umęczoną duszę lepiej, niż jakikolwiek lek, który mógłby mu być zaoferowany przez tutejszych medyków. W końcu Fiski działają na endorfiny, prawda?


    Rozciągnął porządnie swoje plecy, przechylając się do tyłu, w akompaniamencie cichego trzasku stawów i z pełnym ukontentowania spojrzeniem zwrócił w stronę Xanliefa swoje oblicze. Nie dane mu jednak było z miejsca odpowiedzieć swojemu nowemu adwersarzowi, bowiem ten wyprowadził w jego stronę złowieszczy, pełen złej intencji atak. Cóż, trzeba było kupić sobie troszkę czasu.


    Z cienia, który rzucał Fisk błyskawicznie wyłonił się jego widziany wcześniej sobowtór, który to złapał ów złowieszczy, zardzewiały harpun gołą dłonią i zaczął się histerycznie śmiać. Jego donośny głos zburzył panującą ciszę, rozbrzmiewając kakofonią dźwięków odbitą od kamiennej posadzki i murów areny. Szczodrze korzystał z postarzających właściwości złowrogich pocisków.


    – Mroku zalęgający moje serce, głęboki i szczery. Pełen złej woli i pragnienia zniszczenia. Awatarze zła niszczącego nasz świat. ROŚNIJ W SIŁĘ, ROŚNIJ W DOŚWIADCZENIE. CHAOSIE LUDZKIEJ DUSZY, POSTARZONY O MILENIA, POWSTAŃ.


    Spokojnym głosem oznajmił tęczowy mag. Tembr ostatniej deklaracji jednak wstrząsnął ziemią. Jej moc przygniotła lekko każdego słuchacza, jak gdyby jakaś zła wola usiadła mu w tym momencie na plecach i pchała w dół.


    Efektem tego wszystkiego, śmiejące się histerycznie odbicie mrocznej strony duszy Fiska, zaczęło rosnąć. Dosłownie i w przenośni. Jego śmiech stał się gardłowy, coraz niższy i niższy. Moc jego samego, kruszyła kamień dookoła jego stóp. Sama postać natomiast, stawała się coraz to większa i większa.

Postarzony o milenia, dzięki złowrogiej mocy przeciwnika, stał się złem pierwotnym jak sam świat, a jego masywna sylwetka, górowała aktualnie nad wszystkim, wystając ponad prześwit utworzony w suficie gigantycznej budowli.


    Zwróciła ona swoje spojrzenie na stojącego przed nim demona, po czym poczęła się pochylać. Z całej postaci w stronę Xanliefa wystrzeliły dziesiątki cienistych macek, które w kontakcie z demonem stały się twarde i strasznie wytrzymałe, karmiąc się jego złą esencją. Mrok rozwarł swoją gigantyczną paszczę nad demonem, wpatrując się w niego jak w posiłek, który zaraz zostanie skonsumowany.


    Fisk natomiast, jarzącymi się tęczowym blaskiem oczami spojrzał prosto przed siebie i powiedział.


    – Więc nie, drogi Xanliefie. Nie zdziwiłeś mnie. Przypominam, że całość moich zdolności nie bierze się jedynie z podanej ci sentencji, lecz również ze zdolności pojmowania i dostrzegania pewnych rządzących rzeczywistością zależności. Sama sentencja niczym ci będzie, jak tylko suchą, podręcznikową wierszowanką. Już na początku, moja wyczulona percepcja świata pokazała mi, że z postacią Edwina dzieje się coś złego. Jak to mówisz “pieczęci” cyrografu pokrywające jego duszę, widoczne przeze mnie z łatwością, były dla mojej osoby wielką zagadką. Do tej pory bowiem nie wiedziałem do czego służą.

    Teraz jednak nie jest to już enigmą. Muszę cię jednak zasmucić drogi Xanliefie, elementy harmonii nie mogły cię zniszczyć, nie. One jedynie przywracają równowagę, harmonię. Czujesz, jak wątła stała się nić łącząca cię z Edwinem? Powinieneś, ponieważ jest już prawie nieistniejąca. Potężniejsze już demony, takie jak sam pan Chaosu zostały przez tą siłę okiełznane. Teraz, musisz liczyć na to, że Edwin będzie chciał z tobą współpracować, w co szczerze wątpie. Żywiąca cię nienawiść i chęć zemsty jest już w nim prawie nieistniejąca. Wiem to, ponieważ jestem w stanie do dostrzec.

    Teraz pozostaje mi tylko jedno. Edwinie! Wiem, że mnie słyszysz, widzę, jak twoja dusza rezonuje w reakcji na mój głos. To nie potrwa już długo, ta więź łącząca cię z Xanliefem ponownie się umocni, a ty utracisz swoją świadomość. Jednak teraz masz szansę. Odrzuć go, wyzwól się dumny śniący! Daję ci wybór, z którego możesz skorzystać. Dar harmonii, dar przyjaźni. Wybieraj.


    Po tym, jak wypowiedział te słowa, zza krańców areny, niczym monstrualny tęczowy wodospad, ze wszystkich stron wlała się na teren obiektu, zapełniająca jej trzecią część, gigantyczna masa połyskliwej energii.

   

    Kto bowiem powiedział, że można ją pozyskiwać jedyie z bliskich odległości? Odległość, tak jak i czas, oraz przestrzeń są wartościami względnymi, zależnymi od miejsca i percepcji obserwującego. Czymś, co osoba, która poznała prawdę o rzeczywistości rozumie i potrafi wykorzystać. Osoba taka jak Fisk, tęczowy mag, który otoczony tytaniczną sferą owej energii, szykował się na odpowiedź odmowną ze strony swojego przeciwnika. Nie byłoby to wprawdzie bardzo słuszne, jednak możliwe.


    Na tym jednak widzący prawdę nie poprzestał. Wyprowadził w stronę Xanliefa atak tak złowrogi, że każdy kto zostanie nim potraktowany, nawet tak potężny demon jak on, dozna prawdziwego szoku. Nic bowiem nie boli tak bardzo jak prawda. Czysta i szczera, niczym nie zaciemniona.


    Fisk spojrzał się prosto w duszę demona, po czym wysłał mu potężny, mentalny przekaz. Pozwolił mu na krótką chwilę spojrzeć na świat tak, jak on go widzi. Może nie całkiem, jednak na tyle, by zobaczył on prawdę.


    Pozwolił mu przejrzeć barierę światów, barierę czasu, przestrzeni i wymiarów. Pozwolił mu spojrzeć z perspektywy pewnej osoby, siedzącej przed małym, prostokątnym okienkiem podpiętym kablami do czarnej skrzyneczki pokrytej guziczkami, leżącej na łóżku. Pozwolił mu również dostrzec treść zawartą w tym prostokącie zwanym “monitorem”. Jakże trafnie i złowieszczo nazwane zostało owe urządzenie, bowiem prawdziwie pozwalało monitorować poczynania Xanliefa.

 

    Demon wiedział, że patrzy aktualnie nie swoimi, a cudzymi oczami. Widział w rogu, że patrząca na to wszystko osoba tytułuje się mianem “Zegarmistrz”. Dostrzegał również, jak stuka ona w małe, kwadratowe guziczki, dzięki czemu owy “monitor” zapełnia się tekstem. Tekstem, opisującym jego poczynania, tekstem dyktującym mu jego wolę.


    Wtedy Xanlief zrozumiał, patrząc się w uśmiechniętą twarz tęczowego maga, że jest jedynie wymysłem kreatywnego i potężnego umysłu. Jedynie fikcją na papierze, która niebawem dobiegnie końca. Zrozumiał jak bardzo płytkimi są jego ambicje, które nawet nie należały do niego samego. Mógł się dalej oszukiwać, jednak jedynie mydliłby sobie oczy, z premedytacją odrzucając podsuniętą mu prawdę.



    To wszystko jednak było przeznaczone tylko i wyłącznie dla jego oczu. Sam Edwin nie miał o tym pojęcia, tak jak i publiczność, oraz inni mieszkańcy owej krainy, w której rozgrywał się pojedynek.


    Fisk Adored natomiast rozumiejąc cierpienia, które sprawił Xanliefowi płakał nad jego losem. Płakał, bowiem samemu znając prawdę dzielił z nim ten sam ból.


    – Czy teraz rozumiesz Xanliefie? Rozumiesz, jak płytkimi są twoje czyny? Odpuść, błagam cię. Odpuść...

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

Demon nie był nadmiernie zdziwiony poczynaniami maga.

Jedynie śmieszyły go one, choć był to śmiech gorzki.

- Założyłeś że nie wiem, prawda?

Głos Xanliefa mieszał się z głosem Edwina.

- Widzisz, ten tutaj śpi na tyle głęboko, że twoje prośby czy rozkazy widzi tylko jako sen na jawie. To co robię robię konsekwentnie od zarania dziejów. Przed czasem, ba, przed tym co wy moglibyście nazwać chaosem.

Biała część skrzydła rozświetliła się światłem tak jasnym, że paliło ono skórę. Formowało się, najpierw tworząc ramę a potem powierzchnię lustra.

- Tyle mówisz o harmonii i równowadze, jakbyś zakładał się jej nie posiadam. Nie uważasz że to pycha?

Wyzywam na pojedynek prawa Chaosu i Równowagi. Jen jen, tabu reno jen, exec tou Harmonic!

W manifestację cienia Tęczowego Maga uderzyło światło, wypełniając go i przepalając. Można by rzec, niszcząc. Zaklęcie bowiem podlegało prawom równowagi, a ta została zakłócona z winy Fiska. Im mniej złej woli, tym więcej dobrej. Im więcej cień wysysał jednej, tym więcej Xanlief gromadził tej drugiej. A skoro cień żywił się wszystkim co złe, mocny koktajl z tego co dobre z pewnością mu nie zasmakuje.

Xanlief z kolei wolał nie marnować czasu. Wykonał podłużny znak przed sobą, jakby rozcinał palcem powietrze a potem chwycił za nie, tak, jak ludzie chwytają by otworzyć drzwi w saloonie.

Nieskończony deszcz metalu spada poprzez głosy anielskie.
Pociąg błogosławionej niewiasty, o lufo ze stali,
Odpowiedź na nasze prośby, uwolnij moc.
Nieskończona Nawałnica Ołowiu!

Sięgając w przestrzeń wyciągnął z niej sporych rozmiarów kulę, opatrzoną licznymi kolcami. A kiedy rzucił ją wysoko w gorę, ta wybuchła, rażąc pociskami cała arenę.

Same w sobie nieszkodliwe, do momentu aż nie dotkną czegokolwiek.

Bowiem kontakt z nimi urzeczywistniał to, czego dotknęły. Zakotwiczały, uwiązywały. Myśli, cienie, słowa. Wszystko czego tknęły stawało się prawdziwe.

I oto na arenie pojawiła się bestia rozmiarów niewielkich, lecz wystarczających, bowiem wielkości dorosłego męża była. Cała czerwona, pokryta łuskami. Humanoidalna, upstrzona licznymi kolcami na ciele i w paszczy.

- Wee ki ra chs Chronicle Key en grandee sos dius yor!

Stwór zalśnił, otaczając się sferą ochronną. Gdy Xanlief zapisał jego istnienie, gotów był wyslać go na przeciwnika.

- Idź i rób swoje, bowiem czas nas nagli.

Stwór słysząc polecenie swego pana rozmył się w przestrzeni, scalając się z powietrzem wokół siebie. I w tej formie rzucił się na Tęczowego Maga, licząc na element zaskoczenia z powodu swej niewykrywalności.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Post piąty, ostatni - Konkluzja



    Gigant utkany z mroku zasłonił się ręką, przed lecącym w jego stronę świetlistym rozbłyskiem. Uderzająca w nią moc sprawiła, że zaskwierczał niczym przypalany na ruszcie kawałek mięsa. Chciał odrzucić zbędną już kończynę i kontynuować to, co zaczął. Blask jednak wypełniał jego postać niczym wirus, niczym nowotwór. Stopniowo jego ciało, poczynając od ręki, ulegało rozkładowi równie szybkiemu, co spalany w silnym ogniu kawałek bibułki.


    W ostatniej chwili z tytanicznej postaci górującej nad areną nie pozostało nic, prócz wyskakującego z niej w ostatniej chwili małego człowieczka, do złudzenia przypominającego Fiska. Teraz, obie jego osoby stały koło siebie wpatrując się z niedowierzaniem w stojącego naprzeciwko demona.


    – Nie jest pychą patrzenie z góry na pasożyta, żerującego na według niego słabszych istotach, tylko po to by mógł manifestować swoją osobę. Nawet, jeśli jest bardzo stary i potężny, jak ty. Jest jednak ignorancją twierdzenie, że pojedynek, który miał rozegrać się pomiędzy Edwinem, a mną wciąż mnie dotyczy. Edwin dokonał swojego wyboru, teraz ja zrobię to samo. WYSTARCZY. - Powiedziały dwie pary ust jednocześnie


    Gdy tylko ostatnie słowo rozbrzmiało, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czas dookoła zatrzymał się. Jedynymi zdolnymi do poruszania się osobnikami byli on i Xanlief, stojący naprzeciwko.


    To doprawdy niesamowity widok oglądać, jak grad kolczastych kul, który miał zbombardować otoczenie zawisł w bezruchu. Można było podziwiać do woli każdą rysę, każdy kolec z osobna. Ich chropowatą fakturę, tak dobrze widoczną, gdy nie wirowały z zawrotną prędkością pędząc w dół.


    Zlana z powietrzem czerwona bestia, jakże dobrze widoczna dla kogoś, kto odróżnia wzrokiem grawitację, od czasu, oraz materii zastygła w karykaturze złowieszczego ataku tuż przed twarzą tęczowego maga. Fisk przyjrzał się jej dokładniej. Czerwony, pokryty łuskami humanoid wyglądał na naprawdę niebezpiecznego. Nie jednak dla kogoś, kto atakami czysto fizycznymi od jakiegoś czasu nie musiał się przejmować. Czym jest bowiem ciało, jak nie jedynie workiem mającym chronić to, co naprawdę ważne w egzystencji istoty myślącej?


    Fisk wyciągnął w stronę stworzenia dłoń, czując jak jego wymyślne osłony pękają pod jej naciskiem niczym bańka mydlana. Zatrzymał kończynę tuż przed nim i pomyślał przymykając oczy. Kontemplował fakt tego, że odległość, czas, oraz przestrzeń są jedynie pojęciami względnymi, zależnymi od percepcji obserwatorów. Gdy otworzył, swoje jarzące się delikatnym blaskiem oczy, czerwonej bestii nie dało się nigdzie zauważyć. Nie skrzywdził jej jednak, jedynie odesłał tam skąd przybyła, gdziekolwiek by to nie było.


    Czas nadszedł teraz na poświęcenie odrobiny uwagi Xanliefowi. Z głębi swojego plecaka, tęczowy mag wyjął znany z pierwszego toczonego przez niego pojedynku pryzmatyczny kryształ. Ten był jednak inny, widać nie uważał on, że lepsze jest wrogiem dobrego. Jest jedynie odrobinkę inne.


    Masyw tęczowej mocy wdzierającej się na teren areny wyrwał się ze stuporu, ponownie ruszył przed siebię, zamykając tęczowego maga w morzu energii, tylko czekającej na spożytkowanie. Z głębi tego chaosu różnobarwnych rozbłysków dało się dostrzec przebijające przez wszystko światło, czyste i potężne, emanujące z kryształu i wprawiające w rezonans całą zgronadzoną dookoła moc.


    (...)


    Pustka, wszechogarniająca próżnia kosmosu. Niczym nie wzmącony spokój tego miejsca zachwiał się w momencie, gdy w pewnym oddalonym o miliardy lat świetlnych od początkowego miejsca starcia punkcie, pojawił się dryfujący kawałek kamienia, kawałek areny, na którym widoczna była postać Xanliefa. Spokojnym ruchem dryfowym zbliżał się owy odłamek skalny w stronę gigantycznej czarnej dziury, pochłaniającej wszystko na jej drodze, niczym nigdy nie mogąca być nasyconą paszcza gigantycznego stwora.


    Gdzieś dalej, niewidoczny gołym okiem w tej pustce unosił się Fisk, wraz z ogromem mocy, zabranym ze sobą.


    Czystą manifestacją swojej woli wysłał w stronę dryfującego kamienia przekierowany deszcz meteorytów, usiłując zepchnąć go w nicość. Mało…


    Sięgnął dłonią w stronę gigantycznej asteroidy, która dryfowała gdzieś w okolicy. Tchnął w nią cząstkę mocy, by zalśniła tęczowym blaskiem i wystrzelił ją w tym samym kierunku z prętkością dorównującą światłu. Mało…


    Hm, ale przecież skoro wykorzystywana przez niego moc przepełnia wszystko, jaki jest sens jej gromadzenia, skoro można ją zwyczajnie wykorzystać? Zamknął oczy, a później działo się wiele.


    W ogromie kosmosu on, w swojej dualnej postaci stał się bytem niematerialnym, scalając się z otaczającą go mocą i rzeczywistością. Jego manifestacja przypominała aktualnie dwie postaci, jedną utkaną z rozświetlonej tęczową mocą energii, oraz drugą, z mroku tak czarnego, że nawet na tle pustki kosmosu odznaczała się wyrażnie od reszty otoczenia. Spojrzały one w przestrzeń pomiędzy sobą, by równocześnie złapać mocarnymi rękoma znajdującą się pomiędzy planetę. Trzymaną w ten sposób, zupełnie jak piłkę do koszykówki z obu stron uderzyły mocarnie w swojego oponenta. Wyrwana z orbity planeta służyła jedynie jednemu celowi. Była młotem, była taranem, była siłą niszczącą z którą należało się liczyć i po uderzeniu w cel eksplodowała tworząc supernowę. Supernowę jasną niczym tysiąć słońc.


    Mało


    Dookoła tego zajścia pojawiła się kolejna para sylwetek, identyczna jak poprzednia. Pojawiały się wciąż i wciąż stając się niepoliczalną ilością par, które to były osobą Fiska z różnych innych momentów w czasie, przed i po tym zajściu. Wszystkie one dzierżyły pomiędzy swoimi kończynami już nie planety, a gwiazdy, będące słońcami pomniejszych układów słonecznych. Wszystkie, jak jeden mąż cisnęły nimi w to samo miejsce co poprzednie pociski, powodując wybuch tak wielki, że nie istnieją słowa na opisanie takiego zjawiska.


    MAŁO


    Chwiejące się w mocy wybuchu sylwetki, ostatkiem sił i mocy uderzyły swoimi gigantycznymi pięściami w to samo miejsce, a te, które nie mogły się zmieścić jedynie napierały swoimi niemożliwie rozległymi ciałami od zewnątrz. Spowodowało to paradoks czasowy. Całość materii, czasu, przestrzeni. Wszystko, co da się ująć słowami poczęło sypać się niczym domek z kart. Pękało, niczym zbita szklanka, rozsypując się na miliony drobnych kawałków, które również implodowały nie pozostawiając po sobie niczego.


    Całość rzeczywistoći, całość istnienia uległa właśnie unicestwieniu. Biała pustka zapełniła wszystko.


    (...)


    Stojący na środku areny Fisk Adored, trzymał pomiędzy swoimi dłońmi pryzmatyczny kryształ, wewnątrz którego zawarta została energia nawet nie tyle co umierającego świata, co roztrzaskanej w drzazgi rzeczywistości. Wszystko co się stało, stało się wewnątrz niego, w wirtualnym miejscu przez niego uformowanym.

 

    Jego oczy ciągle jarzyły się nieziemskim blaskiem, a twarz wyrażała żal po tak wielkiej katastrofie, nawet jeśli była ona jedynie utratą czegoś na tą potrzebę wykreowanego. Wiedział bowiem, że było tak może z jego punktu widzenia, jednak nikt nie mógł odmówić prawa istnienia tamtemu miejscu, które realne było jak każde inne, a teraz zwyczajnie przestało egzystować. Było tak, ponieważ wiedział, że miejsce w którym się znajduje, prawdopodobnie również jest czymś takim.


    Wszystko to co się stało, na arenie trwało może dwie, trzy sekundy. Raptem mgnienie oka. Wyglądało to tak, jak gdyby w bardzo szybkim ruchu całość zgromadzonej mocy została zassana przez trzymany w rękach kryształ. Stało się to w silnym rozbłysku światła, prawie natychmiastowo.


    Fisk trzymając owy przedmiot przetaksował wzrokiem stojącą naprzeciw niemu istotę, po czym uśmiechnął się do siebie i schował kryształ z powrotem do plecaka. Nie, żaden czyn przez niego wyrządzony nie zasługuje na użycie tak wielkiej siły niszczącej. Może kiedyś, może jako reakcja na jego przyszłe działąnia, ale zdecydowanie nie teraz.


    – Xanliefie, jak już mówiłem wcześniej. Nie z tobą przyszedłem się tutaj pojedynkować, dlatego też nie mam zamiaru tego dłużej robić. Nie rozumiem po co miałbyś chcieć tego starcia, ale dlatego, że nie rozumiem, nie mam zamiaru się tym przejmować. Żegnaj demonie i obym nie musiał cię nigdy więcej oglądać na oczy.


    To powiedziawszy, uchylił ronda swojego kapelusza, po czym zniknął w naciągniętym na siebie zielonym kapeluszu z cichym pyknięciem. Czas na arenie wrócił do normy, a co zrobi w odpowiedzi na to wszystko Xanlief, to go już zwyczajnie nie obchodziło.


    Nie zostawił jednak tego wszystkiego od tak. Chwilę później, narzucając się pewnym królewskim siostrom, uprzednio oddając im formalny pokłon poinformował, o grożącym ich krainie zagrożeniu, któremu nie był w stanie sprostać. Zaoferował swoją pomoc, oraz po uprzednim wyjaśnieniu czym jest owy adwersarz pozostawił zasępione władczynie samym sobie.

 

    Opuścił tą rzeczywistość tak, jak się w niej pojawił, by nigdy już do niej nie zawitać. Może i piękna, jednak nie był to jego dom.

 

    Jego dom natomiast czekał już na niego w jego rodzimym kraju. Mała kawalerka w mieście Krakowie, do której miał się wprowadzić już za tydzień. Tam było jego miejsce, wśród osób na których mu zależy, nie na arenach Sali Magicznych Pojedynków.


Był to już ostatni mój odpis w tym pojedynku magicznym. Dziękuję za możliwość uczestnictwa, oraz dobrą zabawę wynikającą ze stukania w guziczki mojej klawiatury. Świetlanej przyszłości, oraz bystrości umysłu życzę każdemu, kto wytrwał wraz ze mną, w tym turnieju. Teraz natomiast wspomniana przeprowadzka wymaga od kotorożców skupienia się na czymś innym, niż ściany tekstu. Do następnego razu, o ile taki kiedyś nadejdzie. Pa~~

Edited by Fisk Adored

Share this post


Link to post
Share on other sites

W ten oto sposób dotarliśmy do końca finałowego pojedynku, wieńczącego Wielki Turniej Magicznych Pojedynków! Pozostał jeszcze jeden, ostatni akt - wyłonienie zwycięzcy ostatecznego starcia i laureata Statuy Glorii. O tę nagrodę walczyli przed chwilą wielcy finaliści - Fisk Adored i Zegarmistrz. Zwycięzca może być tylko jeden, toteż...

 

Nadszedł czas na Wasz ruch, szanowna publiczności! Byliście świadkami wielu pojedynków, a Wasze zmysły nie raz były karmione widowiskowymi efektami, towarzyszącymi przy wyzwalaniu największych pokładów energii, które to poprzedzały kolejne zaklęcia. Uznając swych zwycięzców, niejednokrotnie obdarzaliście ich chwałą, a poprzez wskazywanie ich, wyciąganie kciuków w górę, pokazywaliście, że to właśnie oni zasłużyli sobie na miano zwycięzcy.

 

Tak więc, potrzebujemy Was i tym razem.

 

Kto popisał się większą mocą i pokazał, że faktycznie zasługuje na Statuę Glorii? Kto dowiódł swej wyższości i wykazał się największymi umiejętnościami, wygrywając w Waszych oczach i jawiąc się jako ostateczny zwycięzca Turnieju? Czy był to Fisk Adored? A może Zegarmistrz? Wybór należy do Was. Komentarze i wrażenia mile widziane.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Postanowiłem, że wypowiem się na tema tego pojedynku. 

 

Po pierwsze chciałem z serca pogratulować obu mistrzom, których posty czytało się wyśmienicie, a pomysły dziwiły i bawiły jednocześnie. Moje gratulacje i wyrazy uznania zarówno dla Fiska jak i Zegarmistrza.

 

Drugą sprawą jest rozstrzygnięcie kto wygrał tę potyczkę. Według mnie sprawa tak na prawdę nie może zostać do końca rozstrzygnięta, gdyż pojedynek zakończył się dość nietypowo. Oczywiście rozumiem i popieram decyzję Fiska o tym, iż są ważniejsze sprawy niż ściany tekstu, niemniej nie zmienia to faktu nietypowości zajścia.

 

Poziom postów, ich długość i oprawa opisowa są niewątpliwie domeną Fiska. Nie można odmówić tutaj zwycięstwa. Każdy post jest dopracowany, zachwyca dokładnością i przemyśleniem. Wypowiedzi Zegarmistrza są o wiele krótsze i bardziej konkretne. Według mnie jednak pomysły są najważniejsze w tych pojedynkach i choć oprawa często pozostaje elementem decydującym o zwycięstwie tudzież porażce, to według mnie ten pojedynek taki nie jest. 

 

Uważam, że głównie pomysły powinny być brane pod uwagę, a tu obaj oponenci wykazali się świetną wyobraźnią i mądrością w rozwiązywaniu problemów. (Fisk ten fragment o prawdzie i siedzeniu przed komputerem, był iście genialny.)

 

Ponieważ posty Zegarmistrza czytało mi się bardzo dobrze to oprawa nie jest dla mnie kryterium rozróżniającym na tyle, ażeby określić zwycięzcę. Pomysły uważam za równe sobie, choć w pełni nie wykorzystane, gdyż na pewno obaj zawodnicy mieli jeszcze wiele w zanadrzu. Z doświadczenia wiem, że przynajmniej Zegarmistrz najlepsze zostawia na koniec i często Jego "czary" aktywują się dopiero po kilku postach. Gdyby nie to, że Fisk się wycofał na razie nie potrafiłbym wyłonić zwycięzcy, jednak dla mnie rezygnacja oficjalna jest dość mocnym wyrazem. Dlatego poprę Zegarmistrza w oficjalnym głosowaniu.

 

Szczerze jednak uważam, że nie wiem jak chęci zawodników dopiszą i cierpliwość Hoffmana, ale można by w innym terminie kontynuować starcie i wtedy oficjalnie wyłonić zwycięzce, gdyż na chwilę obecną dla mnie bez względu na wynik oficjalny jest remis.

 

Dziękuję zawodnikom za umilenie czasu i wysiłek w to włożony, z całego serca pozdrawiam i życzę Bożego błogosławieństwa.  

  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie byłem zwolennikiem magicznych pojedynków, i w sumie nadal nie jestem i nadal uważam je za co je uważam, ale finał przeczytałem. To jak z Polakami, niby tu nie ten, się nie interesują, ale finał obejrzą.

No cóż.

Warto było.

Powiem więcej, może nawet wezmę udział w następnej odsłonie pojedynków.

Ale co na pewno wiem, to to, że dla mnie wygrał Fisk. Kupił mnie już od samego początku. Po prostu. I fakt, Zegarmistrz też zasługuje na specjalne wyróżnienie, czy nawet "słowika publiczności", ale nadal - To Fisk mnie ma.

Koteł ma łabuńdzia. Hue.

Trzym się Fisk! ;)

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciekawy pojedynek, nie powiem.

 

Moim laureatem jest Fisk. Powód? Bardzo prosty:

Doskonale opisane wszystko co robi, widzi, czuje, poprzez bardzo rozbudowane posty (fakt, do Albericha brakuje, jednak w porównaniu do postów Zegarmistrza są całkiem całkiem). Bardzo ciekawe czary i pomysły na kontr-ataki.

Zegarmistrz również popisał się ciekawymi pomysłami jednak... Odniosłem wrażenie, iż kopiował je od innych lekko tylko modyfikując. Odczułem tu niedosyt, głównie dlatego, iż jego posty były znacznie mniej opisowe. Brakowało w nich emocji. Ponadto, Zegarmistrz (przynajmniej dla mnie) sprawiał wrażenie ignorującego czynności Tęczowego Maga. Za wszęlką cenę próbował się wynieść nad niego, a w ostatnich postach nie walczyła postać zgłoszona do pojedynku, tylko jakiś "super op wałach" ze słabego generatora OC (tak go właśnie widzę). Sam Fisk w pojedynku stwierdził, że to nie z nim miał walczyć.

Znam Fiska na tyle, iż mogę spokojnie stwierdzić, że przerwał pojedynek nie ze względu przeprowadzki, a ze względu na wyżej wymieniony przeze mnie powód miał walczyć z Xanliefem, nie z ignorującym jego działania random OC.

 

Podsumowując:

Zegarmistrz przegrał w moich oczach poprzez ignorowanie i niedocenianie swojego przeciwnika i jego akcji, kompleks boga, oraz podmienienie na końcu postaci.

Edited by Decaded

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tego za wiele.

Mam wiele wad, prawda, kilka nawet mogło by się wepchnąć w ten pojedynek.

Ale nie pozwolę żeby ktoś stwierdzał, że ignoruję oponenta.

Co to to nie.

Bo to pomówienie zarówno mnie, jak i obrażanie Fiska.

Pokaż mi waść gdzie zignorowałem mojego przeciwnika, albo odwołaj swoje słowa.

 

Niedocenianie? Jak można nie docenić kogoś, kto jest bogiem? Z nas dwóch to Fisk jest tutaj wszechmocny. Nieograniczone możliwości i energia. Uwierz, doceniłem każde słowo które Fisk poświęcił na mnie, nie pozwolę żeby ktoś mówił inaczej.

 

W moim odczuciu przegrałem ten pojedynek już w 2 poście, Fisk wyraźnie dał mi do zrozumienia, że chce to zakończyć jak najszybciej.

Na początku myślałem że nie ma czasu na to, teraz, czytając ciebie zastanawiam się czy powodem nie są moje niedorównujące mu umiejętności pisarskie...

I podejrzewam że więcej osób tak będzie sądzić.

 

Szanuję osoby które się tu już wypowiedziały, szanuję też te które zagłosowały, zarówno na mnie i na Fiska. Ale wypadało by zatrzymać farsę zanim ta się rozkręci.

Tak długo jak trwa głosowanie, tak długo zarówno ja, jak i Fisk jesteśmy zawodnikami.

A ja, Hoffmanie, poddaję się.

Ankieta nie będzie już potrzebna.

Jeśli nie czuję się zwycięzcą, nie widzę powodu do brania udziału w głosowaniu, które może tego zwycięzce wyłonić.

 

Mam nadzieję że jeszcze zdarzy mi się stanąć w tym miejscu ramię w ramię, boć naprzeciw, najlepszym Magom Equestrii.

Dziękuję każdemu kto śledził moje starcia, każdemu kto pomógł mu dotrzeć tak daleko. Każdemu kto nauczył mnie czegoś nowego.

Mam nadzieję że moje wygłupy urozmaiciły komuś jego wieczność ^ ^

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przykłady? Proszę bardzo, mości Zegarze:

 

1) Kompletnie olałeś Elementy (dokładniej, to ich moc). Opisałeś zachowanie postaci w sposób taki, jakby nic się nie stało, stąd właśnie owe stwierdzenie.

Jak wiemy, Elementy mają moc przywracania wszystkiego do równowagi. Idąc tym tropem, owy demonik NIE MÓGŁ mieć żadnego wpływu na postać. A już napewno, nie tak mocnego (że już nie powiem, iż powinien zostać wypiórdolony). Zapewne odpowiesz, coś w stylu, że "ten demonik taki już był". Nope. Nope. Nope. Naciąganie faktów pod swoje widzimisię i robienie z siebie większego OP niżli największe baddasy wszechficków. Szczerze powiedziawszy, miałeś szanse na wygraną w moich oczach, ale tym aktem przekreśliłeś ją całkowicie. Mogę się mylić w owym stwierdzeniu, dlatego wezmę pod uwagę fakt, iż mogłeś nie zrozumieć ich działania (chociaż jako członek fandomu i ktoś oglądający serial powinieneś).

Edwin powinien wrócić do kontroli nad sobą, Ty natomiast stwierdziłeś "ni cholery" i dąłeś w zaparte, przedstawiając demona nade wszystkim. Ewidentnie tu wybrałeś zmianę postaci. Nazywałeś się Śniącym, po czym mogę stwierdzić, iż planowałeś to od początku, więc nie ważne, co Fisk by zrobił, on w końcu by wylazł (prawda?).

 

2) Arena opisana przez Fiska. Nawiązałeś cokolwiek do niej? Zobaczmy... Em... Czekaj, nadal szukam... Nope, nie widzę. Olane.

 

3) Podany przez Fiska cytat o magii oraz to, że jej nie używa. Cisnąłeś nim w barierę antymagiczną, mogąc spowodować śmierć wielu widzów. Fisk wyraźnie zaznaczył, jak działają jego zaklęcia. Odniosłeś się do tego? Hm... Nie. Olane.

 

Sądzę, że tyle wystarczy.

Na odchodne dodam, iż mam dziwne wrażenie, jakoby wszystko co pisał Fisk, było jedynie przeszkodą do zrealizowania Twojego pierwotnego planu. Wiem również, iż zdradziłeś Fiskowi, że to nie Ty (Edwin) się uczyłeś, tylko owy demonik, co pięknie wskazuje na Twoje priorytety.

 

Tak na marginesie:

Piszesz "Panie i Panowie, chłopcy i dziewczęta. Ci którzy towarzyszyli nam, walczącym, przez te wszystkie batalie! Pragnę przywitać was i podziękować wam, wszak to wy właśnie napędzacie nas ku lepszemu. To dla was staramy się bardziej, mocniej i szybciej. I to wam dedykuję tą walkę. Oby nie zawiodła waszych oczekiwań!", a tak naprawdę, postać napędza żądza zemsty. Ładne kłamstewko.

 

Dodatkowo, napisałeś teraz:

 

Niedocenianie? Jak można nie docenić kogoś, kto jest bogiem? Z nas dwóch to Fisk jest tutaj wszechmocny. Nieograniczone możliwości i energia. Uwierz, doceniłem każde słowo które Fisk poświęcił na mnie, nie pozwolę żeby ktoś mówił inaczej.

 

Mówisz, że przegrałeś. Stwierdzasz, iż Fisk miał nieograniczoną moc. Pojedynek się skończył, ale Ty nadal grasz robiąc z Fiska OP postać (ponieważ wiesz, że publika tego nie lubi i chcesz zwiększyć przez to swoje szanse na wygraną w głosowaniu [bądź podbudować swój autorytet robiąc z siebie męczennika], pomimo stwierdzenia, że się poddałeś).

Fakt faktem, byśliście sobie równi, jeżeli idzie o moc. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia i umiejętne korzystanie z niej.

 

PS.:

Nadal masz wątpliwości? Masz mój numer GG. Proponuję tam się przenieść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

1. Mate...piszesz tak, jakby demon od początku był w Edwinie ._.'''''''''''

Lol, nope.

Co miało strzelenie w Edwina i przywrócenie jego harmonii do tego, że demon siedzi sobie wygodnie u siebie w domu i nagle mu światełko nad drzwiami z napisem "Ktoś ci psuje dłużnika" zapala? Strzelił, zrobił swoje, to demon przyszedł zobaczyć co się wyprawia. Nie wyprawia się dobrze, to trzeba działać. Gdyby Fisk zdecydował się na drugi strzał, było by po ptakach, bo wtedy autentycznie strzelił by w niego. Tu akurat się machnąłeś i to daleko O.o Kolesia nie ma na arenie a ty się dziwisz że strzał na tej arenie na nie go nie wpłynął? A co on, Kennedy żeby 6 razy oberwać jedną kulą?

 

2. A co miałem nawiązywać? I kiedy? Plan co prawda był żeby posągi ożyły, ale uwierzysz że się nie wyrobiłem w czasie? Po co mam opisywać jak mój pocisk zdąża w kierunku pięknie opisanego przez Fiska posągu kiedy ja celuję nim w Fiska? To że w poście nie planuję wychwalać architektury tego miejsca nie znaczy że je ignoruję. O ile mi wiadomo(zerk w opis Fiska) arena ma płaskie podłoże i to ono, jak na razie, powinno mnie interesować. Gdybym miał czas na wykorzystanie reszty, to może i bym się bardziej na wykorzystanie tych opisów pokusił. A jeśli to twoim zdaniem jest ignorowanie kogoś, to Hoffman powinien być najbardziej ignorowaną osobą w tym dziale, bowiem nieliczna grupka, ze mną na czele, wykorzystywała opisy jego aren w walce O.o

 

3. MG stosuje coś, co nazywam Oddzielaniem Wiedzy. Nie jesteś postacią, a postać nie jest tobą. To że ty umiesz otwierać zamki, to nie znaczy że postać Wojownika którego prowadzisz też to umie. Ja wystawiłem w turnieju Edwina - postać. A ty zakładasz, że wiesz lepiej niż ja, jej twórca, co postać wie i rozumie. Dobre, następnym razem jak będę tworzył NPC na sesję, zgłoszę się do ciebie, z pewnością lepiej mi wytłumaczysz co mogą a czego nie mogą postacie tworzone przeze mnie...

 

Wniosek - przedstawione przez ciebie argumenty to nic więcej jak domysły. A z tych tworzysz pomówienia...

Co jak co ale po tobie, to akurat oczekiwałem więcej :(

Co gorsza, mówisz wprost, że snujesz domysły, bowiem nawet Fiskowi nie powiedziałem wszystkiego a tylko żeśmy na Zgorzeleckim teoretyzowali co mogło i nie mogło by się stać. I wszystko było, przynajmniej z mojej strony, nie wiem jak Fisk, utrzymane w gatunku "A gdyby babcia miała wonsy". I oceniasz mnie poprzez pryzmat niczego innego, jak zasłyszanej plotki? To boli.

 

Oceniasz to czy postać kłamie czy nie? Serio?! A co miałem napisać, jako postać, "Witajcie gapie, popatrzcie sobie jak ja tutaj będę próbował zrobić krwawą łaźnię dla zaspokojenia własnych celów i potrzeb, a tak właściwie to mam was gdzieś i was nie potrzebuję, o!"? Rozumiesz chociaż pojęcie "gra postaci"?

Tutaj akurat nawet nie wiem co powiedzieć, to przestaje być śmieszne...

 


Dodatkowo, napisałeś teraz:



'Zegarmistrz', dnia 28 Marz 2014 - 8:30 PM, napisał:

Niedocenianie? Jak można nie docenić kogoś, kto jest bogiem? Z nas dwóch to Fisk jest tutaj wszechmocny. Nieograniczone możliwości i energia. Uwierz, doceniłem każde słowo które Fisk poświęcił na mnie, nie pozwolę żeby ktoś mówił inaczej.



Mówisz, że przegrałeś. Stwierdzasz, iż Fisk miał nieograniczoną moc. Pojedynek się skończył, ale Ty nadal grasz robiąc z Fiska OP postać (ponieważ wiesz, że publika tego nie lubi i chcesz zwiększyć przez to swoje szanse na wygraną w głosowaniu [bądź podbudować swój autorytet robiąc z siebie męczennika], pomimo stwierdzenia, że się poddałeś).

Fakt faktem, byśliście sobie równi, jeżeli idzie o moc. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia i umiejętne korzystanie z niej.

 

Potrzebowałem dobrych 5 minut żeby przeczytać to kilka razy...w normalnych okolicznościach pomyślał bym że żartujesz. Ale widząc poprzednie "argumenty" dochodzę do wniosku że chyba nie czytamy tego samego tekstu.

Może wyjaśnię ci, jak ostatnio Talarowi tłumaczyłem, co to znaczy.

Nikt tu z siebie i z nikogo nie robi męczennika. Jestem osobą która ma na tyle jaj, by przyznać otwarcie że przegrała. Tyle. Nic więcej, nic mniej.  Brak podtekstów i ukrytych znaczeń.

Teraz do ciebie dotarło?

Żadna ze stworzonych przeze mnie postaci nigdy nie była wszechmocna. Ograniczały je nie tylko "wyobraźnia i umiejętne korzystanie z niej" ale też stamina, mana, energia oraz kilka innych czynników. Jako nieliczny z członków turnieju zaplanowałem postać która ma ograniczenia. Co prawda nieumyślnie, o moim błędzie poinformowano nie po czasie, ale jednak. Edwin to nie worek bez dna. Męczy się, może zostać zraniony, może się nawet głupio skaleczyć. Nie ma nieograniczonej energii i to jest jego mocna strona, bo powoduje że jest bardziej realny. Regulamin turnieju nie zabrania grać postaciami które są OP, ba, nawet skłania do tego, bo to może być o wiele ciekawsze niż patrzenie jak ktoś strzela czymś ze 3-4 razy i pada ze zmęczenia. Tutaj NIE BYCIE OP jest źle odbierane przez publikę.

A Fisk owszem, był OP, od początku do końca(i nie mówię tylko o moim pojedynku). Sam to przyznał w rozmowie ze mną, kiedy mu przyznałem że nie widzę szansy w walce z kimś kto ma nieograniczoną energię. To zostało skwitowane cytuję:"Sam sobie taką postać stworzyłeś, nie było ograniczeń".

I to jest dobre - nie wiem czemu widzisz to jako coś negatywnego.

Fakt, granie postacią z ograniczeniami to taki strzał pod publikę "A nuż go polubią bo jest inny niż reszta" - ale w ostateczności taka postać nie wygra(bo fizycznie/magicznie się nie da) z postacią bez ograniczeń. Nieważne jak wielka by była wyobraźnia autora.

I nie jest to w żadnym razie gra pod publikę, bo jak powiedziałem, do momentu aż głosowanie się nie skończy, jesteśmy uczestnikami, a skoro tak, to mam prawo, jak każdy uczestnik, zrezygnować. I właśnie z tego prawa korzystam.

To ma ze mnie zrobić męczennika?

Idź poczytaj posty Dwaggiego, zrozumiesz pojęcie tego słowa xD

 

A piszę to wszystko tutaj, a nie na PW, bo wolę wyjaśnić tą sprawę nie tylko tobie, ale też tym, którzy mogli by z twoich pomówień wyciągnąć jakieś zwichrowane wnioski.

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Brawo, Zegarze. Brawo.

Właśnie przepięknie pokazałeś, jak powinien wyglądać (prawie) idealnie napisany post pod publikę.

Jesteś osobą inteligentną, wiesz czego ludzie oczekują i za czym pójdą. Umiesz się też wykręcać z sytuacji dla Ciebie nieprzyjemnych, obracając je na swoją korzyść (co pięknie obrazuje Twój ostatni post), jednakże... Ciężko mi zrozumieć, co właściwie chciałeś mi (nam) przekazać.

 

Nie chcę zbędnie offtopować, dlatego z góry zaznaczam, że jest to mój ostatni post na ten temat. Od początku opisuję to, co widzę ja i to, co mi się nie podoba lub podoba. Nie obrażam, nie pomawiam. Wyciągam to, co widzę i omawiam tak, jak widzę i jak to odbieram. I żeby nie było nie bronię nigdzie Fiska (choć pewnie tak to odbierasz, czytając mnie).

 

1) Postać Twoja, została mi przedstawiona w taki, a nie inny sposób. Zaznaczyłeś, że postać miała podpisany pakt z owym demonem, co wcale nie wyklucza, iż nie mógł w niej być od początku, ale nie o to chodzi. Po oberwaniu Elementami, dostała ona wybór (co Fisk zaznaczył). Ty tak pokierowałeś, żeby owy demon pozostał (choćaż używając minimalnej ilości logiki, powinien zostać odcięty, ponieważ elementy PRZYNAJMNIEJ naryszyły owe pieczeci) w Edwinie i zachował tyle mocy, żeby zagłuszyć słowa Tęczowego Maga. Jak dla mnie? OP AS FU*K.

 

2) Jakiekolwiek nawiązanie do czynności oponenta jest mile widziane i wpływa znacząco na podniesienie jakości pisanych postów. Przynajmniej w moim mniemaniu.

Porównajmy na szybko, do ilu rzeczy opisanych przez Ciebie nawiązał Fisk? A do ilu Ty? Odpowiedź na te pytania zachowaj dla siebie i wyciągnij z nich wnioski.

Hoffman jest organizatorem, nie uczestnikiem. Nie on uczestniczy w pojedynku, a Ty i Twój przeciwnik.

 

3) To nie jest sesja, drogi Zegarze. Nie ma tu mistrza gry, ani graczy mu podległych. Jest arena i dwójka zmagających się przeciwników. Podobne, ale zupełnie inne.

To tak jak porównać cegłę do kamienia. Z obudwu można zbudować dom i będzie równie stabilny, jednak są to zupełnie inne materiały o innych właściwościach.

(Co ma kamień do tego wszystkiego? Nie wiem. Tak mi jakoś pasowało owe porównanie.)

 

 

 


Wniosek - przedstawione przez ciebie argumenty to nic więcej jak domysły. A z tych tworzysz pomówienia...

Co jak co ale po tobie, to akurat oczekiwałem więcej :(

Co gorsza, mówisz wprost, że snujesz domysły, bowiem nawet Fiskowi nie powiedziałem wszystkiego a tylko żeśmy na Zgorzeleckim teoretyzowali co mogło i nie mogło by się stać. I wszystko było, przynajmniej z mojej strony, nie wiem jak Fisk, utrzymane w gatunku "A gdyby babcia miała wonsy". I oceniasz mnie poprzez pryzmat niczego innego, jak zasłyszanej plotki? To boli.

Błąd.

Przedstawione przeze mnie argumenty zostały wyciągnięte z tego, co sam przedstawiłeś, oraz z tego, co sam zaobserwowałem. Jeżeli prawda jest dla Ciebie domysłami i pomówieniami, to bardzo mi przykro, ale musisz się nad sobą zastanowić.

Również oczekiwałem po Tobie więcej. Smutne.

 

Nigdzie nie stwierdziłem, że czegoś się domyślam. Przedstawiłem sytuację, jak ją widzę. Owszem, nie siedzę w Twojej głowie, dlatego nie znam wszystkich planów względem postaci / pojedynku / Twojej kolacji, czy sposobu drapania się po brzuchu (cokolwiek ma to do rzeczy [wiem, że nic]).

 

I tutaj mamy poważny zgryz. Jestem osobą, która z wyboru nie ocenia nikogo w jakikolwiek sposób. Nie patrzę na nikogo z góry / boku / dołu / innego wymiaru, czy czegokolwiek, dlatego Twoje stwierdzenie jest inwalidą. Sądziłem, że znasz mnie na tyle, żeby to wiedzieć. Faktycznie, smutne.

Pamiętaj też, że nawet w plotkach jest ziarno prawdy, jednakże twierdzenie, iż oceniam na ich postawie jest błędne.

 

Also: "wonsy"

Lubię.

Pewnie teraz stwierdzisz, że specjalnie. Trudno. I tak lubię.

 

 


Oceniasz to czy postać kłamie czy nie? Serio?! A co miałem napisać, jako postać, "Witajcie gapie, popatrzcie sobie jak ja tutaj będę próbował zrobić krwawą łaźnię dla zaspokojenia własnych celów i potrzeb, a tak właściwie to mam was gdzieś i was nie potrzebuję, o!"? Rozumiesz chociaż pojęcie "gra postaci"?

Tutaj akurat nawet nie wiem co powiedzieć, to przestaje być śmieszne..

To stwierdzenie było tylko ciekawostką, nijak tyczącą się reszty. Nie oceniam szczerości postaci, a pojęcie "gra postaci" jest mi dobrze znane.

Dodam też, że całość owego "sporu" (że tak to nazwę) nie była dla mnie ani trochę śmieszna. Jeżeli Ty się z tego śmiejesz, to dobrze, albowiem dodatkowe endorfiny są wskazane dla Ciebie (przynajmniej z mojegu punktu widzenia).

 

 

Postać z ograniczeniami bądź nie. Co to ma do rzeczy w takich pojedynkach? Tu każdy może wygrać, bez względu na swoją moc. Tu głos ma publika, nie siła postaci.

Stwierdzenie typu "przegram z nim, bo zrobiłem postać z ograniczeniami, a on jest bogiem", jakie właśnie przedstawiłeś, stawia Cię w słabym świetle (przynajmniej dla mnie). Czyste zagranie psychologiczne, mające na celu zaskarbić sobie publiczność (nawet, jeśli nie celowe).

Lekko zbaczajac z tematu zaznaczę, iż ja bardzo nie lubię ludzi / postaci / czegokolwiek, co (kto) poddaje się na samym (lub prawie) starcie. Zwykłe biadolenie mające na celu zebranie atencji otoczenia. Tak, ja to tak widzę i jest to moje zdanie i w żadnym wypadku nie twierdzę, że widzi to tak każdy.

 

Tak na marginesie, nie wiem, dlaczego nawiązujesz do postów Dwaggiego. To zupełnie inna liga, ale skoro lubisz się z nim porównywać... Pozostawię to, jak i resztę Tobie.

 

Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź pokazującą Twój punkt widzenia. Niestety, Twoje argumenty mnie nie przekonują. Nie widzę też sensu ciągnięcia tego dalej, albowiem Cię nie przegadam. Nawet nie chcę próbować, albowiem nie było to w moim celu.

Przepraszam moderację i Hoffmana oraz Trica za mały offtop w pojedynku. Jeżeli ktoś chce ze mną porozmawiać na owy temat zapraszam na gg (numer w profilu).

 

 

Dziękuję i życzę dobrej nocy, oraz miłego dnia następnego.

 

 

Ciekawostka:

Zegarmistrz wysilił się bardziej przy odpowiedzi na moje posty (przynajmniej w moim mniemaniu), niż podczas odpowiadania w pojedynku. Nie powiem, miło, doceniam.

Edited by Decaded

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mój głos idzie na konto Zegarmistrza.

 

Po pierwsze dlatego iż styl jego walki odpowiada mi bardziej, oraz jest mi bliższy niż potężne (i bardzo przyjemne w lekturze) i zakręcone opisy Fiska, po drugie dlatego iż rzeczony Fisk oddał pojedynek. W każdym razie takie odniosłem wrażenie po zakończeniu lektury. Szkoda, chociaż rozumimem, że świat jest zły i czasu może zabraknąć na pomniejsze przyjemności. No i dodatkowo podobały mi się ograniczenia jakie podczas całego turnieju i tej walki narzucał sobie Zegar - jego postać zdecydowanie nie była OP. A Fiska... tu mam pewne wątpliwości w tej kwestii.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...