Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Sign in to follow this  
Jaenr Linnre

[grimdark] Wspomnienie złotego słońca [Nicolas Dominique]

Recommended Posts

Rok 1275. Trzy lata po wielkiej zarazie. Siedem lat od ostatniego pokoju Cintryjskiego. Od roku trwa zażarta wojna. Nilfgaard ponownie zaatakował, tym jednak razem siły wroga były nader skuteczne. W ciągu zaledwie kilku dni, czarne siły zajęły wyspy Skellige, oraz wkroczyły w głąb, osłabionej ostatnią wojną i zarazą, Lyrii. Ponownie odbyła się narada Królestw Północy, której przewodził król Foltest. W tym samym czasie żołnierze cesarstwa przystąpiły do przejścia Jarugi, na wysokości Brugge. Atak został jednak odparty dzięki wojskom zaciężnym Temerii, dowodzonym przez najemnika. Wojna jednak dopiero się rozpoczęła...

 

***

 

Mężczyzna leżał teraz na łóżku polowym, w środku jakiegoś namiotu. Nie pamiętał co tu robił, jak się tu znalazł, ani nawet kim był. Czuł jednak ból, ból przeszywający całe jego ciało. Był on bowiem ranny. Nie, raczej poszarpany, niczym przez dziką zwierzynę, ostrymi jak miecze zębiskami. Rany jednak były już zaleczone, choć wciąż sprawiały ból. Mężczyzna rozmyślał co tutaj robi. Kim jest. Co mu się stało. W jego pamięci migotała jedynie wizja, wizja bitwy.

 

Wizja...

 

Stał na skarpie. Wpatrywał się na toczącą się w dole bitwę – wyglądało tak jakby przeciwko sobie walczyli cieniści żołnierze. Mimo starań, nie potrafił odgadnąć ich przynależności.

Spojrzał na siebie. W ręce dzierżył łuk. Obok niego stał oddział elfów. Ci patrzyli na niego jakby oczekiwali rozkazów. Dlaczego – pierwsza zagadka.

Wtem nagle coś dostrzegł. Na polu bitwy zapanowało poruszenie. Próbował zobaczyć kto to, ale nie potrafił – widział tylko cienistą sylwetkę. Ta osoba wyraźnie podbudowała morale żołnierzy.

Dał znak swoim towarzyszom. Wszyscy napięli cięciwy.

Salwa.

Kilkudziesięciu żołnierzy padło i rozwiało się niczym duchy. Cienisty wojownik spojrzał w jego stronę. Nie mógł dostrzec jego twarzy, ale… jakoś czuł, że to nic dobrego…

Salwa.

Kolejna grupa wrogów została przeszyta strzałami. Wtem dostrzegł daleko na horyzoncie jakiś ruch.

Dowódca.

Sięgnął po strzałę, napiął cięciwę i czekał… Mierzył wzrokiem swojego przeciwnika. Czekał. Obok jego ucha zaczęły świszczeć strzały – przeciwnicy w końcu przypomnieli sobie, że też mają łuczników…

Dowódca stał niezwykle daleko, na jakimś ruchomym podwyższeniu. Nie miał zbroi ani magicznej osłony – pewno był przekonany, że skoro nie ma magów to nikt go nie ruszy.

Padł strzał.

Widział to tak, jakby nagle czas zwolnił swój bieg. Strzała powoli zaczęła pędzić ku swojemu celowi. Wszystko inne zniknęło w czerni – widział tylko siebie, strzałę oraz wrogiego dowódcę. Ten do ostatniej chwili stał nieruchomo. Kiedy już zaczął próbować odskoczyć, było już za późno. Grot przeszył mu gardło. Nie musiał nawet patrzeć, by wiedzieć, że na twarzy przeciwnika wymalowało się przerażenie. Taki był koniec wielkiego dowódcy…

 

Tak, ta wizja nie dawała mu spokoju, a jej nawroty sprawiały ból. Teraz jednak musiał soc uczynić, nie wiedział jednak co. Mężczyzna rozejrzał się. Był w jakimś czarnym namiocie. Był on sporawy i na pierwszą myśl mógł przypominać szpital polowy. Był jednak zbyt porządny, stały tu bowiem dębowe meble, na ziemi leżały dywany. Gdzieś koło szafy stało duże lustro, oraz jakiś wieszak ze zbroją. Ta nie nadawała się już do niczego, była bowiem pocięta, niczym papier. Podarta i ledwie trzymała się w kupie. Ciekawość mogła zrodzić pytanie, czy należała ona do owego mężczyzny? Teraz jednak słyszał tylko ciszę, przerywaną głosami z poza namiotu, iż komuś nie grozi już niebezpieczeństwo. Ale komu? Czyżby jemu?

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spróbował się podnieść, by móc lepiej zobaczyć otoczenie, ale niemalże od razu tego pożałował. Z cichym skowytem od razu ułożył się z powrotem na plecach. Mógł się jedynie mocno zastanawiać, co mogło go spotkać. Rozszarpany pancerz zdecydowanie mógłby należeć niegdyś do niego, wnioskując po promieniującym bólu.

 

Zaczął zastanawiać się, gdzie tak właściwie się znalazł. Z całą pewnością wylądował w naprawdę porządnym miejscu, nie przypominało mu to obrazu szpitala polowego, który ujrzał w swoim umyśle... Również i tego nie wiedział. I to powoli zaczynało być dla niego frustrujące. Cokolwiek próbował sobie przypomnieć, natrafiał na pustkę i wizję jakiejś walki, zakończonej zabójstwem wrogiego dowódcy. Niepokoił go teraz fakt, że to wszystko co widział było utrzymane w ciemnej tonacji... A teraz widział namiot o czarnym kolorze...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niepokój mężczyzny zniknął dość szybko, okazało się bowiem iż dywan, zdobiący podłogę, czy też ziemię lub cokolwiek co mogło znajdować się pod nim, był koloru czerwieni i złota. hałasy zza namioty jednak nie ustawały. Jeden z głosów najwidoczniej chciał gdzieś wybyć, drugi zaś usilnie starał się go zatrzymać. Cała jednak debata była usilnie zagłuszana przez grube ściany namiotu. Wtedy to padły ostatnie słowa sprzeczki.

 

-Dobrze. Raz jeszcze go obejrzę. -Odpowiedział zimny, choć dość elokwentny głos.

 

Do namiotu wkroczyła dwójka mężczyzn. Jeden niski, w kolczudze i z mieczem przy pasie, zaś jego czarna tunika zdobiona była trzema srebrnymi liliami. Jego towarzysz nosił na sobie zdobione Cote, najwyraźniej modne, choć nie do końca wygodne. Mężczyzna w Cote widząc iż pacjent nie jest już nieprzytomny zamyślił się lekko po czym odezwał się.

 

-Jak się czujesz? Coś cie boli? Nie ruszaj się!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pewna myśl krążąca po głowie rannego podpowiadała mu, że ten ubrany lepiej i obdarzony mniej przyjemnym głosem, był tutaj kimś ważniejszym niż jego towarzysz w kolczudze. Wydawało się mu to zabawne, że mimo swojego zapomnienia, wciąż pamiętał sporo rzeczy. Zupełnie jakby coś sprawiło, że tylko pewne fakty uleciały mu z umysłu.

 

Spojrzał na przybyszy nieufnym, nieco przestraszonym spojrzeniem. Nie mógł się wszakże bronić, więc tymczasowo mógł zdać się na ich łaskę i niełaskę.

 

- Coście za jedni? - zapytał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna odziany w kolczugę, gdy tylko usłyszał głos rannego, rozpromienił się, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Podszedł kilka kroków bliżej, jak gdyby, by przypatrzeć się ogarniętemu amnezją mężczyźnie, niedowierzając w to co widzi.

 

-Żyjecie! -krzyknął w napływie radości, aż promieniującej z jego osoby.

 

Drugi zaś mężczyzna, określony w myślach rannego, jako ten ważniejszy, wystąpił parę kroków ku łóżku, by przypatrzeć się wszystkiemu. Jego wzrok był zimny, jak i jego głos. Sam mężczyzna zaś zdawał się badać, samym wzrokiem pacjenta. Gdy skończył, naprężył się jak struna, chcąc pokazać swoją wyższość, po czym odezwał się.

 

-Jestem Martyz z Tretogoru, wynajęty uzdrowiciel i mag. -Mag spuścił odrobinę powietrza, co wyglądało jakby mu ktoś kij z rzyci wywlókł. Choć wciąż dumny i pełen wyższości, swój wzrok skierował ku mężczyźnie w kolczudze i to na niego miały spaść następne słowa maga.

 

-A ty nie drzyj się tak. Wracaj do swoich, muszę opatrzyć pacjenta. -Mężczyzna w kolczudze wstał, skłonił się z lekka magowi i zeszedł z pośpiechem z namiotu. Wtedy to duma maga całkowicie zniknęła, a mimo młodego wyglądu, przypominał teraz starca. Spojrzał raz jeszcze na leżącego w łóżku.

 

-Jak się czujesz chłopcze?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Leżący mężczyzna doszedł do wniosku, że mag przyjmował niejako taką pozę, głównie po to, by wzbudzić jakiś szacunek wobec innych. W jego oczach wyglądał teraz nieco bardziej przyjaźnie niż wcześniej. Zastanawiał go jeszcze towarzysz uzdrowiciela, który dość mocno ucieszył się na jego widok. On jednak nie zdołał się przedstawić...

 

- Jak ta zbroja na wieszaku - stwierdził cierpko. - Gdzie ja w ogóle jestem?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mag spojrzał na wiszącą nieopodal zbroję i ponownie na mężczyznę. Najwidoczniej coś analizował i zastanawiał się co powiedzieć. Postanowił jednak wpierw przygotować się do rozmowy. Ujął jedno z krzeseł, stojących gdzieś pod ścianą namiotu, by odłożyć je koło łóżka. Usiadł na nim i dopiero teraz postaw owił odpowiedzieć na słowa mężczyzny.

 

- Jesteś w obozie wojskowym Temerii. Na północ od Jarugi, na południe zaś od Brugge. -Mag podrapał się po brodzie, najwidoczniej nad czymś rozmyślając. - Wiesz co się stało, co tu robisz? -zapytał jakby z troską w głosie. Najwidoczniej domyślał się powoli, iż mężczyzna stracił pamięć, lub przynajmniej jej część. Jednak nic ze swych przypuszczeń nie wyjawiał pacjentowi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ranny jednakże postanowił wyjść temu wszystkiemu i od razu postanowił powiedzieć:

 

- Nie. Nie mam najmniejszego pojęcia... I powiem więcej... nie mówią mi nic te... nazwy, któryś użyłeś... panie Martyzie... - westchnął. - Mam w głowie jakąś tam abstrakcyjną wizję jakiegoś ataku, ale to tyle... nic poza tym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mag skrzywił się słysząc słowa swego rannego towarzysza rozmowy. Najwidoczniej nie uśmiechało mu się leczenie go z takiej przypadłości.

 

- Niestety. To jest amnezja. Dostałeś bardzo silnym zaklęciem, nic więc dziwnego w tym że straciłeś pamięć. -Mag zaczął grzebać w torbie leżącej koło łóżka i wyciągną z niej małą buteleczkę. Wyjął też miskę i trochę ziół, oraz następną butelkę. Pierwszą z buteleczek włożył do ręki rannemu, resztę rzeczy zabrał zaś do stolika, gdzie zaczął w misce ugniatać zioła.

 

-Ten eliksir powinien ci trochę pomóc. Coś mocniejszego przygotuję zaraz. -dopowiedział i wrócił do mieszania składników i zalewania ich zawartością drugiej buteleczki. Cały zaś namiot zaszedł mocnym zapachem alkoholu i ziół. Zapach był mocny, a rannego rozbolała głowa od tej dziwnej mieszanki w powietrzu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie było to zbyt przyjemne uczucie. Mężczyzna walczył teraz zarówno z bólem od odniesionych ran, jak i z nieprzyjemnym, pulsującym uciskiem wokół czoła, spowodowanego gryzącymi oparami. I był do tego wszystkiego zbyt zmęczony, żeby narzekać... Zresztą, i tak nic by to nie pomogło, dlatego drżącymi dłońmi otworzył buteleczkę i wypił całą jej zawartość.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna wypił zawartość buteleczki. Smakowała ziołowo-orzechowo, pozostawiając jednak w ustach posmak alkoholu. Eliksir zaczął działać natychmiast. Głowa rozbolała go jeszcze bardziej, jednak myśli stały się lekkie, a ich natłok był ogromny. Myśli zaczęły grzebać w umyśle, w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji czy wspomnień. Nic jednak się nie działo. Ucisk w głowie malał z wolna, zaś myśli wracały do normalnego stanu. Mężczyzna jednak odżył, poczuł się wypoczęty, a ból w mięśniach złagodniał. W głowie mężczyzny zaczęły za to migotać jakieś słowa. Jakby przez mgłę, białej niczym mleko i strasznie nieprzejrzystej, lecz zawsze to jakieś wspomnienia. Mag zaś kończył już kolejną miksturę, tym jednak razem, mogła być mocniejsza, lub mieć inny wpływ na mężczyznę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wyglądało na to, że eliksir przyśpieszał regenerację ciała i myśli, jednakże wspominane przez maga zaklęcie amnezji musiało być zbyt mocne, by ten napój dał sobie z nim radę. Napar nie był zbytnio przyjemny w smaku, ale zrobił swoje. Miał nadzieję, że drugi wywar pomoże mu w tym skuteczniej.

 

- Mocna ch... cholera - stwierdził.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mag odwrócił się wraz z gotowym już eliksirem. Podszedł do krzesła, na którym usiadł, najwidoczniej coś nie tak było z jego prawą nogą, bowiem prawie niewidocznie utykał i siadał z pewną trudnością. Nie był to jednak problem rannego mężczyzny, bowiem ten miał swoje sprawy na głowie. Mag poda mu miskę razem z eliksirem, po zym odezwał się.

 

-Wypij to. Ja tutaj więcej nie pomogę. Trzymaj się swoich przyjaciół i uważaj na siebie. - Mag raz jeszcze obejrzał rany i dodał - Do jutra rany powinny się zaleczyć. Uważaj jednak na siebie.

 

Po tych słowach mag wstał, wyprostował się jak struna i ruszył ku wyjściu z namiotu. Najwidoczniej gdzieś się spieszył, jak to mógł wywnioskować pacjent, po usłyszanej wcześniej rozmowie. Teraz jednak ranny mężczyzna pozostał sam w namiocie. W jego głowie zaś zaczęła się istna bitwa o wspomnienia, które nie chciały wyjść zza mgły amnezji. Teraz mógł polega tylko na napitku, przygotowanym przez maga, oraz na sobie samym. Co się jednak wydarzy dalej? Tego mężczyzna nie wiedział.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z jakiegoś powodu uważał jednak, że jeśli ten mag byłby jego przeciwnikiem, powinien przede wszystkim uderzyć w prawą nogę, a potem jak najszybciej ogłuszyć, by nie zdołał rzucić zaklęcia.

Skąd u mnie w ogóle taka myśl?, spytał sam siebie w myślach, patrząc na przygotowany eliksir. Nie miał pewności czy nie otrzymał właśnie trucizny, ale z drugiej strony, dlaczego wpierw miałby mu podawać coś leczącego, by zaraz później zabić?

 

Chęć odzyskania choćby cząstki wspomnień przeważyła, więc szybko postanowił wziął łyk leku, a potem kolejny i kolejny...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Napój był gorzki i nader niesmaczny. Spływał on przez gardło człowieka powoli, dając wrażenie jedzenia ślimaka, który postanowił samemu zejść po gardle. Mężczyźnie szybko zakręciło się w głowie, poczuł że chce zwymiotować ale nie może. Jego myśli raz jeszcze zaczęły kluczyć z ogromną szybkością, odkrywając skromne skrawki pamięci. Nie było to nic szczególnego jednak zawsze jakaś wiedza. Mężczyzna jednak po zażyciu eliksiru stał się słaby. Jego mięśnie były wiotkie, a sam mężczyzna senny. Najwidoczniej eliksir mia też działanie usypiające, by pozwolić odpocząć nadwyrężonemu umysłowi. Przed ozami rannego zaczęła pojawiać się czarna, nieprzejrzysta mgła, zasłaniająca wszystko co ten widział. Zmorzył go sen, długi, pusty sen.

Mężczyzna gdy się obudził, był rześki i wypoczęty. Odzyskał pobieżne skrawki pamięci, a jego rany nie pulsowały już bólem, choć wciąż były nieprzyjemne i trudno było o nich zapomnieć. Na wieszaku jednak wisiała już nowa zbroja, ładnie wypolerowana. Najwidoczniej jakiś prezent. Sam ranny mężczyzna poczuł się pewniej, mógł już wstać, czy w końcu przejść się po namiocie. Zaś poza namiotem słychać było harmider, najwidoczniej jakieś przygotowania, lub ktoś przyjechał. Teraz jednak mężczyzna nie musiał się tym przejmować, musiał jednak poskładać całą swoją wiedzę do kupy, by wiedzieć gdzie jest i czemu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W końcu mógł niejako przeanalizować przedstawione mu fakty. Nareszcie pamiętał krainę, w której przebywał i o tym, kto jej zagrażał. Potrafił niejako określić swoje położenie na podstawie zapamiętanych słów maga, kojarzył niejako władców Północnych Królestw, jednak nie do końca. Niektórych znał jedynie z imienia, innych z twarzy. Wciąż jednak nie znał swojego imienia i swoich losów, nie wiedział, kto mu przyjacielem, a kto wrogiem. No i kto i dlaczego potraktował go tak specyficznym zaklęciem.

 

Potrafił zrozumieć, dlaczego został zaatakowany, jednak... dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, by usunąć jego wspomnienia? Odnosił wrażenie, że musiał zobaczyć coś, czego nie powinien i za to spotkała go kara... Jednak... dlaczego sprawili mu amnezję, zamiast po prostu zabić? To mu wciąż nie grało...

 

Tymczasem jednak postanowił zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Dlatego zatem postanowił założyć wiszącą zbroję oraz resztę ubrań, które dostrzegł gdzieś w kącie oraz buty. Następnie zaś ostrożnie wyszedł na dwór.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sytuacja przed namiotem była napięta. Wszyscy gdzieś biegali w pośpiechu, nosili jakieś sprzęty, krzątali się i przygotowywali masę koni. Gdzieś między zwykłymi żołdakami przechadzali się mężczyźni w pełnych płytowych zbrojach, pokrzykując co chwila do reszty. Najwidoczniej wyjeżdżali, ale czemu byli aż tak ważni, by cały obóz przygotowywał się do uroczystego odjazdu?

Wśród wszystkich żołnierzy, wyróżniał się jednak jeden mężczyzna. Nie był on odziany w żadną zbroję, przy pasie miał jedynie rapier. Odzywał się jednak do wszystkich z pewną, zapewne wyuczoną, wyższością, zaś z pełno zbrojnymi rozmawiał na równi. Również dla niego szykowano konia, ładnie wyczesanego i wypoczętego. Najwidoczniej zbrojni mieli przed sobą daleką drogę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widziany przez niego dowódca nie wyglądał mu znajomo. Postanowił więc podejść nieco bliżej, by być w stanie zrozumieć cokolwiek z jego słów, obecnie tak usilnie zagłuszanych przez mowę innych żołnierz, rżenie koni i trzeszczenie metalowych pancerzy. Od tych hałasów nieco bolała go głowa, jednakże nie na tyle, by jakoś mu przeszkadzać. Obecnie nazwałby to drobnym "dyskomfortem".

 

Ciekawe, co to za jedni..., pomyślał, stając najbliżej jak było to możliwe.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna bez zbroi rozmawiał właśnie z trzema innymi mężczyznami. Był nie bardzo zaangażowany w tę rozmowę, starał się jednak być uprzejmy.

 

- Niestety, nie możemy go utrzymywać - mówił mężczyzna bez zbroi. - Nie jest nawet naszym żołnierzem. Jak wyzdrowieje zapłaćcie mu i odprawcie. Nic więcej nie poradzę. Ma tylko zbroję ode mnie.

 

Trójka mężczyzna była mało zadowolona słowami swego rozmówcy i gdy już mieli dojść do głosu, zauważyli nadchodzącego w ich stronę mężczyznę. Mężczyzna bez zbroi nie zwrócił na to uwagi i ruszył pośród swoich zbrojnych, pozostawiając mężczyznę z amnezją razem z trójką żołdaków.

 

- Pamiętacie cokolwiek, najemniku? -Pierwszy z trzech mężczyzna wydawał się bardziej chłopem niźli żołnierzem. Miał okrągłą twarz, nos jak burak, a całościową posturę grubego karczmarza. Ledwo nosił na sobie zbroję, choć wydawał się być pewnym swojego stanowiska.

 

- Przymknij się Zgryzodup, ten ode gwardzistów kazał mu zapłacić i kazać spieprzać! -krzyknął drugi z trójki ku niezadowoleniu reszty. Ostatni, wyglądający na inteligentniejszego i trzymający w ręku sakiewkę podszedł do mężczyzny. Włożył mu do ręki sakiewkę z monetami i odezwał się.

 

- Niestety, musimy pana pożegnać. Wojna trwa, zaciąg mamy i nie możemy więcej panu płacić, choć dziękujemy za pomoc w ostatniej potyczce. -Następnie odwrócił się do pozostałej dwójki, skinął na nich i razem odeszli, przygotowywać się do odjazdu gwardzistów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nazwany najemnikiem mężczyzna nie zdołał nawet niczego powiedzieć, ani nawet skinąć głową, gdy jego rozmówcy odeszli w swoją stronę. Trochę żałował, że nie zdążył ich wypytać o cokolwiek, ale cóż... Miał przynajmniej nową, lepszą zbroję i nieco orenów... Przynajmniej miał pewność, że nie padnie za szybko z głodu... Jednak... co z jego bronią? Skoro uchodził za najemnika, a sądząc po głosie ostatniego ze zbrojnych, był niezły, musiał posiadać też jakąś broń... o ile nie rozleciała się w wiór jak jego dawny pancerz.

 

Przypiął więc sakwę do pasa i zaczął nieco kluczyć po temerskim obozie, w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby by mu pomóc poukładać myśli. Miał nadzieję, że nie będzie o to trudno, skoro... chyba wsławił się czymś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po obozie latali żołnierze, nikt nie zwracał nie niego większej uwagi, choć przechodząc obok, prawie każdy kiwał mu głową za znak powitania. Widać było że przybycie gwardii było czymś nader ważnym, jak i dziwnym. Naglę do mężczyzny podszedł żołnierz, ten sam który z taką radością przywitał go, gdy się budził.

 

- Witajcie druhu! - Mężczyzna trzymał w ręku jakiś pakunek i długi, prosty łuk. Wyciągnął obie rzeczy w stronę, do niedawna rannego i z uśmiechem pokiwał głową, dając znak, że te przedmioty należą do niego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Dzięki... druhu... - odpowiedział najemnik.

 

Spojrzał na żołnierza, po czym chwycił w dłonie łuk. Broń wydawała się mu znajoma, ale również tak obca... Mimo wszystko czuł się dużo pewniej, mając ją w dłoniach. Wyglądało na to, że choć głowa zapomniała, mięśnie pamiętały o tym, jak się nią posługiwać... Chociaż tyle dobrego.

 

Zawiesił łuk na plecach, po czym sprawdził zawartość pakunku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pakunek okazał się lnianą torbą. Nie był nadto ciężki, ani duży, dało się go jednak nosić w formie torby. Jego zawartość również nie była nadto przydatna. Trochę suszonego mięsa, chleb, żurawina. Znalazły się tam sztućce, koszula i coś srebrnego. Po odgrzebaniu przedmiotu z pod reszty, okazał się to być długi sztylet. Najwidoczniej nowy. Może prezent od owego żołdaka? Ten jednak najwidoczniej się spieszył by pożegnać gwardię, bowiem widząc jak mężczyzna grzebie w torbie, krótko się pożegnał i ruszył ku reszcie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po raz kolejny mężczyzna nie miał okazji na przeprowadzenie jakiejś dłuższej rozmowy, tym razem rozproszony nieco tymi darami. No ale cóż... teraz przynajmniej miał i pieniądze, i jedzenie, i kolejną broń. Przypiął więc go do pasa, zarzucił torbę na ramię i ruszył przed siebie w stronę... sam nawet nie wiedział czego, po prostu prosto.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Idąc poprzez obóz, mężczyzna ponownie ujrzał jednego z trójki która to mu zapłaciła. Był to ten najuprzejmiejszy, ten co przekazał mu sakiewkę. Teraz siedział przy stoliku z rozstawioną mapą, najwidoczniej rozmyślając nad nią. Coś pisał, przekładał pionki, kreślił koła, szykował plan. Był tak zamyślony że nie zauważył idącego w jego stronę jegomościa. Nie był tu jednak sam, co mogło tłumaczyć jego brak zainteresowania. Bowiem wszędzie wokoło wciąż biegali żołnierze, tym jednak razem, miast uroczystej broni, na pożegnanie gwardii, ci nosili pale, łopaty, sznury, deski. Przygotowywali obronę. Było pewne że Temeria nie odda tak łatwo tej strony Jarugi.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Sign in to follow this  

×
×
  • Create New...