Skocz do zawartości

Cała aktywność

Strumień aktualizowany automatycznie

  1. Dzisiaj
  2. Dzięki za komentarz. Cieszę się, że fik się spodobał i klasycznie zachęcam do dalszego czytania. W sumie jestem skłonny się zgodzić. Początkowo miałem zamiar taki (lub podobny dać), ale podkusiło mnie, by nawiązać do filmu (a raczej samego jego tytułu): miłość szmaragd i krokodyl. To jest fan Wrednej szóstki, jakby nie patrzeć Czyż kapitan gwardii pałacowej, oficer i kandydat do ręki księżniczki Mi Amore Cadenzy może nie być szlachetnym, cnym i odważnym, błędnym rycerzem? Tak, wiem że przez to wychodzi na głupca, by nie rzec, idiotę, ale honor prawość i w ogóle mają swoje prawa Poza tym, jak sama mówisz, to pasuje.
  3. „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik. Prawdopodobnie, gdyby był krótszy byłby jeszcze lepszy. Wśród złoczyńców MLP:FiM najwięcej fanfików poświęcono Discord owi oraz Chryssaliss lub Sombrze. Piszę tutaj o kanonicznych złoczyńcach, ma się rozumieć. Tirekowi, chociaż był to jedyny antagonista z korzeniami jeszcze w pierwszej generacji My Little Pony poświęcono niezbyt wiele fanfików. Ja pamiętam tylko jeden, „Into The Depths” autorstwa Pen Stroke’a, gdzie się przewija, a i wtedy była to postać nawiązująca właśnie do pierwszej generacji MLP, a nie czwartej, gdzie Tirek się jeszcze nie pojawił. Fanfik zaczął być pisany w 2012 r. Także bohaterce „Nadzieja, która błyszczy”, Cosy Glow, bardzo rzadko poświęca się uwagę i pisząc bardzo rzadko, mam na myśli, że w jest to pierwszy fanfik o niej, który przeczytałem. A przecież przeczytałem ich dużo. Już to czyni fanfika oryginalnym. Zastanawia mnie co zainspirowało autorkę. Mnie opowiadanie przypomina nieco film „Dzieciństwo wodza” z 2015 r. w reżyserii Brady’ego Corbeta. Narodziny złoczyńcy zaczynają się od skromnych początków, od czynników, które zdawałoby się nie są aż tak istotne. Dla Cosy Glow tym, co popchnęło ją ku złu był fakt, że była jedynym pegazem w rodzinie jednorożców, z czego wypłynął wniosek, co prawda nie należący do bohaterki fanfika, ale jej kolegów i koleżanek z klasy, że jej mama się „puszcza”. Wątek ten zresztą nie wychodzi na pierwszy plan od początku. Cosy Glow ma wyjątkowo tolerancyjną rodzinę i nie jest otwarcie dyskryminowana przez dziadków, ani też ojca (który w fanfiku jest prawie nieobecny) a jej mama ją bardzo kocha. Autorka opisuje w fascynujący sposób mieszankę kompleksów, jakie odczuwa Cosy Głów wobec jednorożców. Poszła ona tropem „Fallout: Equestria”, gdzie jednorożce są faktycznie OP (jak się mówi pomiędzy graczami kompetytywnymi), gdyż magia pozwala im na niemożliwą do uzyskania dla innych ras kucyków precyzję we władaniu przedmiotami. Rozgrywki szachowe pomiędzy Cosy Glow a jej dziadkiem są tego dobrym przykładem. Nie chodzi tutaj nawet o samo posunięcie na planszy, ale o sposób przesuwania bierek. To bardzo interesujące, chociaż chyba niezgodne z kanonem MLP:FiM podejście. Wspominam o tym, bo fanfik, próbuje raczej być zgodny z serialem. W szkole właśnie za mamę, która się „puszcza” Cosy Glow jest szykanowana przez kolegów i koleżanki z klasy. Źrebaki są tutaj okrutne w jakiś wyolbrzymiony sposób, ale są bardzo złośliwe. Kiedy porównałem to, co opisywano w fanfiku z tym, do czego dzieciaki w szkołach są zdolne to muszę przyznać: poczułem, że byłyby to wiarygodne sytuacje. „Hiperseksualność” młodzieży, jako element wchodzenia w świat dorosłych, tak jak ja ją pamiętam z moich szkolnych lat jest tutaj dobrze oddana. Momentem przełomowym dla Cosy Glow jest przybycie Tireka, który odebrał magię wszystkim kucykom, łącznie z główną bohaterką. Tylko że pegazy są po zjedzeniu ich magii po prostu osłabione, a jednorożce całkowicie bezradne. Autorka ponownie pokazuje partię szachów jako przykład tejże bezradności. W tym momencie miałem wrażenie, że Cosy Glow zaczyna mi trochę przypominać Starlight Glimmer, która szukała równości, pozbawiając inne kucyki mocy ich uroczych znaczków, zachowując jednak swój. Jednak Cosy Glow nie ma takich możliwości jak Starlight Glimmer. Postanawia posłużyć się Tirekiem. W tym momencie „Nadzieja, która błyszczy” zaczyna mi przypominać nieco „Jojo Rabbit” z 2019 r. w reżyserii Taiki Waititiego. Nie widziałem tego filmu, ale bohaterem był chłopiec, który miał wymyślonego przyjaciela. Był nim Adolf Hitler. Dla Cosy GLow jest nim Tirek. Tirek jest z Cosy Glow na lekcjach, odrabia z nią zadania domowe itd. Fragmenty, gdy Tirek jest wyimaginowanym przyjacielem pegazicy są chyba najlepszymi w fanfiku. Potem następuje wymiana korespondencji z Tirekiem oraz Twilight Sparkle i… I gdyby „Nadzieja, która błyszczy” zakończyła się w momencie, gdy Cosy Glow postanawia udać się do Szkoły Przyjaźni uznałbym ten fanfik za arcyciekawy. Ale naiwny świat kucyków, napisany przecież dla dzieci gryzie się z tym młodzieżowym, wyrastającym z dziecięcej niewinności. Co Twilight Sparkle, która ocaliła Equestrię ileś tam razy, miała odpowiedzieć na list Cosy Glow, w którym informowała ją, że ma problemy w szkole, bo się jej mama puszcza? Cóż, postać z kreskówki miałaby tutaj spory problem. A Twilight nie została tutaj pokazana jako postać ze świata fanfika. Twilight, to po prostu Twilight. Generalnie im bardziej zbliża się moment, gdy świat fanfika i świat kreskówki się zazębiają, tym mam wrażenie, pojawia się więcej zgrzytów. Już sam fakt, że Tirek otrzymuje medalion, pozwalający się komunikować listownie z Cosy Glow, jest nieco naiwny. Jest naiwny w realiach fanfika, ale w serialu ten problem został w ogóle zignorowany. Ale to nie jedyny przypadek, gdy pojawiają się zgrzyty. Weźmy inny przykład: w serialu postacie nie załatwiają swoich potrzeb fizjologicznych (poza jednym odcinkiem). W fanfiku uwięzieni w Tartarze są wypuszczani z klatek, aby mogli się załatwić, co sugeruje, że ktoś, jednak nad nimi czuwa, podczas gdy w serialu odnosiłem wrażenie, że, prawdę mówiąc, nikt ich nie pilnuje. Czasami próba udzielenia odpowiedzi rodzi więcej problemów niż pozostawienie czegoś bez odpowiedzi. Mam także wrażenie, że serialowa Cosy Glow nigdy nie traktowała przyjaźni z Tirekiem ani przyjaźni jako takiej poważnie. Że samorozumienie znaczenia tego słowa było wypaczone. Dlatego uważam, że Cosy Glow z serialu to nie Cosy Glow z fanfika i mam wręcz wrażenie, że „Nadzieja, która błyszczy” to AU. AU, które bardzo chce się stać jednością z naiwnym serialem dla dzieci. To wywołuje komplikacje, bo wydarzenia, które rozgrywają się w serialu powodują postacie kierujące się innymi czynnikami niż te z fanfika. Chcę po prostu napisać, że gdyby wziąć Cosy Glow z fanfika i przenieść się do serialu, wówczas prawdopodobnie postępowała by inaczej. Serialową Cosy Glow nie interesowała bowiem przyjaźń. Ją interesowała władza. A tę z fanfika interesowałoby raczej to, żeby inni byli tak samo nieszczęśliwi jak ona. Wtedy poczułaby się lepiej. Zastanawia mnie także rodzina Cosy Glow. Jest ona bardzo „tolerancyjna”. Ba, mąż toleruje, że żona go zdradza, chociaż córka ma wyrzuty sumienia, że jej mama śpi z nauczycielem, żeby miała wzorowe zachowanie na świadectwie. Dziadkowie nie robią Cosy problemów, że jest bękartem. Zastanawia mnie jednak wyjaśnienie, czy raczej próba wyjaśnienia tego stanu rzeczy: Chciałbym usłyszeć wersję męża, bo relacja mamusii się nie chce skleić w mojej głowie. Jej wersja kojarzy mi się z wizją świata hrabiny Ponimirskiej z serialu „Kariery Nikodema Dyzmy”. Niestety, brakuje mi tutaj nieco wyjaśnień ojca, a tutaj by się akurat przydały. Podsumowując, „Nadzieja, która błyszczy” to bardzo interesujący fanfik, który najlepiej działa tam, gdzie nie miesza się z wydarzeniami, z serialu (łącznie z cytowaniem go słowo w słowo). Optymalnym byłoby zakończenie go tuż przed tym, jak Cosy Glow zaczyna „naukę” w Szkole Przyjaźni, gdyż uproszczony świat z serialu nie zawsze się łączy z bardziej dojrzałym światem z fanfika. Pomimo wyżej wymienionych wątpliwości, polecam.
  4. Wczoraj
  5. Przeczytałam „Miłość, diament i demony”, czyli „Wyprawę Shining Armora”. I muszę powiedzieć, że powrót do tej serii był świetny, jest dokładnie tak, jak zapamiętałam – bardzo dobrze. Spoilery poniżej. A nawet, powiedziałabym, że przez ten wątek „paranormalny” bawiłam się jeszcze lepiej. Co prawda, samo miasto i golemy nieszczególnie mnie poruszyły, ale jak wszedł demon we własnej osobie było bardzo ciekawie. Klątwa też była w satysfakcjonujący sposób wyjaśniona. Chociaż uważam, że „Wyprawa Shining Armora” jest lepszym tytułem niż „Miłość, diament i demony”. Głównie ze względu na to, że ten drugi moim zdaniem zdradza za dużo. Bardzo podoba mi się styl, w jakim jest to pisane, jest sporo opisów, ale nie są to bloki tekstu, przez które ciężko byłoby mi przebrnąć – wszystko jest wyważone i jest po coś. Zdziwiłam się, może już zdążyłam zapomnieć, że ci… Hmm, ludzie (?) jedzą mięso. I przez ten czas chyba zdążyłam wypracować sobie lepszą wyobraźnię, bo faktycznie widziałam anthro. Podobały mi się opisy wioski Indian. Dialogi są naturalne. Miejscami było bardzo zabawnie, jak z żoną Indianina (może tylko mnie bawi, nie wiem). Podobały mi się postacie, chyba wszystkie były interesujące (głównie Moonbow ze swoim podejściem do innych – kompletnie zrozumiałym). Shining Armor jest taki, jakiego się spodziewałam – choć myślałam, że będzie trochę mądrzejszy, bo naprawdę nie wiem, czy celowanie do demona to dobry pomysł; ale to, że jest honorowy bardzo pasuje. Główny bohater jest motywowany przez zdobycie informacji o Wrednej Szóstce (co chyba wyleciało mi z głowy, bo lekko mnie zaskoczyło, myślałam, że bardziej go motywuje sama relacja z wyprawy). Dobre imię dla Indianina, pasuje do świata przedstawionego, podoba mi się Co do fabuły, była to przygoda, dobrze się ją śledziło. Walki nie nużyły ani się nie ciągnęły. Muszę przeczytać inne opowiadania z serii
  6. Ostatni tydzień
  7. „Pamiętnik Luny” to dzieło z okresu, gdy fandom MLP:FiM już okrzepł. Był on już wtedy świadkiem pierwszej katastrofy, jaka spotkała twórców wiernych „lore” serialu: Twilight dostała skrzydła! Ale to nie o niej będziemy tutaj wspominać. Poza tym był to okres, kiedy pojawił się nowy, niezwykle popularny złoczyńca. Był nim król Sombra. Sombra zrobił furorę, chociaż w pierwszym epizodzie, w którym się pojawił miał ledwie kilka kwestii. Potem też nie był obecny zbyt często, a i wtedy liczba dialogów nie powalała. Lepiej jego postać przedstawiły komiksy wydawane przez IDW i muszę przyznać, że tutaj zakończenie jego historii było chyba najlepsze. A Luna? Księżniczka Luna przynajmniej posiadała więcej czasu antenowego i jako tako mogę zrozumieć jej popularność w fandomie. Dlaczego o nich wspominam? Czynię tak, gdyż są oni bohaterami fanfika „Pamiętniki Luny”. Utworu moim zdaniem porzuconego przedwcześnie. „Pamiętnik Luny” to jak sama nazwa wskazuje pamiętnik. Gatunek literacki, który wydaje się zaskakująco prosty, a jednak nie spotykam się z nim zbyt często. Szkoda, bo moim zdaniem można przedstawić w ten sposób pełne niedopowiedzeń, subiektywne treści. Idealnie sprawdza się w horrorach, dreszczowcach, pozwala dobrze przedstawić sposób myślenia postaci etc. Sądzę jednak, że w tym wypadku „Pamiętnik Luny”, powinien nosić tytuł „Dziennik Luny”. Księżniczka odnotowuje ważniejsza wydarzenia prawie każdego dnia 6 miesiąca roku, w którym pokonano Discorda. Wpisy, chociaż może należałoby je raczej nazwać notatkami, są bardzo krótkie. Przedstawiają one Lunę nie jako osobę niezrozumianą i przyćmioną przez starszą siostrę. Luna, owszem, nie zawsze sobie radzi z obowiązkami współwładczyni oraz ciągnie ją ku zupełnie nieksiężniczkowym zajęciom, ale nie może być uznana za outsidera. Odnoszę wrażenie, że jest ona tutaj raczej nastolatką, taką która chce zasmakować życia, zakochać się etc. Właśnie strona uczuciowa księżniczki jest tutaj zarysowana o tyle interesująco, że właśnie bardzo naiwnie. Luna chciałaby spędzać czas z kimś innym, ale obowiązki jej na to nie pozwalają względnie siostra doprowadzi ją „do porządku”, etc. Naprawdę interesujące jest to, że oblubieńcem księżniczki został właśnie Sombra. On sam zwrócił na siebie uwagę księżniczki, oblewając ją atramentem. Zastanawia mnie jak wielki miałby on wpływ na późniejszą przemianę Luny w Nightmare Moon? Na te pytania, ważne dlatego, że wiemy jak się potoczyły późniejsze losy księżniczki jednak nie poznamy już odpowiedzi. Fanfik został porzucony. Forma jest przyzwoita, chociaż wpisy mogłyby być dłuższe. Jeśli coś mi przeszkadzało to to, że Luna wyraża się niekiedy mało po królewsku lub wręcz błędnie. Być może jest tak dlatego, że Luna jeszcze nie nabyła swoich bardzo formalnych nawyków, ale wydaje się, że pomiędzy jej wygnaniem na Księżyc, a pokonaniem Discorda nie mogło upłynąć aż tak dużo czasu, przez to ta wizja Luny bardzo gryzie się z tą z serialu, zwłaszcza z drugiego sezonu. Podoba mi się w fanfiku, natomiast przywiązanie do pewnych detali życia księżniczki np. wpływ gorsetu na oddychanie albo próby rozwikłania zagadki jak matka księżniczek chodziła w obcasach. „Pamiętnik Luny” przypadł mi nawet do gustu, nieco zaintrygował i żałuję, że został tak szybko porzucony. Mógłby z tego wyjść jeden z klasyków polskiego fandomu MLP:FiM.
  8. Yay, więcej kresów. Wprawdzie to tylko remake, ale biorąc pod uwagę, że dokłada jakieś 80 stron, to tak, więcej kresów! Będąc całkiem szczerym, nie pamiętam szczegółów starego polowania, więc nie będę porównywał, ile się zmieniło. Mogę jednak podejrzewać, że głównie rozwinęła się walka z bazyliszkiem i wydarzenia w jaskini. Fik zaczyna się od grupy łowców (zawierającej dobrze znanego już wszystkim Fenrira), która poszukuje czegoś w lesie. Nie od razu wiadomo czego, ale to tym lepiej. Bo dzięki temu, Hoffman mógł oddać napięcia panujące w grupie. Te napięcia w zasadzie widzimy w każdej rozmowie, w której uczestniczy Spiral. I to mi się podoba, bo raz, że wychodzi naturalnie, a dwa, że rozumiem obie strony. Zarówno Spirala, który nie chce zdradzać wszystkiego, jak i łowców, dla których te informacje mogą decydować o życiu lub śmierci. Choć jestem ciekaw, dlaczego Spiral jest tak niechętny do dzielenia się informacjami. Być może to gdzieś padło i mi umknęło, ale ciekawi mnie historia, jaka za tym stoi. Łowcy trafiają do jaskini, która, mówiąc mało (żeby nie psuć niespodzianki), miesza w głowach. I to jak miesza. Hoffman zrobił tu naprawdę kawał dobrej roboty i choć człowiek szybko się orientuje, że działa tu magia, ale to jak bohaterowie wydają się być autentycznie przekonani, albo i przerażeni. W ich zachowaniu czuć napięcie, niepewność i w ogóle. Pozostaje jeszcze scena w karczmie i sama walka z bazyliszkiem. Tu obie były kawałem dobrej, solidnej roboty. I tyle. Nie powiem żeby walka zapadała bardzo w pamięć, czy przyspieszała bicie serca, ale była po prostu ok. Zresztą, nie ukrywajmy, jaskinia strachów robi tu całą robotę. Technicznie jest spoko, bo to przecież Hoffman. Na całe 120 stron były chyba 2 literówki. Ja mam więcej na 1 stronie. Podsumowując, czy biały bazyliszek potrzebował remake? Nie pamiętam. Ale pewne jest, że otrzymał świetny, godny polecenia remake. Zachęcam do czytania i w sumie do całych kresów
  9. Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej
  10. Myślałem, że nie lubię TCB. Nie wiem, jakim sposobem, lecz wszystkie fanfiki oznaczone tym tagiem okazywały się bardziej depresyjne niż „Rok 1984” George'a Orwella. Co prawda nadal nie jestem pewien, czy bym polubił „Rose May Kill”, ale fanfik zapowiadał się całkiem interesująco. Główna bohaterka nie była kucykiem, była człowiekiem. O kucykach wiedziała tylko tyle, ile zobaczyła w serialu My Little Pony: Friendship is Magic, który oglądał jej chłopak. Ułatwiło jej to przystosowanie się do nowego ciała. Niestety, nawet jako kucyk miała pewien przykry nawyk z czasów, gdy była człowiekiem. Potrafiła zabijać. Potrafiła i lubiła to robić. Tak można pokrótce streścić fabułę „Rose May Kill”. Sama bohaterka używa imienia Deadly Rose co bardzo pasuje do jej osobowości. Jest ona bowiem zabójcza. Niestety nie kontroluje ona swoich unikalnych „talentów”, co nie zawsze wychodzi jej na dobre. Fanfik sugeruje, że będąc człowiekiem była zabójczynią na zlecenie. Ciekawe, ale gdy kucyki stykają się z ludźmi przybywającymi do ich świata, ci najczęściej używają wobec nich przemocy. Rozdziały są krótkie i treściwe. Próbują przedstawić świat kucyków oczami bohaterki i zadają raczej nowe pytania, niż próbują coś wyjaśniać. Nie mam o to do autora pretensji, gdyż fanfik raczej był przewidziany na ponad sto stron. Autor wyraźnie nie spieszył się w popychaniem fabuły do przodu. Ogólnie jednak byłem raczej zaciekawiony treścią, a i główna bohaterka, chociaż mało o niej wiedziałem, nie była mi zupełnie obojętna. Jeśli miałbym się czegoś czepić, to tego, że bohaterka już w czwartym rozdziale zaczyna prowadzić życie seksualne. Problem w tym, że jest najwyraźniej na tyle niewyrośnięta, że kucyki uznały, że powinna pójść do szkoły. Pod względem formy jest zupełnie nieźle, tekst przeszedł korektę, a i sformatowany został przyzwoicie, chociaż dręczą go bolączki, gdzie akapity są wyróżnione nie tylko poprzez wcięcie, ale też poprzez odstęp, co jest zbędne. Nie pamiętam nawet, czy doszukałem się poważniejszych literówek. Sądzę, że jak na początek fandomu MLP:FiM to poziom był bardziej niż przyzwoity. Niestety, „Rose May Kill” został porzucony. Autor, jak sam wyjaśniał nie mógł znaleźć nowego korektora. Wielka szkoda, że fanfik nie był kontynuowany, jednak sam dość często podważałem sens umieszczania w publicznym dostępie fanfików, których jakość jest ewidentnie zaniżona np. z powodu braku doświadczenia autora (słynne pierwsze próby) i tak dalej. „Rose May Kill” mogłoby w tym wczesnym okresie fandomu zaznaczyć swoją obecność przyzwoitą jakością. Widać, że autor ma już pewne doświadczenie w prowadzeniu narracji, o czym świadczy, że prowadził on RP w innych systemach RPG. Zastanawiam się jak takie doświadczenie przełożyłoby się na treść fanfika. Niestety, w tym wypadku, nie dowiemy, jakby się potoczyły losy kucyka imieniem Deadly Rose.
  11. Od autora: Miałam sporo pomysłów na opowiadanie o tej postaci, głównie w świecie [Equestria Girls]. Niestety nie dałam rady. Próbowałam też napisać opowiadanie Sci-Fi, nie podołałam również. Może kiedyś się uda. Tymczasem, postanowiłam, że napiszę coś, co - chyba - lepiej mi wychodzi, czyli [Slice of Life]. Ważne: Mało [Violence]. Ale mimo wszystko jakaś przemoc jest. Korekta, dobra rada, pomoc: @Hoffman Bo moja dusza - jeżeli jakąś mam - jest stracona w czeluściach Tartaru. Lecz nadzieja błyszczy, jak światełko w tunelu, podczas ostatniej podróży. "Nadzieja, która błyszczy" ROZDZIAŁ 1 ROZDZIAŁ 2 ROZDZIAŁ 3 ROZDZIAŁ 4 ROZDZIAŁ 5 ROZDZIAŁ 6
  12. Jeśli chodzi o próby to faktycznie nie miałem, na nie pomysłu, a chciałem żeby były proste. Sunset miała udowodnić że jest godna cech które dane elementy reprezentują. Jednak jestem świadomy że mogłem to za bardzo uprościć. Co do formatowanie, to zawsze mam problem jak ugryźć te dialogi, żeby było widać że to już inna postać. A rozdziały oparte na dialogu będą. „Zapach porannego światła” - to miało być jakieś takie poetyckie określenie z nutą oksymoronu. Jako iż Celestia jest księżniczką dnia, to mi przypasowało. No i też luźne nawiązanie do rzeczy typu „Jak pachnie kucyk”. Co do samych opisów to moim założeniem było, żeby w Equestrii były one bardziej emocjonalne i nostalgiczne. Jednak mogłem przedobrzyć i zrobić zbyt duży kontrast. Moim założeniem było też, aby fabuła narastała wyraźnie szybko. Momenty kulminacyjne miały być odpowiednio rozmyte. Co widać w rozdziałach V i VI.
  13. Fanfik „Powrót Sunset Shimmer” zdecydowanie nie jest dla każdego. Nie oznacza to jednak, że mieści się w on w kategorii „dla fanów”, co zazwyczaj oznacza coś średniego, ale wykorzystującego lubiany przez wspomnianych motyw. Nie będę używał zwrotu „Kultowy”, gdyż ten zwrot, względnie „kultowy klasyk” nabrał już pejoratywnego znaczenia, „Kultowym klasykiem” w fandomie MLP:FiM byłyby np. „Babeczki” albo abominacja „Polacy są wszędzie”. „Powrót Sunset Shimmer” jest natomiast pozycją nową. Jak stwierdziłem wyżej „Powrót Sunset Shimmer” nie jest fanfikiem dla każdego. Po pierwsze trzeba lubić i nieco znać uniwersum „Equestria Girls”. Po drugie autor ma specyficzny styl, z którym spotykam się albo bardzo rzadko, albo po raz pierwszy. Fabuła jest prosta i, prawdę mówiąc, przez 6 rozdziałów mam wrażenie, że bardzo się nie posunęła do przodu. Sunset Shimmer musi zamknąć portal z Equestrii do świata ludzi, gdyż magiczna energia ze świata kucyków może go zniszczyć. W tym celu Sunset Shimmer musi jednak udać się na drugą stronę… lustra… i na zawsze porzucić szkołę i przyjaciół. Nie wiem, jak długi ma być recenzowany fanfik, zakładam jednak, że mogłem przeczytać już ponad połowę zaplanowanych rozdziałów. Fabuła ma to do siebie, że na początku rozwija się bardzo szybko. Sunset Shimmer musi pozyskać geody od swoich przyjaciółek, czyli uczłowieczonych wersji mane 6. Odbywa się to w bardzo szybkim tempie i miałem nieodparte wrażenie, że autor albo nie ma pomysłu, jak przedstawić próby czekające Sunset Shimmer albo mu się spieszy. Nie wykluczam też, że nawiązano do prób, jakie musiała przejść Twilight Sparkle w pierwszym epizodzie „Equestria Girls”, gdzie te nie były ani długotrwałe ani wymagające. Potem, gdy (co nie będzie dużym spojlerem), Sunset Shimmer wraca do Equestrii fabuła zwalnia. W tym momencie na plan pierwszy wychodzą opisy emocji, jakie odczuwa bohaterka i inne postacie. Pełno w nich nostalgii, niepewności, ale też dumy i łagodności. Z takich właśnie opisów składa się większa część obecnie opublikowanych rozdziałów fanfika. Nie brakuje również opisów działania magicznej energii. Są one ładne i zgrabne, a ponieważ to właśnie one zajmują sporą część tekstu zgaduję, że nie są one dodatkiem, lecz właśnie celowo na nich opiera się fanfik. Mam jednak wrażenie, że autor nadużywa słów „miękko”, „łagodnie” etc. Czasami też tworzy dziwne związki frazeologiczne: „Zapach porannego światła”. Nie mam pojęcia, co to może być. Poza tym tekst jest sformatowany schludnie z wyjątkiem pierwszego rozdziału, gdzie dialogi są po prostu podzielone w dziwny sposób i jakby każde zdanie tworzy tam osobny akapit, to nie mam tutaj większych zastrzeżeń. W tej chwili nie można napisać o „Powrót Sunset Shimmer” zbyt wiele, zapowiada się dobrze, a przyłożenie olbrzymiej wagi do opisów emocji, a nawet fizycznych odczuć jest niezbyt często spotykanym zabiegiem. Autor musi jednak uważać, żeby nie zdominowały one całkowicie jego dzieła, bo może to znacząco obniżyć jego przystępność. Sądzę jednak, że na razie jest to dobry debiut.
  14. Fanfik „W mrok” bardzo mnie zainteresował. Tak bardzo, że nie mam żalu di autora o popełnione przez niego błędy. Żałuję tylko, że nie poprowadził historii dalej. „W mrok” sprawia wrażenie napisanego przez bardziej doświadczonego autora. Warto wspomnieć, że już Prolog mnie zaintrygował, co nieczęsto się zdarza. W idealnych proporcjach miesza on tajemnicę i nakreślił sylwetkę głównego bohatera, króla o niezbyt kucykowym imieniu Mark. Autor niezwykle treściwie opisuje relacje, jakie łączą go z rodziną i polityczną sytuację w państwie, a przecież ma na to zaledwie kilka stron. O dziwo, pomimo dużej ilości informacji, nie prowadzi to do chaosu. Rodzi natomiast pytania, które autor wywołuje celowo, a nie poprzez braki w warsztacie. Rozdział I jest pełny wydarzeń, wprowadza dużo postaci. Przedstawia on bieżącą sytuację w państwie, nakreśla sylwetki bohaterów i bardzo miło jest mi napisać, że autor nie leje przysłowiowej wody. Wydarzenia, czy dialogi mają wypełnić swoją funkcję, a nie po prostu zapełniać strony. Autor szanuje czas czytelnika i nie udziela mu zbyt dużo informacji, które musi przemyśleć ani zbyt mało, które powodują uczucie istnienia „dziur fabularnych”. Nie ma tutaj miejsca na trwające naście stron ekspozycje, opisy praw, jakie rządzą światem, próżne próby pogodzenia lore MLP:FiM z uniwersum fanfika. Autor opisuje świat szybko, ale treściwie, szczegółowo, ale wybiórczo, nie zalewa czytelnika „lore”. Jeśli jakaś informacja jest potrzebna będzie podana, jeśli nie to nie. Jeśli chodzi o inspirację, to warto chyba wskazać serię gier „Postal”, na co naprowadziła mnie ta wypowiedź jednej z bohaterek: Moim zdaniem historia zdradza, że dla autora nie jest to pierwsze podejście do pisania. Nie mogę zatem zrozumieć dużej liczby błędów interpunkcyjnych, ortograficznych czy literówek. Niektóre z nich są bardzo rażące: Jest to poziom tylko nieco lepszy niż „Nekromanta z Ponyville”. Pomijam tutaj, że wspomniana abominacja nie potrafiła połączyć dwóch akapitów w logiczną całość z czym “W mrok” nie ma problemu. Odnoszę wrażenie, że gdyby tekst poddać korekcie, nawet najprostszej, komputerowej, odbiór tekstu bardzo by się poprawił. Mam jeszcze jeden zarzut, chociaż jest on bardzo subiektywny. Akcja “W mrok” dzieje się w czasach poprzedzających zesłanie Luny na księżyc i jak sądzę przedstawia wydarzenia prowadzące do zniknięcie Kryształowego Imperium. Tymczasem w ogóle nie czuję, że są to czasy wcześniejsze. Brzmią bowiem bardzo współcześnie, wręcz XX wiecznie. Jak należy rozumieć zwrot przestarzała armia w średniowieczu? A co ma wspólnego przyspieszony kurs podstawowy z wyszkoleniem w średniowieczu? Oczywiście rozumiem, co autor na myśli, ale można by użyć innych argumentów. Najlepszym byłby chyba brak doświadczenia bojowego. Jaki bowiem sens ma przyspieszony kurs podstawowy w czasach, gdy nie prowadzi się intensywnych walk co powoduje duże straty. Po prostu jest to termin zaczerpnięty z naszych czasów i nawet nie mam na myśli, że nie było w średniowieczu przyspieszonego szkolenia. Było, ale wątpliwe by musiała korzystać z niego szlachta, która zapewne byłaby pozbawiona doświadczenia, ale brak umiejętności zawdzięczałaby własnemu lenistwu zrodzonemu z przekonania o własnej wyższości, a nie skróconemu szkoleniu. Szlachta szkoliła się do wojny od dziecka. Kiedy szlachta przestała walczyć w bezpośrednich starciach i poczęła pełnić funkcję oficerów także przygotowywała się do tej roli od dziecka. Nawet szlachecka gołota Rzeczypospolitej Obojga Narodów mogła być niewykształcona, ale szablą musiała umieć się bić. Dlatego rozumiem co autor miał na myśli, ale argumentację w tym wypadku uważam za niepotrzebnie uwspółcześnioną i przez to nietrafioną. Podejrzewam, że autor czerpał z prozy Andrzeja Sapkowskiego, gdzie akcja jest osadzona co prawda w „średniowieczu”, ale organizacja armii Nilfgaardu przypomina bardziej II Wojnę Światową (Grupa operacyjna etc.). Świadczy o tym ten fragment: Przypomina mi to fragment opisu wojny na Ukrainie, a nie średniowiecznej batalii, ale na szczęście fabuła była dla mnie na tyle zajmująca, że nie zwracałem na takie głupotki przesadnej uwagi. Owszem, przeszkadzały mi, ale po uwzględnieniu, że jest to fantasy i nie jest to nasze średniowiecze mogłem nad tym przejść do porządku dziennego. Chciałbym napisać, że polecam „W mrok”, ale jest to zaledwie ciekawostka. Mocno niedokończona ciekawostka. Być może liczba wątków uczyniłaby tekst nieprzystępnym w miarę upływu czasu, jednak był tutaj niewątpliwie potencjał na coś dobrego. Gdyby zapewnić tekstowi porządną korektę mógłbym nawet głosować na nadanie mu statusu „epic”.
  15. Joł, nowy program jest. W soboty o 20:00 10.01.2026 Targi fanfików - sprzedaj się drogo. Komentarz za komentarz. Fanfik za fanfik. Zakłady. 17.01.2026 Tajemnica Białego Bazyliszka 24.01. 2026 Tajemnica Białego Bazyliszka 31.01.2026 Warsztaty pisarskie - krótka forma 03.02.2026 Tajemnica Białego Bazyliszka 10.02. 2026 Tajemnica Białego Bazyliszka 17.02.2026 Warsztaty
  16. Witajcie, moi drodzy forumowicze przeszli, przyszli i obecni! Z radością pragnę Wam zaprezentować Drugą Edycję Retro Konkursu Literackiego. Tak dla przypomnienia... Czym jest Retro Konkurs Literacki? Po prostu konkursem takim jak kiedyś, kiedy woda, powietrze i kucyki były lepsze. Ze stosunkowo niewielkim limitem słów i krótkim jak na obecne czasy deadlinem. Na luzie, bez spiny. Chcesz się rozpisać? Doskonale. Masz mało lub zero doświadczenia? Jeszcze lepiej. Wracasz po dekadzie nieobecności w fandomie? Tęskniliśmy! Temat: Między Equestrią a Ziemią Czego od Was oczekuję? Opowiadań typu [TCB], [Human in Equestria] (człowiek może być przemieniony w jakieś equestriańskie stworzenie), self insertów. Relacji pomiędzy ludźmi a kucykami czy nawet między człowiekiem a kucykiem. Może być klasycznie, może być nowatorsko. Możecie dyskutować z motywami charakterystycznymi dla gatunku, ale bez robienia z tego parodii. Regulamin: 1. Obowiązuje regulamin forum i działu opowiadań. Nie jesteśmy w dziale +18, więc gore i clop są zakazane. 2. Tagi [anthro], [EquestriaGirls] są wyłączone z konkursu. Zakazana jest również chamska parodia opowiadań z tego gatunku. 3. Prace muszą być napisane samodzielnie. Czyli nie korzystacie z AI, a przed publikacją nie pokazujecie ich kolegom i nie podsyłacie im fragmentów oraz nie dyskutujecie o fabule. Risercz jak najbardziej możecie robić. Oraz pytać ludzi o zasady pisowni. 4. Prace nie mogą być poddane korekcie oraz prereadingowi. 5. Limit dolny wynosi 1000 słów, górny 5000. 6. Prace muszą być poprawnie otagowane. 7. Prace zamieszczacie w formie linku do google docsa w tym temacie. Tylko wyłączcie sugestie, komentarze i edycje - tylko wyświetlanie. 8. Limity słów są sprawdzane w docsach. 9. Termin oddawania prac: 28 luty 2026, godzina 23:59 10. Organizator zastrzega sobie możliwość dyskwalifikacji pracy w przypadku cwaniakowania innego niż to zawarte w regulaminie. Wątpię by się to zdarzyło. 11. Oceniane są treść, forma oraz wpisanie się w temat oraz ducha konkursu. Oceny są zarówno punktowe jak i opisowe. 12. Opowiadanie konkursowe musi zostać opublikowane w tym temacie na forum. 13. Użytkownik może złożyć więcej niż jedną pracę konkursową, ale chociaż wszystkie zostaną ocenione, to tylko najlepsza może trafić na podium. Tak, nawet jeśli pozostałe zostaną ocenione na 10/10. 14. Konkurs jest objęty patronatem Wielkiego Eventu Klubowego z Klubu Konesera Polskiego Fanfika i dostaje tam również swój własny kanał na okołokonkursową dyskusję. Pytania możecie zadawać zarówno tu jak i tam. Nagrody: I miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 100 zł lub duży box-niespodzianka* II miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 50 zł lub średni box-niespodzianka* III miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 30 zł lub mały box-niespodzianka* *przesyłka w obrębie Polski jest darmowa i dokona się przy pomocy paczkomatów InPost, w przypadku przesyłki zagranicznej nie pokrywam kosztów wysyłki A i co do gier i ebooków - żadnej pornografii. Mogą być 18+, ale nie ma mowy bym kupiła komuś Symulator Młócenia Animu Dziewczynki
  17. Wcześniej
  18. Rozdział VIII a w nim znów jesteśmy w Pandemonium, a Blackburn poznaje kolejne, ciekawe i przydatne kucyki. Czemu ten rozdział jest tak szybciej? Bo nie miałem kompletnie weny do pisania. Zostawiłem jeden fik po 2 stronach, drugi po 12 (ten ma może szanse w przyszłym roku zaistnieć). Obecnie mam wrażenie, ze wszystko co piszę nie jest ciekawe, więc wziąłem się za tłumaczenie
  19. No hej. Dawno tutaj niczego nie czytałem, lecz nasza rozmowa na privie zdecydowanie mnie do tego zmotywowała. Zacznę od tego, iż podoba mi się tytuł. Nie tylko wychwytuję tu pewne odniesienia historyczne, do dziejów brutalnych, ale i ciekawych, leżących w kręgu moich zainteresowań. Ponadto samo słowo "Festung" zawsze robiło na mnie pewne wrażenie estetyczne. Od razu przyznam się do swego ambiwalentnego stosunku do uniwersum FoE, który niesamowicie cenię za wkład w rozwój fandomu, wyobraźnię autorki i niesamowite wprost tempo powstawania oryginału, lecz miałbym wiele uwag do samej treści. Być może z tego powodu mogłem być zbyt krytyczny do Festungu już na wstępie, jakoż został umieszczony w tym uniwersum. Rozumiem jednak, jak atrakcyjne ono jest i jeśli kogoś inspiruje do działania, no to zawsze plus. To może najpierw kwestie techniczne i stylistyczne. Oprócz tego, co na szybkiego podejrzałem w recenzji Suna, dodałbym jeszcze: -małą, wręcz laboratoryjnie małą ilość opisów -dialogi będące listą kwestii niczym w skrypcie filmowym, bez wtrąceń narracyjnych. One są bardzo ważne! Dają czytelnikowi wgląd w emocje bohaterów. Przecież jak my rozmawiamy, to każde kolejne zdanie potrafi zmienić nasza temperaturę. A w serialu kucyki fantastycznie sygnalizują emocje uszami Bardzo polecam, abyś w przyszłej twórczości częściej przerywał kwestie dialogowe lub rozdzielał je od siebie opisami, co dzieje się z bohaterami w trakcie. -wiem, że Fallout to brutalne uniwersum i niczego innego nie należy oczekiwać po jego fanfiku, lecz osobiście mam trochę alergię na nadmierne szastanie śmiercią. Chodzi mi konkretnie o fragment : "W hali spadały kawałki sufitu, niektóre zabijały kucyki," I to się wydarzyło... tak po prostu. Bohaterowie są świadkami masakry, a potem Twilight wyznaje niewierność. Być może tutaj przeszedłbym do ogólnej wątpliwości, czy te rozdziały powinny być aż takie krótkie. Może to nasycić? Dodać więcej opisów przeżyć wewnętrznych? Wprowadzić/przypomnieć czytelnikowi, czym były falloutowe figurki i czemu są tak ważne, że w chwili tragedii bohaterowie się na nich skupiają? I w ogóle trzymali w robocie przy sobie? Wszystko dzieje się tak szybko... Okej, dość czepiania się. Ciekawi mnie motyw pochodzenia głównego bohatera. Domyślam się motywu broniacz->w Equestrii, a także umiejscowienia fabuły w okolicach tragedii, a nie wiele lat po (jak w oryginalnym FoE). Miło też zawsze dojrzeć w tekście słowa i rozwiązania przypominające, że bohaterowie są kucykami. Mają chrapy, przedmioty chwytają zębami itd. Sama fabuła również ma potencjał na rozwinięcie się w sporą i intrygującą historię. Cytat wymieniony przez Suna też mi się podobał. Pochwalę również wyczuwalną kucykowa pasję w tekście. I to w ogóle po prostu fajne, że tworzysz. Oby tak dalej! Mały disclaimer: nawet, jak zasugerowałem gdzieś coś cokolwiek słowem "powinno się" czy podobnym, to jednak nie jest to żadna prawda objawiona, ani nakaz. Uważam, że w sztuce nie ma zasad i robienie czegos po swojemu czy też wbrew przeciętnym rozwiązaniom może dobrze smakować. A niejedno wielkie dzieło właśnie to zrobiło. Wszystkie elementy recenzji są czysto subiektywne. Pisz dalej! :)
  20. Przeczytałem i muszę przyznać, że to dość nierówny, ale ciekawy fanfik. Zacznijmy od rzeczy, która wyszła tu najmniej. Mianowicie komedia. Ten fanfik nie jest śmieszny. Jest momentami zabawny. Co może nie byłoby problemem, gdyby to był SoL, a nie komedia. Z drugiej jednak strony, wtedy też bym narzekał na te wszystkie miejsca, gdzie widzę, że miał być żart, ale albo on nie bawi, albo on bawi niedostatecznie. Tylko kąciki ust się unoszą, zamiast parsknięcia śmiechem. Żeby jeszcze było gorzej, najbardziej mnie ubawiła postać Twilight Sparkle, która jest tu serialowa. Taka, jak w pierwszym sezonie, kiedy wszyscy wokół czekają na sylwestra, a ona by chciała żeby świat dał jej w spokoju pograć w tomb raidera. Więc jako część komediowa jest tu słabo. Zanim przejdę do fabuły, muszę wspomnieć o jakże istotnej strukturze, czyli napisaniu fanfika jako audycji radiowej. Pomysł fajny, jestem skłonny powiedzieć, bardzo oryginalny, bo dotychczas czytałem tylko jeden taki fanfik i był świetny (Vinyl Scratch tapes). Z tego, że mamy audycje wynika kilka ciekawych rzeczy. Opisy są minimalne (co nie przeszkadza), mamy sporo powtórzeń, jak to w mowie codziennej (powiedziałbym, że radiowcy mogliby pod tym względem wypaśc trochę lepiej w relacjach, niż słuchacze, ale to raczej drobiazg). Dialogi też są w zasadzie minimalne, tak samo interakcja postaci. Wszystko to zbiór raczej monologów. ale idzie się szybko przyzwyczaić, więc realizacja spoko. No i fabuła. Dużo jej nie ma, ale kucyki się przygotowują, kultywując różne tradycje, a potem wszystko bierze w łeb. Na plus grupa protestujących kucoperzy. Dałoby się ich pewnie zrobić zabawniej (może jeden z tablicą: Zbliża się koniec). Tradycja korków cydru bardzo spoko. Podobało mi się też zaproszenie eksperta do studia. Tak szczerze, jego poziom pasuje mi do współczesnych mediów. Więc ogólnie, jest ok. Nie ma tu żadnych zwrotów akcji, czy coś, ale bądźmy szczerzy, po czymś takim nie można się ich spodziewać. Na sam koniec nawiązania. Nie wspomnę tylko o jednym, wymienionym przez autora. Jest ich tu znacznie więcej. Pewnie więcej niż sam wyłapałem. Ale był i Full metal jacket i przemówienie jaruzelskiego. Osobiście, dałbym za to plus. Podsumowując, gdyby autor nie usiłował robić z tego komedii, tylko miejscami zostawił kilka lepszych zartów (bueblooda z WRAKiem, ostrzeliwywanie się korkami i może tego apokaliptologa (ale bez wolno leżących żarówek)) to mielibyśmy spoko slice of life audycję z aspektami humorystycznymi. A tak, mało śmieszna komedia.
  21. Link do fanfika nie działa - fanfik usunięty. Archiwizuję.
  22. Link do fanfika nie działa - fanfik usunięty. Archiwizuję.
  23. Witajcie Chciałbym zaprezentować mojego pierwszego fanfika, którego zacząłem pisać jeszcze w roku 2017. Przez cały okres brakowało mi trochę weny aby dokończyć i odwagi aby udostępnić, Tekst ma opowiadać o tym jak Sunset Shimmer ratując świat ludzi przed szalejącą magią musi wrócić do Equestrii, aby raz na zawsze odciąć świat ludzi od wycieków magii. Następnie ponownie uczy się żyć w tej krainie, jednak z pewnymi zmianami. Czas akcji w Equestrii został osadzony w okolicach 7 sezony serialu Przyjaźń to Magia Tytuł Fanfika jeszcze może ulec zmianie. Nawet pod wpływem sugestii. Aktualnie jest 7 rodziałów. Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Nie wiem tylko czy dobre tagii dopasowałem, do tego co zawiera tekst.
  24. Sweetie Bot to jeden z najstarszych memów fandomu MLP:FiM. Wziął się on, stąd, że w jednym z odcinków aktorka dubbingująca Sweetie Bell nie mogła podłożyć jej głosu, więc skorzystano z syntezatora mowy. Nie dało się tego ukryć, gdyż efekt końcowy był sztuczny. Stąd zrodził się Sweetie Bot, który następnie otrzymał swoją animację (niejedną) a nawet serię piosenek „Destabilise” od Prince Whatever. Sam też uważam Sweetie Bota za ciekawą koncepcję i dlatego z zainteresowaniem sięgnąłem po fanfika o takim właśnie tytule. Niestety co jednak było do przewidzenia, „Sweetie Bot” jest fanfikie słabym. Jest jedna prosta przyczyna dla tego stanu rzeczy. „Sweetie Bot” jest całkowicie nielogicznym fanfikiem. Można by go wręcz uznać za fanfik komediowy, gdyby nie tag Tragedia. Moim zdaniem ten fanfik nie nadaje się nawet na tragikomedię. Odnoszę nawet wrażenie, że powstał on tylko po to aby zawrzeć tę właśnie scenę: Niedawno Rarity odkryła, że jej siostra stała się robotem. Nie będę wnikał, skąd w magicznym i prawie pozbawionym urządzeń mechanicznych świecie wie ona, co to jest robot. Raczej nie jest to jednak konstrukt, jak patykowilki. Skoro potrzebuje oleju oznacza to, że jest najprawdziwszą maszyną. Rarity co rusz zmienia nastawienie: jest zaniepokojona, smutna, zdziwiona tym, co się stało z jej siostrą. Potem, jak widać, traktuje ją z lekceważeniem, wręcz wykpiwa. Gdzie tu jest logika? Dlaczego nie próbuje udać się do Twilight, żeby rozwiązać problem? Nie rozumiem, jaka jest motywacja postaci w tym fanfiku. Co strażnicy wiedzą o robotach, że mają je wykańczać? Roboty są najwyraźniej niebezpieczne, ale Rarity nic z tym nie próbuje zrobić? Czy robotyzacja kucyka to stan przejściowy? Odwracalny? Najwyraźniej jednak Rarity przedkłada pracę nad siostrę, gdyż: Zauważmy, że problemem jest, że straż zabierze jej siostrę, nie, że jej siostra jest robotem, w dodatku uzbrojonym. Po prostu jakakolwiek logika zachowania postaci tutaj nie istnieje. Rarity również nie powie Sweetie Botowi, że musi się ukrywać, bo ją zabierze straż (co jest osobnym, wyżej omawianym problemem). Wszystkie problemy, na jakie natrafią bohaterowie popychają ich ku „rozwiązaniom”, które nimi nie są, są tylko półśrodkami. Nie próbują sobie oni odpowiedzieć na pytanie jak zaradzić sytuacji, przechodząc nad nią do porządku dziennego, gdzie problem nie jest problemem dopóki nie dowie się o nim ktoś spoza kręgu wtajemniczonych. W efekcie bohaterowie wracają do codziennej rutyny. Dla Rarity jest to praca. Być może jest to próba radzenia sobie z problemem, a dokładnie ze stresem, który ten rodzi. Niestety autorka całkowicie pomija przyczyny takiego zachowania, motywację bohaterów by nie robić nic poza tym, że „straż skończy, ze Sweetie Botem” co biorąc pod uwagę jej uzbrojenie jest nawet logiczne. Język, jakim napisano fanfik jest bardzo prosty. Wręcz na granicy prymitywności. Czasami jednak zdarzy się jakieś słowo bardziej „zaawansowane” np. sarkazm, gleba. Nie potrafię wyjaśnić tych zmian, podobnie jak to, że obok słowa łóżko użyto słowa „łóźko” i nie jest to literówka, bo powtórzono to trzy razy. Moim zdaniem fanfik powinien raczej pozostać na dysku twardym autorki i być najpierw przedstawiony osobom zaufanym. Poziom „Nekromanty z Ponyville” jest bowiem niebezpiecznie blisko.
  25. Teraz masz dobrą okazję, ponieważ fanfik FoE:NMP jest jeszcze krótki i niestety nie mam kiedy go kontynuować. A jeszcze muszę zrobić retcon żeby dodać cameo Eisenhufa (AKA Iron Hoof - to OC, którego z przyczyn osobistych koniecznie chcę tam umieścić). Jeśli chodzi o LaTeX, jest dobry do skomplikowanych wzorów i prostych tekstów, w których skupiasz się na treści (jak np. fanfik), pozostawiając ogarnięcie szczegółów formatowania maszynie. Schody zaczynają się, gdy chcesz uzyskać konkretny efekt wizualny, albo gdy w rozwinięciu makr pojawi się błąd. Tak, -- w LaTeX to n-dash, zaś --- to m-dash. Nie znam warsztatu Kkat, ale bardzo możliwe, że oryginalnie pisała w LaTeXu, a na fimfiction.net wrzuciła tekst w podobny sposób, jak ja wrzucam do Google Docs, i LaTeXowe -- pozostało jako artefakt. W każdym razie u mnie pełni ono jeszcze dodatkową rolę: zapobiega zamianie dialogów w listy wypunktowane (w Markdown pojedynczy minus to znacznik elementu listy i musiałbym pisać \-, co w edytorze tekstowym wygląda znacznie gorzej niż --. Dodatkową zaletą stosowania -- jest możliwość szybkiej konwersji do LaTeX (gdybym np. kiedyś chciał to wydać jako książkę), można też szybko podmienić -- dowolnym znakiem (n-dash, m-dash itp.) Nie robię tego głównie ze względu na oszczędność czasu - ważniejsze dla mnie jest zachowanie spójności Google Docs z Markdownem (teraz znów się rozjechały, ponieważ na Gitlabie jest już początek drugiej części prologu: Masakra w Littlehorn, podczas gdy na Google Docs jest pierwsza część (Dzień Zagłady) jako cały prolog. Uspójniać będę, gdy tylko skończę drugą część prologu - dam wtedy również znać tutaj. Natomiast tak jak mówiłem: Google Docs traktuję jako dopust pegazorożców i po macoszemu. Wolę napisać kolejny akapit w Markdown, niż bawić się formatowaniem - a niestety mam teraz bardzo mało czasu... Zresztą sam widzisz, o której Ci odpisuję zamiast udać się na audiencję u Królowej [sic] Luny;).
  26. To sporo tłumaczy, bo nie czytałem ,,nie ma przeznaczenia". Nie wiem, czy przeczytam. Może kiedyś w przyszłości. Akurat czytałem google docsa. I mówiąc szczerze, do dziś nie wiedziałem, czym jest ten cały markdown. Za to LaTeX niestety kojarzę (i uważam dziś za mało praktyczny, ale to może przez moje niewielkie i raczej nieprzyjemne doświadczenia z nim). Jednak, jeśli dobrze pamiętam (popraw mnie, jeśli się mylę), po wygenerowaniu PDFa w LaTeXie, te podwójne minusy są zamieniane na półpauzę, tak samo jak /e jest zamieniane na ę (jeśli dobrze pamiętam, że to było coś takiego). Więc w mojej opinii, Kkat też w tym miejscu robi błąd. Ale tu pewnie warto by zapytać kogoś, kto umie pisać poprawnie po angielsku. Jeśli już jesteśmy przy gogole docs, to poprawnym jest, by tekst był wyrównany do obu krawędzi (wyjustowany), każdy akapit zaczynał się wcięciem, a dialogi były zapisane z wykorzystaniem półpauzy, lub pauzy (nie wszyscy będą czepiać się pojedyńczego myślnika). W mojej opinii, warto dodać odstęp przed lub po akapicie, równy połowie rozmiaru czcionki, albo standardowy dla google docsa
  1. Załaduj więcej aktywności
×
×
  • Utwórz nowe...