Gwiezdne Wojny: Część IV - Nowa nadzieja
Zabrałem się za całą serie GW i po raz pierwszy oglądałem ten film. Biorąc pod uwagę, kiedy ten film powstał, wcale się nie dziwie, jakim fenomenem się okazał. Jednak zdecydowana większość ludzi chyba zbyt melancholijnie podchodzi do tematu i wciąż jara się tym, co na trzeźwo można już uznać za coś średniego.
Co mi się podobało:
- Nie nudziłem się, a spodziewałem się zasypiania w połowie filmu, co chyba koniec końców jest największym plusem. Oglądało mi się w sumie spoko, lepiej niż przypuszczałem.
- Bardzo wysoko oceniam grę aktorską świętej pamięci Carrie Fisher w roli księżniczki, gdyż postać ta, w rękach niekompetętnej aktorki, mogła wyjść strasznie oklepanie oraz irytującą, jak to nieraz RD w kucach wychodzi. Również gra aktorska Petera Crushinga w roli Tarkina wypadła nieziemsko dobrze i w sumie nie umiem wyobrazić sobie lepszej osoby do tej postaci.
- Jak na tamte czasy, muzyka i efekty musiały wgniatać w fotel.
- Nie było to aż tak dziecięce, jak się spodziewałem. Były spalone trupy, odcinane kończyny i inne takie.
- Scena w zgniatarce spoko.
- Ogólnie fabuła spoko.
Co mi się nie podobało:
- Ogólnikowo postacie są strasznie przerysowane i wręcz nierealne. Zawsze największą bolączką GW było to, że mamy super dobrych i tych super złych, bez żadych realnych konfliktów, ale to już jest raczej wada całej serii. Jednak szczerzę, spodziewałem się, że Solo będzie większym turbo kozakiem, a Vader większym tyranem i bardzo się cieszę, ze wyszli oni na bardziej ludzkich.
- Robienie ze szturmowców kompletnych idiotów, którzy poślizgują się na skórkach od banana, a podczas wymiany ognia można by wyjść do nich i powiedzieć coś w stylu, co Kudłaty i Scoobie Doo robili z potworami np. sprzedawca ubrania czy fryzjer i by się na to nabrali. żenując
- Wiele scen było strasznie źle nagranych. Dialogi czerstwe i udawane, więzi między bohaterami koniec końców okazywały się być bardzo silnie, chociaż znali się może godzinę. Nieraz było przejście do nowej sceny rodem z prezentacji w gimnazjum, dwa zdania w stylu "Zrób to! Tak!" i kolejne gimnazjalne przejście. Największa bolączka tego filmu, moim zdaniem. Nawet w scenie, gdzie Luke wraz z kumplami leciał by trafić ten statek w czuły punkt, ludzie od montażu zapomnieli chyba wstawić muzykę, bo jakieś 4-5 minut mamy sceny walki bez jakiegokolwiek tła muzycznego. Ten fragment oglądało mi się naprawdę dziwnie, a jeszcze dziwniejsze uczucie towarzyszyło mi, gdy nagle, jak wszyscy kumple Luka zginęli, muzyka nagle się pojawiła.
- Zdziwiło mnie to, że jak główna brygada uciekła na planetę, na której ukrywali się rebelianci i odkryli, jak rozwalić gwiazdę śmierci, postanowili ją rozwalić, jakby była tuż obok. I rzeczywiście była tuż obok, chociaż o tym nie wiedzieli. Zupełnie jakby się umówili na solówkę pod blokiem 2 godziny wcześniej.
I w sumie, ogólnie oglądało mi się to lepiej, niż się spodziewałem. 6,5/10, bo na siedem kilka scen mi zawadziło, ale to i tak więcej, niż się spodziewałem.