Skocz do zawartości

Hoffman

Brony
  • Zawartość

    1176
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    50

Wszystko napisane przez Hoffman

  1. To znowu ja! Dorzucam jak na razie ostatnie nowe opowiadanie, prócz tego, że ponownie chcę podziękować @Cahan i @Verlax za prereading, korektę i porady, muszę wspomnieć jeszcze o @Midday Shine, autorce pierwowzoru, która była uprzejma wyrazić zgodę na napisanie niniejszego opowiadania Bardzo dziękuję! Dobry żart... funta trocin wart? [Oneshot] [Euestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Zapraszam do czytania i komentowania! Pozdrawiam!
  2. A cóż to się tu znowu pojawiło? Nowy tekst z serii towarzyszącej, tym razem jest to: Nagły atak telemarketerów [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Dostępne również z pozycji pierwszego postu Ponownie za prereading, poprawki, ważne uwagi i poświęcony czas, ogólnie, pragnę podziękować @Cahan oraz @Verlax Pozdrawiam!
  3. Cześć Wam! Wpadłem ogłosić dużą aktualizację. Otóż, jak już możecie wyczytać w pierwszym poście, z dniem dzisiejszym "Jedyna taka historia" przestaje być jedynym opowiadaniem, bo będzie teraz częścią dłuższej historii Uruchamiam drugą obok "Kresów" serię opowiadań, z syrenami w rolach głównych. Szczegóły dotyczące tego jak to ma wyglądać znajdziecie wyżej, w pierwszym poście. Bez przedłużania, przedstawiam sequel oryginalnego opowiadania: Jedyny taki plan [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] A także pierwsze "opowiadanie towarzyszące", a jest nim: Śpiąca syrenka [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Oczekujcie kolejnych opowiadań już niebawem Uwaga, ważne! Co do tytułu serii na razie jeszcze NIE MAM pomysłu, ale myślę o tym. Jeśli macie jakieś propozycje albo pomysły, możecie śmiało się nimi podzielić, jestem otwarty na sugestie. Podobnież nie jestem zdecydowany czy okładkę zmieniać, chociaż miałbym parę dobrych kandydatów (może umiałbym sam narysować, ale nie jestem pewien jak miałaby wyglądać, tu też brakuje konkretnej koncepcji). Także parę rzeczy jest w przygotowywaniu, niemniej nie ma czego przedłużać ani z czym się wstrzymywać - Dazzlings powracają, więc zapraszam do czytania i komentowania Podziękowania dla @Cahan i @Verlax za prereading i korektę Pozdrawiam!
  4. W lutym tego roku w Klubie Konesera Polskiego Fanfika odbyły się warsztaty pisarskie skupione na krótkiej formie - drugim z ćwiczeń było napisanie opowiadania poświęconego postaci Cadance, do 1000 słów. Udało mnie się szybko zrealizować prosty pomysł, a przy tym zmieścić się w narzuconym limicie słów i tym samym z sukcesem wywiązać się z ćwiczenia, a dzisiaj publikuję ów tekst, lecz w jego poprawionej formie Co to znaczy? Przejrzałem opowiadanie jeszcze raz i po drodze poprawiłem kilka zdań, które z perspektywy czasu brzmiały średnio lub wręcz nie najlepiej, przy okazji dodając nowe, rozbudowując nieco poszczególne fragmenty. Poszukałem też drobnych błędów. Nie jest to wiele, bariera 1000 słów została przebita, ale to zbyt mało, by ochrzcić poniższy tekst mianem "rozszerzonego", stąd etykieta "wersji poprawionej" Zarazem zaadresowałem chyba główną uwagę do tekstu - jest to teraz [Slice of Life]. Nie więcej, nie mniej. Akcja rozgrywa się jakoś po trzecim sezonie. (Okładka w przygotowywaniu, bo mam pomysł.) Sprawa najwyższej księżniczki [Oneshot] [Slice of Life] Po niedawnych perypetiach, księżniczka Cadance powoli odnajduje się w roli władczyni Kryształowego Królestwa. Czytając korespondencję od poddanych, natrafia na problem, który jako księżniczka miłości musi natychmiast rozwiązać. Stęskniłem się za krótkimi formami. A teraz okazało się, że jednak nie zapomniałem jak się je tworzy Zapraszam do lektury i pozdrawiam!
  5. Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej
  6. Nim przejdę do rzeczy, pragnę jeszcze raz, bardzo, ale to bardzo podziękować @Waser4K, za czas poświęcony tak na przeczytanie sagi rodziny Crusto, jak i na oba komentarze, włącznie z trudem poniesionym przy jego pisaniu, mnie jak zwykle niezmiernie miło było czytać przemyślenia kolejnego czytelnika o opowiadaniach, zbiorczo, a także o każdym z osobna, odkrywać co się spodobało, co niezbyt, co zagrało najlepiej, a co okazało się" niedogotowane", znaczy to dla mnie mnóstwo i dopinguje do dalszego pisania! Szczególnie ucieszyłem się czytając o swym światotwórstwie i że daje ono radę - na etapie pierwszych opowiadań z serii, właściwie to całej sagi rodziny Crusto, nie przywiązywałem do niego aż takiej uwagi, generalnie zwykłem koncentrować się na postaciach. Bardzo się cieszę, jeśli kreowany świat w Twoich oczach wypadł dobrze Przeskoki czasowe na ówczesnym etapie były większe, teksty były bardziej "rozrzucone" względem siebie w chronologii, kształtowały się jeszcze koncepcje na wątki i postacie, niektóre z nich przeszły większe lub mniejsze zmiany... Chociażby taka Silkflake Dziękuję także za rysunek! Tak czy owak - dzięki Ci wielkie, oby kolejne odcinki serii dały radę Oby tekst, który zaraz ogłoszę dał radę... Ano, na moim DeviantArcie od jakiegoś czasu dostępne jest drzewo genealogiczne kresowych postaci - rodzin Ashfallów i Crusto. Widać jak kuce są ze sobą powiązane, uwzględniłem także postacie tylko wspomniane w fanfikach W przyszłości planuję je rozszerzać, w miarę rozbudowywania fabuły. Tak przyszłej, jak i tej, która już jest A teraz pora ogłosić opowiadanie, którym uczczę dziesięciolecie serii. A jest to... remake "Tajemnicy Białego Bazyliszka" Od jakiegoś czasu groziłem, że się za to zabiorę i oto jest - chociaż fabuła z grubsza mówi o tym samym, wprowadziłem szereg zmian i rozszerzyłem to, co już było. Koncentrując się oczywiście na postaciach i relacjach między nimi, ale chyba największym novum jest to, że teraz nie tylko Fenrir wędruje po tajemniczej grocie... Co jeszcze jest w tekście? Sprawdźcie sami, zapraszam do czytania! Pisząc nową wersję, wziąłem sobie do serca spostrzeżenia Verlaxa i postanowiłem wejść głębiej w umysł Fenrira, lepiej zarysować wydarzenia, które zainspirowały go do zmiany swojego życia i podejścia, a także nakreślić skąd ta jego zmiana miałaby w ogóle wypłynąć. Jednocześnie, myślę, że wpisze się to w sam raz w odczucie Wasera4K, jakoby w ramach sagi rodziny Crusto, seria opowiadała o odnalezieniu siebie i drogi, która pozwoli żyć ze sobą w zgodzie. W związku z filozofią, by rzeczy rozszerzać i ciągle dorzucać nowości, tekst wyszedł dużo dłuższy od pierwowzoru. Kombinowałem jak to podzielić na może trzy części, ale ostatecznie zostałem przy dwóch. Pierwsza rozgrywa się... za dnia, aż do późnego wieczora, a druga pamiętnej nocy, podczas której bohaterowie starli się z tajemniczym, białołuskim potworem. Oto on: Tajemnica Białego Bazyliszka - wersja 2025 - część pierwsza, a także część druga Tekst znajdziecie również w pierwszym poście otwierającym niniejszy wątek (Pliczek z chronologią zaktualizuję w wolnej chwili) Zdradzę, że niektóre dodane rzeczy mają być zalążkiem do przygód łowców, czyli swego rodzaju spin-offu do głównej serii, o którym rozmyślam już od dłuższego czasu. Niedawno przyszedł mi do głowy pomysł na jeszcze jeden rodzaj spin-offu, z którego pierwsza historyjka zaczyna pomału się rozwijać Nadchodząca saga ma się dobrze - ruszyły prace nad opowiadaniami o Kaprikornii i koziorożcach, mam już koncepcje na większość kolejnych tekstów, nadal jednak nie zdecydowałem się co do finału. Na szczęście to melodia przyszłości. Bardzo chciałbym w tym roku pokazać Wam coś jeszcze, ale nie mogę niczego obiecać - walczę z czasem i przegrywam Dlatego, na wszelki wypadek - wszystkiego najlepszego z okazji dziesięciolecia "Kresów", historia leci dalej! Pozdrawiam!
  7. Seria "Obecność" doczekała się kilku nowych odsłon, toteż z największą przyjemnością powracam do cyklu, ciekaw czym jeszcze zaskoczył nas autor i w którym kierunku poprowadził swoje uniwersum Nie przedłużając, startujemy od "Przebudzenia". Piąta część serii "Obecność", opowiada historię bohatera o pseudonimie Chip, którego przysięgam, że kojarzę z "Poniedziałku". Zaczyna się dosyć tajemniczo, bo od sceny z paraliżem sennym, podczas którego to protagonistę nawiedza Nocna Zmora, stwór przerażający i parszywy, ale na szczęście nieprawdziwy. Ale czy na pewno? Niczym w "Koszmarze z ulicy Wiązów", okazuje się, że da się wynosić różne rzeczy ze świata snów do świata rzeczywistego; Chip, spędzając czas przy kawie u swej przyjaciółki Angeli, ma na sobie bardzo charakterystyczny ślad, który najpewniej zostawiła wspomniana Nocna Zmora, gdy ten śnił swój koszmar. Jest to tylko odrobinę mniej zagadkowe niż kot Angeli, który świeci na niebiesko. I mówi ludzkim głosem. Ludzkim? Nie do końca - gdy Chip po chwili się odwraca, widzi Lunę we własnej osobie, uzbrojoną w pierogi. Niemożliwe! Co zatem było snem, a co jest rzeczywistością? Odpowiedzi szukajcie w tekście. Chociaż fanfik nie jest długi - historia zamyka się w zaledwie siedmiu stronach - znalazło się w nim dość urozmaiceń, co pomogło uniknąć monotonni, tempo akcji okazało się sprawne na tyle, by lektura szła wartko, a jednocześnie wyważone idealnie, by dać odbiorcy odpowiednio dużo czasu na chłonięcie poszczególnych scen, dzięki czemu nie było problemów z klimatem. A klimat to klasyczne [TCB], tekst wydaje się bardzo dopracowanym opowiadaniem z najlepszych lat fandomu, można go także postrzegać jako przypadek tekstu współczesnego, który z powodzeniem emuluje retro klimat Choć jest to już piąta odsłona cyklu "Obecność", nie powiedziałbym, że opowiadanie wymaga od czytelnika znajomości poprzednich części. Znaczy, jasne, warto je sprawdzić, by mieć szerszy kontekst, ale samo w sobie jest na tyle kompletne, że sprawdza się jako samodzielne dzieło. Powiedziałbym, że jedynym, co warto wiedzieć zabierając się za "Przebudzenie", to podstawy podstaw koncepcji Biur Adaptacyjnych. Co idzie wyłożyć zawierając się w jednym zdaniu wielokrotnie złożonym albo w trzech-czterech prostych. Nic prostszego. Wspomniane urozmaicenia to nie tylko odniesienia do prawdziwych osób udzielających się w fandomie bądź funkcjonujących już poza nim, acz obecnymi w sieci, na różnych platformach internetowych. Wspomnę tylko, że tak jak poprzednio, acz nie w tak dużym stopniu, bawią mnie te nawiązania, znajome tytuły fanfików, a także tytuły fikcyjne, acz nawiązujące do prawdziwych, no i drobne bo drobne, ale mijanie się z rzeczywistością. Jak np. tutaj: Oczywiście rozpoznałem w tym nawiązanie do mojego największego na dzień dzisiejszy fanfikowego projektu, ale uśmiechnąłem się po raz drugi, gdyż myśl o tym, że napisałbym cokolwiek osadzonego w uniwersum Fallout: Equestria, nie mogła być bardziej błędna Określiłbym to mianem takiego miękkiego, ale przesympatycznego out-of-character, bez którego na tym etapie trudno mi sobie wyobrazić "Obecność". A swoją drogą, miło było znaleźć samego siebie w opowiadaniu. Dzięki Hm, przy okazji, jestem pewien, że tam powinno być "Borderlands", jedna literka najwyraźniej została zjedzona. Wracając - w ramach urozmaiceń pojawia się choćby Tommy Wiseau, wprawdzie na krótko, ale zapada w pamięci; gdy to zobaczyłem wiedziałem już, że mam przed sobą jeden z lepszych tekstów, jakie przyszło mi przeczytać w tym roku Nie zabraknie także postaci z innego fanfika, która zapyta bohatera czy przypadkiem nie przechodził ostatnio obok pewnego zapomnianego miasta. Ale najciekawsze wydało mnie się z tego wszystkiego zakończenie. Nie mam jednak na myśli sceny, w której następuje tytułowe przebudzenie, lecz krótka relacja, na samym końcu. Jakby wspomniana scena nie wystarczyła na nowy, rozszerzony kontekst tego, o czym do tej pory czytaliśmy, na do widzenia dostajemy Ostatni Zapis z Planety Ziemia, z jakiegoś powodu zapisanego wielkimi literami. Nie wydaje mnie się, by tak było dobrze, ale ok. Ważne jest to, że było to czyste, klasyczne [TCB] i swoista wisienka na torcie. Pod kątem formy, tekst jest solidny. Sformatowany jest prawidłowo, wygląda schludnie i przejrzyście, nie uświadczyłem żadnych błędów utrudniających lekturę, błędów w samej treści też ze świecą szukać. Nic dziwnego - opowiadanie otrzymało korektę, więc podczas czytania można było być spokojnym o ortografię czy interpunkcję. Rzeczy pisane wytłuszczonym tekstem bądź kursywą mają to pogrubienie bądź kursywę nie bez powodu; formatowanie to służy podkreśleniu, co rozgrywa się w sferze snów, a co jest zapisem historii. Nie gryzie się to ze sobą, a raczej współgra. Tekst po prostu dobrze i sprawnie się czyta, a także z łatwością się do niego wraca. "Przebudzenie", co mnie trochę zaskoczyło, w sumie sprawdziłoby się znakomicie jako prolog do "Obecności", ogólnie. Albo nie prolog do serii, a wprowadzenie do czegoś dużego w ramach serii. Ma w sobie taki vibe otwarcia do czegoś większego, moim zdaniem. Ale tak czy owak, jest to opowiadanie, które, w ramach krótkiego przerywnika, mogę z czystym sercem polecić tak szukającym oparów starego fandomu, fanom klasycznego (i nie tylko) [TCB], jak i każdemu innemu czytelnikowi, pod warunkiem, że nie odrzuca go koncepcja ludzi i kucyków egzystujących w ramach jednego uniwersum. Jeśli jest to coś, czego nie możesz przełknąć, to raczej nie znajdziesz tu zbyt wiele dla siebie. Ale pozostałych jak najbardziej zachęcam do sprawdzenia "Przebudzenia" jak również pozostałych kawałków serii. A skoro mowa o pozostałych kawałkach... "Encounter" jest historią Rarity, nie tej serialowej Rarity, lecz prawdziwej Rarity (wiem, że to brzmi dziwnie, ale stay with me), która przewinęła się na moment w końcówce "Przebudzenia" i jest to zarazem jej origin story. Akcja przenosi nas do roku dwa tysiące dziewiętnastego, do dnia, w którym nasza bohaterka, Karolina, stara się o posadę w dziale ochrony jednego z biur. Dyrektorką jest sama Frezja Sky - miła sprawa. Dowiadujemy się jednak, że mimo referencji, aplikacja zostanie odrzucona z uwagi na toczącą się przeciwko Karolinie rozprawę sądową i gdyby nie pojawienie się samej księżniczki Luny, która kogoś w naszej bohaterce rozpoznaje, zapewne na tym by się skończyło. Wprowadzenie, zważywszy na pozostałą treść, okazuje się bardzo kompetentne. Zajawia wątek Karoliny, przedstawia tak jej postać, jak i dorzuca kolejne, rozbudowując wątek z poprzedniego opowiadania, a także sieje parę ziaren tajemnicy, do wykiełkowania później. Co Luna powiedziała Frezji? Kogo rozpoznała w Karolinie? O jaką rozprawę sądową chodzi i co przeskrobała bohaterka? Wstęp skutecznie wciąga i zachęca do dalszej lektury, do tego został sprawnie napisany, należycie wyróżniony poprzez formatowanie, naprawdę solidna robota. Akcja przenosi się rok wcześniej, a my poznajemy Karolinę jako policjantkę. Nic zaskakującego, jeśli pamięta się pierwszy akapit tekstu. Ale i tak dziwnego, zważywszy na jej faktyczną profesję. Odrobina [Slice of Life] na pewno nie zaszkodzi, a tylko pomoże, racja? OK, muszę jedną rzecz przyznać - o wiele łatwiej mi wyobrazić sobie, że z jakiegokolwiek powodu Rarity idzie do pracy w policji, niż Rarity zajadającą się wieśmakami – przecież w tych kanapkach są warzywa Jest to po raz kolejny charakterystyczny element serii, realizujący zamysł meta-fanfikcji, w ramach którego bohaterami, uczestnikami świata przedstawionego są autentyczne osoby z fandomu, oddanie nie tyle niefortunnie, co po prostu błędnie, lecz nie w sposób budzący wątpliwości, lecz tak, że człowiek po prostu czyta i się uśmiecha, wyobrażając sobie znajomych i przyjaciół w opisywanych przez autora sytuacjach To jest tak przedziwne, ale jednocześnie zabawne i niezdrowo fascynujące, że nie mogę postąpić inaczej - muszę to odhaczyć jako plus. Podobnie, występ Cahan i Dolara, rozbierających płot na polecenie Ghatorra (tajasne), również mnie rozbawił. Oczywiście, że nie złożą kogoś w ofierze, ani nie zaprzęgną do roboty niewolników, smagając ich przy tym batem - sami grzecznie rozbiorą płot z dobroci serca. Jak mam w to uwierzyć? Bo w realu najprawdopodobniej mieliby to w rzyci xD Ale gdybym już musiał do czegoś się przyczepić, to ów płot w Ghatorra, moim zdaniem idzie już za daleko - by zrozumieć żart, trzeba mieć więcej takiej wewnętrznej wiedzy, nie pochodzącej z fanfika czy definicji tagu, by złapać o co chodzi. Ale dla mnie osobiście, miła sprawa. Nawet jeżeli obecnie płot już się przeżarł i teraz Ghatorr nie ma prądu. Lecz gdy Karolina nagle widzi na drodze Lunę, co traktuje bardzo poważnie, bujający się z nią w radiowozie glina raportuje jej zachowanie do centrali. Stąd dowiadujemy się, że nie jest to jej pierwszy raz. Po powrocie do domu poznajemy inne, jeszcze dziwniejsze oblicze protagonistki – jest streamerką gamingową, a dodatku cosplayerką. Na streamach wciela się oczywiście w Rarity. Jestem konsekwentny – to też jest mi sobie wyobrazić łatwiej. Ciekawie się robi gdy wizytę składa bohaterce autentyczna Rarity z serialu. Zarazem odkrywamy o co chodzi z tym sądzeniem się, o którym dowiedzieliśmy się na początku tekstu. I muszę przyznać, że w realiach świata przedstawionego, ale także w kontekście [TCB], to jest GE-NIAL-NE! Odpowiada mi pacing, z jakim autor rozwiązał tę zagadkę i jak się to odbyło. Świetna sprawa. Konfrontacja Karoliny z Rarity także wypadła świetnie i zabawnie, podobało mnie się. Końcówka, podobnie napisana kursywą, tak jak jak przy poprzedniej części, uprawia drobne światotworzenie i dodaje szerszy kontekst do wydarzeń, o których czytamy. Dowiadujemy się też skąd tytuł odpowiadania. No i oczywiście, po raz kolejny jest to old schoolowe [TCB], napisane solidnie, z pomysłem i humorem, w formie, która zadowala; tekst sformatowany i skonstruowany jest na podobnym poziomie, trudno doszukać się poważniejszych czy nawet drobniejszych błędów, czyta się to dobrze i sprawnie. Klimatem najbliżej mu do "Przebudzenia", w ogóle, pasuje mnie ciągłość z poprzednim opowiadaniem. Nie tylko jest to historia jednej postaci, ale element bardziej złożonej opowieści o pewnym konkretnym świecie przedstawionym. Jednakże tym razem opowiadanie nie radzi już sobie tak dobrze jako samodzielny twór, raczej rekomendowane jest przeczytanie przynajmniej "Przebudzenia", coby wiedzieć o co biega. Niekoniecznie jest to minus, ale pomyślałem, że warto o tym wspomnieć. Tekst nadal godny jest polecenia Kolejny nowy odcinek serii, czyli „Herbata”, jeszcze bardziej powraca do klasycznych klimatów biur adaptacyjnych, lecz tym razem, o ile oczywiście nie mogę odmówić mu pewnego zabarwienia komediowego - wszakże znów przewijają się w nim znane mi osoby, zachowujące się w sposób kompletnie mi nieznany - o tyle w porównaniu do poprzedników ma inny wydźwięk. Jest poważniej, powiedziałbym nawet, że mroczniej, zważywszy na motywy, jakie przewijają się w tekście. Będzie nawet trup na ziemi! Nie jest to wprawdzie nic zbyt wielkiego, klimatem nie "Herbata" nie odstaje aż tak od poprzednich części, ale zdecydowanie wyróżnia się postapokaliptyczną otoczką i odrobiną melancholii. I zupełnie szczerze, taka zmiana nawet mi pasuje. Dzięki temu tekst wydaje się nieco świeższy w stosunku do tych, które już przeczytałem. Jednocześnie nadal wzbudza nostalgię, za sprawą klasycznej tematyki, okraszonej współczesną formą. Aczkolwiek tym razem znalazłem parę niedoskonałości. Chociażby brak spacji: Innym razem brak kropki na końcu zdania: Aha, jeszcze! Zjedzona literka. Brak spacji, no i krzyk zakończony wielokropkiem. A zaraz potem znów brakuje kropki: Prócz tego, forma z grubsza trzyma poziom "Przebudzenia" i "Encounter" - nadal mamy pewne fragmenty, które są sformatowane inaczej, co ma zasygnalizować nam co jest obecną akcją, a co wspomnieniem czy czymś innym, więc nigdzie nie idzie się pogubić, konstrukcja tekstu jest satysfakcjonująca. Mam na myśli to, że po zakończeniu czytania czuję się po prostu dobrze z poczuciem, że mam za sobą kolejny tekst z solidnym otwarciem, wciągającym rozwinięciem i sycącym zakończeniem, do tego w całkiem dobrej formie. Bardzo dobrze. Ale wracając do fabuły - tym razem bohaterem został Dolar, który obecnie przebywając w Ur, ostatnim mieście ludzi, wspomina dzień, w którym pojawiła się sfera, od czego wszystko się zaczęło, a także czas swej rezydentury w jednym z Centrum Lojalności, które, gdy nikt nie patrzył, zostało przekształcone w obóz koncentracyjny. Ale z Dolarem na pokładzie. Nie, nie w charakterze głównego zarządcy, tak jak ja bym się tego spodziewał, lecz w charakterze więźnia. Że co? W ośrodku przekształconym w obóz koncentracyjny spędzimy większość czasu. Muszę przyznać, że brnąc przez tekst, odniosłem wrażenie, jakoby ten był w rzeczywistości znacznie dłuższy. Nie mam na myśli dłużyzny - mam na myśli to, że fabuła nie przypominała odcinka, ale pełnometrażowy film. Przez cały czas niezmiennie było ciekawie, zrobiło się wręcz fenomenalnie, kiedy spróbowałem odczytać w myślach narrację znanym mi głosem protagonisty. Każdego, kto Dolara zna w prawdziwym życiu, zachęcam do takiego oto eksperymentu. Jest to dziwne, może wręcz surrealistyczne, ale warte doświadczenia Poszczególne fragmenty w obozie potrafią niekiedy zaskoczyć powagą, w ogóle, mnie osobiście, umieszczenie tej lokacji gdzieś w Białorusi starczy, bym wyobraził siebie to miejsce w taki sposób, że prędzej bym poszedł do kościoła, niż wybrał się tam pomieszkać. Niekończący się nadzór, niewielki metraż, nadmierne zagęszczenie, głód, syf i przemoc, nie są to przyjemne rzeczy. Zresztą nieludzkimi warunkami, odebraniem tego, w co obfitowało poprzednie życie bohatera, tłumaczona jest jego znaczna utrata wagi. Dodając do tego otoczkę postępującej zagłady ludzkości, rozszerzającą się strefę i brak nadziei na powrót do poprzedniego porządku, mamy tutaj coś, co nie tylko przywodzi na myśl te mroczniejsze historie osadzone w realiach [TCB], ale i coś z potencjałem na mocne post-apo, nietypowe dla ogólnego klimatu "Obecności", ale zaskakująco do tych realiów... pasujące? Spodobało mnie się zakończenie. Wcześniej wspomnienia o lepszych czasach kontrastowały mocno z fragmentami, w których protagonista znajduje się z dala od, tu cytat: Tworząc atmosferę tęsknoty za tym, co utracone i ubolewania nad faktem, iż nie da się tego w żaden sposób odzyskać. Końcówka natomiast, jest gorzka, gdyż mimo wyzwolenia nie dzieje się nic, co nakazywałoby sądzić, że teraz nagle, wbrew wszystkiemu, nastąpi ratunek i wszystko już będzie dobrze - zagłada ludzkości nadal jest nieunikniona, ale jest w niej (w końcówce, nie w zagładzie) dużo osłody, gdy po wszystkim zjawia się Rarity z upominkiem, wyjawiając zarazem, że pupilom głównego bohatera nic nie jest, są bezpieczne i szczęśliwe, a także później, gdy Celestia rozmawia z protagonistą. Dolar ponyfikacji odmawia, ale jest awatarem, toteż przyjdzie mu poprowadzić ostatnich ludzi w kierunku wspomnianego Ur, wyjaśniając tym samym początek historii, gdzie mamy go całego i zdrowego w tym właśnie mieście. Historia zatem ładnie się zamyka. Prócz tego, w samym tekście nie brakuje pokrzepiających serce zdań. To są małe rzeczy, które czynią zakończenie niemalże serialowym, dodając kontekst rozpoczęciu opowiadania. Znając całość, wracając do początku dużo lepiej widać, że chociaż ocaleli mają świadomość nieuchronności końca, to jednak starają się żyć tak, jak przed pojawieniem się strefy i że w tych prostych czynnościach mających przynieść ukojenie jest... coś więcej. Dlatego też, mimo stylu, który akurat przy tym odcinku troszkę podupadł na jakości, mimo formy, w której znalazło się znacznie więcej niedoskonałości, muszę odhaczyć "Herbatę" jako kolejny udany, godny polecenia odcinek "Obecności", radzący sobie nieźle jako samodzielne dzieło, bardzo dobrze jako część serii, acz niezależnie od tego jak go rozpatrujemy, przypomina czasy starego fandomu, klimatem klasyczne [TCB], jest przy tym ładną, budzącą rozbawienie mimo mroczniejszej otoczki laurką dla współczesnego fandomu i w tym sensie jest to mała, ale wyjątkowa rzecz. Nie pozostaje mi nic innego jak oczekiwać na kolejne opowiadania z tego cyklu, bo jestem pewien, że wyobraźnia autora niejeden raz nas jeszcze zaskoczy. Czy będzie to opowiadanie, w którym w stylu "Sędzi Anny Marii Wesołowskiej" dowiemy się jak Karolina wygrała rozprawę z prawdziwą Rarity i co mówili świadkowie, czy tekst, w którym Toperz i Alba okazują się najpotężniejszymi istotami we wszechświecie, które pokonują kucyki, niszczą strefę, ale zaraz po tym sami zniewalają ludzkość, bo nie otrzymali na czas karmy, jestem przekonany, że na tym etapie autor zdoła, choć zapewne z pomocą, utrzymać formę i styl na w miarę równym, dobrym poziomie, wskutek nabytego przez całe swoje pisanie doświadczenia Also, wychodzi na to, że zostałem jednorożcem. OK Pozdrawiam serdecznie i powodzenia przy dalszej twórczości!
  8. Skończyłem czytać i jestem skołowany. Wprost nie wiem od czego zacząć. Od tego, że bawiłem się świetnie, aż od razu przeczytałem to jeszcze raz? Od tego, że kreacje tak Twilight i Spike'a, jak i Podmieńców na czele z Chrysalis okazały się przezabawne i genialne? Może od tego, że spray na Podmieńce, gryfiej produkcji, bo gryfy znają się na eksterminacji, mają na etykiecie wąsatego gryfa, a sam produkt nazywa się Tajfun? Albo od tego, że w pewnym momencie depodmieńcyzacja zmieniła się w walkę, gdzie jedna strona dysponowała świątecznym wydaniem "Klaczy domu", a druga "Czarem na każda okazję"? Jeszcze inaczej - może by tak zacytować co lepsze fragmenty, ale jak tu zacytować niemalże całe opowiadanie? OK, przejdźmy do rzeczy. Opowiadanie bardzo, ale to bardzo mnie się spodobało Przede wszystkim, absolutny peak komedii, aż sam jestem zaskoczony, że tak się ubawiłem przy tekście w formie elektronicznej. Klimat był przepiękny. Rewelacyjnie absurdalny, cudownie głupiutki, przerysowanie kreskówkowy, absurdalny i barwny, to jest ten typ komedii, który chyba da się czytać w nieskończoność i cały czas bawić się przy nim równie dobrze. Urzeka również masa świetnych pomysłów! To jest niesamowite, że zabierając się za tekst autorstwa Suna, występu Podmieńca lub wielu Podmieńców można się praktycznie spodziewać i w zależności od potrzeb fabularnych, mogą to być w pełni świadome, ucywilizowane istoty jak kucyki albo wielofunkcyjne narzędzia na sprzedaż, albo po prostu owady, żrące tkaniny, cukier i inne rzeczy, latające w kółko przy suficie jak poj... pokręcone, bohaterowie raz siedzą obok nich, rozmawiając albo wyruszają wraz z nimi po przygodę, by innym razem z szerokim uśmiechem na pyszczku, w blasku słoneczka, w rytm wesołej piosenki packać je czymś ciężkim, a te padają jak muchy, które się później zamiata i wyrzuca Ten kontrast jest po prostu przeuroczy. Nie wiem co w tym jest, ale po prostu działa. Cała misja depodmieńcyzacyjna pełna była takich oto fragmentów, w których Twilight - chociaż wiemy z tekstu, że wydarzyła się akcja z Thoraxem, a więc to nie jest tak, że te Podmieńce są takie durne - wesoło eksterminuje kolejne okazy tychże stworzeń, w czym wtóruje jej Spike, w ogóle, myśl o tym, że można sobie pójść do sklepu i kupić środki podmieńcobójcze od tak, podbija całą tę absurdalną, randomową otoczkę, która tak bardzo śmieszy przez całe opowiadanie. Tekst o Chrysalis, która zalęgła się w piwnicy, powinien zostać klasykiem Znakomicie czytało się kolejne powroty Twilight do lochów i kolejne jej próby zwalczenia upartej królowej, która, jak na złoczyńcę przystało, była bardzo wygadana: Tak, to jest jedyne, co mówi przez cały tekst. I to jest cu-dow-ne! Czy to pojedynek na gazety (w ogóle, schodzisz do piwnicy utłuc insekta, ten insekt zabiera ci gazetę, którą to zaczyna sam cię okładać, proszę to sobie wyobrazić bez serdecznego xD), czy atak naftaliną, czy pułapka z lepem, czy też ostateczne rozwiązanie polegające na użyciu ognia (Spike w tym celu spożywa chili w formie płynnej), eskalacja następuje naturalnie, każda kolejna próba wytępienia zarazy jest większa i poważniejsza od poprzedniej, a kiedy jest po wszystkim, aż szkoda, że to już koniec. Tekst jednocześnie, chociaż wzmianka o Thoraxie jasno wskazuje na te późniejsze sezony, w jakiś sposób zachowuje klasyczne brzmienie i ten klimat starego fandomu. Nie wiem, to chyba jakiś ukryty motyw przewodni tego bloku komentarzowego Kojarzyło mnie się to trochę z fanfikiem, w którym księżniczka Luna bierze prysznic czy takim "Twilight eats a book", z tego typu rzeczami. Głównie przez pewną taką... ciapowatość postaci (na tym etapie Twilight z przyjaciółmi pokonała Chrysalis parę razy, a teraz nagle nie umie się jej pozbyć z piwnicy), kreskówkowość wydarzeń (Ale nie serialowość, to co innego!), a także ten nieskrępowany, śmiały [Random] podsycany absurdem, którego ja osobiście nie potrafię wykonać. Mieszanka ta dała po prostu piękną, lekką i przeuroczą komedyjkę, której każdy powinien spróbować. Zdecydowany highlight twórczości Suna. Zero rzemieślniczej pracy, tylko całe serce włożone w pisany fanfik. Może przesadzam, ale sam nie spodziewałem się, że ów tekst spodoba mnie się aż tak Forma przez większość czasu bez zarzutu, do prawda zdarzały się pewne literówki, ale szczerze, treść tak mnie ubawiła, że prawie nie zwróciłem na nie uwagi. Chyba z przyzwyczajenia wyszukiwałem różnych błędów. Generalnie poszczególne akapity czytało się lekko, były w sam raz rozbudowane, tempo akcji sprzyjało temu, by co rusz prezentować nam coś nowego, by cały czas gnać do przodu ale uniknąwszy wrażenia, że wszystko dzieje się naraz, że leci na łeb na szyję, aż czytelnikowi brakuje tchu, dialogi zaś wypadły naturalnie i wiarygodnie jak na te postacie (czuło się, że przez większość czasu one same się świetnie bawią), nie szło się nudzić. Zakończenie fantastyczne i satysfakcjonujące. Idealne Zdecydowanie polecam ten fanfik. To trzeba przeczytać. Fala pozytywnej nostalgii, spora dawna pięknie randomowego humoru, wartka akcja i solidna forma - warto przekonać się, nie po raz pierwszy zresztą, jak daleko może zabrnąć wyobraźnia autora i co jeszcze śmiesznego można wymyślić, gdy wydaje się, że już wszystko zostało wymyślone
  9. Zbliża się koniec roku, a nowych fanfików przybywa, co jest nieco zaskakujące - dynamika tak aktualizacji istniejących już opowiadań, jak i publikacji zupełnie nowych nie jest już taka co kiedyś, do czego już jakiś czas temu zdążyłem się przyzwyczaić - lecz jeszcze bardziej zaskakująca okazała się treść tejże historii. Co konkretnie mam na myśli? Otóż nie spodziewałem się, że tekst sięgnie do początku fabuły serialu i wzbudzi tyle nostalgii, do tego w sposób, który nie pozbawia go autentyczności. Niemalże jak coś, co rzeczywiście zostało napisane w latach 2012-2013, a dopiero teraz ujrzało światło dzienne Chociaż opis jasno wskazuje, że wracamy do początku serialu, do momentu, w którym Nightmare Moon zostaje pokonana, a Luna powraca po tysiącletniej banicji - sam opis zwięzły i ciekawy, zachęcił mnie do czytania - ani jego dosyć "klasyczny" wydźwięk ani przekaz zapowiadający coś epickiego, nie musi jeszcze oznaczać dzieła mocno przywodzącego na myśl początki rodzimego fanfikopisarstwa. Jednakże zgłębiając się w treść, ogarnęła mnie przyjemna fala nostalgii, opisy i dialogi w przeważającej większości mi podeszły, forma, o ile ma pewne bolączki, okazała się całkiem przyzwoita, tempo akcji i ogólne flow były w porządku, czytało się to zaskakująco lekko. Są to rzeczy, których nie zawsze możemy się spodziewać sięgając po jakiś "stary" tekst. Zaczyna się niewinnie; kucykom zostaje zaprezentowana dawno, dawno temu zaginiona księżniczka Luna, oczyszczona przez Elementy Harmonii, lecz autor nie traci czasu i już od początku sygnalizuje czytelnikowi, że Pani Nocy ma jakieś ukryte intencje, którymi niespecjalnie ma ochotę się z kimkolwiek dzielić, co rzuca cień na jej przemianę. Być może Nightmare Moon przeminęła, a Luna odzyskała poprzednią formę, lecz to bynajmniej nie oznacza, że zapomniała o dalekiej przeszłości, która być może wcale nie wygląda tak, jak nakazują sądzić księgi historyczne, a rozegrane wydarzenia w istocie miały inny kontekst, a i stawka dotyczyła czegoś zupełnie innego. Jest to fundament, na którym stoi fabuła opowiadania - znaleźć sposób, by objawić przed nieświadomymi kucykami prawdę o tym, co się wydarzyło i podważyć oficjalną wersję historii, napisanej oczywiście przez zwycięzców. A raczej, zwyciężczynię. Mamy tu stary motyw, jakoby Luna była tą niezrozumianą bohaterką, a Celestia być może nie jest taka dobra, jak się wydaje, ale nie trącił wtórnością. Powiedziałbym, że jest tu szerokie pole do manewru - żadna z bohaterek nie musi okazywać się zła czy dobra, motywacje ich nie muszą z góry okazać się takie czy inne, może prawdziwa historia została zatajona z innych powodów niż mogłoby się nam wydawać, może w gruncie rzeczy chodzi o coś przerażającego, a to, co uczyniła Celestia, tuszując pewne rzeczy, oceniła jako najmniejsze zło. Także możliwości trochę jest, na zwroty akcji, na coś zaskakującego, stąd już po prologu zainteresowałem się dokąd ta historia mogłaby zabrnąć. Należy też pochwalić opanowanie ze strony Luny, jej ostrożność, konsekwencję (chociaż na razie na poziomie deklaratywnym, nie widzimy jeszcze w praktyce jej działań) w dążeniu do celu oraz świadomość ryzyka - jest to kreacja nieco dojrzalsza, którą chce się śledzić. Fragmenty, w których bacznie obserwuje otoczenie, używa wyuczonych ekspresji, z których każda oznacza coś innego, to jak wykorzystuje szczelinę między zaklęciami Celestii, by wkroczyć do ruin Zamku Dwóch Sióstr, gdzie kryją się resztki jej nocnej straży, sceny te cieszą i satysfakcjonują, a także nakręcają ciekawość na ciąg dalszy. I tu wkraczamy do rozdziału pierwszego. Robi się ciekawie - o ile przy prologu, zwłaszcza mając w pamięci opis fanfika, można było odnieść wrażenie, że to Luna będzie protagonistką, a Green Light protagonistką wspierającą, o tyle po lekturze rozdziału okazuje się, że może być zupełnie na odwrót. Chyba, że bohaterki będą wymieniać się rolami. Rozdział pierwszy przybliża nam postać Green Light, kapitan nocnej straży i kucoperkę zarazem, którą bardzo szybko polubiłem. Chociaż historia, sama w sobie, ma potencjał na epickość, póki co wiele wskazuje na to, że będzie rozrywkowo, coś bardziej na modłę serialu animowanego, aniżeli coś mrocznego i monumentalnego. Chyba, że autor planuje realizować oba typy nastroju. Na przykład tak, że gdy podążamy za Luną, jest mroczniej i poważniej, a gdy naszą bohaterką będzie Green Light, klimat będzie lżejszy, zabawniejszy. Jest to ryzykowne i wiele zależy od tego, jak zostanie to wykonane, osobiście osobiście wolałbym, by tekst był utrzymany w jednym, z góry przyjętym tonie. Ale zobaczymy. Zahaczając z lekka o formę, to z odzywkami i żartami Green Light jest trochę jak z zawartymi w tekście opisami - kiedy trafią, udaje się autorowi uzyskać zamierzony efekt, lecz kiedy się ode mnie odbijają, tekst... może nic nie traci, ale jednocześnie pierwsze, całkiem pozytywne wrażenie, zostaje naruszone i jeszcze przez jakiś czas siedzi w głowie ten moment straconej/ niewykorzystanej szansy. Green Light swoim usposobieniem, objawiającym się chociażby podejściem do przebudzenia po tysiącu lat czy powierzonej przez Lunę misji, przywodzi mi na myśl kucoperzowe postacie z fanfików Bestera. Wydaje się podchodzić do życia z dystansem, być wyluzowana, nie szczędzi żarcików, generalnie jest pogodna niezależnie od sytuacji, chociaż zdaje się wiedzieć kiedy pokazać pazur. Bardzo pozytywnie, jak dla mnie Przyjemnie się śledziło jej zmagania, tak ze swoim jeszcze nie do końca zbudzonym ciałem, jak i otoczeniem, które nie przypomina tego, co ta zapamiętała. Podobnie interesująco wypadają jej rozmowy z Luną, która kontaktuje się z nią korzystając ze swej mocy - władzy nad snami, której nikt, nawet sama Celestia, nigdy jej nie odbierze. Wygląda na to, że mają koleżeńskie relacje, co może nie było wielkim zaskoczeniem, ale wypadło sympatycznie. Naprawdę dobrze mnie się czytało te fragmenty, autor sprawnie zarysował relację między nimi, przygotował serię zagadek do rozwiązania, a także tę główną misję dla bohaterki, unikając jednocześnie zbytniej (i przez to nienaturalnej) ekspozycji. Wspomnieć należy także o kreacji księżniczki Celestii - póki co wystąpiła w prologu, potem była tylko wspominana, ale też zdążyła zostawić po sobie dobre wrażenie. Podobnie jak Luna, wydaje się opanowana, "in control" i coś mnie się zdaje, że wie dużo więcej, niż nakazują sądzić opisy do niej się odnoszące. Myślę, że Pani Dnia niejednym nas jeszcze zaskoczy. Ale czy okaże się antagonistką albo anty-bohaterką tej opowieści? Wątpię i mam nadzieję, że tak nie będzie Ale znów, ostatecznie wszystko zależy od tego jak będzie to wykonane, więc jestem otwarty na pomysły autora Generalnie odpowiada mi nastrój, jaki utrzymuje się w fanfiku. Początkowo myślałem, że będzie mrocznie, ale z czasem okazało się, że jest "tylko" poważnie, a lekkość treści, o ile przypominała odrobinę serial, to jednak w moim odczuciu bliżej jej było do komiksu, takiego, w którym można pozwolić sobie na więcej powagi czy lore'u. Gdy klimat się nieco rozluźnił, poszczególne żarty nie nużyły mnie, nawet gdy nie trafiały, czytało się w porządku, a nostalgia wespół ze skojarzeniami z postaciami znanymi z opowieści wspomnianego już Bestera, sprawiła, że podczas lektury kilka razy naprawdę poczułem się jakbym znów trafił do lat 2013-2014, a to zawsze bardzo pozytywna rzecz Co do formy, to ta również jest po prostu w porządku. Oryginalnie w tekście nagminnie brakowało akapitów, były pewne kłopoty z interpunkcją czy rzeczy domagające się poprawek stylistycznych, czym podczas lektury na szybko się zająłem. Jeśli chodzi o język, nie uświadczyłem poważniejszych powtórzeń, zdania z reguły są złożone, nie wielokrotnie złożone, ale dość urozmaicone, nierzadko opisy zostały oparte o porównania i są one, podobnie jak żarty, raz trafione, raz nietrafione, ale z reguły niedoskonałości nie psują wrażeń z lektury, ani nie rozpraszają uwagi. Chyba tylko jeden (no, właściwie to stało się to dwa razy) fragment zwrócił moją uwagę, w rozdziale pierwszym, udzieliło mnie się deja vu: Brzmiało znajomo. I przypomniałem sobie, że w prologu znalazł się bardzo podobny fragment, z perspektywy księżniczki Luny: OK, nie jest to słowo w słowo to samo, ale miałem wrażenie, że znów czytam te same informacje. Nic poważnego, ale jednak zostało mi w głowie, więc pomyślałem, że się podzielę. Nie mam pojęcia czy jest to jedno z pierwszych opowiadań autora ani czy faktycznie powstało ono kiedyś, a teraz się ukazało (AKTUALIZACJA: Autor już to wyjaśnił, lecz komentarz przygotowywałem zanim zamieścił swój nowy post, tak gwoli ścisłości ), ale powiedziałbym, że jest całkiem solidnie jak na początek. Nie uświadczyłem dłużyzn, żadna ze scen nie ciągnęła się, z drugiej strony nic nie wydarzyło się zbyt szybko, akcja jest dobrze wybalansowana. Po opisach (Mamy nawet jedną ilustrację!) idzie sobie wyobrazić czy to lokacje, czy ekspresje postaci, a dialogi czyta się wartko, całość wciąga i ma potencjał. Także na epickość. Podsumowując, było to całkiem miłe zaskoczenie. Tekstu nie ma na razie zbyt wiele, fabuła dopiero się zaczyna, ale naprawdę jestem ciekaw tego, co się wydarzy, jakie tajemnice zostaną odkryte, o jakich to zatajonych faktach z przeszłości się dowiemy i jak to wszystko wpłynie na bohaterki tejże przygody. Osoby lubujące się w mroczniejszych klimatach mogą odczuwać niedosyt (by nie powiedzieć o rozczarowaniu), ale myślę, że warto dać temu fanfikowi szansę. Bo może być epicko, może być intrygująco, kto wie, może będą momenty, w których klimat zgęstnieje, a nastrój nabierze mroczności, mam nadzieję, że wszystko przed nami, a autor tego projektu nie porzuci Swoją drogą, bardzo ładny tytuł, gratuluję Pozdrawiam!
  10. Po takim tytule spodziewałem się, tym razem tak dla odmiany słusznie, kolejnego klasycznie brzmiącego, lekkiego i niedługiego opowiadania komediowego, przywodzącego na myśl najdalej rok 2014, ale także, i tu już minąłem się z rzeczywistością, rodziny Apple w rolach głównych. No co, mogliby sobie dorobić na boku, nie? Niemniej obsadzenie w głównych rolach braci Flim i Flam uważam za strzał w dziesiątkę, bo nie tylko nadają się idealnie, ale mam wrażenie, że są to już trochę zapomniani bohaterowie, być może niedocenieni. Z potencjałem komediowym. Świetnie, że tu są Jest to zarazem pokaz kreatywności ze strony autora, nie spodziewałem się, że Podmieniec może mieć tyle zastosowań Obrońcy praw Podmieńców zapewne będą rozwścieczeni tak bezczelnym uprzedmiotowieniem tych istot, osobiście nie mam serca na to psioczyć, skoro lektura okazała się aż tak przyjemna. Przyznam, że spodziewałem się, że ów Podmieniec w końcu coś powie, że będzie to komediowy punch-line wieńczący dzieło, ale nic takiego się nie stało. Trochę mnie to zaskoczyło; tekst kończy się wraz z reklamą wielofunkcyjnego Podmieńca. Tak czy owak, był to wesoły, choć krótki kawałek tekstu. Myślę, że takie, a nie inne gabaryty wyszły opowiadaniu na plus - gdyby było dłuższe, pewnie przez jakiś czas zachowywałoby swoją świeżość, ale i najbardziej kreatywne żarty prędzej czy później by się przeżarły. Po co zatem ryzykować? Co do formy, no to Sun nie zostawił sobie zbyt szerokiego pola do robienia błędów. Tych nie uświadczymy wiele, praktycznie nie ma ich wcale, główną atrakcję, obok kreatywności, stanowi komediowy styl autora, wprawdzie zabraknie jakichś fancy określeń albo błyskotliwych metafor, ale czy naprawdę, w tym konkretnym przypadku, cokolwiek by wniosły? Raczej nie Mamy za to dużo marketingu, bracia dwoją się i troją, by wcisnąć odbiorcy wielofunkcyjnego Podmieńca i to w pełni wystarczy, by osiągnąć zamierzony efekt. A korekty tekstu nie ma wbudowanej? Przyjemny i lekki tekst, przy którym uśmiechnąłem się parę razy pod nosem. Opisy są ładne, zwięzłe, obrazy kreowane przez wyobraźnię barwne, w głowie wygląda to jak wypełniona, acz nie po brzegi, slapstickiem kreskówka, klasyk, który dzisiaj niekoniecznie by przeszedł. Tak mi się skojarzyło. Nic wielkiego, ale cieszy. I to w zasadzie tyle, trudno powiedzieć o tym tekście coś więcej. Tak czy owak, warto było go przeczytać. Powodzenia w dalszym pisaniu!
  11. Lekturę zakończyłem z pewnym niedosytem, gdyż w moim odczuciu opowiadanie niemalże się urywa; ma końcówkę, ale nie powiedziałbym, że ma pełnoprawne zakończenie, niemniej okazało się całkiem dobre i myślę, że będę je mile wspominać. Koncepcja prosta i efektywna, wręcz mogłaby posłużyć jako prawdziwy, serialowy problem do rozwiązania przez bohaterki; chociaż początkowo tekst nie wydał mnie się zbyt serialowy, czytałem go z poczuciem, że mam przed sobą kolejną fanowską historię, z czasem wrażenie to zaczęło ustępować poczuciu, że to jednak jest całkiem serialowe. Myślę, że początek opowiadania może bardzo zmylić. Być może jestem tu osamotniony, ale przemierzając wstęp, wkraczając do rozwinięcia, odniosłem wrażenie, że technologia w świecie przedstawionym stoi na znacząco wyższym poziomie niż ta serialowa, stąd założyłem, że fabuła rozgrywa się w nie aż tak odległej przyszłości w stosunku do wydarzeń serialowych. Przewodniczka głównego bohatera - Gloster Goth - znana jako Jollaughter, to wypisz-wymaluj Pinkie Pie, wykreowana sprawnie, wyraziście i bardzo dobrze. Jest permanentnie wesoła, roześmiana, rozgadana, energiczna, przyjacielska, nierzadko w swym usposobieniu irytująca, typowo kreskówkowa postać. Serialowa postać - jeśli nie jest to Pinkie, to spokojnie wypada jako kucyk, który naprawdę mógłby się znaleźć w serialu animowanym. Tym bardziej, skoro to nie jest Pinkie Pie, ale zachowuje się dokładnie jak ona, to nie widziałem innego powodu dlaczego w tej roli zabrakło różowej klaczy niż to, że akcja musi toczyć się w przyszłości. Warto dodać, że to idealna postać na oddanie kontrastu między chłodem, powagą i oschłością gryfiego bohatera. Kontrastu między kolorowymi, małymi kucykami, a dumnymi gryfami, zapewne często występujących w szaro-burych barwach. To również coś, co wyszło w opowiadaniu bardzo dobrze. W ogóle, przypadła mi do gustu dynamika relacji między tymi postaciami, śledziło mnie się ją przyjemnie, chociaż zbrodnia wojenna wisiała w powietrzu, miło się to czytało Niekiedy było całkiem zabawnie, chociaż nie wszystkie gagi przemówiły akurat do mnie. Narracja prowadzona jest z perspektywy pierwszej osoby, bohaterem i narratorem tej opowieści jest sam Gloster Goth, nie tylko jego słownictwo, ale także przemyślenia odnośnie kucyków i tego, co najchętniej by zrobił ze swoją przewodniczką, wszystko to pasowało bardziej do fanfikcji, aniżeli serialu - były to rzeczy, które w kanonie raczej by nie przeszły, ewentualnie musiałby zostać znacząco stonowane i również dlatego początkowo nie wychwyciłem serialowości. Ale potem pojawia się Spitfire. Jest pełnoprawna scena, nie cameo appearance, z Rainbow Dash, obie te postacie są w szczycie swej formy, co definitywnie wyprowadziło mnie z iluzji, jakoby akcja rozgrywała się w przyszłości. Przez moment myślałem, że Jollaughter zaraz okaże się Pinkie Pie w przebraniu, ale nic takiego się nie stało. Po prostu fajna oryginalna postać, do złudzenia przypominająca Pinkie Następnie mamy scenę w lodziarni, w której nasz gryfi protagonista nie wytrzymuje i wybucha, co zmienia podejście Jollaughter o sto osiemdziesiąt stopni, a co z kolei naturalnie prowadzi do rozwiązania problemu i końcówki. I to jest moment, w którym opowiadania nie czyta się już jak fanfik, ale jak koncept na odcinek serialu. Zmiana w tonie zadziała się nagle, nie było żadnego płynnego przejścia, ale nie zaszkodziło to w odbiorze opowiadania. Myślę, że nawet było przy tym małe zaskoczenie. No dobrze, ale właściwie nie dotknąłem jeszcze fabuły tekstu, więc dowiedzmy się, jak to się stało, że jakiś gryf w ogóle trafił do Equestrii, w jakim celu, jak doszło do wspomnianej sceny ze Spitfire i Rainbow Dash, no i co to za wybuch w lodziarni. O swojej historii pokrótce opowiada nam sam zainteresowany; w Gryffonii działa firma obecnie znana jako Glorings, produkująca najwyższej jakości protezy skrzydeł, w której Gloster Goth znalazł swego czasu posadę. Jak sam zdradza, był studentem nanotechnologii, który w wyniku niefortunnego wypadku, który wcale nie miał nic wspólnego z chęcią przyoszdzędzenia na komponentach do projektu, sam otrzymuje jedną z protez do latania, jak się później okaże, jest to model sportowy. Jest to niewiarygodna wręcz historia; gryf, który na służbie utracił zdrowie, a który wygrał z państwem gdy to spróbowało zostawić go na lodzie, za otrzymaną sumę zakłada biznes, który jakiś czas później zbawia od kalectwa głównego protagonistę, a który to protagonista zaraz po studiach od tak otrzymuje prace u swego dobrodzieja, w której zdaje się idzie mu bardzo dobrze. Na tyle, że zostaje wysłany w delegację do Equestrii, by zareklamować produkty firmy i w ten sposób znaleźć nowych klientów. Jest w tym tylko jeden problem - nasz bohater nienawidzi kucyków. Jest to dosłownie pierwsza informacja, którą otrzymujemy, rozpoczynając lekturę. OK, muszę przyznać, że całe to tło jest nieco naciągane. Wyjaśnień mamy dokładnie tyle, ile trzeba, by się w tekście nie pogubić, przekazanych w pigułce, coby nie zamulać przekazu i to jest bardzo dobrze, lecz po fakcie widzę, że to był pierwszy moment, w którym powinienem był złapać te serialowe przebłyski. Widać zmyliła mnie wzmianka o nanotechnologii, co trudno mi było skojarzyć z kanoniczną wersją kucykowego świata. Albo o Gryffonii, silnie kojarzonej przeze mnie z "Kryształowym Oblężeniem", czyli fanfikiem w stu procentach. Ale wracając - na miejscu bohater poznaje swoją przewodniczkę, wytypowaną przez samego CEO, z którą, delikatnie mówiąc, nie dogaduje się najlepiej. Następnie odbywa spotkania, na których kucyki zapoznają się z oferowanymi przez Glorings produktami. Tak w końcu trafia na Spitfire i słynną Rainbow Dash, z którą staje do podniebnego pojedynku na prędkość, zrywność i zwinność, w którym gryf prezentuje się znakomicie, co należy odhaczyć jako kolejny sukces jego delegacji. I dowód najwyższej jakości oferowanych protez. Lecz potem Jollaughter zaprasza go na lody, gdzie po zaserwowaniu sałaty, bohaterowi puszczają nerwy, przez co wygarnia klaczy co myśli o kucykach i wychodzi. Wtedy to następuje zmiana. Zapada cisza, refleksja, a Jollaughter prosi o jedną, jedyną szansę na udowodnienie, że kucyki cenią sobie gryfy i to wcale nie wygląda tak, jak Gloster sobie wyobraża, co prowadzi do... nazwijmy to pojednania i końcówki. To tak w skrócie, coby nie zdradzać zbyt wiele od razu. Spodobała mnie się ta konstrukcja. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż historia zawiera w sobie dopracowane, przemyślane sceny, następujące po sobie dokładnie tak, jak zaplanował to autor, bez zapychaczy, bez dłużyzn, bez nagłych zrywów akcji... No, tylko kończy się tak nagle, ale już o tym mówiłem. Generalnie, tempo akcji jest idealnie wręcz wyważone, sprawnie i przyjemnie się to czyta. Także proporcje między gabarytami poszczególnych scen wydają się starannie przemyślane. Im dalej w tekst, tym więcej urozmaiceń; powiedziałbym, że w po tym, jak tekst staje się bardzo serialowy, czyli następuje rozwiązanie problemu (przyjaźni), tym więcej udziela się w nim, jak ja bym to ujął, "klasycznego autora" - wspomniana zostaje księżniczka Luna, podkreślone zostaje to, jak bardzo ta jest wyjątkowa, mamy też piosenkę, której nie ocenię, gdyż na pisaniu piosenek się nie znam, ale wspomnę, że przewijające się między wersami opisy pomogły mi wyobrazić sobie jak powinno to brzmieć i jaki ogółem powinienem odczuwać nastrój. Czyli w porządku. Towarzyszące temu obrazy na sklepieniu wydały mnie się ładne; jest tu wrażenie pewnej podniosłości, wyjątkowości. Mimo tego, że na tym etapie opowiadanie pełną gębą przypomina prawdziwy odcinek, to, jak łatwo Gloster daje się przekonać Jollaughter, wzbudziło u mnie pewne wątpliwości. W sensie, łatwo jej poszło. W ogóle, o ile w jej przypadku taka nagła i radykalna zmiana tonu nie wydaje się niczym nadzwyczajnym, o tyle w przypadku tak konsekwentnie kreowanego bohatera, tak silnie niesprzyjającego kucykom, wydaje się wręcz... niewiarygodna. Gość po prostu zmiękł za szybko. Ale dobrze było na końcu się dowiedzieć, że swego nastawienia jednak nie zmienił. Dlaczego dobrze? Z jednej strony byłoby jeszcze bardziej serialowo, z drugiej zaś, chyba tak wyszło... wiarygodniej? A w końcu na to trochę narzekałem przed chwilą, więc w tym sensie fanfik trochę nadrobił Bardzo fajnie. Odnośnie formy i stylu, to te wypadły lepiej, znacznie lepiej, niż je zapamiętałem po poprzednich tytułach autora (do których skomentowania, mam nadzieję, prędzej czy później dojdzie), co mnie bardzo ucieszyło. Nigdzie nie wydawało mnie się, że tekst został zbędnie nadmuchany patosem, nie uświadczyłem fragmentów dziwnych, nad którymi musiałbym podumać czy też określeń dobranych niefortunnie czy dwuznacznie. Co więcej, forma utrzymywała mniej-więcej stały poziom przez cały tekst, który najwyraźniej został dopieszczony w równomiernym stopniu. Znalazłem w tekście kilka błędów, niektóre z nich wydały mnie się śmieszne. Ale nie w szyderczym sensie – po prostu widząc je uśmiechnąłem się pod nosem Generalnie nic wielkiego, raczej typowe rzeczy, które lubią się przytrafiać. Chyba jedyny taki nietypowy fragment, nie wiem kto miałby zamilknąć, ale z reszty zdania oraz kontekstu wynika, że chyba nasz protagonista. Albo "wysunęły się", albo "specjalne, metalowe pióro". Nie może być i tak, i tak jednocześnie OK, jednak muszę sprecyzować - był jeden przedziwny jak dla mnie tekst, którego nie potrafię do końca zrozumieć i jest on zacytowany powyżej. Ale pojedynczy przypadek o niczym nie przesądza. Zjedzona literka. Kiedy wściekasz się tak bardzo, że zmieniasz formę na żeńską Brak spacji między zdaniami. Jest to początek akapitu, po którym mamy spację. Poza tym, w drugim zdaniu chyba brakuje słowa. Tego typu usterki, nie usiane zbyt gęsto, ale myślę, że warto im zaradzić w wolnej chwili (ja nie mogę sugerować) Podsumowując, był to solidny, całkiem dobrze napisany kawałek fanfika, z wyrazistymi bohaterami oryginalnymi i wiernie oddanymi bohaterkami kanonicznymi, z odrobiną światotworzenia oraz urozmaiceniami treści, a także przyjemnym klimatem. Tempo śledzonych wydarzeń nie przytłacza, dialogi sprawdzają się, także kreatywność w nienawistnych przemyśleniach bohatera potrafi rozbawić, a klimat okazuje się tak fanfikowy, co serialowy, bez płynnych przejść między nimi, ale też bez niczego, co psułoby wrażenia. Końcówka pozostawia niedosyt, czegoś mnie tam brakuje. Tak czy inaczej, warto ów tekst polecić - długi nie jest, taki tam, przyjemny kawałek życia. Było warto. Pozdrawiam!
  12. Z tym tekstem mam pewien kłopot. Z jednej strony nie chciałbym się powtarzać i w sumie nie muszę; tym razem odniosłem wrażenie, jakby jak na krótką i niezobowiązująca komedyjkę, może nie aż tak subtelnie wyśmiewającą realne spory o role płciowe, równość i to jak język powinien ewoluować, coby oddawać tę nową rzeczywistość, wydał mnie się nieco rozwleczony. To, że w większości stanowi dialog między postaciami tylko umocnił to wrażenie. Z drugiej strony, ciężko mi się rozpisać, więc wymienianie znów tych samych zalet i usterek mogłoby się okazać jedynym ratunkiem. O tymże tekście zdaje się już słyszałem i rozpoczynając lekturę, nieco inaczej to sobie wyobrażałem, jednakże gdy do Big Maca i Soarina dołączył stary Podmieniec imieniem Brouk, lingwista interesujący się historią języka (ciekawa rola dla Podmieńca), dostałem to, po co przyszedłem i to, co stanowi filar komedii tego tytułu - rozważania językowe, słowotwórstwo i dywagacje o tym jak powinna brzmieć "męska księżniczka". Nie powiem, uśmiechnąłem się na to, chociaż spodziewałem się... nieco większej kreatywności w wymyślaniu maskulatywów dla męskiej księżniczki i nie tylko. Z drugiej strony, wyobrażam sobie, że ciągłe sypanie w czytelnika kolejnymi mniej lub bardziej trafnymi określeniami szybko by się znudziło, stąd, jak sądzę, ten całkiem rozbudowany wstęp. Pochwalić należy odrobinę światotworzenia, do tego w obszarze tak rzadko, o ile w ogóle, dotykanym przez fanfikopisarzy i fanfikopisarki - język. Poszczególnych niuansów dowiadujemy się głównie dzięki Broukowi, chociaż i Soarin co nieco nam opowie, tyle, że o historii, ogólnie. Głównie o wyższej pozycji klaczy w kucykowej społeczności i o tym jak ogiery z związku z tym mają mieć utrudniony dostęp do stanowisk kierowniczych, transformacji w alikorna, mało ich także w gronie znanych person, czy to naukowców czy odkrywców. Brzmi znajomo, prawda? W naszym świecie realnym szeroko pojęte nierówności płciowe i role przypisywane płciom są przedmiotem nierzadko gorących debat i w tym sensie jest to kwestia poważna, ale nie wydaje mnie się, by tekst próbował jej umniejszać. To bardziej takie... krzywe zwierciadło. Coś żartobliwego. Coś... kabaretowego, z braku lepszego określenia. Chociaż tym razem treść mnie nie porwała, ani nie rozbawiła zbytnio, nadal czytało się to lekko i całkiem przyjemnie, chociaż brakowało temu tekstowi jakiejś "iskry", miałem przy nim wrażenie już czystko rzemieślniczej pracy, nastrój wydał mnie się... monotonny. Co do formy, to ta w znacznej mierze była solidna, tak jak przyzwyczaił nas do tego autor. Ruszając w tekst, zauważyłem to samo, co Grento, lecz autor twierdzi, że tak miało być, więc ja już nie wiem czy traktować to jako usterki, czy nie. No dobra, podzielę się tym i owym: Literóweczka. Nawet dwie. Nie wiem o co chodzi, brzmi to źle. Jakaś dziwna hybryda "przejęliście" i "przenieśliście", której nie jestem fanem. Z jakiegoś powodu, ilekroć w opowiadaniach napisanych przez Suna przewija się ten tekst, wypowiedziany przed kogokolwiek, jak i tak zawsze odczytuję go w głowie głosem autora A w tej historii jest bardzo, bardzo dużo "ma sens". Nie jest to zły tekst, ale z drugiej strony nie ma się zbytnio czym zachwycać. Możliwe, że spodziewałem się czegoś innego, ale muszę przyznać, że po zakończeniu skądinąd lekkiej i przyjemnej lektury, nic mi w głowie nie zostało. Znalazłem tekst, przeczytałem go i tyle. Było kilka trafionych momentów, gdzie było zabawniej, ale z reguły czytanie szło monotonnie. W pewnym momencie miałem wrażenie, że Soarin użala się nad czymś, na co nie ma wpływu i co w sumie nie przekłada się na jego życie, czepia się tego, a biedny Big Mac, który ma proste, ale poukładane życie, musi tego wysłuchiwać. "Księżniczka" ("Księżniczeka"?) można poczytać, niewykluczone, że opowiadanie znajdzie swoich fanów, ale myślę, że akurat ten tytuł ze stajni Suna po prostu nie był dla mnie. Mimo wszystko, jak w przypadku większości fanfików, warto sprawdzić samemu i wyrobić sobie własne zdanie, do czego oczywiście zachęcam
  13. Opowiadanie, które rozpoczęło się jakiś czas temu, a które doczekało się aktualizacji całkiem niedawno, czemu, z tego co zrozumiałem, towarzyszyło wiele cięć, w wyniku czego ostały się... ledwie dwie strony. Cóż, trochę mało, lecz z drugiej strony, skoro miało być to tylko przedstawienie postaci, to powinno starczyć. Zanim przejdziemy do aktualizacji po latach, rzućmy okiem na prolog do serii opowiadań. Link (w dokumencie Google brakuje tytułu) został opisany zapytaniem "Jak to się stało?" i szczerze, po zapoznaniu się z otwarciem do serii, poczułem się troszkę oszukany. Troszkę, no bo koniec końców tekst przybliża nam pobieżnie realia świata wymyślonego przez autora, streszcza po kolei jak doszliśmy do punktu, z którego, jak się domyślam, ma wystartować fabuła potencjalnych opowiadań w tym uniwersum, ale tak po prawdzie, na to, jak to się wszystko stało, no to nie odpowiada. Czego się dowiadujemy? Twilight Sparkle przejęła władzę nad Equestrią i jako królowa przyjaźni zaprowadziła pokój na świecie (znaczy, między sąsiadami Equestrii zapanowała trwała przyjaźń), co trwało sto lat, aż oszalała. Wszystko w ramach jednego akapitu. Wynika z tego, że między sąsiadującymi z Equestrią państwami trwała niezgoda, skoro Twilight musiała zainterweniować, ale nie dowiadujemy się żadnych szczegółów, szaleństwo królowej również otulone zostało mgłą tajemnicy. Mamy też wzmiankę o rozbudowie kraju (nie jest sprecyzowane czy jest to skrót myślowy oznaczający rozwój i postęp wewnątrz jego granic czy ich rozszerzenie), ale wątek ten także nie został jakkolwiek podjęty. Z tekstu dowiadujemy się, iż o przyczynach szaleństwa Twilight krążą pewne teorie, ale finalnie zdrowe zmysły w końcu odzyskała (chociaż tekst zdaje się sugerować, że odzyskane były względnie zdrowe zmysły, chyba), akurat po tym jak porządek w jej włościach zaprowadziły resztki gwardii oraz elitarny oddział Królewskiej Policji. Plus inne organizacje, które powstawały z czasem. Bo ogółem gdy królowa zaniemogła, przed głównymi złoczyńcami Equestrię bronili zaprzyjaźnieni sąsiedzi, zaś w samym kraju, pogrążonym w przestępczości, sprawy w swoje kopyta wzięły kucyki, przeciwdziałając niegodziwcom z całą bezwzględnością. Trwało to aż tysiąc lat. Jednakże po powrocie Twilight poluzowała prawo, na co odpowiedzią ze strony poddanych (najwyraźniej nie czuli się bezpieczni pod jej władzą), było powstanie tytułowych "Protektorów", którzy postanowili strzec prawa ponad wszystko, nawet jeśli ich metody miałyby stać w opozycji do metod królowej. I to wszystko, samo w sobie, jest... ciekawe. Nawet bardzo. Potencjał do różnych historii jest przeogromny, powiedziałbym wręcz, że wszystko to mogłoby być szalenie intrygujące, co mnie się bardzo podoba. Kłopot w tym, że koncepcja świata najwyraźniej nie zdążyła dojrzeć w głowie autora, przez co otrzymaliśmy serię luźnych zajawek, które zebrane razem niekoniecznie tworzą spójny obraz, a już na pewno nie taki, który zaspokaja ciekawość odbiorcy, ani nie taki, który popychałby do tworzenia czegokolwiek w tymże świecie przedstawionym. Bo na dobry początek chciałoby się jakoś doprecyzować rzeczy, może zawęzić ramy czasowe, dopracować podstawy, a potem ruszyć z fabułą. Według mnie sto lat (OK, niemalże sto), taka okrągła liczba... mogłaby działać. Gdyby np. zarzucić jakimś prostym fantasy wątkiem, że takie było przeznaczenie, albo że panowanie przyjaźni trwać może jedynie sto lat, a potem muszą się dziać inne rzeczy, coś w ten deseń. Tysiąc lat (znów - dokładnie tysiąc) szaleństwa Twilight Sparkle, przez które ta nie była w stanie rządzić, więc kucyki same musiały zwalczać przestępczość, to jest o wiele zbyt długo. Zważywszy na brak konkretów odnośnie tego jak ta przestępczość się przejawiała, jaka była jej skala albo jak wyglądała dynamika jej eskalacji, ciężko mi wyobrazić sobie kraj, który przetrwałby milenium trawiony stale przybierającym na sile chaosem albo, z drugiej strony, kraj, który przez milenium nie zdołał definitywnie tej przestępczości pokonać. Chyba! Chyba, że są to wszystko skróty myślowe. Ostatecznie, osobiście powstrzymałbym się przed podawaniem konkretnych ram czasowych, tzn. to trwało tyle lat, a tamto tyle. Jeżeli już, nawet przy tak długich okresach, próbowałbym zbudować wokół tego jaką mitologię, proroctwo czy serię znaków/ kamieni milowych prowadzących do teraźniejszości; coś, co pomogłoby podeprzeć jakoś koncept, a jednocześnie dodać całości głębi, fantastycznego/ baśniowego wydźwięku. Elementy te jak najbardziej mogą współgrać ze [Sci-Fi], więc nie ma strachu o rezygnację z technologii, na przykład. Można by też, jak już wspomniałem, zrezygnować z lat i oprzeć się na wydarzeniach przełomowych, np. w chwili śmierci ostatniej przyjaciółki Twilight (niekoniecznie może chodzić o skład Mane6, ale ogólnie o przyjaciół, jakich poznawała przez całe swoje życie, jako królowa), coś się z nią dzieje, co sugerować mogłoby jednocześnie, że ktoś, kto włada przyjaźnią, musi nowe przyjaźnie zawierać cały czas na bieżąco, by swej mocy i zdrowych zmysłów nie stracić. Motyw, że przez tysiąc lat o bezpieczeństwo zewnętrzne Equestrii dbali zamiast Twilight zaprzyjaźnieni sąsiedzi, zmieniłbym albo wywalił. Kusząca wydaje się wizja królestw nagle skaczących sobie do gardeł, bo królowa przyjaźni straciła swoją moc jej roztaczania. Wyobrażam sobie dystopię, w której konflikty zewnętrze rzucają cień na to, co dzieje się w kraju, a z czym usiłują walczyć tytułowi protektorzy widząc, że ich władczyni jest bezradna. Część rzeczy, o które mi chodzi, już tu jest, lecz tylko jako zajawki. Uważam, że wizja autora powinna zostać rozważona ponownie, doprecyzowana, uzupełniona, a potem rozwinięta, bo naprawdę widzę potencjał. Od dzieł poważnych, traktujących o rzeczach wielkich, mrocznych, niekiedy może i przyprawiających o dyskomfort, po teksty przygodowe, pełne akcji, o zabarwieniu komediowym. Albo czarno-komediowym. Mam wrażenie, że wszystko mogło by się tutaj znaleźć. Póki co, jest bałagan z kilkoma interesującymi przebłyskami i wielki niedosyt. Jeśli chodzi o formę, to niestety nie jest najlepiej. Nie mam jednak na myśli formatowania - prolog ma akapity, odstępy między fragmentami, wygląda schludnie - ani rażących byków - w opowiadaniu próżno szukać błędów ortograficznych pierwszego stopnia, a i interpunkcja nie jest taka najgorsza - lecz stylistykę i słownictwo, które w najlepszym wypadku jest niefortunne. Byłem zdziwiony tym jak często unosiłem brwi, dziwiąc się temu, co czytam, chociaż tekst ma zaledwie półtorej strony. Już od początku jesteśmy atakowani niefortunnie dobranym słownictwem, zwrotami budzącymi wątpliwości, o co tu tak naprawdę miało chodzić: Innym razem atakują nas przedziwnie skonstruowane zdania: Nie brakuje też słów zastosowanych błędnie: Domyślam się, że miało być "wyznaczonych" albo "wytypowanych", jeżeli już. Nie zabraknie i powtórzeń: Ale muszę przyznać, że końcówka, w której osoba mówiąca zwraca się do czytelnika, oparta o zestawienie sprzecznych ze sobą terminów, była w porządku. Nie powiem, by w ostatniej chwili zbudowała głębię, ale z pewnością wydała mnie się fajna. Ostatecznie, prolog do serii okazał się o wiele zbyt krótką relacją z przeszłości, przepełnioną luźnymi zajawkami, pomysłami ciekawymi i intrygującymi, ale z pewnością "niedogotowanymi", przedstawionymi z formie uniemożliwiającej tak wciągnięcie w te realia i zachęcenie do lektury czy pisania w tymże świecie, jak i zrobienie dobrego wrażenia, ogólnie. Dodatkowo forma obarczona jest ciekawymi mankamentami, odwracającymi uwagę od treści. Po wszystkim jest wielki niedosyt, masa pytań, poczucie marnowanego potencjału, a także... pustka spowodowana brakiem nastroju. Z pewnością jest nad czym pracować. Rzućmy zatem okiem na aktualizację serii, czyli na "Umrę jutro" - przedstawienie postaci pewnego jednorożca, który, wedle planów na serię, ma się przewijać w fabule jako postać poboczna. Miła sprawa, postacie poboczne także zasługują na uwagę Jak się okazuje, jest to ktoś, kto swój róg stracił, w niewyjaśnionych okolicznościach, co akurat w tym przypadku dobrze dodaje odrobiny tajemniczości do jego postaci i pobudza wyobraźnię czytelnika. Jak do tego doszło i kiedy? Jest to coś, co, jeżeli chcemy, musimy sami sobie dopowiedzieć. Interesujące wydaje się to, że chociaż fakt nieposiadania sprawnego rogu jest w tekście podkreślony, jest głównym przedmiotem rozważań bohatera, jest zatem bardzo ważny, o tyle samo wydarzenie, w wyniku którego nastąpiła jego utrata nie jest podejmowane w ogóle – kładzie to nacisk nie na przeszłość lecz na teraźniejszość, na przeżywanie swojego życia z ograniczeniem, które domyślnie nie powinno występować. Prosta, mała rzecz, ale wystarczająca, bym od razu przyjął, że bohater nie jest taki pewien swego losu, wydaje się skonfliktowany. Im bliżej końca, tym bardziej ów konflikt się mu udziela. Fakt, że nie poznajemy imienia tego jednorożca, także działa na korzyść tekstu. Kolejny przypadek, w którym bohater może być tak naprawdę każdym, co rezonuje z realnym życiem; każdy może zmagać się z jakimś trudem, bólem czy brakiem, którego świadomości możemy w ogóle nie mieć, ba, może i my sami posiadamy coś, co jest takim "złamanym rogiem", który powinien przekreślać coś w naszym życiu, coś, co mimo to osiągamy albo do czego na przekór wszystkiemu dążymy. Może dokonuję nadinterpretacji, lecz autentycznie uważam, że "Umrę jutro" realizuje ten zamysł. Kłania się powiedzenie, że mniej znaczy więcej. W ogóle, podoba mnie się melancholijny wydźwięk opowiadania (miło, że tym razem mamy jakiś konkretny klimat), a także pewne przebłyski nadziei, mające efekt pokrzepiający. Wydaje się to całkiem... życiowe. Moją szczególną uwagę zwróciły poniższe rozważania: Patrząc na to z tej strony, rzeczywiście, bohater rogu nie posiada, technicznie magii nie używa, ale osiąga posobne efekty, zyskując sympatię publiki, dla której występuje, co znaczy wiele. Jest to zatem obraz tego, jak można pokonać ograniczenia, obojętnie czy wrodzone, czy nabyte, pokonać przeciwności i znaleźć nową drogę życiu. Co nie jest jednoznaczne z wolnością od myśli autodestrukcyjnych. Gorzki dodatek do czegoś, co w gruncie rzeczy jest... zaskakująco pocieszające, mimo ogólnej melancholii. Przynajmniej moim zdaniem. Oczywiście, taki jednorożec nie będzie pewnie w stanie uczynić wszystkiego tego, co zrobić może jednorożec w pełni mocy, ale idąc jeszcze dalej, zakładając, że większość rzeczy jest do nauczenia, można to także rozpatrywać jako dowód tego, że w głębi istoty te są takie same i mogą osiągać to samo, po prostu innymi metodami. Cieszy to, że forma tym razem wydaje się lepiej dopracowana. Tekst czyta się płynnie i przyjemnie, sformatowany został w poprawny sposób, nie znalazłem zwracających uwagę dziwacznych zdań albo błędnie użytych określeń, lektura przebiegała spokojnie. Końcówka ciekawi, mam na myśli motyw tej poręczy, która obniża się z każda wizytą. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to też ma głębszy sens. Ale przede wszystkim, "Umrę jutro" z powodzeniem realizuje to, na czym poległ prolog do serii; zwięźle zajawia klimat, wciąga i zachęca do lektury. Szkoda, że na razie nie ma ciągu dalszego, w ogóle, czegokolwiek, co moglibyśmy poczytać, ale może przyjdzie czas, gdy otrzymamy następne odcinki serii, na co liczę. Może nie w bliższej przyszłości, ale dalszej? Czemu nie? Ostatecznie widzę wielki potencjał lecz nie uważam, by autor miał już narzędzia, by uwolnić pełen potencjał swych pomysłów. Sądzę, że najlepiej zrobi jeśli będzie kontynuować zdobywanie doświadczenia, pisać krótsze teksty, chociażby w ramach serii "Protector's", nim będzie gotów przejść do bardziej złożonych wątków i rzeczy wielkich, korzystających z charakterystyki na razie lakonicznie zarysowanego nam uniwersum. "Umrę jutro" to bez wątpienia dobry omen, toteż życzę powodzenia w pisaniu i czekam na kolejne dzieła Pozdrawiam!
  14. Kolejne opowiadanie na retro konkurs, z sukcesem emulujące klimat starego fandomu, brzmiące bardzo klasycznie, acz nieobarczone typowymi dla tamtych czasów niedoskonałościami w formie. Co nie oznacza, że wyszło pod tym względem idealnie: O nie, literówka! Kwestia mówiona powinna się rozpocząć od półpauzy, a poza tym myślę, że przed drugim "i" trzeba zastosować przecinek. Znowu ta klątwa wyciętego contentu? Generalnie jakiekolwiek usterki, jakie można w tekście znaleźć, nie są zbyt poważne, tak naprawdę w oczy rzuca się może ta jedna, ta ostatnia przeze mnie wymieniona. Moooże jeszcze później, gdy Nightmare Moon opiniuje plan Celestii, bardzo często pojawia się "załóżmy", co powoduje wrażenie powtórzenia, może zbyt często przewija się również "przejąć władzę" lub poszczególne wariacje tego zwrotu, co też trąci powtórzeniem, ale to tyle z rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. Na ogół forma stoi na dobrym poziomie; jest solidnie i tym razem nie miałem wrażenia czysto rzemieślniczej pracy, wyszło jakby... No, tekst miał więcej atrakcji w stosunku do "Kucoperze atakują". Takie jest moje zdanie. Niemniej, lekturę bardzo umila klasyczny wydźwięk tekstu, rozbudzona przy nim zdrowa nostalgia naprawdę winduje to opowiadanie. Warto się z nim zapoznać. Przy nim chyba najłatwiej zapomnieć, że jest 2025, a nie 2012. Albo 2013. Bardzo pozytywnie Czy jest to może luźne nawiązanie do "The Mare Who Once Lived on the Moon"? No dobrze, ale o czym to właściwie jest? O powrocie księżniczki Luny z księżyca, ma się rozumieć. Autor podszedł do tematu bezpiecznie, ale z ciekawej strony; tym razem nie wywracając na głowę tego, co wydarzyło się w serialu, nie zmieniając zbytnio wydarzeń kanonicznych, ale pisząc do nich niedługi prequel, dodając zarazem nieco komediowy kontekst do tego, co znamy z otwarcia pierwszego sezonu. Trochę taka "historia prawdziwa", ale nie trącąca wtórnością, ani nie próbująca być na siłę szokująca, zabawna albo alternatywna. Okazuje się bowiem, że Luna, wciąż w formie Nightmare Moon, wróciła do Equestrii wcześniej, dokładnie w momencie, w którym rozpoczął się najdłuższy dzień roku tysięcznego. W postaci mgły przemierzyła królewski zamek, docierając do komnaty niczego nie podejrzewającej Celestii. Okazuje się, że klacz przeszła już przemianę, wewnętrzną przemianę, a teraz pragnęła, jak w tytule, powrócić na ścieżkę dobra. Otrzymujemy przyjemną, ciepłą scenę pojednania między siostrami, po czym Pani Dnia zaprasza siostrę do teleskopu, by wspólnie poprzeć na księżyc. Luna odsłania przed nią ciemną stronę satelity, gdzie spędziła ostatnie tysiąc lat, ujawniając czym się zajmowała. Towarzyszy temu w gruncie rzeczy smutna narracja, ze szczęśliwym zakończeniem jednak, ponieważ wszystko to, co czuła, a co wyrażała czy to ciskaniem kamieniami (motyw z meteorytem świetny), czy rysunkami, pomogło jej zrozumieć, że wcale nie pragnie zguby Celestii – jedynej klaczy, która wciąż ją w ogóle pamięta – ale akceptacji i uznania na równi z nią. Dobrze wiedzieć, że także z księżyca była w stanie czynić dobro, acz nie ujawniając się zbytnio. Niestety, powrót według jej wyobrażeń okazuje się niemożliwy, ponieważ ktoś wie, że Nightmare Moon, która przecież jest zła do szpiku kości, powrócić musi i musi się przy tym wydarzyć coś złego. Tym kimś jest oczywiście Twilight Sparkle. To komplikuje sprawy, ale Celestia ma plan jak sobie z tym poradzić. Okazuje się, że akcja znana z "The Mare in the Moon" to w gruncie rzeczy wymyślony w trzy minuty teatrzyk, dzięki któremu Elementy Harmonii zostały na powrót aktywowane, a Luna odzyskała swoją prawdziwą formę. No i muszę przyznać, że bohaterki, z tego co zapamiętałem po tych odcinkach, wpadły szalenie przekonująco Serio uwierzyłem, że Celestia została porwana naprawdę! Królewskie siostry oddane zostały znakomicie; wiarygodnie, ale z odrobiną humoru, w ogóle, całe opowiadanie ma w sobie odrobinę żartu, typowego dla autora, co tym bardziej dodaje mu uroku. Zachowują się przy tym bardzo kanonicznie, aż faktycznie odnosi się wrażenie, jakby był to oficjalny prolog czy jakiś suplement do pierwszego sezonu. Taki "Odcinek zero" albo "Sezon zero". Fakt, że Celestia tak szybko zaufała Lunie, będącej nadal w formie Nighmare Moon, że po wszystkim tak po prostu ruszyły realizować plan, wpisuje się w kreskówkową logikę. Wyszło bardzo uroczo. Opisy skonstruowane zostały kompetentnie; czy to otoczenie, czy ruchy postaci wraz z ich mimiką, wszystko możemy sobie bez problemu wyobrazić, nic nie odwraca uwagi czytelnika, również tempo akcji okazuje się idealnie wyważone. Właściwie, fanfik to jedna dłuższa scena, ale szczerze, to mi w pełni wystarczyło. Treść wydaje się przemyślana i dopracowana, najwyraźniej limit słów nie uczynił tu spustoszenia. Tekst z czystym sercem polecam. Podobnie jest to niezobowiązujący przerywnik, ale godzien zapamiętania i w swym wydźwięku całkiem ładny i zabawny. Ma w sobie klimat starego fandomu, odnosi się do tych klasycznych odcinków serialu, od których wszystko się zaczęło i które tak ciepło się wspomina. Czasy wspominane z sentymentem, łatwiejsze, śmielsze, weselsze i prostsze, trochę jak te pierwsze sezony. Wszystko było świeże, a twórczość nie znała limitów. "Powrót na ścieżkę dobra" wpisuje się w te klimaty perfekcyjnie
  15. OK, na wstępie muszę się przyznać do jednej rzeczy - może jestem tumanem, ale nadal jakoś nie mogę pojąć w jaki sposób tekst traktuje o kulturze, w sensie, jak miałby wyczerpać tematykę konkursu, na który oryginalnie był pisany. Domyślam się, że mordeczowa interpretacja tematu "Obca kultura" w tekście jest nietuzinkowa, niewykluczone, że kryje się za nią coś naprawdę błyskotliwego. Niestety, przynajmniej na chwilę obecną przeleciało mi to nad głową Przyznam też, że aż do końca tekst nie wydawał mnie się aż tak mroczny, jak się tego spodziewałem po tagu [Dark], ale to akurat kwestia osobistych preferencji na dzień dzisiejszy. Generalnie, to był bardzo dobry, aczkolwiek miejscami dość wymagający fanfik, który na pewno mogę polecić, zarówno jako krótki przerywnik, jak i coś na pobudzenie kreatywności. Przynajmniej ja, jestem pod wrażeniem tak pomysłów autora, jak i sposobu, w jakim je opisuje. Na początek, bardzo spodobały mnie się postacie - trzy unikalne, charakterystyczne na swój własny sposób postacie, każda z własną historią (własnym Końcem) i każda dająca się polubić bardzo szybko. Coś czego kompletnie się nie spodziewałem; coby tekst nie wydawał się zbytnio oderwany od kucowego uniwersum, mamy Magnet, zmiennokształtną, która opuściła rój, wyrwała się spod kontroli swej matrony i teraz przemierza świat, daleko poza Equestrią, w towarzystwie Mota, który jest kotem (albo felis catus, jak kto woli), a także Maestro, który jest konstruktem. Mot jest tajemniczy, charyzmatyczny i nierzadko cyniczny, Maestro natomiast, ze swoimi licznymi modułami, trojgiem zamieniających się miejscem oczu, dozownikiem słów, kablami, elektroniką i nieograniczoną pamięcią pod obudową, z bardzo charakterystyczną manierą mówienia i "gliczami", jak dla mnie wybija się ponad wszystkich i jest moją ulubioną postacią w tym zestawieniu Hm, czy to, że imię każdej postaci zaczyna się na literę "m" ma jakieś głębsze znaczenie? Osobiście miałem wrażenie jakby akcja tekstu rozgrywała się gdzieś w sercu bezkresnej pustki, wypełnionej ciemnością i... wielkim niczym. Dosłownie jakby postacie zabrnęły tak daleko, daleko poza mapę, gdzie już nic nie ma, ewentualnie jakieś dziwaczne, niepojęte i przez to nieco przerażające rzeczy, z którymi zdecydowanie nie powinny wchodzić w interakcje. Skraj świata doczesnego, miejsce, z którego powrotu nie ma. Dla mnie może nie była to myśl mroczna, sama w sobie, ale z pewnością intrygująca. Być pośrodku niczego, zrozumieć swój własny, unikalny Koniec by pokonać barierę i zejść jeszcze głębiej, zmierzyć się z ciemnością. Fascynujące, może nawet straszne. A już na pewno budujące klimat. Autor starannie i z wyczuciem wplótł w tekst nieco światotworzenia, budując coś, co przypomina znane nam uniwersum, coś co mogłoby funkcjonować w jego ramach, ale jednocześnie innego i pięknie dziwnego. Najbardziej w pamięci utkwiły mi kolorowe kryształy o nieskończonych możliwościach, z których każdy oferował coś innego. Podobały mnie się opisy tego, jak postacie z nich korzystały, a także ich działanie. Mnie osobiście, tak postać Maestro, jak i te kryształy, przywiodły na myśl twórczość Stanisława Lema, ale może to tylko moje wrażenie. Czytało się to bardzo dobrze. W ogóle, cały styl autora, bardzo charakterystyczny - kto miał jakąkolwiek styczność z "Opowieściami żałobnego miasta", ten zrozumie - znów wydał mnie się taki... "książkowy". To znaczy, kojarzy się z kimś uznanym w swoim rzemiośle, a z kogo twórczością obcuje się po raz pierwszy grubo po fakcie, jakby na świeżo odrywając kunszt oraz coś, o czym się wie, że jest nie do podrobienia i że się nigdy tego nie osiągnie. Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć. Idąc dalej - wciągnęły mnie te opisy, nierzadko wydawały się niby proste, ale charakterystyczne na tyle (w doborze słownictwa czy analogiach chociażby), by odnieść wrażenie, że są urozmaicone, wyjątkowe i że każde jedno słowo nie znalazło się na swoim miejscu bez pomyślunku. Chociaż niekiedy musiałem nieco przystopować i przeczytać dany fragment parę razy, by w pełni pojąć przekaz i wyobrazić sobie scenę. To były te trudniejsze momenty opowiadania, o których wspomniałem na początku. Zdarzały się jednak momenty, które z jakichś powodów przysporzyły mi więcej kłopotów. Jak ten na przykład: Stąd o ile uznaję wyjątkowy, dopracowany co do słowa styl autora, którego nie da się podrobić i który warto sprawdzić, o tyle niekiedy myślę, że niektóre opisy są nieco... może nie przekombinowane, ale skonstruowane w mylący sposób. W sensie, przez większość czasu czytamy, wyobrażamy sobie coś, a potem pojawia się część zdania, która burzy te wyobrażenia i powoduje wątpliwości. Tempo akcji satysfakcjonuje. Może po sforsowaniu bariery, kiedy bohaterowie schodzą w dół, zagrożenie wystawia łeb trochę zbyt szybko, a akcja przeskakuje do zakończenia nagle, ale nie powiedziałbym, by w tym przypadku była to znacząca usterka. Bo zakończenie spełnia swoje zadanie, zamyka historię w sposób otwarty, z małym niedopowiedzeniem, co wprowadza bardzo pożądany niepokój co do losów jednego z bohaterów, podkreślając to mroczne oblicze kreowanego nastroju. Sposób, w jaki każda postaci dzieli się swym prywatnym Końcem także lśni kreatywnością. To nie tylko naturalne, unikające wrażenia sztucznej ekspozycji przedstawienie historii poszczególnych postaci, ale także okazja do zaprezentowania magii i technologii, funkcjonujących w ramach świata przedstawionego. I tutaj akurat zdecydowanie wyróżnia się Mot, tak poprzez historię swojego Końca, jak i sprzęt, jakiego używa. Ponownie zaleciało Lemem. I bardzo dobrze To opowiadanie, którego każdy powinien spróbować. Sam jestem zaskoczony tym, jak bardzo mi podeszło i ile rzeczy realizuje sprawnie, z pomysłem i do tego w specyficznym, niekiedy trudnym, ale dopracowanym i satysfakcjonującym stylu. Nie sądzę, bym w pełni zrozumiał treść - z pewnością mam do wykonania jeszcze trochę pracy przy interpretacji - ale w żadnym wypadku nie popsuło mi to odbioru fanfika. Bardzo dobry, klimatyczny kawałek tekstu z fantastycznymi postaciami w rolach głównych oraz ze zwieńczeniem, które pozostawia historię otwartą, tak na dalsze losy jednej z postaci, jak i interpretację. Lubię ten fanfik. Pozdrawiam!
  16. Oczywiście Sun zdradził zawczasu do czego nawiązuje jego opowiadanie, ale ja i tak pomyślałem o odcinku "Nowych przygód Lucky Luke'a" pt. "Czy to Marsjanie?" i oczywiście tak podczas lektury, jak i po jej skończeniu, byłem wielce zdziwiony, że dostałem coś innego, niż myślałem Tak czy inaczej, było to solidne, zupełnie niezłe opowiadanie, z którego faktycznie biło klimatem retro aż miło. Czytało się je wartko i przyjemnie, no i dosyć długo było serialowe, do momentu, w którym nie zaczęły się promienie śmierci (tu wyobraziłem sobie Friezę z serii "Dragon Ball Z", który z tym swoim uśmieszkiem strzela z palucha do kucyków, po których nic nie zostaje) i poczerniałe szkielety; wtedy klimat wywrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, co na sam koniec dało całkiem ciekawy efekt. Znaczy, dla kucyków nie był to fajny koniec, bynajmniej, ale dodało to odrobinę "pieprzu" do całości i zbudowało zarazem wizerunek Nightmare Moon, jako bezwzględnej kosmicznej imperialistki, podróżującej ze swą armią po wszechświecie i zajmującej różne planety... Hej, to rzeczywiście jest trochę jak "Dragon Ball Z" Muszę przyznać, że tekst szybko uśpił moją czujność, kiedy Nightmare Moon nie powróciła z księżyca, tak jak zapowiadała to przepowiednia. Jakoś szybko zapomniałem, że to praca konkursowa i byłem przekonany, że klacz nie powróci, więc zacząłem się zastanawiać, co się stanie... Gdy okazało się, że to właśnie ona stoi za kosmicznymi kucoperzami, chociaż z perspektywy czasu było to oczywiste, to jednak byłem tym odrobinę wzięty z zaskoczenia. Wypowiada tylko kilka zdań (w ramach jednej kwestii mówionej), ale jest to wyborne zwieńczenie tego niedługiego opowiadania. Nie sądzę, by limity konkursowe wpłynęły znacząco na jego jakość. Jest zwięzłe, ale satysfakcjonujące, tempo akcji zdaje egzamin. Pod kątem formy, to jest solidnie, chociaż nie obyło się bez kilku drobnych, ale widocznych mankamentów. Pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę, znalazła się niemal na samym początku tekstu: Za chwilę mamy: To w końcu ona wysłała ten list czy nie? Chyba jednak nie, skoro później nadal miała przy sobie zwój, który mogła upuścić. Jedno z tych zdań kłamie No co jest Prócz tego parę drobnych literówek, ale nic poważnego. Raz po raz trafiały się zdania pojedyncze, takie mało sycące, ale na to też jestem gotów przymknąć oko. W tym przypadku. Fakt, że historia jest krótka i zwięzła zdecydowanie jej służy. Gdyby ciągnęła się dłużej, a wraz z nią mankamenty, o których wspomniałem, podejrzewam, że prędzej czy później zacząłbym na to psioczyć. Albo gdyby na przestrzeni tych czterech stron wystąpiło tyle błędów, że po poprawkach w dokumencie nie widać by już było oryginalnego tekstu. Fanfik warto sprawdzić, jako krótki, niezobowiązujący przerywnik, jest jak znalazł. Czuć trochę czysto rzemieślniczej roboty, ale jest przyjemny klimat, czuć nostalgię, no i ogólna prostota fabuły cieszy, podobnie jak postacie kanoniczne, oddane całkiem dobrze. Czego chcieć więcej?
  17. Parodia słynnej audycji, o której nigdy nie słyszałem i tekst, który ponoć jest zaskakująco słaby jak na osobę autora. Czekałem niecierpliwie na premierę, gdyż byłem niezdrowo ciekaw jakie to opowiadanie jest naprawdę. To znaczy, jak wypadnie przede mną. Miałem przyjemność przeczytać i sprawdzić jego nową wersję, toteż był czas by się nad tym zastanowić. Co zatem myślę? Po pierwsze, nie żyłem w roku 1938 i nie pamiętam oryginalnej audycji, którą inspirował się autor, lecz muszę powiedzieć, że ani trochę nie przeszkadzało mi to podczas czytania - nie czułem się zagubiony, nie miałem wrażenie, że przelatuje mi nad głową jakieś nawiązanie, nie miałem też kłopotów ze zrozumieniem treści, gdyż nie miałem styczności z materiałem źródłowym. "Moon Attacks!" radzi sobie zatem dobrze jako samodzielne opowiadanie, co jest plusem. Od razu wypada też wspomnieć, że forma audycji radiowej jest unikalna na tle, jak sądzę, przytłaczającej większości opowiadań dostępnych chociażby tu, na forum. W tej chwili jestem w stanie przypomnieć sobie tylko "Koło Historii” autorstwa Verlaxa, u którego w poszczególnych rozdziałach występowały audycje radiowe, lecz jako element rozdziału, nie stanowiły one jego całości. Tekst ma siedemnaście stron, czyli o wiele za mało, bym zdążył się znużyć przyjętą formą. Szczerze mówiąc, jestem ciekaw jakby wypadło to opowiadanie przeczytane na głos, z podziałem na role. Wydaje się do tego idealne, chociaż ilość postaci stwarza trudność w znalezieniu dostatecznej liczby głosów. Sam tekst czyta się bardzo sprawnie. Forma po poprawkach jest po prostu solidna. Chociaż konkurs, na który zostało napisane, nie dopuszczał tagu [Comedy], poprawiona wersja opowiadania została nim opatrzona, zatem domyślam się, że oryginalny tekst dotykał komedii, a teraz dopiero się nią stał, jakby takie od początku było zamierzenie autora. O czym to właściwie jest? Ano trwają obchody szczególnego Letniego Święta Słońca, podczas którego powraca z księżyca Nightmare Moon, czego kucyki w ogóle się nie spodziewają, gdyż o tejże zacnej personie nic nie wiedzą. Prócz oczywiście Twilight Sparkle, która, zbierając świeżo poznane przyjaciółki z Ponyville, rusza do Zamku Dwóch Sióstr, by tam odnaleźć Elementy Harmonii i użyć ich przeciwko antagonistce. Znamy to z serialu, tutaj autor nie wprowadził żadnych zmian. Zresztą nie musiał na tym polu kombinować w ogóle. Powrót Nightmare Moon śledzimy z perspektywy Radio Narratora oraz korespondentów rozsianych po różnych miejscach w Equestrii, relacjonujących wydarzenie, później pojawią się także różni rozmówcy, tacy jak Blueblood czy gość zwący się Apocalypse Now. Daje to różne spojrzenie na niespodziewane pojawienie się nowej (ówcześnie) antagonistki, pokazuje też jak reagują kucyki na coś nieznanego i jakie towarzyszą im w tym nastroje. Samo w sobie jest to ciekawe i daje fajne możliwości. I tutaj... jest ok. Nie jest jakoś rewelacyjnie, ale nie ma też czegoś, co wzbudzałoby u mnie duży niedosyt - autor po prostu solidnie i sprawnie zrealizował koncept. Muszę przyznać, że naprawdę doceniam drobne światotworzenie w fanfiku, np. próba pobicia rekordu w ilości wystrzelonych korków naraz. Bo ja to odebrałem jako lokalny zwyczaj, któremu przy okazji towarzyszy bicie rekordu w czymś. Po prostu wydało mnie się to interesujące. W ogóle, tekst jest przyjemnie serialowy i przykładów nie trzeba szukać daleko - to samo wydarzenie, czyli wystrzeliwanie korków, służy potem jako broń przeciwko napastnikom. Strzelają korkami w najeźdźców i w ten sposób się bronią, fajnie. Jeżeli chodzi o aspekt komediowy, to tu niestety opowiadanie w mojej opinii nie dało rady kompletnie. Słyszałem, jakoby tekst usiłował być komedią, w konkursie, w którym komedia była zakazana, co wydało mnie się dziwne, ale jednocześnie, jeżeli żarty wyszły czerstwe, być może to właśnie było przyczyną. Z drugiej strony, skoro [Comedy] zostało zbanowane, to po co w ogóle bawić się w komedię, ale nieważne. Tak sobie wówczas myślałem. I kiedy ukazała się wersja poprawiona, nieskrępowana ramami konkursu, myślałem, że ów aspekt komediowy zostanie rozwinięty, a tekst wreszcie będzie mógł być tym, o czym myślał sobie autor. A tymczasem... wyszło okropnie wręcz sucho. Może nie mój typ humoru, może to teraz dopiero wyłazi na wierzch nieznajomość materiału źródłowego, ale szczerze, najwięcej frajdy miałem z imion poszczególnych postaci. Były serialowe, były też proste (przeważnie) i zważywszy na pełnione przez te postacie funkcje, wyszło całkiem sympatycznie. Nie wiem czy postacie Paint it Black czy Kill'em All miały być zabawne czy takie clever, ale do nich mam mieszane uczucia. Kiedy wyskoczył Apocalypse Now, przeszło mi przez myśl, że to też mogło być nawiązaniem muzycznym, bo w soundtracku "Megamana Zero 3" jest taki track, ale ja już nie wiem. Może tak dla odmiany chodzi o jakiś film, pewnie bardzo ważny i znany, o którym oczywiście nigdy nie słyszałem xD Gdybym miał wybrać próbkę humoru występującego w tekście, zarzuciłbym tym: To są ci, co strzelali korkami, jakby coś Generalnie powiedziałbym, że tekst niby próbuje, ale ostatecznie humor ten jest strasznie boomerski, więc żarty wychodzą suche, najwięcej frajdy wypływa z elementów serialowych. Bez nich, myślę, że przebrnięcie nawet przez te siedemnaście stron byłoby... mniej sprawne. Poza tym, zwłaszcza pod koniec, tekst ma brzydki nawyk powtarzania w kółko tych samych żartów vide porwana deska do surfowania czy profesorek, który usiłuje wszystkim wcisnąć żarówkę wolno leżącą. Zwłaszcza ten drugi. No ileż można? Ano właśnie - w audycji przewijają się postacie kanoniczne i one zostały oddane jak najbardziej prawidłowo. Warto o tym pamiętać. Ostatecznie, w moim odczuciu tekst nie okazał się tak zły, jak go sobie wyobrażałem na podstawie opinii tych, którzy go czytali, ale nie okazał się też zbyt dobry. Gdyby był zabawniejszy, możliwe, że określiłbym go mianem niezłego, lecz w swej formie poprawionej, jest po prostu krótkim średniakiem na jeden raz, którego dosyć trudno polecić. Ale wyobrażam sobie, że gdyby ukazał się dużo, dużo wcześniej, może miałby szansę zaistnieć, choćby na krótką chwilę? Co by nie mówić, powiało od niego klimatem retro, toteż, zważywszy na temat konkursu, tę misję zakończył powodzeniem
  18. Fani klasycznej "Lalki" Bolesława Prusa dopiero będą w szoku! Oto i mamy spin-off - być może pierwszy z kilku, a może z wielu - do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", którą oczywiście z tego miejsca polecam, jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście. Perypetie księżniczki Twilight na srebrnym globie, podobnie jak chyba większość tekstów Niki, nie należą do najłatwiejszych w odbiorze, trzeba niekiedy się nad nimi skupić, a także wykazać się cierpliwością, gdyż opowiadanie przedstawia odbiorcy, nie zawsze w konwencjonalny sposób, mnóstwo tajemnic i niedopowiedzeń, do odkrycia potem, dla naszej wyobraźni do interpretacji, ale finał zdecydowanie jest tego wart, a ponadto przez całą lekturę towarzyszy nam tajemniczy, gęsty, często mroczny klimat, który wciąga i nie pozwala się oderwać. Uwaga, drobne SPOILERY w kolejnym akapicie! Przy "Nowoczesnej lalce", przynajmniej na tym etapie (dostępny jest na razie tylko pierwszy jej rozdział) nie wydaje się, by znajomość fabuły "Nowoczesnej baśni" była nieodzowna przy lekturze. Możliwe, że czytając o Twilight, która mogła w [czymś] pomóc głównej bohaterce, lecz tego nie uczyniła, ktoś, kto nie przeczytał jeszcze głównego fanfika może poczuć się lekko zagubiony, gdyż wydaje się, że jest to dosyć istotny plot point, przewija się jeszcze jakieś tajemnicze [zabójstwo], którego najwyraźniej dopuścił się Firelight. Ale zaraz, zaraz, jaka Chrysalis? Próbuję postawić się w pozycji kogoś, kto o "Nowoczesnej baśni" tylko słyszał i nie wydaje mnie się, by "Nowoczesna lalka" nie radziła sobie jako samodzielny tekst, tematycznie wpisany w szerszą fabułę, gdyż znajome wątki mogą w spin-offie funkcjonować na tej samej zasadzie, na jakiej autorka w głównym tekście zasypała nas tajemnicami, dziwami i niejasnościami - w ten czy inny sposób, będziemy mieli coś, na czego rozwiązanie będziemy czekać, śledząc dalszą fabułę. Po prostu najwyżej będzie tego więcej i nie wszystko znajdzie swe rozwiązanie w "Nowoczesnej lalce". A co z wrażeniami z lektury i klimatem? Uwaga na możliwe SPOILERY! Główną bohaterką jest tym razem Starlight Glimmer, znana zresztą z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Klacz odnajduje się w rzeczywistości, w której zostaje zmuszona rozstać się z ukochanym ojcem, w związku ze śmiercią kogoś, kto znany był jej jako Fortune Wheel, a która to śmierć bynajmniej nie była wypadkiem. Tak jak ta Fortune Wheel, to wcale nie była Fortune Wheel. Naprawdę, niezdrowo zaczyna mnie intrygować to czy klacz znana jako Fortune Wheel naprawdę istniała, czy była to w pełni autorska persona wykreowana przez Chrysalis. I niezależnie od odpowiedzi, jaki był cel królowej Podmieńców? Czy chciała zbliżyć się do Starlight, by w odpowiednim momencie dokonać zemsty, a może autentycznie trzeba jej było kucyka, którego miłość mogłaby spijać? Może jej intencje zmieniły się w trakcie? Jak Firelight odkrył prawdziwe oblicze Fortune Wheel? Podoba mnie się, że spin-off podtrzymuje tajemnice, im dłużej się o nich myśli, tym głębszy wydaje się ten wątek, momentami nawet wieje subtelną grozą. Ale wracając - nowa, smutna rzeczywistość Starlight przesiąknięta jest rozczarowaniem swą przyjaciółką, która mimo wszelkich narzędzi ku temu, by jej pomóc, postanawia tego nie robić, ale także bolesną przeszłością i wspomnieniem swej matki, która... jak się okazuje, nadal żyje. Istotny w tym wszystkim wydaje się również jej pokój - od dawna nie ruszany, wyrażający to, kim była ta klacz, o znaczeniu sentymentalnym - jako symbol, jako ostoja, jako coś z "lepszej" przeszłości, co przetrwało cały ten czas, do czego dorosła Starlight może powrócić w dowolnym momencie. Nowe sekrety z miejsca absorbują czytelnika, a pierwszy rozdział kończy się w idealny wręcz sposób, mamy taki mały, ale genialny w swej prostocie cliffhanger, który wręcz zmusza do niecierpliwego oczekiwania na ciąg dalszy i myśleniu o nim. Jednocześnie w ciągu chwili zbudowane jest napięcie, bo zastanawiamy się, co się stanie, jak przebiegnie konfrontacja, jeśli do niej dojdzie, co zrobi Starlight i jak to ją zmieni, jeśli w ogóle. W ogóle, tekst pełno ma detali i smaczków, które rozszerzają jedną z postaci "Nowoczesnej baśni", czy to wspomniana w opisie opowiadania lalka, czy krewni Starlight, z których spojrzeniami i słowami, malutka Starlight nie bardzo umie sobie poradzić. Tu pragnę pochwalić kreację Firelighta - z miejsca udaje się autorce sprzedać go jako bohatera pozytywnego, troskliwego i empatycznego ojca, który wspiera córkę i którego sukces (czyli wydostanie się z bardzo złej sytuacji, w której się znalazł) pragniemy zobaczyć. Jego relacja ze Starlight jest tym jaśniejszym, cieplejszym punktem tekstu, który generalnie pozostaje melancholijny, chłodny, tajemniczy. W ogóle, fragment podczas Wigilii Serdeczności nadał rozdziałowi świątecznego nastroju, aż przez moment pomyślałem, że to będzie fanfik świąteczny. Miło. Poszczególne scenki, nie zawsze rozgrywające się podczas fabuły bieżącej, zostały napisane zwięźle i zrozumiale, moim zdaniem przynajmniej na tym etapie tekst wydaje się bardziej przystępny niż "Nowoczesna baśń" i kto wie, czy na początek nie będzie lepszym wyborem przed zapoznaniem się z główną fabułą. Opisy czy to otoczenia, czy emocji, są dosyć skromne, ale treściwe, więc z łatwością wyobrażamy sobie scenerie czy grymasy, emocje postaci. Poprzez zwięzłość wiele trzeba sobie wyobrazić samemu, więc nadal różne osoby, czytając to samo, mogą wyobrażać sobie nieco inne rzeczy, a to zawsze jest bardzo interesujące. Podziwiam to, jak autorka w nieco ponad osiem stron stworzyła melancholijny, mroczny, piękny klimat; emocji jest akurat tyle, ile trzeba, bez zbytniego epatowania wyciskaczami łez, bez szokowania dla szokowania, czy na siłę przekonywania czytelnika o tym, że Starlight jest postacią tragiczną. Zwłaszcza wątek powrotu do domu i podjęcie tematu, skąd się wzięła jej wiara w równość, to są takie momenty, gdzie to refleksyjne oblicze fanfika, ta melancholia naprawdę lśnią i inspirują. Tempo akcji jest w sam raz. Rozdział czyta się sprawnie, przejście z początku do końca nie zajmuje zbyt wiele czasu, a i tak wydaje się, że zadziało się więcej, niż nakazywałaby sądzić ilość stron czy rozpiętość akapitów. Nie ma niedosytu, nie ma tez przesytu, a bohaterka według mnie została dobrze oddana, tak w kontekście głównej fabuły, jak i w kontekście kanonu. Dobrze śledziło mnie się jej losy, choć nie były to wesołe rzeczy. Jestem ciekaw co będzie dalej. O, kolejna rzecz - chociaż jej późniejsze losy są mi znane z głównej fabuły, nadal jestem zainteresowany tym, co się z nią stanie, jak się to stanie i jak ją to ukształtuje. Po prostu nadal nie wiadomo o tylu rzeczach, że taki dodatek zachowuje atrakcyjność. Co do formy, to tutaj było chyba najmniej innowacji. I dobrze - lepsze wrogiem dobrego. Miałem przyjemność czytać tekst przedpremierowo i zasadniczo nie miałem przy nim wiele roboty. Oczywiście, mamy pewne zabiegi, charakterystyczne dla stylu autorki, które na pierwszy rzut oka wydają się czymś wartym przemontowania (np. sam początek, gdzie mamy kilka zdań prostych, jedno po drugim, nim bohaterka popada w rozpacz), ale ostatecznie nie psują wrażeń z lektury. Po prostu wysyłają sygnał, zwracają uwagę - coś nastąpiło, coś się z protagonistką zadziało. I to niezmiennie robi robotę. Oczywiście "Nowoczesną lalkę" polecam, można do niej podejść także bez znajomości "Nowoczesnej baśni o Księżycu", tekst jest napisany zaskakująco jak na jego tematykę i klimat lekko, intryguje i inspiruje, obsadzenie w roli głównej Starlight i przedstawienie jej historii uważam za dobrą decyzję, niecierpliwie będę oczekiwać na ciąg dalszy jej opowieści. Myśląc o tym, co przeczytałem, wydaje mnie się, że może to być ten typ historii, co do której chciałbym, by nie skończyła się nigdy, bym mógł kosztować tych melancholijnych, ale życiowych rzeczy bez końca, czerpiąc inspiracje, odnajdując w tym jakieś części samego siebie, a może szukać... nie wiem, odpowiedzi? Słowem, to może być idealna historyjka dla mnie Pozdrawiam serdecznie!
  19. Dwa lata od postu dziękczynnego chyba najwyższa pora coś ogłosić Ogółem tak jak prace nad ciągiem dalszym "Kresów" trwały przedtem, tak trwają nadal, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, nie zawsze zależnymi ode mnie - to się nie zmieniło. Z pewną ulgą mogę jednak ocenić, iż od niespełna roku postępują one mniej-więcej regularnie i w dość satysfakcjonującym tempie, a pomysłów i weny mi nie brakuje. Ale ma to swoje minusy - kuszących koncepcji jest mnóstwo, ale nie będę mógł zrealizować ich wszystkich, na coś się trzeba będzie zdecydować. A doświadczenie pokazuje, że mając do wyboru kilka wariantów, nie zawsze wybieram ten najkorzystniejszy; z perspektywy czasu pożałowałem kilku decyzji. Ostatecznie te dłuższe opowiadania spośród tych, które mają otworzyć kolejną kresową sagę, mam ukończone. Pozostało je jeszcze sprawdzić i dopieścić, co pewnie zajmie jeszcze trochę czasu. Pozostałe, które mają być krótszymi kawałkami życia - coś na modłę pierwszych opowiadań z serii - są zaczęte i sukcesywnie je piszę, co przebiega spokojnie i bez problemów. Zacząłem nawet pierwsze koziorożcowe opowiadania, chociaż większość z tego to prędzej prace koncepcyjne. Jedno z nich idzie w porządku, ale pomysły na kolejne co rusz się zmieniają. Możliwe, że sam się troszeczkę zakiwałem w fabule, ale nie składam broni. O Kaprikornii ma być dużo, ale dużo ma być także lore'u koziorożców, nie powinno zabraknąć kilku śmielszych pomysłów, które miałyby "rozruszać" troszkę wątki. Nowe rzeczy mają uchronić całość od wtórności. Co do kolejnych "arców" - trzeci z nich, ten taki przygodowy, w większości mam obmyślany. Z tym ostatecznym będzie sporo zabawy, bo nie mogę się zdecydować na zakończenie. Może przyjdzie to z czasem, zobaczymy. Tak czy inaczej, nadal jestem na etapie przygotowywania nadprodukcji i spisywania wydarzeń. Chociaż dalej nie mam pewności czy dam radę to napisać, to mogę powiedzieć, że zgromadziłem parę nowych tekstów i póki co wygląda to dobrze. Więc szanse na ciąg dalszy i pełne zakończenie historii wzrosły Co do podpowiedzi odnośnie tego, co może się w nowych fanfikach pojawić, to przez te dwa lata z niczego nie zrezygnowałem; odwiedzimy Kaprikornię, będą opowiadania o koziorożcach i ich wynalazkach, parę wzmianek o kilku kanonicznych wątkach, no i księżniczka Celestia, która weźmie czynny udział w fabule. Co do białych zwierząt, to rozwiązanie ich tajemnicy, jeżeli już, będzie tylko podpowiedziane - tu na pewno niczego nie wyjawię wprost. Jednakże miałem nadzieję, że rzeczy gotowych do opublikowania będzie więcej - w tym roku wypadło dziesięciolecie przekształcenia kilku konkursowych opowiadań w serię i z tej okazji liczyłem na to, że będę mógł zrobić parę premier. Niestety wiele wskazuje na to, że prace trochę się przeciągną, ale niczego nie wykluczam. Na pewno pojawi się jeden nowy tekst. No, właściwie, to nowy-stary tekst. Jest już prawie gotowy, szczegóły premiery wyjawię - mam nadzieję - już niedługo. Jeżeli pamiętacie mój poprzedni post, pewnie domyślacie się co to będzie W mojej głowie nadal krążą pomysły na spin-offy o łowcach. Ale chwilowo prace nad nimi wstrzymałem - i bez tych opowiadań mam zbyt wiele rozpoczętych projektów naraz. Czy coś z tego będzie, to się okaże. Prócz tekstów, z okazji dziesięciolecia serii mam zamiar zacząć wypuszczać wreszcie prace graficzne, które w tak zwanym międzyczasie sobie dziergałem w Gimpie. Zaryzykuje stwierdzenie, że nawet hipotetyczne zupełnie nowe obrazki mają większe szanse na ukazanie się w tym roku niż nowe teksty, ale zobaczymy. A skoro o pracach graficznych mowa - w końcu dodałem do pierwszego postu galerię prac przedstawiających różne kresowe postacie, wykonanych przez różnych autorów i autorki, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat zebrałem Chciałem to zrobić już od jakiegoś czasu. Przypominając sobie każdą z osoba, a teraz zebrawszy je w jednym miejscu, nabrałem jeszcze większej motywacji do tego, by... więcej rzeźbić w Gimpie! Niezmiennie za każdą jedną jestem wdzięczny. Dziękuję! Podobnież dziękuję za ostatnie komentarze, a także poświęcony czas i uwagę, nie tylko na ich napisanie, ale przede wszystkim przeczytanie opowiadań. Jest parę rzeczy, do których mógłbym się odnieść, zbiorę je poniżej: Miło mi, że teksty świąteczne wywołują takie wrażenia, lubię je pisać. Co do corocznej tradycji wypuszczania fanfików świątecznych, to jest to świetny pomysł, chociaż nie wiem czy dałbym radę zdobyć się na dostateczną karność w pisaniu i terminowym publikowaniu, ale może warto spróbować? Pierwsza okazja nadarzy się już w tym roku Oj, to jeden z wątków, z którym się troszkę zakiwałem, ale akurat z niego powinienem wybrnąć najłatwiej. Planuję odwiedzić ruiny pod Zebryką, ale później, w ramach późniejszych opowiadań. Bo zgodnie z tym, co sugeruje końcówka sagi Ashfallów, zebry są o krok od tego, by skonfliktować się ze sobą nawzajem, odnośnie tego co poradzić na kłopotliwego sąsiada. Ale to na razie tylko koncepcja, czy się ziści, to się okaże Ale zwróć uwagę na to ile on energii żarł i ilu wymagał kontrolerów, by się poruszać. Kropnięcie choćby jednego z nich, a w warunkach walki jest to bardzo prawdopodobne, spowodowałoby znaczący skok poboru mocy u pozostałych, maszyna pewnie by się zatrzymała. Myślę, że mimo wszystko przewidziałem dosyć ograniczeń, by król Kaprikornii jednak nie wyłożył środków na dopieszczenie prototypu i produkcję. Wątek ten nieuchronnie powróci w późniejszych opowiadaniach. Obawiam się czy nie będzie przy nim wtórnie, ale postaram się napisać to w taki sposób, by tego uniknąć. A przynajmniej jakoś to zamaskować. Mam co do niej plany, ale wątki z Valerią nie mają grać pierwszych skrzypiec. Prędzej dopełniać inne rzeczy. Natomiast motywy, które wymieniłeś, może nie wszystkie, ale mają być głównym tematem poszczególnych opowiadań. Więc chyba będzie ok. Jest mi trudno, ale muszę milczeć. Jeżeli już, to na pewno nie będę niczego wyjaśniać wprost, a jedynie sugerować między wierszami, o co może chodzić. Bo pomysł mam. Bardzo dziękuję za ów komentarz, przepraszam, że tyle mi zajęło nim odpisałem. Jeszcze co do rzeczy, o których chciałbyś poczytać - tak przedstawiają się szanse na realizację poszczególnych wątków: Przeszłość Alberta - O tym nie myślałem, ale skoro to zawsze pozostaje możliwość wplecenia w jakieś opowiadanie retrospekcji - przecież Chociaż myślę, że to byłoby niesatysfakcjonujące. Ale pomyślimy, pomyślimy Kaprikornia - będzie na pewno. Zebrze ruiny, opuszczone miasta - ma być, ale przekonamy się. Fenrir-łowca - ma być, jako mini-seria opowiadań spin-offowych. Przygotowania Weissa do rebelii - o tym nie myślałem i nie jestem pewien czy potrafię na tyle dobrze w wątki polityczne i intrygi. Cokolwiek co zechce napisać - dzięki, postaram się Muszę przyznać, że zawsze mnie to ciekawi i bawi, ilekroć czytelnik dzieli się swymi skojarzeniami odnośnie Ĉevalonii, gdyż... tworząc tę część kontynentu nie wzorowałem się na niczym konkretnym. Obrałem sobie tylko kierunek - państwo, które dawno temu prosperowało dobrze, miało magię i rozwijało się mimo wpływu Discorda, a które po pewnym przełomowym wydarzeniu zaczęło upadać do poziomu barbarzyństwa. Jeżeli brzmi znajomo, to oczywiście zaczerpnąłem ten koncept ze starego świata "Might and Magic", gdzie wysoko zaawansowane technologicznie światy stworzone przez Starożytnych, po inwazji Kreegan zaczęły upadać, stając się tym, co mamy okazję eksplorować w ramach kolejnych gier. Niebiańskich Kuźni co prawda w Ĉevalonii nie mieli, ale jak wspominałem, magii swego czasu im nie brakowało W czasach, w których opowiadanie powstawało, nie przywiązywałem zbytniej uwagi do światotworzenia, nie przewidywałem też, że projekt będzie prowadzony tak długo i że po drodze przyjdzie mi do głowy tyle pomysłów, a bardziej dopracowana kreacja Ĉevalonii tylko by pomogła w ich realizacji; napisałem więc tylko tyle, ile potrzebowałem, by dać czytelnikom pojęcie z jakiego środowiska wywodzą się poszczególne postacie. Najwięcej uwagi poświęciłem charakterom postaci oraz panującymi między nimi relacjom, bo z reguły najbardziej skupiam się na postaciach. Uważam, że nie ma historii bez jej aktorów, co nie oznacza, że obecnie traktuję światotworzenie równie po macoszemu, co wcześniej - myślę, że to się zmieniło, chociaż odrobinę. Inna sprawa, że na tym etapie historii, o niektórych rzeczach tak naprawdę nie było co pisać - np. o strojach. Tamci farmerzy często nie mieli na sobie nic, ewentualnie kapelusze albo znoszone, poszarpane płaszcze, może wielokrotnie łatane buty, tyle. To proste, biedne, ale ciężko pracujące kuce. Odzienie Henrietty to w tych stronach było coś. Nawet nie przeciekało! Owszem, Albert jest przerysowany. To jest ten typ postaci, którą obserwujemy, patrzymy jak funkcjonuje i nie możemy uwierzyć w to, że zachowując się w ten, a nie inny sposób, doszła do tego, co posiada i że pełni funkcję, którą pełni. Jednocześnie ma cechy złego ojca/ wuja, tego krewnego, który pije, wrzeszczy, psuje każde spotkanie rodzinne, ale którego humory zbywa się milczeniem, zarazem jest to ktoś, kto ma swoje dziwactwa, robi rzeczy po swojemu i któremu nie da się wiele wytłumaczyć. I żeby było śmieszniej, mieszanki tej nie wytrzasnąłem znikąd - Albert zainspirowany został paroma osobami, które miałem nieprzyjemność poznać w życiu prywatnym. Nawet teraz, wiele lat później, ciągle napotykam na tego typu osoby. Chociaż ostatnio częściej zdarzało się to w ramach życia zawodowego. Zdradzę też, że dużo później, gdy wiele się zmienia i Albert Aha - Albert NIE JEST postacią postępującą w sposób racjonalny. To furiat. Często odnoszę wrażenie, że czytelnicy jakby domyślnie oczekują od niego logicznego postępowania i racjonalnego myślenia, a to są założenia błędne, bo to w ogóle nie jest ten typ charakteru. Podobnie Fenrir nie jest logicznym gościem ani trochę i tak dalej, i tak dalej. Pod tym względem chyba tworzę wielce niedoskonałe postacie. I też takie, osobiście, są bliższe moim doświadczeniom. Na ówczesnym etapie jeszcze nie tłumaczyłem poszczególnych rzeczy czy wątków, gdyż chciałem zrobić to/ wrócić do nich później, nadać nowy kontekst, może coś wytłumaczyć albo dodać czemuś tło - by uzyskać taki efekt, że na początku czytelnik, jeśli by zechciał, mógł samodzielnie wymyślać sobie co mogło ukształtować poszczególne postacie, a potem nadać trochę wielowymiarowości czy innych perspektyw, by niektóre domysły wywrócić do góry nogami, a może i zaskoczyć. Koncepcja na "Kresy" zmieniała się wielokrotnie w trakcie ich pisania, więc nie zawsze udawało mnie się realizować to, co sobie kiedyś postanowiłem. To w gruncie rzeczy wesoły discovery writing i chociaż wiele rzeczy, zwłaszcza później, planowałem, aczkolwiek bez szczegółów, ostatecznie wiele wątków wymyślałem w trakcie. I tak, wiele lat temu, o takich koziorożcach czy odrodzeniu Zebryki nie myślałem w ogóle; pomysły przyszły z czasem. Dziękuję za poświęcony na opowiadanie czas, a także krytyczny komentarz! @Ziemniakford To, że Twój komentarz nie będzie pozytywny, sygnalizowałeś mi grubo przed jego napisaniem, więc nakręciłem się na krytyczną analizę dzieła, może nawet całkiem długą. Byłem ciekaw Twoich spostrzeżeń oraz wyliczeń problemów z fanfikiem i jego postaciami, więc nie mogłem się doczekać. Tymczasem... w sumie nie znalazłem zbyt wielu punktów, do których mógłbym się odnieść czy też rzeczy, których mógłbym bronić. Nie wiem czy dobrze Cię zrozumiałem, ale dobrze myślę, że okazało się, że fanfik jednak nie jest totalnym gniotem, więc nie było za bardzo przy czym się pobawić w Nostalgia Critica, ale jednocześnie niczym pozytywnym się nie wyróżnił, więc nie było zbytnio czego chwalić, w związku z czym był na tyle "statyczny", że postacie, wątki i zwroty akcji zlały się w jedno, i niczego z nich nie wyniosłeś? Czy stąd się wzięły Twoje obojętne wrażenia, czy Twój przekaz przeleciał mi nad głową? To znaczy, rozumiem, że "Kresy" nie były dla Ciebie, ale chciałbym wejść to głębiej, czemu w Twoich oczach nie było ani nad czym się poznęcać, ani nad czym się rozpłynąć. Po prostu mnie to ciekawi Cóż, tak czy inaczej, o czym już wiesz - informacja, że mimo wszystko czasu spędzonego na lekturze nie żałujesz, wiązała się dla mnie z ogromną ulgą. Jakby, zdaję sobie sprawę z tego, że moje fanfiki nie będą się podobać każdemu, wręcz mogą zostać totalnie skrytykowane, ale jako twórcy ciężko by mi było z tym, że ktoś mógłby autentycznie, całym sobą żałować poświęconego na nie czasu. Zatem cieszę się, że nie było aż tak źle i jednocześnie dziękuję niezmiernie za poświęcony czas oraz podzielenie się swoimi przemyśleniami. Jak już pisałem Ci na Discordzie, tempo było imponujące Ale muszę spytać – jesteś pewien, że taki speedrun nie wpłynął na to, że większość rzeczy w fanfikach wyleciała Ci z głowy? Jak to niewiele? Postacie, lokacje, co prawda te pierwsze teksty są trochę porozrzucane po chronologii, ale niektóre z nich są swoimi wzajemnymi sequelami, więc z tym nie do końca bym się zgodził. Natomiast owszem - później poszczególne odcinki zaczynają funkcjonować bardziej jak typowe rozdziały, również ze względu na wykształcenie się głównego wątku, co z perspektywy czasu - uwierz lub nie - trochę mi nie pasuje. Bo nie po to na początku ustaliłem formę serii, by potem pisać wielorozdziałowiec. Stąd kolejna saga ma być jakby "hybrydowa" - czyli opowiadania nieco porozrzucane, na modłę tych z sagi Crusto, ale także takie ściślej łączące się ze sobą i kontynuujące się, a'la te w sadze Ashfallów. Tak ma być, a jak wyjdzie to się okaże. Uroki discovery writingu, ale z pewnym planowaniem. Niektórych rzeczy i do pewnego stopnia rzecz jasna. Ale chyba najważniejsza jest frajda z procesu twórczego, a tej póki co mi nie brakuje To mi przypomina pewną ciekawostkę - wiesz, że kiedyś spotkałem się z opinią, że "Kresy" są zbyt wulgarne? To znaczy, inaczej - nie chodziło stricte o to, że były "za bardzo", po prostu zwrócono mi uwagę na wulgaryzmy, których, jak zrozumiałem, było na tyle sporo, że trzeba było to odnotować Dobrze wiedzieć. No nie wiem jak Ty, ale ja akurat wolę proste drogi bez dziur, po których się nie jedzie, a wręcz płynie. Nerwów mniej i masz większy spokój. Oczywiście, że wiele rzeczy jest tam naciąganych. Ale to też zależy. Znaczy, naciąganych, ale w jakim sensie. Bo, na przykład, Więc ja akurat, co do zasady, nie uważam, że pewne naciągnięcia dyskwalifikują dane wątki, często bez nich nie byłoby ich w ogóle i owszem, zawsze da się coś napisać lepiej, ale lepsze jest wrogiem dobrego. Dlatego przy pisaniu sam nie mogę się powstrzymać, a i innych autorów za to nie ścigam... zazwyczaj Natomiast co do tego, że "Kresy" rozgrywają się przed serialem, wątki próbują być kanoniczne, więc wiadomo z góry co się stanie i że Equestria przetrwa, toteż brakuje napięcia - opowiadania są bardziej o losach występujących w nich postaci, a jeśli o krainach, to tych oryginalnych, a nie ściśle o Equestrii, więc nie wydaje mnie się, by to z góry przesądzało o braku napięcia. Może pytania o to "jak", nie sprowadzają na skraj krzesełka, ale nie sądzę, by były radykalnie mniej angażujące. A co do postaci czy nowych krain - póki fabuła nie dobrnie do końca to nic do końca nie wiadomo, więc broniłbym się, że jednak jakaś niepewność wobec tego, co się stanie jest. Po prostu podmiotem nie jest Equestria, ale bohaterowie oryginalni oraz nowe lokacje, które zwiedzają. Cóż, wielkie... dzięki? Kolejna ciekawostka - osobiście uważam, że poszczególne elementy serii, szczególnie te starsze w zestawieniu nowszymi, są BARDZO nierówne, co mnie trochę przeszkadza. Więc jestem zaskoczony tym, że Tobie równe poziomem wydało się wszystko Dobrze wiedzieć, dzięki W porządku, to na razie powinno być wszystko. Jeszcze raz bardzo dziękuję za czytanie i komentarze. Mam nadzieję, że w związku z dziesięcioleciem serii dowiozę chociaż część rzeczy, o których myślałem Trzymajcie się dzielnie, pozdrawiam!
  20. @Vulture Cóż, szkoda, że powrót fanfika nie okazał się tym, czego oczekiwałeś - moim zdaniem odkopanie opowiadania po latach, przeczytanie go i poddanie analizie zawiera się w tym pojęciu, a przynajmniej w tym sensie, że zostało ono przypomniane. Oczywiście, ci, którzy sami je znaleźli, a może i pamiętają je ze starszych czasów, zapewne takiego przypomnienia nie potrzebowali, ale co jeśli w ten sposób tekst znajdzie nowych odbiorców? Według mnie byłoby dobrze. Sam o sobie mogę powiedzieć, że zostałem nowym czytelnikiem, nawet jeżeli fabuła w pewnym momencie się urwie i nie dane mi będzie poznać zakończenia. Przechodząc do rzeczy, chciałbym pochylić się nad kolejnymi rozdziałami - szóstym, siódmym, ósmym, dziewiątym i dziesiątym, gdyż to właśnie one zostały przeczytane podczas klubowego spotkania ostatnim razem. Działo się sporo. Przede wszystkim, otrzymaliśmy kontynuację historii Luny, z której dowiedzieliśmy się jeszcze więcej o tym jak funkcjonuje Klejnot Harmonii, co się stało ze Starlancerem i dlaczego, poznajemy także prawdziwą skalę jego planu oraz możliwości. Okazuje się, że antagonista, po przemianie w Doomlancera, nabrał niesamowitych zdolności przewidywania; wiedział, że Luna zostanie wygnana na Księżyc, a także, że pewnego dnia znajdą się nowe kucyki, zdolne używać Elementów Harmonii. Doomlancer potrzebował jedynie upewnić się, że faktycznie będą miały w sobie na tyle doskonałości, by dostąpić tego zaszczytu - stąd wzięły się widziane w drugim odcinku serialu próby i też taki był ich sens, jakby tego było mało, nie tylko wiedział też, że Nightmare Moon to starcie przegra - wręcz polecił przemienionej Lunie dopilnować, by Elementy zostały wykorzystane do przywrócenia jej poprzedniej postaci. Miał też swój udział w jej fizycznym powrocie z Księżyca. Słowem, wszystko zostało przez niego przewidziane i ukartowane tak, a nie inaczej, gdyż w ten sposób słabła Klatka Czasu, w której został uwięziony, nieuchronnie prowadząc do jego ucieczki. Jednocześnie dowiadujemy się o istnieniu mrocznego awatara Harmonii, a także sensie przemian poszczególnych postaci oraz znaczeniu aktu zerwania więzi z Harmonią. Muszę przyznać, że przypadł mi do gustu smaczek związany ze znaczeniem jego zwrotu: "Moje więzienie stanie się waszym więzieniem." - proste i sprytne. Plusik. W ogóle, autor poświęcił mnóstwo czasu na rekontekstualizację znanych nam wydarzeń w taki sposób, by bez zmieniania ich kształtu, dopasować stojący za nimi sens do własnego kanonu i tutaj także muszę przyznać plusik, gdyż według mnie wyszło mu to w porządku. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że pomyślał o wszystkim, gdyż odniósł się do postaci Discorda, wyjaśniając dlaczego mógł wpływać na Elementy Harmonii, ale nie mógł wykorzystywać ich mocy. Oczywiście to również miało osłabić Klatkę Czasu, w której tkwił Doomlancer. Wyjaśnienia dotyczące wydarzeń, w wyniku których bohaterki uzyskały swoje znaczki, symbolikę znaczka Twilight, jak również to, że energia, jaka udzieliła jej się tamtego pamiętnego dnia, w istocie była znakiem, jakich Celestia wypatrzyła w ciągu swego życia wiele, także mnie się spodobało. Naprawdę, ładnie się to ze sobą zazębia. Cieszy także pieczołowitość, z jaką autor tłumaczy zasady działania rzeczy, o które oparł swój kanon - widać, że nie chciał, by czytelnicy czuli się zagubieni, chciał to mieć pod kontrolą. Kolejny plus. Oczywiście, taka ilość ekspozycji, obojętnie czy w formie monologu danej księżniczki czy dialogu postaci może zniechęcić, zwłaszcza na dzień dobry, ale dla mnie osobiście nie stanowi ona problemu. Dostrzegam wagę funkcji, jaką miały te ekspozycje, a także doceniam trud włożony w zbudowanie podstaw dla dalszej fabuły. Bo po to autor potrzebował nadać kanonicznym wydarzeniom nowy kontekst i przybliżyć rządzące nim prawa, by wyprowadzić z tego dalszą fabułę. No właśnie - to, co dzieje się potem, budzi już zastrzeżenia, niekoniecznie przez samą naturę rzeczy, o których czytamy - wszakże autor obiecał epicką przygodę i wojnę z dawnym wrogiem, więc trudno zarzucać mu, że ze swych zapowiedzi próbuje się wywiązać - lecz za sprawą tego jak do nich dochodzimy. Oto nagle do historii dołączają pozostałe bohaterki, które także zostają wtajemniczone w powrót Doomlancera, następnie Rainbow Dash w minutę zostaje przyjęta do szeregów Wonderbolts, które to Wonderbolts już w kolejnej zostają przekształcone w inną formację, w której znajdują się także jednorożce, wszystko w związku z nadchodzącą wojną z Doomlancerem. Dzieje się to o wiele za szybko, ale jeszcze szybciej dochodzi do powrotu antagonisty i starcia z nim, w wyniku którego Celestia zostaje pokonana i pojmana, elitarna formacja rozbita, a bohaterki zmuszone do wyruszenia w nową drogę i odbudowy starego przymierza, o którym wiemy z poprzednich rozdziałów. Czy wspominałem, że Elementy Harmonii nie zadziałały i w międzyczasie zostały zniszczone? W mojej ocenie fanfik nie udźwignął własnej epickości; wszystko dzieje się o wiele za szybko, niekiedy idzie stracić rozeznanie wobec tego co się właściwie wydarzyło (niefortunne formatowanie bynajmniej nie pomaga skupić się nad czytaną treścią), tym bardziej ciężko się w to zaangażować czy poczuć to, co przeżywają znajome nam postacie. Autor zdecydowanie lepiej sobie radził z ekspozycją, pisaniem podstaw własnego kanonu, nawet minione bitwy, relacjonowane przez księżniczkę Celestię w formie monologu, wyszły mu lepiej, niż faktyczne starcia opisywane w ramach bieżącej fabuły. Wszystko naraz i to w całkowicie chaotyczny sposób. Cierpią na tym także kreacje postaci, a także klimat. Przede wszystkim, fanfik próbuje być mroczniejszy i poważniejszy od serialu, na którym bazuje, zapewne po to, by lepiej realizować przygodowość oraz wplecione w ten nowy kanon elementy fantastyczne, a jednocześnie usiłuje być mu wierny, być kreskówkowy i naiwny, co objawia się tekstami o magii przyjaźni, jedności czy przeniesionymi jeden do jednego klasycznymi powiedzonkami tudzież akcjami bohaterek. Powoduje to dysonans, gdzie z jednej strony mamy nieumarłą armię Doomlancera, uwięzioną i torturowaną na bezczelność wobec głównego antagonisty Celestię, nieumarłego smoka ziejącego kwasem, który śmiertelnie rani inną postać, chociaż ostatecznie ta ginie od pocisku, a jej krew ochlapuje twarz innej postaci, a z drugiej strony Pinkie Pie wyciągającą z torby lasso, Rarity (zatroskaną o swoją fryzurę w kryzysowej sytuacji, tak swoją drogą) cerującą przebity balon, którym przemieszczają się bohaterki, czy też Rainbow Dash kreskówkowo ekscytującą się na myśl o obecności najwybitniejszych lotników, do których przecież niedawno została przyjęta. Natura przedstawianych wydarzeń jest poważna, ale postacie biorące w nich udział w ogóle nie zachowują się poważnie i to jest problem. Problemem jest także kreacja głównego antagonisty. OK, przewidywanie tak odległych w chronologii wydarzeń to ryzykowna rzecz, ale osobiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby zostało to pokierowane w tym kierunku, że bohaterki muszą zmienić przeznaczenie, by z nim walczyć i ostatecznie go pokonać - to mogło by być naprawdę fajne i epickie. Niestety, chociaż Doomlancer powrócił nagle i w kilka chwil rozgromił elitę armii Celestii, nie mogę powiedzieć, że tym bardziej stał się w moich oczach antagonista poważnym, z którego potęgą należy się liczyć. Raczej, to ci dobrzy wyszli na nienależycie przygotowanych, w związku z czym oczywistym było, że z nimi wygra. Nawet nie będąc szczególnie silnym. Gdzie tu napięcie, gdzie niepewność? Ponadto, Doomlancer niejeden raz stracił dobra okazję, by siedzieć cicho - ilekroć się wypowiadał, wychodził na takiego przerysowanego, komicznego złoczyńcę z porannej kreskówki dla dzieci. Przepraszam, ale teksty do Celestii, że ta zostanie jego prywatną maskotką, nie były zbytnio przekonujące czy onieśmielające (ang. "intimidating"). Co innego gdyby patroszył swoje ofiary, a potem je wypychał i robił z nich trofea, a my, jako czytelnicy, o tym byśmy wiedzieli - wówczas taki tekst mógłby nabrać mroczniejszego wydźwięku. Podobnie, nie działają w ogóle zwroty typu: "a teraz wybaczcie, mam X do zdobycia/ zabicia". To takie... naiwne. Przez to tym bardziej nie mam wrażenia, że zwyciężył, bo był mega full silny, po prostu jego oponenci byli tak słabi, że przegrali nawet z nim. Według mnie wyszłoby dużo lepiej, gdyby Doomlancer mówił niewiele, a jego zło objawiało się jego czynami bądź czynami jego sług, wykonujących jego rozkazy. Mówi za wiele i za wiele jest w jego słowach pastwieniem się nad Celestią czy innymi. Przez to tylko tym bardziej wydaje się przerysowany. Jest jeszcze jedna rzecz, gdy mroczni zwiadowcy Doomlancera atakują balon, którym podróżują bohaterki, a na odsiecz przybywają Wonderbolts. Otóż obok Spitfire i Soarina (znanych postaci) występuje niejaki Lightning Catcher (O rety, rety, rety!), który to ma być jednym z najlepszych lotników i w dodatku przyjacielem Spitfire. Ten sam Lightning Catcher za moment ginie w walce, choć Spitfire próbowała go uratować, ostatecznie nie powiodło jej się to. Później, gdy udaje się odeprzeć atak, ale jeden NIEUMARŁY zwiadowca szykuje się do odwrotu, Spitfire dogania go, łapie, wrzuca na pokład sterowca (Dobrze pamiętam?) i w akcie zemsty chwyta ostrze, już ma go wykończyć, gdy zjawiają się pozostali i namawiają ją, by go oszczędziła. Bo ona nie jest zła, nie jest taka, jak oni, ona nie będzie mordować. Heloł! Dlaczego NAGLE perspektywa zabicia NIEUMARŁEJ jednostki, która w innej sytuacji nawet by się nie zawahała przed zaszkodzeniem protagonistom, urasta do rangi morderstwa i jest wykorzystywana do powstrzymania dobrej postaci przed staniem się "złą" postacią? Tak, tak, ja wiem, ja znam ten schemat, domyślam się, do czego tu dążył autor. Ale znów - wszystko wydarzyło się za szybko, bez build-upa, do tego w atmosferze zniekształconego klimatu, więc naprawdę trudno brać to na poważnie. Wszystko to zapewne miało być momentami napięcia, akcji i emocji. Niestety, wyszło strasznie sztucznie, a ostatecznie było to po prostu śmieszne. Znikąd pojawia się nowa postać, o której nic nie wiemy i która za moment ginie, a my mamy na słowo uwierzyć, że to był taki wielki przyjaciel, że postać kanoniczna zapałała żądzą zemsty tak wielką, że inni musieli ją powstrzymywać, bo stała by się taka sama jak ten wielki zły, z którym walczą. Według mnie, zarówno dla kreacji Doomlancera, jak i całej tej otoczki wokół Lightning Cathera, wyszłoby lepie, gdyby autor dał sobie więcej czasu - ukazał długie i mozolne przygotowywanie do powrotu antagonisty, budowanie struktur, treningi postaci, fortyfikowanie się, ćwiczenie manewrów i zaklęć, ustalanie planów działania na różne warianty, to byłby także czas na wprowadzenie nowych postaci, w tym Lightning Catchera, zbudowanie relacji między nimi a postaciami kanonicznymi, przygotowanie podwalin do późniejszych scen, jednych przepełnionych akcją, drugich smutnych, a trzecich tragicznych, mających czytelnikami wstrząsnąć. Wtedy mogłoby się udać. Jednocześnie czytając o porażce sił dobra pomimo przygotowań - o których wiemy - pomimo poniesionego wysiłku - o którym już czytaliśmy - sam Doomlancer wypadłby dużo wiarygodniej, jako złoczyńca. Mogłoby też być mroczniej - mimo tylu starań wszystko na nic. A tak, jest bardziej śmiesznie, niż poważnie. Mimo wszystko, chociaż w innym wypadku powiedziałbym, że wyszło fatalnie, tutaj nie mam złych wrażeń, a wręcz przeciwnie. Dlaczego? Ponieważ to jest stary fanfik, gdzie kreowanie postaci tak, a nie inaczej, silenie się na epickość w takiej, a nie innej formie, pomimo swoich mankamentów, jest w autentyczne i przeurocze, i to jest dokładnie to, czego współcześnie bardzo mi brakuje, a czego już nie da się osiągnąć; pastisz - owszem, lecz nigdy nie będzie w tym takiego autentyzmu, albo będzie po prostu niezłe/ dobre opowiadanie, albo opowiadanie złe, napisane w sposób nieprzystający do obecnych standardów. Oczywiście nie da się pominąć faktu, że sporo jest w tym nostalgii. Dobrym przykładem są teksty postaci - cukiereczki, czy 20% więcej czegoś, w owym czasie po prostu takie były te postacie i odtwarzanie ich w taki sposób wtedy było czymś naturalnym, czego należało się spodziewać, lecz już kilka lat później decyzja, by wciąż się trzymać tego schematu, wydawała się już arbitralna, a obecnie postrzegam to wręcz jako "wsteczniactwo". I właśnie dzięki tej autentycznej magii wczesnego fandomu, jak również pewnej zwięzłości opowiadania, nie potrafię się na nie gniewać - bawię się znakomicie Ale to nie koniec, albowiem później Twilight wraz z Luną wędrują do krainy zebr, mając nadzieję na znalezienie potomka Najwyższej Wyroczni. Ma to być pierwszy krok ku odbudowie starego sojuszu między czterema rasami, który dawno temu skutecznie oparł się potędze Doomlancera. Mają przy sobie Pieczęć Harmonii, a także Amulet z krwią Wyroczni, którymi wiele stuleci temu przypieczętowano sojusz na szczycie góry Echelon. Po starciu z jaguarami zostają pojmane przez pasiastych zwiadowców i spotykają Cathorę, od której dowiadują się, że zebry zdążyły się podzielić, lecz jest nadzieja w ostatniej żyjącej Wyroczni, której śladem bohaterki podążają, natrafiając na stare ruiny... I to jest moment, w którym fanfik powraca do formy - tempo akcji znów jest w sam raz w stosunku do opisywanych wydarzeń, pula postaci kurczy się (autor lepiej radzi sobie między innymi z dialogami, gdy występujących postaci jest mniej), mamy opisy, mamy znów ten przygodowy klimat z pewną nutą tajemnicy, stare sojusze, artefakty, proroctwa, jest ciekawie. Bardzo dobrze. Powiedziałbym, że to był najmocniejszy punkt ostatniego spotkania przy "Zerwanych Więziach" i jestem ciekaw ciągu dalszego. Odnośnie formy, to nie mam zbyt wiele do dodania - jak było niefortunnie, tak jest nadal; brak akapitów, tekst bardziej rozciągnięty za sprawą mniejszych marginesów, pozjadane literki, pozjadane znaki interpunkcyjne, błędy stylistyczne, nawet ortograficzne, to wszystko jest widoczne, ale dobrze, że było więcej dialogów, bo udało się ukryć to, jak poszczególne fragmenty w tym formatowaniu zlewają się w ściany tekstu utrudniające czytanie. Szkoda - gdyby nad tym trochę popracować, byłoby naprawdę przyzwoicie. Fabuła ma swoje punkty mocniejsze i punktu słabsze, śmieszność niewątpliwie była niezamierzona, ale ważne jest to, że autor chociaż próbował, że chciał zrealizować ambitny cel, czego się w trakcie nauczył, to jest jego i nikt mu tego nie zabierze. Pozytywna nostalgia pomaga w ogólnie pomyślnym odbiorze tekstu; mimo wielu problemów potrafi on przyciągnąć do siebie i pozwala dobrze się bawić, a autor zawczasu we wszystko wprowadził, więc ów autorski kanon intryguje, a przedstawiona fabuła, akurat gdy nie toczą się wielkie, epickie bitwy, wciąga swoją tajemniczością i fantastyczno-przygodową otoczką, więc chce się śledzić ją dalej. Ciąg dalszy już dziś, o 20:00
  21. Opowiadanie powróciło po latach, za sprawą Klubu Konesera Polskiego Fanfika, lecz mnie zeszłotygodniowe czytanie niestety ominęło. Jednakże dziś znalazłem trochę czasu, by nadrobić pierwsze pięć rozdziałów tejże historii, toteż wypada napisać komentarz i pomóc niniejszemu wątkowi wypłynąć na powierzchnię - bo choć typowych dla wczesnej fanfikcji mankamentów tu nie brakuje, to przynajmniej pierwsze wrażenie nakazuje sądzić, iż jest to kawałek historii, do której warto powrócić i której warto dać szansę, i która, z tego co widzę, swego czasu zgromadziła czytelników oczekujących niecierpliwie jej rozwinięcia. Czym zatem "Zerwane Więzi" zaskarbiły sobie sympatię forumowiczów i czy jest dla nich miejsce dzisiaj, ponad dekadę później? Na początek muszę wspomnieć o formie, gdyż ta od razu rzuca się w oczy. Oczywistym było, że, najprawdopodobniej, będzie ona niedoskonała; element czaru wczesnego fandomu, a i autor, z tego, co zrozumiałem po jego wiadomościach, był wówczas maturzystą, sam fanfik powstawał jeszcze wcześniej, toteż możliwe, że nie zdążył nabrać doświadczenia, warsztat dopiero miał się rozwinąć - wszystko to jest zrozumiałe i nie wolno nie brać tego pod uwagę w ocenie fanfika. Przede wszystkim, muszę wskazać na dość niefortunne formatowanie tekstu - z jakiegoś powodu akapity zostały zwężone, tak po bokach strony, jak i na górze, i na dole, co powoduje, że tekstu mieści się znacznie więcej niż zazwyczaj. Jakby autor zapragnął upchnąć go jak najwięcej w ramach pojedynczych stron. Zastosowany rozmiar czcionki, jak i fakt, że z reguły kolejne akapity nie są od siebie należycie oddzielone (niekiedy akapitów brakuje, tak swoją drogą), nie ułatwiają sprawy. Efekt był taki, że lektura wydawała się mozolna; człowiek powoli przedzierał się przez kolejne strony, a nierzadko tekst zlewał się w ściany, na które ciężko się patrzyło. Całe szczęście, że stron nie było zbyt wiele - w ramach poszczególnych dokumentów Google autor zawarł kilka rozdziałów, one same nie są zbyt długie, więc o ile jest mozolnie, o tyle udało się uniknąć zmęczenia czytanym tekstem. Widzę dwa powody tego stanu rzeczy - styl oraz przyjęte tempo akcji. Ale o tym nieco później. Wydaje się, że wystarczyło po prostu powiększyć te akapity, a poszczególne fragmenty dodatkowo oddzielić od siebie, by już byłoby znacznie lepiej. Zwłaszcza, że autor wiedział o co chodzi, gdyż oddzielił od reszty tekstu treści listów czy ksiąg - dlaczego nie zastosował tego dla całego opowiadania? Oczywiście nie obyło się bez drobnych błędów, takich jak literówki, brakujące przecinki, dywizy w zapisie dialogowym, a także wtrącenia w czasie teraźniejszym, gdy całość narracji jest pisana w czasie przeszłym. Jak tutaj chociażby: Jest to pierwszy akapit rozdziału drugiego, a zważywszy na to, że na pierwszy składa się krótka, napisana wierszem przepowiednia, czytelnik bardzo szybko dochodzi do zgrzytu, zwraca on jego uwagę. Dobrze, że tego typu wtrąceń w ramach tych pięciu pierwszych rozdziałów jest niewiele. Ale są i trudno o nich nie wspomnieć. Zarazem mamy też literówkę, jedną z wielu. Wiadomo, trzeba, zwłaszcza z perspektywy roku 2025, wziąć poprawkę na czas, w którym powstawało opowiadanie, a także panujący wówczas klimat - cieszyliśmy się tak nowymi epizodami, jak i każdym jednym fanfikiem, kreatywny proces i poznawanie twórczości innych było doświadczeniem ważniejszym niż to, czy forma jest w stu procentach poprawna, czy nie, a świeże i śmiałe pomysły potrafiły niekiedy przyćmić rzeczy, których nie dało się nie zauważyć podczas lektury. Mimo to, pomimo prostej natury tychże błędów, ich mnogość w pewnym momencie zaczyna rzucać się w oczy - tym bardziej, że da się je dostrzec przy łatwych wyrazach i prostych zdaniach. Jak one się tam znalazły? Cóż, każdemu się zdarzyć może. Znajdą się i słowa użyte niewłaściwie: W zadanym kontekście słowo to mogłoby działać jeśli przyjąć, że zło wypleniało (wyplewiało?) pustą skorupę, którą stawał się dany kuc, ze wspomnianych zmysłów, w domyśle zdrowych zmysłów. Niemniej jest to duża nadinterpretacja z mojej strony, a i tak zdanie to brzmi źle. Poza tym jestem pewien, że tam miało być "wypełniało" - wówczas wszystko gra. Co do stylu, to miałbym tylko pewne zastrzeżenia - zdania złożone, skonstruowane zupełnie nieźle i robiące swoją robotę, przeplatają się ze zdaniami prostymi, krótkimi, występującymi parami albo trójkami, co troszeczkę psuje płynność czytania, jak również wrażenia po poszczególnych fragmentach, ale poza tym... powiedziałbym, że jest naprawdę spoko. Nawet zgrabnie. Mimo niefortunnego formatowania i pewnej mozolności, nie uświadczyłem dłużyzn, zdania okazały się przystępne i dość szczegółowe, bym mógł wyobrazić sobie kolejne sceny, nie natrafiłem na jakieś niezrozumiałe czy chaotyczne fragmenty - co najwyżej te źle użyte słowa czy słowa lub literki zjedzone - wszystko wydaje się z grubsza grać i po prostu spełniać należycie swoje zadanie, czyli przekazywać nam wizję autora. Ponadto odpowiada mi przyjęte tempo akcji, jak również to, że jest ono konsekwentnie utrzymywane, jak dotąd, przez cały tekst. Nie jest ani za szybko, ani za wolno, a po prostu miarkowanie w najlepszym tego słowa znaczeniu - autor nie bawi się w zbędne szczegóły, chociaż mógłby to robić, nie skacze od sceny do sceny nagle, chociaż mógłby to robić, nawet nie atakuje nas dużymi ilościami naraz wątków, ani nie sypie oryginalnymi postaciami jak z rękawa, chociaż mógłby to robić, zwłaszcza, że miał ciekawy pomysł, a sama skala opisywanych wydarzeń spokojnie wyczerpywała pojęcie "epickiej historii". Zamiast tego wybiera sobie główne postacie - jak dotąd jest to księżniczka Celestia i Twilight Sparkle, w rozdziale piątym mamy także i Lunę - wspomina o paru kluczowych bohaterach oryginalnych, koncentruje się na jednym, głównym wątku i po prostu spokojnie prowadzi fabułę, nie męcząc, ani nie nudząc czytelnika. W ogóle, po przeczytaniu tych zaledwie pięciu (a tak na dobra sprawę to czterech), przecież niedługich rozdziałów, miałem wrażenie, jakby wydarzyło się naprawdę wiele, zwłaszcza w przeszłości. Dlatego też uważam, że dzięki stylowi, jak i takiemu, a nie innemu tempu akcji, udało się ustrzec przed wywołaniem u odbiorcy znużenia czytaną zawartością czy przytłoczeniem go tajemnicami z historii Equestrii. A co do postaci, to powiedziałbym, że zostały oddane poprawnie. Jest to wczesny fandom, z tego, co wyczytałem po starych komentarzach w dokumencie, tekst powstawał jeszcze nim ktokolwiek usłyszał o Starswirlu, więc nie należy się tu spodziewać żadnych rewolucji czy rewelacji - Twilight spędza czas głównie na czytaniu, a gdy nie czyta, przytrafiają się jej nietypowe rzeczy, Spike jest Spike'm, towarzyszy bohaterce, jest przy niej gdy trzeba ją pocieszyć, jest też Celestia, która jest Celestią - mentorką lawendowej klaczy, władczynią Equestrii, noszącą na sobie bagaż tak chwil trudnych jak i wcześniej nikomu nie wyjawionych tajemnic, wiele z nich dotyczących także i Luny. Tutaj po prostu wszystko gra, zastrzeżeń nie mam, ale nie mam też nad czym się rozpływać. W ogóle, dialogów jest... niewiele. Ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Najwięcej mają do opowiedzenia księżniczki, ale w postaci nie tradycyjnych dialogów, lecz dłuższych monologów, które zostały dobrze oddzielone od zwykłej narracji i dobrze z nią współgrają. Zatrzymują one akcję, ale przez to, że im samym akcji nie brakuje, tekst utrzymuje swoje flow. Także ponownie - wszystko gra. No dobrze, ale jak się ma fabuła, zapytacie? Na tym etapie serial nie miał zbyt rozwiniętego lore, więc lore każdy musiał sobie sam dopisać, jeśli tego zapragnął, a elastyczna fabuła pozwalała w zasadzie na wszystko, ograniczała nas tylko wyobraźnia. A tej autorowi z pewnością nie brakowało - chociaż trochę się obawiałem widząc zapowiedź o epickiej przygodzie, dawnym wrogu, który powraca, wojnie, magicznych paktach i tak dalej. Sądziłem, że jak na początek, to może być zbyt wiele i autora najzwyczajniej w świecie to przerośnie. A póki co, jest naprawdę nieźle. I zważywszy na nostalgię oraz klimat wczesnego fandomu, fabuła prezentuje się przeuroczo. Tego mi właśnie dzisiaj brakuje. Zaczyna się od wierszowanej przepowiedni - na wierszach i rymach się nie znam, ale generalnie jest... w miarę. Zaczyna się spoko, później tu i ówdzie da się odczuć zaburzenie rytmu, ale generalnie pretensji nie mam. Jednakże otwarcie to lepiej nadawałoby się na jakiś prolog aniżeli pełnoprawny rozdział. Potem przeskakujemy do właściwej akcji. Zaczyna się niewinnie, bo od niedomagającej Celestii, która z czasem zmuszona zostaje przejść w stan spoczynku. Gdy wydaje się, że Pani Dnia zaczyna się polepszać, choroba powraca, a ta uświadamia sobie, że odpowiedzi, których poszukuje, mogą znajdować się w "Teorii Harmonii", spisanej przez niejakiego Starlancera. Księga ta szczęśliwie znajduje się w zbiorach Twilight Sparkle, która to po jej lekturze wnioskuje, że przyczyną tajemniczej choroby, na którą zapadła jej mentorka, jest zerwanie więzi z Elementami Harmonii. Gdy pojawia się w królewskim zamku, okazuje się, że Celestii pogorszyło się, a jakby tego było mało, jeszcze tej samej nocy Twilight odwiedza kuc, który później okaże się Doomlancerem - wypaczonym przez zło Starlancerem, który swego czasu znalazł Klejnot Harmonii i podzielił go na sześć elementów. Gdy księżniczka budzi się ze śpiączki, decyduje się opowiedzieć Twilight o nieznanych jej początkach Equestrii, głównie wydarzeniach, których sama była uczestniczką - o odnalezieniu Elementów Harmonii, o potyczce z Discordem, a także o starych sojuszach, pierwszej wojnie z armią Doomlancera, a także klątwie, w wyniku której Luna przemieniła się w Nightmare Moon, a która najwyraźniej teraz "atakuje" Celestię. Poznajemy także prawdziwe powody, dla których Celestia z bólem serca wysłała na księżyc swą młodszą siostrę. Twilight musi zmierzyć się z prawdą i znaleźć sposób na Doomlancera, który nieuchronnie powraca ze swej klatki czasu. To jest tylko ogólny zarys tego, o czym będziemy czytać w ramach tych pierwszych pięciu rozdziałów, ale jak na otwarcie, muszę przyznać, że jest całkiem w porządku i nawet mnie się podoba. Wnikając w treść głębiej, znajdziemy sporo interesujących detali, jak chociażby cechy charakterystyczne ras, z którymi Celestia i Luna zawarły kiedyś sojusz przeciwko Doomlancerowi, skróconą historię tego jak odbyło się przypieczętowanie między nimi przymierza - tu szczególnie spodobał mnie się koncept przekazywanych z pokolenia na pokolenie relikwii, które przedstawiciele poszczególnych ras mieli składać na szczycie Echelonu, każda z tych relikwii przypominała mi o artefaktach rodem ze starych "hirołsów", ale takich z górnej półki i dających absurdalne wręcz bonusy, co ja osobiście uwielbiam - a także wzmianki, jak sądzę, o wymarłych już rasach, o których Twilight nic nie wie, interesująca wydała mnie się także natura klątwy, która rozprzestrzenia się jak choroba między istotami idealnymi, czyli takimi, które mogą dostąpić zaszczytu korzystania z Elementów Harmonii. Kulisy zesłania Luny na Księżyc, okazały się niezłym twistem, wciągnęły mnie zmiany w zachowaniu księżniczek ilekroć Doomlancer wdzierał się do ich umysłu, opis jak to działa, a także próby poradzenia sobie z tym zagrożeniem. Może nie śledziłem tego z zapartym tchem, ale rzeczy te w pełni wystarczyły, by los tych postaci nie był mi obojętny i żebym się wkręcił w fabułę, a opowieści o przeszłości pozwoliły w krótkim czasie stworzyć nastrój wielkości, lecz w tym sensie, że świat przedstawiony jest dużo bardziej rozległy, a jego historia pełna sekretów, czekających na odkrycie. Dodając do tego wizje, magiczne runy, relikwie, klątwy, księgi nie do końca przetłumaczone, podróże do niezwykłych miejsc, uzyskuje się naprawdę przyjemny klimat [Fantasy], idealny przedsmak czegoś przełomowego. I to wszystko, jak już wspominałem, prezentuje się wprost uroczo. Moooże, gdybym miał się czegoś przyczepić, to łatwości, z jaką w rozdziale piątym Luna opowiada swoją historię; na początku mamy sugestię, że temat jest trudny i Celestia nie chce go poruszać, lecz "za moment" Twilight odwiedza Lunę, prosi ją o opowieść, a ta jej opowiada - jak się okazało, że ostatni strzał Doomlancera rzeczywiście był klątwą, jak zaczęła dawać o sobie znać, jak przebiegała przemiana młodszej z sióstr, jakich księżniczki szukały rozwiązań, no i jak ostatecznie doszło do tego, że jedna z nich trafiła na Księżyc i jak na tym Księżycu było. Ale to tylko drobny nitpick z mojej strony. Ale na plus przedstawienie Doomlancera, jako... takiej siły, która mimo pokonania, mimo zamknięcia między światem żywych i umarłych, nadal jest groźna i jest w stanie dosięgnąć celu nawet daleko poza planetą. Dobra robota - bo jego dialog z Twilight nieszczególnie sprzedał go jako poważnego złoczyńcę, z którym się trzeba liczyć; ten moment był dość kreskówkowy. Ale tylko moim zdaniem. Ciekaw jestem jak się to rozwinie. Ostatecznie muszę przyznać, że nawet po latach jest to dosyć ciekawy kawałek tekstu, który ma czym się bronić nawet dzisiaj. Szkoda, że forma jest tak niefortunna; gdyby zaprowadzić do niej małe, ale znaczące zmiany, uważam, że byłaby na tyle solidna, by nie odstawać zbytnio od, może nie współczesnych, ale tych nowszych fanfików. Autorowi nie można odmówić wyobraźni, pomysły ma ciekawe i najwyraźniej wie jak je zagaić w sposób ciekawy, wciągający, a przy tym nie epatując zbytnim patosem czy nadmuchaniem, miejmy nadzieję, że zostaną równie solidnie rozwinięte w kolejnych partiach tekstu. Na razie nie można zbyt wiele powiedzieć o kreacji postaci, zobaczymy. Ponadto pomysły na historię Equestrii wydają się wpisywać w serialowe ramy, nie ma tutaj przesady czy zbytniego skomplikowania. Wszystko jest raczej przystępnie podane i nie idzie się pogubić. Przynajmniej na razie. Ostatecznie, zaczyna się nieźle i wciąga. Nawet dziś, wiele lat po premierze fanfika, widzę w nim ciekawe elementy, które nadal dają radę. Jednocześnie biją od niego kreatywność i śmiałość, tak bardzo charakterystyczne dla wczesnego fandomu, od razu udziela się pozytywna nostalgia, a dla mnie to zawsze jest plus. Zobaczymy co będzie dalej. Kolejne czytanie już dziś Pozdrawiam!
  22. Na początek małe ostrzeżenie. Nietypowe, gdyż rzecz nie tkwi w spoilerach zdradzających fabułę - tej nie zamierzam zbytnio zgłębiać, najpewniej ograniczę się do oceny postaw poszczególnych postaci, o czym zresztą też będę ostrzegać - lecz w oczekiwaniach, albowiem jeśli przybywacie tu spodziewając się kolejnej historii kalibru "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" czy też czegoś a'la "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", to najprawdopodobniej będziecie zawiedzeni. Tym razem, chciałoby się rzec rekreacyjnie, autorka pozwoliła sobie na coś krótszego - coś, przy czym nie będzie trzeba szukać wskazówek, uważać na drugie dna, to nie będzie wielka tajemnica do rozwikłania, okraszona gęsto pytaniami, na które być może otrzymamy odpowiedzi albo i nie. To po prostu niezobowiązujący przerywnik, krótka obyczajówka, mimo ogólnie niewesołego wydźwięku i w gruncie rzeczy poważnej tematyki (zdaje się, że ta jedna rzecz tylko pozostaje niezmienna), lekka lektura utrzymana w dość "klasycznym" tonie. Bo istotnie, czytając "Rodzina jest najważniejsza", miałem wrażenie, jakbym wkroczył na pokład wehikułu czasu, ustawił najaktywniejsze lata naszego fandomu i przeniósł się akurat w porę konkursu literackiego; czas płynie beztrosko, do zakończenia rywalizacji pozostało jeszcze trochę czasu, ale wciąż spływają nowe prace i jedną z nich jest właśnie ów tekst. Ponieważ lubię, gdy nowe fanfiki potrafią pobudzić u mnie małą nostalgię, muszę uznać to za plusik. Opowiadania autorki zazwyczaj są zwięzłe i nie grozi przy nich wrażenia dłużyzny, nie ma miejsca na nudę czy jakiekolwiek fragmenty, o których zastanawiamy się, czy aby na pewno są potrzebne. A mimo to "Rodzina jest najważniejsza" wydaje się jeszcze oszczędniej gospodarować słowami, tak przy opisach, jak i dialogach. Wypowiedzi bohaterek zwykle są krótkie, zwięzłe, na temat, chociaż zdarzy się niekiedy jakaś dłuższa wypowiedź, a opisy koncentrują się głównie na podejmowanych czynnościach, w przypadku Applejack, czyli głównej bohaterki, otrzymujemy jeszcze pewną dawkę jej przemyśleń i emocji. Co ważne, nie odnotowałem wrażenia niedosytu - oczywiście, z pomysłu można wyciągnąć znacznie, znacznie więcej, ale pytanie czy byłoby warto? Gdyż zagłębiając się w lekturę odkryjemy, iż w gruncie rzeczy... to wszystko już gdzieś było. Niekoniecznie w kucykowej fanfikcji, ale pewno kojarzycie podobne wątki z książek, seriali (zwłaszcza seriali, telewizyjnych) czy filmów, a niewykluczone, że może i z gier wideo, wszakże czasy, w których wyłącznie idziemy w prawo/lewo, skaczemy i strzelamy minęły. Motyw nie jest świeży i stąd wydaje mnie się, że z próby jego rozwinięcia prędzej wyszłoby zbędne rozwleczenie, toteż całe szczęście, że został opisany oszczędnie. Dzięki temu mamy takie właśnie niezobowiązujące i dosyć lekkie "przeżyjmy to jeszcze raz", zamiast "o nie, znowu". Umiar odznaczam jako kolejny plusik. Poszczególne bohaterki zostały w moim odczuciu oddane dobrze, oczywiście na ile pozwala forma. Powiedziałbym, że przez większość czasu jest dosyć serialowo, za wyjątkiem paru momentów, w których z ust tych kolorowych, kreskówkowych postaci padają brzydkie słowa (ale nie wulgaryzmy, tych tu nie uświadczymy w ogóle), ale nic poza tym. Siostrzana więź między Applejack a Apple Bloom wypadła wiarygodnie, zwłaszcza w chwilach, w których młodsza usiłuje bronić starszej, a gdy problem protagonistki zostaje ujawniony, ta nie odwraca się od niej, ale z nią rozmawia, zadaje pytania, próbuje zrozumieć. Innym razem czuje się, że Apple Bloom również ma swój własny dramat, z którym trudno jest jej sobie poradzić, gdyż nie wie, o co może chodzić. A gdy zostaje przelana czara goryczy, ucieka się do rozwiązania siłowego i wkroczyć musi Cheerilee - nie ma jej tu wiele, ale gdy już jest, pozostaje aktywna. Cóż, musi - jest nauczycielką i to ona jest odpowiedzialna za swe uczennice, wewnątrz szkolnych murów. W ogóle, mimo oszczędności w formie, czuć też wewnętrzne rozdarcie Applejack - wie, że to, co robi, nie jest dobre, ale chwilowo nie wie jak z tej drogi zawrócić, miota się, dusi w sobie swe rozterki, wszystko to zostało napisane bez zarzutu. Zwięźle, ale wiarygodnie. Przyznam też, że jak na tę bohaterkę, to dość nietypowa rola. Widać, że autorka próbowała wykreować przy niej paralelę do Pear Butter, w sensie, że córka powtarza błędy matki, aczkolwiek w przypadku Pear Butter nie powiedziałbym, że zostawiła rodzinę dla Bright Maca; prędzej to oni zostawili ją, każąc jej wybierać w sytuacji, gdzie nie było żadnej ostateczności, zamiast podejść do sprawy dojrzale. Applejack też nie wydaje się być postawiona przed takim wyborem, lecz szkopuł tkwi w czym innym. I uwaga, tutaj będą spoilery! Ale ostatecznie, o ile idzie Applejack... zrozumieć, oczywiście w pewnym stopniu, o tyle nie można powiedzieć, że zachowała się dojrzale. Co w sumie jest pewnym zaskoczeniem, bo kto jak kto, ale ona, przynajmniej dla mnie, sprawiała wrażenie twardo stąpającej po ziemi, zbyt zajętej pracą, ale zawsze szanującej rodzinę tak swoją, jak i cudzą, i rozumiejącej, że pewnych granic się po prostu nie przekracza. Podsumowując ten punkt, motyw paraleli między Applejack, a Pear Butter, był sam w sobie ciekawy, ale nie sądzę, by miał tu szansę zaistnieć, bo w gruncie rzeczy mamy do czynienia z dwiema kompletnie innymi sytuacjami; jedyne, co wydaje się wspólne to to, że i w jednym, i w drugim przypadku ktoś zachował się niedojrzale. Skromny komentarz odnośnie różnic społecznych także wydaje się tu ciekawym dodatkiem i moim zdaniem działa lepiej niż wymieniona przeze mnie paralela. Oczywiście, sam motyw wybrzmiewa dość naiwnie, ale to przez to, że wypowiada się na ów temat Apple Bloom, zatem mamy poważny skądinąd problem opisany z perspektywy dziecka. Applejack schodzi do jej poziomu, ale w sumie nie mówi wiele, w tym punkcie historii jest jeszcze na etapie... samooszukiwania się? Są oczywiście pewne rzeczy, przy których trzeba użyć wyobraźni - chociażby jak to się zaczęło konkretnie, kiedy, jak się wówczas czuła protagonistka, więc jakiś obszar do pogłówkowania mimo wszystko pozostał. Akcja fanfika jest jednostajna, chociaż wydaje się sprawnie zmierzać do przewidywalnej konkluzji, to cały czas lektura jest raczej spokojna. Jak mogło być inaczej? Wszakże to [Slice of Life] - wciąga, nie wymaga ani zbyt wiele czasu, ani tytanicznego skupienia, ma opowiedzieć pomysł, umilić nieco czas i dokładnie to robi. Ostatecznie wygląda na to, że każdy wraca tam, gdzie był, życie toczy się dalej, czas niby leczy rany, ale każdy wie, że już zawsze będzie budzić się każdego dnia ze wspomnieniami tego, co zaszło i świadomością tego, co mogłoby być, ale nie zaistniało. I to, samo w sobie, jest dosyć życiowe. Zdecydowanie - czyta się o magicznych kucykach, ale pod powłoką tych kolorowych postaci kryją się ludzie ze swoimi ludzkimi problemami, obarczeni typowo ludzkimi niedoskonałościami. Nie da się tego ukryć. Ostatecznie tekst można polecić, lecz jako krótką obyczajówkę, bardziej na przerywnik, aniżeli na coś, co może skłonić ku głębszym refleksjom, choć oczywiście potencjał ku temu tutaj jest. Opowiadanie jest krótkie, ale zwięzłe, zostało zrealizowane sprawnie, oszczędność formy służy fabule, a bohaterów oddano dobrze, wiarygodnie, jednych bardziej wyraziście od drugich, czuć tutaj melancholię, złość, smutek, ale także i nostalgię, zważywszy na ogólne wrażenie, jakie pozostawia po sobie fanfik. Można współczuć, można karcić, a można przejść obok problemu bohaterki obojętnie, ale nie można zaprzeczyć, że autorka chciała to napisać. Historyjka nie szokuje oryginalnością czy przewrotnością fabuły, ale nie zawsze o to chodzi; czasem wystarczy wciągnąć na kilka minut, opowiedzieć coś i zapewnić tym samym rozrywkę. A jeśli ktoś poczuje się zdopingowany do czegoś więcej, to tylko kolejny plusik Czasem taka oszczędność w formie potrafi wzbudzić więcej emocji niż epopeja - a już na pewno sprawia, że tekst zostaje w głowie na dłużej. Warto było przeczytać.
  23. Widok kompletnej historii, to znaczy dostępnych wszystkich rozdziałów wraz z epilogiem, jest szalenie satysfakcjonujący. Jest to najdłuższe jak do tej pory opowiadanie Niki i zarazem najbardziej złożone, co widać zwłaszcza teraz, gdy mamy już pełen obraz tego, co sobie wymyśliła autorka. Rozpoczynając nietypowo, bo od małego podsumowania. Historia ta musiała być wymagająca w pisaniu i pewnie wiele razy się zmieniała, być może na etapie samych koncepcji, a może w trakcie powstawania, jedno jest pewne - podjęte zostało niemałe ryzyko, które moim zdaniem się opłaciło. Żadnym rozwiązaniem czy tajemnicą nie czuję się rozczarowany, wątki absorbowały od samego początku i trzymały w napięciu, a pod koniec, gdy tego napięcia zrobiło się najwięcej, gdyż przyszedł czas skonfrontowania się w prawdą, niekiedy człowiek nie wiedział co się zaraz stanie, co się okaże i dało się w tym wszystkim odczuć... Nie wiem czy szaleństwo jest tu najodpowiedniejszym określeniem, lecz to, jak realizowane były ostateczne interakcje między bohaterkami, jak wyglądała dynamika poszczególnych rewelacji i jak odpowiedziały one na postawione przed nami pytania dużo wcześniej, zdecydowanie, było to coś szalonego. A przy tym niezmiennie klimatycznego, zastanawiającego i niekiedy bardzo życiowego, nacechowanego silnymi emocjami, które towarzyszą każdemu i które najtrudniej, mam wrażenie, opanować. Jak zazwyczaj, tak i teraz, PRZESTRZEGAM PRZED SPOILERAMI DOTYCZĄCYMI PEŁNEGO ZAKOŃCZENIA HISTORII! Jeśli jeszcze nie czytaliście fanfika, gorąco zapraszam do lektury, a dopiero potem do niniejszego komentarza. Nie zapomnijcie, by zostawić własny A teraz przyjrzyjmy się rozdziałowi opatrzonemu dumnie siedemnastym numerkiem, który wieńczy dzieło i ukazuje nam o co chodzi z tym odbiciem Chrysalis, co jest grane z tą Imagination Dominą, co się stało z Twilight i kto jest odpowiedzialny za rzeczy, o których czytamy w opowiadaniu. Towarzyszący podczas czytania nastrój miał w sobie pewne vibe'y "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", lecz przede wszystkim był to znajomy z pierwszych rozdziałów, mroczny, tajemniczy klimat, który uczynił ten finał niezapomnianym. Jednocześnie, nawet gdy czytelnik wiedział już o co chodzi, trzymał on w napięciu; była przy tym niezdrowa ciekawość wobec tego jak to się stało. Przyznam, że sam nie spodziewałem się tego, jak autentycznie Twilight pragnęła poznać tajemnice Chrysalis i stać się idealną następczynią, doskonałą królową roju. Może moje wrażenie jest mylne, ale w rozdziale siedemnastym nabrałem przekonania, iż owszem - wiele stało się za sprawą wstawiennictwa Celestii, plus uczucie, jakie Twilight żywiła do Thoraxa, lecz tutaj wydawało mnie się, że ona jednak nie robi tego dlatego, że taką role przewidziała dla niej Pani Dnia, ani po to, by w jakimkolwiek sensie być w pełni godną Thoraxa. Teraz faktycznie wyglądało to, jakby chciała tego... dla samej siebie. Jakby sądziła, że nie będzie kompletna, póki nie odkryje tego, jak być niemalże perfekcyjną kopią Chrysalis - taką, którą pokocha rój, ale zarazem taką, która rzuci cień na poprzedniczkę. Nie dla Thoraxa, nie po to, by uznał ją Pharynx, nie po to, by zabłysnąć przed Celestią, lecz dlatego, że tego chciała. Oczywiście późniejsza scena z Celestią zadaje kłam temu wrażeniu, ale pomyślałem, że o tym wspomnę. Zatem Twilight ostatecznie dostąpiła tajemnicy, nawiązała kontakt ze swoją prawdziwą, idealną formą - tak mnie się zdaje, że ten głos, który wewnątrz siebie usłyszała, pochodził od Imagination Dominy - i otworzywszy się, przeszła przemianę, a jej początkowe szczęście na tamtym etapie scementowało moje wrażenie, że ona chyba faktycznie tego pragnie. Ogółem wątek tej przemiany, to, jak Twilight próbowała się odnaleźć w swojej nowej, doskonałej formie - lepszej, silniejsze, piękniejszej i bezwzględniejszej - jakie pytania sobie zadawała, a także jakie nosiła w sercu obawy, to było jak dla mnie najbardziej absorbujące. Przez cały czas wydawała się przy tym bardzo opanowana i spokojna, no prawie jak nie ona. Rzeczywiście, to musiała być ta "lepsza" forma. I tutaj drugie moje wrażenie, które później zostało zniszczone przez scenę z Celestią - przez moment sądziłem, że gdyby Twilight miała to opanowanie, ten stonowany mindset Imagination Dominy dużo wcześniej, to masy problemów by nie było, wiele przykrości nie wydarzyłoby się w ogóle, pewnie asertywnie odmówiłaby Celestii i to nie jeden raz. Więc w tym sensie uwierzyłem, że to faktycznie musi być forma doskonalsza od Twilight. I moooże faktycznie, Celestia zorientowała się, że traci kontrolę nad swoją uczennicą, jakby nie było, na własne życzenie - okazało się, że nawet te czerwone skarpety, które jej podarowała, one już były dla Imago, a nie Twilight - więc skoro "stworzyła potwora", no to pora tego "potwora" gdzieś odesłać - tam, gdzie zwykle. To oczywiście nie tłumaczy tego, co robiły tam pozostałe bohaterki, ale znów - w tamtym momencie coś takiego sobie wyobrażałem. I ów czar Twilight, nawet jako Imago, chłodno kalkulującej, spokojnej, wyważonej, zadającej sobie trudne pytania i próbującej jakoś przewidzieć to, co się może wydarzyć, ostatecznie prysł, gdy ta odwiedziła Celestię. Poszczególne sceny ujawniły nam, iż to rzeczywiście ona stoi za kolejnymi zesłaniami na srebrny glob, podobnie jak w przypadku Cadance, a zwłaszcza Luny, poznajemy jej punkt widzenia oraz motywy, przez co idzie ją w takim czy innym sensie zrozumieć. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, nawet po wszystkim, że przez cały czas bardzo się bała, wszystkiego, co robiła. Wyobrażam sobie, jak prowadzi kolejne działania, jak wysyła na Księżyc jedną, drugą, trzecią księżniczkę, będąc przez cały czas przerażoną, może samą sobą, może świadomością wagi swego czynu. A może sama nie mogła tak do końca uwierzyć w to, do czego jest zdolna. Albo nie była niczego pewna, pewnie liczyła się z tym, że ktoś ją może zobaczyć. Ale! Z drugiej strony, to, że z Cadance, Flurry i Luną poradziła sobie w taki sposób, że wykorzystała swoją moc, by podkraść się blisko gdy te były pogrążone w śnie, może także świadczyć o dość tchórzliwym podejściu. No bo co? Nie miały jak zareagować. Z jednej strony jest to zapewnienie sobie potrzebnej przewagi, ale z drugiej wydaje się nie fair. Ale jak teraz o tym myślę, to mogły zajść naraz oba te scenariusze. Tchórzliwie zaczekała, aż jej "konkurentki" zasną, po czym zesłała je na Księżyc - wiedziała, jak to uczynić, gdyż zaklęcie pokazała jej Celestia - a gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła i do czego jest zdolna, ogarnęła ją panika. I dlatego gdy przyszła pora na Celestię, zachowała się inaczej. Może tę chłoną, kalkulującą Imago na chwilę przebiła ta niestabilna, niezrównoważona, kierująca się emocjami Twilight Sparkle, która nie potrafi się postawić, popełnia głupie błędy, których potem nie potrafi rozwiązać w zdrowy sposób, ale o wszystko obwinia otoczenie. Bo to wyglądało tak, jakby chciała zostać powstrzymana. I wybuchła. I wygarnęła Celestii, co o niej myśli. A potem użyła zaklęcia. Tylko, że zbyt późno. Dała Celestii szansę, którą ta wykorzystała. W sumie, jeżeli Celestia wie jak kogoś zesłań na Księżyc, to chyba powinna też wiedzieć jak z niego "zejść", co nie? Jeżeli byłaby to prawda, to by oznaczało, że Celestia świadomie siedzi tam z nimi. A skoro tak, to z pewnością o coś jej chodzi. I tutaj przychylam się do twierdzenia Cahan: A jeszcze co do Twilight - chciała stać się Chrysalis, idealnym Podmieńcem. A wyszło na to, że nawet nie potrafiła być idealną... sobą. No przepraszam, jak ona sobie to wyobrażała? Stąd, jak wcześniej podejrzewałem, że to Celestia okaże się "tą złą", że będzie odpowiedzialną za to, co się stało... No i wyszło na to, że odpowiedzialna była, lecz za zupełnie inne rzeczy. I teraz, to zaczęła mi wyglądać na ofiarę Twilight Sparkle, która otrzymała możliwości, otrzymała "narzędzia", ale wszystko to zaprzepaściła, bo nie myślała w tym wszystkim o sobie, tylko o Celestii. I w tym sensie, poza tym, że to Twilight okazała się być tą, która zesłała większość księżniczek na Księżyc, to ona wydaje mnie się teraz "antagonistką". Kolejne świadectwo tego jak autorka potrafi umiejętnie bawić się emocjami czytelnika, wodzić go za nos, kreować zwroty akcji, szokujące rewelacje oraz zachowywać intrygujący klimat oraz emocje, przez które ciężko o tekście zapomnieć i przejść do porządku dziennego. Ale serio, Celestia z pewnością z nich wszystkich jest najstarsza - najwięcej widziała, najwięcej wie i najwięcej może. Ale i najwięcej wycierpiała. To jest totalnie inne wrażenie niż to, które miałem rozpoczynając lekturę. Chociaż... zastanawiam się jak przebiegły zaklęcia podczas ich konfrontacji. No bo scena sugeruje, że obydwie rzuciły zaklęcie zesłania, ale nie zrobiły tego jednocześnie. Może Celestia szybciej zakończyła rzucanie czaru i zrównała się z oponentką, ale wciąż... coś mi tutaj nie gra. Bo chyba żeby czar został doprowadzony do końca, to któraś z nich musiała być pierwsza i zostać na Ziemi, żeby ta druga mogła trafić na Księżyc. Czy nie? Bo inaczej nie powinny się te zaklęcia "nałożyć na siebie" i wzajemnie rozproszyć? W ogóle, skąd wiemy, że Celestia użyła tego samego zaklęcia? Może pod wpływem chwili rzuciła cokolwiek, o czym wiedziała, że będzie skuteczne i zadziała szybciej, zanim Twilight dokończy swój czar? A co jeżeli Celestia - pewnie niechcący - naprawdę pozbawiła Imago/ Twilight życia, tam w pałacu? I niedługo po tym zdała sobie sprawę, że pozostałych księżniczek już nie ma i domyśliła się, że są na Księżycu? Że to zaszło za daleko? Ale przecież Twilight nadal była dla niej ważna, była jej bliska, więc nie mogła tak po prostu jej zostawić... A zarazem wiedząc, że miała w tym swój udział, postanowiła przywrócić jej życie i wraz z nią udać się na Księżyc, gdzie już były pozostałe księżniczki (minus Starlight), by miały szansę przepracować relacje między sobą zanim mogłyby powrócić? Myślę, że Celestia miałaby taką moc. Może nawet potrafiła wpływać na wspomnienia. Albo je kreować. Ja tak teraz o tym myślę, ona masę rzeczy potrafi. Musi być z nich najpotężniejsza, chociaż niezbyt to okazuje. Lecz mimo całej swej potęgi, poniosła porażkę w tym, że jeżeli naprawdę pragnęła dla Twilight tego, by była najlepszą sobą, no to jej uczennica chyba znalazła się tak daleko założonego celu, jak to tylko możliwe. Nikt nie jest idealny. No i okazuje się, że Cadance jednak mogła ją widzieć, gdy brała kąpiel jako Chrysalis. To wciąż creepy, ale rzeczywiście, Cadance musiała coś podejrzewać. A może za dużo wypiła i udzieliła jej się jakaś przedziwna... perwersja? Ale o co konkretnie mi chodzi? Wczytajcie się dokładnie - Cadance w poprzednich rozdziałach wspomina, że bez arcordii nie może się przemienić w Podmieńca, który nie potrzebuje żywić się miłością, a nie, że nie mogę się przemieniać w ogóle. Więc to ona mogła być tym motylkiem No ok, ale skoro tak, to nie mogła chociaż przybrać formy takiego dobrego Podmieńca? Może nie miałaby jego "właściwości", ale mogłaby chociaż wyglądać jak on? No cóż, Cadance wspomina o swoim wybrakowaniu i podejrzewam, że taka zabawa tylko pogrążyłaby ją w przekonaniu, że jest "wadliwa", że jest "niesprawna", że jest w jakimś sensie "imitacją". Trochę jak Twilight, która pragnie być Chrysalis - sam wygląd nie wystarczy, forma to też nie to, bo Chrysalis jest jedna. Tylko że Twilight ma większy problem z tym, by uznać swoje braki. Cadance z kolei ma problem, by je zaakceptować. Czy w tym sensie są siebie warte? Zdecydowanie. Teraz to widzę. Twilight zniszczyła gramofon, a Cadance rozwaliła biedną szałamaję. Niemalże jak lustrzane odbicie. To wydaje mnie się fascynująca teorią. Może nie sama szałamaja, jako taka, ale "Sonata Lunarna"? A może po prostu jest to muzyka, na którą reagują Podmieńce? W ogóle, może tak oddziałuje na nie muzyka, jako taka? Twilight ostatnio zareagowała tak, jak zareagowała, bo wtedy była przekonana, że na pewno nie jest Podmieńcem, na pewno nie jest Chrysalis. A Cadance mogła zareagować podobnie, gdyż przypomniało jej to o tym, kim naprawdę jest. Możliwe, że był to bait ze strony Luny. Po prostu poprzednim razem Twilight zniosła to... mniej beznadziejnie. Widać Pani Nocy nie lubi udawanych rzeczy i zależy jej na prawdzie. Ale miło, że szałamaja została odratowana Podobnież, chociaż to akurat o ostatnim rozdziale, miło, że podczas ratowania rannej Cadance, Flurry otrzymała swój znaczek. Taki ciepły, serialowy akcent, światełko w tunelu, coś na rozluźnienie i pokrzepienie. Fajna rzecz, jak dla mnie bardziej ubogacająca klimat, aniżeli w niego godząca. Wracając, podobały mnie się dwa creepy motywy w ostatnim rozdziale. Mianowicie, Imago otwierająca wrota i znajdująca martwą Cocoon, lecz jak się okazuje, jeszcze do niedawna mogła żyć. Zastanawiam się jak wyglądały jej ostatnie chwile. Co porabiała przez ten czas? Co sobie myślała? Jak się czuła? Jak przebiegała ta, w moim domyśle, powolna i wyjątkowo przygnębiająca śmierć w samotności? Po drugiej stronie szali - Change, która powinna być tam, gdzie Nightmare Moon ostatnim razem ją zostawiła, aczkolwiek, gdy chce pokazać ją Twilight (znakomicie budowane napięcie, swoją drogą), okazuje się, że jej tam nie ma. Może Luna ją sobie wymyśliła, a może jednak nie? Co jeżeli Change wydostała się i była gdzieś tam, z nimi na Księżycu? I obserwowała? Co czuła, czy zdawała sobie sprawę, że powstała z przeistoczenia? A może na satelicie, gdzie nikt nie pała do siebie szczególną miłością, zaczęła zmieniać się w coś... innego? Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, bardzo, ale to bardzo podoba mnie się to, że NIE WIADOMO Tyle niełatwych rzeczy pozostawionych zostało wyobraźni czytelnika, a z racji kontekstu, niekiedy w głowie pojawiają się nie tyle mroczne, co straszne scenariusze. Uwielbiam to ^^ Epilog był krótki i treściwy. Miał w sobie coś pokrzepiającego, gdyż był to swoisty kalejdoskop możliwych scenariuszy i marzeń, o tym jak wszystkie mogłyby wrócić na Ziemię. Wydaje się, że mimo trudnych chwil, rzeczy nareszcie zaczynają zmierzać ku... spokojowi. Względnemu. Lecz na samo zakończenie mamy pytanie o to, ile już minęło czasu od wygnania, skoro to wcale nie były dwusetne urodziny Cadance. Załóżmy, że Celestia jednak nie potrafi wraz z nimi powrócić na planetę dzięki magii, ale któryś z wymienionych scenariuszy mógłby naprawdę zaistnieć. Pytanie tylko - kiedy? Jeżeli minęło o wiele mniej czasu niż te dwieście lat, wówczas może to oznaczać, że okres długiego, trudnego w związku ze swoim towarzystwem oczekiwania na cud dopiero przed księżniczkami, ale z drugiej, jeżeli upłynęło go więcej, to być może... Gdyby jakiemuś marzeniu było pisane się spełnić, to najprawdopodobniej już by się to stało. Jeżeli nie, wówczas... może zostaną tam już na zawsze? Zatem mimo pewnego ciepła i pokrzepiającej nadziei, pozostaje nuta niepewności, wręcz groźba, że już tam zostaną. I być może nigdy nie przepracują swoich relacji, nie zakończą spraw, nie wyjaśnią sobie przeszłości. A Celestia będzie się temu wszystkiemu bezradnie przyglądać. OK, mają wielką moc, choć nie wystarczającą, by móc wrócić do domu, ale mają wszelki czas we wszechświecie, by usiąść i załatwić między sobą niesnaski z przeszłości. I mimo tego, nie mogą tego uczynić. Taka wizja współgra z ogólną tajemniczością i na swój sposób przytłaczającą świadomością ciemnoty królewskich serc. Nawet jeżeli nie są aż tak kochane przez kucyki, może mogłyby pokochać siebie nawzajem, w sensie, zaakceptować się takimi, jakimi są, docenić siebie i się zmienić. Może to by coś zmieniło. Ale na to się nie zanosi. Ale ostatecznie wszystko jest kwestią czasu. Czasu, który leczy rany. Ogółem było to bardzo ładne zakończenie, godnie wieńczące historię. Podobało mnie się, zapadło w pamięci i dostarczyło materiału do refleksji, pola do interpretacji oraz powodów do zaskoczenia. Cieszyło klimatem, satysfakcjonowało sposobem konstrukcji poszczególnych rozdziałów, gdzie autorka bez wzbudzania zagubienia u czytelnika ani mącenia przekazu, swobodnie żonglowała wydarzeniami na księżycu i retrospekcjami, zachwycało bezkompromisowością i odwagą w kreowaniu bohaterek, nie obawiając się dotykać kwestii bardziej intymnych czy zmysłowości. Elementy te są odpowiednio stonowane, więc czytelnik nie powinien czuć się nimi "atakowany", wszystko współgra ze sobą bardzo dobrze, nie można oprzeć się wrażeniu wykonanej pracy w sposób przemyślany, kompletny, jest tu intrygujący koncept, jest serce, jest zamysł, by opowiedzieć coś więcej, coś innego; bo teoretycznie można to sprowadzić do kolejnego fanfika, w którym ktoś okazuje się Podmieńcem bądź do historii o miłości. Ale nawet w tym wypadku, wszystko jest napisane inaczej, więc opowiadaniu nie można odmówić oryginalności. Ma mnóstwo walorów, którymi się broni, a które sprawiają, że historię tę, w całości mogę POLECIĆ każdemu, kto szuka czegoś innego. Czegoś wciągającego. Czegoś, co okaże się podróżą z nagrodą na końcu. Nie jest to chowaniec w pudełku, ale nowe, świeże spojrzenie na Twilight Sparkle oraz relacje między księżniczkami, przyprawione ciekawym światotworzeniem ukierunkowanym na społeczność Podmieńców, co stwarza wrażenie, że jest coś poza Equestrią i kucykami. Historia ta okazała się absolutnie FAN-TAS-TYCZ-NA i mimo kilku wątków, które określiłbym mianem "niewystarczająco wykształconych", jak np. wspomniana przez moją przedmówczynię Arcordia, chciałbym, powołując się na ten, jak i na poprzednie moje komentarze, oddać głos na tag [EPIC], gdyż uważam, że jest to kolejny "modern classic" od Niki, który zasługuje na uwagę oraz to wyróżnienie Na zakończenie, kilka odpowiedzi z mojej strony Bardzo mi miło, zadanie to nie było straszne ani trochę, to była ogromna przyjemność i cieszę się, że mogłem pomóc Jak wspominałem, ta historia zasługuje na uwagę, w tym na najlepszą możliwą formę, aczkolwiek bez zbytniej ingerencji w stylistykę, gdyż tę uważam za element Twojego stylu, rozpoznawalnego stylu. Jednocześnie żałuję, że nie mogę okazać się zbyt skuteczny w materii tłumaczenia na język angielski, ale ile będę w stanie, tyle postaram się pomóc, ale tak czy inaczej życzę wytrwałości oraz powodzenia w tłumaczeniu Co do rysunku - nie ma za co, cieszę się, że Ci się spodobał. Jednakże prawdopodobnie to jeszcze nie koniec Opowiadanie posiada klimat nacechowany pewną mrocznością oraz typowe dla tego tagu elementy, lecz osobiście miewam kłopoty z oceną "czy już starczy". Więc wybacz, ale musze to pozostawić do Twojego uznania, gdyż bez niego może być, z nim również. Nie czuję przekroczenia bądź nieprzekroczenia granicy. Tu najlepiej podpowie ktoś, kto regularnie korzysta z FimFiction, ale wydaje mnie się, że [Mature] będzie tu obowiązkowy. Plus/ Albo jakieś [+16], jeżeli coś takiego mają. Jeżeli zagraniczna publika jest wrażliwsza, to [Dark] może być bardziej na miejscu, aniżeli w przypadku publiki rodzimej. Może [Violence]. [Slice of Life]/ [SoL] jak najbardziej. [Romance] również. Moooże jeszcze [Sad]? No i może tagi odnoszące się do występujących postaci, jeżeli takie tam są? Główna historia jest kompletna, ale chciałbym przeczytać jakieś opowiadania poboczne, więc jak najbardziej jestem na TAK Mnie się bardzo podobało, starałem się wszystko opisać w moich komentarzach. Warto było przeczytać, świetne opowiadanie, podobnie jak pozostałe Twoje dzieła. Także, jeżeli masz chęć, jeżeli masz lub będziesz miała ciekawy pomysł... Jasne! Ja bym chciał bardzo Pozdrawiam serdecznie! Zapraszam do lektury!
  24. Wielka chwila, wielki rozdział, ale czy takie wielkie zaskoczenie? Rozdział szesnasty w całości został poświęcony urodzinom Cadance, do których nieuchronnie zmierzała cała fabuła i przed którym autorka konsekwentnie budowała napięcie. Mając za sobą tenże odcinek "Nowoczesnej baśni o Księżycu", trudno mi oprzeć się wrażeniu, że opisana "celebracja" ma w sobie coś realistycznego, coś życiowego, z czym niejeden odbiorca mógłby się utożsamić. Oczywiście nie mam na myśli tego w sposób dosłowny, chodzi mi o schemat - zbliża się jakaś okazja, za sprawą której w jednym miejscu gromadzi się pula osób, z których część ma ze sobą na pieńku, część ma jakieś tajemnice, początkowo nie wygląda to źle, ale z czasem złość wychodzi na wierzch i spotkania nie da się już spędzić spokojnie, cały nastrój, pominąwszy ogólne napięcie/ dyskomfort, pryska i ogółem jest nieprzyjemnie. Tu w roli takiego krewnego, który mimo wszystko się zjawia, chociaż miało go nie być, a z którym solenizantka ma problem, wystąpiła księżniczka Luna. Twilight natomiast, obsadzono w roli tej, która początkowo jest dobrej myśli, ale bardzo szybko spotyka ją szok, rozczarowanie, a Celestia jest tą, która zorganizowała większość przyjęcia, ale po tym jak wybucha awantura, wychodzi zażenowana. A Flurry jest tą gościnią, która siedzi i patrzy jak się rodzinka żre między sobą i milczy jak mumia. Wszystko poszło nie tak. Goście, włącznie z solenizantką, bardzo szybko zapomnieli o tym, że to miały być urodziny. Także co by nie mówić, nastrój był typowo rodzinny. Generalnie rozdział spełnił moje oczekiwania wobec zapowiadanych przez cały fanfik urodzin. Obawiałem się, że te wielkie zapowiedzi mogą okazać się częściowo daremne (no, że w całości okażą się puste to fanfika nie podejrzewałem) w sensie, że cokolwiek, co się na tym etapie stanie, nie sprosta budowanym u czytelnika oczekiwaniom. Wątek najzwyczajniej w świecie mógł "nie dowieźć" potencjału. Ale "dowiózł". Długo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że największym zaskoczeniem jest fakt, iż autorka wyjątkowo wyjawiła rozwiązania większości zagadek tak prosto z mostu, głównie ustami Pani Nocy, chociaż Cadance także wiele nam zdradzi. Zwykle wysyłane są nam znaki, tekst pisany jest w taki sposób, by nic nie było pewne, by czytelnik musiał użyć wyobraźni, poszukać wskazówek, popatrzeć na rzeczy pod innym kątem i wysnuć własne wnioski odnośnie tego, co się wydarzyło i jakie było znaczenie poszczególnych scen. Chyba najbardziej enigmatycznym pod tym względem opowiadaniem było "W oczekiwaniu na Solarną księżniczkę". W "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" jest inaczej; otrzymujemy odpowiedzi na większość pytań, a przywołane głównie w retrospekcjach wydarzenia dostają ten prawdziwy kontekst, w którym należy je rozumieć. Zaprezentowane rozwiązania zagadek nie okazały się rozczarowujące, ani zbyt zakręcone, zważywszy na mnogość szalonych teorii, z jakimi można by wyjść w trakcie lektury, jednocześnie nie okazały się aż tak szokujące. A dlaczego? Trudno mi powiedzieć; podejrzewam, że na tym etapie, po piętnastu rozdziałach, czytelnik powinien mieć już własne mniej lub bardziej śmiałe teorie o tym, o co tu chodzi i co się stało, a jednocześnie powinien nie tylko oczekiwać, a wręcz spodziewać się, że [coś] lada moment zostanie ujawnione, więc kiedy ów moment wreszcie następuje, przyjmuje to z ciekawością, może chęcią zweryfikowania tego jak wiele udało mu się odgadnąć, ale niekoniecznie z szokiem. Bardziej jest to: "O, to ciekawe!", aniżeli: "Wow, kto by pomyślał?". Także w moim przypadku wyszło pozytywnie. Rozdział ilością stron nie odstaje zbytnio od poprzedników, tempo ujawniania po sobie kolejnych tajemnic jest imponujące, ale nie czułem, że łapie mnie zadyszka, właściwie, wraca to do tego, od czego zacząłem ten komentarz - przejście od względnie miłych urodzin do awantury, to jest moment, a gdy emocje ośmielą gości, słowa po prostu się wylewają z ich ust, a my jesteśmy bombardowani rzeczami, których po wszystkim chyba wolelibyśmy nie usłyszeć. Jednakże o ile zagadki miały swój build-up, o tyle nie wszystkie dotyczące ich szczegóły (wskazówki) zgrały się idealnie ze sobą. Niektóre mogą wydać się wprowadzone zbyt późno, może nawet wyciągnięte nagle. Ale prześledźmy sobie to, co pada podczas tych nietypowych urodzin. UWAGA NA SPOILERY - ROZDZIAŁ SZESNATY ROZWIĄZUJE WIĘKSZOŚĆ WĄTKÓW W FANFIKU, A DALSZA CZĘŚĆ KOMENTARZA BĘDZIE OMAWIAĆ JEGO TREŚĆ, CZYLI BĘDZIE ZAWIERAĆ SZCZEGÓŁY DOTYCZĄCE FABUŁY! ZDRADZI WIELE, POPSUJE NIESPODZIANKI! ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI! Zaczyna się niewinnie, bo od życzeń. Cadance wydaje się zaskoczona, ale nie sprawia wrażenie pocieszonej. Właściwie, odtrąca od siebie Celestię, dość gwałtownie. Więc od początku nie jest za wesoło. A potem zjawia się Luna, wystrojona elegancko, acz niekoniecznie wedle kanonów obecnej epoki. A przynajmniej tak nakazuje sądzić wyobraźnia. W każdym razie, jest przesadnie ubrana, zwłaszcza w porównaniu z pozostałymi bohaterkami. Chociaż ta zachowuje się spokojnie, a nawet taktownie, od razu czuć, że awantura wisi w powietrzu. Już jest niekomfortowo, Celestia już zaczepia Twilight i pyta co to ma znaczyć, jest nerwowo. Czytelnik czuje, że chwila nieuwagi i postacie "pojadą po bandzie". Ciekawa jest informacja, jakoby Celestia tak naprawdę nie wiedziała kiedy urodziła się Cadance. W sumie, to najwyraźniej sama Cadance nie wie. Niby nic wielkiego - skoro nie wiadomo, wystarczy przyjąć jakąś datę i się jej trzymać, prawda? No tak, ale jest problem - skoro nie wiadomo kiedy, to skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, że to akurat dwusetne urodziny? Mamy zatem pierwszy sygnał, że być może jesteśmy zwodzeni nawet co do tego, ile upłynęło czasu. Owszem, Flurry jest doroślejsza, ale nadal nie wiadomo konkretnie ile ma lat. Zresztą równie dobrze może zachowywać się dojrzale jak na swój wiek. Czyli niekoniecznie jest "stara". Twilight nawet nie zdążyła dać Cadance przygotowanego prezentu. W sumie, to Celestia chyba też. Ale Luna nie przyszła z niczym i ona tak dla odmiany swój podarek zdołała przekazać. Jak się okazuje, przybyła z muzyką. Domyślam się, że zagrała bardzo ładnie. A potem Cadance pyta, czy może wziąć szałamaję w kopyta. Luna się zgadza. Ale widać, że niechętnie. I od razu wiadomo jak to się skończy. Szałamaja nie przeżyła 😞 Jeden z elementów nawet został połknięty przez Cadance. A potem rozpoczyna się istny wieczór zwierzeń. Dowiadujemy się dlaczego obie tak się nienawidzą, okazuje się też, że Luna zna sekrety Cadance. Jeżeli ktoś z Was spekulował, że to Cadance jest Podmieńcem, to gratuluję - bo faktycznie nim jest. Początkowo zaprzecza, lecz kiedy Celestia zdradza, że ona także to wie i wiedziała od początku, księżniczka Miłości odpuszcza i mówi wszystko. Dowiadujemy się o co chodziło ze zwracaniem ciastek, a także dlaczego tak obficie się perfumowała. Ze zwracaniem pokarmu wszystko w porządku, bo otrzymaliśmy tę wskazówkę niemalże na samym początku fanfika, w taki sposób, że siedzi to w głowie, więc tu jest spójnie. Z zapachem natomiast... jest pół na pół. Tak, odpowiednio wcześnie otrzymaliśmy informacje o tym, że Podmieńcy posiadają swój charakterystyczny zapach, który pozwala ich zidentyfikować. I interakcje Twilight z Flurry nakazują sądzić, że to ta pierwsza ukrywa przed pozostałymi swoją prawdziwą formę. Tu wszystko w porządku. Ale jest druga połowa, czyli nawyki Cadance dotyczące higieny. Informację o tym, że zawsze miała mnóstwo perfum, których sobie nie szczędziła, pada jednak zbyt późno i domyślam się, że autorka chciała odpędzić od niej podejrzewania, coby domyślenie się, że to o nią chodzi, nie nadeszło w głowach czytelników zbyt łatwo, zbyt wcześnie. Z drugiej strony, myślę, że byłoby lepiej, gdyby jednak zarzucić małą podpowiedzią jakoś wcześniej, zwłaszcza, że w rozdziale czwartym było mnóstwo idealnych ku temu okazji. Na przykład: Jest to cytat z rozdziału czwartego. A teraz dodajmy mały hint: Na przykład. Jest to jedno z wielu miejsc, w których możnaby coś podobnego wstawić. I tyle. Reszta historii zostaje tak jak jest. Więc kiedy czytacie rozdział piętnasty, przypominacie sobie ten fragment z rozdziału czwartego i dodajecie jeden do jednego w Waszej głowie, że faktycznie, Twilight już za młodych lat zwracała na to uwagę, bo to było dla Cadance bardzo charakterystyczne. Idąc dalej, chociaż Luna nie wymienia jej z imienia, wspomina o "bieluchnej klaczy", którą najpewniej jest Constans, o której dowiedzieliśmy się "przed chwilą". Podczas gdy wcześniej były idealne okazje ku temu, by o niej wspomnieć. Około rozdziału czwartego chociażby. Znów, jest trochę pół na pół, gdyż odpowiednio wcześnie dowiadujemy się, że Flurry nie nazywa Cadance matką, wręcz jest pewna, że nią nie jest. Ale jest ta druga strona medalu - jeżeli już mamy poznać możliwą matkę z imienia, dowiedzieć się o jej związkach z Shiningiem, mogliśmy otrzymać wskazówki ciut wcześniej. Chociaż w tym wypadku pewnie natychmiast szłoby się domyślić, że skoro matką Flurry nie jest Cadance, to na 99% jest nią Constans, ale... nie wydaje mnie się, by akurat ta zagadka była aż tak istotna. Poza tym, nawet gdybyśmy wiedzieli, to nadal pozostają pytania - jak to się stało, że mała Flurry ostatecznie trafiła do Cadance, czy Constans nie miała nic do powiedzenia, czy Cadance wiedziała o "skoku w bok" męża, a może wręcz miała z nim taki układ, a jeżeli owszem, to dlaczego? W rozdziale szesnastym dostalibyśmy odpowiedzi - Cadance nie mogła mieć dzieci, a Shining chciał źrebaka, a że ona najwyraźniej kochała go aż tak... Lecz zwracam uwagę na to, tak czy inaczej, Nika zrobiła całkiem dobrą robotę z foreshadowingiem i podpowiedziami do zagadek, zrobiła to zupełnie inaczej, niż ja zazwyczaj robię, gdyż osobiście ciężko mi złapać balans między podpowiadaniem, dawkowaniem wskazówek, a atakowaniem odbiorcy zwrotem akcji nagle, coby mieć pewność, że nie będzie się tego spodziewać. Stąd masa rzeczy w mojej twórczości nierzadko wyskakuje jak z kapelusza. Bo przede wszystkim obawiam się, że zdradzę zbyt wiele, zbyt wcześnie, więc wolę w ten sposób. Ale tutaj mamy odpowiednio stonowane podpowiedzi, jest element zwodzenia (w który nie bardzo umiem, ale staram się), jest plan i całość jest wykonana z sercem, toteż nadal oceniam to pozytywnie - po prostu chodzi mi o to, że niektóre elementy, skoro już są, to mogły pojawić się wcześniej i byłoby to dla nich odpowiedniejsze miejsce w historii. No i faktycznie okazuje się, że Luna jednak nie jest taka niewinna, taka biedna, jak mogliśmy sądzić. Po ostatnim rozdziale trochę się tego spodziewałem i trochę obawiałem (w sensie, że reveal nie wyjdzie), ale ostatecznie wyszło to całkiem zgrabnie. Głównie dzięki słowom Cadance, jakoby Luna specjalnie przegrywała w karty, specjalnie ustawiała się w roli ofiary, by wzbudzić u Twilight współczucie - postawiły tę postać w zupełnie innym świetle, zmieniło kontekst jej relacji z pozostałymi księżniczkami, a dzięki odpowiednim nacechowaniu emocjonalnym moment ten naprawdę mi podszedł i został w głowie. Reakcja Luny nie zawiodła. Oj, nie zawiodła. Bardzo dobrze, że między tym fragmentem, a jej "wybuchem", dostaliśmy krótką retrospekcję. Z której dowiadujemy się trochę więcej o tym, czym była, jako byt, Nightmare Moon i jakie jest jej znaczenie w kontekście postaci, której "dotyka". Mianowicie, wedle Luny, jest to "ja idealne", które "nie umiera nigdy". Jest to nowe, lepsze, wymarzone ciało, pozwalające postaci prawdziwie zaspokajać swe pragnienia. Tak w ogóle, to patrząc na to z perspektywy Luny, można mieć wrażenie, iż miała swe powody, by żywić do Cadance te, a nie inne uczucia, można nawet częściowo rozumieć jej zawiść. W ogóle, zarówno w tej scenie, jak i po powtórnej przemianie w Nightmare Moon i ataku na Cadance, mamy masę interesujących, drobnych detali, sugerujących różne rzeczy, co dodatkowo rozbudowuje kreację Luny/ Nightmare Moon, czyniąc z niej... chyba moją ulubioną postać w tym fanfiku. Co aż do tej pory nie było dla mnie takie oczywiste, gdyż cały fanfik pełen jest znakomicie napisanych postaci, ciężko tu kogoś jednoznacznie wskazać. W każdym razie, Nika doprowadziła do sytuacji, w której da się współczuć zarówno Lunie, jak i Cadance, chociaż w pewnym sensie obie są siebie warte - powstały problem "rozwiązują" między sobą w najbardziej toksyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Podobnie jak z Twilight i jej uległością wobec Celestii, masa rzeczy w ogóle nie miałaby miejsca, gdyby cokolwiek spróbowały rozwiązać inaczej. Oczywiście nie mogło zabraknąć podmieńcowego światotowrzenia. Wiedzieliście, że Podmieńce mają arcordię? To teraz już wiecie. Za co arcordia odpowiada? Między innymi za możliwość przemieniania się. Dlaczego Cadance nie mogła się zmieniać? Odsyłam do poprzednich rozdziałów, które sugerowały, że Chrysalis, po tym jak ją uwięziła, zrobiła jej coś okropnego. Ponownie, elementy układanki satysfakcjonująco lądują na swoich miejscach. Mam jednak pewien niedosyt, związany z pamiętnikiem, który wpada w Twilight w kopyta. Co tam było? Ależ intryga Nie jestem pewien czy będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w kolejnym rozdziale, zważywszy na to, jak kończy się ten, który omawiam teraz. Swoją drogą, kończy się perfekcyjnie. Jest to idealny cliffhanger i zarazem powrót do jeszcze jednej, szalenie ważnej tajemnicy, o której mogliśmy trochę zapomnieć. Sprawdźcie sami Napięcie przed urodzinami chyba przegrywa z napięciem przed rozdziałem siedemnastym po tej końcówce. Nie mogę. Się. Doczekać. Z innych rzeczy - Thoraxa istotnie nie było na Księżycu, ale była na nim Change. I to ona "korzystała" z machin tortur, które wcześniej znalazła Twilight. Przemieniona w Celestię, co było symboliczną formą zemsty ze strony Luny. Jak widać nie tylko nie jest biedna ofiarą, ale wręcz... jest zła do szpiku kości! Flurry otrzymuje też znaczek i zmienia swoje nastawienie do Cadance, co było bardzo miłym, ciepłym akcentem po tym, co zaszło. Naprawdę przyjemny moment. Ogółem, jest to bardzo ważny rozdział, punkt kulminacyjny, który wyjaśnił wiele, ale po którym zostało jeszcze parę niezałatwionych spraw. I jak niemalże przez cały czas do tej pory, tak i teraz jestem niepewny wobec tego czy poradzę sobie z prawdą, o której wiem, że nadejdzie i to już niebawem. Moment, w którym kreacje bohaterek naprawdę lśnią, w którym wiele się dzieje, dzieje się szybko i w sposób całkowicie bezkompromisowy, barwny i emocjonalny, w mrocznej otoczce z kilkoma cieplejszymi przebłyskami. Wciąga od pierwszego zdania, a po wszystkim zmusza do powrotu do poprzednich rozdziałów i ujrzenia opisywanych rzeczy w nowym świetle. Maski, które przywdziały postacie, stają się niewidoczne; wiemy kim są i widzimy jakie są, więc powtórna lektura staje się niby podobnym, lecz nowym doświadczeniem. I tym większa jest radość z wyszukiwania detali na nowo. Autorka wiele zaryzykowała, lecz sądzę, że opłaciło się; jest to finał satysfakcjonujący, klimatyczny, generalnie spójny z tym, co wydarzyło się do tej pory, ukazujący prawdziwe "ja" pewnych postaci, ale nie zdradzający wszystkiego od razu, niezmiennie trzymający w napięciu przed konkluzją. Postacie, do tej pory napisane bardzo dobrze, w pełni rozwijają swe skrzydła i wchodzą w interakcje, w ramach których wychodzi na wierzch ich prawdziwy potencjał, a czytelnik, chcąc nie chcąc, zastanawia się za kim byłby w stanie się wstawić, gdyż mimo wszystko tło bohaterek jest niejednoznaczne, jest wielowymiarowe, chociaż pozostaje wrażenie, że wszystkie problemy między sobą mogły rozwiązać lepiej. Zatem to nie tylko pewna przywara Twilight, a Celestia nie wydaje się już taka "zła". Może to jakaś cecha księżniczek, a może przypadek, zrządzenie losu - nie wiadomo. Z drugiej strony, sytuacje, w których się znalazły, zapewne nie pozwalały na bądź nie dawały dość czasu, by na chłodno rzeczy przemyśleć, przekalkulować i wyjść z adekwatnym, zdrowym rozwiązaniem. Albo po prostu są aż tak emocjonalne, że nie potrafią. Teraz dopiero w pełni uświadamiam sobie, że pomysł, by z księżniczek uczynić główną obsadę, był kapitalny. Nie wyobrażam sobie teraz w tych rolach jakichkolwiek innych postaci. Niezmiennie gorąco polecam cały fanfik - mimo wszystko, mimo jego zalet oraz wrażeń, jakie mi dostarczył, nie jestem pewien czy pobije w moim osobistym rankingu "Ewolucję gwiazd typu słonecznego", bo nostalgia jest przepotężna, niemniej jest to tekst godzien Waszego czasu, skonstruowany w nietuzinkowy sposób, bawiący się percepcją i niekiedy emocjami odbiorcy, ale zarazem zmuszający do pewnych przemyśleń oraz pobudzający wyobraźnię. Ze znakomitym klimatem. Czekam za zakończenie! Pozdrawiam!
  25. Rozdział piętnasty raczy nas paroma nowymi, może nawet szokującymi informacjami, choć niespecjalnie popycha akcję do przodu; nadal znajdujemy się na etapie "ciszy", zaś pora urodzin Cadance już się nie zbliża, a jest tuż za rogiem, toteż księżniczki zaczynają się przygotowywać. Jakby tematyka opisywanych rzeczy nie realizowała [Slice of Life] dostatecznie dobrze, tempo opowiadania pozostaje stonowane, typowe dla kawałków życia. W treść udało się wpleść parę szczegółów dotyczących postaci Cadance, do fabuły powróciła także Celestia! Scenka otwierająca rozdział nie traci czasu i z miejsca próbuje wprawić czytelnika w pewne zakłopotanie. Do tej pory spokojna, wycofana Luna, zapytana o możliwość pogodzenia się z Cadance, zaczyna szaleńczo się śmiać, czyli nagle zaczyna zachowywać się niepokojąco. Ale za moment do bohaterek zagląda Celestia, której to nie było dosyć długo (Co przez ten czas robiła?) i Luna momentalnie się uspokaja. Coś tu ewidentnie jest nie tak i być może jednak nie chodzi o Celestię, ani o Twilight. W sumie, Luna, do tej pory będącą "ofiarą" pozostałych postaci, wydaje się tu najmniej podejrzana o cokolwiek. Więc gdyby jednak to ona miałaby mieć najwięcej za uszami, to byłoby zaskoczenie. Wszakże Celestia za coś konkretnego ją karała, czyż nie? Z drugiej strony, jej dotychczasowe zachowanie nakazuje podejrzewać, że równie dobrze mogła to robić, bo taki miała kaprys, więc ostatecznie ciężko powiedzieć. Ale tak czy owak, zaskoczenie byłoby. Ale podkreślam - byłoby. Bo otrzymaliśmy już pierwszy znak, że Luna również może nie być tak do końca szczera, więc efekt nie będzie już tak potężny, jak mógłby być. Wiecie, o co mi chodzi? Z drugiej strony, może to być potrójna gra ze strony autorki - najpierw kreuje postać Luny na biedną ofiarę, cobyśmy z góry uznali, że co złego, to nie ona, by potem wysłać nam sygnał, że jednak może się okazać tą złą, podczas gdy do tej pory najłatwiej byłoby wskazać chociażby Celestię, po to, by ostatecznie pokazać, że nie, to była jakaś przedziwna chwila słabości i Luna naprawdę jest niewinna, świętsza od papieża Uwielbiam gdy tekst bawi się czytelnikiem. Oczywiście wiele się przy tym ryzykuje, głównie frustracją odbiorcy czy poczuciem zmarnowanego czasu, ale przy "Nowoczesnej baśni o Księżycu" tego nie uświadczyłem, bo fabuła robi to ze smakiem, w sposób stonowany, potencjalnie sprzeczne ze sobą sygnały nie następują zaraz po sobie, czytelnik nie jest nimi bombardowany do takiego stopnia, że już kompletnie nic nie wie, kto jest kim i co jest czym, więc jest jak najbardziej w porządku. Ale gdyby to Luna miała się okazać tą złą... Może jakiś sygnał jest nam potrzebny? Jak w tym przykładzie, na czym polega szok, a na czym napięcie: siedzi rodzina przy stole, nagle wybucha bomba, to jest szok, ale jeżeli pokaże się nam tę samą rodzinę przy stole i uprzedzi, że w pomieszczeniu jest bomba, która zaraz wybuchnie, no to zaczynamy odliczać, mamy napięcie. Wydaje mnie się, że autorka raczej chciałaby na tym etapie zbudować napięcie, aniżeli zszokować, bo z reguły szok realizuje na inne sposoby, tak, by umocnić klimat dzieła, potrząsnąć, może i wstrząsnąć czytelnikiem, lecz po to, by zaczął zadawać sobie pytania o to, o czym właściwie było wszystko to, co do tej pory przeczytał. Ale znowuż, sygnał tak "na chwilę" przed finałem, a nie wcześniej...? Przechodząc dalej, dowiadujemy się co Celestia zamierza ofiarować Cadance z okazji urodzin. Twilight swojego prezentu wprawdzie nie ukończyła, ale Pani Dnia twierdzi, że nic nie szkodzi. No, skoro tak twierdzi, to pewnie tak jest. To może zanim przejdę do rzeczy, dwie sprawy. Pierwsza, wzmianki o byciu wrakiem kucyka tudzież o zaprzestaniu mycia się przywiodły mi na myśl "Pedantkę". Tak odrobinkę. Głównie za sprawą jego tagline'u, który brzmiał: "Wszystko jest brudne." Te trzy słowa trwale związały się z moimi wspomnieniami po treści tamtego opowiadania. Druga sprawa - gdy Celestia uniosła te nożyce, przez moment obawiałem się, że zaraz tej Twilight coś zrobi, cały czas ze szczerym, szerokim uśmiechem na pyszczku. Ostatecznie do tego nie doszło, ale... był to niepokojący moment. Zrealizowany w bardzo prosty sposób, w punkt. Przy okazji, Celestia z nożycami kogoś mi przypomniała, chociaż potrzebowałem chwili, by pojąć kogo konkretnie: A teraz sedno, czyli co nieco o Cadance. Oraz o osobach z jej otoczenia, jak się okaże niedługo potem. Dowiadujemy się, że księżniczka ta, prócz tego, że zawsze musiała być szykownie uczesana, nienagannie umalowana, drobiazgowo wypielęgnowana, to jeszcze nie szczędziła sobie najznakomitszych perfum, toteż którędykolwiek by się nie przechadzała, zapach po niej musiał utrzymywać się w okolicy dosyć długo. Ktoś powie - i co w tym dziwnego? No tak, jest to coś, czego należałoby się spodziewać po księżniczce miłości, chyba nawet niespecjalnie powinien dziwić fakt, że według fanfika Cadance miała mieć całe szafy pełne flakonów. Mamy tutaj graczy w "Tekkena"? Kojarzy ktoś najnowsze zakończenie Kazuyi Mishimy, gdzie otwiera się za nim ta wielka sala z kolekcją sneakersów? No to wyobrażam sobie, że Cadance miała coś podobnego xD Niemniej wydaje się, że szczegół ten ma nawiązywać do wątku z zapachem Podmieńców, a który to zapach ma pozwalać na definitywne zidentyfikowanie Podmieńca. I tutaj również do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza, to dlaczego fanfik tak mocno koncentruje się akurat na zmyśle węchu. Podejrzewam, że dlatego, iż wzrok można oszukać - Podmieniec może się przemienić - słuch można oszukać - nawet bez przemieniania się można głos zniekształcić albo naśladować cudzy - smakować kucyka czy Podmieńca chyba za bardzo nikt nie chce, przy dotyku powinno być podobnie jak przy doświadczeniach wzrokowych, czyli da się to oszukać. Ale węch? Niekoniecznie. Nie wiemy czy przemieniając się, istota zaczyna wydzielać inny zapach, właściwy dla tego, w kogo się przemienia czy też nie. Ale z drugiej strony - i tutaj przechodzę do kolejnej kwestii - po namyśle zdałem sobie sprawę, że węch też można oszukać. Właśnie przy pomocy perfum, które mogą zamaskować naturalny zapach rozpatrywanego osobnika. Co do pozostałych księżniczek, o ile nie ma wątpliwości, że wypadało im o siebie dbać, jakoś tylko w przypadku Cadance mamy mocno podkreślone, że obficie się perfumowała. Ale Celestia czy Luna? Raczej nie aż tak. Ale wiemy też, że Cadance rozstała się ze swymi nawykami i kompletnie się zaniedbała. Więc jej naturalny zapach powinien już "wyjść na wierzch" i gdyby miał się okazać podejrzany, to z pewnością ktoś już by ją "wyczuł". Chociażby Flurry Heart. No chyba, że tak od niej śmierdzi (od Cadance, nie Flurry), że literalnie nie da się niczego od niej "wywęszyć", poza fetorem spoconego, zabrudzonego ciała, który nie wskazuje na nic konkretnego ani podejrzanego. Z trzeciej strony, fanfik niekiedy podejmuje wątki romantyczne, dotykając tematów wrażliwych, a zapach, w tym kontekście, przynajmniej moim zdaniem, to coś bardzo intymnego, więc możliwe, że jest to kolejny element realizowania określonego nastroju, jaki autorka przewidziała na ten fanfik. A może znowu nadinterpretowuję. Ale dużo ciekawsza wydaje się tu wzmianka o postaci Constans, czyli pierwszej dziewczyny Shining Armora. O której Cadance najwyraźniej zawsze wiedziała. I z którą miała dobry kontakt. Sama Constans jest biała, w grzywie ma barwę fioletową, wpadła nawet na przyjęcie w Kryształowym Imperium, jakoś na rok przed narodzinami Flurry. No to nie może być przypadek Spójrzmy teraz na design Flurry. I przypomnijmy sobie jej słowa, jakoby Cadance jednak nie była jej biologiczną matką. Wszystko pasuje. W sumie, Flurry Heart faktycznie zachowuje się inaczej niż pozostałe księżniczki, coby się zbytnio nie rozpisywać, przede wszystkim wydaje się stabilna. Nie wiemy co prawda jaki charakter miała Constans, ale coś mi mówi, że swoje usposobienie zaczerpnęła prędzej od matki aniżeli od ojca. Nie jestem pewien czy jakieś wzmianki o Constans nie powinny pojawić się wcześniej. Skoro najwyraźniej była z Shiningiem gdy Twilight była mała i tekst sugeruje, że się znały (młodsza siostrzyczka chłopaka musiała jaśnie pannę irytować), to chyba powinniśmy już coś o niej wiedzieć? Nie sugeruję, że została wrzucona do fabuły po namyśle, ale mimo wszystko wydaje się wprowadzona dosyć późno. Dalej widzimy jak Celestia i Twilight szykują się na wielkie wydarzenie. Ta pierwsza wciela się nawet we fryzjerkę, by Twilight również mogła wpaść odstrzelona jak jak ona. Solenizantkę także planują zrobić na bóstwo. W międzyczasie mamy pogaduchy, w których trakcie przewija się parę ciekawych detali. Między innymi, Celestia przyznaje się, że to ona była Change. Co nie wydaje mnie się zbytnio szokujące. Zdaje się, że już wcześniej ją o to podejrzewałem: Ale mamy inne kąski. Otóż Celestia nazywała się kiedyś Filomena. Brzmi znajomo, prawda? Ach, te sentymenty Zamek, który znajduje się na Księżycu, został na satelitę wysłany dla Luny, ale należał on do Celestii, stąd ta zna go doskonale. Zresztą dawno temu przetrzymywał ją w nim zły czarnoksiężnik. Dlatego też Pani Dnia jest w stanie jednoznacznie zaprzeczyć istnieniu jakichkolwiek lochów. Luna ma znać zaklęcie iluzji, którego ofiarą najwyraźniej padła Twilight. I oto mamy drugi sygnał, że Luna być może nie jest tak niewinna i niewykluczone, iż niejeden już raz oszukała lawendową klacz. Ale potem powraca motyw kwiatów dla siostry dobrodziejki, jak również pamiętników Luny, które z jakichś powodów wydają się wzbudzać u Celestii konsternację (Narracja tego nie sugeruje wprost, jedynie zdziwienie, ale ja osobiście odniosłem takie wrażenie.). Jakby czytanie ich było... nieprzyzwoite co najmniej, ale bardziej niedozwolone. Co natychmiast rozbudza wyobraźnię - co tam może być? Może jakaś straszna prawda, a może pewne tabu, na myśl o którym sama Celestia ma się nieswojo. To także wydaje się motywem niepokojącym. Pada też pytanie o to, dlaczego rzeczy zostały sporządzone na czerwono. Barwnik? A może krew? Autorka nie traci czasu i już po chwili Twilight pyta Celestię czy możliwe jest to, że gdy Luna była zsyłana na Księżyc... jakby to ująć, czy mogła trafić na srebrny glob z "niespodzianką". Kontekst jest dosyć mroczny, bo pada pytanie o to, czy jeśli miałyby tu istnieć lochy i machiny tortur, to kto kogo miałby torturować. Co gorsza, Celestia najwyraźniej nie wie sama. Inaczej - nie wyklucza tego, gdyż sama nazywa to "ciekawą teorią". Uff... Zbierając to wszystko do siebie - znów mam wrażenie, że co najmniej część z tych rzeczy przewija się w tekście odrobinę za późno. Szczególnie ta rzekoma ciąża. Z tego wszystkiego, wydaje mnie się, że to było tym, co powinno, jeżeli już, pojawić się wcześniej, a co z kolei miałoby doprowadzić do interakcji między Twilight a Luną, w której ta pierwsza żądałaby odpowiedzi. Chyba, że uwierzyłaby w to bez dowodu. I sama kreowała scenariusze przeszłości. Pewnie nieprawdziwe. Podobnie jak te rewelacje. I tutaj strzelam - najwyżej przestrzelę - że wszystko to jest nieprawdziwe i jest albo od początku do końca wytworem wyobraźni Twilight albo jej nadinterpretacją wynikającą z niepełnych informacji. Lochy wydają się być na "standardowym wyposażeniu" typowego zamku księżniczki, narzędzia tortur również powinny tam być. Luna nie miała dziecka, gdyby było inaczej, coś byśmy wiedzieli. Za to Luna z pewnością jest siostrą Celestii. Młodszą. Może był to czerwony barwnik, a jeżeli nie, to krew mogła należeć do Luny. Skąd pomysł, że miałaby to być cudza krew? Pozyskana drogą tortur? A nie mogła malować własną? Byli tacy, co kontrakty swoją krwią podpisywali, a ona co, pisać by nie mogła? I tak dalej, i tak dalej. Nie zdziwię się, jak Twilight, przez te swoje kreacje i urojenia, popsuje te urodziny. Aha, jeszcze jedno - fragment z jej rozmowy z Celestią sugeruje, że Twilight może mieć niekompletne wspomnienia. Jakby to wcale nie była "ta" Twilight? I przez to nie pamiętała rzeczy, które pamięta prawdziwa Twilight? Może to tak znakomicie wytrenowany Podmieniec, że już nie wie, że jest Podmieńcem, ale naprawdę uważa samego siebie za prawdziwą Twilight, lecz nie może posiadać pewnych wspomnień? A może ta "Twilight" została dosłownie stworzona (poprzez zaklęcie przeistoczenia) przez Celestię, tak jak prawdziwa Twilight była latami kształtowana wedle jej wizji? Albo zadziałał jakiś czar zmieniający pamięć? Ależ tu jest możliwości! Ale najprawdopodobniej, na tym etapie historii, można sądzić, że tak jak Luna była Nightmare Moon, a Celestia mogła być Daybreaker, może Twilight także ma "drugą postać", lecz z jakichś powodów te dwie postacie nie dzielą wszystkich wspomnień. W sensie, jeżeli "Twilight B" coś zrobi, to po powrocie do postaci "Twilight A", już tego nie pamięta. Nie wiem jak miałoby to działać, ale jeżeli cokolwiek jest na rzeczy, liczę, że zostanie to... podpowiedziane. W ostatnich scenach będziemy mieli więcej Flurry Heart, która w jakiś sposób - oby nie torturami, chociaż infrastruktura zapewne na Księżycu jest - wyciągnęła z Cadance, dlaczego ta uważa Twilight za Podmieńca. I to jest trochę creepy, ale Cadance miała podglądać Twilight i w ten sposób zobaczyć, jak ta wchodzi do kąpieli nie jako Twilight, ale jako... Chrysalis! Ale nie taka "niby-Chrysalis", przemieniona jak Podmieniec, ale jako autentyczny Podmieniec, który zarąbiście dobrze imitował Chrysalis! Dziwne. Jeżeli miałoby dojść do czegoś podobnego, to wydaje mnie się, że Cadance musiałaby już dawno podejrzewać Twilight o niecne zamiary. Albo o to, że nie jest Twilight. Bo jak inaczej to wytłumaczyć? W środku nocy musiała siusiu i pomyliła łazienki, akurat w momencie, w którym Twilight zamierzała się wykąpać? I zamiast pójść sobie to została i patrzyła? Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, sam byłbym mocno zaskoczony gdyby o trzeciej w nocy w mojej łazience kąpała się jakaś Chrysalis, ale wiecie... Bez przesady. Twilight twierdzi, że Cadance to zmyśliła. Jeżeli jednak nie, to Cadance musiała ją od dłuższego czasu śledzić. Dlaczego? Czy Trixie sama była Podmieńcem? A kto ją tam wie? W sumie, ciekawe, że na Księżyc trafiły wszystkie Księżniczki, poza Starlight Glimmer. To czyni ją pierwszą podejrzaną. Ale równie dobrze mogłoby być tak, że ktokolwiek, kto za to odpowiada, po prostu "nie zdążył" zesłać i jej. Albo... Starlight nie dała się tak łatwo podejść i w samoobronie "kropnęła" sprawcę. Ale gdzie w tym wszystkim miałaby być Trixie? Nie wiem. Może Starlight widziała jak bardzo Thorax był nieszczęśliwy bez Twilight i ulitowała się nad nim, angażując w to Trixie, by "zastąpiła" mu żonę? Sprzedając bajeczkę, że: "Hej, cudem odnalazłam Twilight!"? A Trixie zgodziła się, wcale nie dla Thoraxa, ale dla swojej przyjaciółki? Swoją drogą, Thorax zniknął i w tym rozdziale też go brak. To cementuje moje przekonanie, że jego tam nigdy nie było. Konkluzja - Twilight nie ma informacji, ma jedynie poszlaki i luki w pamięci, ażeby je wypełnić, wymyśla coraz to nowe, nieprawdopodobne scenariusze, najwyraźniej w przeświadczeniu, że ktoś musi chcieć jej krzywdy. Ergo, większość jej spekulacji to urojenia. Przyznam, że to też byłby fajny twist - kucyki, które według niej knuły przeciw sobie nawzajem w rzeczywistości próbowały sobie pomóc, a ci, którzy według niej usiłowali jej zaszkodzić, próbowali załagodzić sytuację. Ale biedaczka sama nie panuje nad swoją wyobraźnią. Rodzi się pytanie - a na ile możemy jej wierzyć my, jako czytelnicy? W tym wszystkim pocieszające były słowa Celestii, zarówno te o zmianach, jakoby te miały nadawać życiu sens, jak i te, że prędzej czy później ktoś znajdzie je wszystkie na Księżycu, bo kiedyś przestanie on być "niedostępny". Nika umie swoimi tekstami potrząsać czytelnikiem, wie jak zmusić go do myślenia czy kwestionowania tego, co przeczytał, ale potrafi także pocieszyć. To także należy docenić. Generalnie rozdział okazał się dużo bogatszy w stosunku do swych nowszych poprzedników; pojawiło się w nim więcej postaci, przewinęło się wiele wątków, otrzymaliśmy parę podpowiedzi i detali, w ogóle, było więcej scen, niemniej wydaje mnie się, że jesteśmy już gotowi na finał. Czy będzie ciekawie, tego jestem pewien, czy "uciągniemy" prawdę, tego już niekoniecznie, jednakże wątpię, że będę rozczarowany. Niezmiennie tekst przyciąga do siebie klimatem, stylem, jak również różnorodnością możliwości odnośnie tego, jak mogła potoczyć się fabuła naprawdę. Co się tam wydarzyło? Co zaszło między księżniczkami? I jak się to skończy? Zacieramy ręce i czekamy
×
×
  • Utwórz nowe...