głupi Milfin nie zda sesji

Brony
  • Zawartość

    782
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez głupi Milfin nie zda sesji

  1. Heroes of Beton & Cement Beton May Cry Cowboy Beton BetoN: Automata Beton of Rage Beton Fight
  2. Sesja jednak zdana, a przy okazji dorzucam nowy obrazek - bieda-ilustracja do fika. Plakatówki i czarny żelopis na papierze do akwareli.
  3. ...bo w starym temacie było za dużo syfu. Wydałam jakieś chore pieniądze na zestaw Promarkerów i blok, po czym urąbałam pracę testową pośpiechem i niestarannością. Na (przeciągniętym gdzieniegdzie GIMPem) skanie wygląda to nawet znośnie, w realu już mniej. Jeśli to nie jest dobrą definicją mojego... robienia czegokolwiek w sumie, to nie wiem, co jest. Oslo, obrazek z OCkiem.
  4. @up - Sama czasami się łapię na tym, że powtarzam pewne motywy, od sposobu prowadzenia fabuły (powolny start, późne zawiązanie akcji, luźny przebieg historii) po schemat postaci (zbyt często łapię się na "szorstkim w obejściu gościu o złotym sercu", heh). Nie jest to może zbyt wyraźne, bo w praktyce nie napisałam prawie niczego i stwierdzam to tylko w pomysłach na fiki, ale troszkę mnie to drażni. Nie chcę wpaść w autoplagiat.
  5. Troszkę źle to ująłeś. Zarówno postać kanoniczna (serialowa), jak i napisana od zera przez autora (OC) z definicji jest fikcyjna Jeśli chodzi o to, czy postać kanoniczna w wersji AU może być traktowana jako OC... Z jednej strony dopisujesz jej inną, w domyśle wymyśloną przez siebie osobowość, rolę w historii czy biografię, więc jest wkład własny, z drugiej - imię i (podstawowy) design zostają raczej takie same, więc jest to trochę odtwórcze. Na moje postacie AU są takie fifty-fifty, pół-kanon, pół-OC. Przy okazji podepnę swoje pytanie: jak zapatrujecie się na powtarzające motywy, na przykład pisanie na podobny temat, powtarzanie pewnych wizji czy poglądów w różnych utworach, wykorzystywanie podobnego schematu przy tworzeniu postaci...? Jak często autor może coś powtarzać, zanim zacznie zjadać własny ogon?
  6. Istnieje taka niepisana zasada - zasada trzech. Trzech odcinków serialu. Trzech rozdziałów książki/fika. Trzech godzin gry. Tyle czasu dostaje autor, żeby przekonać czytelnika, że tekst jest warty jego uwagi, czasu i pieniędzy. Jeśli Cahan nie spodobała się pierwsza część - po co ma się pchać dalej? Po co ma wydawać pieniądze na pozostałe tomy lub biegać po bibliotekach/kolekcjach znajomych, żeby czytać coś, co przy pierwszym podejściu ją odrzuciło? "Bo robi się lepsze" nie jest dobrym argumentem w sytuacji, kiedy do tego lepszego trzeba dobrnąć przez morze przeciętności lub wręcz słabizny, tracąc przy tym ograniczone zasoby czasu i pieniędzy. Nie jestem ekonomem, ale... czy nie jest to jakiś mechanizm rynkowy? Dostarczasz klientowi dobry produkt w rozsądnej cenie lub tracisz pieniądze, bo klient wybiera "lepszą" konkurencję? OK. W takim razie zamiast rzucać błotem w recenzentkę, może zleźcie z tego wysokiego konia i łaskawie wytłumaczcie, co jej umknęło i czego nie zrozumiała? Co niby świadczy o geniuszu Grzędowicza i jego dzieła, a czego Cahan miałaby w jakiś sposób nie dostrzec? W tej chwili ten argument można sprowadzić do "a ty jesteś gupia i się nie znasz". Jaki jest sens czytania recenzji "po fakcie"? Żeby porobić rzeczy, których na publicznym forum nie wypada opisywać? Połechtać swoje ego? Upewnić się w przekonaniu, że coś, co lubicie jest lubiane przez innych? Wykazujecie w tej chwili taką samą mentalność, co horda wściekłych fanboy'ów Nintendo, którzy DDoSowali stronę pewnego recenzenta i YouTubera, bo śmiał wystawić nowej Zeldzie "tylko" 7/10. Bo wyraził swoją subiektywną opinię. Na tej zasadzie powinnam wykopać ze znajomych i zablokować Ghatorra, Zodiaka czy Boga Moderatora (Dolczego znaczy). Bo mają przeciwstawne poglądy i czasami popierają czy wygłaszają tezy, które mi się nie podobają. Powinnam też wyprowadzić się z Poznania (bo nie lubię miejskiego powietrza, hałasu i dużych skupisk ludzkich), zrezygnować ze swojego kierunku (bo nie lubię biochemii czy statystyki), w ogóle zabarykadować się w odizolowanej od świata chatynce (bo boję się i nie znoszę kontaktu z obcymi ludźmi). Powinnam też unikać np. nowych dań, utworów muzycznych, gier czy książek, bo, nie daj Borze Tucholski z Puszczą Augustowską, nie spodobają mi się. Patrz zasada trzech. Patrz punkt powyżej, gdzie wytykam błąd logiczny w twoim własnym argumencie o unikaniu nielubianych rzeczy. Zgodnie z twoją analogią Cahan opisała jedno ciastko. Jedną całą książkę. Nie smakowało - więc nie sięga po kolejne ciastka, nie czyta kolejnych tomów. Plączesz się w zeznaniach, kolego. Co do samego PLO i recenzji Cahan: nie czytałam tego cyklu, ale miałam kontakt z inną książką Grzędowicza - "Popiół i kurz" bodajże. Czytałam ją co prawda dawno temu (dwa razy zresztą), ale... jak sobie przypominam sposób, w jaki Grzędowicz opisywał głównego bohatera i jego seksualne podboje, to mi się "Anatomia zwierząt" Krysiaka otwiera na biurku. Idealnie na rozdziale dotyczącym męskich narządów rozrodczych u zwierząt gospodarskich. Wnioski wyciągnijcie sobie sami. Być może wyłazi ze mnie wielgachny bias, może jestem skłonna uwierzyć opinii Cahan przez kolesiostwo czy inną solidarność lewackich jajników, ale na podstawie tego, co pamiętam z PiK (książki napisanej, zdaje się, po PLO, a więc teoretycznie przez autora bardziej doświadczonego i wyrobionego w swoim rzemiośle) jej recenzja brzmi... wiarygodnie. Reszta numeru - cóż, krótko, ale przyjemnie. Kilka sympatycznych recenzji i fajny artykuł od Moonlight. Mam gdzieś chyba dwa antyczne zestawy kredek od Derwentu, być może czas dać im drugą szansę...
  7. Gandzia ponoć rozważa przedłużenie terminu, jeśli frekwencja (hehe) dalej będzie tak niska.
  8. Fandom umiera tak skutecznie, że jak dołączyłam do niego w okolicach 2011 (premiera bodaj "Hurricane Fluttershy"), tak w roku pańskim 2018 pojechałam na drugiego w życiu ponymeeta (jeśli można tak określić spotkanie grupy znajomych z Discorda poświęconego fikom - Klub Konesera Polskiego Fanfika, polecamy się), nie oglądam serialu od 4. sezonu i piszę fiki wyłącznie o OCkach... i absolutnie mi to nie przeszkadza. Bo fandom to nie serial. Fandom to nawet nie kuce. Fandom to, wybacz truizm, przyjaźnie zawarte po drodze. Fandom to fanowska twórczość. Fandom wypączkował z serialu, ale nie potrzebuje kolejnych sezonów, żeby istnieć - takie chociażby Bionicle szczyt popularności przeżywało we wczesnych dwutysięcznych, drugą generację anulowano, a społeczność fanowska i tak zbiera się na fejsbukowych grupach, żeby budować własne modele, dyskutować o lore (tak) i smarować zabawki Vegemite czy innym majonezem (tiaaaa). Tak więc jak ktoś mi zacznie znowu smęcić, że fandom umar, to zapoznam go z Taktycznym Harperem. Żyje i ma się wcale nieźle.
  9. Jeśli mogę coś doradzić w kwestii wrzucenia plików: Imgur (https://imgur.com/) nie ma tak dużego ograniczenia rozmiaru, jak forum. Ewentualnie możesz też korzystać z DeviantArt, chociaż tam musiałabyś już założyć (darmowe) konto.
  10. Odpad z weterynarii studiujący biologię stosowaną. Wypadkowa "nie wiem, co ze sobą zrobić", "trochę interesuje mnie biologia i zwierzątka" oraz skandowanego w gimnazjum "a na drzewach zamiast liści będą wisieć humaniści", co nakłoniło mnie do nadrobienia chemii i odpuszczenia studiów językowych/kulturoznawczych. Nie jest to zły kierunek, ale pieniędzy mieć raczej z tego nie będę.
  11. ...po czym opublikowałeś to na polskim forum. Zresztą nawet na FIMFiction lub innym serwisie anglojęzycznym fik z brzydką literówką w tytule nie miałby zbyt wielkiego powodzenia. Rzuciłam na tekst raczej... pobieżnym okiem, bo jestem z natury człowiekiem leniwym ceniącym swój ograniczony czas, jeśli kilka pierwszych zdań mnie nie wciągnie - odpuszczam. To, co napisałeś to raczej streszczenie, niż faktyczny tekst. Nie, nie obchodzi mnie, czy to prolog, wprowadzenie czy inna pierdoła, rozdział ma przedstawiać opowieść ze scenami, dialogami i akcją, nie podsumowanie z bryka. Na to nakłada się ubogi (nawet z moim przeciętnym zasobem słownictwa) język i problemy z czasami gramatycznymi oraz ogólna nijakość tych pierwszych kilku linijek - ot, człowiek pojawił się w Equestrii. Kuce najwyraźniej są biologicznie upośledzone i nie widziały małpy człekokształtnej. Ani (jeśli historia kręci się wokół Mane6 lub Celestii) Spike'a. Celka wtrąciła przybysza z innego świata do lochu (ponieważ gdyż). Kuce (mające w serialu między innymi rozwiniętą kolej i w miarę nowoczesne maszyny do szycia) robią wielkie oczy na armię z bronią palną. Właśnie, pojawia się wzięta z tyłka armia ludzi, którą nasz więzień (zwiadowca) zatrzymuje... wychodziłoby na to, że groźnym spojrzeniem. I jeszcze narrator (kimkolwiek nie jest) odwiedzał człeka w więzieniu i w ogóle zostali przez ten tydzień przyjaciółmi, gadając ze sobą o Equestrii i świecie ludzi - materiał godny całych wielorozdziałowych wątków zostaje sprowadzony do kilku zdań, a mnie trafia ciężka cholera. Sam początek tekstu usiłuje mi sprzedać Wielkie Przygody™, które mają rzekomo miejsce gdzieś w przyszłości... ale, jak mówiłam, nie mam zwyczaju czytać rzeczy, które mnie nie interesują. Ani fików, które ledwie fikami są. Na twoim miejscu pisałabym raczej w języku, który znasz lepiej, przemyślała dokładnie, co piszę, przeczytała kilka innych fanfików czy książek... i spróbowała od zera. Pisząc tekst literacki, a nie streszczenie dla Wydawnictwa GREG.
  12. Napisałam i jestem zła. Jak pisałam wcześniej: to nie fik ani opowiadanie. To wpis z nastoletniego bloga czy inny pamiętniczek. Opowiadania mają z reguły zupełnie inną strukturę i podejście do historii. I nie stawiamy spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Jak wrócę z uczelni, przejrzę tekst jeszcze raz i wydam konkretniejszą opinię.
  13. Przyjacielska rada od kogoś, kto miał kiedyś 16 lat (co prawda prawie sześć lat temu, ale pamiętam... aż za dobrze), płakał po nocach i dorobił się bez mała fobii społecznej przez ludzką podłość: to, co piszesz, to nie fanfik. To dosłownie wpis, jaki zostawiłabym na gimbazjalnym blogu w przypływie doła. I pisanie tego tu, w tym dziale i w tej formie... to nie jest dobry pomysł. O nie. Co jest dobrym pomysłem w takich sytuacjach? Psycholog. Psychiatra. Jak najszybciej i na poważnie, nie ma w tym żadnego wstydu i jest zdecydowanie "po co"... zakładając, że cała historia jest pisana poważnie, a nie jako głupawy żart. Nawet z perspektywy własnych doświadczeń reaguję na takie sytuacje z dawką sceptycyzmu i nie bierz mi tego za złe - po prostu cię nie znam i nie mogę zweryfikować, ile w tym prawdy, ile hormonów, a ile wyłudzania uwagi i nadużywania empatii. Bez urazy.
  14. Mały, agresywny gremlin i wielki, tulaśny Wilczek. Obgryzanie mu ręki (no, palców) nie jest nawet najgorszą rzeczą, która się zdarzyła w historii tego związku. Wciąż trochę walczę z tym, jak działają Promarkery. Czasem wychodzi fajnie i równomiernie, innym razem są brzydkie paski i zaciemnienia. I trochę kolorów mi brakuje, mieszanie markerów średnio działa... chyba że powinnam poeksperymentować z blenderem. A, i zdałam anatomię. Za to sesję na 100% uwalę.
  15. Wpadnę dorzucić ostatnie trzy grosze i ostatecznie zamknąć temat ze swojej strony. Powtórzę tylko to, co się parę razy przewinęło w temacie: L&T to troll 4chana. Haczyk z tłustą dżdżownicą wrzucony do jeziora, by łapać leszcze (czy inne rybki) i wyśmiewać się z ich naiwności i braku wiedzy o życiu. Kwestie "nawracania" gangsterów i przywracania ludzi z kryminalną przeszłością społeczeństwu to skomplikowany temat, z którym mądrzejsi od nas mają problemy. Tolerancja również wykracza poza naiwne "tulić wszystkich, wszyscy są kochani, świat jest piękny", a asymilacja imigrantów i fanatyzm (skoro ktoś się uparł, by pojeździć z tego tytułu po Zachodzie) również nie są czymś, co można odbębnić w pięć minut przy piwku. Życie jest trudne, niewdzięczne i skomplikowane. Wszystko takie jest. Nie ma łatwych odpowiedzi i łatwych rozwiązań. A, i ewolucja naszych przodków poza stadium małpy dłubiącej kijem w mrowisku była najgorszą rzeczą, która spotkała tą planetę, mizantropia i nihilizm jedynym słusznym ideololo.
  16. Chyba źle zrozumiałeś mój post. Czerpanie lekcji z MLP w wieku powyżej lat, powiedzmy, 16 (koniec dawnego gimnazjum i końcówka dojrzewania) jest dla mnie dziwne, bo na tym etapie naszego życia morały z serialu powinny być solidnie wtłuczone w nasze głowy, tak przez życie, jak i przez inne, dużo poważniejsze dzieła kultury. Jeśli tak się nie stało, to albo żyliśmy pod kloszem, albo jesteśmy wyjątkowo oporni, albo system edukacji zawiódł (nie pierwszy i nie ostatni raz). Owszem, oglądanie MLP może przywrócić trochę wiary w ludzi czy odświeżyć nam pamięć... ale nie zmienia to faktu, że to naiwna bajka dla dzieci. Chrysalis czy inny Tirek to małe piwo w porównaniu z tym, czym potrafi w ciebie rzucić twoje własne, rzekomo normalne otoczenie. A że przyciągnęła i rzeszę prze... ehm, bronies? To skutek uboczny. Owszem, serial projektowano jako "zabawę dla całej rodziny" i show, które nie obrazi rodziców swoją głupotą, ale to cały czas reklama zabawek skierowana w dużej mierze do dzieci w wieku do 12 lat. Nawet niekoniecznie dziewczynek. Dzieci. Punkt drugi. Tu naprawdę popłynąłeś i wylądowałeś na Kamczatce. Nie chodzi mi o zainteresowania. Nie chodzi mi o wzorce. Chodzi mi o redukowanie swojej tożsamości do "jestem fanem XYZ". To tak, jakbym mówiła o sobie "jestem fanką tego a tego, to jest sedno mojego życia, wartości z ulubionego show/książki/filmu są dla mnie święte". Człowiek nie jest definiowany wyłącznie przez swoje pasje i nie żyje tylko dla nich - ma indywidualną osobowość, potrzeby, grono znajomych; jego hobby to dodatek do tego, kim jest. Ważny... ale dodatek. Tak jak uwielbiam gry czy lubię obejrzeć od czasu do czasu dobre anime, tak nie definiuję siebie przez bieganie obwieszona popierdółkami z ulubionej serii czy mówienie o sobie "jestem Milfin i kocham ABC"... przynajmniej odkąd skończyłam gimnazjum. Tak jak często gadam z chłopakiem o komiksach, tak nie chcę podpisywać z nim kiedyś papierków w urzędzie cywilnym tylko ze względu na wspólne pasje czy przysłowiowe ładne oczy. Należę do grona fanów tego czy tamtego. Gram w to i to. Ale przede wszystkim jestem Milfinem, cyniczną, złośliwą zołzą ze skłonnością do mizantropii i kręgosłupem moralnym, który bardziej wadzi, niż pomaga. Jestem sobą, jakkolwiek niewiele to oznacza. Moje ideały być może ktoś stworzył, wymyślił... ale ja podjęłam decyzję, by je przyjąć i nie zrobiłam tego bezkrytycznie ani bezmyślnie. Przetworzyłam je i mam nadzieję, że jest w nich jakaś racja. A teraz siedzę o północy, usiłuję wyklarować swoje zdanie o tym, że moja tożsamość wykracza poza bieganie z torbą kucowych przypinek i liczę na to, że jakimś cudem nie urąbię anatomii. I czuję się staro. Cholernie staro. Moje gimnazjum skończyło się pięć lat temu. Borze Tucholski.
  17. Opieranie swojego życia o morały z bajki dla dzieci jest trochę... no, smutne. Tak, wiem, sztuka porusza, twórczość wywołuje emocje, nawet popcornowy film z Hollywood może nakłonić do myślenia (np. Szybcy i Wściekli sprawili, że zapytałam "czy te filmy mogą się zrobić JESZCZE GŁUPSZE?"), ale MLP na dłuższą metę jest naiwną bajką dla siedmiolatków, która tłumaczy im, żeby były grzeczne, miłe, uprzejme i nie oceniały książki po okładce. Jeśli komuś powyżej gimnazjum trzeba to jeszcze tłumaczyć, to najwyraźniej wszystkie te warstwy tradycji i wieki kultury można wypalić do gołej ziemi, posypać solą i zacząć od zera. I bycie fanem serialu to żadne ideololo. Bycie fanem czegokolwiek nie powinno być podstawą twojej egzystencji i czymś, co definiuje cię jako człowieka. Tego też powinno się nas nauczyć (tak na etapie końca liceum), ale patrząc na te płonące ruiny ludzkiej cywilizacji... taaa, kiepsko nam idzie. Dobra, to gdzie ja schowałam sól...
  18. Dwa Zodiaki. Bliźniaczy Zodiak. Zodiakowe Bliźnię... eee, nieważne. Jeden ma lepszy lineart, drugi ma lepsze ciało (jakkolwiek to nie zabrzmi) - efekt rysowania bez rozgrzewki i jednym ciągiem. Żółte przebarwienie u prawego Zodiaka to nie bug skanera (tak bardzo, jak lubię go przeklinać, tak ucina mi krawędzie obrazka, a nie przeinacza kolory), a eksperymentowanie (średnio udane) z Promarkerami. Promarkery i cienkopisy na tusz (Faber Castell PITT artist pens), A4. Jutro anatomia. Pora nie zdać ostatniego kolosa jak skończona pierdoła.
  19. Na pewno minęła ta fala entuzjazmu z wczesnego okresu, część ludzi odeszła, część straciła zapał... ale czy to źle? Wszystko się kończy, każdy fandom tak kiedyś okrzepnie. Te dni nie wrócą - ale czy to aby na pewno złe? W końcu wytworzone przez nas treści (w większości) nie przeminą, nowych cały czas będzie przybywać, co najwyżej w mniejszym tempie... życie będzie się toczyć dalej.
  20. Minęły 24 godziny, czas postraszyć was n-tym WiPem tej samej pracy. Anatomia nie ma serca (znaczy ma, ale martwe, nieczułe i cuchnące formaliną), więc do dalszego bazgrania wrócę pewnie dopiero po 9.01 (a potem kolejna przerwa, bo 15 i 16.01 mam kolokwia, 20.01 jadę na zlot Loży Wolnopisarskiej, potem kolejne dwa zaliczenia, potem sesja...). Zostało mi cieniowanie rękawów, grzywy, dodatkowe cienie na kończynach, drobne przeróbki na pysku, kilka szczegółów w tle, trochę książek i wyrenderować całość (czyt. wyeksportować obrazek w kawałkach, nawalić bluru na tło, skleić wszystko do kupy, przytłumić trochę kolory i wrzucić... gdzieś, gdzie nikt tego nie zobaczy - forum chyba spełnia ten ostatni wymóg).
  21. Achtung, achtung, długaśny wywód. Ze względu na brak tabletu mój digital ogranicza się do wektorów i ewentualnych skejek w GIMPie (nic wartego uwagi, ot, drobny retusz skanów czy klecenie miniaturek do filmów na YT). Używany przeze mnie do wektorów darmowy Inkscape jest fajnym programem, ale bywa bardzo zasobożerny, co ogranicza np. stosowanie dużych ilości gradientów, rozmyć czy przejrzystych obiektów (całość zaczyna po prostu ciąć - i to tak mocno, że nie dam rady nic edytować, ba, ledwie idzie oglądać plik z takim efektem), do tego obrazki wektorowe są dość... pracochłonne, bo rzeczy, które w Photoshopie czy na papierze narysuję jednym pociągnięciem ołówka, tu muszę przerobić na cały obiekt o określonym kształcie (na przykład taka fałdka materiału na wewnętrznej stronie ramienia albo pysk kuca - linia policzków i szczęki, uśmiech i nos to trzy osobne ścieżki liczące razem 41 ręcznie ustawionych węzłów), co oznacza nieraz całe godziny siedzenia i przesuwania rzeczy o dwa piksele w lewo, aż zaczną wyglądać lepiej. Praca na dużym przybliżeniu też nie ułatwia mi życia, bo łatwo w ten sposób wpakować za dużo detali w coś, co zginie na normalnym powiększeniu (vide wstążka na warkoczu puca - 100% i 800% przybliżenia). Nawet z monitorem 21" 1080p nie mogę pracować bez wartości zoomu idących w dwa do pięciu tysięcy procent. Proste wektory są zdecydowanie szybsze do zrobienia (np. wektoryzacja obiektów z seriali czy robienie różnej maści logosów to kwestia maksimum kilku godzin, w zależności od tego, ile razy potkniemy się o własne nogi), ale te bardziej złożone mogą pochłonąć z życia i kilkanaście-kilkadziesiąt godzin. Z jednej strony ma się wtedy pretekst do marnowania czasu, z drugiej idzie się czasami porzygać od ślęczenia cały czas nad jedną rzeczą. Nawet przy stosowaniu skrótów (np. nie wszystkie obiekty były robione od zera - część została potraktowana kopiuj-wklejką i przerobiona w mniejszym lub większym stopniu, żeby zaoszczędzić mi roboty). Z traditionalem mam trochę skomplikowaną relację - wyrobiłam sporo brzydkich nawyków (przyciskanie ołówków zbyt mocno chociażby), często brakuje mi umiejętności korzystania z narzędzi (farb, kredek, tuszu) czy wyłażą zwyczajne braki warsztatowe (perspektywa, proporcje, światło i cień). Jestem praktycznie samoukiem, co z jednej strony daje mi jakiś powód do dumy... a z drugiej uniemożliwia wyplenienie błędów i sprawną naukę pewnych rzeczy. Kiedyś rysowałam dużo, dużo więcej, teraz siadam raz na ruski rok i bazgrolę głównie te same, statyczne łebki i popiersia w ujęciu 3/4, bez tła czy rekwizytów. Bweh. Czy wolę którąś technikę... Traditional jest sprawniejszy, ale jak coś się uwali - ciężko jest naprawić. Digital jest u mnie w cholerę pracochłonny, ale Ctrl+Z i Delete wybaczają pomyłki. Jedna i druga jest przyjemna, jedna i druga przyprawia mnie czasem o przysłowiową szewską pasję. tl;dr - nie wiem, czy coś wolę, w obu jestem tak samo beznadziejna i robię minimalne postępy. Ale jakaś frajda zawsze jest. Dobry Borze (Tucholski), daj mi siłę. Dużo sił. I cierpliwość.
  22. Postępy w wektorze i kolejna porcja wieczornego bazgrolenia, tym razem w 10 minut. Wskrzesiłam antyczny pomysł na fika, rysuję fikowe OCki i w końcu zaczynam ogarniać ich projekty.
  23. Węgiel i kreda. Wieczorne bazgrolenie.
  24. Kłóćcie się z regulaminem i wolą opiekuna działu.
  25. Gdybym miała biegać za podręcznikami akademickimi na biologii: A) dostałabym pierdolca B) zmarnowałabym kupę kasy C) skończyłabym w połowie przypadków z wątpliwej jakości skanami z lewych hostingów, bo niektóre książki nie trafiają nawet na aukcje po 200 zł/sztuka Czy wykłady i ich formuła są idealne? Nie. Czy podręczniki są? Też nie. Czy przyda mi się każdy przedmiot i każde zagadnienie nauczane na moim kierunku? Wątpię. Ale trafiają się wykładowcy, którzy przekazują wiedzę w naprawdę dobry sposób, którym wyraźnie zależy na wbiciu nam do głów jeśli nie konkretnej treści, to chociaż sposobu myślenia, który pozwoli nam wiedzę zdobyć (pozdrawiam pana doktora od restytucji). Trafiają się też ludzie z dorobkiem i wiedzą, którzy jako edukatorzy kompletnie się nie sprawdzają (mikrobiologia, anatomia). Oraz zwykłe, za przeproszeniem, pindy (doktor K. i ćwiczenia z anatomii na starym kierunku). Jak w każdym systemie opartym o człowieka, najbardziej wadliwy twór w całej historii życia. Nic z tym, niestety, nie zrobisz - bo pasjonatów i utalentowanych wykładowców jest zbyt mało, by mogli nauczać wszystkich chętnych studentów. Bo wprowadzenie finansowych progów odetnie dostęp do edukacji mniej zamożnym, a programy wsparcia "biednych zdolnych" mają ograniczony zasięg. Bo system edukacji trzydziestomilionowego państwa ciężko przebudować z dnia na dzień. A że fizjoterapia jest wykładana ujowo... cóż, wiem o tym od pewnego posiadacza licencjatu i to samo mogłabym powiedzieć o niektórych elementach swojego poprzedniego kierunku (weterynaria). Skoro wykłady nic ci nie dają, to nie chodź i ryj z książek. Jeśli nie odpowiada ci kierunek, zmień go. Nie zadłużasz się na całe życie, by studiować - wykorzystaj tę mobilność. Zdobyta wiedza nie przepada, zaliczenia można przenosić; może i nigdy nie zostanę weterynarzem - ale pod pewnymi względami jestem trochę do przodu w stosunku do reszty roku, bo coś z histologii czy genetyki kołacze się w pamięci i pomaga zrozumieć np. zoologię czy ewolucjonizm, o przeniesieniu zaliczeń z pomniejszych przedmiotów nawet nie wspominając. Nie wiń od razu całego systemu, jakkolwiek zepsuty i wadliwy on nie jest - to może być też twoje nastawienie i zdolności.