-
Zawartość
1999 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
1
Wszystko napisane przez Ares Prime
-
Uważnie słuchałem opowieści Steamy'ego. - Że jak?! Tak w bioły dzień?! I to na samą najśliczniejszą księżniczkę Celestię?! UUUUUrrrrwwww... niech no jo znajde tygo smoka, to gryfi miesiąc popamięto! - huknąłem zły jak diabli, słysząc relację. - Ale z tym tropieniem za łuskami to bym uważoł, bo smoki to cwaniaki jakich mało, potrafią bardzo skutycznie zacieroć ślady. Wim co mówię, bom nie roz tropił bestyje, i to całkiem cwane. Wiadomo - takie śmoki to lubią świecidełka, i wiedzą jak zwodzić nieproszonych gości. A powiedz no mi Steamy, ilu birze udział w tej wyprowie?
-
- Uh ty, normalnie serducho mi radujesz, skrzydlaty pierunie! Jak to mawioł mój dziadzio, bardzo brzydko łodmawiać gościny, i kufelka cydru. - zawołałem serdecznie i przyjaźnie, uśmiechając się pokazując swoje złote zęby. I nagle pegaz wydał mi się bardzo w porządku kucem, oczywiście jak na pegaza, bo ci to tylko latają z głową w chmurach, a robić to ni ma komu. - I nie mów mi ''pan'' bo na pana to trza mieć szacunek i piniądze, a na razie to mam tylko to pierwsze. Mów mi Olo, poprostu. No to prowadź do tyj guspody. A ciebie kak zwą, ha?
-
- No, wreszcie jokiś żywy. Ach, przeproszom, gdzie moje maniery. Ja żem jest, Olo ''Łamignat'' Bonecrusher, z przesławnego klanu Bonecrusher'uf, największych zabijoków i siłaczy jakiś zrodziła Equestriańska ziemia. - uderzyłem się w pieść podkutym kopytem aż zadudniło. - Ty suchoj no lataczu jeden, powiedz no mi gdzie tu wzywają chojraków na zamówienie? Bo widze że tragedia się tu stała, smok wos napadł, a jo przybył co by mu jajca łodrombać za to bystialstwo!
-
- Oh.. szkoda. Bo pomyślałem sobie, że zabiorę cię na małą przejażdżkę, w zamian za poczęstunek. Ale oczywiście cię nie zmuszam. Osobiście, uwielbiam szybki lot, zwłaszcza w pogodną gwieździstą, bezchmurną noc, w świetle księżyca. Nie ma wtedy dla mnie piękniejszego momentu... - na chwilę odpłynąłem, w swoje wyobrażenie takiego lotu. I jakby... coś mi zaczęło świtać. Czyzby... kolejne nieznane wspomnienie?
-
- Oż ty job twoju.... - gwizdnąłem porządnie przez zęby, widząc rozległe zniszczenia. Tak, to z pewnością robota smoka. Słyszałem że to jedno z najwspanialszym miast Equestri, siedziba najpiknieśej z księżniczek, a tu krajobraz jok po bitwie. - Jak już wtytropię tego łuskowatego pieruna, to już ja mu zrobię takie kręcenie wora, że zapomni jak się łogniem pluje. Olo ''Łamignat'' Bonecrucher, z klanu Bonecrusher'uf ni daruje takiego pogromu. - warknąłem pod nosem, i poprawiłem topór w uprzęży. Ale czemu tu tak pusto... czyżby gadzina wszystkich zeżarła? No nie, przeca to nie możliwe. - Haloo!! Jezd tu kto?! Kruca fuks, no niech że się który pierun łodezwie! - zawołałem, a jeśli nkit mi nie odpowiem idę prosto do pałaca.
-
Pokrojony arbuz, może zawierać coś więcej niż sok, pestki i miąższ. Dlatego wybieram najpierw gruszkę, tak jak Luna, potem zabiorę się za jabłko. Chyba zjedliśmy dostatecznie dużo, żeby Multi uznała że na razie mamy dość papu. Gdy kończę jeść owocki, mówię: - Dziękuję za posiłek, ale na razie mam dość, może później jeszcze coś przegryzę. Poza tym zostawmy też coś dla Twilight jak się obudzi, bo pewnie będzie głodna. A powiedz mi Multi... lubisz szybko latać?
-
- A to mnie nazywają wariatem... - pokręciłem głową, słysząc jak ta dwójka chce wejść do tego przerośniętego zagajnika. - Trafiła mi się kompania. - exdoktorek, który chce zostać żywym trupem, i alchemiczka stroniąca od kucyków, no i ja, psychopatyczny podpalacz... Dobra, jak chcecie to właźcie to tego zachwaszczonego sadu z piekła rodem, ja idę poszukać czegoś przydatnego w mieście. Jakby co to będę was szukał, oczyszczajac sobie drogę ogniem i laserem.
-
Uff... było blisko. Magia jaką włada ta mała jest naprawdę wielka... nie dziwię się że księżniczka się jej obawia. Lepiej być bardziej otwartym dla tej małej apokalipsy, i utrzymywać ją w dobrym humorze. - Bardzo chętnie szkrabie. - odpowiadam z uśmiechem. - Jeśli masz jakieś owoce, to poproszę. Zwykle unikam słodyczy, wiesz dbam o kondycję, a w moim zawodzie to rzecz bardzo ważna.
-
- Niestety nie byłem na żadnej gali. Prawdę mówiąc... na przyjęciu to byłem tylko raz w życiu, z tego co pamiętam. - westchnąłem, mimowolnie przypominając sobie czas spędzony w Ponyville.
-
Pogłaskałem Timbera po grzbiecie. - Wiesz Twilight... sam już nie wiem co sądzić o moich Przodkach. Uczono nas że nasi przodkowie opuścili Equestrię, z powodu nadejścia wielkich mrozów... nasze źródła mówią że kuc ziemny, o imieniu Stormwind, sprzeciwiał się nieudolnej władzy innego przywódcy kucy ziemnych, i wraz ze swoimi zwolennikami opuścili jego plemię, i ruszyli na dalekie południe. Co przeżyli po drodze - nie wiadomo dokładnie, nie zachowały się żadne pisemne źródła, tylko opowieści. Wreszcie Stormwind zaprowadził swoich ziomków do miejsca gdzie obecniej żyje moje plemię. Tak przynajmniej mówią nasze legendy. Nigdy nie wątpiłem w słowa, i mądrość swoich przodków... aż do teraz. Kim oni byli tak naprawdę? Dlaczego opuścili Equestrię... czym się zajmowali... tyle pytań. Cały nasz kodeks honorowy, i prawa opierają się na tym co ustanowili ojcowie naszego plemienia... nigdy nie wątpiliśmy w to.. aż do teraz. Aż do teraz...
-
A no mam pewną sugestię, odnośnie mojego naboru na MG. Nie dostałem się z powodu, jakoby moja przykładowa fabuła to przepisana historia z WOWa. Ośmielę się z tym nie zgodzić, bowiem przedstawiłbym alternatywę historii, wyglądajacą inaczej niż ta która miała miejsce. Przyznaję, nie dodałem informacji o alternatywnej ścieżce, ale tak zaraz odrzucać. Eh.. trudno, spróbuję innym razem.
-
- Cóż... dość jednostajne jak dla mnie, ale istotnie może być przyjemne. - odparłem, powoli zajadając kanapkę. Jeśli ktoś lubi ot tak egzystować, jeść, i spać, i nic pozatym, to tak może być ciekawe. Trzeba wyciągnąć od niej w jakim kierunku leży Equestria, ale za wiele pytań jednocześnie będzie wydawało się podejrzanie. Tak więc chwilowo siedzę, i obserwuję towarzyszki.
-
Ha... tak jak podejrzewałem. W innych koszach mogą być zatrute posiłki, więc najrozsądniej będzie jeść wyłącznie z tego kosza z którego zabrałem kanapkę. Szybkim ruchem oczu wskazuję księżniczce, na kosz z którego wziąłem jedzenie, i kiwnąłem głową że może być bezpieczny, poczym zacząłem jeść powoli kanapkę. Przyznaję, jest bardzo smaczna. Teraz ja zwracam się do Multi, aby umożliwić Lunie wyciągnięcie tego samego pożywienia co jak. - Więc... Multi... czym innym zajmujesz się tutaj, poza zbieraniem kwiatków?
-
Jeść czy nie jeść.. oto jest pytanie. Jak nie zjem czegoś, to mała się wścieknie, a wtedy będzie kicha. Jak zjem, może okazać się zatrute. Tak źle i tak niedobrze. Hm... spróbuję inaczej. Wezmę kanapkę z tego samego kosza co Multi. Skoro koszy jest kilka może przygotowała jeden dla nas ''z dodatkami''. Sama raczej nie jadłaby trujących zielsk. Zanim jednak wezmę kanapkę do ust, sprawdzę czy faktycznie zawiera tylko koniczynę, a nie jakieś inne zioła.
-
Okej, czas rozpocząć przedstawienie. Będzie trudno zważywszy na to że, zapach jedzenia jest wprost niebiański, ale muszę być twardy. - Nie, w porządku Multi, my jesteśmy cierpliwi. Usiądźmy tam, pod brzozą. To dobre miejsce. - odparłem, po czym wziąłem kosze i zaniosłem we wskazane miejsce.
-
- Oczywiście pani, masz rację. - widok markotnej Luny jest dla mnie taki...przykry i bolesny. I to z mojej winy, bo przyprowadziłem tu Multi. - Pani.. Powinnaś odpocząć, wyglądasz na zmęczoną. Te wszystkie wydarzenia... Musiały być męczące, martwię się o Ciebie. Bardzo.
-
- Możemy chować jedzenie pod skrzydła, a potem wywalić je w krzaki. Ty kisiężniczko mogłabyś je teleportować magią. - zaproponowałem - Ewentualnie moge zjeśc kilka kęsów, ale to ostateczność. Pozatym musimy wyciągnąć od niej gdzie jesteśmy i którędy możemy się dostać do Equestri.
-
Uff... nie to że nie kocham księżniczki Luny, ale to trochę nie najlepszy czas na amory. Szkoda... - Tak.. tak..poszukajmy. Odparłem po czym najpierw podszedłem do Twilight sprawdzić co z nią, i czy aby te ziółka jej nie zaszkodziły. Potem rozglądam się za jakimś średnio zacienionym miejscem na piknik. - Em.. księżniczko, sądzisz że powinniśmy jeść to co przyniesie Multi? Jakoś nie specjelnie podobała mi się sugestia Noc'a. Wiesz... chodzi mi o to czy nasza mała koleżanka nie wzbogaci jedzenia, ''czymś innym''.
-
- Meh.. wykłady są dla kujonów. Ja tam wolałem naukę poprzez metodę prób, błędów i podpaleń. Dobra, może skończmy tą dyskusję doktorze, bo mamy inne, dużo ciekawsze rzeczy na głowie nie? Okej, to wracamy do Ponywiochy, sprawdzamy czy wywiało wszystkich, a potem bawimy się w bohaterów, i ruszamy na ratunek. Tak brzmi plan, zgadłem kochani?
-
- Sory doktorku, ale uwielbiam wkurzać innych. To takie moje skrzywienie psychiczne...hhehe. A że z reguły dla klacz staram się być uprzejmy, więc sory memory, padło na ciebie. To ci pasuje - Doktor K. Może się nie znam, ale tytuł naukowy to się ma na całe życie nie? Poza tym... wiesz jak się wkurzasz to ci drga prawa brew? I tak właśnie odkryłem nowe hobby - wkurzanie Kyre'a.
-
Zamek znów się zmienił... no jasne. Mógł wrócić do stanu mniej zniszczonego przez czas, co jednak nadal nie ułatwiało nam zadania. Przyjaciele też nie wyglądali dobrze. Potrzebowali odpoczynku i czasu, ale z drugiej strony to nie jest zbyt bezpieczne miejsce na odpoczynek. Podeszłem do nich, i oznajmiłem. - Pójdziemy inną drogą. Ale później. Jesteście zmęczeni, i potrzebujecie odpoczynku zanim mikstury wyleczą was. Możecie się zdrzemnąć ile trzeba, ja będę stał na straży. - powiedziałem łagodnie. - Nie macie dość siły aby szukać teraz innego miejsca na odpoczynek. Śpijcie, ja będę czuwał. Ah... i przepraszam za ostre słowa.. tam na górze. Następnie odchodzę nieco w bok, dać koleżankom, i wilkowi potrzebny sen i spokój, sam zaś obejmuję wartę, i zaczynam dalej w myślach układać plan zamku.
-
To było... dziwne. Nawet jak na Noca. Brzmiało to jak ostrzeżenie. Czyżby próbował nas przestrzec przed swoją siostrzyczką? Księżniczka mówiła że zdolna była zadawać śmierć bez mrugnięcia okiem. Może Multi tylko gra, i próbuje wciągnąć nas w płuapkę? Trzeba się mieć na baczności. Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Luny. - Em.. no ten tego... - zagryzłem wargi, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć. - Może.. może tak tylko się zgrywał...heheee. Jakież było moje zdziwienie, jak zauważyłem że skrobię nerwowo kopytem po ziemi, a moje skrzydła są wyprostowanie. Typowa oznaka że pegaz jest... no cóż.. wiadomo. Przestałem skropać i natychmiast złożyłem skrzydła, udając że nic się nie stało.
-
- Przeważające argumenty za tym żeby tam się nie pchać doktorku śmierć. No to świeć Celestió nad jego świrowatą duszyczką. Ore wuar czy jakoś tak... - westchnąłem kłaniając sie teatralnie - To co, wracamy i szukamy innych ocalałych?
-
- To jak, włazimy? W sumie to nie znamy tego typa co tam wlazł, a teraz to na bank żerzrą go potwory. Mnie tam go nie żal. Falka, doktorku, włazimy czy wracamy?
