-
Zawartość
1999 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
1
Wszystko napisane przez Ares Prime
-
Ajć... i co ja mam jej powiedzieć? Że zabiłem alicorna, aby ją pomścić? Że miałem jego krew na kopytach? Podszedłem do niej, starając się zasłonić sobą paskudny widok resztek Gatanyera. Nie, tego powiedzieć jej nie mogłem. Nigdy. - Nie bój się... on nam więcej nie zagrozi. Sam był sobie winien... próbował przejąć moc której nie był w stanie opanować. I niestety tak skończył. To była jego własna wina. Nie patrz na to... - odparłem delikatnie, i ostrożnie ją przytuliłem.
-
- Groźny to ja jestem doktorku. Zwłaszcza na głodniaka... heheh. - zaśmiałem się z własnego dowcipu, lecz nastychmiast spoważniałem. - Eh, no dobra to ja pójdę za tym świrem, i spróbuję dowiedzieć się do tam mu siedzi pod jego kopułą, w mózgu. Znaczy się porozmawiam z nim, nie zrobię mu krzywdy. Jakby co, to wypatrujcie pożaru, to tam będę. Po czym galopem udaję się za naszym uciekinierem.
-
YAY! Jednak sesja została wskrzeszona! ODPISYWAĆ DO RPGÓW LENIE !!! _________________ - Dooobra.... gonimy świra, czy zostajemy tutaj? Ewidentnie gość miał coś nie tak z główką, i nie chodzi mi tu o jego fryzurę. - zwróciłem się do reszty ekipy z tym pytaniem. Choć osobićie nie chciało mi się gonić za zestrachanym kucem, który pognał do lasu pełnego potworów. - Falka, Doktorku. Co wy na to?
-
Szkoda że Olo sie nie załapał. No nic może innym razem...
-
No, wreszcie znalazła się nasza zguba. W pierwszej chwili chciałem do niej podejść i zdrowo opieprzyć, za to że oddaliła się od nas, ale widząc jej stan, odpuściłem. Co ją mogło tak wystraszyć? - Tak jest, pani. - odparłem krótko, kiwając głową na rozkaz Luny. Następnie wzbiłem się w powietrze, i zaczynam uważnie patrolować z góry teren wokół polany w celu wypatrzenie ewentualnych zagrożeń, i znalezienia dalszej drogi. Cholera, gdzie nas mogło przenieść tym razem? Czy to Equestria, czy nadal ziemie Zmiennego Imperium?
-
...Ten, którego wytrzymałość wzbudza podziw u innych... Bardziej celnie nie mogłeś trafić. Będę najlepszym uczniem, dla naszej kochanej pani profesor Luny. Ze swoją siłą, wytrwałością w powierzonych mi zadaniach, oraz wierności dla Nocnej Księżniczki, nic nie będzie w stanie mnie zatrzymać. Żadna przeszkoda czy wyzwanie mi nie straszne, ja je rozwalam. W moim słowniku nie ma słowa ''poddaję się''. ALL HAIL PRINCESS LUNA !
-
Dobrze że zostawiłem trochę owoców na później. Przynajmniej ona naje się choć trochę. Jednak nasza praca nie została zakończona. Gatanyer może i został pokonany i unicestwiony, ale trzeba jeszcze zapieczętować Thanatosa. To jest teraz nasz priorytet, tego chciałaby pewnie Shiva. - Odpocznijmy chwilę, i ruszajmy zakończyć sprawę z Thanatosem. - rzekłem do Twilight.- Gdy go zapieczętujemy całkowicie, reszta powinna wrócić do normy. Na koniec poszukamy szczątek Shivy. Tak wygląda obecnie nasza rozpiska zajęć. Chociaż nie musimy teraz gnać na łeb na szyję, to jednak wartaloby się streszczać.
-
Dziwne... Mam wrażenie jakby księżniczka coś ukrywała, ale to teraz nie istotne. Odczuwałem lekki żal gdy przestała się do mnie przytulać, lecz miała rację, trzeba znaleźć Twi. - Tak jest pani. - odparłem salutując - nie zwlekajmy, Twilight może nas potrzebować. Ruszajmy przez te drzwi.
-
Zignorowałem słowa Noc'a. To może poczekać, teraz ważniejsze jest zdrowie księżniczki. Przez chwilę jeszcze tuliłem ją do siebie, aż wreszcie zadałem jej pytanie. - Księżniczko... jakim cudem ten Noc, zamienił.. zamienił cię w tamtą czarną klacz? Czy on naprawdę dysponuje taką mocą...? Bo.. bo zauważyłem że ona.. ona mówiła o tobie jakby była tobą.
-
- Em.. no chodziło mi o to, że poprostu zasnęłaś na dłuższą chwilę ze zmęczenia. Bo byłaś nieco, nieobecna. - odparłem z lekkim fałszywym uśmieszkiem, majac nadzieję że nie bedzie zadawała zbyt wielu pytań. Okej... Thanatos uwięziony, Gatanyer pokonany i zabity, więc chyba wszystko powinno wrócić do normy. Ale pozostaje jeszcze jedna kwestia - chyba gdzieś tutaj muszą być pozostałości Shivy...a ja obiecałem pochować jej szczątki żeby odzyskała spokój. I nie opuszczę tego miejsca dopóki nie odnajdę tych szczątek. Tymi przemyśleniami podzielilem się z Twilight, i ciekaw byłem jej opini.
-
- Nigdy cię nie zostawię Luno... Niemógłbym cię zostawić, nigdy.Już dobrze, nie płacz proszę. - delikatnie ocieram łzy księżniczce, i wtulam ją do siebie. - Już jej niema, ta czarna zniknęła pokonałaś ją. Już dobrze...
-
Postanowiłem usłuchać głosu Luny. Dlatego skierowałem się na czarną klacz, by być jak najbliżej, i w razie czego powalić ją na ziemię, bez robienia krzywdy. Ostatecznie to klacz, nie wypada jej bić.
-
Patrzyłem na to wszytsko z rozdziawionymi ustami, nie wierząc w to co widzę. Takiego pokazu magii nie widziałem od czasu gdy, otrzymałem swoje tatuaże w Jaskini Przodków. Shiva... poświęciła się, dla Derpy. Nie do wiary, poprostu... nie do wiary. - Ja..ja.. dziękuję ci, przyjaciółko. - powiedziałem ocierając łzy, widząc poświęcenie Pani Jeziora. - Niezapomnię o złożonej obietnicy, ani o Tobie Leviathanatiano del Shiva, Pani Jeziora. Żegnaj... Patrzyłem jak Pani Jeziora ostatecznie znika, aż wreszcie pozostała tylko Derpy. ŻYWA!! Dzięki niech będą Przodkom. Otarłem łzy, i powoli podszedłem do niej. Chociaż miałem wielką ochotę ją uściskać, to jedak musiałem działać ostrożniej, aby jej nie wystraszyć. - Hej Derpy... - powiedziałem ciepło i przyjaźnie. - Dobrze znowu cię widzieć...muffinko..
-
Wygraliśmy...wygraliśmy? Zabiłem go. Nie... to klęska. Gatanyer nieżyje. Ale co z tego, skoro ona zginęła. Ona nie była niczemu winna... Patrzyłem na to co pozostało z Gatanyera, i rąbnąłem w ostatni cały fragment jego czaszki, i mięsa. Teraz... nikogo nie skrzywdzi... - GGGYYYEEEEEAAAAAA!!!! - padłem na kolana i ryknąłem z wściekłości i żalu. Najważniejszy powód dla którego tak pędziłem, i pragnąłem się tutaj dostać, leżał teraz martwy. Ona nie była niczemu winna, nie musiała zginąć. - Ja.. ja chciałem dobrze... ja chciałem pomóc... ocalić... niechciałem żeby ktoś zginął... zwłaszcza ona... - zacząłem płakać, jak dziecko. Żaden ból jaki doświadczyłem w życiu nie bolał jak to. - Co ze mnie za lider...nawet nie potrafiłem jej ochronić... to ja powinieniem zginąć...
-
Głos Luny... tej prawdziwej... dodał mi siły, i nadziei. Muszę wytrwać, nie dam się zabić. Kimkolwiek jest ta czarna klacz, na pewno nie jest moją księżniczką. - Słuchaj, nie wiem kim jesteś, ale na pewno nie jesteś księżniczką Luną. Nie zachowujesz się jak ona. Luna nigdy nie miała w sobie zła, jest chodzącą dobrocią, nigdy by nikogo nie skrzywdziła. Ona jest w tobie, i wkrótce się wydostanie! Nie miałem zamiaru się poddawać, muszę być silny. Będę unikał ataków tej klaczy, aż Luna wróci. Wiem że wróci. Wierzę w to.
-
- Czemu mnie atakujesz pani? Co ci się stało... Nigdy się tak nie zachowywałaś! Przestań poszę! - zawołałem starajc się unikać jej ataków. Co jej się stało... Ja.. Ja muszę ją ocalić tylko jak?
-
Wreszcie nadeszła ta chwila. Walka z bogiem. Tym razem jednak szanse są wyrównane. Choć jest potężny, nas jest więcej, mamy siły i możliwości aby go pokonać, i wymierzyć sprawiedliwość. - Shiva... - w myślach spróbowałem skontaktować się z towarzyszką. - Ty, Twilight, i Timber odciągnijcie Derpy od pomnika. Ja zajmę się Gatanyerem. Zapewnię wam ochronę przed nim. Potem dobyłem swój miecz i wyszedłem na przeciw alicorna. - Przykro mi Gatanyer... ale plany uległy zmianom. Dziś zakończy się twoja egzystencja w tym świecie, i zostanie przywrócony należyty porządek, i harmonia. Nikt więcej nie zostanie skrzywdzony przez ciebie, i inne zło jakie jest w tym zamku. A Jedyne co od nas dostaniesz, to solidny oklep pyska. Po tych słowach ruszam na Gatanyera, w pierwszym ataku markując uderzenie mieczem, zaś tak naprawdę chcę dowalić mu solidnie z kopniaka. Zobaczymy czy ten amulet na alicorny będzie działał.
-
A co z Olem? Da radę się załapać ?
-
Sorki, ale ja pozostanę przy normalnej Equestrii. Poza tym lubię, i chcę rozwijać swoje inne postacie, a ta wydaje mi się postacią z potencjałem i oryginalną. Imię: Olo Bonecrusher Rodzina: bardzo liczna, będzie tego z kilkanaście kucy Ksywa / Przydomek: Łamignat Rodzaj kuca: Kuc ziemny Płeć: Ogier Zawód: Poszukiwacz przygód, wędrowny robotnik Wiek: ok. 30 lat Wygląd: Niski, wręcz nieco kurduplowaty kuc ziemny o ciemnobrązowej maści. Niższy od przeciętnego kuca ziemnego, ale za to jest wręcz niesamowicie nabity mięśniami twardymi jak skała. Nosi długa brodę rudą zaplecioną w kilkanaście warkoczyków (każdy symbolizuje pokonanego w walce na śmierć i życie wroga). Brakuje mu kilka zębów, za to jeden kwadratowy u dolnej szczęki, wystaje mu zawsze. Olo jest z niego bardzo dumny i nosi go niczym medal ( niepytaj czemu ). Jego grzywa jest zawsze postawiona na irokeza, a ogon też nosi zapleciony w warkocz. Jego kopyta są podkute mocnymi, żelaznymi podkowami służącymi mu jako kastety. Dodatkowo na każdej , na ich spodzie są wygrawerowane imię : OLO BONECRUSHER – dzięki temu jak przywali w kogoś to odciśnie się na ciele w postaci siniaków. Pozatym zawsze towarzyszy mu ostry korzenny zapach. Cutie Mark: Żelazna podkowa na pękniętej kości w tle. Talent, Unikatowa Zdolność: Olo pomimo niewielkiego wzrostu jest niesamowicie silny. Potrafi dźwigać i ciągnąć ciężary z którymi nawet Big Mac by sobie nie poradził ale to akurat rodzinne u niego. Jego prawdziwym telanetm jest właśnie niezwykła zdolność walki wręcz. Może i jest mały ale za to dość zwinny i silny żeby jednym uderzeniem kopyta połamać kość w 4 miejscach, rozbić głaz na żużel, czy złamać drzewo. Charakter: Rubaszny, poczciwy, honorowy, przyjacielski, uwielbiający towarzystwo, przygody, mocne trunki i dobre jedzenie w hurtowych ilościach i ładne klacze. Bywa krewki i porywczy , przez co uwielbia wdawać się w bójki. Dla przyjaciół jest oddany, gotów na wszytsko. Dla wrogów, oraz tych których Nielubi jest niczym wrzód na tyłku. Jak się zdenerwuje to nie ważne czy jesteś smokiem, gryfem czy kucykiem – zęby będziesz miał wybite, a kości połamane. Nie przejmuje się jutrem, żyje z dnia na dzień. Dodatkową unikalną cechą Ola jest jego sposób wysławiana się : brzmi nieco jakby miał pełno kamieni w gębie, albo gorącego ziemniaka w ustach. - Witojcie, jo jestem Olo ‘’Łamignat’’ z prze zocnego klanu Bonecrusher’uf. Ja uwilbiom pikne klacze, zacne trunki, dobre żorcie, i łomotoć po ryjach nieprzyjaciół. Jo ci godom dobrze – we mni mić lepiej kuma, niźli wroga. Bo jok si zdenerwuje, bo jok praskne, to zymbów będziesz szukoł na Ksinzycu - oto mała próbka krasomówczych zdolności Ola. Historia: Olo pochodzi z wioski Rockbone w zachodnich górach. Tamtejsze kuce żyły normalnie, w wiosce przypominającej Ponyville. Osadą przewodził klan Bonecrusherów – silnych ziemskich kucyków, ceniących siłę i rodzinną jedność. Olo był jednym z wielu synów wodza klanu, takim bardziej narwanym. Z początku jak każdy kucyk z osady, pracował w kopalni. Potem mając już dość wdychania pyłu i kurzu, zrezygnował z tej roboty. Jakiś czas siedział bezczynnie, aż do miasta nie przyjechała karawana kupców z eskortą. Wiadomo – podróżni chcieli sprzedać towary, i odpocząć. Ich eskorta zaczeła hulać w gospodzie, przymilać się do lokalnych klacz, zwłaszcza do przyjaciółki Ola. Młodemu aż krew zawrzała, i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, wywiązała się bójka. W efekcie cała eskorta kupców, skończyła z powybijanymi zębami i połamanymi kośćmi. Tak też otrzymał swój CM. Ojciec Ola, chcąc załagodzić spór, kazał synowi za karę udać się z kupcami i robić za całą eskortę. Z czasem to zajęcie zaczęło mu się podobać – zawsze mógł komuś obić pysk, poznać nowe miejsca i kuce, dobrze zjeść i wypić. Wędrował tu i tam, zatrudniając się jako ochroniarz, czy silnoręki do wynajęcia. Był w tym bardzo skuteczny. Pewnego dnia usłyszał o nim organizator turnieju ŻELAZNEJ PODKOWY, w którym ja silniejsze ogiery w Equestrii wlaczyły ze sobą o tytuł najsilenjeszego ogiera w królestwie. Olo od razu zgodził się walczyć dla niego za opłatą i dla sławy. Było bardzo ciężko, stracił kilka zębów, złamał sobie kilka kości ale został mistrzem. Pas mistrzowski zawiózł do domu, a sam wyruszył w wyprawę wakacyjną, która trwa już kilka lat. W trakcie jej trwania usłyszał opowieści o magicznym bukłaku zwanym BEONAR z którego wylewa się każdy trunek jaki możesz sobie tylko wymarzyć, i to w nieograniczonych ilościach. Olo zatem postanowił go odnaleźć. Nie mógł przepuścić picia piwa korzennego co dziennie do końca życia, w ogromnych ilościach. Cel postaci: Nic wielkiego – podróżowanie, obijanie wrogom pysków, pojednywanie sobie przyjaciół i wrogów, odszukanie Beonaru, a w przyszłości chce posiadać własną gospodę i karczmę. Ale jeszcze do tego ostatniego marzenia mu się niespieszny.
-
Hej zapisy są jeszcze otwarte? Bo chętnie dołączył bym do gry
-
- Napewno nie chcesz więcej Twilight? Niezależnie od odpowiedzi klaczy zostawiam kilka dorodniejszych owoców, zaś sam zabieram się do pałaszowania. Kurczę, dopiero teraz doszło do mnie jak bardzo byłem głodny. Nie zamierzałem się przejmować manierami, i dobrym zachowaniem, i bez wstydnie pałaszowałem owoce rozkoszując się ich smakiem, i tym cudownym uczuciem sytości w brzusiu. Choć może to pewnie wyglądać komicznie dla klaczy, nie zamierzam się tym przejmować. A tych kilka owoców, zostawię na później. Dla Derpy. Gdy ją uwolnimy z pewnością też będzie głodna.
-
- Pani!! - krzyknąłem widząc co się dzieje z księżniczką Luną. Nie straszne było dla mnie wykonywanie niebezpiecznych misji, ani walka nawet z silniejszymi wrogami, ale to... to sprawiało że się bałem. Nie o siebie.. ale o swoją panią. A teraz... teraz ONA zniknęła, a zamiast niej pojawiła się... no nie wiem, nigdy wcześniej jej nie widziałem. - Co do... kim jesteś! Coś ty zrobiła z księżniczką Luną! Odpowiadaj!! - krzyknąłem do klaczy, uskakując przed jej atakiem. Muszę się dowiedzieć kim ona jest, i co zrobiła z moją najdroższą.
-
- Precz potwory... precz stąd, albo pożałujecie. Nie pozwolę wam jej skrzywdzić! Zbliż się a ostatnie co zobacysz to rozmiar mojego kopyta na twojej owadziej gębie. Zresztą, niby jak WY, mielibyście pomóc? Nigdy nie przyjmę pomocy od takich kreatur. Wtulam Lunę bliżej, i dodatkowo otulam ją skrzydłem. Na razie muszę ocenić ilu ich jest, potem zastanowię się nad ewentualną walką. Księżniczka nie jest w stanie się bronić... może będę musiał wziaść ją na plecy i odlecieć z nią.
-
A jednak Luna miała rację... coś tutaj jest. I najwyraźniem ma wobec niej złe zamiary. Ale jeśli spróbują choćby podnieść na nią kopyto, pożałują tego. Delikatnie, odsuwam się od Luny, na tyle aby móc dostrzec gdy coś będzie się zbliżało. - Słyszę je. Miałaś rację pani, coś tutaj jest. Ale nie bój się, ja cię obronię. Tak jak zawsze. Najpier jednak muszę wiedzieć z czym mamy do czynienia. Jeśli te... stwory są żywe, znaczy że można je zabić. Ale bezpieczeństwo Luny, jest najważniejsze, i zrobię wszytsko by ją chronić.
-
- Nie... nic nie słyszę. Nie wyczuwam niczego.... księżniczko, uspokuj się proszę. Panika nic tu nie pomoże. - podchodzę do niej, mówiąc delikatnie i spokojnie. Gdyby jednak nie uspokoiła się i panikowała... przytulę ją mocno, i delikatnie, by ją uspokoić.
