Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

The Walking Dead: Ucieczka

Recommended Posts

Siedziała w domu już dwa dni. Dwa dni męki, dwa dni odcięcia od świata i od ludzi. Dwa dni, trwające dłużej niż tygodnie, czy miesiące i będące najbardziej niespokojnym i męczącym okresem w życiu Sophie Evans.

Telefon milczał. Wczoraj był jeszcze sygnał, dzisiaj już absolutnie żadnego. Było to przerażające milczenie. Upiorna cisza.

Oczywiście, matka nie odebrała ani razu. Zawsze była nieco roztrzepana, jasne, ale to już przekraczało wszelkie granice. Co ona sobie myślała? Na ulicach chodzili zmarli, a ona zachowuje się tak nieodpowiedzialnie... Przecież musi być w domu, bo i gdzie miałaby iść widząc to wszystko? Na pewno nic jej się nie stało i siedzi  w domu. Albo skorzystała z ewakuacji miasta...

Ewakuacja miasta, właśnie. Appleton to przecież duże miasto. Dlaczego wcześniej nie widziała żadnych helikopterów? Czemu nikt nie nadawał wiadomości? Jedynym co słyszała było radio, z którego wciąż płynęły komunikaty o zachowaniu spokoju, aż do dzisiaj... Dzisiaj po raz pierwszy pojawił się komunikat z sensem.

 

Ocalali mieszkańcy Appleton mają zebrać się w parku, o godzinie siedemnastej. Wylądują tam helikoptery, które zabiorą was w bezpieczne miejsce. Unikajcie otwartych terenów i głównych ulic miasta. Zabierzcie tylko potrzebne rzeczy.

 

Przez ulicę widoczną z okna zaledwie wczoraj przetoczył się pochód martwych. Teraz było ich tam niewielu - zaledwie pięciu poruszłało się po ulicy. Niedaleko nich leżał też jeden na wpół zjedzony trup. Najgorsze dla Sophie były noce - niekończące się pasmo koszmarów, jakby już sam widok nie był wystarczająco przerażający. Tymczasem dochodziła godzina szesnasta.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Zachciało mi się odseparowania od rodziny... bycia samodzielną... - mruknęła do siebie, chcąc jakkolwiek przerwać ciszę dobiegająca ze słuchawki telefonu, nienawidziła jej i najchętniej roztrzaskałaby to urządzenie o ścianę - Mogłam siedzieć u niej aż 30, mogłybyśmy od razu wybrnąć z tego bagna . - dodała ostatni raz z przekąsem, wzdychając ciężko . 
Rozejrzała się po raz setny po mieszkaniu. Ściana, kolejna ściana, oberwana tapeta i tak dalej. Mieszkanie nie było czymś wyjątkowym. Byleby pomieściło jedną, leniwą i niespełnioną młodą dorosłą, narzekającą od pewnego czasu na swoją pracę i wszystko co było dookoła niej. O, kolejna ściana jak miło, a na niej zegarek. Wystarczająco głośny aby doprowadzić do obłędu. Nieubłaganie wyznaczał godziny, zmuszając Sophie to podjęcia decyzji,
Dziewczyna jednym ruchem powstała ze swojego łóżka, biorąc swój wymęczony żywotem obszerny plecak. Zabrała wszystko co było potrzebne, przynajmniej to co się takie wydawało. Po prawej stronie plecaka owinięty materiałem nóż, po lewej - w kieszonce butelka wody. Wszystko jak na wyciągnięcie ręki. Pożywienie miało jej starczyć na 5 kolejnych dni, przy normalnym trybie życia, więc nie musiała się martwić, chyba. Z żalem zdjęła znad łóżka kij, oglądając zabezpieczony lakierem podpis jednego z jej ulubionych zawodników. 
Planem było dostanie się na miejsce ewakuacji , miała nadzieję na to , ze jej matka też tam się zjawi, jeśli jednak nie.... . Nawet nie dopuszczała do siebie takiej myśli, ona tam będzie jest tego pewna. 
Sophie jak najciszej otworzyła okno, które było wyjściem na schody przeciw pożarowe. Czas w końcu się ruszyć. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najbliższy chory - czy też po prostu trup - znajdował się pięćdziesiąt metrów od wyjścia ze schodów i wciąż oddalał się od tego miejsca, powłócząc nogami. Żeby dotrzeć do parku, Sofie musiała teraz skręcić w lewo. Mogła przemknąć się za stojącym niedaleko, czerwonym Chevroletem Malibu i kolejnymi samochodami stojącymi wzdłuż ulicy. W mieście znajdowało się kilka parków, ale chodziło zapewne o Park Pamięci Appleton.

Sophie musiała więc przejść przez rzekę Fox, minąć Uniwersytet i na końcu drogi skręcić w prawo, aby dotrzeć do tego parku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wzdrygnęła się na sam widok oddalającego się trupa. Będzie musiała uważać aby nie narobić zbytniego hałasu. Nie chciała konfrontacji, walka była jak najmniej wskazana.

Nie chcąc się pośliznąć stąpała ostrożnie, po stopniach schodów, co jakiś czas spoglądając czy nawet zwykłe skrzypnięcie jej butów nie przyciągnęło jednego z zombie. Będąc przy wyjściu szybko znalazła wcześniej widziany samochód. Jeśli podąży szybkim krokiem w stronę parku, powinna się tam zjawić w dojść przystępnym czasie. Mogłoby to pozwolić na szukanie matki w tłumie, jeśli takowy będzie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie udało się przemknąć niepostrzeżenie koło najbliższych zombie. Musiała iść szybko, ale i niezwykle cicho - co jakiś czas pojedynczy zombie "patrolował" ulicę. Po upływie pół godziny przed dziewczyną zamajaczyła brama parku. Problem był tylko jeden - im bliżej parku, tym więcej zombie. Wokół zielonego terenu było ich tyle, że nie dałoby się przemknąć niepostrzeżenie.

Mimo to próbę taką podjęła podstarzała kobieta z małym dzieckiem. Miała krótkie, farbowane na rudo włosy. Ubrna była w luźne spodnie i bezrękawnik, jej skóra była opalona. Próbowała przemykać się między samochodami, i kiedy już była na kilka metrów od ogrodzenia parku, dziecko zaczęło płakać.

Dźwięk był tak niespodziewany, że wzbudził w Sophie przerażenie. Wszyscy zarażeni, makabryczne, poszarzałe istoty, których ciała zaczynały gnić, zwróciły się w tamtym kierunku. Kobieta rzuciła się na ogrodzenie parkowe, ale nie zdążyła dotrzeć na szczyt - została wciągnięta w tłum kilku zombie i już po chwili płacz dziecka ustał nagle. Dochodziły już stamtąd tylko ohydne odgłosy spożywania posiłku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Znieruchomiała gdy tylko jej ciałem zawładnął strach. Jedynym pocieszeniem było to, że jednak jest to odpowiedni park . 
- Biedna kobieta... - mruknęła pod nosem, odrywając wzrok od zebranej . Musiała przeżyć, do tego było potrzebne opanowanie. Można to potraktować jak ćwiczenia próbne w policji. Prosty tor przeszkód, jednak za złe wykonanie czegoś dostawałeś kwitek z metaforyczną kulką w łeb. Wahała się czy wykorzystać aktualny stan rzeczy i sama wspiąć się na ogrodzenie. Jednak, mogła skończyć jak tamta kobieta , wciągnięta przez zimne ręce prosto na chodnik i zjedzona. Chwila nieuwagi , zaczepienie się kurtki o ogrodzenie, cokolwiek przychodziło do głowy, mogło spowodować śmierć. 
Pozostanie tu jest dobrym i jednocześnie złym pomysłem. Musiałaby znaleźć kawałek przestrzeni i poczekać na pomoc, która podobno ma zjawić się w parku, wtedy można liczyć na to, że jakoś udrożnią drogę dla innych .... 
- Cholera o czym ty myślisz? Może jeszcze dla każdego przyniosą ciepłe kakao na rozgrzanie atmosfery? Dziewczyno, dobrze wiesz jak działają władze. Ma być szybko i sprawnie. Komunikat mówił o parku, więc każdy kto chce zostać uratowany ma być o 17 właśnie tam. - skarciła samą siebie w myślach, poprawiając plecak .
Jeśli znajdzie wystarczająco puste miejsce przy ogrodzeniu, podbiegnie do niego, przerzuci plecak wraz z kijem sama od razu się wspinając. Prawa, a później lewa noga, jak na ćwiczeniach. 
Gdyby jednak nie było by racjonalnie wyglądającego prześwitu pozostało jedynie czekać na mocno hałasująca gwiazdkę z nieba. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gwiazdka z nieba pojawiła się, i owszem. Helikopter wydający ostre, przenikliwe dźwięki leciał dokładnie nad ulicą, na której znajdowała się Sophie. Leciał bardzo, bardzo powoli. Jak na zawołanie, wszystkie zombie zawróciły i zaczęły iść w kierunku, z którego dobiegał je dźwięk.

Sophie mogła  mieć zaledwie kilka sekund, aby się ukryć. Zarażeni na pewno nie nadciągali tylko z jednej strony - niebawem zaroi się od nich.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To rodzinne szczęście do pecha. Nawet jeśli ma nadejść pomoc to tylko w taki sposób aby na początku zaszkodzić tak jak teraz. Ucieczka w głąb miasta nie była dobrym pomysłem. Z tyłu miała zaś zombie, które targały swoje cielska w stronę czegoś co jest poza ich zasięgiem. Jak psy, które chcąc złapać piłkę, ale nie potrafią zauważyć tego, ze ich właściciel jest wyższy, tylko one chcą jednej jedynej piłki, a zombie zaś mięsa, niezależnie gdziekolwiek  ono by się znajdowało. 
Drogą ucieczki mogło być pobiegnięcia w którąś stronę, mając świętą nadzieje, że helikopter jest czymś godniejszym uwagi. Pozostanie tu, licząc, ze będzie się niezauważonym, było równe 0 .

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie poczuła gwałtowne szarpnięcie za kołnierz i zanim zdążyła zareagować, została pociągnięta do tyłu, niemal tracąc przy tym równowagę. Zauważyła przed sobą szybę i zamknięte drzwi, a na jej usta powędrowała czyjaś dłoń.

- Nie krzycz i kiwnij głową, że rozumiesz i tego nie zrobisz - szepnął chłodny głos.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziewczyna zamarła z przerażenia. Jej ciało było przygotowane na tyle aby móc się obronić. Gdyby nie to, ze była przerażona, pewnie dawno uruchomiłby się jej czynnik samoobrony, zamieniło się to właściwie w mocniejszy uścisk na kiju. Była również zła jak i wdzięczna za to, że w pewnym sensie ją zabrano z tamtego miejsca. 
Po kilku chwilach kiwnęła głową, nieco ją obracając by rozpoznać źródło głosu . 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- W porządku - odpowiedział głos, już nieco cieplejszym tonem. Dłoń zasłaniająca usta Sophie została od niej odsunięta.

- Mają wbrew pozorom czuły słuch - wyjaśnił właściciel głosu, wysoki, szpakowaty mężczyzna o czarnej czuprynie włosów w artystycznym nieładzie. Był dość blady i miał podkrążone oczy - jakby chorował, albo długo nie spał. Jego nos był dość duży i wąski, a oczy ciemnobrązowe i poważne. Miał na sobie lekarski kitel, rozpięty.

Zbliżył się do drzwi i zasłonił szybę roletą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie przyglądała mu się jeszcze przez chwilę, chcąc jakby sprawdzić czy czasem nie znała tego mężczyzny. Prawdopodobnie nie, nawet jeśli jest lekarzem . Na początku chciała go spytać czy nie idzie czasem na miejsce ewakuacji, ale wypadałoby najpierw  podziękować.
- To dziękuję, że mnie z wyciągnąłeś tego bagna... - powiedziała, rozluźniając dłoń na kiju. Nie była osobą, która miała talent do zakładania kontaktów między ludzkich. - Nazywam się Sophie, Sophie Evans.  - powiedziała, rozglądając się po pomieszczeniu, jednak jej wzrok spoczął ostatecznie na mężczyźnie. - Problemem, może być teraz wyjście... o siedemnastej w parku wylądują helikoptery aby ewakuować ludność. - dodała. 
 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pomieszczenie w którym się znajdowali był poczekalnią gabinetu dentystycznego, o czym świadczyły

- James Ward - odpowiedział i podał jej rękę. Miał dość mocny uścisk dłoni. - Nie ma za co. Z wyjściem nie powinno być problemu za jakieś piętnaście minut. Wszyscy zakażeni poszli za helikopterem. Niezły pomysł, jeśli tylko wyślą dużo helikopterów do zabrania stąd ludzi - stwierdził. Odchylił lekko roletę zasłaniającą szybę i obserwował.

Po dziesięciu minutach znaczna większość żywych trupów zniknęła z ulicy. James przeszedł przez poczekalnię, wszedł do gabinetu i wyszedł z niego już bez kitla, mając plecak założony na plecy i spory nóż w dłoni.

- Potrafisz szybko biegać? - zapytał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie jedynie przyglądała się poczekalni, w czasie gdy James obserwował co się aktualnie dzieje za szybą. Gdy tylko znikną w czeluściach swojego gabinetu, dziewczyna sama skorzystała aby sama spojrzeć na ulicę. 
Wzięła łyk wody, szukając po ścianach zegarka. zastanawiała sie co aktualnie z jej matką. W takiej sytuacji przejście do parku mogło być niemożliwe. Jeśli jednak została w domu, to co? Nie zostawi jej przecież. Westchnęła ciężko widząc wychodzącego z gabinetu James'a . 

 - W takiej sytuacji, trudno bym tego nie potrafiła. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Och, znam takich, którzy nie potrafią. Chodź. Biegniemy do parku - zarządził. Jeszcze raz wyjrzał przez szybę, po czym otworzył drzwi i przepuścił Sophie przodem, nie widząc żadnego zombie na horyzoncie. Żadnego, który mógłby być groźny, bo całkiem niedaleko gabinetu czołgało się coś, od czego bił nieznośny odór rozkładu. Trup był cały brązowy i nadjedzony, ale nie przeszkadzało mu to w podciąganiu się i próbach zdobycia pożywienia. Za beznogim korpusem ciągnęły się wnętrzności, a twarz o zapadniętych policzkach i wyżartych wargach rozglądała się za ewentualną ofiarą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skinęła głową słysząc słowa mężczyzny. Złapała kij tak aby w czasie biegu nie wypadł jej z dłoni, czyli w połowie długości. Lekko się krzywiąc na sam zapach jaki ją uderzył gdy tylko zostały otworzone drzwi. Nie miała zbyt wiele, jak pobiec, spojrzała jeszcze raz na James'a aby upewnić się czy wszystko w porządku po czym zaczęła biec w stronę parku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Niezły koszmar, prawda? - zapytał, biegnąc obok niej. Gdy dotarli pod bramę parku, Sophie zauważyła leżące pod bramą szczątki kobiety. Wyjątkowo okropny widok. jeszcze gorszym widokiem była mała, smutna sylwetka leżąca kilka metrów dalej w kałuży krwi. James spojrzał na dwa ciała, po czym zaczał wspinać się po ogrodzeniu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odpowiedzią na jego pytanie była lekko pobladła twarz Sophie. Nie była na tyle słaba aby załamał ją pierwszy lepszy widok chodzącej śmierci, ale jednak przez ostatnie dwa dni nie spała zbyt dobrze. Jej wewnętrzna siła wraz z ograniczeniem snu, również spadła, więc pobladnięcie jej twarzy nie było czymś nadzwyczajnym. 

Zastygła przez dobrą chwilę spoglądając na resztki jakie zostały z kobiety jej dziecka. 
- Matko... - dodała pod nosem, odwracając głowę w stronę bramy. Przerzuciła plecak oraz kij na drugą stronę po czym zaczęła się wspinać. Bez nich pójdzie jej to o wiele sprawniej i szybciej. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

James był już na dole, więc złapał i kij, i plecak Sophie. Kiedy dziewczyna była już na dole, poklepał ją po ramieniu gestem wsparcia i ruszył aleją w kierunku jeziora - to tam było najwięcej pustej przestrzeni na helikoptery. Z oddali było słychać już odgłosy ludzi... dużej ich ilości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzięki takiemu gestowi zrobiło jej się troszkę lżej, ale tylko trochę. Założyła plecak i chwyciła swój kij. Teraz jedynie trzeba było znaleźć swoją matkę. Nie mogła przyjąć do wiadomości, ze może jej tam nie być. 
Duża grupa ludzi, nie wykluczone jest, ze to właśnie jej matka może się tam znaleźć . Zdeterminowanym krokiem, ruszyła w stronę jeziorka, była zmęczona całym tym zamartwianiem się o matkę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Szukasz kogoś? - zapytał James, widząc zniecierpliwienie i niepokój na twarzy Sophie. Przy jeziorze, w jednym punkcie kłębiło się około dwustu ludzi. Nie ma szans, żeby zostali zabrani za jednym razem. Były tam małe dzieci i co najmniej dwie kobiety w ciąży, jak zauważył mężczyzna. Za pierwszą turą na pewno nie uda im się odlecieć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak, mamy. - odpowiedziała niezgrabnie, przyglądając się tłumowi, Szukała czegoś co mogło jej pomóc w zlokalizowaniu jej. Jej ulubiona czerwona torba podróżna, czy apaszka w paski. Patrzyła również na twarze ludzi, ale kotłowali na tyle aby znikać Sophie z oczu  na tyle szybko zanim ona sama zdąży im się przyjrzeć. Jedynym pocieszeniem było to, że jej matka również była niska, to zawsze może pomóc przy szukaniu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jak wygląda? - zapytał James. Ludzie kotłowali się, co wcale nie ułatwiało szukania. Była jednak osoba, która która pełna złych przeczuć i czarnych scenariuszy poruszała się pośród nich, widocznie kogoś szukając. Niska kobieta o krótszych, farbowanych na ciemny brąz włosach, z lekką nadwagą przeszukiwała tłum po raz kolejny, wciąż mając nadzieję na znalezienie swojej córki.

- Sophie! - krzyknęła uradowana, kiedy udało jej się zlokalizować dziewczynę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Niska, dość puszysta, o krót... - przerwała słysząc swoje imię. Spojrzała w stronę z której dobiegał znany jej głos. W tej chwili właśnie cały ciężar, który przytłaczał dziewczynę od ostatnich 2 dni, spadł pozostawiając jedynie oddany dwutlenek węgla w płucach dziewczyny.  Odetchnęła z wyraźną ulgą, przynajmniej w tej chwili. - Znalazła się... przepraszam Cię na chwilę. - powiedziała pospiesznie w stronę mężczyzny. Sama jednak truchtem podeszła do matki, chcąc ja po prostu uściskać. Nieodbieranie telefonu wypomni jej później. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mama Sophie dobiegła do niej i uścisnęła ją, gładząc po głowie.

- O mój Boże, Sophie... - godziny nerwów i na niej zrobiły swoje. Z oczu kobiety polały się łzy wzruszenia. Zaczęła całować córkę, wciąż nie wierząc w swoje szczęście.

- Nic ci nie jest? Cała jesteś? Nie masz pojęcia jak się cieszę! Rany boskie, dziecko, jak ja się bałam, że coś ci się stało!

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...