Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

The Walking Dead: Ucieczka

Recommended Posts

- Tak, tak ,cała. Pewnie gdyby nie James , byłabym już dawno rozszarpana, ale cóż szczęście jak nigdy w czymś pomogło. - uśmiechnęła się do niej. - Nawet nie wiesz jak się martwiłam gdy nie odbierałaś telefonu. Od dawna tu jesteś ? - spytała, najwyraźniej całkowicie spokojna, no można powiedzieć prawie spokojna. Teraz liczyło sie to, że znalazła swoją matkę, całą i zdrową.
Rozejrzała sie przy okazji. Martwiło ją to, że helikoptery, które mają zamiar pozabierać stąd ludzi, przyciągną do parku zombie, a co za tym idzie niebezpieczeństwo. Dobrze by było gdyby jednak jej mama, poleciała jak najwcześniej. Wtedy nawet w razie wypadku będzie bezpieczna. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- James? Kim jest James? - zapytała kobieta. Miała w zwyczaju wyłapywać słowa, które według  niej kryły za sobą dodatkowe informacje i ignorowała zupełnie inne, skupiając się na tych "wyłowionych".

Jak na zawołanie szpakowaty mężczyzna odwrócił się i lekko uśmiechnął do obu kobiet.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To jest właśnie James. - powiedziała, Skinęła na mężczyznę, sama się uśmiechając.  - Proszę... nie ciągnij tego tematu, mamy inwazję zombie  a Ty takimi rzeczami się przejmujesz. - dodała w duchu. Poprawiła ramię plecaka, które niechcący opadło. Był to znak nie wyrównanych ramiączek. Chwyciła, swój kij, zastanawiając się dalej nad wcześniejszym. Zapewniłoby to bezpieczeństwo dla starszej kobiety, Sophie była młoda , to zawsze był pretekst aby ustępować starszym ludziom, w dodatku poradzi sobie, byleby sumienie o bezpieczeństwo swojej rodzicielki nie zjadało jej od środka. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mama Sophie pomachała do nadchodzącego Jamesa.

- I nie powiedziałaś mi, że masz kogoś! - powiedziała cicho, z wyrzutem.

- Dzień dobry, nazywam się James Ward - przedstawił się towarzysz Sophie.

- Hannah Evans - przedstawiła się matka Sophie i podała mężczyźnie rękę.

Tymczasem z oddali ludzi dobiegł dźwięk helikopterów. Wszyscy zaczęli być nerwowi. Czy dla wszystkich starczy miejsca?

Na polanie wylądowało pięć dużych helikopterów. Człowiek z załogi wyjął megafon i zaczął przez niego przemawiać.

 - Każdy z helikopterów może pomieścić maksymalnie jedenaście osób! Proszę ustawić się i nie panikować, wszyscy zostaną zabrani! - uspokajał. Mimo to ludzie byli bardzo nerwowi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie zamyślona, wyłapała jedynie kilka słów, dostatecznie tyle aby ją to zdezorientowało. 

- Przecież ja nie mam... - mruknęła pośpiesznie urywając gdy tylko mężczyzna podszedł do obu kobiet. Rzuciła jedynie matce spojrzenie, na tyle wymowne, aby nie ciągnęła tego dalej. Zawstydzona, tym jak zachowuje jej się mama, wsłuchała się w komunikat. 
- Dobrze by było gdybyś poleciała tą pierwszą turą. - dodała, spoglądając na helikoptery. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie, nie, nie! Nie polecę bez ciebie, rozumiesz? Nie przeżyję, jeśli coś ci się stanie. Ja mogę tu zostać, to ty musisz polecieć! - zaprotestowała kobieta.

- Pani Evans... - odezwał się James. - Obie polecicie pierwszą turą. Kobiety z dziećmi przodem, mam rację? - zapytał. - Teraz tylko trzeba dotrzeć do helikopterów...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Teraz, niezależnie czy ktoś jest kobietą czy jest w ciąży. Ludzie w takich sytuacjach staja sie masowymi hipochondrykami. - stwierdziła szorstko. Widziała ten tłum, był nerwowy... ale kto by nie był. Jednak gdy tylko zjawią się helikoptery, lub dla kogoś zabraknie miejsca i będzie zmuszony do rozłąki ze swoją rodziną lub towarzyszem, zacznie być bardziej poddenerwowany. To doprowadzi do paniki. W dodatku chodzące trupy nie będą zwlekać z ponownym oblężeniem parku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

James popchnął obie kobiety w stronę najbliższego śmigłowca, gdzie już kłębili się ludzie. Szczęśliwie, Sophie i jej matka znalazły się bardzo blisko wejścia. Starsza kobieta wchodziła już na pokład, kiedy w tłumie wybuchła panika.

Do polany zbliżały się dwa zombie. Tylko dwa, ale to wystarczyło. Ludzie zaczęli przepychać się, wdzierać do helikopterów. Hannah znalazła się już w maszynie, ale mimo wielkich chęci opuszczenia jej i dołączenia do córki, nie dała rady przez napierający tłum. Helikoptery oderwały się od ziemi, pozostawiając pod sobą przerażonych ludzi.

James pociągnął Sophie w kierunku drzew.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W ostatniej chwili dziewczyna uśmiechnęła się do swojej mamy na tyle ciepło ile pozwalała jej irytacja. Byleby ona była bezpieczna, a młoda dziewczyna da sobie radę. Miała też cichą nadzieję, że nie będzie się niepotrzebnie zamartwiać. 
Bez mniejszego oporu , poszła wraz James'em w kierunku drzew . Spoglądając w kierunku odlatujących helikopterów. Jednak panika rosła wprost proporcjonalnie do zbliżania się nieumarłych. 
- Jak one się przedostały... - mruknęła pod nosem. - Ktoś pewnie otworzył bramę. - dopowiedziała sobie w myślach. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- W ogrodzeniu mogła być dziura. Albo umarli w parku i dopiero teraz zwabiły ich hałasy. Mamy dwa wyjścia: albo stąd uciekamy, co będzie dobrym rozwiązaniem gdyby zbliżały się tu większe ilości chorych, albo zostajemy i wchodzimy na jakieś drzewo, żeby poczekać na helikoptery. Wybierz - poprosił.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Prędzej czy później musiało to sie stać, ale czemu akurat w takim momencie. Dziewczyna, dopiero teraz oderwała wzrok od helikopterów. Nawet jeśli przylecą tu helikoptery to przestraszony tłum, może spowodować jeszcze większą tragedię niż jest sama panika. W takich warunkach nie trudno o wypadek. Ludzie są do wszystkiego zdolni. 
- Ucieczka. - powiedziała trochę nie pewnie - Czekanie tutaj, jest zbyt niebezpieczne. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skinęła głową odrywając wzrok od tłumu. Źle się z tym czuła, ale ucieczka była tu najrozsądniejsza. 

- Więc kolejny cel życiowy... przetrwać. - powiedziała do James'a ,oczywiście patrząc się na niego. W jej głosie było słychać nutkę żartu, może dlatego, ze próbowała samą siebie jakoś pocieszyć, nie była osobą, która była przygotowana na takie coś. W Ameryce jest pełno ludzi, którzy nie raz wpierali w programach telewizyjnych, że trzeba się przygotowywać na najgorsze. Znając życie pewnie siedzą w swoich domach szyderczo kpiąc z tych, którzy wcześniej ich wyśmiewali. 

Sophie jak zwykle ruszyła swoim dynamicznym krokiem. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Jedyny cel życiowy. Z drugiej strony, wcześniej też było trzeba walczyć o przetrwanie, tylko... w inny sposób. Pomyśl sobie: jeśli to opanują, wrócimy do dawnego życia. Jeśli nie, znikną podatki, urzędnicy i biurokracja. Czy to nie cudowne? - zapytał, zrównując się z dziewczyną krokiem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Mhm. - przytaknęła, sama rozważając taką wizję. Nie myślała tak o tym, może dlatego, że te czynniki jeszcze nie dały jej tak w kość. - Masz racje, jednak wiesz samo to zamartwianie się o społeczność czy po prostu o to wszystko, wykształciłam w pracy. Taki nawyk, że bezpieczeństwo obywatela ma być najważniejsze. - dodała specjalnym tonem, jakby recytując tą regułkę - Jakoś moi koledzy po fachu tego dawno się pozbyli, a ja jak to ciele dalej wierze w ten dobry świat. - westchnęła, wzruszając ramionami. Samo to, że się ie wyspała można było zauważyć - eh gadam jakieś głupoty... - mruknęła, szukając wzrokiem jakiegoś punktu. Rozmowa zdecydowanie nie była jej mocną stroną. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Żadne głupoty. Jako kto pracowałaś? - zapytał James, zbaczając nagle między drzewa i popychając Sophie w tę samą stronę. Mimo rozmowy, skupiał się głównie na otoczeniu, a kilkadziesiąt metrów dalej, na ścieżce pojawiły się kolejne zombie. Tłum który pozostawili w tyle zaczął się rozpraszać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Policjantka... głównie i tak zajmuję się papierkową robotą. - dodała gdy weszli między drzewa. Chciała zrobić to samo, ale James ja uprzedził. Jak widać była na tyle skupiony, aby wychwycić chorych szybciej niż dziewczyna. Sophie zaś choć się starała, jej myśli uciekały gdzieś rozpraszając ją przy tym . - Tyle dobrego, że nauczyłam się używać broni krótkiej. 
 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- To bardzo ułatwia sprawę - stwierdził. Spojrzał teraz na Sophie w zupełnie innym świetle. - Kiedy wyjdziemy z parku, proponuję znaleźć jakiś samochód. Mam nadzieję, że zgodzisz się na chwilę wstąpić do mojego domu...

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Tak...nie ma sprawy. - powiedziała - W jakiej sprawie, jeśli mogę się spytać . - napomknęła, spoglądając na niego. Nie zaprzeczała, gdyby nie on, pewnie dawno zostałaby rozszarpana pod drzwiami jego gabinetu. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- W sprawie kluczyków od samochodu i kilku innych, niezbędnych rzeczy, których nie zdążyłem zabrać wcześniej. Nie byłem w domu od dwóch tygodni - byłem na wyjeździe - wytłumaczył i poprowadził do ogrodzenia parku. Za ogrodzeniem widniała pusta ulica, po bokach której wznosiły się domki jednorodzinne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie rozejrzała się w poszukiwaniu ewentualnych chorych . Jednak ich celem jest samochód, jeśli jakaś rodzina nie wyjechała, tylko udała się na miejsce ewakuacji, znalezienie samochodu nie będzie czymś trudnym.  

Share this post


Link to post
Share on other sites

James poprowadził ją do trzeciego domu po lewej stronie. Miał brązowyc dach i akcenty, a jego ściany były bladobeżowe.

Mężczyzna podszedł do drzwi, z kieszeni wyjął klucz i włożył do zamka. Mimo iż cały czas wyglądał na niewzruszonego i niezwykle spokojnego, trzęsły mu się ręce. Otworzył jednak drzwi i wszedł do środka zaraz po Sophie. Zamknął je za sobą.

Dom był dwupoziomowy i miał wyjście na taras w niewielkim ogrodzie. Pomieszczenia były jasne, ale w środku panował chaos.

- Wybacz bałagan. Ostatnio nie miałem czasu sprzątać - usprawiedliwił się. - Poczekaj tu, proszę. - Ruszył po schodach na piętro. Na regale Sophie zauważyła ramkę ze zdjęciem. Był na nim James i jakaś kobieta o krótkich, jasnych włosach. Zdjęcie zostało zrobione prawdopodobnie latem.

Po kilku minutach mężczyzna wrócił z niewielką teczką i jeszcze jednym plecakiem. Poszedł do kuchni, wpakował do plecaka jedzenie z lodówki i zamknął drzwi do niej.

- Chodź - rzucił do Sophie i ruszył do garażu. W środku stał czarny Nissan Patrol z 1987 roku. James otworzył bagażnik i wrzucił do niego rzeczy. W tym momencie oboje usłyszeli miauczenie.

James ruszył do regału pod jedną ze ścian.

- Ty stary draniu... - mruknął. - Sophie, obrazisz się jeśli weźmiemy ze sobą dodatkowego pasażera? ewentualnie czy jesteś uczulona na koty?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sophie od początku oglądała dom, zawsze tak robiła po prostu. Budynek wyglądał na przytulny na zewnątrz jak i wewnątrz. Na pewno bardziej zachęcał niż mieszkanie Sophie, które było urządzony na minimalistyczny oraz surowy styl - "byleby móc mieszkać" . 
Dziewczyna nie chciała być wścibska, wiec tylko troszkę się rozejrzała. Uśmiechnęła się sama do siebie, widząc zdjęcie James'a . Nie miała odwagi pytać, przynajmniej nie teraz. Bardziej ją martwiły trzęsące się ręce mężczyzny. Grzecznie poczekała i gdy tylko wrócił pakując jedzenie, poszła za nim do garażu.  Wpakowała swój plecak, do bagażnika, biorąc ze sobą jedynie butelkę wody oraz kij. 
Drgnęła słysząc miauczenie, bowiem znów sie zamyśliła. 

- Nie, nie jestem uczulona, przynajmniej nigdy nie byłam. Możesz spokojnie go zabrać - uśmiechnęła się ciepło do niego. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna odwzajemnił uśmiech, po czym pochylił się i wyciągnął zza regału wielkiego, burego dachowca wyglądającego jakby przeżył obie wojny światowe, aktywnie w nich uczestnicząc. Kot spojrzał swoimi żółtymi, przenikliwymi ślepiami na dziewczynę.

- Sophie, to jest Greebo. Greebo, Sophie. Nie ja wybierałem imię - przedstawił kota, po czym jedną ręką otworzył tylne drzwi samochodu i bezceremonialnie wrzucił tam kota. Odpowiedzią było pełne dezaprobaty miauknięcie.

James otworzył drzwi garażu, po czym podszedł do siedzenia pasażera i otworzył drzwi, żeby Sophie mogła usiąść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zwierzęta. Sophie nie była tą osobą, która się chociaż w towarzystwie jednego z nich. Wiedziała jedynie, że ojciec miał swojego dużego mieszańca owczarka niemieckiego z belgijskim . Pies też nie był przyzwyczajony do dzieci , więc pies wyjeżdżał wraz z ojcem. 

Jedyny kot z jakim miała do czynienia, to spasiona wszelkimi smakołykami kotka sąsiadki z góry. Potrafiła idealnie budzić Sophie do pracy swoim uporczywym skrzeczeniem, bo miauczeć nie potrafiła. To małe wspomnienie przypomniało dziewczynie, o mieszkańcach kamienicy w której mieszkała. 
Skinęła grzecznościowo, gdy James otworzył jej drzwi do samochodu, po czym weszła stawiając pod nogi kij oraz wodę. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...