Skocz do zawartości

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Multi] Ku chwale światłości!

Recommended Posts

14b87ca4827583c394fbbdb2fc7229cf.jpg

Adam

 

Ledwie mężczyzna stanął przed dębowymi drzwiami, rozległo się głośne "wejść!". 

Gabinet był typowym gabinetem wychodzącym na taras i rozciągający się za nim ogród. Sam gabinet miał plan wielokąta, a wszystkie jego ściany zastawione były regałami z książkami. Na wyłożonej ciemnozieloną wykładziną podłodze było sporo piasku. 

- Dzień dobry - odezwał się starszy pan z gustownym wąsem i bródką. Jego włosy były niemal idealnie białe, a oczy patrzyły znad półokrągłych okularów. Był szczupły i ubrany w stylową, kawową marynarkę. 

Wstał zza ciężkiego biurka i wyciągnął do Adama rękę. Wyglądał na wybitnie sympatycznego i zachęcał uprzejmym uśmiechem. 

- Moja godność Frank Benu, zapraszam. Nie gryzę, proszę usiąść. Napije się pan czegoś? Wody, herbaty, kawy? 

 

Enrique

 

  Drzwi do gabinetu w którym miała odbywać się "rozmowa kwalifikacyjna" były otwarte. Mężczyzna podszedł ledwie na parę kroków, by móc zobaczyć wystrój zupełnie niepasujący do całej reszty barokowej posiadłości: podłoga była wyłożona białymi, nowoczesnymi kafelkami. Ściany pomalowano jasnoszarą farbą a współgrające z nimi panoramiczne lustra dodawały dziwacznej, wyrwanej z kontekstu estetyki. 

Biurko było również białe i nowoczesne. Stał na nim notebook, a przed nim dwa czarne, plastikowe krzesła. 

Zza drzwi wychyliła się kobieta w ciasno spiętym koku. Najprawdopodobniej była w średnim wieku, ale twarz miała ładną, choć dość surową. Poprawiła okulary i spojrzała przenikliwie na nowo przybyłego, a potem uśmiechnęła się zaskakująco ciepłym uśmiechem. 

- Państwo na rozmowę? Zapraszam do środka - powiedziała, po czym odłożyła gdzieś na półkę której Enrique nie widział plik papierów. 

- Państwa! - powiedziała podekscytowanym szeptem Anahita, unosząca się w swojej niematerialnej postaci obok mężczyzny. W teorii tylko on ją widział, ale przecież to nie było zwykłe miejsce. 

- Ja jestem doktor Anne H. Jowigsson, proszę usiąść - powiedziała, zmierzając w stronę biurka. Była ubrana w czarną marynarkę, ołówkową spódnicę i czarne szpilki. 

 

Serana

 

Drzwi otworzyły się. 

- Serana Greywolf - odezwał się mężczyzna z gabinetu na pierwszym piętrze, przed którym siedziała dziewczyna. Trudno było określić jego wiek, ale był raczej młody. Ubrany w luźny sweter odsłaniający umięśnione przedramiona z zaskakująco długimi palcami i spodnie z garnituru, stał w drzwiach z grobową miną i wskazał ręką gabinet. 

Gabinet wychodził na ogród. Bardziej niż gabinet przypominał salon - było tam co prawda biurko, ale stało pod ścianą. Pośrodku natomiast znajdowały się skórzane fotele i potężna kanapa. Ściany zostały obite boazerią i w środku nie było ani obrazów, ani roślin. Było natomiast sporo piasku, który niemal zakrywał podłogę. Dziwny kaprys. 

- Proszę usiąść - odezwał się mężczyzna. Był całkiem przystojny, ale mordercza powaga zniechęcała do podjęcia interakcji. On sam usiadł na fotelu i od niechcenia wziął plik dokumentów leżący na małym stoliku obok. - Nazywam się An Apraesis, przeprowadzę pani rozmowę kwalifikacyjną. Więc - podjął - Jakie są pani pobudki względem dołączenia do Stowarzyszenia? - zapytał. 

 

Edytowano przez Arcybiskup z Canterbury

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

Na dźwięk polecenia wejścia, przeszedł go dreszcz. Poprawił swoją koszulę, wymamrotał coś pod nosem i otworzył drzwi. Wystrój pokoju, sprawiał że czuł ulgę, bo będzie mieć do czynienia z kimś inteligentnym. Z drugiej strony, rozmówca raczej może być dość wymagający. Mieszanka uczuć minęła szybko, kiedy zobaczył profesora. Stracił trop.

- Witam - odpowiedział podając rękę - Na imię mi Adam z domu Zawadzkich. Dom zbudowany przez dziadka, czyli się liczy. - Zasiadł spokojnie na krześle

- Jeśli już pan proponuje, to wody. Zwykłej, bez lodu czy cytryny. Wolałbym coś mocniejszego, ale przecież nie wypada.

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Enrique

Cały koncept rozmowy kwalifikacyjnej był dla Enriqua co najmniej ciekawy. Czyżby miał utknąć na dnie drabiny korporacyjnej łowców bestii? Zaiste była to wizja ciekawa. 
Uczesane, siwiejące włosy, w połączeniu z ogolonym dziś zarostem i eleganckim, czarnym, trzyczęściowym garniturze w którego przedniej kieszonce znajdował się zegarek, doczepiony łańcuszkiem do guzika, dodawały mu swego rodzaju aury "szlachcica". Co nie było wcale kłamstwem, czy też ułudą, Enrique naprawdę był lordem. Kroczył swobodnie, ale powoli, nie śpieszył się. 

 

Obejrzał pomieszczenie bardzo uważnie, zastanawiając się dlaczego wybrano akurat taki wystrój, tak bardzo oderwany od całej reszty budynku. Chociaż, nie był to wystrój brzydki. Co prawda sam nigdy fanem przesadnej bieli nie był, miał wrażenie, że była zbyt sterylna, styl modernistyczny mu nie przeszkadzał. Modernistyczny i minimalistyczny. Szybko zza rogu wyłoniła się kobieta, pasowała do tego biura. A może to biuro dopasowało się do niej? Nie odezwała się tylko do niego, kierowała swoje słowa też do jego Patronki. A zatem ją widziała? Kątem oka, mężczyzna zerknął na podekscytowaną twarz Bogini wód. Może to trochę dziwne, ale niektóre zachowania jakie przejawiała Anahita, w jego mniemaniu uchodził za na swój sposób uroczę. 
Odwzajemnił uśmiech, jego jednak nie był tak ciepły. Bez dwóch zdań był to uśmiech przyjazny, ale cała twarz mężczyzny, czyniła jego uśmiechy nieco zimnymi. 
- Profesor Enrique O'donnell. Domyślam się też, że zdołała pani zobaczyć moją towarzyszkę i patronkę, Anahitę. Bardzo mi miło - odezwał się, jego głos był spokojny, nieco flegmatyczny z akcentem będący dziwną mieszanką pomiędzy nazbyt wyniosłym brytyjskim a północnym walijskim. Mówił swobodnie, nie zająknął się nawet na moment. 

Już po byciu zaproszonym, skierował swe kroki w kierunku krzesła, najpierw lekko odsunął te drugie, na którym usiadła Anahita, chociaż niematerialna, lubiła takie drobne gesty. Dopiero gdy ta już była na swoim miejscu, O'donnell usiadł na drugim i opierając łokcie o kolana, splótł palce, wskazujące trzymając jednak wyprostowane i oparte o siebie. Czekał na pytania. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

- Służę. Proszę wybaczyć ten piach, zawsze się tego naniesie... A gdyby pan widział pokój mojego wspólnika, to dopiero - odparł mężczyzna i postawił na blacie biurka szklany dzbanek wypełniony wodą i szklankę. Klapnął z powrotem na fotel, oparł się łokciami o biurko i  splótł palce dłoni. 

- Powinniśmy zacząć od jakichś sensownych pytań, panie Adamie z domu Zawadzkich - stwierdził, poprawiając z roztargnieniem okulary. - Niech no zerknę... 

Przejrzał pobieżnie dokumentację leżącą przed nim, a potem pokręcił głową, skrzywił się i odłożył ją na bok. - Mniejsza z tym. Co panem kieruje, że chce pan przystąpić do Stowarzyszenia i jakie ma pan kwalifikacje, hę? - zapytał, uważnie przyglądając się młodemu człowiekowi. 

 

Enrique

 

- Mnie również bardzo miło - odparła kobieta i usiadła przy biurku zaraz po tym, jak podała mu rękę. W jednej z dłoni trzymała buteleczkę z płynem antybakteryjnym, którego wylała odrobinę na ręce i nerwowymi ruchami roztarła. Przez chwilę do nozdrzy Enrique wciskał się agresywny zapach alkoholu, ale szybko wyparował. 

Anahita umościła się na krześle, z którego już chwilę później zaczęła kapać woda. Bogini zawsze wyglądała jakby nią ociekała albo znajdowała się pod wodą. Krople opadające na białe kafelki przykuły uwagę doktor Jowigsson. Mężczyzna miał wręcz wrażenie, że jej dolna powieka drgnęła neurotycznie, gdy kolejna z kropel rozbiła się na podłodze. 

- Em... O czym to ja... - odezwała się, próbując skoncentrować na powierzonym jej zadaniu. - Ach. Panie O'donnell... Nie podejrzewam, że w pańskim przypadku decyzja o przystąpieniu do Stowarzyszenia jest lekkomyślna. Zanim oddam do podpisania kontrakt oraz regulamin zmuszona jestem zapytać... Jaki cel panu przyświeca? - zapytała. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

Teraz zastanawiam się czy potrzebnie ten żart wtrąciłem.

Widząc kiwającą głowę, pana Franka, który przeglądał dokumenty, wprawiły go w zastanowienie. 

- Bezpośrednio widzę. Dobrze - uśmiechnął się - Zostałem tu w sumie zaproszony, przez nieznanych mi ludzi. Nie wysłali mnie też rodzice, bo z nimi od dłużego czasu nie mam kontaktu, ale podejrzewam że nie to jest istotne. Zaproszenie przyjąłem, gdyż spotkało się to z aprobatą moich...towarzyszy. A jaki cel mi przyświeca? To co podejrzewam każdemu, kto aplikuje na miano członka tego stowarzyszenia. Kwestia kwalifikacji. Zapyta pan dowolnego nauczyciela z którym miałem styczność, to panu powie że jestem pojętny. Problem taki że jeno do wybranych przedmiotów. Po za tym, jeszcze nie miałem poważnej styczności z wrogim przedstawicielem innego świata.

Chyba nieźle idzie. Ale na wszelki wypadek wsparcie nie zaszkodzi.

Przetarł szybko, choć ostrożnie swój medalion, co miało być znakiem dla ,,Hetmana"

Edytowano przez Hetman WK

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Serana siedziała przed gabinetem w oczekiwaniu na osobę która miała przeprowadzić z nią rozmowę kwalifikacyjną. Była w czasie konwersacji z Vargiem który był w postaci ludzkiej i siedział obok niej. Jak zwykle ubrana w swoją fioketową bluzkę, na niej sukienka na ramionczkach. Na nogach miała krótkie spodenki i zakolanówki a do tego wszystkiego buty nad kostkę. Włosy miała rozpięte i były długie do kolan, grzywka zasłaniała lewe oko a prawe spoglądało ciekawsko na wszystko co się działo. Wyglądała na 14 lat a nie 19. Gdy drzwi się otworzyły, spojrzała z uśmiechem na mężczyznę i słysząc zaproszenie, weszła do środka. Spojrzała na gabinet. No niczego sobie. Lepiej niż jej mieszkanie. Co do mężczyzny był naprawdę przystojny. A jego zachowanie wcale jej nie odstraszało. Było bez różnicy. Ważne żeby przeszła kwalifikacje. Usiadła na fotelu, na przeciw mężczyzna a za nią staną Varg. - Więc tak. Usłyszałam wszystko od Varga. - powiedziała wskazując na demona w ludzkiej postaci. - Wytłumaczył mi na czym polega walka z demonami. Drugim plusem jest to, że wszystko szybko umiem zrozumieć. Jeśli macie zamiar mnie wysłać do jakiejś szkoły to informuję, że fizyka, matematyka, chemia i większość przedmiotów ścisłych to moja smykałka. Za nim pan zapyta o tym moc jaką się posługuję to jest to czas. Wiem, że całą mocą nie dysponuję i, że w miarę upływu czasu moje umiejętności się wzmocnią. - wytłumaczyła z uśmiechem. Varg tylko patrzył na Seranę z uśmiechem starszego brata. - Czy ma Pan jeszcze jakieś pytania? - zapytała z uśmiechem.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Enrique 

 

Obserwując zachowanie swojej rozmówczyni, zaczął odczuwać lekkie rozbawienie, którego jednak nie pokazywał. No i stało się też jasne dlaczego pomieszczenie było tak oderwane od reszty budynku, a zarazem tak sterylne. Miał ochotę uspokoić kobietę, mówiąc jej, że woda z jego Patronki nie jest do końca prawdziwa  i szybko znika, ale ta już podjęła dalszą rozmowę. 

Mężczyzna zerknął jeszczę na Anahite, tylko po to, żeby zaraz skierować wzrok na Panią Doktor. Wziął głęboki wdech. 

- Mój cel, jest stosunkowo prosty. Po prostu mogę to zrobić. Jeśli jakoś wyszło, że spotkałem się z Anahitą i zostałem jej kapłanem, a jej wolą jest pomaganie, to mogę to zrobić - oznajmił spokojnie. Nawet nie musząc się zastanawiać nad słowami. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

Na zamyślonej twarzy starszego pana nie było widać entuzjazmu. Podrapał się po brodzie, zacmokał i podniósł jeden z papierów, przed chwilą odłożonych na bok. 

- W rubryczkę "kwalifikacje" wpisujemy zatem... nic - stwierdził. - Pan ma raczej doświadczenie w laniu wody, co? - zapytał. - Żadnych konkretów, proszę pana. Żadnych. Pan będzie pojętnością pokonywał przeszkody, hę? - zapytał, rzucając chłopakowi znaczące spojrzenie zza połówek okularów. Chwilę później wrócił do sprawdzania papierów. 

- Nie pojawi się - oznajmił, a jego palec powędrował ku wiszącemu nad drzwiami wejściowymi okręgowi, z którego odchodziły wyciągnięte, prymitywnie wyrzeźbione dłonie. - Życie, panie Zawadzki. A oni nie należą do żywych. Proszę mi podać argument za tym, aby został pan przyjęty. 

Mężczyzna ponownie spojrzał na chłopaka i westchnął ciężko. 

 

Serana

 

- Umiejętności rosną wraz z ćwiczeniami, nie upływem czasu - odparł oschle mężczyzna. Demon u boku Serany przewrócił oczami. - A co tyczy się przedmiotów ścisłych, w waszym fachu są bezużyteczne. Sfera z którą mamy tu wszyscy do czynienia to według waszych nauk sfera metafizyczna, w znacznej większości. Demony przychodzą i odchodzą, pani Greywolf. Co pani potrafi sama? - zapytał, wygodniej usadzając się w głębi fotela. Jego oczy po raz pierwszy skierowały się na demona i zalśniły morską zielenią.

Varg zadrżał i rzucił zdziwione spojrzenie Seranie. Potem zaś zaczął stopniowo zanikać, nie mogąc poruszyć się ani wydać z siebie słowa, aby ostatecznie zniknąć w zupełności, pozostawiając Norweżkę samą z mężczyzną.

- Więc? 

 

Enrique

 

- Wspaniale, wspaniale. Cieszy mnie, że pani jest pańską towarzyszką, a to z tego względu, że nie muszę panu wszystkiego wyjaśniać. Bogowie, nie bogowie, demony, relikty dawnych czasów... Tak, tak, to wszystko istnieje, ale pan już o tym wie. - W powietrzu zawisło "i szybciej stąd wyjdziecie". 

- ja tu zaraz... - Kobieta zaczęła grzebać pod biurkiem, w jednej z ascetycznych, absurdalnie małych szufladek zdolnych pomieścić ledwie coś rozmiaru kartki A4. Chwilę później wyjęła formularz i regulamin. 

- Proszę podpisać. Po tym będę mogła przystąpić do aplikacji, to jest rytuału wstępu - wyjaśniła, nerwowo pocierając dłonią o dłoń. - I wyjaśnić, kim jesteśmy i dlaczego zajmujemy się właśnie tą profesją. 

Anahita z uwagą obserwowała wydarzenia na biurku. Trudno było jej się przystosować, dlatego też nie chciała nigdy ominąć żadnego szczegółu z wydarzeń wokół niej. Szczególnie interesował ją cud biurokracji. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Serana spojrzała najpierw na znikającego Varga a potem na mężczyznę. W jej oczach pojawiła się chęć mordu która zmieniła się w promienny uśmiech.

- Posługiwanie się bronią białą. Choć nie wiem czy to podchodzi pod to. - powiedziała pokazując nóż myśliwski którym bez problemu kręciła w ręku.- Drugą umiejętnością jest moja szybkość i groźby które lecą z moich ust w kierunku wrogów. - poinformowała mężczyznę. Jej uśmiech był nadal nieskazitelny. 

Edytowano przez Lucjan

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

W ten sposób w porządku.

Odkaszlnął.

- Argumenty bardziej konkretne? To zacznę tak - wyciągnął z kieszeni rewolwer - Od kiedy pamiętam, uczyłem się posługiwać tego rodzaju bronią. Ale zgaduje że to nie istotne, jeśli chodzi o demony. I wie pan, sama zdolność kontrolowania żywiołów, czy co te inne demony dają, może okazać się mało użyteczna, bez dobrej strategi i taktyki. I oto mi chodzi. W sprawach planowania jestem bardzo doświadczony, a oni - wskazał medalion i bransoletę na nadgarstku - Są podobnych zdolności, do tego poświadczyli abym tu przybył. Chyba, że przyjmuje się tu jedynie takich co bezwładnie ciskają kulami ognia, rzucają przedmiotami i tym podobne, to wtedy fakt, niepotrzebnie tu jetem. A co do pojętności, miałem na myśli że każdą nową umiejętność, potrafię łatwo przyswoić. Także powtarzam. Przeszkody, bez dobrego planu i strategi, są ciężkie, lub niemożliwe do pokonania. I bez powodu, te demony nie wybrałyby tego - wskazał na siebie - śmiertelnika.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Enrique

 

Mężczyzna nie miał zbyt dużych problemów z wyczuwaniem emocji ludzi z którymi rozmawia. Trochę lat już miał, więc czuł te całą niechęć. Ale nie odzywał się, nie miało to sensu, ani nie było by zbyt grzeczne. Dlatego wziął tylko delikatnie obie kartki, odsunął nieco głowę do tyłu, a kartki opuścił, sugerując bycie dalekowidzem, po czym zaczął szybko czytać. Szukał bardziej czegoś niestandardowego. 

W pewnym momencie poruszył bezdźwięcznie ustami, układając je w "Już czuje, powoli gniotące mnie zębatki biurokracji". Po chwili odłożył obie kartki na biurko i tylko gestem poprosił do długopis, który jak dostał podpisał się. 
"Sir Enrique Percival Muselk O'donell".

Zupełnie jakby pozostałe imiona był istotne. Nie były, ale jeśli ktoś prosił o inny podpis niż parafkę, zawsze to pisał. 
Przekazał kartki Doktor Annie i kiwnął głową. 

- A zatem, proszę o wyjaśnienia - odezwał się spokojnie splatając palce dłoni. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Serana 

 

- Nie - odpowiedział mężczyzna. W kontraście do uśmiechu Serany, jego twarz była nieskazitelnie kamienna. - Nie podchodzi. 

Pstryknął palcami. Stojące dotąd pod ścianą dwa obsydianowe pomniki szakali naturalnej wielkości zastrzegły uszami przy akompaniamencie nieprzyjemnego chrzęstu kamienia. 

Właściwie zdawało się, że pojawiły się dopiero teraz, albo i w trakcie rozmowy. 

Obnażyły marmurowe zęby i z wolna zaczęły podchodzić do Serany. Każdy ruch skutkował chrzęstem. Nie warczały, ale widać było, że nie mają pokojowych zamiarów.

Rozmówca natomiast siedział spokojnie jak wcześniej, uważnie obserwując dziewczynę. 

 

Adam

 

- Demony zawsze wybierają śmiertelników. Mam doświadczenie, proszę mi wierzyć. Sam paru wybierałem, chociaż... Fakt, że demonem nie jestem - stwierdził, drapiąc się po brodzie. Skierował zamyślony wzrok na chłopaka. 

- Twierdzenie, że jest się dobrym strategiem to niebezpieczne stwierdzenie. Jesteś gotów się sprawdzić? - zapytał. 

 

Enrique

 

- Widzi pan, założyciele naszego stowarzyszenia, to jest ja i dwóch moich kompanów, mamy już sporo doświadczenia jeśli chodzi o sprawy - jak to się dzisiaj mówi - paranormalne. A także zarządzanie w moim przypadku. Zmarłymi. Dość długo prosperowałam jako prezes pewnej instytucji, nazwijmy ją "zaświaty", "h" w moim imieniu to Hel. Nie wiem, na ile pan jest rozeznany w różnego rodzaju mitologiach, tu przyda się nordycka. Wie pan, to polega na tym, że istoty zwane bogami umierają bez wyznawców. Ale zanim to zrobią, posługują się niejednokrotnie wszystkim, żeby zepsuć ludziom dzień. Dlatego też im się przeciwstawiamy. Ja, bo nie lubię bałaganu. Pan An podziela moje zdanie, natomiast pan Frank zwyczajnie jest miły, jak się wydaje. Dużo by opowiadać, ale o tym państwo się dowiedzą na kursie, początek jutro o ósmej, przed budynkiem. Coś jeszcze? - zapytala. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

- Wierzę, oczywiście. Kim jestem żeby to robić - szepnął do siebie.

- Proszę pana. Kazał pan przejść do konkretów i żebym przedstawił to co w czym jestem dobry. A więc to zrobiłem. I cóż...jestem w stanie to pokazać.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Enrique

 

Mężczyzna wiedział o większości rzeczy które to przekazała mu właśnie pani Doktor Anne, Hel, Jowigsson. Sporą część z tego przekazała mu jego patronka. 

- Nie, nie mam żadnym pytań. Ale dziękuje, - oznajmił podnosząc się powoli. - Teraz nie pozostaje mi w zasadzie nic innego jak się pożegnać - odsunął krzesło Anahity, podał dłoń Hel. Poczekał na Anahite. - Zatem, życzę miłego dnia i proszę nie martwić się kroplami wody po Anahicie. Nie są... jak zwykłe kroplę, nie pozostawiają śladów. A teraz, na mnie już czas. Do zobaczenia jutro - uśmiechnął się grzecznie i ruszył wraz ze swoją patronką do drzwi, przepuszczając ją w nich i pozostawiając Doktor Jowigsson samą. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam 

 

- W takim razie jutro o ósmej, drogi panie. Proponujemy nocleg, jako że nasza kwatera ma dużo miejsc dla członków stowarzyszenia. 

 

 

Adam, Enrique 

 

Kurs rzeczywiście rozpoczął się o ósmej - właściwie co do sekundy, za sprawą pedantycznej pani Hel. Pan Benu spóźnił się natomiast pięć minut, ale zaczęto bez niego. Prócz Adama i Enrique (wraz z Anahitą) stawiła się też młoda Chinka i potężnej budowy Europejczyk. Stali na tarasie odchodzącym od pokoju pana Anu, który stał za otwartymi drzwiami. Na boso. Cała podłoga jego pokoju była w piachu, ale wyglądało na to, że całkiem mu to odpowiada. 

- Zapraszam - powiedział i wszedł głębiej do środka. Następnie otworzył wielki, drewniany mebel, który wyglądał na szafę, ale w środku nie było nic. Nie było widać ścian - po otwarciu obu skrzydeł szafy ziała z niej czarna pustka. 

- W środku znajduje się obszar szkoleniowy, zupełnie bezpieczny dla państwa. Sprawdzimy jak radzicie sobie w trudnych sytuacjach. Możecie wykorzystać wszystko. Waszym celem jest wyjście z podanych sytuacji obronną ręką. Kiedy będziecie gotowi, wstąpcie do środka. 

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Adam

 

- W porządku. Do widzenia, jutro - wstał, kiwnął głową i wyszedł - Oby - Zrobił kilka kroków, z dala od pokoju. Chwycił za talizman na szyi - bądźcie panowie przygotowani.

 

Przed domem, przybył przed czasem, jakieś...dziesięć minut. Lepiej się upewnić, że się nie spóźni. Na innych przybyłych, patrzył z zaciekawieniem. Niezła mieszanka. Niepowiem. Spojrzał na sporą ilość piachu na podłodze. Ciekawe, czy jakby zniknął to nauczyciele straciliby swoje moce. Coś musi być na rzeczy.

Spokojnym krokiem, wszedł do pokoju. Patrząc na szafę, trochę się przeraził. Ale tylko trochę.

- Kiedy będziemy gotowi - złapał za amulet, przywołując do siebie szablę oraz napierśnik, ukryty pod koszulą - To w porządku. Nie ma co przedłużać. Wchodzę - jak powiedział tak zrobił. Może i pułapka, ale jakby co był przygotowany.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Wszystko trwało ledwie mrugnięcie okiem. Kiedy już przejście przez portal w szafie minęło, wokół Adama wciąż panowała ciemność. 

Nie tylko to było problemem. Było też ciasno i duszno. Ciasno, bo nie mógł podnieść się do pozycji siedzącej. Z boku, z góry i z dołu otaczały go ściany, podłoże na którym leżał było miękkie i śliskie. Materiał. 

Drewno było najprawdopodobniej było polerowane, bo niezwykle gładkie. Uderzenia były stłumione, a więc poza "skrzynią" nie było wolnej przestrzeni. Pod lewą dłonią wymacał przedmiot - pudełko. Pudełko z - jak się okazało - zapałkami. 

Adam był w trumnie. Zapałki owszem, mogły się przydać, ale musiał zastanowić się czy z nich skorzystać, bowiem ogień nie dość że mógł mu zaszkodzić zamiast pomóc, to jeszcze zabierał tlen.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

No to żem trafił. Oczekujesz walki z trzydziestką demonów, albo z golemem przypominającym mały dom. A tu taka niespodzianka.

Wymacał pudełko z zapałkami. Potrząsnął nim.

Hem. Teraz pytanie. Nie no to zbyt proste. Materiał może się spalić. Ale może zrobię w ten sposób.

Wysunął powoli pojemnik, tak żeby czasem zawartość nie wypadła. Może się to wydawać dziwne, ale zaczął grzebać w środku, jakby chciał znaleźć coś ukrytego. Jeśli to nie przyniosło rezultatu, to zacznie przeszukiwać kieszenie.

 

 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Pudełko miało w sobie dużo zapałek i jedną żyletkę schowaną na dnie. Kieszenie były puste. 

Było coś jeszcze. Tuż obok głowy Adama wisiał mały uchwyt, niemal schowany w ściance. Musiał nieźle nagimnastykować się, żeby dotknąć owego uchwytu. Był drewniany i sznurek do którego był doczepiony zanikał w maleńkim otworze w klapie trumny. Mogłoby przejść przez niego ledwie coś wielkości muchy. 

Tymczasem Adam miał wrażenie, że zaczyna mu się kręcić w głowie - niewątpliwie był to symptom początków braku tlenu. 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

No. Zawsze coś - Wyciągnął żyletkę, trzymając ją pewnie w ręce.

Począł się zastanawiać, co z owym uchwytem zrobić.

Zaczął za niego pociągać, lub pchać. Jeśli to nie wyszło, to ostatnia deska ratunku.

A co mi tam. Podpalę ten sznurek - kciukiem i palcem wskazującym, złapał za zapałkę i otarł ją o przygotowaną ściankę, szybko(ale nie za szybko) przystawiając ogień do linki.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Pociągnięty sznurek spowodował dźwięk, który gwałtownie przerwał ciszę otaczającą Adama. Gdzieś na górze, znacznie przytłumiony, zabrzmiał dzwonek. 

Niedługo potem coraz bliżej słychać było chrobot z góry, aż w końcu coś uderzyło mocno w wieko trumny, budząc nieco Adama, który był na granicy mdlenia z powodu braku tlenu. Wieko otworzyło się, wpuszczając do środka zimne, wilgotne, przyjemne powietrze. Była noc, ale księżyc musiał świecić jasno, bo Adam dobrze widział krawędzie grobu. Dobrze widział też szczupłą sylwetkę stojącą nad nimi i celującą z małej kuszy. To była kobieta w skórzanej zbroi. Jej stopy opierały się o krawędzie trumny. 

- coś za jeden? 

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

He. Tego się nie spodziewałem.

Odetchnął, kiedy wieko otworzyło się. Zamrugał kilku krotnie.

- Hej, spokojnie - rozluźnił dłonie i rozprostował je - Jestem Adam. Adam Zawadzki. I jeśli pytasz, skąd się tu wziąłem, to nie mam pojęcia. Obudziłem się zwyczajnie w tej trumnie. Dobra, wiem jak to brzmi, ale innej wymówki nie mam.

Był zdenerwowany, dopóty nie przypomniał sobie że przyzwał za w czasu napierśnik.

- A mogę wiedzieć gdzie, lub kiedy jestem?

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Nie było dobrze widać szczegółów twarzy kobiety, jako że księżyc świecił jej w plecy. Nie opuściła kuszy, trwając z nią jak jakiś posąg.

- Czy to polskie nazwisko? - odezwała się niskim, aczkolwiek wciąż kobiecym głosem. - Twój grób jest bez imienia. Ostatnio zdarzają się tutaj dość nietypowe przypadki. Zmarłeś na cholerę, jak się zdaje. Albo zarażono cię wampiryzmem. W tym pierwszym przypadku wciąż żyjesz, obudziłeś się w trumnie, to się zdarza. W drugim zaś jesteś zimnym trupem, który funkcjonuje żywiąc się krwią. Którą opcję wybierasz? Przekonaj mnie.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

- Ta. Polskie - No to wpadłem. Zawsze trza mieć to szczęście. Dobra. Co jest dla mnie bardziej korzystne do omówienia. A. Walić - Szczerze powiedziawszy, to wybieram pierwszą opcję, bo nie czuje potrzeby wypicia czyjejś juchy, a choćbyś mnie ćwiartowała, to za nic nie zmienię się w nietoperza. I z tego co pamiętam, osoby dotknięte wampiryzmem, mają wydłużone kły. Jak chesz, to możesz sprawdzić. - Panowie, przyszła pora żebyście mnie wspomogli.

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

- Ale śladów po cholerze też nie ma. Może jesteś trochę blady, to wszystko - stwierdziła kobieta. - Dobra, wyłaź...

I ledwie to powiedziała, ledwie podała mu dłoń, obraz rozmył się i znów Adam był w innym miejscu. 

Był na jakimś placu wielkiej metropolii. Wokół wyrastały wieżowce, rozlegał się standardowy miejski szum i policyjne syreny. Dużo syren. 

Teraz dopiero zauważył, że zewsząd otacza go tłum. Tłum ludzi o przerażonych, zszokowanych albo i obojętnych twarzach. Niektórzy unosili telefony, wszystkie skierowane na Adama. 

Poczuł na karku coś ciepłego i twardego. Metal. Lufa pistoletu. Gdzieś na górze krążył helikopter. 

- Powtórzę jeszcze raz, ale ostatni - rozległ się męski głos za nim, tuż obok ucha. Ten ktoś był zdenerwowany i dość mocno uderzył Adama w kark. - Ruszysz się, automatycznie zdechniesz. Zrozumiałeś, czy jesteś głuchy?!

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się


×