Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Advilion, Riddle] Bring me that horizon!

Recommended Posts

 - Och. Widzę, że lubisz być ostry. Ale nie wydaje ci się, że przed takimi igraszkami powinieneś mnie przynajmniej zaprosić na obiad? Albo dać jakieś kwiaty? - zapytała, szeroko i drwiąco się do niego uśmiechając. - Ale sprzęt, który mi zabraliście, też powinien wystarczyć jako prezent - dodała po chwili, już nieco bardziej poważnie. Co jak co, ale nie zamierzała siedzieć nie wiadomo ile na jakimś statku bez jej ulubionego płaszcza. Co prawda lepsze to od więzienia... ale skoro miała szansę na zatrzymanie go, to chciała z niej skorzystać. Zresztą, miała tam też pięćdziesiąt bitów. I to takich przynajmniej w połowie uczciwie zarobionych.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jednorożec prychnął i uśmiechnął się naprawdę nieprzyjemnie, wstając z miejsca. Rose zauważyła, że niektórzy w porcie ukradkowo przyglądają się scenie z nieukrywaną ciekawością. 

- Igraszek będziesz mieć pod dostatkiem, ale nie tutaj. I nie na statku. Niestety obawiam się, że kwiatów za nie nie dostaniesz, może obiad. Nikt nie lubi złodziei, ale każdy lubi karanie złodziei. Oczywiście prócz złodziei - stwierdził. - Ładuj się na statek. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Oddajcie mi przynajmniej płaszcz i maskę - powiedziała stanowczo, po czym szybko się rozejrzała wokół siebie. Jeśli zechcą ją władować na statek bez jej własności, to będą musieli ją najpierw złapać. A nie zamierza tego nikomu ułatwiać i nie da się zajść od tyłu przez jakiegoś osiłka. - Chyba że wielce szlachetny kupiec pokaże, że i kucyki jest w stanie potraktować jak towar? - zapytała, tym razem głośniej; tak, aby na pewno usłyszała ją przynajmniej okolica.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Złodziei należy traktować z należytą stanowczością - powiedział równie głośno kupiec, patrząc cały czas tylko i wyłącznie na Rose. - Ale dobrze, dostaniesz swoje rzeczy. Nam i tak się nie przydadzą. Niestety, jesteś mi winna czas, który straciłem szukając swoich pereł. 

Kupiec wyjął telekinetycznie perły z torby klaczy, a ją wysłał niezbyt delikatnie pod kopyta właścicielki. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Ojej, jaka szkoda, kotku, że pieniądz nie rozwiąże każdego z twoich problemów - odparła drwiąco Rose, podnosząc swoje juki i je zakładając. - Następnym razem bardziej się skup na płaceniu podatków, z których utrzymywani są stróże prawa, niż wypychaniu sobie kieszeni kasą. Wtedy być może nie spotka cię podobny problem - dodała w podobny sposób, zaraz po czym założyła na siebie płaszcz, zasłoniła głowę pod kapturem i udała się wreszcie na statek. Była już zmęczona ciągłym uciekaniem... a do tego wciąż głodna, co z pewnością nie poprawiało jej nastroju.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie mam zamiaru na nikogo napadać. Chciałbym jedynie skądś zdobyć środki na te wszystkie rozrywki, bo nie wydaje mi się, by była za darmo - wytłumaczył Red, sprawdzając stan swojej broni. Miał nadzieję, że nie została jakkolwiek uszkodzona, szczególnie pistolet, który przy małej usterce stałby się zupełnie bezużyteczny. - To wiele małych gangów czy kilka dużych? - zainteresował się. Pierwsza opcja zdecydowanie byłaby dla niego lepsza. Przy niej, jakby miał na pieńku z którymś z tych gangów, to nie miałby na swoim karku połowy miasta. Gdyby jednak to drugie... Cóż, musiałby się nauczyć nieco większej powściągliwości w słowach i czynach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Odpowiedziałbym chętnie, że zrobię to, oczywiście, jeśli ty znajdziesz sobie legalną pracę... Ale nie musisz tym sobie zaprzątać głowy, praca sama cię znajdzie - odparł kupiec. 

Jedzenie dostała, ale niestety dostała też pierścień na róg - "na wypadek gdyby". Podróż nie była zresztą specjalnie przyjemna. Nawet nie chodziło o to, że Rose miała chorobę morską - bo to jej nie trapiło, ale o wiele lepiej podróżować w zgranym towarzystwie, albo z dobrą załogą. 

I niebawem dotarli. 

Widok robił wrażenie, choć trudno było powiedzieć, czy aby na pewno dobre. 

Statek przedzierał się przez mgłę i omijał wystające z wody skały, podczas gdy z szarości wyłaniały się ogromne skalne łuki i ostańce. Wydawało się, że absolutnie każda, nawet pionowa powierzchnia jest pokryta budynkami. Znaczna ich część była zrobiona ze statków, wszędzie widać było światła i mosty linowe i wszystko wyglądało, jakby miało się zawalić od najlżejszego podmuchu wiatru. 

 

REDWATER

 

- Trzy duże. Póki co wszyscy się tam jakoś kumają niby, ale zobaczymy ile to tam potrwa. Każda z głów gangu zawsze coś knuje, także różnie to może być - odparł gryf, opierając się beztrosko o nadburcie. Im bliżej tym więcej Red widział gryfów i pegazów przelatujących nad statkiem. Patrząc na mostki i chybotliwe konstrukcje łatwo było odgadnąć, że to skrzydlatym żyje się tam najlepiej. - A co do roboty, coś znajdziesz na pewno. Rąk do pracy... czy tam rogów brakuje zawsze w dokach, najbrudniejsza robota, ale od tego dobrze zacząć. Potem możesz się zaciągnąć gdzieś do załogi. 

Statek przybił do długiego pomostu. W nozdrza Reda uderzył smród ryb i wodorostów. Deski pomostu były pozieleniałe od glonów i lekko podgniłe. Pomost prowadził do kawałka płaskiej skały, na którym już po parunastu metrach zaczynały się kamienne zabudowania - podstawy do wyżej usytuowanych budynków. Miejsce nie wyglądało na higieniczne, a do smrodu ryb jednorożec musiał się przyzwyczaić - gryfy nie były weganami. 

- No, kolego. Wygląda na to, że jesteś wolny - stwierdził gryf. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Już samo nałożenie pierścienia na jej róg - coś niesamowicie upokarzającego dla jednorożca, sprawiło, że była markotna, a brak jakiejkolwiek porządnej osoby do interakcji wcale tego nie poprawiał. Cała podróż niesamowicie ją nudziła, więc widok lądu, nawet jeżeli marny i nieprzyjazny, napawał ją optymizmem. Nowe miejsce, nowe możliwości... i nowe kieszenie, którym można pomóc zrzucić nieco wagi. Tak więc mimo ponurego wyglądu miejsca, postanowiła oprzeć się o burtę i przyjrzeć niecodziennej architekturze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doki. Jasne, on ma niby próbować pracować w brudzie i przy pewnie większych gburach niż tych, z którymi miał nieprzyjemność się zapoznać na pokładzie tego statku, na którym dziś się znalazł w niewyjaśnionych okolicznościach. Chyba jednak zrezygnuje z tego i spróbuje zarobić w inny sposób. Szczególnie, że śmierdzi tu rybami. To też skłoniło go do kolejnej myśli. Czy kucyki tutaj są skazane na jakieś algi? Jeśli tak, to powinien jak najszybciej stąd się wydostać. Bądź co bądź jedzenie czegoś, co mu smakuje jest jednym z fundamentów samozadowolenia, a że to właśnie ono jest jego głównym celem... Może jednak jest tu dostęp do jakichś owoców, takich normalnych, nie morza. Wtedy może nawet by mu się to miejsce spodobało.
Doszedł jednak do wniosku, że za długo rozmyślał i stał w tym miejscu, więc może warto byłoby się ruszyć. Tylko gdzie... Najlepiej gdzieś, gdzie mógłby zobaczyć, jakie inne możliwości zarobku by miał poza tymi śmierdzącymi dokami. Rozejrzał się więc w poszukiwaniu czegoś, co by mu obiecywało cokolwiek i następnie udał się w kierunku tego czegoś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

Dopłynęli do cuchnących rybami doków. 

Nad głową klaczy przelatywały gryfy, których obecność wyjaśniała smród ryb. Niebawem załoga statku zajęła się wyładunkiem. 

Nie widziała już więcej kupca, który zapewne został w swojej kajucie. Ale podeszły do niej dwa umięśnione pegazy, które zapewne miały odprowadzić Rose gdzieś do miejsca jej przeznaczenia. 

- Bez sztuczek i nie próbuj uciekać - ostrzegł jeden z nich i ruszyli, pilnując, by nigdzie się przypadkiem nie wymknęła. 

Miasto, czy czymkolwiek ten grajdół był było dosyć surowe na pierwszy rzut oka. Zaczęli wędrówkę, czy też wspinaczkę od wejścia do kamiennej wieży, która im wyżej tym bardziej zanikała pośród drewnianych, chaotycznych zabudowań. Kręte, śliskie od wilgoci schody ciągnęły się w nieskończoność, aż w końcu wyszli przez klapę na skalną półkę. 

Tu już było dosyć wysoko, a obszar parudziesięciu metrów kwadratowych niemal w całości zabudowany był ściśniętymi domkami, pożerającymi się nawzajem. Musieli mieć tu spory problem z przestrzenią, czy też raczej jej brakiem. Rose mogła zauważyć, że mieszkańcy miasta różnili się znacząco od tego, z czym zazwyczaj miała do czynienia. To już nie była Equestria. Mało kto wyglądał na naiwniaka, dużo natomiast było typów spod ciemnej gwiazdy, piratów, dam do towarzystwa i zakapturzonych. Wesoła kompania. 

Pegazy doprowadziły ją przed budynek, który aż raził dosadnością swojego przeznaczenia. Dachówki były dziko czerwone, każde z okien miało inną, drewnianą ramę i wyglądał na całkiem zadbany w porównaniu do otoczenia. Więcej: miał nawet ogródek, pierwszą roślinność jaką Rose zauważyła w tym miejscu, a wchodziło się do niego szerokimi, drewnianymi schodami zwieńczonymi czerwonymi latarenkami. Wokół kręciło się więcej kuso odzianych klaczy niż gdziekolwiek indziej. 

- Hehe - zarechotał grubiańsko jeden z pegazów, patrząc znacząco na klacz. 

 

REDWATER

 

Był tylko jeden kierunek, jeśli Redowi przykre były doki. W górę. 

Widział już z tej perspektywy, że miasto miało znaczący problem z przestrzenią, a nauczenie się wszystkich jego przejść, mostów i ścieżek zajmie trochę czasu. Póki co mógł skierować się do drewnianych schodków zmierzających wzdłuż ciasnego kawałka pionowej skały. Mógł też nawiedzić karczmę portową, dosyć przestronny budynek sklecony z pozostałości equestriańskiego statku. Zamiast szyldu na wietrze łopotał kawałek żagla z wizerunkiem ośmiornicy, a ze środka akurat wytaczały się dwa pijane jednorożce, śpiewając fałszywie jakąś grubiańską pieśń. 

Właśnie, mieszkańcy. 

Było ich całkiem sporo  już tutaj, w dokach. Niektórzy zajmowali się załadunkiem, co oznaczało, że miasto nie jest wypełnione jedynie piratami. Byli więc też dokerzy, marynarze, oczywiście - jak inaczej - kurtyzany i inni, wyglądający nieszczególnie. Jeśli Red miał się zająć cwaniaczkowaniem, musiał to zrobić wyjątkowo ostrożnie. Dodatkowo przekonujące w tej kwestii były płetwy wyłaniające się czasami z wody i wielkie truchło morskiego potwora wiszące na haku w dokach. Wyglądało jak połączenie wyjątkowo zębatego rekina i kaszalota. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 - Kultura - mruknęła, wyglądając na zupełnie nieprzejętą, wręcz znużoną... choć tak naprawdę serce w niej aż łomotało. Tak ma skończyć? Jako zabaweczka marynarzy w portowym zamtuzie? Nie... chyba się panowie rozczarują. Ale jeżeli choćby jednego uniknie to rozczarowanie, to z całą pewnością się odegra. Chociaż dotąd nie praktykowała skrytobójstwa i wolałaby tego nie zmieniać.

 Nadal jednak potrzebowała planu ucieczki, a ten zbyt ochoczo się nie prezentował... chyba że pegazy wyszłyby teraz przed nią, z jakiegoś powodu. Wtedy mogłaby po prostu uciec. Ale nie wierzyła, że tak będzie. Osiłki raczej nie zdążyły jeszcze zamienić mózgów na bicepsy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Póki co cel był tylko jeden i zbliżał się niemal nieubłaganie. Kuce zdawało się były jeszcze bliżej niż wcześniej, jakby zdając sobie sprawę, że strach może dodać Rose skrzydeł. Droga po schodach wydawała się trwać w nieskończoność, a kiedy w końcu drzwi się otworzyły, klacz uderzyła w pyszczek istna feeria barw. 

Oczywiście we wnętrzu dominowała czerwień, ale nie tylko na niej się kończyło. Były czerwone i złote zasłony, były ławy z różnokolorowymi poduszkami i stoły z misami pełnymi owoców. Poczuła zapach jakiegoś lekko duszącego kadzidła, ale to nie miało większego znaczenia wobec całej fali perfum, która nieubłaganie atakowała nozdrza. Jednorożce, kuce ziemne, pegazy, a nawet gryfy - kogo tam nie było? Wszystkie ustrojone niby pisanki w kolorowe suknie z całą masą piór, wstążek i drobnych klejnotów. Za osiłkami i za Rose trzasnęły drzwi. Zbliżyła się do nich podstarzała, żółta klacz w mocnym makijażu, z różową grzywą upiętą w misterną fryzurę, w równie misternej, czerwonej sukni. W zębach miała cygaretkę. 

- Ile? - zapytała. Wyglądała na mocno znużoną. 

- Szef powiedział, że nie mniej niż tysiąc - oznajmił jeden z osiłków. Klacz kiwnęła głową. 

- Raffine, podaj fundusze! - krzyknęła. Na jej wezwanie jedna z młodszych klaczy jednorożca podeszła i podała jej sakiewkę. Starsza klacz rzuciła ją osiłkom. - A teraz idźcie, zakłócacie mi przepływ pozytywnej energii. 

Odeszli, podczas gdy klacz przyglądała się uważnie Rose. Obeszła ją nawet i obejrzała niemal z każdej strony, kiwając głową. 

- Zdejmę pierścień z twojego rogu, a ty obiecasz, że nie zrobisz bałaganu. Chcesz, to tu zostaniesz. Nie chcesz, droga wolna. Mamy tu różne rzeczy do roboty, nie tylko prezentowanie wdzięków. To jak będzie? - zapytała. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Rose aż wymiotować się chciało od tego cuchnącego powietrza, tęczowego wystroju, oraz podobnie ubranych pracowników. Aż nie wiedziała, co gorsze; ten widok, czy to, że za jakiś czas sama będzie tak ubrana i zapewne traktowana gorzej od jakiegoś przedmiotu. Owszem, może i sama lubiła się tak od czasu do czasu zabawić, ale jako klientka. A to było po prostu upokarzające.
 Nagły trzask drzwi wyrwał ją z zamyślenia, a nawet przestraszył, przez co lekko podskoczyła. Wtedy też zwróciła uwagę na klacz, której kolorystyka kogoś jej przypominała, choć nie potrafiła teraz powiedzieć kogo dokładnie. Słuchała w milczeniu rozmowy, a kiedy pani zaczęła ją okrążać, spuściła smętnie głowę. Zaraz ją jednak podniosła, gdy tylko usłyszała, jakie ma wobec złodziejki zamiary, patrząc na żółtą klacz z nieskrywanym zdziwieniem.

 - ...co? Czemu? - zapytała, głosem pasującym do wyrazu pyszczka. Zapłaciła tysiąc bitów tylko po to, by ją teraz po prostu wypuścić? Co ktoś taki robi w tym miejscu? Nawet w Equestrii nikt nie byłby raczej gotowy zupełnie bezinteresownie wydać dla kogoś takie pieniądze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zdecydowanie nie miał zamiaru przebywać w okolicy tych dziwnych płetw, które go swoją drogą zastanawiały. Czemu ktoś postanowił się osiedlić przy czymś takim. Nie atakuje to statków? I czemu w ogóle tu wciąż tu jest? Nie lepiej byłoby to zabić i wykorzystać? Naprawdę nie rozumiał. Wiedział jednak, że rapier to nie harpun, więc raczej ten problem nie był jego.

Odwiedziny w karczmie pewnie byłyby dobrą opcją, gdyby nie to, że nie miał przy sobie żadnych pieniędzy, a okolica wyglądała na taką, że nawet za informacje musiałby zapłacić. Udał się więc po tych schodkach na górę. Może tam znajdzie coś bardziej obiecującego dla kogoś z jego umiejętnościami i usposobieniem. I może tam smród rybny nie będzie aż tak mocny, choć to już raczej byłoby zbyt piękne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

Starsza klacz, zapewne burdelmama, westchnęła głęboko i zbliżyła kopyto do czoła Rose, aby podważyć pierścień i zrzucić go na ziemię. Zaraz potem podniosła go zębami i wrzuciła do jednej z kieszeni ukrytej w fałdach sukni. Musiały być całkiem praktyczne jeśli chodzi o kieszenie i inne skrytki. 

- Widzisz te dziewczyny? - zapytała. Nie poczekała jednak na odpowiedź klaczy. - Po co ja bym je tu miała trzymać wbrew woli? Tyle tu w mieście kryjówek, że nawet jakbym chciała to bym nie dała rady upilnować wszystkich. Możesz zostać, ale zasada jest jedną: wikt i operunek kosztuje. Dam ci kąt do spania i jedzenie, ale musisz na nie zapracować. Nic ci nie brakuje, potrafiłabyś zarobić parę złotych bitów, ale zaufaj starej Madame Chie, potrafię rozpoznać charakter kuca. Co umiesz robić? - zapytała, prowadząc Rose do stolika z owocami. 

 

REDWATER

 

Z milszych rzeczy, im wyżej, tym smród ryb bardziej się ulatniał. Było też więcej widać, to znaczy prócz ściśniętych budynków, gburowatych przechodniów i dziwnych, pokracznych mew krajobraz zdradzał swoje sekrety. 

Z perspektywy półki skalnej na której stał Red, widać było olbrzymi, kamienny most prowadzący do grubego słupa skalnego zaczynającego kolejną stromą wysepkę porośniętą zabudowaniami, a prócz tego tylko otwarte morze. 

Do ucha Reda dotarł szloch. Cichy, stłumiony szloch. 

Między beczkami, pod budynkiem zrobionym z dzioba okrętu siedział mały, niebieski pegaz. Brudny, chudy i z wielkimi, zaczerwienionymi od płaczu oczami. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Rose uśmiechnęła się do klaczy. Wydawała się przynajmniej trochę miła, a w porównaniu do reszty kucyków z tego rejonu, to już było coś. Zresztą, złodziej potępiający kogoś za wykonywany zawód to najzwyklejszy w świecie hipokryta. Ale właśnie: zawód. Została o niego zapytana i nie wiedziała, czy powinna odpowiadać. Choć z drugiej strony ta Chia nie wyglądała na głupią. Zapewne domyśliła się, że Rose za niewinność do takiego miejsca nie trafiła. Jednak pomarańczowa jednorożka milczała już zbyt długo i czuła, że powinna się odezwać, aby uniknąć niezręcznej ciszy.

 - Ja... umiem kraść - powiedziała cicho, spoglądając nerwowo na klacz. Może doceni szczerość... a w najgorszym wypadku będzie mieć na nią oko. Zresztą, niepotrzebnie. Rose nie była kucykiem bez serca i z pewnością nie zamierzała okradać kogoś, kto tak jej pomógł. Czuła mimo tego wstyd ze swojego zawodu. Ale przecież taki jest jej znaczek i już nie da rady tego zmienić. - Znam też kilka prostych zaklęć, oraz... tak z dziesięć lat temu grywałam w miarę regularnie na pianinie - wymieniła wszystko, co przyszło jej na myśl.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co miał teraz zrobić? Przecież nie może przejść obojętnie obok cierpiącego źrebięcia! Z drugiej strony, przecież to nie jego sprawa, a poza tym, jak mógłby mu pomóc? Nie miał przecież przy sobie żadnych pieniędzy, a jego specjalizacją była walka, nie pomaganie potrzebującym. Znał jednak magię na tyle dobrze, by uleczyć drobne rany, więc jeśli to był problem, to może dałby radę coś zrobić...

- Coś się stało, mały? - zapytał się, podszedłszy do pegaza. Już w tej chwili żałował, że po prostu nie zajął się własnymi sprawami, bo uświadomił sobie, że pomagając bierze na siebie coś, czego szczerze nie cierpiał. Odpowiedzialność.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

Klacz uśmiechnęła się szeroko. 

- Nie wiem czy umiesz kraść dobrze, bo zapewne za to cię tu przyprowadzono... Ale to już coś. Myślę, że znalazłabym dla ciebie dobre zajęcie, ale choć za mną, nie omawia się przecież spraw biznesowych na forum. - Chia odwróciła się i ruszyła po schodach w górę, skąd trafiła do "gabinetu" ukrytego za sporymi, drewnianymi, zdobionymi drzwiami. Wszystko wyglądało ekskluzywnie, okno wieńczyły czerwone zasłony, paliły się świece. Na drewnianej podłodze wyłożono w paru miejscach dywaniki. Nie było biurka, ale stół z krzesłami, oczywiście wyglądający na drogi. 

Chia usiadła u szczytu stołu i zasugerowała Rose, by ta zrobiła to samo.

- Tak się szczęśliwie złożyło, że trafiłaś w samo niemal centrum polityki tego paskudnego miasta. Nie jestem jedynie burdelmamą, mam też parę innych zajęć. Jednym z nich jest bez wątpienia pozyskiwanie informacji. Wiedza, moja słodka, to prawdziwa władza. Zwłaszcza wiedza o innych. I właśnie to mogłabyś u mnie robić: pozyskiwać wiedzę. Jesteś ładna, masz błysk w oczach i mam nadzieję, że nie brakuje ci sprytu. To co musiałabyś robić, to być dobrą aktorką. Udawać damę do towarzystwa. Co ty na to? - zapytała. 

 

REDWATER

 

- Zgu-zgu-zgu... - Tu nastąpił głęboki wdech, który uprzedził wykrzyczane niemal jednym tchem zdanie: 

- Zgubiłem się! 

Cóż, w takim miejscu nie było to trudne. Źrebak miał na sobie resztki podartych ubrań i siedział dziwnie sztywno. Był spięty i zdawało się, że go chwila lekko zerka do tyłu. 

W zaułku za plecami małego nie było widać nic, prócz ciemności... Ale kto mógł wiedzieć, co tam siedzi. Dzieciak tymczasem był podenerwowany w nieco inny sposób, niż nakazywałaby sytuacja. Zwyczajne zgubione źrebaki po prostu panikowały. On sprawiał wrażenie wiedzącego, co dokładnie zagraża jego bezpieczeństwu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Rose, zainteresowana, podążyła oczywiście za klaczą, a wszedłszy do pokoju, usiadła na wskazanym miejscu i zaczęła uważnie słuchać.

 - Udawać mogę, nawet już kiedyś raz spróbowałam tego sposobu, lecz... trochę boję się o swój zad. W znaczeniu dosłownym. Poza tym, musiałabym wiedzieć, co dokładnie powinnam za każdym razem zdobyć. A jeśli chodzi o jakieś zapiski, to poradzę sobie bez teatrzyku. O ile tuż po kradzieży nie zacznie mnie szukać straż z całego miasta, jak ostatnio...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż, pomoc w odnalezieniu rodziców nie należała do czegoś, co wykraczało poza jego umiejętności. Niepokoiło go jednak to zerkanie przez źrebię i te dziwne wrażenie, że tu chodziło o coś więcej niż tylko zwyczajne zgubienie się.

- Ci... Spokojnie - postarał się go uspokoić w niezbyt wyrafinowany sposób. Nie znał się na dzieciach i nigdy nie zwracał na nie uwagi, więc niezbyt też umiał się zachować przy nich. - Pomogę ci znaleźć twoich rodziców. Powiedz mi tylko, czego się tak boisz? - wolał się dowiedzieć zawczasu. Miał nadzieję, że zagrożenie, którego obawiał się pegaz nie było powiązane z gangami. Wtedy przekreśli sobie szanse w jednej trzeciej tej osady.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Nie chodzi o zapiski, w żadnym razie! Tutaj się zapiski nie sprawdzają. Chodzi o to, żeby wyciągnąć z klienta jak najwięcej. Albo wyciągnąć rzeczy na  imprezach, których  tu nie brak. Rozumiesz? Życie w wyzszych sferach Albo... Hmm... Masz coś przeciwko unieszkodliwianiu złych person? - zapytała, absolutnie zresztą poważnie. - Nie mówię od razu o zabijaniu, ale przyznam, że przydałby mi się ktoś szybki i dyskretny. Jestem tu dość sławna, a zagrożeń nie brakuje... Cóż, daję ci sporo możliwości, zadecyduje aż sama. Daję ci dwanaście godzin - prześpij się, przemyśl i daj mi znać. Cokolwiek zdecydujesz, nie musisz się przejmować umiejętnościami. Ja albo dziewczyny nauczymy cię wszystkiego co potrzebujesz. Chodzi o dryg. Pytania? - zapytała. 

 

REDWATER

 

Źrebak pokręcił głową. 

- Po prostu się zgubilem! Moi rodzice mieszkają całkiem na górze. Czy możemy już tam iść? - zapytał. 

Ale było już za późno. 

Coś uderzyło go od tyłu, w zad. Stał za nim wielki, muskularny kuc ziemny o szarej sierści i zielonej grzywie skrytej pod czerwoną chustą. To raczej nie był ktoś z natury łagodny. 

- Zgubiłeś się? - zapytał. 

Red kątem oka zobaczył, że z zaułka wychodzą kolejne kuce. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 — Jeżeli potrzebujesz skrytobójcy, to musisz sobie poszukać kogoś innego. Nie jestem morderczynią — odparła stanowczo. — Ale... chyba poradzę sobie z tym drugim. Tak myślę — dodała, już mniej pewnie. — Gdy robiłam to sama, to tylko dlatego, by kogoś okraść. Nie wiem zaś jak miałabym skłonić jakiegoś pijaka do gadania o czymś innym niż mój zad, a co dopiero o delikatnych informacjach. Nie chodzi mi tu o to, czy chcę to zrobić, czy nie, lecz o to, że chyba nie do końca wiesz, czego ode mnie oczekujesz — mówiła, z każdą chwilą coraz bardziej czując, że ta cała Chia nie ma większego pojęcia o pracy kucyków uzdolnionych podobnie, co Rose. — Mogę wejść do domu, zabrać coś i wyjść, nie zostawiając śladu. Jednak pani oferta to coś zdecydowanie innego od mojej zwyczajnej pracy. Chyba mogę się za nią zabrać, ale naprawdę nie wiem w jaki sposób. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Może jakby nie to, że kuc miał wsparcie, to by z nim zawalczył. Jednak znał swoje możliwości i wiedział, że sam jeden sobie nie poradzi z taką zbieraniną. Poza tym, miał źrebię pod ochroną, więc nie wypadało się mu bić. On wcale nie tchórzył, zachował się po prostu rozsądnie. Prawda? Prawda. Jeśli ktoś się z nim nie zgadzał, to mu tego nie powiedział. Żeby dać sobie czas na ucieczkę, postanowił oślepić ogiera za sobą magicznym światłem, po czym wrzucił pegaza sobie na grzbiet za pomocą magii oraz zaczął uciekać jak najdalej galopem, nawet nie oglądając się za siebie. Miał tylko nadzieję, że źrebak utrzyma się na jego grzbiecie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Oczywiście, że nie wiesz. Dlatego też cię nauczymy. W skrócie, moja mała: wystawne przyjęcia, salony, śmietanka towarzyska miasta i twoje lepkie kopytka... Musisz po prostu ładne wyglądać i być przekonująca jeśli chodzi o takich, co by mieli wobec ciebie plany. Nietrudno sobie wyobrazić, że nie będziesz mogła narzekać na brak popularności, a wie sukces jest gwarantowany. Szkolenie z zakresu etykiety - powiedzmy - dworskiej zaczniemy jutro, wymagania na tym polu nie są szczególnie wielkie. To nie Equestria. To jak, zgadzasz się? - zapytała z miną rasowego biznesmena. 

 

REDWATER

 

Źrebak pisnął, oprych zaklął z zabawnym akcentem, po czym krzyknął coś w obcym języku. Red słyszał za sobą stukanie kopyt o brukowane podłoże, ale jego czar zadziałał bardzo na jego korzyść. 

Ogier wybiegl z małej uliczki i miał teraz do wyboru trzy opcje: skręcić w prawo, w miejsce z którego przyszedł, czyli cofnąć się w dół. Pobiec w górę, tak jak prowadziła szalenie wąska, zakrecajaca skalna ścieżka idąca do łukowatej bramy między domami albo pobiec przed siebie, na skośny dach budynku na którym w równych odstępach rozmieszczono deski przystosowane do wspinania się. Z dachu można było przejść pomostem zawieszonym nad ulicą na dach wysokiego budynku, pod którym obecnie stał Red, jak również na sąsiednie, ciasno postawione budynki. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Rose aż się lekko uśmiechnęła, słysząc o tym wszystkim, co mówiła Chia. Co prawda Rose sama była kiedyś przez kilkanaście lat bogata... ale dbali też o nią rodzice i z pewnością nie spieszyło im się, by wysyłać ją na przyjęcia. Tylko ciekawe, ile pamięta z tych wszystkich dworskich manier.

 — No dobrze — zgodziła się z przekonaniem. — Tylko co masz na myśli, mówiąc o "planach"? Myślałam, że panie posyłane z takich miejsc, jak to, służą właśnie do tego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...