Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Advilion, Riddle] Bring me that horizon!

Recommended Posts

Red podczas biegu zastanowił się, gdzie powinien się skierować. W dokach byłby odcięty, więc do nich na pewno nie mógł się skierować. Droga na górę z jednej strony była zachęcająca, z drugiej jednak mogła być bez powrotu. Zdecydował się więc na dachy. Nawet jeżeli ich nie znał, to miał na nich największe szanse. Pobiegł więc przed siebie, aby się wspiąć. Może i kopyta nie dawały mu zbyt dużej zręczności, jednak powinien sobie dać radę. W sytuacji awaryjnej mógł się zawsze gdzieś przeteleportować. Co prawda długodystansowa teleportacja byłaby przydatniejsza w tej sytuacji, jednak nawet jego bardziej "bojowa", bo mniej męcząca i na małe dystanse, mogła mu pomóc.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Moje dziewczynki są wspaniałe, jeśli chodzi o romanse i uwodzenie, ale nie mają doświadczenia złodzieja. Wyobrażasz sobie? Żadnej złodziejki do tej pory. A tobie mam nadzieję pójdzie lepiej niż ostatnio - stwierdziła przekornie. - No nic. Chodź, zadomowisz się. Mam akurat wolny pokoik, jedna z moich dziewcząt ostatnio doszła do wniosku, że potrzebuje zmiany i postanowiła zostać piratem. Głupotka. No ale cóż mogę poradzić, próbowałam ją odwieść od tego głupiutkiego pomysłu. Mówię jej: "Ależ Mandolline, słona woda fatalnie działa na cerę, a ten zapach ryb i glonów...". Niestety, uparła się - plotła burdelmama, prowadząc Rose na piętro wyżej. Uprzednio wyjęła z biurka mosiężny kluczyk, który obecnie wsadziła w zamek drugich drzwi od lewej i otworzyła je przed klaczą jednorożca. 

Nie był duży, ale znacznie przyjemniejszy od większości kwater, które Rose wykorzystywała w czasie złodziejskiej kariery. Był jakiś doniczkowy kwiatek, były czerwone zasłony, baldachim nad łożem, krzesło, stolik i fotel. Prócz tego ze dwie latarenki i świeca do oświetlenia, no i oczywiście widok na dachy poniżej i na morze. Widać było do czego ów powstał, ale przynajmniej był ciepły i przytulny - w przeciwieństwie do otoczenia paskudnego miasta. 

- Pytania? 

 

REDWATER

 

Nie było łatwo piąć się po prowizorycznych schodkach na dachu, ale jednorożec dał radę. Pegaz na jego grzbiecie lekko podskakiwał, a pogoni póki co nie było widać. Ze szczytu tego budynku zwodzony mostek prowadził na dach kolejnego, wyżej osadzonego budynku. Wydawało się, że widok jednorożca z pasażerem biegnącego po dachach nikogo nie dziwi - gdzieś wokół latały gryfy i pegazy, na dole zaś chodziły kuce, jednorożce i inne stwory (było tam coś, co przypominało czworonogiego rekina i rozmawiało o pogodzie z kucem ziemnym) i absolutnie nikt nie zwracał na niego uwagi. 

- T...tam! - odezwał się dzieciak, a jego kopytko wystrzeliło obok pyska Redwatera i wskazało sam szczyt słupa skalnego obudowanego domami. - Tam mieszkam! 

Dystans był dosyć porażający, a jeszcze bardziej porażająca była wysokość. Im wyżej zresztą, tym bardziej - jak się zdawało - domy były uporządkowane i bogatsze, ale do szczytu była daleka droga przez dachy, wnętrza budynków i mostki. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Złodziejem można być na wiele sposobów — mruknęła w odpowiedzi na monolog Chii, dając się prowadzić. Rose musiała przyznać, że wcale jej się źle nie słuchało, choć pewnie po dłuższym czasie zrobiłoby się to męczące. O tym jednak nie myślała już dłużej, zamiast tego z zainteresowaniem oglądając pokoik; co prawda mały, ale w żadnym razie nie przypominający skromnego. Rose jednak zbytnio to nie obchodziło. Ważne, by nie wyglądał brudno, był ciepły, oraz miał wygodne łóżko, choć śliczny widoczek także ją zadowolił. — A kiedy mój pierwszy "trening"? — skorzystała z okazji na pytanie Rose.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie był stworzony do przemieszczania się w takich miejscach. Był jednorożcem, nie pegazem. Na dodatek jego teleportacja była krótkodystansowa, niewystarczająca do przeniesienia się tam. Zaś lewitowanie samego siebie jest czymś, co wykracza poza możliwości większości jednorożców. Mógł jednak postarać się jak najbardziej zbliżyć do słupa i potem zostawić pegaza, by poleciał do domu. Tak powinno być dobrze.

- Dasz radę polecieć, gdy będziemy blisko? - zapytał się źrebaka. - Niestety ja sam nie umiem latać, więc ci nie pomogę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- A mogę zaraz zawołać jakąś dziewuszkę od wizerunku i manier, jak chcesz. Właśnie, co do rozkładu dnia, bo owszem, rozkład dnia u nas obowiązuje: O godzinie trzynastej mamy obiad, o wpół do ósmej śniadanie, a o dwudziestej kolację w normalne dni, to jest w dni w których akurat nie ma ważnych imprez. Obecność obowiązkowa, ale to właściwie wszystko. To jak, chcesz zacząć małą szkółkę manier? - zapytała Chia, patrząc w jakiś punkt za oknem. 

 

REDWATER

 

- Mogę już stąd. Nie umiem jeszcze latać, ale znam drogę - zwierzył się przepraszająco pegaz. Oczywiście Red mógł zostawić dzieciaka i odejść w innym kierunku, ale zawsze była jakaś szansa na nagrodę od rodziców zguby, a jakakolwiek nagroda byłaby lepsza niż to, co miał teraz... Czyli praktycznie nic. Pogoni nadal nie było widać ani słychać, ale jeśli pośród bandy były pegazy, to jednorożec powinien podejmować szybkie decyzje. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Okej, rozumiem. I z chęcią zacznę już zajęcia. Ale mam jeszcze pytanie. Czy bycie taką panią do towarzystwa, za jaką mam się podawać, oznacza też konieczność sypiania z "klientami" w czasie pracy? Pójdzie mi proście, jeśli nie będą tego ode mnie oczekiwać - powiedziała. Może i nie szczyciła się cnotą ani zarabianiem w godny sposób, jednak mimo to choć trochę się jeszcze szanowała i nie zamierzała pracować w ten sposób. No, chyba że spotka kogoś naprawdę ładnego lub czarującego, a w sobie będzie miała trochę alkoholu. Wtedy się zastanowi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red westchnął. Naprawdę dużo ryzykował, ale przecież już zdecydował się pomóc dzieciakowi. W głębi serca nie był przecież złym kucykiem. Lubił się po prostu zabawić. A że szansa na nagrodę też była dość atrakcyjna...

— Dobra, mały. Pójdę z tobą aż do domu — zdecydował się szybko. Wiedział, że raczej nic z tego nie zyska, ale skoro już zaczął, to musi skończyć. Może przynajmniej rodzice pegaza dadzą mu coś do jedzenia, bo już od dawna nic nie jadł, a nie miał pieniędzy, by pójść do jakiejś oberży.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

Chia spojrzała na Rose usilnie się zastanawiając nad pytaniem. Przemyślenia zakończyły się wzruszeniem ramion. 

- Nie zmuszam, nie zabraniam. Rób co chcesz. Od czasu do czasu to byłoby całkiem korzystne, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o informacje, a jeśli nie masz wprawy w sprawach łóżkowych to i tak nie ma sensu... No chyba, że masz. Albo że chcesz, by moje dziewczynki sprzedały ci parę trików i trochę teorii - odparła z filuternym uśmiechem i mrugnęła do Rose. 

- HALO, ROO PROSZONA NA GÓRĘ, NATYCHMIAST - wrzasnęła, uprzednio otworzywszy drzwi i to przełamanie ustronności chwili zwieńczyła czarującym uśmiechem podstarzałej klaczy. 

 

REDWATER

 

Bez pomocy małego Red nawet nie miałby kłopotu z dotarciem na szczyt. On po prostu by tam nie dotarł. 

Czekała go ponad dwugodzinna wyprawa po wąskich kładkach, mostkach linowych, skośnych dachach, a czasem nawet przez budynki mieszkalne. Czasem przechodził przez skróty, po których nawet by się nie spodziewał, że gdzieś prowadzą, a mały pegaz (przedstawił się jako Copper) zadbał o to, żeby szli w ciemnych zaułkach, nie zaś po samej "powierzchni", która mogłaby ich wystawić na widok pogoni. 

Wszędzie gdzie szli były więc beczki, zbutwiałe drewno, sieci, kawałki okrętów, czy też same okręty przekształcone w zabudowania. W międzyczasie Copper zaczął paplać i nie skończył nim pojawili się na placu, jedynej płaskiej przestrzeni jaką Red widział od paru godzin. 

Była znacząca różnica między tym co było TAM, a TU. 

Owszem, budynek również był skonstruowany z okrętów, ale wyglądał bardzo ekskluzywnie i królewsko. Nie było obdrapanego z farby drewna, a cała bryła budowli wydawała się być przemyślana i była odgrodzona od placu murem. 

- I ja mu wtedy hop i z kopa w pysk, tak właśnie zrobiłem. Będzie pamiętał, że z Copperem się nie zadziera. No, to już tutaj. To dzięki za pomoc, fajnie było, cześć - rzucił i jak gdyby nigdy nic oddalił się w stronę wejścia do rezydencji, mając Reda zupełnie gdzieś. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rose natomiast cicho zachichotała, widząc jej uśmiech poprzedzony krzykiem. Jeśli w taki sposób następowało tutaj dawanie poleceń, to z pewnością na co dzień będzie tu ciekawie. Miała tylko nadzieję, że Chia nie potrzebuje przez to jakichś ziołowych herbatek na gardło. Takie problemy nigdy nie są przyjemne.

 — Nie ma może jakiejś spokojniejszej metody wydawania poleceń? Ciężko mi sobie wyobrazić, że dzień w dzień trzeba to robić właśnie tym sposobem — powiedziała, nieco znudzona czekaniem na Roo. Pewnie zaraz przyjdzie, ale Rose jakoś nie chciało się stać i milczeć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red był już głodny, zmęczony i zirytowany, a teraz jeszcze dowiedział się, że dla dzieciaka nic nie znaczy jego pomoc. Zdecydowanie był teraz zirytowany. Nie mógł jednak wygarnąć w twarz dziecku, że zachowało się źle w stosunku do niego. Jeszcze by się znaleźli jacyś obrońcy, którzy by uznali go za kogoś, kto atakuje słabszych. Niestety więc musiał zacisnąć zęby i spróbować osiągnąć swój cel dyplomatycznie. Podbiegł więc do pegaza.

— Copper, przepraszam cię, jednak od dawna nic nie jadłem, tak samo nie spałem, a teraz jeszcze zmęczyła mnie ta podróż, a nie mam żadnych pieniędzy — próbował wziąć go na litość, co pewnie z zewnątrz wyglądało żałośnie, jednak to była jego największa szansa. — Byłbym ci naprawdę wdzięczny, gdybym mógł coś zjeść i odpocząć... W miarę możliwości, przydałoby mi się choć trochę pieniędzy. Mogę liczyć na to, że się mi odwdzięczysz za pomoc?

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Czy coś ci nie odpowiada, jeśli chodzi o moje sposoby na wydawanie poleceń? - zapytała klacz, bardzo ekspresyjnie zmieniając wyraz twarzy z przyjacielskiej na surową. Pytanie zawisło w powietrzu, podszyte wyczuwalną groźbą. 

Drzwi otwarły się i do milczącego pokoju weszła różowa klacz jednorożca. Była młoda, w wieku Rose, albo nawet młodsza. Grzywę miała białą, prostą i wyglądała na typ nieszczególnie bystry, ale będący miłym, niezobowiązującym towarzystwem. Zatrzepotała rzęsami, wyczuwając, że coś jest na rzeczy i stanęła pod drzwiami, czekając na polecenia. 

 

REDWATER

 

Mały pegaz odwrócił się i przemyślał propozycję. 

- Dobra! - odparł entuzjastycznie. - To chodź za mną. Ale wiesz co? Będziesz się musiał zakraść od tyłu, od ogrodu. Rodzice nie lubią obcych i wcale a wcale im nie ufają. Przyniosę jedzenie do mojego pokoju. Albo nie! Zaczekaj w ogrodzie. Jak zapadnie noc, to cię wpuszczę do domu. Nie możemy ryzykować. Słuchaj, widzisz mur, nie? Musisz iść w lewo, aż do ulicy. Za nią jest przepaść, ale metr niżej jest półka skalna. To jest trochę ukryte przed wzrokiem innych, z tamtej strony mało kto lata. Musisz iść do niej, potem do kanału który wylatuje tuż obok. Tym kanałem przejdziesz do studzienki w ogrodzie, a ja ją odblokuję. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

 Nie przejęła się zbytnio zmianą tonu. Co ta Chia myśli, że osiągnie? Regularna praca jest dla Rose ułatwieniem, ale radziła sobie bez niej i poradzi również teraz. A z całą pewnością nie zamierzała znosić rozkazów kogoś, kto wymaga ślepej posłuszności.

— Jestem złodziejką. Nie słuchałam nigdy poleceń, ani nie wydawałam. Po prostu wydaje mi się, że dobry pracownik powinien słuchać się na tyle dobrze, aby oszczędzić pracodawcy gardło — odparła klaczy, zaraz po czym popatrzyła się na zawołaną Roo. Wyglądała... nieszczególnie. Biała grzywa może i była ciekawa, ale różowa sierść? Widziała setki podobnych odcieni, choć w kombinacji z taką grzywą już nie tak dużo. W każdym razie, kolorami przypominała albo stokrotkę, albo rzepę. I chyba musiałaby jeszcze trochę tą Roo poznać, aby wreszcie zdecydować się na jedną wersję.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red potwierdzał wszystko potakiwaniem głowy. Wystarczyło, że zejdzie na tę półkę skalną i przejdzie kanałami. Nie brzmiało to jak nic trudnego, nie dla niego. Jeśli nawet odległość będzie zbyt duża, by skoczyć, to może użyć teleportacji. I wtedy już na pewno da sobie radę.

Doszedł też do wniosku, że Copper to nie jest jednak zły dzieciak, tylko po prostu nie myśli tyle o innych. Cóż, on sam w jego wieku jeszcze mniej pewnie zważał. Był na pewno bogatszy, niż ktoś mieszkający w takim mieście, nawet jeżeli w takiej rezydencji. A bogata młodzież często traktuje innych, jakby tylko jej mieli służyć za nic w zamian. Redowi jeszcze trochę z tego zostało, jednak najwidoczniej zaczął mięknąć. Pomógł w końcu Copperowi, a na początku nie myślał o zapłacie. Czyli mógł jeszcze bardziej z siebie dumnym. W końcu pomagał!

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- To teraz jest czas, byś jako złodziej nauczyła się słuchać poleceń. Jeśli oczywiście chcesz przeżyć, bo warunki, które ci oferuję są wyjątkowo korzystne. A nie musi tak być - odparła starsza klacz i wyszła, uprzedzając ten moment nieprzyjemnym, jadowitym uśmiechem. 

Roo odczekała parę chwil, nim zdecydowała się mówić.

- No, lepiej jej nie podpaść, poza tym jest w porządku. Karmi, daje dobre miejsce do spania i nie bije, niewiele znajdziesz tu miejsc w tej robocie na takich warunkach - skomentowała nieco piskliwym, ale w ogólnym rozrachunku ciepłym głosem. Mrugnęła do Rose. - To jak? Zaczynamy naszą małą lekcję obycia w towarzystwie, hę? - zapytała. 

 

REDWATER

 

Najgorsze było czekanie.

Redowi oczywiście udało się zakraść do ulicy i wspomnianej przepaści. Przyprawiała o zawroty głowy, ale wystarczyło dobrze wycelować by trafić na omszałą półkę skalną. Na nią wylewała się brudna, zielona woda która następnie z pluskiem spływała na część półki, by finalnie trafić do oddalonego o dziesiątki metrów morza. Było naprawdę wysoko.

Copper wspominał o tym, że miejsce jest osłonięte. Było istotnie, a to za sprawą bliźniaczej skały, na której wyrastała kolejna bogata rezydencja. 

Wracając jednak do kanałów, wielka rura która wyrastała ze skały oczywiście cuchnęła, choć jeszcze nie niemiłosiernie. Dla źrebaka mogła być wygodnym przejściem, ale Red musiał się schylić, by w ogóle do niej wejść i pogrążyć się w ciemnościach. Gdzieś we wszechogarniającej czerni dostrzegł słaby snop światła - to musiała być krata, o której mówił mały. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pochodził z szlachty, więc te warunki były dla niego wyjątkowo okropne. Ten smród, wilgoć i w ogóle... Blech. Mimo wszystko, był pod wrażeniem tego, że ktoś chciał zbudować kanały w takim miejscu. W swoim życiu Red widział już przecież wiele miejsc, w których wszystko to, co się tu znajdowało, pływało na ulicach. Obrzydliwe. To miejsce jednak nie miało jakichkolwiek zalet, które mogłyby mieć miasta, więc oczywistym było to, że chciał je opuścić jak najszybciej. Pobiegł więc do kraty, na tyle, na ile pozwalało mu jego wycieńczone ciało.

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Chyba znam taką robotę, choć nie chcę o niej teraz mówić — powiedziała, po czym krótko westchnęła. — Co jak co, ale nie zamierzam tu siedzieć bez względu na to, jak mnie potraktują. Ale cóż... na razie chyba tylko chce mnie, postraszyć, czy coś. W każdym razie - tak, chcę zacząć lekcję — odparła "rzepie", uśmiechając się słodko. Ciekawe, czy są tu klacze, które interesują się innymi klaczami? Może mogłaby to wykorzystać... choć raczej dla korzyści związanych raczej ze zwykłą kucykową przychylnością, bo sama nawet nie wiedziała, ile musiałaby w siebie wlać alkoholu, by pomyśleć o klaczy jak o ogierze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER 

 

Im bliżej krat, tym bardziej doskwierał mu nie tyle głód, co uporczywy zapach zgnilizny. Nie był to zapach gnijących od wilgoci liści, ale smród trupa, od którego żołądek Reda się buntował, wprawiając go w malutki kryzys egzystencjalny. 

Niemniej źródła zapachu nigdzie nie było widać. Były co prawda zakratowane odnogi rur, ale oczy jednorożca nie wychwyciły tego, co jego nos. 

W końcu nad głową Reda pojawiła się sylwetka Coppera, który zaczął się szarpać z kratą i w końcu, po wielu trudach ją otworzył, robiąc przy tym dramatyczny hałas. 

- Gotowe! - zawołał z triumfem. Rozległ się kolejny hałas, kiedy z góry zjechała podrdzewiała, metalowa drabinka i skosem ustawiła się niedaleko od dna kanału, wprowadzając nadzieję do śliskiego, odrażającego świata kanałów. 

 

ROSE

 

- Nie chcesz? Dlaczego? - zapytała Roo, przybierając na pyszczek autentycznie zmartwiony wyraz. - Tu naprawdę nie jest źle. Nie wiem, czy prędko znajdziesz coś lepszego w mieście. Wiesz, większość mieszkańców jest dosyć stronnicza. I bardzo cenią sobie lojalność. Ale z drugiej strony... - tu głęboko westchnęła - to twój wybór. Dobrze. Poczekaj. Hmm... - rozejrzała się po pokoju i zatrzymała wzrok na talerzu obsadzonym owocami. Pokręciła jednak lekko głową i znów spojrzała na Rose. 

- O, już wiem. Zaczniemy od czegoś, co wydaje się być proste. Wyobraź sobie, że jestem ogierem i spróbuj mnie uwieść. Najpierw zrób to mową ciała - poprosiła. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Red nie zwlekał z wyjściem z kanałów. To nie było miejsce dla kogoś takiego jak on, ten smród, ta oślizgłość... Blech. Na całe szczęście droga była już dla niego otwarta. W końcu będzie mógł zjeść, trochę odpocząć i może nawet nieco wyczyścić, bo raczej po ostatnich wydarzeniach nie był wzorem higieny, a że też pochodził z wyższych sfer, to potrafił docenić walory mycia się, które umykały niższym warstwom społeczeństwa. Niby teraz do nich należał, jednak nie miał żadnego zamiaru się utożsamiać. Zaczęło go więc zastanawiać, w jakich warunkach żyją bogacze z tego miejsca, które się nazywało... Słyszał tę nazwę tylko raz i tyle się wydarzyło od tamtego czasu, że zapomniał. Cóż, to raczej nic nie zmieni, a przynajmniej miał taką nadzieję. W każdym razie, zamierzał obserwować ten ogród i dom, w których zaraz się znajdzie, aby porównać je z tymi, jakie znał wcześniej. Nie oczekiwał zbyt wiele, zawsze jednak była szansa, by się zaskoczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Obawiam się, że chyba nie dysponują tak kolorową wyobraźnią — odparła Rose, marszcząc lekko brwi. O tym właśnie przed chwilą myślała! I teraz pewnie przez to nie da rady się zmusić do "uwiedzenia" klaczy. Zwłaszcza, że chęć do takich rzeczy była dla Rose ważna. I zazwyczaj ją miała, przez co wszystko przychodziło jej niemalże naturalnie. Pewnie z tego powodu także nie potrafiła teraz wymyślić czegoś konkretnego, żadnego triku czy innego; zazwyczaj po prostu improwizowała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

REDWATER

Ogród był całkiem miłym zaskoczeniem. 

Porastały go dość bujne, tropikalne krzewy i palmy i był ostoją, niemal oazą pośród całego tego śliskiego, cuchnącego otoczenia. 

Była pokręcona, wybrukowana ścieżka zwieńczona kamiennymi ławeczkami, była mała fontanna, a nawet strumień. Red słyszał świegot ptaków, które musiały znajdować się gdzieś w klatce za żywopłotem. Widział też parę roślin, które obrodziły w kolorowe owoce. 

- No, dobra, chodź tutaj! - syknął Copper, zakradając się za najbliższy płot. Dał znak Redowi, żeby opuścił kratę. 

 

ROSE

 

Roo przewróciła oczami w lekkim niecierpliwieniu i machnęła kopytkiem. 

- No, dalej. Musisz ćwiczyć talent aktorski, bez tego ani rusz! Nie wstydź się, jesteśmy tu same. Ale szybciutko, bo czeka nas sporo innych lekcji! - zachęciła. 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Odnoszę jednak wrażenie, że jest to bardziej sprawdzian niż ćwiczenie — odburknęła. — To się zresztą nie zdarza na ulicy bym podchodziła do kogoś, kto w ogóle nie okazuje mną zainteresowania, i się odzywała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ROSE

 

- Marnujemy czas. Dawaj, pokaż mi swoje umiejętności. Chyba, że mam ci załatwić ogiera, to skoczę na dół i to zrobię, ale może nie uderzyć w twoje standardy - stwierdziła klacz. - I tak będziesz musiała się wykazać. Dobra, nie chcesz tak, to inaczej. Sprzedaj mi to jabłko - zażądała, wskazując na zielony owoc w mosiężnej misie na szafce. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Jeżeli ktoś nie ma ochoty na jabłko, to nie kupi go choćby nie wiadomo co. A jeżeli ma ochotę, to je po prostu kupi — odparła markotnie. — Ale dobra, powiedzmy że nie umiem. Ale zapewne jakiś przykład, zaprezentowany przez ciebie, mógłby mi pomóc w zadaniu — zaproponowała, mówiąc już raczej pozytywnym tonem - jak uczeń chętny do nauki.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Roo zamrugała, nie kryjąc swojego braku zrozumienia. Oparła się o próg i skrzyżowała kopytka na piersi z niezadowoleniem, a potem pokręciła głową, cmokając. 

- Słuchaj, czy ja mam iść do madame i powiedzieć, że z tego nici? Dalej, chcę zobaczyć twoje możliwości. Widziałam tu wiele łamag, zaufaj mi. Żeby cię uczyć muszę najpierw się dowiedzieć, co umiesz. Nie chce mi się wierzyć, że nigdy nikogo nie uwiodłaś. Nie miałaś wcześniej żadnego ogiera? Taka ślicznota jak ty? - zapytała. W jej głosie nie było słychać żadnych drwin, ale Rose wyczuła, że zaczyna się obustronny maraton brania pod włos. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

— Bycie ślicznotą to główny powód tego, że nie wiem, co teraz zrobić. Jak mnie widzą, to... zazwyczaj jakoś idzie. — Odparła, po czym głęboko westchnęła. Spojrzała po tym przez chwilę w podłogę, jakby się nad czymś zastanawiając, a po tym znów na Roo, usilnie próbując sobie ją wyobrazić jako kogoś innego. Wreszcie, uśmiechnęła się do niej lekko i stanęła do niej bokiem, mrużąc też nieco oczy.
— Madame mówiła, że dziewczynki znają tutaj dużo trików. Może więc... zaprezentujesz mi teraz parę z nich? — zapytała cicho, na pograniczu z szeptem, po czym przechyliła też lekko główkę, jak zaciekawiony ptaszek. Na razie jeszcze jakoś sobie radziła, choć na przymilanie się do dziewczyn była jeszcze stanowczo za trzeźwa. Ale... chyba się przełamała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...