-
Zawartość
1999 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
1
Wszystko napisane przez Ares Prime
-
- Dobrze, obiecuję że pójdę z wami. Nie wiem czemu... ale wydajecie się być jakby.. znajomi. Mów co wiesz starcze. - odparłem spokojnie, i wysłuchałem opowieści starego kuca. Z początku mówił z sensem, tak jakby. Night Watch... coś mi to mówiło. Byłem pierwszym z nich? I ta księżniczka Luna... dlaczego mam takie dziwne myśli na jej wspomnienie? Kim ona jest.. ale ostatnie pytanie starego mnie zamurowało. - Jak to zginąłem? Przecież ja żyję? Wiesz co się stało? Powiedz mi ! - dosłownie chwyciłem starego za szatę i podniosłem do góry. - Ja nie mogę być przecież martwy, przecież jestem żywy. Oj, przepraszam panie.. Opuściłem delikatnie starego kuca na ziemię. - Wybacz, nie chciałem. Ale ja nierozumiem... jak to możliwe... ja nic niewiem.. nie pamiętam niczego...
-
- Księżniczka... jaka księżniczka ? Kim jesteście do cholery? Nigdzie nie pójdę, póki nie wyjaśnicie mi co tu się wyprawia ! Kim jest ta... Luna. - powiedziałem spokojniej, jakby to imię miało.. nie. Ono musiało być ważnie. - Kim wy jesteście? Czemu te Changelingi chciały mnie zatrzymać? Stawiam się twardo, i mocno. Najpierw odpowiedzi, potem się zobaczy. - I to ma znaczyć że ''jednak żyję''?
-
Te zbroje... takie..znajome? Czyżbym nosił kiedyś podobną ? Może... może warto zaryzykować kontakt z nimi. A niech tam, raz się żyje. Wziąłem głęboki oddech, i wzbiłem się w powietrze. Chwilę byłem zawieszony w niebiosach, a potem szybko i natychmiast opadłem pośród kucy w szatach. - Nightwing nie odszedł daleko.... - powiedziałem poważnie prostując się. - Kim jesteście, czego ode mnie chcecie?
-
Ten post nie może zostać wyświetlony, ponieważ znajduje się w forum, które jest chronione hasłem. Podaj hasło
-
Okej, wyglądają dość normalnie, ale lepiej nie ryzykować. Ukrywam się w krzakach, i czekam. Obserwuję jednorożce, słucham jakie mają imiona, i czy mówią o mnie. Jeśli będą mówić coś konkretnego... może jednak zaryzykuję, i wyjdę im na przeciw. Póki co siedzę cicho, słucham i obserwuję.
-
- Oczekuję owocnej współpracy, drogi panie. Mianowicie - powiedz mi jak unieszkodliwić na dobre Gatanyera, albo choć powiedz, jak możemy z nim skutecznie walczyć.
-
No nie, dopiero listopad? A już się cieszyłem że będę miał co oglądać jak skończy się serial Transformers Prime.... A tu lipa. Nu nic, trzeba zakupić dodatkową dawkę cierpliwości...
-
Korciło mnie żeby zadać więcej pytań, ale coś mi mówiło że jak młody wróci do swoich, domyślą się że nic na ich temat nie wiem. Zrobimy więc to inaczej. - Wiesz co młody? Nie przekonałeś mnie. Przyszła pora zapłacić za grzechy... spokojnie to nie będzie bolało. Przynajmniej nie mnie.. - uśmiechnąłem się upiornie, a potem strzeliłem typka porządnie w pysk, tak aby pozbawić go przytomności, i przy okazji wybić mu oba kły. Będzie miał pamiątkę na całe życie. Gdy z tym się uporam, spróbuję zlokalizować tych którzy ponoć mieli mnie odbić z tej chaty. W tym celu, wzbijam się w powietrze, i wykorzystując naturalne zasłony, jak drzewa czy duże skały, rozpoczynam szukanie tych którzy walczyli z Changelingami. Raz żeby dowiedzieć się kim oni są, i czy aby nie mają wobec mnie podobnych zamiarów co maszkary. A może... okażą się przyjaciółmi ?
-
Nie zabiłbym go, nie jestem mordercą. Ale on nie musi o tym wiedzieć. Zbliżam się do delikwenta, naciskam mu lewą przednią nogą, klatkę piersiową. Prawą nogą przyciskam swoje kopyto do jego policzka, i przybieram złowrogą minę. - Jeśli chcesz przeżyć, gadaj jak na spowiedzi, co wiesz. Kim jesteście, i czego ode mnie chcecie? Kim byli ci którzy zaatakowali chatę. Gadaj natychmiast maszkaro, albo zrobię ci rzecz tak straszną, że aż kamienie zapłaczą... - rzekłem cichym, mrożącym krew w żyłach szeptem do młodego changelinga. Na potwierdzenie swoich słów, uderzam prawym kopytem w ziemię kilka milimetrów od jego głowy.
-
- Wyłaź wyłaź, gdziekolwiek jesteś... boisz się zwykłego pegaza maszkaronku? No pokaż co potrafisz... Zacząłem prowokować wroga do ujawnienia się, jednak cały czas nasłuchiwałem z której dokładnie strony zbliża się buczenie, aby zareagować odpowiednio czyli kopytem w głowę przeciwnika. Jednocześnie, tak się zastanawiam... czego oni wszyscy chcą ode mnie? Co ja im zrobiłem że nie dadzą mi odejść tak zawzięcie. Czegokolwiek jednak ode mnie chcą, nie dam im żadnej satysfakcji.
-
Jeszcze załatwić tego wartownika, i trzeba zwiewać z tego wariatkowa. Czułem że potrafię się obok niego prześlizgnąć, ale teraz... wolałem działać bardziej radykalnie. Dlatego zamiast ominąć go, zakradam się od tyłu, aby chwycić drania, poddusić mocno żeby mu brakło tchu, a potem strzelić w łeb, raz a dobrze żeby stracił przytomność, taki taktyczny cichy nokaut. Gdy uda mi się to zrobić, wychodzę ostrożnie na zewnątrz, i uciekam w cienie. Tam gdzie moje miejsce.
-
Czyli chcesz to zrobić na ostro ? Jak tam chcesz kreaturo, ale wiedz że ja umiem sie bronić. Skoro leci na mnie a miejsca jest mało żeby uskoczyć w bok , to wzbijam się do góry na tyle aby wróg znalazł się pode mną. Potem spadam na niego, przygniatając go swoim ciężarem, i łamię mu skrzydła i nogi silnymi ciosami kopyt, a potem uciekam szybko na zewnątrz.
-
Żaden bo w obu można spotkać kanarów. Legenda czy mit ?
-
nick - Kojarzy mi się z krasnoludem, Yarpenem Zigirnem Avek - lojalny kibic klubu piłkarskiego z rodzinnego miasta. Zgadłem ? Sygna - Bardzo pouczający, i moralny tekst User - mało znany, ale jest tu chyba od dawna.
-
Dobra, pora ostatecznie zmywać się z tego wariatkowa. Nie wiem o co tu biega, ale wcale nie chcę się dowiedzieć. Trzeba stąd wiać. Zaraz... co Crealy mówiła ? Że jej chatka znajduje się 500 metrów do jakiegoś Canterlotu. Hm... nic mi ta nazwa nie mówiła, ale musiało to być jakieś miasto. Może tam znajdę jakąś konkretną pomoc. Ale najpierw, spytam się jeszcze o coś moją gospodynię. Wróciłem więc do poprzedniego pokoju, stanąłem w drzwiach, tak aby klacz nie mogła uciec. - Crealy... co tu się dzieje, tak naprawdę. Widziałem jak rozmawiasz z tymi... potworami na mój temat. Nie wiem czego wy chcecie ode mnie, ale nie zamierzam dać się wykorzystać. Wiedz że potrafię złamać kucykowi nogę w 4 miejscach, i to bardzo boleśnie. Dlatego proszę cię - powiedz co tu się dzieje.
-
- Co.. co tam się dzieje? To trzeba sprawdzić.- rzekłem od razu, i wybiegłem prosto do źródła hałasów. Dobra okazja żeby stąd nawiać, i rozejrzeć się dookoła. Jeśli ta klacz współpracuje z Changelingami, nie mogę tu zostać. Jeśli tam toczy się walka, to chętnie rozprostuję kości..
-
Oj uważaj teraz, bo ci powiem coś konkretnego... nie lubię jak ktoś spiskuje za moimi plecami. A wyglądałaś na taką dobrą osobę. - Królewski ślub? Nie.. nie byłem... a może byłem... nie pamiętam dokładnie... mam w głowie pustkę. Czuję się jakbym miał glinę zamiast mózgu, głowa mnie coś boli. A tak wogóle to gdzie ja jestem ? Co ta za miejsce?
-
A cóż to za stwory... no tak, to chyba Changelingi. Zaraz, o czym oni mówią ? Chyba muszą mnie znać.. cholera nie dobrze. Tu coś się kroi, nie mogę tu pozostać. Oni chcą czegoś odemnie, ale nie dam im tej satysfakcji. Mimo to..poczułem jakby żal. Crealy wydawała się sympatyczna, i miła a współpracuje z tymi bestiami. Trzeba stąd nawiewać, i to zaraz. Wróciłem ponownie po cichu do swojej sypialni, i położyłem się, aby jeszcze trochę odpocząć. Gdy uciszy się, to spróbuję uciec. Na razie poczekam na powrót Crealy, i spróbuję dowiedzieć się gdzie jestem.
-
Nick - Skromny coś... Avek - aniołowe piórko S- Nie ma ? nieładnie, znaczy że leń jesteś. User- nie znam niestety
-
Sony bo ma Playstation Mysz bezprzewodowa, czy kablowa?
-
Oj, to mi się nie spodobało. Coś chyba jest nie tak... Wstałem z łóżka, i poszedłem w kierunku drzwi. Otworzyłem je, i cicho zacząłem przekradać się, szukając Crealy. Czułem że wołanie nie jest właściwe, dlatego zachowuję absoluną ciszę, szukając gospodyni.
-
Spojrzałem nieufnie na zielone lekarstwo, ale chyba naprawdę mi dobrze życzyła, więc wziąłem je w kopyta, ale nie wypiłem go od razu. Zastanawiałem się nad odpowiedzią na jej pytanie. Przeszukałem swą pamięć ponownie, ale już samo szukanie jakichkolwiek informacji sprawiało mi ból głowy. Wreszcie jednak znalazłem tą konkretną informacje. - Jestem..jestem.. Nightwing.. - powiedziałem niepewnie. -Tak.. na.. napewno. Ja.. ja niewiem jak się tu znalazłem, nie pamiętam nic... prócz zimna, ziemi, mroku,chłodu. Jakbym tracił oddech, leżał w grobie... to było straszne. Zamilkłem na chwilę, aby odpędzić te straszne chwilie. Potem znów podjąłem rozmowę. - Wybacz... ale nie jestem w stanie powiedzieć więcej o sobie, ja... ja nic nie wiem, nie pamiętam niczego, kompletnie nic. - spojrzałem pytająco na swoją ''gospodynię'' - A ty ? Jak się nazywasz? Dlaczego mi pomogłaś?
-
- Zaraz kim ty... - zacząłem mówić do niej ale zapach był zbyt nęcący. Chciwie spojrzałem na jedzenie i dosłownie zacząłem je pochłaniać. Było znakomite, i szybko się znim uporałem. kimkolwiek ona jest świetnie gotuje. - Em, koleżanko przepraszam, czy mogłabyś tu przyjść?
-
Ziemia... zimno... duszno... Te myśli dosłownie wdarły się do mojego umysłu. Otworzyłem oczy, i zauważyłem że chyba... chyba leżę w grobie? Instynkty zadziałały momentalnie - zacząłem kopać z całych sił, liczyło się tylko to aby się wydostać na powierzchnię, do zbawczego tlenu. Gdy wreszcie mi się udało, zacząłem szybko oddychać, łapiąc świeże zimne powietrze. Nie wiem czy potem to był szkok tlenowy, czy może zwykłe zmęczenie, ale znów ogarnęła mnie ciemność, i straciłem przytomność --------------------------------- W nozdrza uderzył mnie zapach świeżego siana, leżałam na jakimś materacu, przykryty kocem. Wstałem ostrożnie, bolał mnie każdy mięsień i każda kość, jakbym za długo leżał w jednej pozycji. - Co jest.. gdzie ja jestem...? - spytałem sam siebie, ale zaraz przyszło mi do głowy jeszcze ważneijsze pytanie. - Zaraz.. kim ja jestem?! Rozejrzałem się wokoło... nic nie wyglądało znajomo. Spojrzałem na swoje kopyta - moja sierść była czarna jak noc, ciemnostalowa grzywa i broda. Miałem wrażenie że patrzę na kogoś zupełnie obcego. Spróbowałem przypomnieć sobie cokolwiek...ale nic nie znalazłem. Kompletnie nic. Prócz obrazu jednej, tajemniczej, niezwykłej klaczy. Wstałem z materaca, i poczułem jak coś zimnego kołysze się na mojej szyji. Spojrzałem, wisiał tam jakiś medalion, w kształcie sierpa księżyca. Bardzo misterna robota.. Po chwili zerknąłem na swój CM, który okazał się kolejnym sierpoksieżycem, tyle że był skrzyżowany z mieczem. Nogi odmówiły mi po chwili posłuszeńswa, czułem sam że byłem słaby, nawet dłuższe stanie było męczące... - Kim ja jestem? Gdzie ja jestem? - spytałem sam siebie. Co tutaj się dzieje...?
