Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Atmosfera w karczmie rosła wraz ze wzrostem liczby narzekań na prawdziwość opowieści. Jak widać wieśniacy nie potrafili dostrzec prawdziwych łowców potworów, nawet mając ich przed samym nosem. W powietrzu oprócz smrodu tytoniu wisiała walka. Nikt nie chciał ustąpić i zmienić swojego zdania. Wieśniacy szykowali się do dania grupowego wpierdolu przybyłym, a Wańka właśnie odwiązywał swój krowiak, owinięty wokół pasa.  Przezorny karczmarz właśnie chował swoje wszystkie naczynia, by nie zniszczyli je walczący. Gdy już cienka granica po której była rzeź miała pęknąć, nagle rozległo się głuche uderzenie. To cichy do tej pory Sasza skończył pić swoje piwo. Był ascetą ale po każdej wyprawie pił jeden kufel za poległych towarzyszy i znajomych, którzy oddali życie w walce z całą tą zgrają. Wstał powoli, patrząc groźnym wzrokiem po tłumie. Wańka chciał już podejść i przywalić pierwszemu ale Sasza zablokował mu drogę swoim pastorałem. Wańka klapnął z powrotem na krzesło, rzucając klątwami, które ani trochę nie były magiczne.

- Wy... - zaczął. Jego głos był sam w sobie potężny i nieco zdarty od wykrzykiwania modlitw, psalmów i egzorcyzmów. Wywinął w powietrzu straszliwego młynka, że ci wyżsi musieli się schylić, by pozostać przytomni. - Wieśniacy, oprychy, bandyci i gnidy. Tym jesteście, zwykłymi robalami siedzącymi w swoim ukochanym gównie tak głęboko, że nie możecie dostrzec motyla, który nań siądzie. My jesteśmy łowcami tych szkarad. To dzięki nam nie musicie się bać każdego dnia, że coś wam odgryzie dupę. Wy niewdzięczne sukinsyny, potraficie tylko narzekać i kwestionować! - Ciągnął swój wywód, gdy nagle odezwał się jakiś gość z tłumu.

- To zabierzcie nas ze sobą, pokażemy, że potrafimy się bić i nie jesteśmy tchórzami! - Tłum zawył zgodnie, okazało się, że tym odważniejszym był staruszek. Miejscowy furiat, który zawsze narzeka na bachory. 

Sasza pociągnął nosem i splunął mu pod nogi. Podszedł wolnym krokiem to starca, trzymając mocno swój pastorał. Wania się uśmiechnął. To mogło oznaczać, że jednak będzie mordobicie. Nie przepadał co prawda za tym pierdoleniem syna, ale co trzeba było przyznać, nic tak nie pomagało się zaognić atmosferze jak kilka ostrych słów. Czyli jednak będzie mordobicie, dobrze. Wymierzanie kary swoimi rękami i wiernym krowiakiem sprawiało mu zawsze nieopisaną radość. Staruszek mężnie stał przed o wiele większym, potężniejszym i mniej trzęsącym się ze starości przeciwnikiem. Miał już wykonać swój pierwszy cios i zaraz po tym spotkać stwórcę, gdy drzwi do karczmy otwarły się z łomotem. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę otworu w ścianie i ujrzały córkę starosty.

Była cała zdyszana i w poszapanych ubraniach, które pokazywały więcej niż by chciała (a trzeba podkreślić, że miała co zasłaniać), odgarnęła kilka złotych loków ze swojej twarzy, teraz całej we łzach.

- Ludzie, papcia porwała jakaś bestia i zatargała za wzgórza na łąki, a mnie poraniła. Błagam musicie nam po... - Nie dokończyła, bo w tym momencie chwyciła się za brzuch i zaczęła charczeć i wydawać dźwięki, które były w stanie wywołać ciarki u największego zawadiaki. Jej schludnie paznokcie zczerniały i zaczęły się wydłużać i grubnieć. Ładne brewki połączyły się, a błękitne oczy zżółkły i wtedy srebrny sztylet przybił jej gardło do framugi. Potwór warczał i starał się wyrwać niezgrabniem ale ból wywołany przez poświęcone, srebrne ostrze zdecydowanie mu nie pomagał. Po kilku minutach stało się nieuniknione - bestia skonała, będąc w części w postaci człowieka, a w części w postaci wilkołaka. Nie był to piękny widok.

W karczmie zapadła cisza. Że też najładniejsza dziewka we wsi tak marnie skończyć musiała... Kawał dziołchy się stracił. Wańka odrzucił swój stół na bok pod ścianę, bo nie chciało mu się go tak zwyczajnie obchodzić. Powiedział bardzo poważnie. To nie był głos bajarza Wańki, który przed chwilą opowiadał o ghulu. On był profesjonalistą i kiedy zaczynała się praca, to była praca i nic kurwa więcej, jasne?

- Wilkołaki... Jebane psiekurwy. Czas wymierzyć im porządną karę. Idziemy Sasza. - Klepnął go po ramieniu i ruszył przez rozwalone drzwi. Sasza wyciągnął ostrze i bezwładne truchło padło na ziemię. Schował dobrze swoje ostrze z innym i spojrzał ponuro na tłum. Widział jak wlepiają w nią wzrok i wiedział, że kilka kłaków nie powstrzyma ich godnej pogardy żądzy do jej ciała. Wyszeptał coś i uderzył końcem pastorału w trupa. Przeszło przez jej mostek, tak jakby to był piasek. Ciało zaczęło się wypalać i rozwiewać ukazując zwykły szkielet. Kilka jęków dobiegło z tłumu. Znowu splunął. - Wiedziałem, że skoro nie macie wiary by uwierzyć w świętą misję walki z plugastwem to nie będziecie mieli jaj, by stanąć z nimi do walki. Pochowajcie ją... Ale po bożemu i żadnych profanacji... Nie chcecie wiedzieć, co robię z profanatorami... - Odwrócił się i wyszedł, na zewnątrz czekał już Wańka z założonymi rękami i grymasem na twarzy. Nie lubił stać z założonymi rękami. Lubił działać i bić rzeczy. Gdy kierowali się w stronę wzgórz, z karczmy wyszło jeszcze dziewięć postaci, który za nimi szły.

Wańka szturchnął syna w bok. - Może jednak ktoś się odważy. - Powiedział szeptem nie odwracając się.

Sasza szedł dalej niewzruszony, nawet nie drgnął by zobaczyć kto za nim idzie. - Trzeba ich wprowadzić, choć i tak pewnie większość zdechnie. Ale zasady to zasady.

- No, dobra. Chcę wiedzieć, coście za jedni i z czego jesteście zrobieni - rzekł Iwan i odwrócił się do kilku odważnych śmiałków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Staruszek z pociemniałą skórą wyszedł przed szereg, garbiąc się, jakby sam był jakimś stworem. Oparł drewnianą laskę o podłogę, kaszlnął, skłonił się i właśnie w tym momencie przez pomieszczenie przeleciał jego przeciągliwy bąk.

 

Iwan Mieczypuruk sum, choć możejta do mnie mówić Puruk. Tak, to dobre imię w czasach, kiedy młode dziatki lubią tak wszystko skracać.

 

Tłum obejrzał się na niego z niedowierzaniem. Zaczęły się szepty. ,,On? Taki stary impotent?". Mimo iż Puruk w istocie liczył więcej wiosen niż calutka Ruś, to jeszcze nie ogłuchł. Wyjął z kieszeni jakiś proszek o recepturze znanej tylko jemu i dmuchnął nim pomiędzy co brzydsze mordy. Wszyscy, łącznie z Purukiem, kaszlali. Gardła paliły, jakby wlano w nie beczkę wódki, ale nikt już nie miał dość odwagi, aby zadać kolejne jakże zbędne pytanie.

 

- Na ziołach ja się znajta. Torbę medyka posiadać, umieć ją obsłużyć. Zrobię krople na płodność i niepłodność. - Ze smutkiem zauważył, że każdy z argumentów nie robi na nikim wrażenia. - Dobra, zrobię bimber z każdej rośliny. - Tłum się ożywił.

 

O bogowie, dlaczego to zawsze działa, niezależnie czy kto chłop czy pop.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chłopak powoli i spokojnie przyjrzał się jegomościom. Nie zareagował w ogóle na wypowiedz jego poprzednika. Po chwili odchrząknął i poprawił swoją torbę z pilnikami i wytrychami.

-Ja jestem Dimitri Miedow.- Powiedział po czym kiwnął lekko głową.- Ja jestem jedynie prostym ślusarzem. Jednak tutaj nic się nie dzieje.- Powiedział po czym zaczął skręcać rękami skrawek koszuli.- Więc postanowiłem, że chętnie ruszę się z tej zatęchłej mieściny. Znam się trochę na naprawie i otwieraniu zamków a i jakoś kołek mogę wystrugać. Ale cholerka muszę się dobrać do jakiegoś noża.- Dodał po chwili obserwując czy któryś wykaże zainteresowanie. Nie chciał powiedzieć więcej bo o więcej go nie zapytano. Po swojej wypowiedzi skłonił się lekko i powoli rozglądał się po innych zebranych.

Edited by Bosman

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pociągnął sobie zdrowo z buteleczki, wstał i wylazł za owymi łowcami.

- Panowie, psia mać, spokojniej.

Podparł się na pastorale gładząc wyryty na ni napis.

- Ojciec Andrei, do usług, nie tylko tych pogrzebowych, choć cosik mnie w kościach łapie że akurat te was będą interesować. Można powiedzieć, że nasze zawody podobne, tyle, że gdzie wy mięśniami, tam ja modlitwą. A koniec końców na jedno wychodzi, wszak ścierwo płonie lub się rozpada. Ale mniejsza.

Spojrzał na kolejnych wychodzących, potem na tych którzy już stali.

- I cosik czuję że z ostatnim namaszczeniem będę miał roboty trochę...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Odstawił kufel i wytarł usta wierzchem dłoni. Miód do najgorszych nie należał, choć to nie to samo, co w rodzinnym województwie. Taki wilcy to jednak niecodzienny widok, zwyczajne, leśne to przy nim jednak ledwie szczurki. Dziewki jednak szkoda, nie ma co się dobrej babie marnować. Ino dziwne, że akurat przybyła, gdy stary łowca swe historyje opowiadał, jakby coś im udowodnić chciała. Właśnie, gdzie się stary podział? Na dwór pewnie wylazł, wraz z kilkoma typami z karczmy. Pewnie śmiałków do szybkiego samobójstwa szukał.

- No to się ich doszukał - pomyślał Aleksiej i wyszedł do pozostałych „chętnych". Wciąż się lekko uśmiechał pod swą brodą, jak zawsze po dobrym miodzie.

- Aleksiej Koziorov, kowal bez zakładu, ojciec bez syna, mąż bez baby. A skoro wszystko, co mam, leży na mym grzbiecie, to zabiorę się z wami na plugastwa. Jak przywalić trzeba, to przywalę, jak dają się napić, nie odmówię - przedstawił się, uśmiechając się niezauważalnie. Może to i nie zabawa, lecz ponurym być nie trzeba, szczególnie, jak nie ma się nic do stracenia.

Gładził się po brodzie swymi gigantycznymi dłońmi, przyglądając się pozostałym ochotnikom. Albo staruchy, albo gołowąsy, które pewnie po pierwszym kielichu do matuli o pomoc wołają. Nadzieja jednak na kuma do przechylenia kufla w nim nie malała, a i śpiewek kilku może nauczy młodych. Oczywiście, pierwej muszą przeżyć spotkanie ze złym, co to baby zżera.

Edited by Advilion

Share this post


Link to post
Share on other sites

Michaił nigdy nie przepuściłby okazji walki z potworami, więc poszedł za innymi. Gdy usłyszał pytanie Iwana powiedział.

-Nazywam się Michaił i jestem zwykłym młodzieniaszkiem. Walczę swoją pałką, lecz ma wierność jest niezachwiana.- Michaił na słowo "pałka" wyciągnął swoją broń i ją zaprezentował, a po chwili się uśmiechnął- Jestem wierny tym, którzy mogą mi zapłacić, więc pytam się, jakie będą plusy tej roboty?

Po zadaniu pytania schował swoją broń za skórzany pasek. Ubrany był w zwykłą tunikę, najzwyklejsze spodnie i proste buty. Rozprostował palce u dłoni, aż te skrzypnęły, to był znak rozpoznawczy Michaiła, niezależnie od wszystkiego jego kości co jakiś czas skrzypiały, czy to przy kucaniu, czy przy walce. Nie zmąciło to jednak jego radości, mógł w końcu walczyć u boku kogoś kto się zna na walce z potworami. Pogładził swoje wąsy i postanowił czekać na odpowiedź.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Młody chłopak zaczął przyglądać się wszystkim zebranym. Cóż, przyglądał się raczej  rzeczą które mieli przy sobie. Wszystkiemu temu co błyszczało lub wyglądało na takie co będzie warte parę monet, bądź i cały mieszek.

- Nazywam się Bazyli Harkov drodzy państwo - Powiedział z nieukrywaną radością w głosie, kłaniając się przy tym komicznie. - Wyjęty spod prawa chłoptaś który właśnie co zdołał uniknąć starty i tak już uszkodzonej głowy. Specjalizuję się w...powiedzmy przywłaszczaniu sobie czyichś kosztowności. Złoto, świecidełka, takie tam. A z pomocą tego... - Bazyli chwycił swoją linę z kotwiczką -...zejdę i wdrapię się dosłownie wszędzie. Jeżeli będzie taka potrzeba to i urżnę tym jakąś maszkarę albo ludzi, bez różnicy.  

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mężczyzna stał spokojnie, jak gdyby za nic mając sobie pokaz jaki przed chwilą miał miejsce. Jego zimne oczy nie zdradzały jednak pogardy, a swoisty podziw do pracy i słów jakie wyrzekli dwaj mężczyźni, mający to poprowadzić drużynę na pewną śmierć w walce ze wszelkim plugastwem. Szata jego była długa i czarna, zdobiona co jakiś czas znakiem kościoła, spod kaptura zaś wyglądała aż nazbyt młoda, jak na patrzące z niej ślepia czy liczne zmarszczki, twarz. Szata jednak nie kryła całego ciała i tak jak twarz, tak i blada dłoń odznaczała się od reszty ciała. Widać było na niej dawne blizny i zdzierane ze skóry dawne pogańskie symbole i znaki wszelakie. Dłoń ta trzymała stary i mocno już zużyty pastorał, na którym to była oparta trzecia część wagi mężczyzny, najwidoczniej nie mającego nic szczególnego do powiedzenia. Jednak jego oczy mówiły wiele, pokazywały szacunek, nadzieję oraz prośbę i czystą wiarę w dwójkę mężczyzn.

 

-Vlad.

 

Padło krótkie słowo, jak gdyby określające całą istotę tego człowieka, a jednak mówiące tak niewiele. Wprawny jednak rozmówca odczytałby wszystko co było do powiedzenia w tym słowie, a była to prośba o poprowadzenie jego dłoni przeciwko złu pogańskich istot i ku zemście słodkiej niczym miód jednak trującej niczym jad przeklętych istot, które skrywały jego przeszłość.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W czasie opowieści dwóch łowców potworów Boria głównie pił. I to nie jakieś trunki z walorami smakowymi, tylko proste piwo, i to takie, co to brali ludzie coby się najebać, nie cechami nacieszyć. Poza tym jeszcze słuchał opowieści, bo we wsi, jak to we wsi aż tak wiele znowu się nie działo, już na pewno nic, coby mieszczucha zaintrygowało. A taka historia, proszę was, zawsze w cenie. W przerwie między jednym a drugim łykiem akcentował zainteresowanie pomrukami aprobaty. Kiedy sprawy przybrały obrót zgoła nieoczekiwany, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywało na to, że będzie rozpierdol, wstał, odsunął się od stołu i przygotował do bitki.

 

Jednak do mordobicia ostatecznie nie doszło, a to dzięki dziewczynie-krasawicy, co wpadła do szynku i rabanu narobiła. Ładne miała to i owo, trza było przyznać, poszłaby pewno w obroty, gdyby nie to, że raz, córka starosty. Dwa, zanim komukolwiek przyszło do głowy brać się do roboty, ta poczęła zmieniać się w potworzysko rodem z bajań dziwnej pary, co to do wsi przybyła. Nie minęła nawet piąta część pacierza, kiedy było po całej hecy. Wilkołaczka spłonęła, brać karczemna, a i sam Borys, odczuli dziwny smutek z powodu tego, że już nie dało się raczej wykorzystać urokliwej panienki. No dobra, czyli te wszystkie historyjki o bestiach wszelkiej maści, krążące w półświatku nie były do końca w palucha wycyckane. A to już robiło duże wrażenie, choć przebiegły Borys nie dał nic po sobie poznać, żeby nie wyjść na mięczaka. Nu, niedobrze. Niedobrze. Ale w sumie...

 

Zanim mężczyzna dokładnie zrozumiał, jakie są "za", jakie "przeciw" polowaniu na takie demony piekielne, zdecydował. Jednym długim haustem dopił piwo, odstawił kufel na ladę i wyszedł przed gospodę wraz z kilkoma innymi kretynami o podobnie samobójczych zapatrywaniach. Poprawił ryngraf z Przeczystą Panienką i przeżegnał się trzykrotnie, zanim splunął przez lewe ramię oczywiście. Tak na wszelki wypadek. O, to nieźle wpadł. Przedstawiają się sobie, jak na jakimś mityngu. Dobra, niech już im tam będzie.

- Nazywam się Borys Korowiow, nietutejszy, a jedno co to strzelać z procy nieźle potrafię, mogę nawet pokazać zaraz - powiedział, szorując dłonią po szczecinie na twarzy. Jakoś nie chciał chwalić się, że i inne rzeczy czasem się robiło.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iwan

 

Wańka omiótł wzrokiem wszystkich zebranych. Przyszli pogromcy plugastwa i ciemnych mocy, a to ci dopiero. Z wzrokiem znawcy zaczął krążyć wokół ludzi, mając ręce założone na plecach. Krok za krokiem, wolno, i do tego kamienny wyraz twarzy. O, tak. To zawsze działało na rekrutów. Zaraz, ile to on ich miał? No, nieważne. Splunął na ziemię i zrobił głęboki wdech.

- A więc przyszliście tu, żółtodzioby, psia wasza mać. I chcecie mordobicia, hę? Chcecie na własne oczy zobaczyć, jak wujek Iwan i Sasza załatwiają sługusów diabła? A co, jeśli sługusy wydłubią wam oczy, zanim cokolwiek zobaczycie? Zeżrą, przeżują kości i tyle z was zostanie, co nic! Nikt o was nie będzie pamiętał! - Podniósł głos, wypiął pierś. Podczas gadki żywo gestykulował. Ach, głowologia. Wańka przepadał za głowologią. Przechodząc obok kobiety ukradkiem wziął szczyptę soli i opiłków żelaza z sakw u boku i sypnął na odsłonięty kawałek jej skóry. Nic się nie stało. Niby jasne, ale wolał zapobiegać przyjęciu wiedźmy do drużyny.

 

Sasza

 

Gdy Wańka przemawiał, Sasza stał z tyłu nieruchomy jak posąg patrząc na motłoch. Wszystkich na raz. Nie przepadał za widzami anie żółtodziobami. Robili tylko niepotrzebny hałas pytaniami, byli nieuważni i popełniali błędy przez co zagrażali nie tylko sobie ale i całej reszcie. Nie musiał udawać, operować pozorami, czy używać czegokolwiek z zakresu głowologii. On zawsze mówił prawdę i walił prosto z mostu. Nie potrzebował tu ich, garstki wioskowych zakapiorów. On szedł wypełniać wolę bożą, a nie zabawiać się w bohatera. Gdy Papcio skończył mówić i on przemówił niskim, gardłowym i trochę chrypiącym głosem.

- Nie myślcie, że wyciągnięcie z tego łatwy łup i chwałę. Każdą rzecz będziecie musieli wyrwać z łap plugastwa, a i sami będziecie się musieli wyrywać spod kosy śmierci. Każdy z was może jednym błędnym ruchem przynieść zgubę na całą tą wyprawę. Nie jesteście łowcami potworów ani nawet początkującymi. Nie wiecie nic o walce z jakimikolwiek potworami. Zgon w walce z potworami nie jest najlepszą ze śmierci. Nie jest też przyjemna. Mrok uwielbia, gdy ofiara cierpi i krzyczy w agonii. Gdy ruszymy do walki, skończy się bezpieczna opoka. Wszyscy będą musieli stawić czoła lękom, pilnować sobie nawzajem pleców ale przede wszystkim siedzieć cicho. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi starcie z wilkołakiem, który ma o wiele lepszy węch i słuch od was. Wy możecie go nie słyszeć ni widzieć ale on będzie wiedział o naszej obecności. - Podczas kazania trwał w jednej pozycji, trzymając swoimi kościstymi palcami pastorał. Światło księżyca oświetlało jego twarz, pełną śladów od różnych bestii i podkreślało jego rysy. W takim świetle sam wyglądał trochę jak upiór. Być może to właśnie efekt wpływu mroku i walki z nim. Jedno było pewne, gdy się na niego patrzyło. On widział dużo, przeżył wiele i na pewno jest weteranem w tej dziedzinie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dimitri spokojnie słuchał wypowiedzi obu łowców. W czasie ich kazań czuł mieszaninę ekscytacji i niepokoju. Przeczuwał, że może to być coś na co czekał od wielu dni ale teraz zaczynał się zastanawiać czy dobrze zrobił. Rozglądał się również po innych zebranych.

Chyba należę do tej młodszej części. Cholera nie zapowiada się ciekawie. Zastanawiał się widząc ludzi wokół niego. Po skończeniu wywodu zastanawiał się nad jedną rzeczą.

-Przepraszam.- Zaczął niepewnie nie wiedząc jak na jego pytanie zareagują zarówno łowcy jak i inni ludzie.- Skoro mamy walczyć z tym całym tałatajstwem to chyba potrzebowalibyśmy broni. No przynajmniej część z nas.- Dodał.- Bo jak sami widzicie panowie ja jestem prostym ślusarzem i bardziej znam się na otwieraniu zamków niż walce. Dodatkowo staram się rozwiązywać sprawy pokojowo co wiąże się z tym, że nie mam broni. - Wskazał na swoją torbę, w której znajdował się tylko jego ulubiony zastaw ślusarski. Po skończeniu rozejrzał się jeszcze wokół.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- A co mi tam. Mi już i tak niewiele życia pozostało - powiedział Puruk. Wszakże był starym dziadem, a takich to już nawet nie szkoda. - A ty Dymitriaszka bronią się nie przejmuj. One jej mieć nie będą i w razie czego użyj tego. - Uśmiechnął się, a z otworu gębowego, bo innymi słowami opisać tego nie sposób, wyłoniły się dziurawe zęby ręcznej roboty, przegniłe zarówno przy części wystającej, co stanowi najwłaściwsze określenie, jak i przy ropiejących dziąsłach. - Gryź! gryź! ZAGRYŹ!!! A! szczęka mi się poluzowała. Zaczekajcie chwileczkę.

 

A propo tych wampierzy, czy innych kotołaków, nie pamiętam dokładnie, to faktycznie może tak być, że wywąchają nas, zanim my ich. Nie podcierałem sobie dupska chyba od miesięcy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Andrei Wasielej

 

- Synek, ale żółtodziobem, to ty sobie nazywaj kolegów przy grajdołku.

Andrei nie był skory do gniewu, ba, nawet można by rzec, spokojna z niego dusza. Do momentu aż nie trzeba było pizdnąć pastorałem w jaki zakuty mniej lub bardziej czerep.

- Że wy lepsi jesteście w te karty, wierzę. Tak jak i wierzę, że większość nas tu zebranych to łachudry najgorszego sortu - co mówiąc splunął siarczyście pod nogi tego, co to sugerował rzucenie się z zębami na wroga - choć mnie to od małego uczono jak z cholerstwami wszelakimi się obchodzić. Widzisz mój pastorał? Srebro i złoto naszego Pana, święcone nie przez jakiegoś zgniłego biskupinę, a przez ludzi wiary prawdziwej, co dobro bliźniego ponad własne trzymają.

Sam zaś twardo spojrzał na Saszę.

- Wola to Boska a może i przeznaczenie że ja was tutaj dzisiaj spotkał. A może i Diabeł gdzie mordę w tym moczył. Ale jeśli to odgórnie ustalone spotkanie, to musicie chyba przyznać, nasz Stwórca na niebiosach musi mieć niezwykłe poczucie humoru. Więc, synek, zważaj na słowa, bo nie wszyscy staruszkowie to wapniacy bez kręgosłupa, na których możesz sobie psioczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mało to mu życia nie zostało, co innego z tym, co mógł z niego wziąć. Ni to baby, ni dziedzica, do czego wracać też ni miał, jeno zdechnąć, a przed padnięciem czymkolwiek się dla rasy człowieczej przysłużyć. Zabicie stwora, a nawet odciągnięcie jego uwagi, to dla kompaniji przysługą nielichą być powinno, zawsze większą, niż wzięcie sznura i owinięcie go wokół szyi albo uwolnienie wędrującego tragarza z zawadzającego mu nadmiaru bogactwa. Bo bycie zachlajmordą i bandytą nawet w lichej części nie daje takiej przyjemności, jak świadomość przydania się do czegoś. Na razie jednak trza siedzieć cicho, niepotrzebne gadanie mogłoby tylko kłopoty spowodować, a coś Aleksiejowi w głowie świtało, że mimo wszystko aż tak mu się pod ziemię nie spieszyło. Przynajmniej dobrze, że płaszcz gruby miał, to aż tak zimnica mu nie doskwierała i mógł w spokoju słuchać tych doświadczonych w zabijaniu bestyj łowców. Jak się nie ma w wiedzy w rzemiośle, to przyjmuje się naukę od tych, co ją mają - mądrość, jaką wpajano mu od czasów, kiedy to jeszcze był na posłudze u ojca. Że też tak się okrutnie złożyło, że ta wiedza już mogła mu się do niczego nie przydać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Michaił uśmiechnął się i powiedział.

-Może nikt nas pamiętać nie bedzie, ale przynajmniej odważni jesteśmy! Może i potworów bić nie potrafim, ale mamy dwóch takich, co sie zanjo na potworach, was w woli ścisłości.- Michaił cały czas mówił do Iwana- Co z tego, że my możem umrzeć, kiedy my o wolność podobnym mam walczyć będziemy. Kiedy ktoś walczy o wolność to jest potężniejszy niźli lew, bo bóg go wspiera! Wum ni wolno w nas wątpić, my dzielni jesteśmy i bić sie ze złem bedziemy!- pod koniec wypowiedzi Michaił splunął na ziemię- Tak num dopomóż bóg!

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Dla tych, którzy to obserwują, a tych widzę jest niewiele. Nocturnal odeszła z tego forum, więc tą sesją będę zajmował się sam. W dodatku ustanawiam termin odpisu na 21.02.2015 Jeśli ktoś to tego czasu nie odpiszę w sesji, zostanie wysłany do karczmy, a sesja ruszy bez nich. W moim następnym poście pojawi się już akcja.)

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Borys nie zabierał od razu głosu. Nie potrzebował żadnej gadki do szczęścia, wszystko miał czarno na białym. Chociaż dostarczono mu to tak, jakby chciano go zupełnie od tej przygody odstraszyć, a nie zachęcić do pomagania. Wsadził łapska do kieszeni i wysunął do przodu dolną szczękę. Co jak co, nie był mistrzem bijatyk, a tym bardziej z bestiami nie miał do czynienia tyle, co dwójka opowiadaczy, o ile im wierzyć, jednak coś w sobie takiego poczuł, że się nie cofnie. Na razie przynajmniej. A co takiego poczuł Boria, miejski rozrabiaka? A to bardzo proste - chęć pokazania tym kolesiom, co to do wąpierzy czy innych jakichś potworów skakali, że wcale nie musi być od nich gorszy. Ba, jak przeżyje, to może i będzie lepszy, kto to wie?

 

Właśnie, jak przeżyje. Zastanowił się, charknął, podrapał po łbie. No, jest ten kłopot, że można nie wyżyć z tej przygody. Tak mówią. Ale ten, właściwie to w jego dotychczasowych robótkach też można było co najmniej dostać w zęby, często ktoś komuś kosę pod żebro wsadzał, więc może różnicy nie będzie. Trochę śmiać mu się chciało, kiedy słyszał tego starego z obluzowaną szczęką czy młodego, co walką o wolność się zasłaniał. Wolność? Jaka zaś wolność? Trochę ścierwa dokuczliwego, a złego jak sam diabeł posprzątać, może sprzedać zewłok jakimś niewyżytym neopoganom, to i profit będzie. Jedynie przy słowach człowieka z pastorałem nie chciało mu się parsknąć śmiechem. Czemu? Bo to pewnie jurodiwy jaki, albo egzorcysta, albo święty starzec. Przed takim to tylko czapkę z głowy zdjąć i dobrze baczyć, czy nie zajrzy ci w duszę. Jakby na potwierdzenie tych przemyśleń mężczyzna zdjął kaszkiet i przeżegnał się trzykrotnie.

- Pożyjemy, zobaczymy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Dobra czas minął i niestety gracze Jaenr Linnre i Seluna nie zdążyli odpisać i ich postacie strachliwie czmychną do karczmy. Ja swój odpis wstawię tutaj już jutro.)

Share this post


Link to post
Share on other sites

(dobra odpisałem. Troszeczkę po czasie, ale nie przewidziałem konfliktu i graczami z innych sesji i nie chciałem, żeby odpis pojawił się z gniewem. Uwierzcie mi, wy też tego nie chcielibyście.)

 

Iwan

 

 

Ludzie gadali. Inni z sensem większym lub mniejszym, a czasem nawet i bez sensu, ale widać było, że chcą się tłuc i mało co ich odwiedzie od tej myśli. Przynajmniej w tym momencie. To się Wańce podobało, ochota to wojny z tym paskudztwem, byli niedoświadczeni ale dzielni. Wyczuł w nich pewien potencjał, ale sam zapał może nie wystarczyć by przeżyć. Smutny to był dzień dla Byczka, który przez nieuwagę wpakował się po pachy w wodzie z utopcami. To było jego pierwsze polowanie i niestety ostatnie. Jeszcze raz spojrzał na wszystkich, charknął i splunął.

- Dobra, powiedzmy, że macie te jajca i pozwolimy wam się z nami zabrać. MY tu jesteśmy doświadczeni w boju, więc to my tu wydajemy polecenia, a wy je wykonujecie bez zbędnego pierdolenia. Rozumiecie? Jak chcecie, to możecie nasze rozkazy puścić mimo uszu, ale to w większości przypadkach kończy się śmiercią - mówił to głosem entuzjastycznego brygadzisty, który klepie takie formułki cały czas. Następnie dodał normalnie, twardo i z werwą. - A teraz w drogę, bo zara...

W tym momencie przerwał mu krótki, męski krzyk oraz dźwięk tłuczonego szkła. Dochodził on ze skraju wioski. Iwan wzruszył ramionami i powiedział spokojnie.

- Bo zaraz wywołamy wilka z lasu. Dobra, czas złapać chuja za jajca i nimi zakręcić młyńca. Ja idę pierwszy, wy jak tam chcecie ale Sasza zamyka grupę. Idziemy! - Następnie pognał w stronę źródła dźwięku.

 

Sasza

 

On nie był typem faceta, który zajmuje się nauką mas. Większość życia spędził na katowaniu się oraz postach, oczyszczając swojego ducha i hartując go, by jego wola pozostawała niezłamana. To utrudnia kontakty towarzyskie. Saszka też nie interesował się tymi, których ma prowadzić. Z wyjątkiem tego jednego księdza. Zbyt pyszny jest w tym momencie. Trochę w sumie jak on, tyle że łowca jest taki od ilości zła, przez które przeszedł. Po tym zostaje piętno, zawsze. Rozległ się krzyk, lecz wciąż się nie ruszał, nie musiał. Wiedział, że Papcio i tak powie co ma powiedzieć i zrobi to lepiej. Stał czekając, aż grupa ruszy za Wańką, a gdy przechodził kapłan, szybko zagrodził mu drogę i rzekł krótko, cicho, ale treściwie.

- Nie ważne jak czyste jest to srebro i jak mocno poświęcone relikwie, zło uderza w duszę i to ona ma być czysta. Pamiętaj. - I cofnął pastorał. Wyjrzał jeszcze, bo nie zgadzała mu się ilość osób. I faktycznie trzy osoby stały jeszcze przed drzwiami. Po chwili i być może pod wpływem wzroku Saszy, wszystkie postacie wróciły tchórzliwie do karczmy. Lepiej teraz niż później. Dla nich i dla całej ekipy.

 

(Przepraszam, za średnią jakość posta. Jestem zmęczony, trochę rozgniewany, ale jak obiecałem to napisałem. Następnym razem bardziej się postaram. Ale też mam nadzieję, że nie będę musiał robić kolejnej przypominajki i deadlinów, by sesja się toczyła.)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Andrei Wasielej

 

Kiwnął tylko głową na słowa Saszy. Doskonale pamiętał, wszak te same słowa powtarzał mu do znudzenia jego wujaszek. Co dziwniejsze było, owe słowa powtarzał nie tylko często, ale identycznie, przez co Andrei zaczął się zastanawiać nad możliwą znajomością między łowcami a jego nauczycielem. Ale nic to, nie pora ni czas na takie wnioski i zagadnienia. Słysząc natomiast polecenie, ustawił się bardziej w środku stawki. Nie planował zgrywać bohatera, ale nie był też tchórzem, uznał że to będzie najlepsza pozycja dla jego umiejętności. W razie problemów mógł wspomóc przód, mógł się szybko cofnąć, mógł też odpierać ewentualny atak zarówno z lewej jak i z prawej. A tak długo jak miał kogoś za i przed sobą, miał czas na reakcję.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Michaił poszedł za Iwanem i nie zdziwił się jego słowami, doświadczeni zawsze lubili się wywyższać  i gardzić żółtodziobami. Postanowił jednak zgrywać miłego i nie dopuszczać prawdziwych myśli do głosu.

-Tak jest panie kapitanie, wykonamy każden twój rozkaz. Ja przynajmniej tak zrobię, nie wim jak reszta, ale mum nadzieję, że zrobią tak samo.- na dźwięk tłuczonego szkła trochę się zjeżył i powiedział- O coś na nas czeka.- po czym się uśmiechnął- Nie dajmy temu czekać. Do dzieła ponowie i pamiętajcie, aby słuchać się naszych przywódców! 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Puruk już od dawna nie bał się śmierci, właściwie był jej chodzącą alegorią. Pewien był tylko dwóch rzeczy: że będzie to wspaniała przygoda oraz, jakby co, to nikt po nim nie zatęskni, a zwłaszcza on sam. Wyjął flaszkę bimbru pędzonego na grzybach, wypił kilka łyków na trzeźwość umysłu, resztę wlał sobie za kołnierz. Przyjemne zimno nieco go rozbudziło, sklejając przy tym grube włosy na brzuchu. Lecz Puruk ożywił się dopiero wtedy, gdy bimber dotarł do brązowych od tylca gaci. Tak, był gotowy. Poprawił szczękę, wybiegł z karczmy i spróbował uzbroić się w szczebel pobliskiego płotu, ale ten był zbyt mocno przytwierdzony. Puruk zgrzał się, spocił i zrezygnował.

 

Mniejsza z tym, mam lepszy sprzęt.

 

Przejechał językiem po swoich ręcznie robionych zębach. Dość mocne, aby otwierać nimi konserwy, więc i z potworami powinien dać sobie radę.

 

- Prowadź nas, nim umrę ze starości!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dimitri również usłyszał krzyk. Popatrzył w tamtą stronę.

Oho zapowiada się ciekawy początek. Pomyślał chłopak po czym ruszył za łowcą w kierunku, z którego usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Trzymał się z tyłu grupy.

Niech oni walczą. Pójdzie im pewnie lepiej niż mi. Dopowiedział sobie w czasie biegu. Zastanawiał się jeszcze co to mogło być i jak oni zamierzają z tym walczyć. Trapiło go jeszcze jedno. Jak on ze swoimi umiejętnościami ślusarskimi będzie w stanie im pomóc. Znał się na otwieraniu zamków a nie na bitce. Przez to miał trochę obaw. Jednak postanowił zachować je dla siebie i w milczeniu biegł za resztą.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Aleksiej ruszył za łowcami. Tuż za nimi, nie wybiegał aż tak w przód, bo jeszcze dusza by mu wybiegła przed ciało, a do ziemi aż tak mu się nie spieszyło. Bo co to za śmierć od wywalenia się mordą w błoto? Już od pazurzysk czy kłów złego jest lepsza. Raczej, bo po tym co mówili, to niegdysiejszy kowal zaczął powątpiewać w uroki ukatrupienia się w łowach. Przynajmniej nie będą o nim mówić, że do końca życia tylko chlał i narzekał na minięcie starych, lepszych czasów. Usłyszał jeszcze tylko słowa młodego i dziada. Uśmiechnął się po swą bujną brodą, nie tyle ze starucha, bo tamtego uznał za najzwyczajniejszego świra, lecz z młodzieńca, pełnego śmiesznych ideałów. Ile razy taki musi oberwać, by się ich wyzbyć? No nic, przynajmniej wśród tego całego mroku i zła znajdzie się kogoś, kto będzie rozbawiał przy napitku. Zacisnął jeszcze tylko ręce na łańcuchu. Niech znowu posmakuje tej odrobinki krwi, tym razem ni ludzkiej, ni zwierzęcej, lecz poczwarnej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oho. Wyglądało na to, że koniec gadania. Ten krzyk, odgłos tłuczonego szkła... To mógł być wypadek, mógł ktoś menela z progu tulipanem wyprosić, a mogły to być te potwory, co to się w gospodzie tyle o nich nasłuchali. Opowieści pary łowców działały na wyobraźnię, nie ma dwóch zdań, Borys już widział siebie stojącego naprzeciw jakiegoś smoczyska czy innego utopca. Ta wizja była tak szczegółowa, że przez chwilkę nawet czuł zapach gówna jakie zapewne znalazłoby się w jego gaciach. Ale po tej chwilce pokręcił głową, strzelił karkiem i zatarł łapska. Trza sprawdzić co to takiego było. Mężczyzna był bliski splunięcia sobie na szczęście, ale w ostatniej chwili się wstrzymał. Przy duchownym, no jak to tak?

 

Szybko podjął decyzję, gdzie iść. Niby miał procę, więc powinien iść z tyłu, ale wszyscy się tam pchali jak durni, więc zmienił zdanie i ustawił się jako drugi bądź trzeci.

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...