Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Arcybiskup z Canterbury

[Gra] Bring me that horizon!

Recommended Posts

Duszny i parny dzień zbliżał się ku końcowi. Słońce zachodziło w - jak to miało w zwyczaju - zawrotnym tempie. Mimo zapadających ciemności, Kingston dopiero zaczynało ożywać. Niektórzy budzili się z alkoholowego snu, inni pozbywali się resztek kaca, a jeszcze inni - nieliczni - pozostawali trzeźwi i tej nocy pić nie zamierzali.

Do ostatniej grupy należał kapitan Intyre, z pochodzenia szkot, oraz jego bosman, Hoare, którego pochodzenie było kwestią uprzejmie przez wszystkich ignorowaną, o co zadbał, kiedy tylko po raz pierwszy pojawił się w Kingston.

Prezentowali się razem dość specyficznie, ale też mało kto widział ich kiedykolwiek osobno. Kapitan był na oko czterdziestoletnim mężczyzną, średniego wzrostu. Sprawiał wrażenie flegmatycznego angielskiego dżentelmena i tylko ubiór, dłuższe włosy oraz kilkudniowy zarost dementowały tę iluzję. Bosman natomiast był wysoki i już sam wygląd był wystarczającym sygnałem, że nie należy z nim zadzierać, jeśli jednak znalazł się ktoś na tyle durny, żeby spróbować, cóż... Szybko i w dość efektowny sposób uczył się, że był to błąd. Zdarzały się przypadki, że przeciwnik nie miał możliwości się nauczyć. Miał bardzo przenikliwe oczy, a kiedy się uśmiechał, przypominał coś bardzo drapieżnego i wyrachowanego.

Teraz zajmowali miejsca w tawernie portowej, której szyld był zbyt zatarty, żeby odczytać nazwę. Czekali na śmiałków, którym zachciało się zaciągnąć do załogi. Kapitan siedział przy stole podpierając głowę łokciem, a bosman stał oparty o stół, bawiąc się dość charakterystycznym nożem o ząbkowanej klindze. Była to tylko jedna jego broń z bogatego zaopatrzenia poupychanego w kieszeniach.

Ilość ludzi w tawernie rosła wprost proporcjonalnie do kłębów dymu tytoniowego, śmiechu oraz innych hałasów, między innymi fałszywej melodii. Ogłoszenia zostały porozwieszanie, zatem lada chwila powinni znaleźć się chętni.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drzwi do tawerny otworzyły się i potężny cień wpadł do środka. Człowiek, czy raczej włochata góra, która rzucała ten cień weszła do środka bokiem i lekko się schylając. Minus jego rozmiarów. Rozejrzał się po pomieszczeniu w bezruchu, blokując wejście. W zębach miał drewnianą fajkę, a w dłoni kawałek papieru. Wreszcie znalazł to czego szukał, zamknął za sobą drzwi, wywołując spory trzask i wolnym, ciężkim krokiem podszedł do stolika popychając przy tym paru klientów, ale nie zważał na nich. kroczył niczym lawina niepowstrzymanie do celu. Spojrzał na nich z góry i trzymając papier z ogłoszeniem w dwóch palcach pokazał go najpierw jednemu potem drugiemu.

- To wasze? - Spytał grubym, donośnym barytonem i puścił obłoczek z fajki, zupełnie jak lokomotywy na stacji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drake Compton siedział na plaży patrząc w bezkresny horyzont i obserwując pustkę. Na jego twarz tkwił cienki uśmiech. W prawej ręce trzymał ogłoszenie. To była jego życiowa szansa. Wstał i poprawił maczetę przy boku. Pora znaleźć przyszłych pracodawców.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samuel idąc ulicą w kierunku tawerny zauważył jakiegoś kolesia, podobnego wzrostu co on sam ale o wiele bardziej barczystego. Widocznie szedł do tawerny w jakimś celu, w sumie, ponownie, podobnie jak Samuel. Gdy wszedł do środka zobaczył że włochacz stał nad jakimiś dwoma facetami. Sam podszedł i stanął obok, wpierw spojrzał na brodacza, potem na starszego mężczyznę, na koniec na tego który opierał się o stół. 

- Ahoj. Wy kamraci toście zawiesili? - zapytał wyciągając z kieszeni płaszcza wymiętolone ogłoszenie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nasze - odparł bosman, uśmiechając się złośliwie. Kapitan tylko obserwował przybysza uważnie. Ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Dopiero po chwili się odezwał.

- Imię i nazwisko, wiek. - Wyjął wieczne pióro z zamiarem zanotowania danych na kawałku pergaminu leżącym na stole.

- Pochwal się, co tam potrafisz robić. I czemu chcesz się zaciągnąć -wtrącił bosman.

- To my. Mów, co masz do powiedzenia - rzekł do nowo przybyłego.

Edited by Oksymoron

Share this post


Link to post
Share on other sites

Björn, gdy usłyszał odpowiedź, wziął dwa krzesła i ustawił obok siebie tak by stykały się siedziskami, a nie oparciami i usiadł na nich, mimo to i tak jęczące skrzypnięcie świadczyło o jego wadze. W milczeniu na razie odwrócił się do barmana i pokazał mu jeden palec, zamawiając tak jedno piwo. Gdy wrócił swoją masą do stołu odezwał się krótko:

- Björn, syn Olafa, trzydzieści dwa, szkutnik i celny kanonier. Rozwalili mi statek, a morze to mój dom. Tyle - kolejny dymek powędrował do swoich kolegów w tawernowym smogu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samuel zawołał najbliższego barmana. Zamówił grog.

- Samuel Lucas Black, dwadzieścia cztery. Z zawodu łowca rekinów, na mapach też się znam i z rekina mięso przyrządzę. - przedstawił się, teraz czekał na swóje zamówienie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drake wszedł do tawerny obok i zobaczył wysokiego, brodatego kolesia który rozmawiał z dwoma innymi siedzącymi przy stole i jednym który stał obok brodacza.

-Czołem kamraci! Ponoć szukacie załogi. Jestem Drake Compton, lat 28. Wprawiony w walce maczetami i strzelaniu z garłacza. Od 18 roku życia na morzu. Wieloletni pirat, wcześniej hiszpański korsarz.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Bjornie, synu Olafa, witamy w załodze. Jutro o świcie w porcie, kanonierze - rzekł kapitan do mężczyzny i machnął ręką na znak, że ten może już iść.

Bosman podszedł tymczasem spokojnym krokiem Samuela oraz Drake'a, który dopiero co przyszedł. Szczęśliwie dla niego złożyło się, że stali obok siebie.

- Kamraci? - zapytał. - A kto powiedział, że my wasi kamraci, Samuelu Lucasie Blacku i Drake'u Comptonie? - Mimo uśmiechu na twarzy mężczyzny, nazwiska obu zostały niemal wyplute na podłogę i zdeptane.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samuel, w zasadzie nie zmienił wyrazu twarzy, wciąż był pogodny, może to alkohol, może inne tałatajstwo. Gdy wreszcie dostał swój zamówiony grog, wziął go i napił się. 

- Nikt mi tak nie powiedział, do każdego tak mówię. - powiedział spokojnie, nie było w jego głosie ani nienawiści, ani zniesmaczenia, w zasadzie żadnych negatywnych emocji. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Thomas wszedł do tawerny trochę spóźniony. Podczas jej poszukiwań zgubił się kilka razy, a dwójka rzezimieszków w ciemnym zaułku także go nie przyspieszyła. Jednak za plus uważał noże i pistolet, schowane pod bluzą oraz trochę drobnych monet, które powinny starczyć na michę gulaszu.

Pamiętając treść ogłoszenia natychmiastowo zlokalizował kapitana poszukującego załogi. Jego morskie doświadczenie kończyło się na przytrzymywaniu lin, przy czym potrzebował wcześniejszego dania odpowiedniej liny do dłoni, jednak piracki żywot na pewno nie opierał się tylko na tym. Z pewnością jego umiejętności także się im przydadzą.

Poprawił worek przewieszony przez ramię, upewniając się że ciągle waży tyle samo, po czym zasiadł przy kontuarze, ciągle obserwując kapitana poszukującego załogi. Zamówił sobie jedzenia, wydając zaskakująco mało - znaczyło to, że mógł sobie pozwolić o dodatkowy chleb.

Jedząc, nie zaczepiany przez nikogo prócz karczmarza, rzucał okiem na towarzystwo przy kapitańskim stoliku. Sam oficer wyglądał niepozornie, jednak zwykle tacy byli najgroźniejsi. Jego podwładny, siedzący obok, wyglądał wręcz typowo. Człowiek odruchowo schodził takim z drogi, co było mądrym zachowaniem.

Gromadka otaczająca ich stolik zachęcała go do spróbowania dołączenia do załogi. Wielki rudzielec nie stracił bladości swej cery nawet pod tym słońcem, a próbowanie swych sił jako pirat wiele mówiło o jego zdolnościach bojowych. Drugi z grupy także nie był karłem, jednak przez lżejszą budowę ciała wyglądał na mniejszego. Szczerze, to właśnie tego wielkoluda bał się bardziej. Rudzielec na pewno nie był tak szybki jak drugi, którego żylaste ręce wskazywały na pewien rodzaj siły, towarzyszący wojownikom. Trzeciemu prawie dorównywał wzrostem, jednak w swoim otoczeniu wyglądał nijako. Jego możliwości były niewątpliwe, jednak maczeta przy pasie robiła z niego gwałtowną osobę. Broń przy pasie, pod ręką zawsze kusiła. On swoją katanę trzymał w bambusowej pochwie na plecach. 

Z twarzą skierowaną na gulasz patrzył się na nich.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest

Avalon weszła do tawerny powoli. Nie była pewna,co ją tu spotka. Usiadła niedaleko stolika kapitana.Poprawiła swoje okulary i zamówiła szklankę wody oraz sałatkę.Wsłuchiwała się w to co mówił kapitan.Gdy szła ze szklanką wody w ręku potknęła się i wylała swoją wodę prosto na Thomasa,przez co chłopak był cały mokry.

-Prz-przepraszam..-Zająknęła się robiąc krok do tyłu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To było lekko niespodziewane. Zamoczył palec w cieczy na swojej twarzy i oblizał go. W międzyczasie obejrzał sobie niezdarną osobę. Dziewczyna nie była brzydka, jednak jej oczy o różnych barwach wyglądały z lekka śmiesznie. Ciecz nie miała smaku. To była woda.

-Nie martw się. Zaraz pewnie wyschnę - powiedział, uśmiechając się. Dopiero teraz zauważył pas z szpadą. - Elegancka broń - odezwał się. Jeśli dziewczyna umiała jej używać, wiedziała gdzie się patrzy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Kapitanie. - Drake uśmiechnął się krzywo - Wszyscy dzielimy piracki los. Więc jestem waszym kamratem. A także mam nadzieję członkiem załogi. Ale dobrze panowie - oferuję swoje ostrze i moją lufę. - Compton ukłonił się wręcz przesadnie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Björn dostał swój kufel piwa, dał kelnerowi monety i wypił porządny łyk piwa, odstawił ze stuknięciem trunek na stół i powiedział.

- Nie, a już wszystko dopowiedzieliście? - Rzekł wycierając ręką pianę z wąsów i obracając się nieco, by widzieć rozmówcę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drake zamówił kubek rumu, a gdy go otrzymał pociągnął długi łyk i potrząsnał głową. Spojrzał na Bjorna i Samuela z nutą ciekawości i zwrócił się do Kapitana.

-O której i gdzie dokładnie mam się jutro zjawić? No i chcę żebyście wszyscy wiedzieli jedną rzecz. - Tu spojrzał na kapitana, bosmana i dwóch rekrutów - Jak walczyć to do końca i z całą energią. Nienawidzę tchórzy. Ale jak na was patrzę panowie to nie sądzę abym tu na takich trafił.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samuel spojrzał, wpierw na rudzielca, potem bosmana. Kapitan wydawał się być obojętny, jednak bosman był o wiele bardziej ,,energiczny''. Mężczyzna wziął kolejny łyk grogu i zastanowił się. Czy miał pytania? Po chwili, owszem miał jedno. Jednak gdy już miał otworzyć usta aby zapytać, uprzedził go trzeci rekrut. Usłyszawszy jego stwierdzenie o tchórzach. Wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru dodatkowo komentować. 

Edited by Mephisto von Pyra

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest

-Em..Jeszcze raz bardzo przepraszam..Zamyśliłam się..-Odparła Avalon poprawiając okulary.

-Taka elegancka to ona nie jest...-Odparła po chwili namysłu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bosman obdarzył Drake'a spojrzeniem pełnym niesmaku.

- O świcie w porcie, panie Compton - odezwał się kapitan spokojnym głosem. - Powiedziałem tak przed chwilą. Następnym razem proszę słuchać uważniej. Czy ktoś jeszcze chciałby skorzystać z możliwości wstąpienia do załogi? - zapytał głośno.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Drake spojrzał w oczy bosmanowi, właściwie trudno określić w jaki sposób. Jego przenikliwe, fioletowe oczy tak jakby analizował majestatyczną sylwetkę bosmana. Po kilku sekundach Drake uśmiechnął się pojednawczo.

-Kapitanie. Bosmanie. To będzie czysta przyjemność służyć pod wami. - Drake ponownie się ukłonił, tym razem szczerze. Był na ogół popędliwym człowiekiem, ale umiał szanować ludzi. A bosman był jedną z tych osób które samą posturą i rysami twarzy wzbudzały w Comptonie szacunek. - Zatem...do zobaczenia jutro. Dodał krótko i wyszedł z tawerny. Dzisiejszej nocy nie miał zamiaru pić. Trzeba było się przygotować do nowej służby.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest

Avalon idąc do swojego stolika została przez przypadek popchnięta na stolik kapitana.

-Znowu przepraszam...-Powiedziała cichym głosem klękając przed kapitanem.

-Ja..naprawdę nie chciałam.-Dodała po chwili poprawiając okulary.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po dopiciu swojego piwa drugim łykiem, odstawił kufel na stole, wyciągnął z kieszeni monetę i nie patrząc nawet pstryknął nią i niesamowicie celnie wylądowała na ladzie. Wstał, odsunął krzesła i znowu niczym posuwający się lądolód, udał się spać do swojego pokoju. W końcu rano ma wstać. Zdjął buty, podrapał się po tylu i położył się na łóżku ze zgrzytem.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest

Avalon odłożyła talerz z sałatką.

-Avalon! Pozamiataj tam!-Krzyknął głos zza ściany.

-Już się robi!-Powiedziała chwytając za miotłę.Zaczęła zamiatać nucąc po cichu marynarską piosenkę.

Edited by SayaSuu

Share this post


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Create New...