Lucjan

[Gra] [Zapisy] Szkoła jak najbardziej specjalna

Recommended Posts

Do przedziału gdzie była Eliza wskoczyła Guri. - Dante, chodź tutaj! - wołał ciągnąc chłopaka. - Guri skończ. Przesadzasz. - powiedział chłopak z uśmiechem. Weszli do przedziału. Dante rozpiął dwa górne guziki koszuli. Na szyi miał tatuaż w kształcie jakby korony cieniowej. Guri od razu doskonała do Elizy. - Słuchaj. Lubisz yaoi? - zapytała prosto  z mostu patrząc na dziewczynę z zainteresowaniem. Dante westchnął cicho. - Zaczyna się... - skomentował i przymknął oczy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jezu złoty, jeszcze mangozjebka się trafiła do zespołu. Ale że wyglądała jak taka typowa młodsza siostra, to Bufet nie był nawet specjalnie wkurzony jej obecnością. Ot, taka mała co się kręci dookoła jak pszczoła. Uśmiechnął się nieco do Gaillarda, jedynego który się raczył przywitać, wziął torbę i poszedł za nim. Równie dobrze mogą siąść w tym samym przedziale, może będą jak Ron i Harry z Harry'ego Pottera. To była spoko książka, ale ciii. Nikt nie może wiedzieć, bo respekt na dzielni ucierpi. Po chwili takiego siedzenia zagadał znów do Francuza.

- Ej, Gienek, chcesz słonia?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zgodnie ze swoją ksywką, Józek po prostu uśmiechnął się szelmowsko, I zespawnował ot tak, z niczego, torebkę solonego słonecznika.

- Zapomniałem, możesz nie łapać zwrotu. Słonecznik. Częstuj się ziom.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- O, dzięki - wyciągnął rękę po słonecznik, patrząc się na niego. - To, robisz słonecznik z powietrza? Jak to działa? - zainteresował się Gaillard. Od kiedy odkrył swoje moce i dostał list, bardzo był ciekawy innych specjalnych zdolności. - Praktyczne.

Edited by Matil

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Nie tylko słonecznik ziomeczku. Co sobie zażyczę, do jedzenia albo do picia. Absolutnie cokolwiek. Potrzymaj mi piwo - zaraz po tych słowach w ręku Gaillarda pojawiła się pucha jakiegoś harnasia. - Widzisz? Pizza. Kebab. Krewetki, kawior, kalarepa, buraki, torcik czekoladowy, co byś nie chciał, masz u mnie. My w domu prowadzimy handel różnym jedzeniem, które przywołuję, i z tego żyjemy. Dlatego zasadniczo rodzice nie byli jakoś niechętni temu, że jestem dziwolągiem. Tylko trochę lipa, że nie potrafię tego z powrotem odwołać. Jak już pojawi się żarło, trzeba zjeść lub spylić, bo my w domu nic nie wyrzucamy.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Fajnie. I naprawdę praktycznie. Ja mogę sobie podlać działkę. - przerwał i przełknął słonecznik. - Kontroluję pogodę. Rodzice się ekscytują. Ja się ekscytuję. Sąsiedzi się tylko denerwują jak ćwiczę, ale odkupiliśmy im dach, więc powinno być spoko. - przerwa na słonecznik. - Co myślisz ogólnie o tej sytuacji? No wiesz, ta szkoła i w ogóle. Co będziemy tam robić?

Share this post


Link to post
Share on other sites

O, pogodę? - Wielki Be posłał nowemu znajomemu szeroki, szczery słowiański uśmiech. Zabrał od niego piwko, otworzył i jak na patola przystało, łyknął, po czym udawał mężnie, że mu smakuje. Gdzieś po drodze najwyżej odda jakiemuś żulowi, czy coś, nie będzie musiał dopijać. - To musimy kiedyś zrobić grila. Wiesz, ja przynoszę kiełbaski, karkóweczkę, napoje, a ty ogarniasz słoneczko i lekki wietrzyk. Albo lepiej, na otwartym ogniu, rozpalisz to jakimś piorunem. Zajebistą masz tę swoją moc, zią. Lepsiejszą od mojej. A co do szkoły. Słuchaj, po mojemu to zamykają nas byśmy nie byli razem z normalnymi. No wiesz, bezmocowymi. Nie znam nikogo z ekipy, kto potrafiłby pojawiać jedzenie z niczego, ani nikogo od pogody. Więc izolują nas trochę. A co będziemy robić? To szkoła, więc pewnie się, ehehehe, uczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wciąż niezbyt przejmując się resztą (która jakby nie było cały czas mówi w nieznanym mu języku), Richard dalej nie podniósł wzroku znad ekranu telefonu, siadając tylko w jednym z miejsc w przedziale który to jakieś miejsce miał. Manewrował zaskakująco dobrze, ciągnąć za sobą walizkę i gapiąc się w telefon za jednym zamachem. Chociaż gdy już przyszło mu usiąść rozejrzał się  trochę po przedziale do którego trafił. Spoglądając na francuza i dresiarza których imion do teraz nie znał, wyjął nawet jedną słuchawkę z ucha, a niż coś załapie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dante wstał i wyszedł z przedziału. Guri tylko za nim spojrzała. Zrobiła smutną minkę. - Zawsze wychodzi kiedy zaczynam temat yaoi. Ale i tak go uwielbiam. - powiedziała z uśmiechem do Elizy. Następnie zaczęła dalej nawijać o yaoi. Po chwili jednak przerwała. - A ty kim jesteś? Długowieczna czy coś innego? - zapytała zainteresowana.

 

Dante przeszedł do przedziału z restauracją, wszedł do palarni i odpalił Black Devila. Westchnął tylko i zaciągnął się papierosem. Kiedy ona w końcu zrozumie? pomyślał

Share this post


Link to post
Share on other sites

Eliza oderwała się od lektury słysząc głos Guri i Dantego, gdy ci pojawili się w jej przedziale. Wyciągnęła jedną słuchawkę z ucha i przysłuchiwała się ich rozmowie przyglądając się im na zmianę. W końcu padło pierwsze pytanie skierowane do niej. Yaoi? O Chryste, Eliza już zdążyła z tego wyrosnąć... Chyba. Zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek Dante wyszedł. Właściwie nie miała pojęcia czemu, ale Guri wytłumaczyła to tym, że zawsze gdy zaczyna się ten temat chłopak wychodzi. No dobra... Skoro tak.

- Yaoi jest spoko, w sumie nawet lubię, ale zdążyłam wyrosnąć z nałogowego ich oglądania. - uśmiechnęła się przysłuchując się jak dziewczyna terkocze o tym bez pohamowania. Ostatecznie jednak rozmowa zmieniła swój obrót o 180 stopni. Dziewczyna w sumie nie wiedziała co powiedzieć. Przez długi czas była ścigana przez to kim jest i nigdy jakoś specjalnie nie przychodziło jej na takie coś odpowiadać. Westchnęła, nie chciała za bardzo mówić o tym kim jest. - A co to za różnica? - zaśmiała się ostatecznie. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bufet odsunął się nieco i klapnął łapą w siedzenie obok siebie.

- Siadaj fajansie, wszyscy mile widziani - powiedział po polsku, po czym zastanowił się, drapiąc się po głowie. - Francuz, a może to też cudzoziemiec? Sprehen Sie Deutsch? Konichiwa? English motherfucker?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Guri uśmiechnęła się. - Żadna. Tak tylko pytam. Nie chcesz mówić to nie. Nie zmuszam. Ale mam prośbę. Zostaniesz moją przyjaciółką? - zapytała w prost. Widać było, że dziewczyna jest szczera i nie ma zamiaru się wyśmiewać z Elizy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Nie wiem w sumie czy powinienem pisać po angielsku czy po polsku, więc może po prostu będę pisał po polsku :dd)

Richard zerknął na chłopaka który właśnie prawdopodobnie zapytał go o język. Odchrząknął jeszcze i kiwnął głową na potwierdzenie po czym odłożył telefon. 

- Angielski. Tak. Ale nie  rucham swojej matki, ani matki kogokolwiek innego. Chociaż, niektórym nie powiedziałbym nie - oznajmił przyjmując swego rodzaju szelmowski uśmieszek. - A wy dwaj to europejczycy jacyś? - zapytał. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Hah, spoko. - dziewczyna odetchnęła. Nie miała ochoty odpowiadać na to pytanie. To jeszcze nie ten czas. Przyglądała się Guri, a gdy ta zadała pytanie czy zostanie jej przyjaciółką Eliza z początku tylko zamrugała oczami po czym na jej twarz wrócił promienny uśmiech. - No jasne. - zaśmiała się. - Nawet prosić nie musiałaś i tak bym nią została.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Guri od razu się uśmiechnęła i przytuliła się do dziewczyny. - Yey! Mam przyjaciółkę!! - zawołała szczęśliwa. Radość od niej biła na kilometr.

 

W tym samym momencie do przedziału wszedł Dante. - Zbieramy się. Dojechaliśmy na miejsce. - powiedział chłopak, wziął torbę swoją i Guri i wyszedł z pociągu.

 

Gdy opóściliście pociąg, przed waszymi oczami pojawił się olbrzymi zamek który był okrążony górami. Ale w tym samym czasie od tego widoku oderwał was Dante. - Dobrać się w pary i ruszamy do szkoły. - poinformował was z uśmiechem. Guri pobiegła do Elizy. - Idziemy razem? - zapytała chwytając ją za rękę. 

Edited by Lucjan

Share this post


Link to post
Share on other sites

Eliza tylko uśmiechnęła się szerzej i pogłaskała ją po głowie. Była niesamowicie urocza. Ale ta chwila nie mogła trwać długo. Po chwili przyszedł Dante i oznajmił, że już dojechali. Huh... Szybko.

Ale cóż, mniejsza z tym. Dziewczyna wstała, wzięła swoje rzeczy i wyszła na zewnątrz. Cóż, widok był cudny. Eliza tak się zapatrzyła, że komunikat z początku do niej nie dotarł i dopiero Guri wyrwała ją z zamyślenia.

- W pary? A my co, w przedszkolu? - zaśmiała się pod nosem. Cóż, czasami przychodziło jej odpysknąć, ale nie za często. Kiwnęła głową do Guri i ruszyła naprzód.

Share this post


Link to post
Share on other sites

[Myślę, że najlepiej pisać po polsku i tylko jakoś zaznaczać, że się zmienia język, np. odpisać w dialogu]

- Siadaj, zią - przeszedł na mniej lub bardziej poprawny angielski. - A ty co, że narodów nie rozpoznajesz, jankes jakiś? W bejsbol grasz? Bo czarny nie jesteś, to w kosza pewnie nie. Chcesz słonia?

[jakby co po odpisie mefistofelesa przeskoczę już do par i postu, ok?]

Share this post


Link to post
Share on other sites

(spoko)

 

Dante poszedł przodem prowadząc resztę drogą w stronę zamku. Rozmawiał z jakimiś dziewczynami z przodu. One ciągle chichotały a on tylko się lekko uśmiechał. Widać było, że znajomość z tymi dziewczynami nie była mu na rękę. 

 

W tym samym czasie Guri idąca z Elizą non stop opowiadała o tym jak fajnie jest w szkole. Lecz po chwili zamilkła i spojrzała na czerwonowłosego. Eliza mogła wyczytać z jej twarzy nie zazdrość, nie lęk lecz nieokreślony brak zrozumienia. Jakby nie wiedziała jak ma zareagować. Guri trochę w tym momencie przygasła i zaczęła się mniej odzywać. Już nie była taka wesoła jak na początku. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Mój ojciec pochodzi z Kanady, ale mieszkam teraz w Europie. I nie jestem właściwie Francuzem. Ale żyłem we Francji przez rok, więc w sumie ksywka "Francuz" może być. Galliard jestem - przywitał się.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jankes? Richard nie słyszał tego określenia od już jakiegoś czasu. W sumie ciekawe to było. Zaraz potem skinął głową do chłopaka mówiący, że pasuje mu ksywa Francuz.

- Richard - przedstawił się i kiwnął głową. - Tak, jestem z USA, z Oregonu dokładniej. Ale w baseball nie grywam, to bardziej popularne raczej w Bostonie. U mnie to raczej lasy były i takie duperele. A co do słonia, to chętnie - powiedział po czym wziął trochę słonecznika. 


Gdy już mieli wysiadać Richard stanął jakoś w pobliżu Galliarda i Józefa. Pary? Niezbyt to dorosłe, a przecież oni nie byli dzieciaczkami, więc dlaczego? 

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Też Amerykanin? Czy Anglik? - zagadnął nienachalnie Daniela. A to spryciarz, nie trzeba będzie iść we trzech i po złości łamać zasad, tylko czwóreczka i wszystko pyknie. W dłoni Józka pojawił się nieśmiertelny solony słonecznik, którym zaraz poczęstował nowego kompana. - Nie mam pojęcia gdzie leży ten Oregon, ale o Bostonie słyszałem. I o Detroit, hy hy. Ja jestem z Lublina. I nazywam się Józek, ale możecie wołać Bufet lub Wielki Be. Dobra panienki, ustawiamy się i marsz. Ciekawe co znajdziemy w tym zapuszczonym Pacanowie.

Share this post


Link to post
Share on other sites