Skocz do zawartości

Hoffman

Brony
  • Zawartość

    1150
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    38

Wszystko napisane przez Hoffman

  1. Jeżeli miałbym opisać „Grotę” jednym słowem, powiedziałbym, że było to opowiadanie imponujące. Dlaczego? Głównie z uwagi na satysfakcję, jaką sprawiło czytelnikowi wysoką jakością wykonania. Racja, początkowo można odnieść subtelne wrażenie czysto rzemieślniczej pracy, lecz odpowiednio szybko wkracza znakomicie podkreślony klimat, dzięki któremu początkowe odczucia mijają, a czytelnik bez pamięci zatapia się w lekturze, nie mogąc się oderwać. A przynajmniej tak właśnie było w moim przypadku Przechodząc od ogółu do szczegółu, imponująca, godna pochwały oraz naśladowania jakość udziela się opowiadaniu na praktycznie każdej płaszczyźnie. Przede wszystkim, nastrój oraz stylistyka, dzięki której to pierwsze, w mojej opinii, wypada tak dobrze i udziela się niemalże od razu po rozpoczęciu czytania. Naprawdę, bardzo, ale to bardzo spodobały mi się te solidne, przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu opisy, nierzadko wzbogacone o nazwy własne, głównie statków kosmicznych, niemniej to bardzo atrakcyjny dodatek, który pomaga zorientować się z którym uniwersum zostały skrzyżowane kucyki, o ile ktoś przeoczył zapodane grafiki, tudzież zaspał. Generalnie, wydaje mi się, że gdybym miał przytoczyć fragmenty, które najbardziej mi się spodobały, musiałbym zacytować tutaj jakieś dziewięćdziesiąt procent opowiadania. Mógłbym wybrać jakieś próbki, ale wydaje mi się, że wyrwane z szerszego kontekstu, mogłyby wydać się zwykłe, a na pewno nie aż tak imponujące, a to byłaby ogromna strata. Niezależnie od tego, czy to opis otoczenia, wykonywanych przez postacie czynności, gestów, czy też – skądinąd znakomite, perfekcyjne wręcz – pojedynek między Mistrzynią, a uczennicą, wszystko czyta się tak, jakby było to profesjonalna robota, a klimat wylewa się z ekranu hektolitrami. Co więcej, opowiadanie powinno okazać się w pełni przystępne i zrozumiałe także dla kogoś, kto nie jest fanem Gwiezdnych Wojen, a nawet przez całe swoje życie nie obejrzał ani jednego filmu, nie przeczytał ani jednego komiksu, co najwyżej zbierał tazosy, jeżeli urodził się w odpowiedniej epoce. Gracze mogą skojarzyć postać Starkillera ze „Star Wars: The Force Unleashed” na platformy siódmej generacji, niewykluczone, że ktoś skojarzy „Star Wars” z zestawami Lego, które niegdyś dało się pobrać z półki w sklepie. Niezależnie od tego, czy ktoś urodził się o czasie, by na bieżąco śledzić sukces Gwiezdnych Wojen, bądź kojarzy lata 90, gdzie tazosy i Lego podejmujące uniwersum zdobywały popularność, tudzież bliższe są mu współczesne czasy oraz najnowsze odsłony filmowego cyklu, z pewnością odnajdywanie nawiązań sprawi trochę radochy, natomiast ci, którym owe uniwersum jest kompletnie obojętne również będą mogli oddać się lekturze i zrozumieć, o czym to jest, bez najmniejszego skołowania, czy zagubienia. I to jest świetne. Jednak nie samymi opisami człowiek żyje, skoro to starcie dwóch istnień, no to wypadałoby, by bohaterki co nieco powiedziały, weszły w interakcję inną, niż pojedynek. W pewnym momencie mamy dosyć sporo dialogów, jakby na moment opisy zostały odsunięte na bok, a czas się zatrzymał, po to, by obie strony mogły wygłosić swoje stanowiska, co dla czytelnika jest okazją do zaczerpnięcia z ich kreacji oraz poznania ich tła. Faktycznie, był to moment, w którym dialogi zdominowały opisy, jednakowoż kwestie mówione okazały się obszerne, napisane z charakterem, zupełnie tak, jakby były to opisy, toteż zero zarzutów w mojej strony. Powiem więcej – był to moment, od którego zaczęło narastać napięcie, co znalazło swoje rozwinięcie w scenie walki, natomiast ujście w punkcie kulminacyjnym oraz w zwrocie akcji, od którego natężenie akcji skokowo spadło, zostawiając nas z zakończeniem. Wydaje mi się, iż był to wręcz podręcznikowy przykład prowadzenia akcji. A skoro o akcji mowa, nie sposób nie wspomnieć o dobrym tempie, które dało czytelnikowi akurat tyle czasu, by dać się porwać, wciągnąć w treść, a między wierszami chłonąć klimat, przy jednoczesnym zapewnieniu, że ilość okazji do nudy, czy wrażenia dłużyzny bądź nagłego przyspieszenie wyniesie okrągłe zero. Słowem, akcja została poprowadzona bardzo kompetentnie, autor nie zostawił sobie najmniejszego miejsca na błąd. Co prawda czuć trochę, że jest to przełomowy punkt w dłuższej historii, lecz z uwagi na wypowiadane przez bohaterki szczegóły, można część fabuły sobie dopowiedzieć, do czego jednak nie wystarczy sama wyobraźnia, dobrze by było znać realia oraz fabułę Gwiezdnych Wojen, aczkolwiek trudno mi określić jaki stopień znajomości będzie wystarczający. Póki co, nie zanosi się na to, by autor do tej historii powrócił, bądź też zaprezentował inne, wybrane z chronologii, przełomowe epizody, natomiast widzę potencjał, który doświadczony, znający crossoverowane uniwersum pisarz, mógłby przekłuć w coś dużo większego, rozmiarami w jakiś sposób nawiązującymi do tegoż świata, toteż w tym sensie oceniam opowiadanie również jako inspirujące. Nie da się tez ukryć, że jest to jakaś zachęta do odświeżenia sobie Gwiezdnych Wojen, tudzież rozpoczęcia swojej przygody z tymże dziełem, aczkolwiek akurat w moim przypadku, zapewne skutki będą mierne, ale prędzej przez braki wolnego czasu oraz i tak już zbyt długa listę rzeczy do nadrobienia. Cóż, może kiedyś... Z pojedynkami zazwyczaj jest dosyć ryzykowanie. Można wyróżnić kilka gałęzi tego aspektu pisarstwa, począwszy od zwykłych pojedynków na czary, poprzez sceny batalistyczne z wykorzystaniem bardziej ludzkiego, współczesnego sprzętu wojskowego, na broni białej, czy gołych kopytach kończąc. W przypadku „Groty”, powiedziałbym, że mamy fuzję magii z bronią białą. Występująca w opowiadaniu Moc bardzo przypomina typowe zaklęcia, natomiast miecze świetlne wpisują się w broń białą, służącą do walki wręcz, po prostu, że tak to ujmę „zasilanie” jest nieco inne, gdyż zadawanie uszkodzeń nie opiera się wyłącznie na użyciu mięśni, ostrze składa się z energii, która również wnosi swoje do ogólnej siły oraz skali odnoszonych przez przeciwnika obrażeń. Znów muszę pochwalić opowiadanie, gdyż autor doskonale opisał zarówno ruchy i akcje oparte na Mocy, jak i wymianę ataków zadawanych przy pomocy mieczy świetlnych. Zwłaszcza przy okazji postaci Mistrzyni, Darth Eclipse, która operuje dwoma mieczami. Ogółem, znakomicie zrealizowana walka, dość dynamiczna, ale nie zbyt rwąca do przodu, idealnie wyważona pod kątem tempa, a przy tym niezmiennie ciekawa i trzymająca w napięciu, no i nie aż tak przewidywalna, jako, że na chwilę autentycznie zwątpiłem w jedną z postaci, toteż kolejny plus. Jednocześnie, walka nie okazała się zbyt długa, no i poszczególne akcje każdej z postaci były na tyle zróżnicowane, by scena wypadła na różnorodną, urozmaiconą, toteż – ponownie – zero nudy. Całość wieńczy bardzo dobre, satysfakcjonujące zakończenie, które pozostaje otwarte – w ogóle,fanfik pozostaje otwarty z obu stron, że się tak wyrażę – jednakże nie odczułem żadnego niedosytu, jedynie zdrową ciekawość, jak losy tego świata mogłyby potoczyć się dalej. Bardzo przyjemna sprawa i kolejny obszar, na którym autor odniósł sukces Koniec końców, jest to bardzo dobry, pełen klimatu fanfik, który został zrealizowany na tyle kompetentnie, by móc mówić o wrażeniu profesjonalizmu. Stylistyka, konstrukcja opisów, wyważenie tempa akcji, kreacje postaci oraz sposób, w jaki przybliżane są nam rzeczy, wszystko to wypadło szalenie imponująco, cieszy również fakt, że tekst jest w sumie dla wszystkich i ci, którzy nie znają uniwersum Gwiezdnych Wojen, w żadnym wypadku nie powinni się czuć dyskryminowani. Zresztą, jest to tam znana, uznana marka, nawiązania do niej pojawiły się w tylu innych dziełach (grach, serialach, komiksach itd.), nie tylko memach, że co ważniejsze smaczki w sumie powinien kojarzyć każdy. Tym lepiej, bo mogę z czystym sercem polecić „Grotę” każdemu – raczej nie pożałujecie, po prostu świetne opowiadanie, zrealizowane znakomicie na każdej płaszczyźnie
  2. Jeżeli jest cokolwiek pozytywnego, co mogę powiedzieć o tym opowiadaniu, to to, że jest to dobry wybór dla osób słabiej widzących. Dzięki odpowiednio dużej czcionce, każdy może się przekonać, jak raczej nie powinno pisać się fanfików Niestety, wszystko w tym tekście jest nie tak i mimo usilnych prób, nie jestem w stanie znaleźć w nim niczego pozytywnego ponad to, o czym już wspomniałem. No, może jeszcze jego gabaryty, które powodują, że nie trzeba wiele czasu, ani skupienia, by zapoznać się z tekstem w całości. Z drugiej strony, w tym samym czasie można np. wykonać speedrun „Super Mario Bros” na NESa i co by nie mówić, będzie to czas lepiej spędzony. Przede wszystkim, minęło trochę czasu, a ja nadal nie wiem, skąd to osamotnienie w tytule, skoro fanfik bynajmniej tej tematyki nie podejmuje, wręcz przeciwnie – Trixie z niczym nie została sama, najpierw pomaga jej Luna, a potem odznaczone kolejnymi numerkami kucyki (a przepraszam, bodajże jednego kuca poznajemy z imienia, drugiego z profesji), które kierują ją na trop tego, czego poszukiwała, już zdążyło mi wylecieć z głowy, co to takiego było, tak bardzo ubogi pod kątem wykonania okazał się ten fanfik. Nad czym mimo wszystko ubolewam, gdyż koncepcyjnie, wydaje się to ciekawe – kontynuacja wydarzeń z „Magic Duel”, zahaczająca o to, jak to się stało, że Trixie dowiedziała się o Hoofdinim i skąd miała instrukcje, jak wykonywać jego popisowe numery, no i wreszcie, jak się tych sztuczek nauczyła. To mogłoby płynnie zaprowadzić bohaterkę do etapu sprzed „No Second Prances”, zaś fanfik mógłby posłużyć za pomost między wymienionymi odcinkami i w tym sensie uzupełnić kanon. Niestety, otrzymaliśmy coś, co udaje, że jest wielorozdziałowcem, nie oferując jednak ani należycie opisanej fabuły, ani kreacji postaci, ani klimatu, w ogóle, czegokolwiek, co pozwoliłoby się wczuć, odnieść wrażenie, że to przemyślana historia, w której realizację włożono bodaj minimum wysiłku. Właściwie, jest to zbiór dialogów, okazyjnie opatrzonych źle napisanymi didaskaliami dającymi znać, że w tle słychać szelest albo czyjś głos jest tajemniczy. Wiecie, że niby nie wiadomo, kto to jest Przypomniało mi to okna dialogowe oraz teksty postaci z gier wykonanych w RPG Makerze, ale tych „moich pierwszych, proszę o wyrozumiałość”, bazującymi na RTP, długimi na parę minut. Narracja chyba miała być pierwszoosobowa. Forma leży, tak się nie pisze ani akapitów, ani narracji, ani dialogów No, chyba, że miały być to RPG Makerowe textboxy, gdzie można zadbać o to, by poszczególne kwestie zostały podpisane imieniem osoby mówiącej. Przewija się ilustracja, w postaci znaczka poznanej przez protagonistkę znaczka, co samo w sobie jest nawet ładne, ale do fanfika wnosi niewiele. Czyżby autor nie wiedział jak ów znaczek opisać, toteż pomyślał, że mały obrazek wyrazi więcej? Nawyraźniej. Fabularnie, wygląda to bardzo ubogo. Mamy odniesienia do dwóch, klasycznych już epizodów, w których mieliśmy okazję podziwiać Trixie, cobyśmy nie zapomnieli co się jej przytrafiło. Ni stąd, ni zowąd, pomoc oferuje jej księżniczka Luna we własnej osobie, jednak nie ma ona zbyt wiele do powiedzenia. Ubóstwo fabularne próbowano zamaskować kolejnymi lokacjami, takimi jak Fillydelphia oraz dodatkowymi kucykami, które spotyka bohaterka, a także próbę (chyba) zbudowania napięcia, nuty niepewności, czy aby na pewno jej się powiedzie. Niestety, wszędzie brakuje wszystkiego – opisów, scen z prawdziwego zdarzenia, kreacji postaci, wiarygodnych dialogów oraz należytej narracji, w ogóle nie czuć, że Trixie ma problem do rozwiązania, że wskazówki Luny w czymkolwiek jej pomagają, że coś się z nią dzieje (z Trixie, nie Luną) i że do czegoś to zmierza. Tekst błyskawicznie wylatuje z głowy, poza tą czcionką, nie ma w sobie niczego, co byłoby warte zapamiętania. A wielka szkoda, gdyż, jak wspominałem, koncepcyjnie przedstawiało się to interesująco, gdyby napisać to porządnie (forma Oneshota powinna wystarczyć), być może wyszedłby z tego dobry, serialowy, klimatyczny fanfik, do którego mile by się wracało Niestety, „Osamotniona Trixie” (tak naprawdę to nie) okazała się zmarnowanym potencjałem, zrealizowanym tak, jakby w ogóle nie był to fanfik. Nawet nie półkrwisty, ani nie ćwierćkrwisty. Niema w nim rzeczy charakterystycznych dla dowolnego, poprawnie napisanego fanfika, bardziej przypomina to szkic, luźną koncepcję, wizualnie przywodzi na myśl gry RPG Makerowe i to takie z niższej półki. W sumie, tempo, skakanie między lokacjami, dialogi i to, jak niewiele wysiłku trzeba, by dotrzeć do końca, jak nieabsorbujące i nijakie to jest, tym bardziej przypomina podobny twór, nie wspominając już o błędach. Tekstu nie polecam. Trixie dostaje wskazówkę, że powinna dokądś się udać, dokąd zresztą się udaje. Następnie, ma odnaleźć i przejąć coś ważnego. Pyta o to losowe kucyki, po czym wypełnia swój cel. I tyle. Hoofdini wspomniany przelotem, co tylko przypomina czytelnikowi o tym, że mogło wyjść z tego coś dużo, dużo lepszego. Niestety, może innym razem, może spod pióra kogoś innego. Wielka szkoda – zabrakło warsztatu, zabrakło (najwyraźniej) chęci, zabrakło wiedzy o tym, jak pisać i jak formatować. Cóż, nie po raz pierwszy i jak znam życie, nie po raz ostatni
  3. Na wstępie powiem, że po cichu liczyłem na jakieś nawiązanie do Franza Kafki (oceniając po tagach), ale w iście komediowym, a może i całkiem absurdalnym stylu. Otrzymałem... no, nie do końca to, ale nic nie szkodzi. Chociaż w sumie... Na upartego dałoby radę to związać Zresztą, historyjka rozpoczyna się znajomo (w kontekście autora, którego przywołałem) – Celestia budzi się i jest czymś innym, w tym przypadku pająkiem. Ale nie takim zwyczajnym pająkiem, gdyż gabarytowo nawiązuje w jakiś sposób do swojej formy alikorna. Protagonistka nie wydaje się być tym faktem szczególnie poruszona, toteż od razu przechodzi do rutyny, jak gdyby nigdy nic. Co jak co, ale radzi sobie ze swoją przemianą i obowiązkami lepiej, niż Gregor Samsa Urocze i intrygujące zarazem. Spodobało mi się otwarcie opowiadania oraz scena z Luną, przy śniadaniu. Cieszą zupełnie drobne rzeczy, jak wystraszona służba, jak zdziwiona Luna, gapiąca się na pajęcze ciało swojej siostry, czy też wszelkie wzmianki o wielu parach nóg, czy oczu, włącznie ze skromnym opisem konsumowania posiłku jako pająk. Jedno mnie tylko zastanawia – skoro widziała siebie samą w odbiciu talerza, to dlaczego dopiero później, gdy dokładnie siebie ogląda, uznaje przed Twilight, że jest pająkiem i postanawia to ogłosić? Jasne, ogłoszenie odbyło się za sugestią lawendowej klaczy (chociaż pewnie nie takiej reakcji oczekiwała), ale samo uznanie swojej nowej formy... Czy już wtedy przy śniadaniu nie powinno paść coś a'la: „Nie, wszystko gra, po prostu jestem pająkiem.”? W każdym razie, dosyć prędko rzuca się w oczy jedyny, ale dość istotny problem tego opowiadania – jest ono za krótkie! Naprawdę, chociaż nie była to najkwieciściej opisana, podniośle przedstawiona, największa epicka przygoda wszech czasów, opowiadanie wciąga od samego początku i cały czas czyta się je świetnie, lekko i niezobowiązująca, a człowiek po prostu się ciekawi, a jego wyobraźnia cały czas pracuje, wyobraża sobie poczynania Celestii w pajęczej postaci. A potem nagle koniec i... ogromny niedosyt. W zasadzie, otrzymaliśmy tylko cztery scenki (przebudzenie, śniadanie, inspekcja, biblioteka), niby każda posiada swój urok (aczkolwiek, inspekcja wypada najmniej fajnie, ale może to tylko moje odczucie), nadal nie mogę się zdecydować czy najbardziej spodobała mi się scenka śniadaniowa, czy ta końcowa, w bibliotece. W każdym razie, chciałoby się tego poczytać więcej i nie sądzę, aby np. dołożenie zbyt wielu extra interakcji różnych postaci z pajęczą Celestią miało popsuć efekt końcowy – zwięzłość to zdecydowanie mocna strona opowiadania, podkreśla sprawne tempo akcji oraz współgra z pewnym absurdem, w jaki zostaliśmy, jako odbiorcy, wrzuceni, ale drugie tyle, a może nawet jeszcze cztery stronki... Mogłoby być świetnie. Cóż, trzeba się cieszyć tym, co jest, a co przychodzi bez najmniejszego problemu, zważywszy na dość lekki, prosty język, w jakim owa opowiastka została napisana. Jest to w jakimś sensie literatura absurdu, pewna abstrakcja, co samo w sobie jest bardzo intrygujące i w dużej mierze decyduje o nastroju, jaki będzie nam towarzyszyć. A ten, o ile ma serialowe przebłyski, okazuje się całkiem wyrazisty, tekst wwierca się w czaszkę, między innymi z uwagi na fantastyczne opisy, dialogi i wtrącenia właśnie, dzięki którym wyobrażenie sobie wszystkich pajęczych czynności przychodzi bez problemu, podobnie zresztą mają się sprawy w przypadku otoczenia, które - co jest zrozumiałe - dziwi się temu, co zastało. Ale to jest właśnie piękne, ten kontrast, w którym dla Celestii to po prostu kolejny, zwyczajny dzień, tylko wszystko wokół niej jakby zwariowało. Ta przewrotność, że przecież z punktu widzenia zwyczajnego gwardzisty, czy służącej, jest zupełnie odwrotnie. Jasne, z opowiadania w zasadzie nic nie wynika, wprawdzie zostawia czytelnika skołowanego, skłania do przemyśleć, co tu się właśnie stało i dlaczego, ale akurat w tym przypadku bardzo mi się to podoba. Przede wszystkim, było to coś innego, ale wykonanego ze smakiem. Im dłużej o tym myślę, im więcej się na ten temat produkuję, tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, jak tak prostymi, wydawać by się mogło, pierdołami, zbudowany został fanfik charakterystyczny, nietuzinkowy, o którym się myśli, zwłaszcza po skończonej lekturze No i świetnie brzmi po polsku! Dolar84 znów nie zawiódł Nie wiem, co jest grane, ale mi się to podoba i chciałbym więcej. Zdecydowanie polecam!
  4. Być może będzie to kontrowersyjne, ale mnie osobiście niniejsze opowiadanie ani nie porwało, ani nie wyróżniło się czymś szczególnym, nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas kompletnie wyleciało mi z głowy Na usta ciśnie się określenie „nijakie”, jednakże użycie go byłoby bardzo krzywdzące dla tegoż tytułu, a powstrzymuję się dlatego, że ma on swoje atuty – w swojej prostocie, brzmieniu oraz pomyśle, opowiadanie jest bardzo klasyczne i radzi sobie z przywołaniem uczucia nostalgii, pierwszych lat fandomu całkiem nieźle. Po drugie, kreacje bohaterek wypadają bardzo serialowo, nie brakuje też humoru, dzięki czemu dialogi między nimi (jest to główna część opowiadania, zbyt wielu opisów tu nie uświadczymy) wypadają sympatycznie i człowiekowi podczas lektury jest po prostu miło. Kłopot w tym, że o ile absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na te trzy strony fanfikcji (konkretniej – polskiego przekładu), o tyle po zakończeniu czytania odczuwam... nic. Na tle innych, klasycznych opowiadań, a także pozostałych tłumaczeń w wykonaniu Dolara84, które do zdążyłem zbadać i skomentować, ten tekst wypada chyba najbardziej blado. I to wcale nie dlatego, że nie jestem fanem herbaty, gdyż rzeczywiście, o ile o wiele bardziej wolę kawę, nie pogardzę dobrym naparem, a rozpływanie się Celestii nad świetnością tego napoju nie tylko do niej pasuje, ale jest czymś, pod czym obiema kończynami mogę się podpisać. Zgaduję, że po prostu nie jest to mój typ humoru, no i na tym etapie nie „jara” mnie coś takiego, że: „O matko, to znowu Sombra!”, tym bardziej, że ostatecznie... nawet nie wiem, co wynika z opowiadania ponad to, że herbatka jest dobra na wszystko. Tekst po prostu się skończył. I tyle. Aczkolwiek wcale bym się nie zdziwił, gdyby to wszystko też było nawiązaniem do jakiegoś serialu/ skeczu/ dowcipu, tylko ja nie zrozumiałem kontekstu. W każdym razie, jeżeli chodzi o treść, to jest klasycznie, serialowo, miło i lekko jak piórko, ale przychodzi mi do głowy sporo innych tytułów, które zrealizowały to samo dużo lepiej, a i zdołały zapaść w pamięci w bardziej charakterystyczny sposób niż „aha, to tamten fanfik o Celestii pijącej herbatę”. Poważnie, „Pinkie Pie And Celestia Have Some Tea” zapamiętałem lepiej, w ogóle, spoglądając wstecz, tamto opowiadanie wydaje mi się barwniejsze. A też było o piciu herbaty... poniekąd. Cóż, czasem tak bywa, że wszystko jest na swoim miejscu, pasuje i bawi, ale gdy jest po wszystkim pozostają mieszane odczucia. No to może w takim razie warto by było przejść do formy? Poza jednym, brakującym wcięciem akapitu na pierwszej stronie, nie uświadczyłem widocznych, poważniejszych błędów i przekład stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie po raz pierwszy zresztą, magia angielskiego tłumaczenia płynnie przeszła w ojczysty język i opowiadanie brzmi równie dobrze, co w oryginale, toteż czytelnik płynie po opisach, gdy przewijają się dialogi, słyszy w głowie znajome głosy, widzi oczyma wyobraźni mimikę, czuje smak i aromat herbaty. Tylko i aż tyle. Jak przy okazji „I'll Kill You With My Teacup”, całość wypada, jak to wówczas ująłem, stylowo. Tempo akcji bardzo sprawne, acz wynika to (moim zdaniem) ze zdecydowanej dominacji dialogów nad zwykłymi opisami, acz narracja, która przewija się między poszczególnymi tekstami, przejmuje część obowiązków hipotetycznych opisów, dzięki czemu udało się uniknąć wrażenia przegadania tego jakże prostego wątku. Natomiast, na dzień dzisiejszy, nie wiem co to za [Random], ale w materii tagów jestem średnio kompetentny, no a ten konkretny tag to chyba jeden z tych, odnośnie których moja intuicja bywa najbardziej zawodna, ale być może znowu czegoś nie rozumiem, więc będę powściągliwy w osądach Czy warto sięgnąć po to opowiadanie? Myślę, że chyba tak. Zależy jak na to spojrzeć, mnie osobiście czegoś tutaj brakuje i tekstu nie przyjmuję tak ciepło, jak inne wybrane tłumaczenia przygotowane przez Dolara84, ale dla spokojnej, opanowanej Celestii, skupionej na chłonięciu najdrobniejszych smakowych niuansów z herbaty, dla Luny, z która utożsamiam się dużo bardziej, za sprawą kawowych upodobań, czy wreszcie dla Twilight, która po prostu nie może się oprzeć potędze boskiego naparu, warto. To zaledwie trzy strony, które sprawdzają się jako czasoumilacz, lekka lektura na każdą porę dnia i nocy, jednakże mogę pomyśleć o paru innych dziełach, które robią tę robotę lepiej, przynajmniej dla mnie. Koniec końców, warto przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie. Wszakże lektura powinna zabrać mniej czasu, niż zaparzenie herbaty, więc nawet gdyby miał to być czas stracony, napój nawet nie zdąży ostygnąć Ale myślę, że to nie wchodzi w grę. Jak można zaobserwować, sam finalnie mam mieszane wrażenia, ale nie żałuję. To chyba też można odnotować jako plusik
  5. Cóż, przeczytałem opowiadanie kilkukrotnie, co nie kosztowało mnie zbyt wiele czasu, niemniej, o ile zgodzę się, że po nim się płynie, że czyta się znakomicie, lekko, niezobowiązująco i przyjemnie, o tyle w ostatecznym rozrachunku... to chyba nie jest historia dla mnie. To znaczy, nie zrozumiałem ponyfikacji, ani kontekstu, toteż początkowo trudno mi było cokolwiek poczuć, a co dopiero sformułować swoje wrażenia. Ot, przeczytałem, bardzo fajne, ale nie wiem o co chodzi Potem zapoznałem się ze scenką, której ponyfikacją jest ów tekst i cóż, może to kogoś zdziwi, ale autentycznie nie znam tego dzieła, nie wiem kim są te postacie, o co chodzi, po co tam są i czym się to charakteryzuje. Po obejrzeniu zapodanego przez Suna klipu zareagowałem beznamiętnym „aha” i tyle. Nie bardzo mi to pomogło w ogarnięciu ponyfikacji, ale jak tak do tekstu powracałem i powracałem... doszedłem do wniosku, że w sumie na paru obszarach robi całkiem dobrą robotę Po pierwsze, tekst brzmi naprawdę dobrze, powiedziałbym wręcz, że ma w sobie coś szczególnego. Dobry balans między opisami, a dialogami to jedno, lecz ilekroć powracałem do opowiadania, za każdym razem brzmiało ono tak samo stylowo. Trudno to opisać, ale wydaje mi się, że być może to magia brzmienia języka angielskiego... a w przypadku przekładu – magia doboru słów, jakości tłumaczenia oraz ogólnego wrażenia, jak dobrze te opisy, narracja oraz dialogi potrafią brzmieć po polsku. Z usterek natknąłem się może na jedną brakująca kropkę: Ale poza tym, nic poważniejszego. Z jednej strony, nie powinienem być zaskoczony, zważywszy na osobę tłumacza oraz skład ekipy patroszącej, ale z drugiej, różnie to bywało, choćby przy okazji Twilight odkrywającej Wikipedię, ale ogółem jestem bardzo zadowolony Jak na [Oneshot], w dodatku taki, którego nie załapałem od razu (na dzień dzisiejszy nie rozumiem kontekstu w nieco mniejszym stopniu), zaskakuje „czytalność”, a także to, że przy każdym powrocie fanfik radzi sobie bardzo dobrze – jako niedługi, prosty czasoumilacz, lekka lektura na wolną chwilę, coś innego, coś, co siedzi w głowie dlatego, że... człowiek zadaje sobie pytanie jak mógł nie znać oryginału? Skoro scena doczekała się ponyfikacji, to chyba znaczy, że rzecz jest całkiem popularna, czyż nie? Druga rzecz, to tempo akcji, wynikające poniekąd ze zwięzłości oraz konsekwencji w realizacji ponyfikacji, acz na ten temat nabrałem lepszego rozeznania po zapoznania się z materiałem źródłowym. Mam tu na myśli oddanie tempa oryginału oraz konstrukcję opowiadania – jest krótki wstęp, jest „gadane” rozwinięcie (gdzie pomału, ale jednostajnie jest budowane napięcie, choć tytuł już nam zdradził, co się stanie), a także krótkie zakończenie. Rzeczywiście, opowiadanie czytało się tak samo, jak oglądało się klip na YouTube. Satysfakcjonująca treść, nic dodać, nic ująć No i trzecia sprawa, czyli kreacja księżniczki Celestii, która to bardzo przypadła mi do gustu. Ogólnie, jestem otwarty na różne koncepcje oraz podejścia, ale zwykle bardzo lubię (acz od relatywnego niedawna), gdy jest przedstawiana jako silna, bezwzględna władczyni o wielkiej mocy, która ma głowę na karku i cały czas wie, co robi i co chce osiągnąć. Tutaj dostrzegam wszystkie te cechy i myślę, że do tej roli nie dało się znaleźć lepszej postaci. Cóż, fani gryfów pewnie będą deczko zawiedzeni, ale taka to kolej rzeczy – jest alikorn, jest moc, jest impreza Wszystko to osadzone w zupełnie niezłych klimatach, chociaż widnieje tu tag [Alternate Universe], jakoś ciężko mi było kupić, że faktycznie znajduję się w innym świecie. Czułem się „swojo” podczas lektury. Ciekawe spostrzeżenie Suna, odnośnie porcelany, aczkolwiek nie doszukiwałbym się tutaj żelaznej logiki, czy zgodności z prawami fizyki. Powiedziałbym wręcz, że na tym polega zabawa – Celestia, jako księżniczka, jako alikorn, zabija na śmierć gryfiego imperatora przy pomocy przedmiotu, co do którego nawet trudno podejrzewać, że do czegoś podobnego mógłby się nadać. W tym sensie, jest to abstrakcyjne, chyba nawet bardziej, niż materiał źródłowy. Abstrakcyjne? Kreskówkowe w sumie też. A to tylko dodało uroku i dopełniło efektu Ostatecznie, warto rzucić okiem i zapoznać się z tekstem. Na pewno jest to coś, czego do tej pory nie czytałem, a co za każdym razem wydało mi się tak samo dobre – wciągające, znakomicie brzmiące i klimatyczne, z pewną nutą intrygi, no bo przecież znajomość materiału źródłowego ogranicza się wyłącznie do klipu z YouTube, a scenka wyjęta z kontekstu niewiele wyjaśnia, toteż utrzymuję, że nie wiem o co chodzi Kolejny bardzo dobry, godny polecenia przekład, przy którym miło spędziłem czas. Polecam!
  6. Podobnie jak przy „Pinkie Pie And The Fly”, to, co zostało opisane w fanfiku, okazało się na serio, aczkolwiek tym razem zostałem zaskoczony, gdyż do ostatnich partii tekstu byłem przekonany, że jednak będzie inaczej, że to tylko jakieś wizje czy cokolwiek mniej lub bardziej abstrakcyjnego, ale jednak nie. Niby szło się zorientować po tagach, ale jestem bardzo zadowolony, że trwałem w niewiedzy, gdyż... myślę, że tym lepsze okazały się końcowe wrażenia Ale po kolei. Za plot device posłużyło tym razem to, iż Opalescence jest kotem, a więc nadstworzeniem, które trzeba czcić. Grzesznica, która ośmieliła się nie nakarmić jej o czasie (Rarity), ma ponieść surową karę za swoją zbrodnię, jednak sama Opal nie spodziewa się, że jej gniew rykoszetem odbije się po kilku postronnych istotach, ale ona sama i tak pozostanie ona nietykalna. Natomiast, czy ostatecznie Opal będzie miała zapewnione pełnowartościowe posiłki o najodpowiedniejszych porach dnia i nocy? Ta z pozoru niewinna historyjka bardzo szybko zmienia się w taki soft slasher, gdzie obserwujemy poczynania mordercy, który krok po kroku eliminuje z utworu kolejne ofiary, póki nie zostanie ta jedna, ostatnia final girl, której w jakiś sposób udaje się przeżyć, oczywiście odpowiednio szybko na miejscu zbrodni zjawia się policja, ale mordercy udaje się zbiec, co oczywiście ma zostawić otwartą furtkę na sequele. Wiecie, trzy, cztery, ewentualnie kilkanaście, takie tam Co należy pochwalić, to zabawa konwencją – poszczególne ofiary Opal są nam nieznane aż do ostatniej chwili, acz z uwagi na osobę Rarity (naszej final girl), możemy pewnych rzeczy się domyślać, niemniej i tak był w tym taki pierwiastek zaskoczenia. Oprócz tego, policja owszem, zjawia się, lecz tym razem nie przysyłają jednego, nieuzbrojonego funkcjonariusza, ale kilku gości, wyposażonych w pączki... OK, scena z pączkami była creepy i przyprawiła mnie o uczucie dyskomfortu W każdym razie, zawijają oni final girl, podczas gdy morderca (który pozostaje bezkarny), przygląda się temu i zachodzi w głowę, kto go nakarmi następnym razem. OK, może to nie do końca takie slasherowe jak to opisałem, ale jak na zaledwie cztery strony tekstu, należy docenić oszczędność słów, sprawne tempo oraz konwencję, która przywodzi na myśl ten właśnie odłam horroru, acz z horrorem ma to niewiele wspólnego. Co natomiast pasuje do slashera? Komedia. Nie, poważnie Kolejny strzał w dziesiątkę, czyli po prostu rozpisanie tego jak prostej, czarnej komedii, którą czytało mi się naprawdę dobrze i która niejednym mnie zaskoczyła i to tylko w jednym przypadku na minus (zlizywanie pączusi). Ale to miał być chyba jeden z elementów charakterystycznych historii i co by nie mówić, udało się. Strona techniczna okazała się dopracowana, toteż nic nie odwracało uwagi czytelnika w trakcie lektury, przekład stanął na wysokości zadania i, w mojej opinii, oddał styl oraz klimat oryginału bardzo wiernie. Ale, jak przeważnie powinno się robić, rekomenduję zajrzenie do oryginału, choćby po to, by samemu porównać i ocenić Po dłuższym namyśle, zastanawiam się, jak oni zidentyfikowali dwie ofiary w kucach, no bo jeżeli Fluttershy została rozpuszczona kwasem całkowicie, aż została w ziemi dziura, to jak śledczy mogli określić, że to była ona? Poza tym, nietuzinkowa kreacja Opal, gdzie – jak ja to odebrałem – kocia próżność jest przerysowana, wyolbrzymiona ponad miarę, toteż kolejne zamachy nie ograniczają się do zrzucenia na właściciela telewizora, gdy ten ćwiczy spięcia brzucha, ani atak donicą z wysokiej półki. Nic, co można łatwo posprzątać/ odkupić tudzież wyleczyć. Wisienką na torcie jest to, jak Opal zawsze przekłada siebie oraz swoje plany ponad wszystko – a to zmarnowali jej pułapki, a to zawinęli Rarity i nie będzie komu ją karmić, tego typu smaczki tylko dopełniają efektu, po prostu nie można się nie zaśmiać Aczkolwiek, zapewne nie będzie to lektura dla każdego. Fanfik jest specyficzny, został napisany w taki sposób, by kojarzyć się z szeroko pojętą kreskówkowością (tyle, że postacie nie przeżywają kolejnych perypetii, ich obrażenia nie znikają w kolejnej scenie itd.), a jednak wybrzmiewa inaczej, troszkę bezwzględnie, delikatnie randomowo, ale cały czas jest to czarna komedia, gdzie znana z kanonu kocica nie jest tak niewinna, jak mogłoby się wydawać, zaś z hojnością ma wspólnego tyle, że sypie śmiercią niczym z rękawa. Myślę, że nawet jak na te cztery strony, trzeba wykazać się dystansem do kanonu oraz zimną krwią. No bo z tego co się orientuję, Fluttershy na przykład, wciąż zajmuje wysokie lokaty w rankingach ulubionych głównych postaci, toteż scena pożarcia jej przez kwas siarkowy może wywołać u co zagorzalszych napady paniki, niepokój, bóle głowy, depresję, nadpobudliwość, wzmożoną nerwowość oraz chęci wysadzenia czegoś w powietrze, co poniekąd rozumiem. Trochę lipa, zostać potraktowanym kwasem siarkowym, zamiast, dajmy na to, fluorowodorowym. Ale już w pełni na serio – ciekawe, chociaż krótkie doświadczenie, ale cieszę się, że zdołało mnie zaskoczyć, no i co by nie mówić, kolejna próbka tego, ile można zyskać oszczędnością słów oraz odwagą w materii realizowania nawet tych pokręconych pomysłów. Jestem przekonany, że „Tha Darn Cat” to zaledwie wierzchołek góry lodowej i jeden z łagodniejszych pokręconych pomysłów, jakie fandom ma do zaoferowania, a raczej, jakie ten konkretny autor ma do zaoferowania. Co tylko rozbudza ciekawość, apetyt na więcej Zatem jeśli ktoś myśli o nabraniu odwagi, być może ten właśnie fanfik jest dobrym startem i sposobem na oswojenie się z bardziej powykręcanymi rzeczami, niekoniecznie utrzymywanymi w pogodnych klimatach, raczej nieco mhroczniejszych. Natomiast, podobnie jak Dolar84, nie powiedziałbym, że historyjka ta jest wybitna, ale czy jest dobra? Akurat dla mnie owszem Spodobała mi się, z podobnych powodów zresztą. No i mam jeszcze troszeczkę własnych skojarzeń, no i odczuć, które towarzyszyły mi podczas lektury, a które skutecznie podniosły ostateczną ocenę opowiadania. Opowiadania, do którego spróbowania oczywiście zachęcam, ale ostrzegam, to nie jest kolejna, niewinna historia o głodnej Opal i pochłoniętej pracą Rarity
  7. Pora na kolejny krótki klasyczny klasyk, jak być może ujęłaby to Pinkie (), który również kojarzę z przeszłości, a który miałem okazję odświeżyć sobie w ramach Kącika Lektorskiego Bronies Corner. Cóż, trudno się tutaj rozpisać, gdyż tekst jest krótki, treściwy i w gruncie rzeczy ma semi-zamknięte zakończenie, aczkolwiek... kto ich tam wie? Może wokół planety serio orbituje coś dziwnego, co niebawem może wystrzelić i narobić zniszczeń? Wtenczas Twilight należałoby oskarżyć o kolaboracje, gdyż udaremniła plany Pinkie Pie – jedynej, która potrafiła przejrzeć na wylot plany muchy i w porę je zniweczyć przy pomocy packi, gazety, kapcia albo jakiegoś sprayu Czy orbitalny laser zniszczył świat zanim kucyki podjęły próbę zestrzelenia go, tudzież zniszczenia poprzez wmanewrowanie w niego promem kosmicznym? Tego najpewniej nigdy się już nie dowiemy. A przynajmniej nie na sto procent. Natomiast, gdyby ktoś porwał się na post-apo, będące kontynuacją tego fanfika, to... Hm, mogłoby wyjść generycznie, a mógłby wyjść pokaz kreatywności. Nie przedłużając, co znajdziemy w fanfiku? Zwięzłe, acz barwne opisy przybliżające nam zwyczajny (Ale czy na pewno?) dzień Twilight Sparkle, która to Twilight spotyka na swej drodze Pinkie Pie, która zachowuje się... w taki sposób, że nasza lawendowa klacz dziwi się temu, choć z drugiej strony, jeśli to Pinkie, nie należy się niczemu dziwić Należy zaufać jaj nadzwyczajnym zmysłom. Tym razem, zmysły te, pozwoliły jej zorientować się, że czynności czyszczące, jakie wykonują na ogół muchy, być może wcale nie są tym, czym wydają się na pierwszy rzut oka i że stworzenia te mogą w przerwach w denerwowaniu kucyków knuć plany podboju świata. Całość została ubrana w – jak już wspominałem – barwne i lekkie w odbiorze opisy, które czytało się z przyjemnością i naprawdę miło, że wszystko można sobie wyobrazić (ruchy postaci, mimikę i manieryzm kucyków itd.), a poszczególne dialogi „słychać” wypowiadane głosami tych postaci. Oznacza to serialowy klimat, dzięki czemu tekst wypada niczym oficjalny short lub usunięta scena. Piszę o tym często, ale to może świadczyć o tym, iż serialowych fanfików mamy na forum dużo więcej, niż się wydaje Cóż, bardzo dobrze, wszakże nie samymi alternatywami, crossoverami i darkami człowiek żyje. Przyznam jednak, że treść była dość przewidywalna, te lata temu, gdy czytałem opowiadanie po raz pierwszy. To znaczy, wiedziałem, że te wszystkie podejrzenia Pinkie wydadzą się trafne. Ona po prostu była w to wszystko zbyt zaangażowana Ale to nic, bo lektura była przyjemna, lekka, klimatyczna, no i przypomniała o starych czasach oraz młodych latach twórczości fandomowej. Tylko cztery, w dodatku niecałe strony, toteż tym bardziej warto sobie ów tekst odświeżyć i poświęcić mu kilka minut. Jest to przyjemny przerywnik, nadający się w zasadzie na każdą porę dnia i nocy, czy też jako urozmaicenie dowolnej przerwy. Jasne, prędzej czy później idzie się znudzić, toteż warto żonglować różnymi krótkimi fanfikami, do smaku. Chodzi mi o to, że „Pinkie Pie And The Fly” jak najbardziej powinno się znaleźć w puli tychże opowiadań, bo to po prostu świetny, lekki, elastyczny wręcz kawałek tekstu, celujący w dosyć szerokie grono odbiorców. Spróbujecie, raczej Wam się spodoba W sumie, nawet jeżeli ten orbitalny laser by nie wypalił, jestem skłonny wyobrazić sobie i uwierzyć w ekspansję na wszystkie możliwe słodycze i wypieki. W końcu jest to jedna z tych rzeczy, które uwielbiają muchy – latać w okolicach słodkiego (ale nie tylko), siadać na tym, zostawiać ślady, myć się itd. A ponieważ słodkości są domeną Pinkie Pie, nie dziwota, że zależało jej nad tym, by rozgryźć muszy plan podbicia babeczek. Pod kątem formy, jest rewelacyjnie Dobry balans między dialogami oraz opisami, czyta się to wartko, sprawnie, tempo dobrane wręcz idealnie do fanfika. Zdecydowanie tytuł godny polecenia. Prosty, lecz w swej prostocie genialny
  8. OK, nie będę ukrywał – jest to kolejny tekst, z którym mam pewien kłopot, jak go właściwie ocenić. Tym razem jednak, chodzi o coś innego, niż to, o czym pisałem przy okazji „Pinkie And Celestia Have Some Tea” oraz „Tummy Ache”. W ogóle, mam pewną historię z tymże opowiadaniem. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zobaczyłem tytuł, spodziewałem się... w sumie, nawet nie wiem. Pierwsze skojarzenie to Twilight, komputer, internet i odkrycie Google' a, za pośrednictwem którego trafia na tytułową Wikipedię. Skąd komputery, internety i wszystko inne w tym świecie? Nie wiem i kogo to obchodzi? Twilight ma odkryć Wikipedię i tyle w temacie. Wydało mi się wówczas, że mogłoby to być intrygujące i charakterystyczne, mieć taki fanfik, który atakuje nas Twilight używającą komputera i Wikipedii, nie wiadomo jak i dlaczego, ale na tym mógłby polegać urok historyjki. Potem w sumie wpadłem na coś takiego, że być może miałaby to być ponyfikacja Wiikipedii, jako wszystkowiedzącego kucyka, z którym Twilight miałaby rywalizować, coś a'la Dexter vs Mandark z „Dexter's Laboratory”. Wszystko w przerysowanej, kreskówkowej konwencji Potem usłyszałem wiele ciepłych słów o opowiadaniu, aż przeczytałem je po raz pierwszy. No i... nie spodobało mi się i prędko wyleciało mi z głowy. Nie tylko przez to, że spodziewałem się czegoś innego, ale, jak zresztą wspominałem, miałem trochę innych pomysłów na to, jak je zrealizować i każdy z tych pomysłów wydawał mi się atrakcyjniejszy. Nie dlatego, że były one moje, ale dlatego, że byłem święcie przekonany, że we właściwych rękach (osobiście nie wydaje mi się, bym nadawał się do tego typu literatury), mógłby powstać z tego kolejny klasyk. Ale taki duży klasyk, wiecie, o co chodzi Zatem szybko zapomniałem o opowiadaniu, a powróciłem do niego niedawno, z okazji maratonu. Czy moje odczucia jakkolwiek uległy zmianie? Nieznacznie. Przede wszystkim, dziś o wiele lepiej – jak sądzę – łapię przesłanie końcówki oraz satyrę na nasz (w sensie, światowy, nie mówię wyłącznie o polskim) system edukacji, który w zasadzie nie wymaga od uczniów własnej, ciężkiej pracy, ale odtwarzania oraz trafiania w klucz oraz na dłuższą metę stara się zniwelować element konkurencji między uczniami, gdzie w niektórych przypadkach (np. w Polsce, ale to moje osobiste odczucie), punktem odniesienia staje się uczeń słabszy, pod którego trzeba spłaszczyć poziom, nawet kosztem tych lepszych, co powoduje ogólne obniżenie poziomu. W takich warunkach, korzystanie z Wikipedii i bezmyślne przepisywanie informacji bez ich weryfikacji może na spokojnie umknąć bez sankcji. Na które to sankcje decyduje się bez mrugnięcia okiem księżniczka Celestia, gdy wychodzi na jaw, że Twilight odkryła Wikipedię (będącą czymś zupełnie innym, niż się spodziewałem, ale pomysł nie jest zły, po prostu nie podpasował mi aż tak, jak alternatywy), w związku z czym nie musi dłużej uprawiać żmudnej pracy ze źródłami, mozolnie weryfikować, redagować, a co za tym idzie – myśleć nad czym pracuje. Sankcje dość daleko idące, gdzie najmniejszym problemem wydaje się być decyzja o ponownym (bo poprzednia najwyraźniej nie przyniosła pożądanych rezultatów) skasowaniu Wikipedii, wcale, co by nie psuła młodzieży. Jednakże sama końcówka nie ratuje opowiadania, które mnie osobiście wydaje się umiarkowanym średniakiem, z zadatkami na coś naprawdę dobrego i zapadającego w pamięć, tylko zrealizowanego bez jakiegoś szczególnego polotu. Jasne, przeszło mi przez głowę, że być może tytuł sporo stracił po przekładzie, ale jednak nie. To znaczy, rzeczywiście, oryginał wydał mi się niezłym średniakiem, polska wersja wypadła troszeczkę słabiej, co chyba zdarza się po raz pierwszy w tym maratonie. Ano właśnie – strona techniczna, konkretniej to zapis dialogowy. Moja Friezo, co tu się stało? Dywizy zamiast półpauz, zdarza się, ale czemu te dialogi zostały tak dziwnie zapisane i do tego te akapity po dywizach? Chodzi mi o to, że dialogi w całości są jakieś takie „wcięte” w tekście, nie ma tak, że akapit jest tylko przed półpauzą, całe kwestie są wyrównane do akapitu, co wygląda dziwnie i o ile nie utrudnia lektury, o tyle zwraca na siebie uwagę i zastanawia, a co tam się właściwie stało? Poza tym, wczytując się w tekst, natrafimy na niejedną literówkę, co też nieco mnie zaskoczyło. Kilka przykładów: JEST NAPISANE, GODDAMMIT! W sumie, może tu się na moment zatrzymam i wspomnę o kreacji Twilight oraz jej interakcjach z Wikipedą. Mianowicie, co mi tu nie gra – jak na kogoś, kto tak uwielbia się uczyć i kto ma z tym doświadczenie, a przy tym jest ulubioną uczennicą samej Celestii, Twilight strasznie łatwo ulega Wikipedii, co wręcz wydało mi się do niej niepodobne. Wpis, jakoby jej asystentem był minotaur Mike powinien być pierwszym sygnałem ostrzegawczym, że coś tu jest nie tak i że to nie do końca wiarygodne źródło. Poza tym, jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ale Twilight łatwowiernie porzuca dotychczasowe, znane jej doskonale i zweryfikowane metody badawcze, nawet nie przejmując się tym, czy to, co znajdzie w Wikipedii o wiewiórkach, będzie w całej rozciągłości zgodne ze stanem faktycznym. Swoją drogą, tutaj jeszcze nawiązując do poprzedniego akapitu, o systemie edukacji – jasne, że jednocześnie wymaga on masy bezsensownych, nieprzydatnych w dorosłym życiu rzeczy, czego wypracowanie na temat wiewiórek w antycznej Equestrii jest świetną reprezentacją, ale to nie znaczy, że powinno się w takim razie bezrefleksyjnie wypełniać polecenia nauczycieli, nieważne jak głupie by nie były, tyle, że poprzez zastosowanie drogi na skróty w postaci Wikipedii. Bo to nie jest tak, że Twilight wykazuje się krytycznym myśleniem, czy też zadaje trudne pytania, kwestionuje – po prostu nadal wykonuje polecenia, tylko, że w oparciu o Wikipedię, co chyba jest pogłębieniem problemu, bo nie dość, że biernie przyjmuje wszystko, czym raczy ją Celestia, to jeszcze w ramach tego będzie biernie przyjmować to, co wyrzuci z siebie wolna encyklopedia. Tego typu błędów znajdziemy troszkę w tekście, natomiast, im dłużej eksplorować wątek systemu edukacji, tym lepiej dociera do człowieka, że to w gruncie rzeczy prosta, ale zgrabna satyra, tylko, że... skryta między wierszami zupełnie przeciętnego opowiadania. Opisy są satysfakcjonujące i skonstruowane na tyle dobrze, że wszystko możemy sobie wyobrazić, oczywiście w odpowiednio kolorowym, kreskówkowym stylu. Interakcje Twilight oraz Wikipedii może nie wzbudzają jakiegoś szczególnego szału, ale żadnego politowania też nie – po prostu sobie są i funkcjonują, pchają fabułę do przodu. Cóż więcej mogę powiedzieć, klimat był, lecz nie tak wyraźny, jak zazwyczaj ma to miejsce w starych, angielskich opowiadaniach, przełożonych przez Dolara84 za młodych lat forum. Nadal trzyma się mnie wrażenie, że koncept dało się zrealizować na inne, lepsze sposoby, natomiast ten, na który się zdecydowano, wykonano pozostawiając wiele do życzenia. Opowiadanie samo w sobie nie jest złe, ale mnie osobiście nie wydało się szczególnie dobre i mam kłopot z tym, by uznać je nawet za średniaka. Tzn. oryginał tak, przekład – niekoniecznie. Mimo wszystko, jest to jakiś tam kawałek fanfikowej historii, a sam tekst nie jest długi i ze spokojnym sercem można sobie do niego zajrzeć i wyrobić własną opinię. Przekład spełnia swoje zadanie, choć zastanawiają niedoskonałości formy, głównie zapis dialogowy. Czasu przeznaczonego na czytanie nie żałuję, ale zwyczajnie szkoda, bo potencjał jest tu moim zdaniem znacznie większy, niż się wydaje.
  9. Z tego, co widzę po postach mych przedmówców oraz przedmówczyni, opowiadanie budzi różne odczucia, jednym się podoba, drugim nie. Czyli business as usual Do której z kolei grupy zaliczam się ja? Chyba do żadnej. Podobnie jak przy okazji „Pinkie And Celestia Have Some Tea”, powiedziałbym, że tekst ma sporo zalet, został napisany przyjemnym stylem, nie brakuje mu odpowiedniej atmosfery, tylko wszystko razem jakoś nie robi na mnie wrażenia Tyle, że tematyka, sama w sobie, jakoś bardziej mi odpowiadała przy wspomnianym fanfiku, zostało to też obszerniej zrealizowane, także w ujęciu klasycznego [Slice of Life], natomiast „Tummy Ache” ma to, czego nie ma herbatka Pinkie i Celestii – zakończenie, które napawa wrażeniem kompletności i jest satysfakcjonujące w tym sensie, że czytelnik czuje się zaspokojony. Oprócz tego, lepiej zapada w pamięć, może przez tytułowy ból brzucha, który dotarł do mnie bardziej niż herbatka, może przez ciekawą kreację pani Cake oraz ukazanie relacji Pinkie z mniej znaną postacią, może jest to kombinacja tych rzeczy, a może sprawka ogólnego wrażenia. W każdym razie, nie mogę pozbyć się wrażenia, że te dwa opowiadania razem mogłyby mieć wszystko. Herbatka dwóch postaci, która, jako zamysł, bardziej mi odpowiada, lecz wyszła tak, że niewiele z tego wyniosłem i zapamiętałem, versus ból brzucha, który do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie nie należy, ale było w tych opisach coś, co wpadło mi w oko, co zapadło w pamięci i co w ramach tej krótkiej historii urosło do „poważniejszego” problemu do rozwiązania, gdzie szansę na wykazanie się otrzymuje pani Cake. Kreacje postaci zasadniczo i tu, i tu wypadają doskonale, Pinkie w „Tummy Ache” moim zdaniem także wypadła serialowo, naturalnie, jej reakcje, odpowiedzi itd. satysfakcjonowały mnie i wszystko bez problemu sobie wyobraziłem. Zatem tutaj wszystko gra. Wreszcie, starcie zakończeń. Końcówka, gdzie po wypitej herbatce nie miałem żadnych szczególnych wrażeń, poczucia kompletności, ani jednego pomysłu na ciąg dalszy, versus końcówka, która zamknęła historię w sposób satysfakcjonujący, tylko mam wątpliwości, czy cokolwiek zostało wniesione do znanych postaci. Kto zwycięży? Kurczę, nie wiem. Oba opowiadania mają swoje mocne i słabe strony, jedno satysfakcjonuje mnie i podoba się na jednej płaszczyźnie, nie do końca spełniając oczekiwania na drugiej i vice versa. Tak bym podsumował to, co mam na myśli. Stąd wydaje się, jakoby poszczególne rzeczy znosiły się, a oba fanfiki w gruncie rzeczy wypadły w moich oczach mniej-więcej równo. No i chyba tak właśnie jest. Oba mają niezaprzeczalne zalety i oba czytało mi się bardzo dobrze – nie mogę tym historyjkom odmówić serialowego klimatu, ani lekkości w odbiorze, ani solidnego wykonania relacji między występującymi postaciami, w każdym jest coś, co zostało wykonane lepiej, niż w tym drugim, jednakże ostatecznie nie mam żadnych szczególnych wrażeń i myślę, że było to opowiadanie na jeden raz. Można zajrzeć, można przeczytać i sprawdzić, ale to tyle. Za najmocniejszy punkt uznałbym tutaj rolę pani Cake oraz to, w jaki sposób podchodzi do Pinkie Pie i jak stara się jej pomóc. Bardzo sympatyczna kreacja, no i miło się czytało, jak matkuje Pinkie. Rzecz naturalna, serialowa i po prostu przyjemna w odbiorze. Ilość pożartych słodyczy przez Pinkie przypomina o kreskówkowości fanfika (ajjj, jestem sobie w stanie wyobrazić te sensacje żołądkowe, to boli :/), no i rozwiązanie problemu cieszy w swej prostocie. Po dłuższym namyśle, herbatka Pinkie i Celestii chyba była bardziej bogata w różne rzeczy, tylko co z tego, skoro większości z tego nie pamiętam po skończonej lekturze? No, w "Tummy Ache" z kolei brakuje podwójnej perspektywy, stąd chyba przywoływana przeze mnie herbatka jednak okazuje się lepszym tytułem niż „Tummy Ache”, ale moje odczucia są bardzo podobne. Słowem – nie do końca to, czego oczekiwałem, chyba spodziewałem się więcej. Ale tekst bardzo dobry Jednakże spośród tej dwójki chyba jednak zarekomenduję bardziej "Pinkie And Celestia Have Some Tea"
  10. Cóż, z tym opowiadaniem miałem pewien kłopot Dlaczego? Cóż, z jednej strony, nie powinienem czuć się rozczarowany, gdyż otrzymałem dokładnie to, co jest w tytule. Tym bardziej nie powinienem mieć obiekcji, skoro to, co tam jest, zostało napisane naprawdę dobrze, a przekład stanął na wysokości zadania, i tak dalej, i tak dalej. No, minus te dywizy w zapisie dialogowym. No i czemu się dziwić, gdy historyjka zostaje ukazana z perspektywy obu postaci, przy czym w obu przypadkach zachowano polot i ogólnie czytelnikowi towarzyszy miły, serialowy klimat? Może dlatego, że przy wszystkich niezaprzeczalnych zaletach niniejszego fanfika, po skończeniu lektury nie mogłem się powstrzymać przed zapytaniem „no i co z tego?” Nie zrozumcie mnie źle, nie ma czegoś takiego, że każdy jeden fanfik musi być głęboki, nieść ze sobą przesłanie, czy też być w jakimś sensie rewolucyjny. Liczy się przede wszystkim rozrywka i satysfakcja z odbytej lektury. No i chyba o ile nie zabrakło mi rozrywki, o tyle jakoś średnio z satysfakcją wyszło. Sam nie wiem dlaczego. Może spodziewałem się czegoś innego, oczekiwałem na jakieś zdanie-klucz, które zamknie opowiadanie w taki sposób, że będę miał poczucie, że to, co przeczytałem, jest kompletne, a jeśli nie, to że będę w stanie wyobrazić sobie, co będzie dalej. A tymczasem pozostaje niedosyt, ale inny niedosyt, niż zazwyczaj. Nie powiedziałbym, że tekst brzmiał tak, jakby został wyciągnięty z szerszego kontekstu, zresztą, domyślam się, do którego odcinka nawiązuje. Nie powiedziałbym też, że jest o niczym i że niczego nie wnosi, gdyż jest wręcz przeciwnie – jest to historia o przyjaźni pomiędzy, o ile dobrze pamiętam z oryginalnego opisu, dwoma najbardziej intrygującymi umysłami w Equestrii, przy tytułowej herbatce, którą sobie żłopią, czy tego chcesz czy nie (pozdro dla kumatych ), która to historia przybliża nam ich relacje oraz... po prostu, jak zacieśnia się przyjaźń między nimi. Mój kłopot polega na tym, że o ile czytało mi się ów fanfik bardzo dobrze, był on przesympatyczny, kreacje obu bohaterek wypadły serialowo, wręcz jak żywe (aczkolwiek w przypadku Pinkie, jak do tej pory miało to miejsce w tłumaczeniach Dolara, jej kreacja nigdy nie zwiodła), tempo akcji oraz narracja pierwszoosobowa, w połączeniu z indywidualnymi przemyśleniami Pinkie Pie i Celestii, złożyły się na naprawdę solidny, klasyczny tekst, o tyle nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że mnie czymkolwiek ujął, bądź że miał w sobie coś, dzięki czemu zapadnie mi w pamięci na długo i do którego chciałbym kiedyś powrócić. W tym sensie, wydaje mi się, że to bardzo dobry, klimatyczny i serialowy fanfik, lecz tylko na jeden raz. Nie wydał mnie się aż tak wciągający, ale jednocześnie nie wydaje mi się przegadany. Sporo rzeczy, drobnych detali, mi się spodobało, tylko całość nie dała rady po skończeniu lektury. Sam nie wiem, jednocześnie fanfik podoba mi się i nie podoba. Chyba spodziewałem się więcej Za główny specjał uznałbym tutaj kreacje bohaterek i powtórzę – świetnie, że można poczytać historyjkę z obu perspektyw Widać ile mają wspólnego i co je różni, aczkolwiek trzeba wczytać się w to troszkę głębiej, by odkryć, jak Celestia zapatruje się na kwestię swoich urodzin oraz byłych przyjaciół, a jak widzi to Pinkie i jak obie dochodzą do kompromisu, w związku z czym obie wydają się docenione przez siebie nawzajem oraz... no cóż, po prostu cieszą się, nie tylko wzajemnym towarzystwem, ale także atmosferą. No i bardzo podoba mi się to, jak bezpośrednia jest Pinkie w stosunku do Celestii. Jakby autentycznie nie istniały między nimi żadne różnice. Rozmawiały jak równa z równą. Ale sądzę, że więcej zyskała na tym kreacja Celestii, niekoniecznie Pinkie. Oprócz tego, miło poczytać osobiste przemyślenia każdej z nich. Element ten został znakomicie zintegrowany z resztą narracji, co cieszy i urozmaica treść. Mimo niewielkich gabarytów tekstu, miałem wrażenie, że czytałem o wielu rzeczach, po prostu po zakończeniu lektury niewiele z tego zostało w głowie i jakoś nie wydaje mnie się to szczególnie ważne, poza wątkiem urodzin Celestii. O świetnej atmosferze oraz konsekwentnym, spokojnym tempie prowadzenia konwersacji chyba już wspominałem. Czytało się to tak, jak gdyby był to tekst z klasą... z wyższych sfer? Chyba. Zatem jak to możliwe, że choć mam do powiedzenia o opowiadaniu tyle dobrego, ostatecznie nie przypadło mi do gustu aż tak, jak można by się tego spodziewać? Cóż, jest to jeden z rzadkich przypadków, w których uznaję liczne zalety oraz zauważam rzeczy, które chyba obiektywnie świadczą o wysokiej jakości tekstu, lecz mimo to, nie spełnił on moich oczekiwań i nie przemówił do mnie tak, jak inne tytuły. Czasem tak jest. Analogicznie, zdarzają się dzieła, w których mogę wymienić wiele wad oraz dziur, a mimo to podobają mi się i od czasu do czasu dobrze do nich wrócić. Bynajmniej nie na zasadach guilty pleasure Ale mimo wszystko, polecam zajrzeć i przekonać się samemu. Być może jest to właśnie to, czego komuś trzeba. Dla mnie niestety, była to "tylko" dobra lektura, acz nie aż tak absorbująca, z której nie wyniosłem zbyt wiele i do której raczej nie powrócę. Nie żałuję czasu nad nią spędzonego, ale to po prostu nie było to, czego oczekiwałem.
  11. I tak oto czar wyobrażania sobie, co takiego działo się dalej prysnął, lecz czy to źle? Fakt sequela wcale nie musi oznaczać, że oryginalna historia straci na tym ten „otwarty” aspekt, gdzie pole do spekulacji i autorskich rozwinięć po skończonej lekturze pozostaje szerokie. No i choć oryginał radził sobie znakomicie na własne... pióro (?), sequele są fajne, bo są sequelami, a czy są potrzebne, to już inna para kaloszy. Jedno nie przeczy drugiemu Tak, wiem, że to sequel fanowski, ale chciałem zbudować klimat na początek komentarza. No co, staram się No i poniekąd zaczynając od końca, bo od podsumowania – jestem zadowolony. Fakt, nie było to to samo, było to coś innego (Dziękuję, Kapitanie Oczywisty! ), poprowadzone inaczej, bo w trzeciej osobie, a przy tym podejmujące inne postacie, niż Pinkie Pie, choć oczywiście nasza różowa imprezowiczka uczestniczy w fabule i jest w niej szalenie ważna. Inaczej nie oznacza źle i moim zdaniem to opowiadanie, zwłaszcza jako extra sequel, jest tego świetnym przykładem. W ogóle, przypadły mi do gustu drobne rzeczy, a także końcówka, która w całości i znakomicie wykorzystała pełną charakterystykę postaci Pinkie Pie, ale o tym za chwilę. Początek, co może Was zdziwić, nie porwał mnie zbyt szczególnie. W jakiś sposób zachęcił do czytania, ale nie porwał. To nie tempo akcji, nie fakt innej narracji, ale chyba ta wzburzona Pinkie, świeżo po nocnym płaczu, jakoś średnio otworzyła historyjkę. Jej zachowanie było, w mojej opinii, adekwatne, zważywszy na zastaną z rana sytuację, lecz mieszanka jej serialowego rozbrykania (wszakże w mgnieniu oka obleciała wszystkie możliwe kryjówki i zakamarki) i nerwów (nie wiem czemu, ale raz wydała mi się wręcz drapieżna, zbyt agresywna) nie była tym, czego bym się po niej spodziewał, mimo tego, że można się było tak zachować w tej sytuacji, da się to usprawiedliwić. Chyba prędzej oczekiwałem kontynuacji smutnego nastroju, tragizmu z poprzedniego fanfika, a więc Pinkie wyciszona, smutna, zaniepokojona o swojego zwierzaka, albo rozentuzjazmowana, pełna energii, traktująca to jak zabawę w chowanego albo w podchody, czyli wciąż oszukująca samą siebie, ale w ramach gorzkiego optymizmu, że wszystko jest tak, jak być powinno. Nerwy i pośpiech zajęły chyba ostatnią lokatę wśród moich oczekiwań, jak Pinkie Pie zachowa się następnego dnia, jeśli Gummy'ego przy niej nie będzie. Tak wiem, to dziwny zarzut, ale zapewniam, że sprawa jest czysto subiektywna, natomiast podchodząc do opowiadania obiektywnie, pewnie nie ma co się nad tym rozwodzić, po prostu energiczne, pełne emocji otwarcie, które spełnia swoje zadanie i z miejsca daje sygnał, że będzie to coś innego, niż oryginał. A może nie spodobało mi się to, że Pinkie wylała troszkę swojej złości na panią Cake? Możliwe, aczkolwiek i tak zachowała się 200 razy łagodniej i bardziej przyzwoicie, niż co niektóre moje postacie, więc jestem ostatnia osobą, która powinna tutaj zarzucać nietakt Co nie zmienia faktu, że od razu zrobiło się lepiej, gdy Pinkie uspokoiła się i przeprosiła panią Cake za to, że na nią krzyknęła, po czym popędziła spotkać się z przyjaciółkami. Miły akcent na zakończenie tej sceny, no i fakt, dał on jakąś nadzieję, że Pinkie pogodzi się ze stratą i zacznie żyć całą sobą, jak dawniej. Właściwie, od tego momentu, wszystko, co znalazło się w opowiadaniu, bardzo mi pasuje i spełnia oczekiwania. Narracja trzecioosobowa sprawdza się, tym bardziej, że tym razem obserwujemy poczynania grupy postaci, nie tylko Pinkie. Podzielenie historyjki na dwa rozdziały, na spojrzenie w przyszłość i przeszłość, także uznaję za udany zabieg, powiedziałbym nawet, że ta drobna rzecz ma wymiar czysto symboliczny, co dopełnia klimatu i stwarza wrażenie, że mamy do czynienia może nie z czymś więcej, ale z godnym sequelem, który jest swego rodzaju hołdem dla oryginalnej historii. Przyszłość, czyli to ostatnie, pożegnalne przyjęcie dla Gummy'ego (choć bez Gummy'ego), a także przeszłość, czyli ostatnia wspólna noc, podczas której aligator zostaje Pinkie Pie odebrany, acz, jak się okazuje, nie do końca bez jej zgody. Tak jak wspominałem – przypadły mi do gustu małe rzeczy, gdyż prostotą wykonania, wniosły całkiem sporo do ogólnego wrażenia, co przekłada się na to, że tekst siedzi w głowie. W porządku, ale co dzieje się potem? Dochodzi do spotkania Pinkie Pie (która po drodze zaliczyła jeszcze parę kryjówek) z Twilight, Rainbow Dash oraz Fluttershy, których wypytuje o Gummy'ego. Jest to scena, w której otrzymujemy pierwsze poszlaki, co takiego może być na rzeczy, a także drobnostki, takie jak odciągnięcie w słoneczne miejsce (Pinkie jest cała przemoknięta), czy objęcie skrzydłem, które nie tylko dają znać, jak bardzo przyjaciółki troszczą się o siebie, ale także podpowiadają, która z nich jest odpowiedzialna z zniknięcie aligatora. Wtedy to też pojawia się wzmianka o przygodzie, na którą wyruszył Gummy, póki co sam, lecz pochwalam dwie rzeczy. Po pierwsze, to dobre wytłumaczenie/ przygotowanie Pinkie do myśli, iż jej zwierzak sam już do niej nie wróci, ale ona, do niego, w swoim czasie dołączy. Po drugie, w gruncie rzeczy... Rainbow nie okłamała jej. Nie powiedziała konkretnie całej prawdy, ale nie powiedziała niczego, co byłoby nieprawdziwe. No bo kto wie dokąd idą aligatory po śmierci? Wiemy, że wszystkie psy idą do nieba, ale aligatory? Tak oto docieramy do rozdziału drugiego oraz do końcówki, która to końcówka moim zdaniem nie mogła być lepsza. Po pierwsze, co się zresztą tyczy także poprzedniego kawałka tekstu, bardzo, ale to bardzo podoba mi się rola Rainbow Dash oraz jej plan. Nie spodziewałem się, że ujrzenie jej w tym właśnie miejscu, da mi tak sporo satysfakcji Może to dlatego, że po prostu dobrze było zobaczyć na co dzień żywiołową, mało rozgarniętą i lekkomyślną/ brawurową postać w sytuacji wymagającej powagi, delikatności, ciszy, a przy tym zmuszającej do taktu, spokoju oraz czci. Rola ta wiele wniosła do charakterystyki Rainbow i nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak świetnie zostało to napisane i jak dobrze się to czyta. No i wisienka na torcie, czyli wielka rewelacja, dlaczego Pinkie płakała nocami. Okazuje się bowiem, że o ile znana nam, wszędobylska Pinkie Pie, nie tylko wyparła z siebie prawdę, ale autentycznie uwierzyła w to, że jej zwierzak żyje i ma się dobrze. Płacz natomiast brał się stąd, że jej druga, mroczniejsza strona – Pinkamena – jako ta, która twardo stąpa po ziemi, od początku była w pełni świadoma tego, co się stało, a ponieważ to był także jej pupil, prawdziwie go żałowała, nie mogąc jednak przejąć kontroli nad Pinkie i przekonać jej (w sensie, przekonać samej siebie), że pora się pożegnać. Genialne wykorzystanie dwóch różnych oblicz jednej postaci złożyło się nie tylko na doskonałe zakończenie, ale również uzupełnienie oryginalnego tekstu. To „dziękuję”, jedyne wypowiedziane przez Pinkamenę słowo w fanfiku, miało dla mnie charakter nie tylko oczyszczający, ale także... no, odebrałem je jako podziękowanie Rainbow za uwolnienie Pinkameny od nocnego żałowania Gummy'ego, Pinkie Pie od życia w nieprawdzie, od wyparcia, a przy okazji za wyświadczenie przysługi, gdyż Pinkamena, sama z siebie, nie była w stanie rozstać się i pochować zwierzaka. Znakomity moment, idealny na zwieńczenie opowiadania Z innych, mniejszych elementów, które mnie satysfakcjonują – wplecenie w to wszystko nawiązania do Daring Do, było przesympatyczne i na swój sposób ubarwiło treść. Fajne sprawa. Co jeszcze? Dobre, serialowe kreacje bohaterek oraz dobrze rozpisane interakcje między nimi, które wbrew pozorom zdradzają wiele i dopełniają efektu, a relacje między nimi zyskują na wiarygodności, na wypadek, jakby ktoś miał wątpliwości Tempo dobrane dobrze, nie ma dłużyzn, ani zwolnień, no, co prawda pod koniec faktycznie jest więcej opisów, ale wszystko to służy kreacji atmosfery, może nawet pewnego napięcia. A poza tym, lubię czytać dobre opisy Tekst, mimo smutnej otoczki, okazał się przyjemny w odbiorze, stanowi godne rozwinięcie oraz konkluzję dla oryginału, no i, co mnie bardzo cieszy, jak ktoś chce, nadal może się zastanawiać – jak wyglądało wspomniane przyjęcie, czy coś się wydarzyło, czy Pinkie się zmieniła, a może doszło do jeszcze jednej, ostatniej konfrontacji z Pinkameną? Polecam przeczytać, zwłaszcza po skończeniu „He'll Never Leave Me”. Uważam, że był to tekst napisany inaczej, ale okazał się naprawdę ciekawy i dobrze uzupełnił oryginał, w ogóle, autor miał ciekawy pomysł i zrealizował go wyczerpująco; nie odnosi się wrażenia, że czegoś brakuje albo, że jakiś wątek został zmarnowany. Satysfakcjonują kreacje postaci, opisy, dialogi, no i nie brakuje odpowiedniej atmosfery, już nie tak przytłaczającej, ale takiej, która sugeruje czytelnikowi, że w tym wszystkim tkwi nadzieja i że będzie dobrze. Świetny tekst, no i oczywiście bardzo dobry przekład, po prostu, dobry sequel
  12. Z jakichś powodów, ta historia okazała się dla mnie trudna do przełknięcia i taka też jest do skomentowania. Myślę, że to nie tylko przez opisane z perspektywy Pinkie Pie wyparcie, nie tylko przez to, że cały świat wokół niej zdaje sobie sprawę z tego, co się stało, ba, ona sama, podświadomie, zdaje się rozumieć, co spotkało Gummy'ego, ale także przez to, że my, czytelnicy, od początku nie mamy złudzeń, co jest grane. A jednak brniemy w tekst dalej, czytamy to i... jest przykro. Obecnie nie posiadam żadnego pupila, ale domyślam się, że ktoś, kto posiada zwierzaka, albo posiadał w nie aż tak odległej przyszłości, może widzieć w Gummym właśnie jego Narracja pierwszoosobowa sprawdza się znakomicie i pozwala z miejsca wejść w skórę Pinkie Pie, no i obserwować kolejne wydarzenia jej oczami. W ten sposób czytelnik prędko nabiera pojęcia, jak blisko była z Gummym, ile dla niej znaczył, jak wiele rzeczy robili razem i jak bardzo ceniła sobie to, że mogła przed nim się wygadać, o wszystkim. Więź ze swoim zwierzątkiem została zarysowana doskonale, przez co wyparcie się jego śmierci okazało się nie tylko super efektywne, ale bardzo wiarygodne w swym brzmieniu. Odmowa uznania rzeczywistości przez Pinkie nie została nam tutaj wyrażona wyłącznie poprzez słowa (chodzi mi o próby wytłumaczenia stanu zdrowia Gummy'ego oraz dlaczego otoczenie reaguje tak, a nie inaczej), ale także poprzez czyny (którym zresztą także towarzyszy odpowiednia motywacja, nierzadko odnosząca się do wspólnie przeżytej przeszłości), co z kolei wzmacnia smutny, choć nie melancholijny klimat. Znaczy, nie tyle smutny, co tragiczny, gdyż okazuje się (i to wtedy na moment udziela się melancholia), że podświadomie Pinkie wie, co jest grane, ale i tak to z siebie wypiera, a ślady po łzach tłumaczy... jakkolwiek. W tym sensie, opowiadanie działa na wyobraźnię czytelnika, który zadaje sobie pytania – jak długo to jeszcze potrwa (w końcu ciało prędzej czy później zacznie się rozkładać), co będzie robić Pinkie, jak będzie reagować otoczenie (głównie jej przyjaciółki), no i co się z nią stanie, gdy już nie będzie się dało dłużej tego ciągnąć i tłumaczyć, no bo nie oszukujmy się, ostatecznie, nic nie zostanie z jej Gummy'ego. Co wtedy? Właściwie, im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej smutna jest to historia. Zatem fanfik nie operuje wyłącznie na tym, co się w nim znajduje, ale również na tym, czego w nim nie ma, a co może się dziać, co możemy sobie wyobrazić, że się stanie. To doskonała sprawa, bo historia zostaje w głowie, odbiorca myśli o niej, a może nawet szuka analogii do własnych doświadczeń. Jest to charakterystyczny rodzaj więzi z czytelnikiem; trudna sztuka, która nie każdemu się udaje. Dlatego też, uważam, że możemy tu mówić o bezbłędnie oddanym klimacie, który nie tylko bardzo odpowiada charakterystyce Pinkie Pie (bardzo często z tekstu wręcz bije jej entuzjazm, choć po pewnym czasie staje się on gorzki w odbiorze), zawiera pewne elementy serialowe (wynikające z wiernej kreacji protagonistki), ale również rzeczy chwytające za serce, przejmujące, wręcz dołujące, nierzadko ukryte, oczywiście tak, by od razu je wypatrzyć, ale również by stworzyć wrażenie, że być może wszystko jest ok. Biorąc pod uwagę te rzeczy, lepiej rozumiemy znaczenie tytułu. Nie chodzi tylko o to, że Gummy na zawsze będzie obecny w sercu i wspomnieniach Pinkie, lecz on dosłownie, fizycznie jej nie zostawi, bo ona się na to nie godzi. I to jest, samo w sobie, bardzo smutne, tragiczne, ale także zrozumiałe. No bo jak często nie godzimy się na zastaną rzeczywistość, chcielibyśmy, by było inaczej, po naszemu, co? Generalnie, jest to kolejny godny uwagi klasyk, przełożony - a jakże - bardzo dobrze. Nie zabrakło charakterystycznego stylu, nie zabrakło nastroju, całość brzmi po polsku naprawdę dobrze, a efekt końcowy w pełni został osiągnięty. Zgodzę się z Ghatorrem, że szło nad tym podumać i w sumie historyjka siedzi w głowie. Pojawił się pomysł na opisanie czegoś życiowego, na coś, z czym chyba większość z nas kiedyś musiała się zmierzyć lub będzie musiała stawić temu czoła w przyszłości, wybrano idealną (jak sądzę, jakoś nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego, który z takim zapałem, tak infantylnie wypierałby fakty) bohaterkę, no i postawiono na krótką formę, czyli sprawną realizację, dbając wyłącznie o to, co najważniejsze. Dzięki temu przekaz okazał się wyrazisty, charakterystyczny, miał wysoką łatwość wwiercania się w świadomość czytelnika, stąd łatwo go zapamiętać, łatwo sobie przypomnieć. Tekst godny polecania nawet dzisiaj, no i w sumie wart refleksji. Wart każdej chwili, jaką można poświęcić na fanfika
  13. Nie ukrywam, po ujrzeniu tytułu, a także zapoznaniu się z opisem, "napaliłem się" na kolejną wciągającą historyjkę, łączącą w sobie elementy serialowe, alternatywne, a przy tym podejmującą w jakiś sposób kwestię istnienia oraz co to znaczy być. Jasne, tagi, no i wspomniany już opis wskazywał, iż będą to zupełnie inne klimaty, niż ostatnim razem, lecz nie zniechęciło mnie to ani trochę, wręcz przeciwnie – zaintrygowało. Niestety, z przykrością muszę powiedzieć, że opowiadanie, przynajmniej dla mnie, zalicza się do kategorii niewykorzystanych potencjałów. Nie chcę powiedzieć, że został zmarnowany, gdyż widzę tu i ówdzie zalety oraz ciekawe rzeczy. Kłopot w tym, że nadal trzyma się mnie wrażenie, że wszystko dało się realizować lepiej. Jednakże tym, co zwróciło moją uwagę zaraz po otwarciu dokumentu i co towarzyszyło mi do samego końca to... zdziwienie bardzo dużą ilością błędów. Głównie chodzi o dywizy zamiast półpauz w zapisie dialogowym, błędy interpunkcyjne (np. brakujące spacje), niefortunna „dyskodidżejka”, czy też co niektóre zdania, które mogły brzmieć lepiej po polsku. Plus sporadyczne literówki, które zostały już przez kogoś zaznaczone. Jakiś czas temu. Niby nic, co z miejsca burzy wrażenia z czytania i odrzuca, ale wciąż – zważywszy na osobę tłumacza oraz to, jak zacna ekipa prereaderko-korektorska zazwyczaj mu towarzyszy, jestem zaskoczony. Myślę, że finalna forma tłumaczenia mogła być dużo lepsza, nie tylko w materii sformatowania gotowego tekstu. W porządku, a jak wypada treść, zapytacie? Ano... umiarkowanie. Bardzo umiarkowanie. Opowiadanie możemy podzielić na trzy części, ale zanim Wam je opowiem, pragnę przestrzec przed spoilerami. Jeżeli wolelibyście sprawdzić historyjkę samemu, zapraszam do czytania. A jeśli nie i jest Wam to obojętne, wówczas czytajcie dalej. Część pierwsza, którą czyta się tak, jakby zarazem była najdłuższa ze wszystkich, to właściwie wielka rewelacja oraz „rzucenie” w czytelnika tym, na czym polega owe alternatywne uniwersum, którym uraczono nas w ramach opowiadania. Co to takiego? Androidy. Formy (chyba) pośrednie między żywymi kucami, a bezmyślnymi robotami. Istoty, które są tak perfekcyjne w swym podobieństwie do prawdziwych kucy, że nawet Octavia, która raczej powinna dokładnie znać swoją dziewczynę, nie zauważyła różnicy i nie mogła w to uwierzyć, gdy ta zdecydowała się wyjawić jej prawdę o sobie. Ale to nie wszystko. Poza dość przytłaczającym dowodem (w postaci mechanicznych wnętrzności), Vinyl zdradza nam jak działa cały związany z tym proceder, bowiem okazuje się, że androida można wykonać z kucyka, mało tego, istoty te potrafią się rozmnażać. OK, tutaj pierwszy zgrzyt w ramach mikroświatotworzenia, bo szczerze mówiąc, nie bardzo to sobie wyobrażam. Że niby każda jednostka obu płci dysponuje specjalnymi rodzajami nanitów, które podczas udanego stosunku trafiają do wnętrza jednostki żeńskiej, gdzie łączą się, budują z samych siebie nową jednostkę androida, która następnie opuszcza jednostkę macierzystą... i co dalej? Jak wygląda proces rozwoju takiego małego androida? Czy to tu wkracza ta „pomoc techniczna”, o której wspomina Vinyl? Strasznie naciągane mnie się to wydaje. Tzn. ciekawe jest to, że android może czuć miłość tylko do androida, natomiast do kucyka zaledwie pociąg, jednakże powoduje to, że różnice między androidem, a kucykiem zanikają, toteż... po co w takim razie cała ta heca z byciem androidem? Tzn. wydawało mi się, że cała zabawa polega na tym, że mają to być istoty podobne, ale rożne od siebie. Natomiast, jeśli w praktyce różnic nie ma żadnych, wówczas... po co rozróżniać? Po co w ogóle tworzyć androidy, skoro są praktycznie identyczne do kucyków i do tego mogą się rozmnażać? Do pracy fizycznej? Jakoś tego nie kupuje, skoro brakuje im unikalnych właściwości, dzięki którym, przykładowo, mogłyby wykonywać prace w kopalni 300% efektywniej. Stąd, wątek, jakoby Vinyl stworzono do pracy w kopalni, lecz ona wolała żyć jako zwyczajna klacz i tworzyć muzykę, by bawić innych, o ile jest dość przejmujący jako koncept, a także stwarzający fajne pole do popisu, o tyle wypada dosyć blado, no i w praktyce, niewiele wnosi do kreacji Vinyl, ani ogółu fabuły, poza tym, że androidy tworzy się jako „produkty”, ale ci projektanci, którzy dają tym istotom tak wysoką inteligencję, nie przewidzieli możliwości zbuntowania się i ucieczki? W ogóle, wyjaśnienia odnośnie podziemia androidowego wydają mi się naciągane, całość brzmi jak szemrana, ale łatwo wykrywalna inicjatywa. Sam nie wiem, czy to sposób, w jaki otrzymujemy te informacje (głównie w ramach dialogów, co nie zawsze jest najlepszym sposobem na wyjawianie kluczowych dla światotworzenia rzeczy oraz szeroko pojętą ekspozycję), a może przez to, że wszystko klei się ze sobą dość średnio, jest w tym sporo dziur, toteż nie wydaje mi się to wiarygodne? Czytając reakcje Octavii, a także wyznania Vinyl (motyw, że ją okłamała i nie może oddać jej swego serca, po uprzednim pokazaniu jakie to serce, uważam akurat za świetny, ale nie wykonany najlepiej), wydaje mi się, że autor chciał stworzyć wokół bohaterek smutną, ale i romantyczną otoczkę, próbował rozpisać tę relację tak, by czytelnik chciał, by im się powiodło, może nawet wzbudzić współczucie, lecz na tym tempie akcji, przy takiej dominacji dialogów nad opisami, nie udało się to zbytnio. Początek robił dobrą robotę – gdy Octavia spodziewała się oświadczyn, a otrzymała dość przewrotną rewelację o swojej wybrance, to jest napisane dobrze, klimatyczne. Niestety, później robi się średnio. Sytuacji nie poprawiają kolejne części tekstu – na które (chyba) przeznaczono po jednej stronie. Octavia, zdruzgotana tym, co usłyszała, postanawia być z Vinyl i w tym celu postanawia zostać androidem. Idzie sobie do „Pralni”, gdzie akurat trafia na właściwego kuca, wręcza mu zapłatę (Czemu to jest w markach?), a my dowiadujemy się, że cały proces sprowadza się do wszczepienia scalaka i za dwa dni jest już się androidem. Kolejny zgrzyt. Wszystko dzieje się za szybko, a sam proces jest zbyt uproszczony, by poczuć, że bohaterka autentycznie przeżywa rozterki, że ma się dokonać zmiana, że dzieje się coś ważnego w jej życiu, że coś się dokonuje. W fanfiku to dosłownie na zasadzie „wszystko w 5 minut” Cierpi na tym klimat, cierpią wrażenia. Ale to jeszcze nie koniec. Mamy zakończenie, gdy jest już po wszystkim, a Octavia wraca do ukochanej... I tyle. Wszystko jest już dobrze. Tyle mogę napisać. Jak na szczęśliwe zakończenie, jest ok, ale trudno powiedzieć, by było ono satysfakcjonujące, że wieńczyło dzieło w sposób kompletny, skoro zabrakło poczucia pokonywanej trudności, zabrakło napięcia, zabrakło konfliktu do rozwiązania. Słowem, bohaterki nie bardzo miały z czym walczyć, co przemyśleć i co wspólnie zdecydować, by być razem. Octavia decyduje się zmienić w androida, by Vinyl poczuła do niej miłość i dokonuje tego. Koniec. Krótko mówiąc – dzieje się zbyt wiele ważnych, kluczowych dla dalszej egzystencji Octavii rzeczy, co poprzedzone jest nie tylko rewelacją Vinyl o tym, kim ona jest naprawdę, ale również jak to wygląda w podziemiu, czym charakteryzują się androidy i po co są tworzone. Są to ważne dla fabuły wydarzenia oraz informacje o świecie, ale wszystko dzieje się niemalże naraz i zbyt szybko, przez co trudno się w to wgryźć, czy odczuć, że bohaterki mają przed sobą trudność do pokonania jakiś problem, że trapią je jakieś rozterki, że cokolwiek ma/ może się zmienić na zawsze. W ogóle, trudno się wczuć w ich sytuację, uwierzyć, że stoi przed nimi dylemat, a przecież mówimy o tym... no... Ech, u nas by się to nazywało "transhumanizmem". To chyba nie jest taka prosta sprawa dla kogoś, kto urodził się jako żywa istota i w takiej formie spędził całe życie, co nie? Wielka szkoda, gdyż koncepcyjnie to naprawdę było coś. Mało tego, opowiadanie miało szansę na przesłanie, aczkolwiek myślę, że nawet w tej formie, w jakimś stopniu, udało się to zrealizować, choć z drugiej strony możliwe, że podziałały tu moje skłonności do własnych interpretacji i spekulacji. Powrócę na moment do kwestii niepotrzebnego rozróżnienia, skoro w tym świecie różnice między kucykami, a androidami okazują się w praktyce tak znikome. Otóż, być może był to celowy zabieg i wszystkie rzeczy, o których wspomniałem w tej materii wcześniej, były zamierzone. Może, ale tylko może, całe to bycie androidem miało symbolizować szeroko pojmowane różnice (rasowe/ wyznaniowe/ klasowe/ itd.), przez które pary decydują się rozstawać, natomiast fakt, że w fanfiku nie wygląda na to, by były one tak znaczące, miał pokazać nam, że w miłości różnice te są nieistotne, zaś łatwość, z jaką Octavia sama staje się androidem, miał pokazać, że to proste postawić się w czyjejś sytuacji, zrozumieć i w gruncie rzeczy stać się (wraz z drugą połówką) tym samym, a może po prostu przeistoczenie się w androida miało oznaczać wejście w czyjś świat, pozostanie z tą osobą, takie tam. Wiecie, że te różnice, przez które rezygnuje się z realizacji marzeń, to są pierdoły, a do tego, by być szczęśliwym, wystarczy kilka kroków i to w sumie nic trudnego. Może za dużo nad tym główkuję, ale autentycznie wydaje mi się, że to opowiadanie MOGŁOBY być czymś więcej, czymś głębszym, gdyby tylko zrealizować je inaczej. Zresztą, ono mogłoby zawierać wiele innych rzeczy, niekoniecznie podniosłych, może nawet sztampowych z punktu widzenia romansu, vide to, że miłość nie ma ceny, nie zna granic itd. ale nie zmienia to faktu, że by cokolwiek podobnego móc z tego opowiadania wynieść, trzeba by je napisać... no, może nie od nowa, ale na pewno radykalnie zmodyfikować. Jak na czasy swojego powstania, myślę, że było dość japońskie, czyli „yako-takie”, natomiast dzisiaj... cóż, chciałoby się rzec do autora, by napisał to jeszcze raz, tylko porządnie, z opisami oraz większą dbałością o klimat, przeżycia wewnętrzne, dylematy, no i z umiarem w dozowaniu informacji per dialog, a najlepiej poprzez opis, stopniowo, naturalnie. Dziś raczej trudno je polecić, jest to według mnie przykład niewykorzystanego potencjału. No i stronach techniczna tłumaczenia pozostawia troszkę do życzenia. Dobrze, że merytorycznie jest solidnie Dla ciekawskich nawet łakomy kąsek. Dla fanów Vinyl i Octavii pozycja obowiązkowa
  14. Przyznam szczerze, że opowiadanie w całości mnie zaskoczyło, a to wszystko za sprawą tytułu. Dlaczego? Byłem przekonany, że kojarzę kanoniczną postać tła, która tak właśnie się zowie i byłem pewien, że będzie to historia poświęcona mniej znanemu kucykowi, jakaś wczesna fanowska teoria, pewne wyobrażenie, te sprawy. A tymczasem nie dość, że pierwsze skrzypce grają Rarity i Sweetie Belle, to jeszcze odpowiednio szybko dowiadujemy się, co konkretnie oznacza [Alternate Universe], którym zostało opatrzone owe tłumaczenie. Po pierwszym szoku, zacząłem zastanawiać się, jakie w takim razie znaczenie ma tytuł? Fanfik pospieszył z odpowiedzią, a ja, już po skończonej lekturze, mogę z czystym sercem powiedzieć – ale to było dobre! Przede wszystkim, jest coś kreatywnego w takim oto podejściu do postaci Rarity. To, co zostało nam przedstawione, jednocześnie pasuje do tej postaci i jednocześnie odświeża jej charakterystykę, zaś sama alabastrowa klacz bardzo szybko daje się polubić przez swój profesjonalizm, innowacyjność, zdrowe podejście do własnych osiągnięć, a także to, jaką okazuje się stwórczynią i starszą siostrą zarazem. Nowatorska kreacja, która łączy w sobie wiele rzeczy, dając protagonistkę, której losy naprawdę chce się śledzić i która radzi sobie znakomicie w świecie, który do złudzenia przypomina ten kanoniczny. Zresztą, kolejny ciekawy zabieg - świat niby jest taki, jakim go znamy z serialu, a jednak inny. Sprawdza się tu powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach Narracja pierwszoosobowa sprawdza się znakomicie, bowiem nie tylko jeszcze lepiej wczuwamy się w postać „tej innej” Rarity, ale także możemy dowiedzieć się, jak ona widzi wydarzenia oraz gdzie upatruje się rozwiązań problemów, które ją spotykają. No, właściwie, to dotyczą one Sweetie Belle, lecz to, że Rarity dzieli z nią te troski, pokazuje jak blisko są ze sobą i uwiarygadnia siostrzaną relację, aczkolwiek osobiście uważam, że Rarity bliżej jest do jej matki, niźli starszej siostry. Fakt, wcześniej wspomniałem o „stwórczyni”, ale wolałbym tego nie rozwijać – po prostu sami przeczytajcie co jest grane. Ponieważ Rarity jest jednocześnie narratorką, komentuje wydarzenia, zdradza nam ich kontekst i wyraża zdanie na temat postaw wspominanych kucyków, co daje nam pewne pojęcie o świecie oraz o tym, co się dzieje. Faktycznie, w tekście przewija się kilka bardziej fachowych określeń, lecz potęgują one klimat, no i sprzedają nam Rarity jako błyskotliwego wynalazcę, który tworzy imponujące, niemalże żywe rzeczy. Domyślam się, że musiało być z tym troszkę zachodu przy tłumaczeniu, natomiast moją uwagę zwróciły inne rzeczy. Oto przykłady: W oczy rzuciło mi się kilka literówek, na tej zasadzie, co przytoczyłem. Niby nic wielkiego, ale, zwłaszcza źle odmienione wyrazy, potrafią zaburzyć flow czytania i spowodować niechcianą przerwę. Oprócz tego, gdzieniegdzie przewinęły się powtórzenia, nie tylko pojedynczych słów, ale i zdań/ informacji, tzn: Domyślam się, że akurat te rzeczy wynikają z tego, że tak było w oryginale, a przekład nie jest od tego, by poprawiać, ale by... no, przełożyć dzieło. Pomyślałem jednak, że o tym wspomnę, gdyż, w odróżnieniu od poprzednich tłumaczeń, tutaj akurat zwróciło to moją uwagę. Aczkolwiek, gdyby to ode mnie zależało... Ja bym dał: „Ale co, jeśli się mylę? Co, jeżeli mam tylko myśleć, że jestem prawdziwa? I jak miałabym to stwierdzić?” Ale to tylko moja luźna myśl, nie jestem tłumaczem, nigdy niczego nie tłumaczyłem od początku do końca, więc ja nawet nie wiem, czy byłoby to naprawianie tego, co nie jest popsute itd. Po prostu chciałem o tym tu napisać O czym jeszcze warto wspomnieć? Przyjemne dodatki związane z historią, jakoby Celestia i Luna stworzyły pierwsze kucyki z gliny, chmur i gwiazd. W tle przewija się też Filthy Rich, w ogóle, poszlaki nakazują nam twierdzić, że za najdoskonalszą kreacją Rarity stoi coś więcej w tym sensie, że zgodę musiało wydać więcej kucyków, niż zwykle i że najpewniej projekt został przez nich sfinansowany, a skoro zainwestowali, czytaj: włożyli, to i za jakiś czas wyciągać będą chcieli. Może wchodzę w to zbyt głęboko, ale autentycznie miałem podczas lektury wrażenie, że to, o czym czytam, to dopiero początek i że Rarity przy okazji pracuje nad czymś dużo, dużo większym. Tak w ogóle, podoba mi się, że mimo alternatywnego uniwersum, mimo alternatywnej kreacji Rarity, zachowano jej artyzm, tzn. twory, które projektuje, takie jak tytułowa Minuette, potrafią tańczyć różne tańce, co pokazuje nam, że autor oryginału nie zrezygnował wcale z wątku artystycznej, wrażliwej duszy Rarity, ale dopasował ten szczegół do swojej wizji i uczynił z niej integralny element całości. W ogóle, cieszy i imponuje to, jak wszystko w tym fanfiku ze sobą współgra, zazębia się i tworzy spójną całość, którą wyśmienicie się czyta. Wisienką na torcie jest oczywiście drobny wątek filozoficzny, czyli pytanie o to, co to znaczy żyć, co to znaczy być, myśleć, czuć, czym może być maszyna i czy w odpowiednich warunkach istnieje jakaś różnica między nią, żywą istotą. Świetna rzecz, nadająca tej pozornie prostej historyjce głębi, co w oczywistej konsekwencji prowadzi do tego, że przez całą lekturę towarzyszy nam świetny klimat. Tam, gdzie ma być powaga, tam ona jest, gdzie ma być nieco luźniej, kreskówkowo, tak też się dzieje, zakończenie satysfakcjonuje, no i w głowie wciąż siedzi myśl, że za kulisami dzieje się coś więcej. Gdybym miał się czepiać, powiedziałbym, że ów wątek filozoficzny, jest troszeczkę przegadany, ale z drugiej strony, jest to fragment, w którym lśnią kreacje głównych bohaterek, no i czyta się to wartko, więc z niczego bym nie rezygnował. Fantastyczna historyjka,, cieszę się, że na nią trafiłem Konkludując, to bardzo dobre, wciągające niemożebnie opowiadanie, które, wbrew pozorom, oferuje czytelnikowi wiele rzeczy i które ma w sobie drugie dno, przy jednoczesnym pozostawieniu całkiem szerokiego pola do własnych interpretacji, domysłów i spekulacji, a to wszystko okraszone wyraźnie zarysowanym klimatem, wypływającym z naprawdę ciekawego (bo prostego, jasnego, zrozumiałego, a przy tym dopełniającego oryginalnych kreacji, tudzież po prostu je komplementującego) pomysłu na alternatywne uniwersum, postacie oraz technologię. Nic się ze sobą nie gryzie, wszystko działa jak w zegarku. Czytanie było czystą przyjemnością, stąd gorąco polecam to opowiadanie!
  15. Pora na coś luźniejszego. Generalnie, opowiadanie to wydało mi się dosyć... dziwne. Zaczyna się niepozornie, bo od sobotniej pobudki w iście serialowym stylu, no, może Bic Mac jest troszeczkę bardziej wylewny, niż zazwyczaj, ale to ok, zresztą, ja zawsze w niego wierzyłem i już w tamtych czasach pisałem dla niego pełnoprawne kwestie (serio) Fabuła okazuje się prosta – Applejack wzięła questa, który polega na tym, by udać się do bilbioteki, wypożyczyć pewną książkę i dostarczyć ją Pinkie Pie, która jest zbyt zajęta, by samodzielnie załatwić sprawę. Docierając na miejsce, farmerka zastaje dwuznaczną sytuację, która w porę zostaje jakoś wyjaśniona (w taki sposób, że sama strzela, o co chodzi i strzał okazuje się celny), lecz nie daje jej to spokoju, co prowadzi do nieporozumienia, a co z kolei prowadzi do konkluzji opowiadania, która – zgodzę się z przedmówcami – stanowi jego siłę. Jednakże, mając to na uwadze, nie wszystko mi tu grało. Fanfik początkowo trudno rozgryźć, trudno odgadnąć ciąg dalszy, ale to jak najbardziej ok. Jest to krótka, ale wciągająca historyjka. No i dostatecznie barwna, by było nam miło podczas lektury. Rozczarowała mnie deczko ta dwuznaczna sytuacja, od której zapewne wziął się tytuł i na którym miało się oprzeć całe nieporozumienie. Nie wiem czemu, ale wydało mi się to strasznie na siłę (no pun intended), jakoś nie wypadło to naturalnie, natomiast tłumaczenie, jakoby to sama Celestia nakazała Twilight więcej ćwiczyć (Po co? Za gruba jest, czy co? ), a Rainbow akurat zdecydowała się na wrestling, wydało mi się naciągane. Na plus to, że w ogóle się tego nie spodziewałem, ale minus za rzeczy, o które wymieniłem. Chyba nie przepadam za wrestlingiem, wybaczcie. Takie tam, moje fanaberie Plusy i minusy znoszą się, ale że jest to fundament historii, powoduje to, że całość ostatecznie powoduje u mnie wrażenia mieszane. Nie zrozumcie mnie źle, opowiadanie wyszło fajnie, czytało się to nieźle, tłumaczenie dało radę (jak zwykle), ale po zakończeniu zabrakło czegoś szczególnego, a co mogłem wyróżnić przy okazji poprzednich tłumaczeń. Ano właśnie, zakończenie. Przyznam, że uśmiechnąłem się pod nosem, no i trzeba przyznać, że końcówka robi dobrą robotę, gdyż czytelnik zastanawia się, co mogłoby być dalej, jak zareagowałaby Pinkie, w ogóle, wyobraża sobie jak prędko nowiny od Applejack rozprzestrzeniają się po Ponyville, co zapewne powoduje lawinę kolejnych plotek, dziwnych sytuacji oraz śmieszności. Przyznam, że taki hipotetyczny ciąg dalszy, o ile utrzymany w pośrednio-serialowych klimatach, wydaje mi się lepszym materiałem na komedię, niż „baza” w postaci niniejszego tłumaczenia. Co nie znaczy, że jest drętwe, bo nie jest – luźne, lekkie, miłe dla oka, tempo akcji sprawne, a sposób jej prowadzenia konsekwentny, nie ma tu żadnych zbędnych rzeczy, czegokolwiek, co można by ocenić jako „na doczepkę”. Po prostu mnie osobiście nieszczególnie rozbawiło, wyłączając z tego zakończenie, które spełniło swoje zadanie i znacząco podniosło wrażenia z lektury. Podobało mi się to, jak treść przeplatała się z myślami protagonistki. Zabieg, który choć prosty, urozmaicił tekst, co trzeba pochwalić. Zresztą, ile to już razy przekonywałem się, że niekiedy o efekcie potrafią zaważyć detale, drobne, proste rzeczy? Tłumaczenie po raz kolejny spełniło oczekiwania, po polsku brzmiało to dobrze, solidnie, nie zabrakło klimatu, może w kilku miejscach poprawiłbym interpunkcję, ale nie jest to nic poważnego i generalnie, podczas zwyczajnej lektury nie rzuca się to w oczy. Widziałem chyba jedną dywizę zamiast półpauzy. W sumie, jak na tak krótkie opowiadanie, przewinęło się sporo postaci, co cieszy, bo każda kreacja wypadła wiernie, barwnie i po prostu dobrze się czyta poszczególne kwestie czy opisy. Mogę zrozumieć zastrzeżenia do gadatliwości Big Maca, ale ja osobiście nie widzę problemu, toteż tę kreację również zaliczam do mocnych punktów opowiadania. Słyszałem uszami wyobraźni znajome głosy, tak dobrze oddano te charaktery No i cóż, to chyba tyle – klasyczna, niedługa historia, dość urozmaicona, lekka, z humorkiem (który niekoniecznie musi dotrzeć do każdego, ale cóż...) oraz zabawnym, otwartym zakończeniem, które działa na wyobraźnię czytelnika, a to dosyć ważne, nie tylko w ramach [Comedy], ale fanfikcji, ogólnie. Polecam zajrzeć, acz nie uważam, by był to absolutny must-read ze stajni oneshotów, tłumaczonych przez Dolara84. Wiem, wiem, dopiero zacząłem maraton, nie czytałem jeszcze wszystkiego, ale póki co, takie właśnie mam odczucia.
  16. Kolejna ładna, lekka do czytania (pomimo trudnej i dosyć aktualnej tematyki) klasyczna historyjka, której nie zabrakło klimatu, a która próbuje chwycić za serce, że tak to ujmę, „starą, sprawdzoną metodą”. Czy to działa? Ogółem to tak, chociaż spotkałem się w tym motywem wielokrotnie, ale wiecie jak to jest – słyszycie o takich przypadkach w mediach, znacie takich ludzi, a może i macie w rodzinie kogoś, kogo trawi ta sama choroba, albo inna, w każdym razie, sieje spustoszenie w organizmie. Chciałoby się to zmienić, ale często daje się tylko odraczać wyrok, no i poczynione w ciele zniszczenia utrzymują się. Towarzyszy temu przytłaczające uczucie bezsilności, smutek oraz wyrzuty związane ze wszystkimi rzeczami, których już się razem nie zrobi, albo zrobiłoby się, gdyby miało się świadomość, gdyby został jeszcze czas. To po prostu potrafi boleć i potrafi zmienić na zawsze, jeśli nie z wierzchu, to mentalnie. Rzeczy nie postrzega się już tak samo po takich doświadczeniach Piszę o tym dlatego, gdyż w niniejszym opowiadaniu wszystko to udało się oddać dobrze, zachowując oszczędność słów, co poskutkowało prostym, ale wyraźnym przekazem, dzięki czemu z miejsca mamy odpowiedni nastrój, który nie znika, ani nie ulega zniekształceniom, a utrzymuje się do samego końca. Jest to w jakimś sensie kreskówkowe – zważywszy na postacie oraz wydarzenia – i ludzkie zarazem. Kreacja Pinkie Pie, choć nie przyszło jej wziąć udziału w najweselszej fabule, jaką wymyślono, wypada wiernie i co by nie mówić, pasuje to do niej w tym sensie, że nawet gdy komuś przytrafia się najgorsze, ona nie traci werwy i robi co może, by rozweselić. Jak mogłoby to rzutować na jej kolejne przygody? Chociażby tak, że mamy w pamięci to, co zrobiła i stąd domyślamy się, że tym bardziej stara się rozweselać, działać, wspierać itd. Zatem nic nie gryzie się z serialem, a wręcz dodaje tła znanej postaci, przez co można sobie dodatkowo tłumaczyć jej zachowanie albo motywy. To zawsze jest fajne i zawsze mi się podoba Biorąc pod uwagę, że opowiadanie ma już swoje lata, należy docenić wyczucie, tzn. to, że odpowiednio szybko powstało i w ten sposób, myślami przenosząc się w przeszłość, nabieramy większej świadomości tego, jak wiele było przed nami, a jak niewiele zostało dla bohatera opowiadania, co wszystko razem przekłada się na miły dodatek do charakterystyki Pinkie Pie. Jednocześnie, z opowiadania wylewa się bajkowa naiwność, niewinność i szczerze mówiąc, nie potrafię wskazać dokładnie kiedy i w jaki sposób – po prostu takie miałem odczucia po skończeniu czytania. Może to przez to, że motyw nie jest świeży, ale w jakiś sposób towarzyszy różnym produkcjom dla najmłodszych, co ma pomóc im w oswojeniu się z myślą, że ludzie odchodzą (przeważnie tyczy się to dziadków) i ich najbliższych też to kiedyś czeka, może przez informację, że opowiadanie pisał trzynastolatek, a może przez animację, która powstała na jego podstawie (opowiadania, nie trzynastolatka). Trudno powiedzieć. W każdym razie, powoduje to wrażenie sentymentalności. Z drugiej strony, porównując oba rozdziały, nabieram kilku wątpliwości. O ile pomysł, by ukazać historię z dwóch perspektyw uważam za trafiony (podobnie jak decyzję o narracji pierwszoosobowej), o tyle coś mi zgrzyta w sposobie, w jaki wypowiada się umierający źrebak. Dlaczego miałem wrażenie, że używał... zbyt zaawansowanego słownictwa? Że wypowiadał się dużo dojrzalej, niż powinien? Coś mi tu nie grało Tzn. nie poznajemy jego wieku (nawet imię pozostało tajemnicą), no i dzieciaki przecież mogą tak mówić, a jednak coś mi tu nie pasowało. Nie to, by klimat na tym ucierpiał, ale siedzi mi to w głowie i nadal nie potrafię wytłumaczyć konkretniej, co jest z tym rozdziałem nie tak. Tzn. dlaczego powoduje u mnie wątpliwości, obok wrażeń, o których wspomniałem. W każdym razie, jest to kolejna historyjka, którą warto polecić i do której warto było powrócić. Świetna rola dla Pinkie Pie, sama bohaterka oddana bardzo dobrze, a to, co dzieje się za jej sprawą w samym opowiadaniu, jest naprawdę miłe i potrafi człowieka pocieszyć, pomimo rezultatów, które były nieuniknione. Ale chyba nie zawsze o to chodzi. Ważne jest to, że przy nim była, że niosła wsparcie najlepiej jak potrafiła i że się przejęła. Właśnie – interesujące jest to, że poza wzmiankami o innych źrebakach, które stroniły od bohatera oraz o personelu medycznym, nie dowiadujemy się nic o np. rodzicach młodego. W ogóle ich brakuje, nawet on sam nic o nich nie wspomina. Ale przecież muszą oni gdzieś tam być. Jasne, nie byli aż tak istotni dla fabuły, a jednak dodaje to do klimatu nutę... odosobnienia? Potrafię sobie wyobrazić, jakoby historia ta, nawet dzisiaj, potrafiła niejednego wzruszyć. A może powinienem powiedzieć „zwłaszcza dzisiaj”? Wszakże jesteśmy bogatsi o wiele doświadczeń i taki powrót do 2013 (w tym czasie mogło się wydarzyć sporo smutnych rzeczy) może dodatkowo spotęgować wrażenia, z uwagi na sentymenty – co było w czasach, w których opowiadanie zostało przetłumaczone, a czego nie ma dziś. Rzadko kiedy coś takiego udziela mi się przy powrotach do przeszłości, w materii fanfikowej. Mógłbym pisać jeszcze długo, gdyż opowiadanie do tego skłania i zachęca, ale grunt to to, że zachowuje ono aktualność, jest życiowe i "ludzkie" w podejmowanej tematyce (aczkolwiek bardziej chodzi mi o powód odejścia bliskiej osoby, tak dobrych ludzi, jak Pinkie, bardzo brakuje), ma klimat, jest sentymentalne, a przy tym wnosi coś od siebie w materii kreacji znanej bohaterki, niesie ze sobą przekaz, toteż zapada w pamięci i nastraja. Warto poświęcić mu trochę czasu, warto chwilę się zastanowić, powrócić myślami do starych czasów, ot, nie tylko w ramach ucieczki, ale dla zdrowia. Po prostu. O, chyba już wiem, skąd wrażenie naiwności. Może dlatego, że takie pocieszanie umierającego pacjenta jest czymś, co sami chcielibyśmy otrzymać, gdybyśmy byli na jego miejscu, bądź gdybyśmy znaleźli się w „butach” Pinkie i żegnali kogoś bliskiego, ale wiemy, że to niemożliwe, bo żaden ludzki personel się na to nie zgodzi, rodzina będzie mieć obiekcje, no i sam chory może nie być zainteresowany, albo może brakować mu sił? Częściej to raczej nie tak wyglądają takie pożegnania. Słyszy się „chodź, zostaw go”, a na drugi dzień dzwoni telefon i tyle. Nie ma w tym takich emocji, radości, czy cieplejszych chwil, za to zawsze jest smutek i wyrzuty. W porządku, zatem jeszcze raz – polecam zajrzeć, polecam sobie przypomnieć, nie wymaga to wiele czasu, a może jakoś urozmaicić kolejny nudny dzień. Tłumaczenie stanęło na wysokości zadania, tym razem nie będę czepiał się powtórzeń, zważywszy na informację, że wykonana została praca nad tym, by oddać styl oryginału i że owe powtórzenia miały na celu coś więcej, o coś im chodziło.
  17. Całkiem ładna, niedługa i bardzo klimatyczna historia, no i w jakimś sensie wydaje mi się, że swego czasu uprawiała nie tyle kanon, co jasnowidztwo. Przypominam sobie odcinek bodajże „Brotherhooves Social” i jakby zestawić go z tą historyjką, wiele rzeczy nabiera... no, nie tyle sensu, do szerszego kontekstu. Tzn. dlaczego Big Mac tak się przejął, gdy Apple Bloom zaczęła bardziej idealizować Applejack od niego i skąd się wzięło u niego przeświadczenie, że już nie jest tym ulubionym, dużym bratem młodej. OK, może to nie do końca jasnowidztwo, faktycznie, ale motyw z fanfika w końcu został podjęty, choć w nieco inny sposób i to samo w sobie wydaje mi się ciekawe Tzn. wiem, że już w czasach powstawania fanfika relacja ta została podkreślona, ale chodzi mi o to, że motyw zachowuje aktualność i pasuje również do tego, co serial przedstawił nam później. Wygląda na to, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają... Styl, o ile ogólnie mi się podoba, to jednak mam do niego kilka zastrzeżeń. Niewiele, domyślam się, że wynikło to z oryginału, bo przecież chodzi o to, by przełożyć tekst wiernie, nie zmieniając znaczenia, niczego nie dodając, nie odejmując itd. A jednak powtórzenia (głównie „jej” oraz „ją”) zwróciły moją uwagę, aczkolwiek w paru miejscach najpewniej były to celowe zabiegi stylistyczne z oryginału. Głównie wtedy, gdy przywoływane są różne sytuacje z przeszłości, które bohater podsumowuje „Taa” albo „Nie”. Jednocześnie, udziela się przy tym lekko nostalgiczny klimat. Raz przewinęła się podwójna spacja (między zdaniami), innym razem pojawił się niepotrzebny przecinek przed „i”. W sumie, zastanawiam się, czy coś oznacza to, że pierwsza część tekstu została napisana w czasie przeszłym, natomiast druga w teraźniejszym. Zgaduję, że ta pierwsza partia tekstu, to są po prostu wspominki, a potem przeskakujemy do dnia dzisiejszego. Jak dla mnie kolejna rzecz, która wzmacnia nastrój towarzyszący podczas tej niedługiej lektury. W ogóle, jak na zaledwie cztery strony (aczkolwiek będę się upierał, że na dałoby się to zmieścić w 2,5-2,75 strony), to, że udało się stworzyć wyrazisty, serialowy klimat, jest godne pochwały i nie wydaje mi się, by fanfik stracił zbyt wiele na tym polu po przekładzie. Solidna robota No i fajnie, że nie wszystko jest tutaj jasne, np. kto jest narratorem. Mój pierwszy strzał był taki, że to Winona i że cała historia jest opowiadana z jej perspektywy. Niby nie mam konkretnych, twardych dowodów ponadto, że kto inny miałby być przez cały czas przy rodzinie i wiedzieć to wszystko, no i że ogólny styl wypowiedzi wybrzmiewa nieco... naiwnie? Chyba tak. Mimo wszystko, więcej strzelać nie będę, gdyż... brakuje mi alternatywnych koncepcji. Ale rzeczywiście, kto inny miałby tak dobrze znać Maca, kto inny mógłby się wypowiedzieć o „innych młodzieńcach” (Znajomi wpadali na farmę i bawili się z psem?), kto inny miałby obserwować od początku rozwój Apple Bloom oraz rozwój jej relacji z bratem (znakomicie, wręcz uroczo przedstawionych, tak swoją drogą), no i kto inny mógłby wiedzieć o takich szczegółach, jak praca w sadzie, majsterkowanie, pomoc w kąpieli, wybudzanie się z koszmarów w środku nocy, wspólne rodzinne wieczory, no i czytanie bajek do poduszki? Nawet ta bójka, przy której pewnie Winona skakała i szczekała, ale nie była w stanie jej przerwać, dopiero Bic Mac coś zadziałał. Serio, kto inny miałby cały czas tam być i widzieć te rzeczy? Domyślam się, że pewnie na FiM Fiction w komentarzach to już dawno zostało odkryte, ale nie zaglądałem tam (do komentarzy), wolałem sam troszkę pogłówkować. Pod tym względem, opowiadanie również daje radę i zapada w pamięci. W ogóle, jest takie rodzinne, serdeczne, aż się miło, ciepło robi od czytania Coś podobnego miałem przy „Serii Ciasteczkowej” od Madeleine, tylko, że tam udziela mi się więcej nostalgii i innych emocji, które łatwe nie są, ale lubię, gdy mnie nawiedzają. Nie wiem czemu. OK, wydaje mi się, że wszystko, co istotne na temat tego tekstu już powiedziałem. Czy polecam to tłumaczenie? Jak najbardziej – pełny powiew old schoolu Czy mogłoby być lepsze? A skąd mam wiedzieć? Niczego w życiu nie tłumaczyłem od A do Z, tylko przy tym pomagałem, ale przypuszczam, że gdyby dostosować formę pod polskie standardy językowe, skończyłoby się to wycinaniem słów tudzież szukaniem zmienników, a może i przebudowywaniem zdań. A to zawsze ryzyko, że klimat po przekładzie straci, pytanie tylko w jakim stopniu, w jakim zakresie. Niedługa, ale bardzo przyjemna, klimatyczna, zwykła i wyjątkowa z perspektywy czasu historyjka, w sam raz na cichy, leniwy wieczór, czemu nie? Dla miłośników klasycznego [Slice of Life] jak znalazł. Polecam!
  18. Rzeczywiście, niesamowity klimat, acz nie powiedziałbym, że mroczny. Bardziej tajemniczy, zaś sama historia okazała się dość intrygująca i niejednoznaczna, by czytelnik zdążył w trakcie lektury pomyśleć nad niejedną teorią, a co to za tajemnicze pudełko i co kryje się w środku. Należy zaznaczyć, iż czasu miał niewiele, gdyż opowiadanie (właściwie, to polski przekład) ciągnie się przez zaledwie 8 stron. Niemniej, było to 8 stron absorbującej treści, której nie zabrakło znakomitego nastroju, za sprawą którego niniejsza historia jeszcze długo będzie krążyć mi po głowie Jeśli chodzi o jakość przekładu, mimo dawnych czasów, jestem w pełni spokojny o jego wysoką jakość, zgodność z oryginałem itd. Wszystko za sprawą osoby tłumacza, a także korekty. Nie znaczy to jednak, że nie zajrzałem do oryginału, bo zajrzałem, acz w nieco innym celu, ale o tym później. Przede wszystkim, uważam, że forma pamiętnika okazała się strzałem w dziesiątkę – nie tylko z uwagi na narrację pierwoosobową, a co za tym idzie, możliwość poznania natury rzeczy oczami jednej z postaci, ale także szerokie możliwości ukazywania przemiany Rarity. Cóż, chyba nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, iż w jej przypadku było to postępujące, acz subtelne w skutkach (mam na myśli jej zachowanie, manierę pisania, percepcję, te rzeczy) szaleństwo, połączone z paranoją, której jednak, przynajmniej według mnie, brakuje irracjonalizmu, lecz najlepsze jest w tym wszystkim to, że z kolejnych wpisów wciąż czuć, iż wciąż jest to znana nam postać. W ogóle, kreacja alabastrowej klaczy zadowala – niby nic szczególnego, ale podoba się, jest zgodna z kanonem, no i kolejne jej wpisy śledzi się nie tylko dla fabuły, ale także dla niej. Świetna sprawa Tempo jej... nazwijmy to, „upadku” satysfakcjonuje w tym sensie, że nic nie dzieje się zbyt szybko, ani zbyt wolno, klacz ma swoje słabsze momenty, lecz odpowiednio szybko stara się racjonalizować to, co się dzieje wokół niej i co sobie wyobraża, poszukuje rozwiązania, nie mamy wątpliwości, że myśli. Kolejny plus. Zresztą, trudno jej się dziwić – wyobraziłem sobie motyw, że pozbywam się czegoś w taki sposób, że topię to w rzece, a to za moment jest z powrotem u mnie Jakby się nad tym dłużej zastanowić, to dosyć... przerażająca perspektywa. To takie dziwne, takie...obce. Są to momenty, w których klimat szczególnie daje się poczuć i w których opowiadanie lśni i wciąga jeszcze bardziej, człowiek chce wiedzieć co będzie dalej. Poza tym, podoba mi się to, że de facto, przez całą historię... nie dzieje się nic szczególnego. Pudełko samo się nie otwiera, ani nie gada, nie wywołuje jakichś anomalii, nawet ten ogier, który je przyniósł, wyglądał, zachowywał się, pisał zupełnie normalnie. Gdyby to był horror, powiedziałbym, że był to horror wiarygodny. W jednym momencie zajrzałem sobie do oryginału, gdyż pomyślałem sobie, że wystąpił błąd, ale nie, w oryginale też tak było. Chodzi mi o jedne z ostatnich wpisów w pamiętniku Rarity. Otóż, najpierw naszym oczom ukazuje się wpis z dnia 6 marca. OK, ale kolejny posiada datę 7 marca i Rarity stwierdza w nim, że ostatnim razem pisała jakieś dwa tygodnie temu. Jak to, skoro ostatni wpis wykonała poprzedniego dnia? Pomyślałem, że być może coś źle zrozumiałem z oryginału i jest to czas odkąd zaczęła pisać w ogóle, ale pierwszy wpis pochodzi z 7 lutego, zatem akcja rozciąga się raptem na miesiąc. Czyżby efekt paranoi? No właśnie, a teraz, o co chodzi moim zdaniem z owym pudełeczkiem. Oczywiście zachodzę w głowę, co jadła Rarity przez cały ten czas, gdy w ogóle nie wychodziła z domu (A może wychodziła? W sumie, nie wiadomo na 100%), aczkolwiek nie wydaje mi się, by groziła jej śmierć z głodu. Inaczej pewnie by o tym wspomniała, coś jakby: „Od dwóch dni głoduję, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze jest to pudełko.” Na dzień dzisiejszy, opcje widzę dwie – albo owe pudełeczko... nie istnieje naprawdę i jest ono symbolem klątwy, jaka została rzucona na Rarity przez tajemniczego kucyka, albo istnieje i posiada moc taką, że wpływa na wolę tymczasowego posiadacza, sprawiając, że ten po jakimś czasie nie jest w stanie myśleć o niczym innym, a gdy nadchodzi właściwy moment i zostaje otwarte, „wciąga” do siebie ofiarę. Nie chodzi mi o to, że postacie zostają zamknięte w pudełku dosłownie, ale że trafiają... gdzieś. Nie wiadomo gdzie. Potem przychodzi po nie jego prawdziwy właściciel, który wybiera kolejną ofiarę. Z tekstu wiemy doskonale, kogo ów jegomość upatrzył sobie po Rarity i stąd nasuwa mi się pytanie – skoro jego celem są Mane6, wówczas... kim może być ów kucyk? Co „znajduje się” w pudełku? Dokąd trafiają postacie? Jaki jest cel jego działań? Oto kwintesencja opowiadania – pytania bez odpowiedzi To, co powinno mieć każde dobrze zrealizowane opowiadanie opierające się na tajemnicy, czymś dziwnym, niepojętym, mające na celu zaintrygowanie czytelnika, skłonienie go do snucia własnych spekulacji. Również i ten element został wykonany doskonale. Gorąco polecam tego fanfika – jest to klasyczny, krótki utwór, który ma do zaoferowania prosty, ale wciągający pomysł, przystępną formę, a przede wszystkim klimat, który może nie jest najcięższym, jaki miałem okazję uświadczyć, nie ma też aż tyle mroku czy głębi, co np. wybrane dzieła Malvagio bądź Niki, ale i tak wciąga, nie pozwala się oderwać, imponuje prostotą wykonania oraz ogólnym wrażeniem, zwłaszcza pod koniec. Świetny tekst, warto było po niego sięgnąć
  19. @Bester Cytując klasyka: „Już, spieszę z odpowiedzią.” @Lisowaty Hej, Lisu? Pamiętałem. Czekałeś na to Jak widzę, jest to pierwsze opublikowane opowiadanie autora, a niekoniecznie pierwsze w historii? Cóż, forma, zupełnie niezła, chociaż obarczona pewnymi błędami, na to właśnie by wskazywała. [TCB] jak na debiut literacki, wydaje się nieco ryzykownym ruchem, ale przecież do odważnych świat należy, czyż nie? Przyglądając się tagom, odnajdziemy [post-TCB], co jest pewną zagadką. Nie przypominam sobie, bym widział kiedykolwiek wcześniej ów tag. [post-apo] owszem. [TCB] jak najbardziej. Czy jest możliwe jakiekolwiek połączenie tych dwóch? Chyba tak, skoro, jak się dowiadujemy z fanfika, fabuła podejmuje rzeczywistość jakiś czas po akcji szeroko pojętych Biur Adaptacyjnych, już po wojnie między ludzkością, a nieparzystokopytnymi. W świecie tym, funkcjonuje zupełnie nowa organizacja, Liga Ochrony Istnień (LOI), która, jak wskazuje na to nazwa, dba o jakość współpracy między kucykami, a ludźmi, coby już nigdy więcej nie powtórzyła się podobna tragedia i już nigdy więcej dwie stron nie ruszyły przeciwko sobie, doprowadzając do kolejnych zniszczeń (jak się dowiadujemy od samego autora, w wyniku konfliktu uległy zniszczeniu rozległe połacie zarówno Ziemi, jak i Equestrii). Rzeczywiście, pojawiają się nawiązania do „Fallout: Equestria” (Megaczary), są smaczki nawiązujące do klimatów posapokalipsy, ogólnie. Mam na myśli koncepcję podziemnych miast (Schronów?), science-fiction, czy też takie smaczki, jak chociażby to, iż kuce mają swoje numerki, identyfikatory, mamy w tym świecie biur zarządzające zasobami ludzkimi i kucukowymi, wyższe kierownictwo, kolejne szczeble różnych urzędów, daje to całkiem wiarygodne wrażenie, że to rzeczywiście świat zdewastowany wojną, które obecnie, między innymi w celach prewencyjnych, jest ściśle kontrolowany, regulowany, zarządzany. Mnie jakoś zawsze się to kojarzyło z rzeczywistością powojenną, nie tylko z postapokalipsą. Trochę jak u nas, a przecież jesteśmy po dwóch wojnach światowych, czyż nie? Ale, ale, zapędziłem się. Wyżej wspomniane kierownictwo pewnego razu, drogą tradycyjnej korespondencji – doceniam poszanowanie tradycji – życzliwie zaprasza Crystal Sky, główną kucykową bohaterkę niniejszej historyjki, na rytuał przywrócenia. W razie przyjęcia zaproszenia ma ona zostać sowicie nagrodzona. Jest to jednocześnie kolejna okazja do subtelnego światotworzenia, gdyż dowiadujemy się o racjach żywnościowych, czynnościach zaplanowanych (Czyżby nakazy pracy?), a także możliwościach rekreacji w ramach podziemnego ośrodka. Początkowo klacz czuje niepokój, nie ma pojęcia, czym jest ów rytuał, nie wie też, czy powinna się bać, czy też podejść do sprawy jak do każdej innej aktywności Miło, że poznajemy pewne detale odnośnie jej designu Beżowe umaszczenie, błękitna grzywa i ujmujące, rubinowe oczy, fanie. Wizualizuję to sobie, troszkę ten błękit mnie zastanawia, ale dobierając odpowiednie nasycenie barw, myślę że jak najbardziej da się zarysować ładnie skomponowaną pod kątem kolorystyki postać, wyglądającą całkiem autentycznie w sensie, że naprawdę mogłaby wystąpić w serialu. Wydaje się sympatyczna, spokojna, troszkę niepewna, ale ok, wszakże otoczenie, w jakim się znalazła, jest kreowane jako troszkę klaustrofobiczne, troszkę industrialne, surowe, ale znajome, mimo wszystko, znajdujące się pod pewnymi restrykcjami Drugim, ludzkim bohaterem, który jednocześnie będzie naszym narratorem, jest... ktoś. Nie poznajemy go z imienia, wiemy jedynie jaką pełni funkcję – jest on magitronikiem, co na początku może Wam mówić niewiele, natomiast zapewniam, iż wszystko wyjaśni się podczas końcowych scen. W ogóle, to miłe, że zna bohaterkę od źrebięcia. Wypada poprzez to troszkę jak mentor, troszkę jak opiekun, troszkę jak starszy brat. Dlaczego nie poznajemy owego bohatera lepiej? Domyślam się, że autor powstrzymał się od nadania mu imienia oraz bardziej charakterystycznych cech, cobyśmy mogli z łatwością wejść w jego buty i w ten sposób nadać mu imię oraz cechy charakteru swoje, odnajdując się pośród treści, nie tylko jako czytelnik, ale również jako uczestnik tych wydarzeń. Lisowaty spróbował zatem wciągnąć odbiorcę w swoją historię nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Ciekawa sprawa W wyniku spotkania Crystal Sky z bohaterem wywiązuje się rozmowa, która służy nie tylko jako sposób prowadzenia relacji między postaciami, ale również jako ekspozycja dla nas, czytelników. Otrzymujemy skrócony opis tytułowego rytuału, wraz z lore stojącym za magią kucyków, a także dotyczącym splotu magii z ludzką technologią, którego synergiczne działanie doprowadziło do przełomu i umożliwiło dosłowne przywracanie do życia, choć ów proces pozostaje szalenie ryzykowny. Mówimy w końcu o Megaczarach. W sumie, nawet spodobał mi się ten motyw, nie spodziewałem się zastać w tejże historyjce pewnego wkładu do historii kucykowego uniwersum, sprostowań odnośnie magii, jej limitów oraz tego, jak może wzrosnąć jej znaczenie, jeśli połączyć działanie energii magicznej ze zdobyczami medycyny, techniki i inżynierii. Motyw ten nie tylko wydał mnie się interesujący, ale dobrze wkomponowuje się w pomysł współpracy ludzi i kucyków po wojnie o zasięgu ogólnoświatowym. Czy może raczej, międzyświatowym Aczkolwiek, zwrócę uwagę, że wypowiedź bohatera na trzeciej stronie, ta ekspozycja, jest troszkę przydługa, jest pewne wrażenie ściany tekstu. Podzieliłbym ją, przemieszał z jakimiś opisami, coby czytało się łatwiej i lepiej. W każdym razie, przechodzimy do kolejnej sceny, w której pozostałe kucyki, które najwyraźniej również otrzymały zaproszenie, ustawiają się w kolejce, by wziąć udział w tytułowym wydarzeniu, lecz zanim to nastąpi, każdy musi przejść przez trzy etapy kontroli. Na moje oko, poszczególne etapy zostały opisane całkiem dobrze i nawet wyczerpująco, chyba nie miałem przy tym wrażenia niedosytu. Za to zabrakło mi jakichś rozmów, czegokolwiek, co pomogłoby uwypuklić kolejne cechy postaci, nie tylko tych głównych, po prostu dobrze by było znać nastroje pozostałych kucyków, które oczekiwały w kolejce, z tego mogłoby wyniknąć jakieś światotworzenie. Podobnie jak moi przedmówcy, chciałbym przeczytać trochę więcej. No bo gdy stoisz w kolejce, może w lekkim napięciu, ale nudzisz się, no to co możesz robić? Możesz zamienić kilka słów z sąsiadami w kolejce, możesz włączyć się do trwającej już rozmowy, możesz przysłuchiwać się i na tej podstawie wyobrażać sobie różne rzeczy, tego typu rzeczy. Niewykorzystana okazja, troszkę szkoda Za to scenka z pegazicą, która próbowała oszukać system i przemknąć się przez poszczególne bramki, spełniła oczekiwania. I troszeczkę mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się nagłej akcji ochrony, wydarzyło się to szybko, scena okazała się dynamiczna: rękaw się zaciska, ta nie może się wydostać, więc odrzuca skrzydłami wszystkich tych, co stali zbyt blisko, do akcji rusza ochrona, był strzał z gumowej amunicji i obrażenia, była lotka uspokajająca. Sprawa generalnie pozostawia wiele wyobraźni. Jakie miała zamiary? Dlaczego się na to zdecydowała? Czyżby w szeregach Ligii Obrońców Istnień znajdowali się mąciciele, czy jacyś naruszyciele? Na czyje zlecenie mogą działać? Co się stało później z tą klaczą? W sposób płynny przechodzimy do scenki końcowej, czyli tytułowego rytuału. Co również mnie zaskoczyło, gdyż... no, przyznam – do końca byłem przekonany, że to będzie podstęp i że ludzie oraz kucyki wykorzystają czyjąś magię do osiągnięcia zupełnie innego celu, niż to, o czym opowiadał Crystal główny bohater. Ziarno niepewności zasiał właśnie ten sub-wątek z pegazicą, którą musiała spacyfikować ochrona. Gdyby inicjatywa była „czysta”, no to niby po co ktokolwiek próbowałby interweniować, ryzykując uwolnieniem Megaczaru? Ale ogółem, okazało się, że jednak nowa organizacja ma dobre zamiary i wykorzystuje wspólną zdobycz kucykowej magii i ludzkiej technologii zgodnie z jej przeznaczeniem. Co czytało mi się ciekawie, ale...był niedosyt. Opisy były w porządku, lekkie napięcie, klimat, to jak najbardziej w porządku, lecz chętnie przeczytałbym więcej, doświadczył wyraźniejszego nastroju, w który mógłbym się wczuć, zatopić po same uszy, te sprawy Przykładowo, zabrakło mi bardziej detalicznych opisów wygrywanej muzyki, gdyż... Chwila... Aha. No, niech będzie Zresztą, przecież po to autor dołączył do fanfika utwór przewodni. OK, odwołuję Niemniej, w pełni zgadzam się z moimi szanownymi przedmówcami, iż była to okazja na fanfik w fanfiku, a co najmniej więcej opisów, więcej rytuału, więcej wątpliwości, rzeczy niezrozumiałych dla Crystal Sky, może jakieś drobne ekspozycje oraz światotworzenie, przygotowania, czyli jeszcze lepszy klimat. Warunki były, jak najbardziej. Najwyraźniej, umiejętności ze strony autora nie brakowało. Tag [post-TCB] pomógł uzyskać wrażenie czegoś nowego, mającego więcej wspólnego z post-apo, aniżeli z Biurami Adaptacyjnymi, a przynajmniej pojmowanymi w tradycyjnym tego nurtu znaczeniu. Może zabrakło konkretnej koncepcji i autor wolał ustrzec się od ryzykowania dłużyzną, a może po prostu coś mu przeszkodziło. Tego nie wiem, ale widzę, że to [post-TCB], to w gruncie rzeczy całkiem ciekawa sprawa i wydaje mi się, że daje fajne możliwości tworzenia kolejnych opowiadań, dłuższych historii, a widzę, że autor porusza się w tymże świecie całkiem swobodnie i ma pojęcie o tym, jak pisać postacie, kreować klimat, jest wprawdzie pewne pole do poprawy, rzeczy, którym przydałby się trening (chociażby opisywanie różnych rzeczy, jeśli idzie o wygląd postaci, to jest zupełnie nieźle i solidnie, ale przydałoby się jeszcze więcej detali otoczenia, więcej ruchów, gestykulacji, mimiki postaci, więcej emocji, takie tam), ale myślę, że jest w stanie rozwinąć umiejętności w stosunkowo krótkim czasie i dojść do bardzo dobrej formy. Mam nadzieję, że to nie będzie ostatni [Oneshot] Lisowatego, ale jeden z wielu Zacieram ręce i czekam. Ano, co to za obszar do poprawy, zapytacie? Forma, cóż by innego Jak na pierwsze opublikowane opowiadanie, jest ona w miarę solidna, całkiem niezła, tekst czyta się dobrze, lekko i sprawnie, ale błędy są widoczne. Oprócz tego, na co zwrócili uwagę moi przedmówcy oraz Wilczke, zauważyłem między innymi następujące rzeczy: Coś mi się zdaje, że prędzej powinien wsunąć okulary na nos. Wyciągnąć i włożyć je, jeśli nie miał ich na sobie wcześniej. Z powrotem Chwila, no to żółtego, czy o płomiennym umaszczeniu? Słówko płomienne przywodzi na myśl odcienie pomarańczowego, czerwieni. Jak to w końcu jest? „Wybrzmiały” oraz „nagle”. Takie tam, literówki Ogółem, jak na pierwsze opowiadanie, które zostało ukończone i opublikowane, jest całkiem nieźle, powiedziałbym nawet, że dobrze i obiecująco, z pewnym polem na poprawki, ale z ciekawymi postaciami, które dają się polubić, interesującymi realiami, stwarzającymi fajne możliwości prowadzenia różnych historii, między innymi dzięki temu, że akcja rozgrywa się długo po wojnie między kucykami i ludźmi, jest to też pewien powiew świeżości, gdyż ma to więcej wspólnego z klimatami post apokaliptycznymi, niż z klasycznym [TCB], a motyw współpracy ludzi i kucyków, celem odbudowy świata oraz ocalenia żyć poległych/ umierających to również coś, co wydaje się nowe i dające ciekawe perspektywy kreacji postaci, instytucji, technologii itd. Zdecydowanie jest potencjał na większe uniwersum. Trzeba go tylko wykorzystać A lektura całkiem przyjemna, przypadła mi do gustu, poczytałbym więcej. Był interesujący klimat, dobrze się śledziło losy postaci, nawet się wciągnąłem... Jasne, jest pewien niedosyt, widać niewykorzystane okazje tudzież nie do końca zrealizowany potencjał opowiadania, ale mimo wszystko, jest co najmniej naprawdę nieźle, a moim zdaniem całkiem dobrze. Warto rzucić okiem i pozostawić jakieś wskazówki dla autora, na przyszłość, kiedy zdecyduje się powrócić do pisania. W końcu idealnie by było, gdyby przyszłe teksty okazywały się coraz lepsze i lepsze, czego oczywiście Lisowatemu życzę i za co trzymam kciuki Pozdrawiam!
  20. Wiadomo, jak działa przekora, co nie? Pomimo tego, że w Mass Effecta praktycznie w ogóle nie grałem, postanowiłem rzucić okiem na opowiadanie. Trudno mi ocenić, czy znajomość tego uniwersum zadziałałby dodatnio, w końcu kto nie lubi odnajdywać smaczków wszelakich związanych ze znajomą grą, filmem, czy komiksem, ale z drugiej strony, takie wejście „na świeżo” w tekst będący crossoverem, bez żadnej wiedzy o uniwersum, potrafi niekiedy zachęcić do nadrobienia zaległości, czy zapewnić inne, wyjątkowe wrażenia z lektury. W każdym razie, jeśli tekst zaskoczy – bo w końcu najwięcej zależy od samego tekstu – może pozostawić po sobie dobre wspomnienia, zaciekawić, zaintrygować, właśnie ze względu na tę niewiedzę. Z przyjemnością mogę przyznać, że akurat w przypadku „Rozsądku”, tak właśnie się stało. Zielonego pojęcia nie mam o Mass Effect, nie widziałem na oczy wspominanego zakończenia, a mimo to, tekst mnie wciągnął i nawet się spodobał, zaintrygował. Wszystko było dla mnie świeże, inne i przez to ciekawe, chociaż forma, czy też konstrukcja opowiadania nie dały powodów do zachwytu. Wielu rzeczy brakuje. Na przykład justowania. W dialogach zamiast półpauz są dywizy, brakuje spacji po dywizie, co dodatkowo psuje wrażenia... chociaż chyba raz czy dwa razy rzeczywiście przyuważyłem spację. Stylistyka nawet ok, ale rzucają się w oczy literówki, podwójne spacje, pozjadane literki, kulejąca interpunkcja, niekiedy pojawiają się błędy ortograficzne. Niedobrze. „Ścieżki odgrodzone było”, powtórzenie („dość”), podwójna spacja, tego typu rzeczy będą nam towarzyszyć dosyć często w trakcie lektury. Zjedzone „ć”, chyba brakuje jednego przecinka, po „pozostałych”. Poza tym, może być „Spośród”, łącznie i przez „s”, a nie „z”. Tak to wygląda, na przykładach. Ogólnie, forma jest bardzo niedopracowana, natomiast, odnośnie konstrukcji tekstu, mam na myśli proporcje między opisami, a dialogami. Sam tekst można uznać za podzielony na trzy części. Mamy krótkie wprowadzenie, początek historii (nagłówek "Historia zaczyna się... tutaj"), a także rozwinięcie + zakończenie, w postaci nadejścia tej chwili. To jak najbardziej w porządku. Opowiadanie rozkręca się naprawdę klimatycznie, spodobały mi się opisy, akcja rozwijała się w rozsądnym tempie, stopniowo budując nastrój, pomimo faktu, że bohaterem jest zwykły Polak, zwykły Jan Kowalski, który gra w gry. Zatem bez poważniejszych zarzutów, niestety do czasu. Pierwszym zgrzytem okazuje się scena konfrontacji bohatera z aż trzeba zwaśnionymi stronami – oprócz przedstawiciela FOL-u i POZ-u, pojawia się trzecia postać, reprezentująca zupełnie nową organizację, czyli Organizację Obrony Wolności (OOW). Chodzi mi o to, że rozgorzała wówczas ostra dyskusja, w której to dyskusji zabrakło narracji przy poszczególnych kwestiach mówionych. Niejeden raz miałem kłopot z ogarnięciem kto co mówi, kto komu grozi itd. Może nie byłem dostatecznie skupiony, a może dialog został napisany zbyt chaotycznie, zabrakło jakichś przerywników w postaci zwykłych akapitów, jakichś przemyśleń, oceny zaistniałej sytuacji ze strony głównego bohatera. Samo rozwiązanie sporu zaś przyjąłem zupełnie bez emocji. Było troszkę niespodziewane, ale skwitowałem je zwyczajnym „aha”. Dało się w tym odczuć pewną delikatną groteskę. A może to miał być czarny humor? Nie wiem, mam mętlik w głowie. Następnie pojawia się Celestia we własnej osobie i kolejny, poważniejszy zgrzyt. Na tym etapie, opowiadanie staje się w całości długim dialogiem, gdzie najbardziej rozbudowane kwestie posiada wspomniana bohaterka, niekiedy podzielone na krótsze odcinki, ale nie wiem, czy dobrze zapisane. Ciągnie się to i ciągnie, aż następuje zakończenie – dosyć ubogo opisane, niesatysfakcjonujące. Domyślam się, że wynika to z zakończenia Mass Effect 3, o którym wspomniał autor, niemniej, ten kawałek pozostawia wiele do życzenia. Opowiadanie sprawia wrażenie urwanego. Szkoda, mam wrażenie, że wystarczyłoby kilka dodatkowych zdań, niekoniecznie do spółki z dodatkowymi opisami rozcinającymi nieco przydługi dialog między Janem, a Celestią i opowiadanie mogłyby pozostać urwane, w sensie, że otwarte, ale jednocześnie wystarczająco satysfakcjonujące, by uniknąć wrażenia... no, może nie tyle niedosytu, co poczucia, że autor mógł postarać się lepiej. W porządku, ale w takim razie, skoro wymieniłem tyle wad, dlaczego ostatecznie swoje ostateczne wrażenia określiłem jako pozytywne? Jak opowiadanie zdołało mnie zaintrygować, zaciekawić, zapisać się w pamięci pozytywnie? Odpowiedzi na te pytania kryją się w słowach Celestii – zapewne zostało to mocno zainspirowane grą, ale wciągnęła mnie koncepcja cyklu, o którym opowiedziała, przybliżając między innymi to, jak on działa w praktyce. W tle przewija się oczywiście skromny wątek... no, nazwę go filozoficznym, z braku innego określenia. Chodzi oczywiście o naturalne skłonności autodestrukcyjne występując w rasach rozumnych, które po kolei budowały swoje cywilizacje, a te z kolei upadały, a także pomysł na to, że ponyfikacja jest nie tylko sposobem na przetrwanie istnień z wielu minionych okresów historycznych, zachowując w ten sposób ich tożsamość, kulturę i co nie tylko, ale także usunięcie z nich wspomnianych wcześniej tendencji, efektywnie gwarantując pokój. Wszyscy stają się jedną, pozbawioną żądzy władzy rasą, zachowują wspomnienia, doświadczenie, dorobek. Mało tego, dowiadujemy się o możliwości połączenia DNA, Eteru z rzeczywistością. W tym sensie, ponyfikacja przedstawia się jako absolutne zbawienie, rozwiązanie wszelkich problemów, wystarczy tylko podjąć właściwą decyzję... W sumie, ciekawe jest to, że najwyraźniej Celestia ma nad sobą tajemniczych stwórców, jako że jest ich tworem i narzędziem do osiągania harmonii. Zwiastuje śmierć, ale i potęgę, no i oferuje coś więcej. To jednak nie są jedyne filozoficzne smaczki, na jakie natrafimy – oprócz znajomych rozważań o sensie czy słuszności moralnej ponyfikacji, znajdziemy przemyślenia o przyszłości, sensie życia, nadzieję oraz jej znaczenie wobec chwili, tego typu rzeczy. Nic nowego, ani specjalnie odkrywczego, ale rzeczy te w znaczącym stopniu urozmaicają tę konwersację. Ciekawie się to czytało. Zważywszy na to, że historia zapewne zatacza koło, mając na uwadze zakończenie, zaczynam się zastanawiać, czy ten wszechświat nie jest przypadkiem skazany na porażkę i powtarzanie w kółko tych samych błędów, skoro, jak się domyślam, w poprzednich epokach, erach, jednostki będące odpowiednikami Jana Kowalskiego również się odwracały i uciekały, nie potrafiąc podjąć wyboru, toteż nigdy nie doszło do połączenia Eteru z rzeczywistością, w związku z czym Cielestia ciągle musi zwiastować wyłącznie śmierć, przyglądać się temu, jak kolejne cywilizacje upadają, ale też za każdym razem ponyfikować jakąś część populacji i w ten sposób zbawiać chętnych. Nie wiem, czy dobrze to rozumiem, czy właściwie interpretuję, ale w tym kontekście, Celestia wypada troszeczkę jak postać tragiczna – nieskuteczne narzędzie swoich stwórców, które jest skazane na ciągle te same działania, oglądanie porażek, każda jedna podobna do poprzedniej. Ciekawe, ciekawe, nie powiem, że nie Aha – rozśmieszyło mnie troszkę, gdy się okazało, że jednostką najlepiej predysponowaną do tego, by podjąć decyzję, która zdecyduje o wszystkim, która może spróbować zmienić wszechświat i przerwać to błędne koło, doprowadzić do końca zła i wielkiego połączenia... jest zwykły Polak, maturzysta, Jan Kowalski. Ach, ci Polacy... W każdym razie, mimo niedopracowanej formy, niesatysfakcjonującej końcówki, mocno przeciętnej, raczej nieciekawej konstrukcji opowiadania, która mogła być dużo lepsza, a także paru niewykorzystanych okazji na dodanie extra opisów, muszę przyznać, że miało to ciekawy klimat, no i chociaż ten końcowy dialog przejął całe show, to, co mówi Celestia okazało się dla mnie dosyć intrygujące, na poziomie koncepcyjnym. Miałem wrażenie, że dokonuje się dość wielkiego, że ona naprawdę widziała mnóstwo rzeczy, była niemalże od zawsze i że opowiada o nieskończonym uniwersum oraz historii. A zatem... chyba mogę powiedzieć o małym zaskoczeniu. Do tekstu raczej nie będę powracał, niemniej, zaprezentował się, pomimo swoich zgrzytów i baboli, znacznie lepiej, głównie pod kątem merytorycznym, niż szereg "dzieł" które nie tak dawno temu miałem (nie)przyjemność omawiać.
  21. Co by nie mówić, koncepcyjnie, opowiadanie było ciekawe, zważywszy na rok premiery, rzekłbym, że wręcz nowatorskie. Tym bardziej, że w owym czasie powszechne były wyobrażenia o nieskończonej agresji między FOL-em, a POZ-em, nierzadko kreowano atmosferę otwartego konfliktu, zamieszek, kawałki życia miały zabarwienie melancholijne i generalnie starano się oddawać przyjętą tematykę „na poważnie”. A tu proszę – nie tylko było to coś innego, ale także weselszego, z pewną domieszką serialowości, jeśli pojmować ją przez zdrową infantylność, ukierunkowaną na budowę cieplejszego, bardziej przyjaznego klimatu, gdzie zwaśnione strony, chociaż na chwilę, rezygnują z „realistycznej” agresji, na rzecz bardziej „kreskówkowego” sporu, gdzie ciężko traktować ich intencje poważnie. Skoro już sobie pozwoliłem na lekko zawiły wstęp – osoba, która ukończy lekturę, pewnie będzie się zastanawiać, o co właściwie chodzi temu facetowi z tą serialowością – przejdę do bezczelnego wskazania paluchem słonia w składzie porcelany, czyli formy. Cóż, wcięcia przy poszczególnych akapitach są, nie powiem, że nie, ale wszystko inne leży i chociaż nie kwiczy, to jednak domaga się uwagi, poprawy. Tekst jest niewyjustowany, lecz to jeszcze nie jest w tym wszystkim najgorsze. Czytanie utrudnia brak przerw między kolejnymi akapitami, powodując wrażenie ściany tekstu, na szczęście nie tak dotkliwe, dzięki rozmiarowi czcionki oraz wspomnianym wcięciom. Tym, co najskuteczniej odwracało moją uwagę, były błędy wszelakiej maści, najczęściej interpunkcyjne, ale również niecodzienna składnia oraz konstrukcja wskazująca na to, jakby poszczególne fragmenty opowiadania były pisane na ostatnią chwilę, w pośpiechu, a może i naprędce zmieniane, przez co w ostatecznym produkcie nie brakuje zastanawiających „pozostałości” po możliwych poprzednich wersjach. Co chyba jest nie lada osiągnięciem, skoro właściwe opowiadanie (nie licząc noty wydawcy) rozciąga się raptem na cztery strony W każdym razie, w miarę jednolite natężenie usterek per fragment utrzymuje się praktycznie przez cały czas, toteż nie stwierdziłem skoków w jakości, ani szczególnie rzucających się w oczy baboli. W sensie, baboli jeszcze większych, niż to, co odwraca uwagę normalnie. Poniżej garść przykładów, jak to wygląda: Spacja umieszczona w niewłaściwym miejscu – otwarcie nawiasu zaraz po „doprowadzić”, potem odstęp i dopiero zdanie wewnątrz nawiasu, podczas gdy to sentencja wewnątrz powinna zostać oddzielona spacjami, że tak to ujmę, od strony zewnętrznej... Ech, wiecie o co chodzi Spacja przed otwarciem nawiasu i po jego zamknięciu. Oprócz tego, wielka litera po przecinku (Miało być więcej odrębnych zdań, czy potem spięto to w jedno zdanie złożone?), później znowu nagle wielka litera ((…) „Dla kopytnych.”). Poza tym, „(...) Gdyż pegazy pracujące nad pogodą mieściły się z założenia polityki FOLu w zakresach dopuszczalnych „łask” Dla kopytnych.” nie brzmi dobrze i zajęło mi chwilę złapanie znaczenia. Nie prościej było napisać coś a'la, że praca nad pogodą była jedną z niewielu aktywności, na którą FOL przymykał oko? Albo, że pegazy spotykały się z większą tolerancją FOLu, gdyż pracowały nad pogodą? Cokolwiek, byle nie pogmatwać zdania i nie popsuć jego brzmienia, tak jak się to stało w opowiadaniu. Znów – myślę, że wiem, o co chodzi, niemniej zdanie brzmi źle, jakby w Equestrii nie obchodzono ludzi, tylko inne święta. Brakujące przecinki. „Niedozwolone” piszemy łącznie. Wielka litera po przecinku. Nie „żądzą”, ale „rządzą”, jeśli chodzi o władzę. Zdanie średnie, poza tym, to ostatnie jakoś średnio mi pasuje do kucykowej społeczności, na ile się orientuję w klasycznych realiach biurowych. Zdanie z całą pewnością podzieliłbym na krótsze odcinki, poza tym, a jakże, wielka litera po przecinku. A może autorowi myliły się kropki z przecinkami? W końcu są zaraz obok siebie na klawiaturze, ale wciąż – naprawdę tak trudno było to zauważyć w tekście? To „3h” nie wygląda dobrze w tekście. Brakuje kropki. Nie wspominając o tym, że zdanie rozpoczynamy wielką literą. Dywiza zamiast półpauzy, co będzie nam towarzyszyć przez cały fanfik. Brak spacji po dywizie. „Chciałabym” piszemy łącznie. Tego typu potknięć można znaleźć w tekście więcej. Chodzi mi o to, że forma jest bardzo niedopracowana, zaś biorąc pod uwagę naturę błędów, ciężko przyjąć młode lata fandomu za okoliczność łagodzącą, skoro błędy dotyczą rzeczy absolutnie podstawowych, takich jak kropki na końcu zdania, wielka litera rozpoczynająca zdanie, przecinki itp. Zwłaszcza, że tekst, o ile jest niedopracowany pod kątem formy, nie sprawia wrażenia „mojego pierwszego opowiadania, nie hejtujcie”, w ogóle, autor sprawia wrażenie kogoś, kto powinien mieć te podstawy w małym palcu. Tak sądzę. Stwierdzam szerokie pole do poprawek. A po poprawkach? Tekst wiele by zyskał, tym bardziej, że... zupełnie nieźle daje sobie radę, jako krótki przerywnik. Mimo upływu tylu lat, wypada dość świeżo i czytało się go w miarę sprawnie, jeśli pominąć błędy. Koncepcja opiera się na pewnej paraleli (to znaczy, tak mi się wydaje, że to jest to), mianowicie, w Equestrii zjawia się człowiek, który jest świętym Mikołajem, natomiast w ludzkim świecie... No właśnie, początkowo myślałem, że to sama Celestia, ale potem okazało się, że jednak były to po prostu kucyki, odgrywające role świętych Mikołajów. Ta międzywymiarowa wymiana odbywa się w noc z 23 na 24 grudzień, akurat na Wigilię, by odłożyć na bok różnice i konflikty, no i uczcić święta w wyjątkowej atmosferze Cieszą szczegóły, takie jak rzut okiem na to, jak reaguje każda ze stron, a także finalna audycja w radiu, wygłoszona przez samą Celestię. Jak się domyślam, podziałała tu jej magia, co współgra z szeroko pojętym świątecznym klimatem, gdy spełniają się marzenia, jest wyjątkowo i z przejęciem oczekuje się na rzeczy wielkie, podniosłe. Sama mowa zaś, jest kulminacją tego serialowego aspektu, gdyż z późniejszego opisu, jasno wynika, że z tej niezwykłej okazji strony zawiesiły broń, no i ogólnie jest spokojnie, czego na co dzień raczej nie należy się spodziewać. Merytorycznie, Celestia wpisuje się w kreskówkową konwencję, powiedziałbym też, że parę rzeczy przywołuje na myśl świąteczne kino familijne, chodzi mi tutaj o mowę na temat wartości, gdzie co niektóre dziwnym trafem można podpiąć pod Elementy Harmonii, a także pytania do słuchaczy, o walkę o dobro, o intencje, czy zachowali się jak należy. Przy sprzyjającej atmosferze (tj. jeżeli trafi się na to opowiadanie w okresie świątecznym i naokołoświątecznym) może to nawet skłonić do przemyśleń. Ale raczej tak tylko na chwilkę O ile opowiadanie ma klimat i stara się być przyjazne, pozytywne, wchodząc w treść głębiej, można doszukać się skądinąd trafnej metafory – tak jak FOL zawiesza walkę z POZ-em na ten jeden dzień (tudzież okres świąteczny, ogólnie), tak w realnym życiu krewni potrafią za te kilka dni zapomnieć o przykrościach i być dla siebie mili, życzliwi... by przez resztę roku jeszcze efektywniej drzeć koty. Fałszywe zachowanie? Jak najbardziej. Życzliwość się ceni przez cały rok, a nie tylko z okazji, „bo tak trzeba”. Oczywiście nie twierdzę, że intencje Celestii takie właśnie są, po prostu zastanawiam się, jak postąpią ludzie w fanfiku, ogólnie. Taki drobny smaczek, o którym pomyślałem jakiś czas po skończeniu lektury Ogółem, stare opowiadanie, które jakoś-tam sobie radzi, mimo błędów, gdyby je poprawić, myślę, że wyraźniej byłoby widać, jak solidnie się prezentuje w dzisiejszych czasach, chociażby ze względu na pomysł oraz klimat. Po prostu stara historia, utrzymana w klasycznych, biurowych realiach, ale przyprawiona świątecznymi akcentami, co zaowocowało ociepleniem klimatu oraz nadaniu innego niż zazwyczaj wydźwięku. I bardzo dobrze. Myślę, że warto rzucić okiem i sprawdzić, jak kiedyś przedstawiały się poszczególne koncepcje na Biura Adaptacyjne, nie tylko te dotyczące zwykłej codzienności. Mimo licznych błędów, da się to czytać i opowiadanie bynajmniej nie jest najgorzej wyglądającym, niesformatowanym tekstem, jaki widziałem. Jako krótka podróż do przeszłości, będzie jak znalazł
  22. „Nowa nadzieja” to podróż do końcówki wakacji 2012 roku, gdzie fandom wciąż był jeszcze młody i niedoświadczony, a [TCB] cieszyło się popularnością, choć, na ile sobie przypominam, nie każdego porywała myśl o prawdziwej Equestrii, eliksirach ponyfikacyjnych i kolejnych do złudzenia podobnych rozważań o tym, jak to ludzie są źli i zepsuci, a kucyki wspaniałe i każdy chciałby zostać kucykiem i zaprzyjaźnić się np. z Rainbow Dash bo oczywiście, że tak itd. Komentarz rozpoczynam w taki, a nie inny sposób, gdyż dokładnie takie myśli wywołało wprowadzenie do niniejszej historii. To znaczy, pierwszy rozdział, gdzie zapoznajemy się z naszym głównym bohaterem, Michałem, który jest emigrantem i który wspomina nie tylko przeprowadzkę, ale także wybuch wojny, pojawienie się Equestrii, no i jak to się wszystko zaczęło. Nasz protagonista i narrator zarazem, całkiem obszernie wyjaśnia nam, dlaczego Equestria zawitała do naszego świata, kim są kucyki, na czym polegają owe Biura Adaptacyjne, uchyla rąbka tajemnicy, iż posiada brata, który postanowił poddać się przemianie w kucyka, co oczywiście nie spotkało się z akceptacją ze strony rodziców, a czego motorem napędowym okazał się Front Ocalenia Ludzkości – ta zła organizacja, z którą wystarczyło odbyć jedną zaledwie rozmowę (żeby było śmieszniej – dokładnie tego samego dnia, w którym Paweł, brat Michała, oznajmił, że chce zostać kucykiem), by kochani rodziciele zapałali nienawiścią do kucyków i całej idei przemiany, co w bezpośrednim rozrachunku doprowadziło do ucieczki Pawła z domu. Całość opowiedziana, jak już wspominałem, z perspektywy brata, utrzymana w przygnębiającym tonie, co stara się wprawić czytelnika w nastrój, zachęcić do czytania. Nie będę ukrywał – kiedyś na pewno łatwiej by mi było się wczuć i współczuć bohaterowi, jednakże dzisiaj przychodzi mi to z wielkim trudem, co wynika z tego, że owe wprowadzenie brzmi strasznie sztampowo i wydaje mi się, że powinno się ograniczyć do wątku pojawienia się Equestrii w świecie ludzi, natomiast późniejsze konflikty, takie jak decyzja Pawła o przemianie, FOL, który przekonał rodziców do swojego światopoglądu, wielka kłótnia w rodzinie i wyrzeczenie się syna, który później decyduje się na ucieczkę, wszystko to powinno zawrzeć się w normalnej akcji – kolejnych rozdziałów, w których poznalibyśmy te postacie, ich charaktery, ich motywacje, realia oraz jak sobie radzą z codziennością. Nie zrozumcie mnie źle, fabularnie to nadal nie byłoby nic rewolucyjnego, ale przynajmniej zostałoby przedstawione w bardziej urozmaicony sposób, rozpisane, pokazane, co pomogłoby uzyskać odpowiednią atmosferę i jakkolwiek się wczuć, może nawet związać z tymi postaciami. A tak, jak jest teraz, nie wiemy prawie nic o Pawle, o jego rodzicach, nie mamy pojęcia jak FOL ich do siebie przekonał, jak przebiegła rozmowa i jakich użyto argumentów, jak ci ludzie doszli do wniosku, że przemiana jest czymś nieakceptowalnym na tyle, że ojciec był gotów wyrzec się syna, w ogóle, jak przebiegła kłótnia, no i jak wyglądają braterskie relacje między Pawłem i Michałem. A skoro nie mamy takich informacji, cała ta ekspozycja wypada mało wiarygodnie i nie angażuje w fabułę. Wszystko jest przedstawione w telegraficznym skrócie, w standardowy, nieciekawy sposób, co ani nie zachęca, ani nie stwarza atmosfery, w którą dałoby się zatopić. Stąd, fabuła prędko wylatuje z głowy. Na tyle, że musiałem przeczytać tekst jeszcze raz, by przypomnieć sobie rozmowę Michała z Twilight Sparkle (Oczywiście, że z nią, kogo niby się spodziewaliście, Żółwi Ninja? ), a także informacje o zamachu, w wyniku którego zginęło trzydzieści siedem ofiar, w tym Paweł. Tak też dowiadujemy się o reakcji rodziców na doniesienia prasowe, które raz, że nie stawiają ich w najlepszym świetle (delikatnie mówiąc), a dwa, czynią ich kreację jeszcze bardziej groteskową, czy wręcz komiksową. „Dobrze mu tak”? Serio? Resztę wydarzeń pamiętam jak przez mgłę. Coś tu jest nie tak. Nie podoba mi się styl, nie podoba pewna chaotyczność, a także brak charakterystycznych rzeczy, które pomogłyby mi lepiej zrozumieć i zapamiętać treść, na tyle, by móc ją opowiedzieć. Niedobrze. Może to dobry moment, by zaadresować inne, lepiej widoczne na dzień dobry problemy – formatowanie, które nie uwzględnia justowania, mało tego, przy okazji dialogów tekst staje się jakiś taki brunatny, czyli fanfik dwukolorowy. Wow, myślałem, że po „Disco Pony i Magic Night” już mnie to nie spotka Przyglądając się dokładniej, widać dywizy zamiast półpauz, brakujące akapity, szwankującą interpunkcję, a także popsutą ortografię. Usterki te tylko „komplementują” nieciekawy styl pisania, przez co lektura daleka jest od bycia przyjemną, ale dobrze, że opublikowane rozdziały przynajmniej są w miarę krótkie, a tempo takie, że czytanie przebiega sprawnie i nie zajmuje wiele czasu. Powracając do fabuły, w pewnym momencie otrzymujemy wiadomości sugerujące protesty, zamieszki, ogólnie dające znać, że sytuacja się pogarsza, a w powietrzu wisi większy konflikt. Dodatkowo, przewija się notatka, sugerująca, że media kłamią i stwarzająca tytułową nadzieję, iż Paweł być może cały czas żyje. A przynajmniej ja tak to odebrałem. W każdym razie, historia niebawem się urywa i raczej nie mamy co liczyć na kontynuację, czy remaster, ale tekst zakończył się akcją – przewinęły się inne znajome kucyki, a czytelnikowi został wysłany sygnał, iż kroi się coś grubego. Co konkretnie? Tego się już raczej nie dowiemy Nie mogę jednak powiedzieć, że szkoda, gdyż opowiadanie nie zrobiło na mnie zbyt dobrego wrażenia, nawet gdyby spojrzeć na niego przez pryzmat młodych lat fandomu. Kreacje postaci sprowadzone zostały do minimum, wprawdzie w przypadku kucyków rzeczy mają się dużo lepiej, ale myślę, że to głównie dlatego, iż znamy te postacie z serialu, wiemy jak mówią, jak się zachowują itd. Świat również nie został dokładniej nakreślony, ani opisany. Informacji mamy niewiele, wszystko przekazane w mało angażujący sposób, niejeden raz miałem wrażenie, że gdzieś to już czytałem/ słyszałem. W związku z powyższym, trudno mówić o nastroju, czy czymś więcej, co pomogłoby stworzyć wrażenie, iż czytelnik uczestniczy w historii mającej swój początek, rozwinięcie oraz konkluzję. Szczątkowe ilości klimatu, umykające uwadze przez słabą stronę techniczną oraz niezadowalający styl, ginące pośród kolejnych dialogów, czy lakonicznych opisów, jedynie dopełniają ów "efekt". Ostatecznie, nie uważam, by ów tekst mógł znaleźć swoje miejsce dzisiaj – jest to bardzo niedopracowany fanfik, który być może i był pisany z określonym pomysłem, jednakże wykonanie nie zadowala, jest mnóstwo rzeczy do poprawienia w materii formy, nie wspominając już o nieangażującym sposobie prowadzenia historii. Nic specjalnego, nic godnego zapamiętania, w mojej skromnej opinii. Koncepcyjnie, może i mogło być przyzwoicie, solidnie. Niestety, w trakcie realizacji zbyt wiele rzeczy się nie udało, na co nie da się przymknąć oka.
  23. Chcąc spróbować jeszcze raz szeroko pojętej tematyki Biur Adaptacyjnych, sięgnąłem po najstarsze/ najgłębiej zakopane opowiadanie, jakie udało mi się znaleźć (w chwili rozpoczynania lektury). Padło na „Świt”. Jeśli chodzi o klasyczne, oryginalne [TCB], muszą Państwo wiedzieć, że nigdy nie byłem szczególnym fanem tego nurtu, średnio przemawiała do mnie ta tematyka, z tego, co pamiętam, poszczególne opowiadania wydawały mi się łudząco do siebie podobne, no i ogółem brakowało temu polotu. Zatem na długi czas odłożyłem [TCB], nie wracałem do tego, aż nadeszły bardziej współczesne czasy i troszkę się tych opowiadań przewinęło. Nie było źle, ale w sumie byłem ciekawy, a teraz nadarzyła się dobra okazja, by co nieco nadrobić i zweryfikować swoje zdanie A zatem, rozpocznijmy od „Świtu”, który... chyba już czytałem, dawno, dawno temu? Sam nie wiem, opowiadanie brzmi znajomo, nawet imię głównego bohatera przywołuje wspomnienia, a może to stare wrażenie, że wiele tychże historii, przynajmniej w tych młodych latach fandomu, brzmiało dla mnie podobnie. No nic, lecimy. Przestrzegam przed spoilerami, jeżeli ktoś jeszcze nie miał styczności z tymże tytułem, tudzież pozapominał, a chciałby sobie przypomnieć. Poniżej tylko zajawię fabułę, potem w komentarzu mogą się znaleźć istotne dla fabuły spoilery. Bohaterem tej historii jest Damian Kamiński – młody informatyk, który zgłasza się do jednego z Biur w poszukiwaniu pracy. Początkowo wzięty za kolejnego kandydata do ponyfikacji, zostaje pozytywnie zaopiniowany i praktycznie od zaraz obejmuje nową posadę, szybko zapoznając się z pozostałymi pracownikami (między innymi Rarity, która powitała go w recepcji, czy też Twilight, która ma lekki kłopot z pisaniem dobrych przemówień do podopiecznych), a także niedawno „utworzonymi” kucykami, które potrzebują się zaadoptować do nowych ciał, a także umiejętności. Główny bohater okazuje się być całkiem równym gościem, jednak już niebawem jego mroczne sekrety rzucą cień na Biura, a także jego własną działalność, zapoczątkowując ciąg niefortunnych wydarzeń, które ukształtują go na nowo. Szanowni Państwo, pierwsza rzecz – tekst okazał się naprawdę ładnie sformatowany i skomponowany, aczkolwiek troszkę przeszkadzała mi zbyt mała czcionka, no i „zlepienie” opowiadania z tego wynikające. Poszczególne akapity oraz dialogi mogły być nieco bardziej poodzielane od siebie, myślę, że poprawiłoby to wizualny odbiór fanfika, ale tak, jak jest teraz, jest w miarę dobrze, choć nie do końca poprawnie, niemniej ani razu nie pogubiłem wersów, więc niech będzie. Cieszą miłe rzeczy, takie jak strona tytułowa, przedmowa, podział na rozdziały, jest to schludne i stwarza dobre pierwsze wrażenie, acz nie jest idealnie. W tekście przewiną się drobne literówki, głównie pogubione ogonki, ale są to sporadyczne usterki, na które trudno zwrócić uwagę podczas lektury, tak ich niewiele. A może to magia tej niewielkiej czcionki? Przyznam też, że przypadły mi do gustu opisy. Zdecydowana większość z nich (a był to rok 2011) brzmi naprawdę dobrze, dźwięcznie, poszczególne określenia dobrano z dbałością szczegóły tzn. tak, by zdania cieszyły i pomagały wyobrazić sobie czy to otoczenie, czy interakcje między postaciami, włącznie z emocjami, tudzież obrażeniami, jeżeli dochodzi do walki. Wiadomo, że nie jest to nic szczególnego, czy nadmiernie bombastycznego, ale w pełni spełnia swoje zadanie i to z nawiązką. Może to mój pech, może jakieś moje uprzedzenia, ale autentycznie nie spodziewałem się zastać opisów tak dobrych w tak starym dziele, które... nawet dzisiaj nieźle dają sobie radę. Podobnie zresztą wyglądają dialogi. Nie są ani przesadzone, ani nienaturalne, ale po prostu solidne. Przez tekst brnie się bezstresowo (pomimo kilku trudniejszych scen, w których występuje przemoc, czy smutne wstawki), z zaciekawieniem, powiedziałbym też, że całkiem sprawnie, co troszkę mnie zaskoczyło, gdyż tempo nie wydało mi się typowe dla fanfika akcji, ale dla klasycznego [Slice of Life]. Jednakże znajduję w opowiadaniu kilka scen, które niewiele wnoszą i które na spokojnie można by pominąć. Jak np. cały ten motyw, że Twilight przychodzi do kanciapy głównego bohatera poczytać w spokoju (on też czyta), oboje zasypiają podczas lektury, rano budzą się przytuleni, więc Biuro huczy od plotek. Strasznie na doczepkę, odczułem przy tym fragmencie lekką żenadę. A powracając jeszcze na moment do tempa akcji, być może wydaje się być tak sprawne za sprawą dialogów, których, jak mi się zdawało, było znacznie więcej niż opisów. Skoro częściej czytelnik odgrywa sobie w głowie rozmowy między postaciami, uszami wyobraźni słyszy ich głosy, wówczas czas leci szybciej i tym bardziej treść nie nuży. Acz trzeba uważać, by nie przesadzić, ale na szczęście autor zadbał o różne mniejsze lub większe urozmaicenia, coby się to nie nudziło. Ogółem, naprawdę solidny tekst, o w miarę jednolitej jakości niemalże na całej jego rozciągłości, z paroma nieco ładniejszymi fragmentami, jednakże bez takich, które zaniżałyby ocenę. Jest po prostu całkiem dobrze, z pewnymi przebłyskami, które szczególnie zapadają w pamięć np. opis budynku Biura w deszczu na początku, próba wypłacenia wszystkich oszczędności przez Damiana, czy pościg, zwieńczony próbami przedostania się przez barierę do Equestrii. Z drugiej strony, ma kilka słabszych momentów, najwyraźniej operujących na wczesnych wyobrażeniach czy koncepcjach na „niezręczne momenty” między ludźmi i kucykami, które dzisiaj raczej wzbudzają politowanie, może nawet lekką żenadę, ale jest ich niewiele, pozytywy zdecydowanie przeważają Sama fabuła, co w jakimś sensie również wydało mi się zaskakujące, okazała się jednocześnie prosta i łatwa do śledzenia oraz na tyle złożona, by pozostawić pole do spekulacji oraz... stworzyć poczucie, że w tym, co właśnie się przeczytało, kryło się więcej. Z jednej strony to zwykła, nie aż tak długa historia o Biurach, ponyfikacji, zdradzie oraz przemianie wewnętrznej bohatera z konfliktem dotyczącym człowieczeństwa w tle, a z drugiej, poszczególne postacie kucykowe nie okazały się czarno-białe, przejawiły pewne cechy, które dałoby się zinterpretować jako zrównujące je z ludźmi, przyglądając się szczegółom, widać zalążki dodatkowych wątków, takich jak przeszłość Damiana (w ogóle, jak się to zaczęło i dlaczego, no i co tak naprawdę sądzi o kucykach po tym wszystkim), problemy najbliższych z zaakceptowaniem przemiany w kucyka (wątek Mocci, ogólnie), wzajemne uprzedzenia jednej rasy względem drugiej, a także pewna hipokryzja ze strony kucyków, czy też przesłanki, jakoby gdzieś tam w tle odbywała się indoktrynacja i w rzeczywistości nie do końca są to istoty kompetentne, by w jakikolwiek sposób „poprawiać” ludzi. Może popełniam tutaj nadinterpretacje, jednakże siedzą w głowie sceny interakcji Damiana z Twilight, głównie scena prowokacji, w wyniku której gościnnie zjawia się Rainbow Dash, by ochronić przyjaciółkę, a także paru gwardzistów, co zapewne miało ukazać, że kucyki wcale nie są takie ufne i pozbawione wad, być może również potrafią być uprzedzone, przewrażliwione. Co nie jest bezpodstawne, gdyż... Uwaga, tutaj znajdują się SPOILERY! ...Damian rzeczywiście ma za sobą mroczną przeszłość, jako, że związał się z FOL-em i jest współodpowiedzialny za ujęty w fabule zamach, z drugiej strony, podobnie jak za ewakuację potencjalnych ofiar, no i chyba nie ma lepszego dowodu na jego intencje, niż fakt, że za to, co zrobił, stał się kolejnym celem FOL-u, przed czym był oczywiście tylko jeden ratunek. No bo hej, jak inaczej uzyskałby wstęp do Equestrii? Czyli jako agent FOL-u zdradził kucyki (A może tylko wykonywał rozkazy? Raczej sam się na to pisał, później najwyraźniej zmienił zdanie.), potem zdradził FOL, by ostatecznie mieć kłopot zarówno z jednym stronnictwem, jak i drugim, by na końcu ostatecznie... postąpić jak trzeba. Wciągnęło mnie to, nie powiem, że nie W każdym razie, Twilight powinna, ujmując to brzydko, skapnąć się, że Damian jest postacią skonfliktowaną i zagubioną, no i trudno spodziewać się, jakoby tak do końca miał świadomość, co on wygaduje i tak dalej, i tak dalej. A jednak jest traktowany (także przez księżniczki) nie do końca fair, ma kłopoty z pozamykaniem pewnych spraw ze znajomymi z biura, no i jest w tym wszystkim Twilight, która uparcie twierdzi, niemalże jak zaprogramowana, że Celestia nikogo nie więzi i że pragnie dobra dla wszystkich, po to, by jednak wesprzeć Damiana, co prowadzi nas do końcówki opowiadania, w którym ten podejmuje (chyba) już ostateczną decyzję po czyjej stronie chce stanąć. Jest to miks różnych motywów, realizujący wątek stosunku kucyków do człowieczeństwa, ukierunkowany na krytykę poszczególnych cech ludzkich oraz ukazujący kucyki jako te lepsze, doskonalsze istoty, które są w stanie nas uratować, jednakże w tekście są fragmenty, które dziwiły, jak np. Damian „pyskujący” do księżniczek, czy też Twilight, która ma swoje nerwowe momenty – po prostu nie sądziłem, że te postacie będą tak reagować/ zachowywać się w danych sytuacjach W każdym razie, siedzi to w głowie i można pisać o tym długie referaty, ale o czym to świadczy? Czy tekst posiadał klimat? Moim zdaniem jak najbardziej. Klasyczne, wczesne [TCB], acz zrealizowane solidnie, z pomysłem oraz zapałem, co widać chociażby po opisach czy formatowaniu. Opowiadanie chce się podobać i chce być czytane, bo ma coś do zaoferowania, tak to widzę. Czy radzi sobie we współczesnych czasach? Wydaje mi się, że tak – próbka możliwości fandomu z roku 2011, klimatyczna i nostalgiczna. Czy warto przeczytać? Dla fanów [TCB] to chyba pozycja obowiązkowa, ciekawscy powinni być usatysfakcjonowani, ogólnie, nie jest to tekst, dla którego nie ma dziś miejsca, więc czemu nie? Czy opowiadanie było wciągające? Jak najbardziej. Cieszą wątki, cieszą drobne rzeczy, czy określone cechy, jak np. to, że Damian jest programistą i w finałowej walce pokonuje problem programowaniem. Są to charakterystyczne elementy, które pomagają zapamiętać historię na dłużej. Plus, dobry balans między akcją, a kawałkami życia. Czytało się to niemalże jak film kinowy. Generalnie, jakkolwiek mogę pozostawać sceptyczny do starego [TCB] czy też zachowywać pewien dystans, byłem zaskoczony tym, jak wciągnęła mnie lektura, no i jak zdołała utrwalić się w pamięci, a wrażenia w większości były pozytywne. Nawet patrząc przez pryzmat dzisiejszej fanfikcji, nie było to opowiadanie złe, nie był to nawet typowy średniak. Powiedziałbym, że dziś, to przede wszystkim klasyczne [TCB], napisane całkiem nieźle, z wieloma poukrywanymi na dalszych planach niuansami, które urozmaicają całość, no i pomagają w kreacji odpowiedniej, lekko nostalgicznej atmosfery. Dużo [Slice of Life], ale są też momenty z akcją momenty bardziej dramatyczne, takie filmowe. Ostatecznie, „Świt” całkiem mi się spodobał, toteż zachęcam ciekawskich, by zapoznali się z tekstem, zobaczyli, jak się kiedyś pisało, zaś starych wyjadaczy, zapraszam do nostalgicznej podróży w czasie i odświeżenia sobie tych wspaniałych, młodych lat
  24. Historyjka składająca się z kompilacji ściśle powiązanych ze sobą drabbli? Interesujące. Pamiętam poniekąd odwrotną sytuację tj. gdy Kruczek napisał jeden fanfik, ale podejmujący wszystkie zapodane tematy do drabbli. Tutaj mamy kilka fanfików, ale po jednym drabblu na każdy. Zważywszy na brzmienie tematów, byłem bardzo ciekaw jak autor połączy ze sobą te zagadnienia, jaką dobierze formę w tym sensie, czy zdecyduje się wyłącznie na opisy, a może na dialogi, a może dobierze określone proporcje, zbalansuje to jakoś między sobą. Generalnie, traktując poszczególne odcinki zbiorczo, okazało się, że autor podążył ścieżką określoną w opcji pierwszej, czyli opisy. Mnie pasuje, nie tylko dlatego, że lubię czytać ciekawe opisy, ale również dlatego, iż na moje oko, lepiej nadają się do drabbli. A przynajmniej, na ile mogę to stwierdzić bazując na moim skromnym doświadczeniu z tą właśnie formą, no i przywołując w pamięci te drabble, które z podobały mi się najbardziej, a bądź co bądź, troszkę ich zdążyłem przeczytać Cieszy również jednostajne tempo akcji na rozpiętości całej historii, w ogóle, podoba mi się spójność kompozycji. Niemalże każdy odcinek składa się dokładnie z trzech akapitów, na modłę starego, dobrego schematu: wstęp – rozwinięcie – zakończenie. Co więcej, bodajże przy okazji dwóch ostatnich odcinków przewiną się pewne, nazwijmy to, innowacje, czyli dodatkowe wersy, stwarzające iluzję, jakoby te kluczowe, wieńczące dzieło partie tekstu były zdecydowanie dłuższe, no i przewinie się nawet jedna kwestia mówiona. Tylko jedna, ale wymyślona i umieszczona w najlepszym ku temu miejscu, toteż rzeczywiście, moment ten zyskał pewną aurę wyjątkowości, na tle reszty opowiadania. I chyba słusznie, gdyż jest to kluczowa scenka, która rozwiązuje postawiony w ramach fabuły problem, prowadząc do konkluzji, która przywodzi mi na myśl pewne opowiadanie napisane przez... Coś jeszcze? Nastrój. Okładka zasugerowała mi klimaty westernu, dzikiego zachodu. Ale jednak nie, to nie do końca to. W ramach poszczególnych odcinków przewiną się wprawdzie skromne opisy lokacji, jednakże wiele wskazuje na to, że może to być... cokolwiek. Dowolna sceneria, wskazówki odnośnie tego, jak otoczenie mogłyby wyglądać, nie zawężają zbioru możliwości zbyt radykalnie, toteż wyobraźnia czytelnika działa nieskrępowanie, projektując różne ciekawe miejsca, które przemierza bohater. Najważniejszym ograniczeniem wydaje się być motyw zawarty w odcinku opatrzonym nagłówkiem „Nieskończoność”. Niemniej, to już praktycznie końcówka, rozwiązanie zagadki, toteż trudno mówić o jakimkolwiek ograniczeniu wyobraźni czytelnika, który od tego momentu zapewne skupi się na postaci głównego bohatera, na tym, co zapewne odczuwa, jak to jest, znaleźć się w jego skórze i co byśmy poczuli/ zrobili my, gdybyśmy znaleźli się w jego położeniu. Niewiele drabbli próbuje wywołać taką reakcję, w sumie, zapewne to nawet nie było intencją autora, ale, jak na akurat mój rozum, są tutaj takie możliwości Wystarczy wczytać się w tekst, potraktować go nie jak kolejny zestaw śmiesznych drabbli, ale jako pełnoprawny fanfik. Skądinąd wiem, że forma ta ma swoich antyfanów, niemniej, „Uciekinier”, poprzez skonstruowanie jednej, dłuższej historii z drabbli, próbuje wyłamywać się ze stereotypów. Zresztą, gdyby tak zliczyć słowa, mamy ich tam aż 844, co nie odbiega zbytnio od standardów pierwszych edycji forumowego konkursu literackiego. O, wiedziałem, że ten tytuł coś mi przypomina – jedną z pierwszych misji w grze „Mafia” Ale scenerie, to nie jedyny aspekt tejże historii, który można uznać za niemalże w pełni pozostawiony wyobraźni czytelnika, to nie jedyny element, który może być dowolny. Ani głównego bohatera, ani jego – epizodycznej, ale jednak – towarzyszki, nie poznajemy z imienia, ba, nie wiemy o nich nic, to może być każdy. I skoro postacie również mogą być dowolne, można nie tylko podstawić za nich określone charaktery z serialu tudzież innych fanfików, ale można równie dobrze samemu wejść w tę rolę (tj. głównego protagonisty). Kiedyś nie zwracałem na to zbytniej uwagi, ale od jakiegoś czasu podoba mnie się, gdy w ramach w miarę krótkiego opowiadania autor decyduje się tak kreować postać protagonisty, że może być nim każdy. Z drugiej strony, zważywszy na big reveal na końcu, w tym kontekście nabiera to jeszcze innego sensu. Mając za sobą ogólną ocenę „Uciekiniera”, pora omówić po kolei poszczególne odcinki Co sprezentował nam autor? Ostateczność nie bawi się w prowadzenie czytelnika za rączkę, ani w żadną introdukcję – od razu zostajemy wrzuceni w sam środek rzeczy, czyli pewnego kuca, który mierzy do swojej towarzyszki ze strzelby. Dlaczego? O co tutaj chodzi? Już kolejny akapit spieszy nam z odpowiedzią – para znalazła się w bunkrze, z którego jest tylko jedno wyjście, a kluczem do niego, jest broń rzucona znajdującym się wewnątrz kucykom. Kto im tę broń zrzucił? Nie wiadomo. Kolejny akapit to rozwiązanie sprawy – wystrzał, trup, akt ostateczności po, jak się okazuje, wielu tygodniach w niewoli. Istotnie, w chwilach, takich jak tak, pierwszą potrzebą jest przetrwanie. Wciąż niewiele wiemy, jak oni się tam znaleźli, o co chodzi temu, który zaaranżował tę sytuację, nie mamy też gwarancji pomyślnego zakończenia sprawy dla protagonisty, no bo gdzie jest ów bunkier? Co jest na zewnątrz? Co tam na niego czeka? Tekst znakomicie nakręca czytelnika na kolejne odcinki, to mi się podoba. Tak w ogóle, zdziwiła mnie jedna rzecz. Mianowicie, początek mówi o tym, że kuc mierzy do towarzyszki ze strzelby, ale zaraz potem przewija się informacja, że najwyraźniej pewien ktoś wrzucił do bunkra pistolet. Z tekstu wynika, że wewnątrz był tylko jeden rodzaj broni, kto pierwszy, ten lepszy, czyli kto za nią złapie, ten uzyska szansę na wolność. Zatem pistolet, czy strzelba? No i oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie napomknął, że cała ta sytuacja przypomniała mi jedną z ostatnich pułapek z „Jigsawa”, w której to dwoje ocalałych graczy zostaje przykutych łańcuchami do przeciwległych stron pomieszczenia, pośrodku Kramer stawia strzelbę, po czym pokazuje im naboje mówiąc, że to jest ich klucz do wolności, a następnie nabija nimi pukawkę i wychodzi. Co robią nasi dzielni protagoniści? Kto pierwszy, ten lepszy, babka łapie za broń i... no, wiadomo, że pociąga za spust. Światło ukazuje nam moment wydostania się głównego bohatera z bunkra, zatem ktokolwiek, do kogo należy chichot z głośników, jednak mówił prawdę. Na naszego protagonistę czeka ekwipunek oraz notka, życząca mu powodzenia. Zatem spełniły się obawy z poprzedniego odcinka – to najprawdopodobniej jeszcze nie koniec, a próba w bunkrze była zaledwie początkiem. Teraz dopiero ma się rozpocząć walka o przetrwanie. Chwila spokoju to dokładnie to, o czym mówi nam nagłówek – spokojna wędrówka ku zieleni, co, jak już wspominałem, jest dość szerokim kwantyfikatorem i na podstawie tychże skromnych, ale całkiem ładnych opisów, można sobie wyobrazić przeróżne rzeczy. Prawie wszystko, czego dusza zapragnie. Nie mija wiele czasu, nim bohatera ruszają wyrzuty sumienia. Cały czas usprawiedliwia się, że to było jedyne wyjście, że gdyby to nie on wystrzelił, zrobiłaby to ona. Przeżyć mogła tylko jedno z nich. Zaraz, przeżyć? Miłe złego początki to konfrontacja, wobec której dostaliśmy mały foreshadowing przy okazji Światła. Bestią okazuje się wilk zbudowany z kamieni i piasku. Bohater wykorzystuje pozostałą mu amunicję, lecz wystrzał ze strzelby nie czyni potworowi krzywdy. Widząc to, w przypływie adrenaliny, decyduje się na najkorzystniejszą taktykę, znaną doskonale każdemu, kto wychowywał się na klasycznych Residentach – unikać konfrontacji, omijać, uciekać, oszczędzać amunicję Zapadła noc, no i taktyka okazała się skuteczna – przeszedł do następnej lokacji, zostawiając potwora za sobą, zachowując nie tylko zdrowie, ale i ekwipunek. Niestety, to nie gra, więc bohatera dopada zmęczenie, ale najwyraźniej najgorsze ma już za sobą. Mamy króciutki, ładny opis rozgwieżdżonego nieba, współgrający ze wspomnianym przed chwilą fragmentem, poświęconym protagoniście oraz jego zmachaniu pomyślną ucieczką. Wszystko w porządku, jest ciekawy nastrój, tekst naprawdę mi się podoba Zieleń trawy to nie tylko widok miły dla oczu, o właściwościach relaksujących, ale także przebłysk wolności. Znów mamy krótkie, ale znakomicie skomponowane, wpadające w oko i ucho opisy scenerii, a także wyziewający z odcinka spokój, który nakazuje nam sądzić, że to koniec, że już po wszystkim, że wraz z głównym bohaterem możemy odetchnąć z ulgą. Nie miejcie jednak złudzeń – wrażenie to okazuje się mylne tak szybko, jak na ekranie pojawia się ostatnie zdanie z tego odcinka, siejące ziarno niepewności. Szczęście to coś, czego trudno się spodziewać po tym, jak zakończył się poprzedni odcinek. Co tu więcej mówić – kolejne bardzo zgrabnie skomponowane opisy, poszczególne fragmenty brzmią naprawdę dobrze i tekst po prostu się podoba Jest nastrój, co prawda bohater nadal wędruje bezkresną puszczą, ale znów mamy noc, mamy zorzę, omen szczęścia, wspomnienie babci głównego bohatera... Na miejscu jest wszystko, czego trzeba, by utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że akcja zmierza ku dobremu, może nawet rozbudzić w nim nadzieję. Ale tylko po to, by ją strzaskać już w kolejnym odcinku Nieskończoność jest to punkt zwrotny, moment, w którym wszystko się zapętla, a my zaczynamy się domyślać, do jest grane. Nie jest to jednak nieskończoność polegająca na tym, że po wyjściu z bunkra bohater jest skazany na bezkresne przemierzanie nieskończonej puszczy, niczym Mario, usiłujący wbiec po schodach na najwyższe piętro, nie posiadając jeszcze odpowiedniej ilości zebranych gwiazdek. To znaczy, o ile gracz nie stosuje pewnego glitcha Jest to jednocześnie odcinek, w którym bohater uświadamia sobie prawdziwe rozwiązanie tejże zagadki. Ze łzami w oczach, podejmuje decyzję o przerwaniu tej pętli, stając oko w oko z występkiem, przez który w ogóle tu trafił. Wrota to konkluzja historii, w której ostatnie wątpliwości czytelnika powinny zostać rozwiane. Co okazało się dla mnie całkiem satysfakcjonujące, bohatera jednak czeka... chyba pozytywne zakończenie. No, na upartego, niby nie wiadomo, co znajduje się po drugiej stronie wrót, ale mamy bardzo silne podstawy ku temu, by sądzić, iż... Tak oto prezentuje się fabuła. Generalnie, była to ciekawa i wciągająca historyjka, ciekawie skonstruowana, w liczbach przypominająca opowiadanie na jeden z pierwszych w historii konkursów literackich, w którym to limity słów były dosyć srogie. Gdyby to było na rzeczy, murowany zwycięzca, bez dwóch zdań Podobał mi się nastrój, jaki udało się wykreować w ramach tej jakże oszczędnej w słowa formy, no i jest kilka rzeczy, które mogą być rozpracowywane przez wyobraźnię czytelnika, dzięki czemu, pomimo „sztywnej” treści, każdy może to sobie wyobrażać nieco inaczej Ogólnie – bardzo dobry tekst, który ciekawi, zastanawia i satysfakcjonuje, nie tylko słownictwem, kompozycją zdań, czy też nastrojem. Warto po niego sięgnąć, do czego oczywiście Państwa gorąco zachęcam.
  25. Przede wszystkim, coś tu jest poważnie nie tak z zapisem dialogowym Po pierwsze, brakuje wcięć, po drugie – standardowo – dywizy zamiast półpauz. Prócz tego, tekst jest niewyjustowany, z innych rzeczy, zgrzyta interpunkcja (nie tylko w zapisie dialogowym), ale na tym koniec poważniejszych błędów związanych z formą. Reszta to prędzej subiektywne odczucia względem stylistyki, ale muszę przyznać, że brzmieniowo jest całkiem solidnie i tekst czyta się dobrze. Domyślam się – skoro to praca konkursowa – że opowiadanie zostało obarczone pewnymi limitami, stąd np. brakuje troszkę opisów, brakuje szerszego kontekstu, tła, acz trudno powiedzieć, że w tym przypadku to wada, gdyż wszelkie najważniejsze informacje autor zdołał w swoim dziele zawrzeć, a zważywszy na tematykę oraz cel, chyba nie trzeba tu było długich opisów przemyśleń, głębokich analogii, ukrytego dna, tego typu rzeczy. Uwielbiam je znajdywać w fanfikach, uwielbiam to czytać i się nad tym głowić, lecz tutaj chyba nie było to potrzebne, to nie ten typ dzieła. Jest to prosty, krótki fanfik, z pewną zagadką do rozwiązania oraz zabójczym morałem na końcu Zaczyna się dosyć niewinnie, bo od zaczerpniętego z gazety cytatu, prosto z artykułu donoszącego o pożarze w Unicornii – wsi położonej niedaleko Fillydelphii – w którym to zginęły cztery kucyki. Strażacy walczyli z ogniem cały dzień, spaleniu uległo wielkie połacie terenu. Z jakichś powodów, niezrozumiałych nawet dla samej siebie, Twilight Sparkle udaje się na miejsce, celem zbadania sprawy. Może to jej urok ciekawość, a może to Maybelline magia, nie wiadomo. Przybywszy do miasteczka (opowiadanie najpierw określa Unicornię mianem wsi, a potem miasteczka o podobnych rozmiarach co Ponyville), klacz odkrywa, iż tutejsi są do niej nieprzychylnie nastawieni, a ona nie ma pojęcia, dlaczego. Gdy w końcu udaje jej się wyciągnąć informacje od burmistrza, decyduje się sprawdzić miejsce zdarzenia, gdzie odkrywa pewien dziennik... Co by nie mówić, tajemnica w tym opowiadaniu prezentuje się dosyć banalnie, co w sumie da się jakoś wpisać w serialowe realia (czego chyba nie do końca można powiedzieć o samej końcówce), niemniej to wystarczająco wiele, by w jakiś sposób zachęcić czytelnika do lektury. Są to standardy, w sumie, tekst przypomniał mi troszeczkę fabułę „Resident Evil 4”. Twilight dostała cynk, udaje się na miejsce, gdzie odkrywa, że tutejsi są do niej wrogo nastawieni, z tym, że zamiast maratonu QTE oraz akcji utrzymanej w klimacie dreszczowca, mamy pewien fortel. Tempo akcji jest ku temu jak najbardziej odpowiednie, aczkolwiek były warunki, by sukcesywnie budować napięcie już od samego początku. Jak się okazuje – przynajmniej według mnie – napięcie udziela się dopiero pod koniec, gdy Twilight odczytuje kolejne zapisy w pamiętniku, a my zachodzimy w głowę, co się tutaj dzieje. Z drugiej strony, zważając na gabaryty tekstu, można powiedzieć, że robi się naprawdę ciekawie w ostatniej jednej trzeciej opowiadania. A zatem, aż 33.33(3)% tekstu to napięcie, tajemniczość, a nawet subtelne poczucie zagrożenia Subtelne, ale jak najbardziej uzasadnione, jak się okaże. Trudno się rozpisać odnośnie kreacji postaci, gdyż jedyną postacią, która jakkolwiek się wybija, jest tutaj Twilight Sparkle, lecz bynajmniej nie ze względu na podejście autora do jej charakteru, rolę, tudzież kreatywność oraz pracę nad jej charakterystyką. Wybija się, gdyż jest to jedyna znajoma postać, która fizycznie występuje w fanfiku. I tyle. Rozumiem, nie ma wiele czasu antenowego, niemniej wypada ona bardzo standardowo, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że gdyby wymienić ją na kompletnie inną postać, nawet na postać oryginalną, zapewne mało kto zauważyłby różnicę. Zatem dlaczego w fanfiku znalazła się akurat Twilight, zapytacie? Cóż, tego już nie mogę Wam powiedzieć, gdyż zdradziłbym zakończenie, ale powiem Wam tyle, że chodzi o koneksje Ale czy zwrot akcji okazał się zaskakujący? Sam nie wiem. Przyznam, że czekałem, czekałem, domyślałem się, że już niebawem nastąpi coś, co wywróci fabułę do góry nogami, a Twilight wpadnie w kłopoty po same uszy i... otrzymałem to. Spodziewałem się niespodziewanego, ale przyznaję, że sposób, w jaki sobie Ci złoczyńcy to zaplanowali, okazał się... ciekawy. Nie najoryginalniejszy, ale też nie wiało sztampą. Chociaż w sumie rzuca się w oczy to, że Twilight najwyraźniej średnio się starała i nie przygotowała się należycie na każdą możliwą ewentualność (co jest do niej niepodobne), ba, więcej, nie zabrała ze sobą nikogo, ani jednej przyjaciółki. To też wydaje mnie się nie do końca w jej stylu, ale cóż, może dziewczyny były czymś zajęte, a może Twilight po prostu była roztargniona. Jeden błąd i taka kabała, jakie to życiowe... Ale już w pełni na serio, opowiadanie troszkę się urywa, niemniej wyobraźni czytelnika pozostawionych zostało kilka pytań bez odpowiedzi, głównie o motywy antagonistów. Cóż, obawiam się, że już nigdy się tego nie dowiemy. Trochę szkoda, ale chyba nie ma co płakać nad wyciekłym wirusem "T"... Co by nie mówić, klimacik swój to to posiada, nie powiem, że nie. Tekst bardzo przypomina pierwsze, klasyczne (acz niekoniecznie nieskazitelne pod kątem wykonania) fanfiki z młodych lat fandomu, głównie te konkursowe. Miło Moim zdaniem, autor podszedł do sprawy całkiem solidnie i był to kawałek tekstu zupełnie przystępny, nawet ciekawy, z paroma niezłymi przebłyskami, jednakże brakuje mu czegoś charakterystycznego, chociażby jakichś wybijających się ponad przeciętność momentów postaci, czy zdarzeń. Mamy ładnie skomponowane opisy, np. pomieszczeń biurowych, troszkę tego mało, ale cóż, dobrze, że w fanfiku znalazło się chociaż tyle Ostatecznie, powiedziałbym, że to nawet niezły średniak, w sam raz na parę minut. Ale tak na jeden raz. Można do niego wracać, jednakże tekst szybko traci świeżość, stąd ten wniosek. W zwyczajnych warunkach, pewnie nadawałoby się to na zalążek dłuższej historii, ale szanse na to, że pomysł kiedykolwiek zostanie odkurzony i rozwinięty są praktycznie zerowe, toteż cieszmy się tym, co jest... Albo i nie. Wy decydujecie
×
×
  • Utwórz nowe...