Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback

Recommended Posts

Stacja Baumańska, najważniejsza w całym sojuszu rzekomo równych, nie powinna być specjalnie znacząca. Nie wyróżnia się zbytnio architekturą, nie jest położona w żadnej wartej odwiedzenia dzielnicy Moskwy... i pewnie by tak zostało, ale tak się złożyło, że wybuchła wojna. Tak gdzieś trochę ponad dwadzieścia lat temu, dokładnie 22. I, niestety, nikt nie był w stanie tej wojny wygrać. Świat spłonął, ludzkość niemal wymarła, tę historię zna tu każde dziecko. Co jednak jest tu ważne, to fakt, że niegdyś niedaleko tej stacji znajdowała się fabryka uzbrojenia. Gdy zawyły syreny, jej pracownicy schronili się w najbliższym schronie, czyli tutaj, na Baumańskiej. Podobnie postąpili żyjący przy niedalekej Elektrozawodskiej i Siemionowskiej. Po upadku centralnego rządu trzy stacje-minipaństwa zawiązały sojusz, który wkrótce zasłynął jako wytwórca broni oraz sprzętu elektrycznego. Dotąd udawało im się razem przetrwać każdą większą zawieruchę, jaka przetoczyła się przez podmoskiweskie tunele.

 

Przy ognisku, które razem z kilkoma pustymi skrzynkami oraz karabinem maszynowym na stojaku stanowiło cały posterunek na pięćdziesiątym metrze, siedziało pięciu mężczyzn w różnym wieku. Wśród nich znajdował się Feliks "Hiena", i Dymitr "Iskra". Obu wypadła dzisiaj czterogodzinna warta, trzeba było zmienić dwóch chorych. Dla pierwszego nie było w tym nic specjalnego, bo udało mu się wyjść nawet na górę, to co dla niego jakiś tam posterunek, drugi natomiast, dotąd trzymany raczej przy sprzęcie niż przy broni, mógł czuć się nieco obco. Dowódca warty, jedyny będący tu na pełen etat, podrapał się za uchem i pierdnął. Ktoś inny ziewnął. Zapowiadał się raczej nudny dzień.

 

***

 

- Ej Witia! Witia, pało złamana, wstawaj! - ktoś potrząsnął młodym Powarskim, zdecydowanie mocniej niż ten by sobie życzył. Sen nie za bardzo chciał go opuścić. - Rusz swoje kanciaste dupsko, tunelaku. Masz okazję zarobić trochę kulek. Ubieraj się.

 

Rozbudzony młodzian mógł spostrzec, że nagabuje go jego znajomy, Sierow, zwykle o tej porze siedzący w ogródku warzywnym. Wyglądał, jakby mu się gdzieś spieszyło, zapewne do roboty, skoro go tam nie ma. Miał przy sobie dwa suchary posmarowane grzybową pastą, wręczył je Witalijowi i wyszedł z namiotu.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hiena siedział, grzejąc się przy ognisku i czyścił swojego ubojnika, spoglądając co jakiś czas w tunel. Nie żeby się czegoś tam bał, ale taki miał odruch, to jest metro i tutaj nieuwaga kosztuje życie. Choć i tak wolał siedzieć w tunelu i czyścić broń, niż być na powierzchni i srać w gacie od mutków biegający wte i wewte oraz cholernych uliczek, które mogą ciebie zabić od tak. Osoby przy ognisku trochę znał, a oni jego, więc nie interesował się nimi za bardzo. Najbardziej jednak w tym momencie drażnił go chłód i to, że zagrożenie zobaczy z dość krótkiego dystansu, a to może kosztować go życie. Dlatego siedział możliwie najbliżej punktu ogniowego, by móc jednym susem do niego doskoczyć i naparzać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dimitr nerwowo rozglądał się co jakiś czas. Siedział niedaleko ogniska i przyglądał się to swojej broni, to osobą, które miały wartę razem z nim. Widział, że reszta jest o wiele spokojniejsza od niego. On sam rzadko strzelał z broni jednak starał się tego nie okazywać. Patrzył w ciemny korytarz metra starając się wyłapać coś niepokojącego. Dimitr zastanawiał się czy jest jakiś sposób aby ułatwić wartownikom wartę. Może jakieś dodatkowe oświetlenie albo chociaż coś, co pomogło by się lepiej ogrzać. Siedząc tak próbował coś wymyślić. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witalij usiadł na ziemii, przeciągnął się oraz przetarł oczy i, chociaż trochę zaspany, szybko złapał spodnie, buty i kurtkę, które leżały obok niego, ubrał się i wyszedł za Sierowem. Po chwili zawrócił i zabrał swój plecak z rzeczami, który został w środku. Suchary na razie trzymał w garści.
- O co chodzi? Wczoraj cały czas maszerowałem tam i z powrotem i nawet wyspać się nie dadzą. Ma ktoś do mnie sprawę? I czemu nie jesteś w robocie?

Edited by izy97

Share this post


Link to post
Share on other sites

W tunelu, mniej czy bardziej uważnie obserwowanym przez wartowników, nie działo się nic niepokojącego. Czasem dało się dosłyszeć piski szczurów, czasem trzasnął ogień, łagodnie rozświetlający sam posterunek, jak i kilka metrów wokoło niego. Dymitr rozglądał się przez dłuższą chwilę, niestety poza porozrzucanymi puszkami po konserwach, pleśniejącą kupą papierów pod ścianą czy samotną butelką nie było nic, co pomogłoby stróżującym. Z mroków metra powiało chłodem, ogień lekko zafalował. Ludzie spięli się trochę, mocniej zacisnęli dłonie na broni... i to w sumie byłoby na tyle. Przez następne kilka minut, wlokących się niemiłosiernie, nie stało się nic więcej.

- To ten, pewnie na górze straszna wieja, i to dlatego - powiedział dowódca, przerywając ciszę. Chrząknął. - Mam pomysł. Nudno tu trochę, więc może po maluchu, co?

 

Z tymi słowy wyciągnął z torby dyndającej mu na ramieniu butelkę, identyczną jak jedna już tu leżąca. Popatrzył po wszystkich, odkręcił, łyknął. Napięcie ich opuściło, jeden się nawet uśmiechnął.

- Czemu nie?

- Oj Pietka, ty to się nie zmienisz, co? Daj mie tu tę butelkę.

- No dooobra, ale tylko jednego. Maks dwa.

- A wy chcecie? - skierował pytanie do Hieny i Iskry. - Tylko ten, cicho-sza, bo podobno nie wolno. Szkoda, że nie ma gitary.

 

***

 

Sierow wyglądał, jakby bardzo się starał ukryć niepokój. Nie wychodziło mu to, i to nie wychodziło bardzo. Gdy Witia zawrócił po plecak, młodzieniec aż syknął z niecierpliwości. Zaraz też ruszył przed siebie, zbywając milczeniem pytania, jakie mu zadano. Poprowadził Witalija przez część mieszkalną stacji, tak, jakby mieli iść do świń, jednak w ostatniej chwili skręcił w przejście techniczne, mijając prysznice i toaletę. Zatrzymał się w niewielkim pokoiku z drewnianą klapą pod ścianą, obejrzał za siebie, jakby sprawdzając, czy kurier idzie za nim. Po rozbieganym spojrzeniu dało się stwierdzić, że chyba martwi się, czy nie mają ogona. Gdy upewnił się, że wszystko jest w porządku, podniósł klapę i zniknął w dziurze. Kiedy Wit wszedł za nim, dostrzegł, że nie jest tutaj ciemno, pod sufitem przeciągnięto kabel, wzdłuż którego rozmieszczono światła awaryjne. Jakoś nie przypominał sobie takiego pomieszczenia.

 

Po niedługim czasie szybkiego marszu chłopacy dotarli do prostych, sklejkowych drzwi. Tutaj Sierow gestem nakazał Witii czekać i wszedł do środka. Zaraz też uważne ucho mogło dosłyszeć mocno stłumioną rozmowę, następnie odgłos przesuwania czegoś ciężkiego. Drzwi otworzyły się. Wewnątrz piętrzyły się wory, kilka kurduplowatych ziemniaków walających się po betonowej podłodze zdradzało ich zawartość. Poza worami stał tam nerwowo uśmiechający się Sierow oraz dwóch mężczyzn. Poza tym, że odziani byli jak podróżni i jeden był wyraźnie starszy, nie wyróżniali się niczym. Wit nie znał ich twarzy.

- Witam, witam, młodzieńcze. Twój kolega polecił cię jako dobrego kuriera - rzucił prosto z mostu starszy z nich, obdarzając Witalija ciepłym uśmiechem - a ja potrzebowałbym kogoś takiego. Nie za darmo oczywiście, niech cię o to głowa nie boli. Jeśli masz czas i chęci, dałbym ci przesyłkę, którą musiałbyś komuś przekazać. Wchodzisz w to?

 

***

 

Jurij jak tylko się obudził wiedział, tak jakoś po prostu czuł, że dziś coś się stanie. Takie bliżej nieokreślone coś. To uczucie nie opuszczało go kiedy jeden ze znajomych kupców, chyba my było Jewgienij, przyszedł pytać, czy nie chce mu się aby zarobić. Nie opuszczało go, gdy zapakował się na drezynę jadącą do Komsomolskiej Okrężnej, ani wtedy, gdy kupiec, który był też naczelnikiem własnych karawan, kłócił się o rozmiary skrzyń i beczek z bolszewickim komisarzem z Komsomolskiej Promienistej. Nie chciało minąć, gdy komisarz zaczął grozić hanzowcowi starym jak świat naganem. Nie minęło też, kiedy komunista puścił karawanę, kryjąc w kieszeni sporą saszetkę kwasa. Towarzyszyło Jurce przez całą drogę powrotną, trzymało się go przy odprawie, zaczynając już irytować mężczyznę.

 

Łaskawie zechciało ustąpić dopiero wtedy, kiedy drezyna spalinowa, ciągnąca kilka wagonów wypakowanych oznakowanymi czerwienią skrzynkami i beczułkami wpełzła powoli we wlot tunelu prowadzącego ku stacjom Sojuszu Baumańskiego. Ustąpiło wtedy zupełnie, zastąpione absolutną pustką.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witalij nic nie mówiąc poszedł za Sierowem, jednak ciągle go obserwował. Z początku zastanawiał się, czy Sierow nie wymyślił jakiś kiepski żart, w którym miał zagrać główną rolę, jednak owe podejrzenia ostatecznie rozwiały się na widok nieznajomych mężczyzn. Sądząc po zachowaniu Sierowa doszedł do wniosku, że to może być poważniejsza sprawa, nie kolejny transport "specjalnej" wódki jako prezent dla komendanta stacji Białoruskiej. A to może znaczyć naboje, albo też kłopoty.
- Eee, dzień dobry. Rzeczywiście transport przesyłek to mój zawód i myślę że wykonuję go dobrze. Oczywiście owa przesyłka nie może być za ciężka. Za transport na stację Aeroport lub Wojkoswką biorę... - tu umilkł, dochodząc do wniosku że taka gadka jest w tym przypadku bez sensu. - A cóż takiego i komu mam coś zanieść? Oraz kim panowie jesteście?

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Albo kart - wtrącił Hiena i chwycił butelkę, a następnie łyknął z niej i wystawił Iskrze:

- Masz, łyknij sobie i bądź czujny. Nie chcesz być chyba pijani jak się jakieś potwory pojawia - i zaśmiał się trochę szaleńczo. Odwrócił się do tunelu i powiedział mrocznie:

- W tych mrokach, na skraju światła mogą siedzieć nosalisy i szykować się do wyrżnięcia nas, a my nawet się tego nie spodziewamy. Ale nie martw się, jak już mamy umrzeć, to w walce - i klepnął chłopaka w ramię po przyjacielsku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Iskra w milczeniu słuchał wypowiedzi dowódcy i pozostałych. Nie widział nic w tunelu i trochę się spiął. Jednak wystawiona przez Hienę butelka przywróciła do go rzeczywistości.

- Dzięki - Odparł po czym wziął łyk i oddał butelkę dowódcy. Lekko się uśmiechnął, kiedy poczuł, że klepie go przyjacielsko.

- Cóż skoro tak mówisz to niech i tak będzie - Odparł już spokojniejszy. Jednak nadal czuwał. Trzymał broń opartą o bark. Był gotowy aby w razie czego móc szybko wycelować nią w tunel.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jurij skrzywił się przeraźliwie. Wiedział że coś się stanie i to coś złego. Skoro uczucie to tak długo mu towarzyszyło, znaczyć to musiało że stanie się to niedługo. Ta pustka w jego sercu i umyśle była straszna. Od zawsze czuł tunele i nie lubił tej pustki kiedy te ku niemu nie wołały. Wiąż jeszcze pamiętał czasy gdy w tunelach chadzały istoty których jedynie dotknięcie mogło uśmiercić, a on je widział. Widział, czuł... jako jedyny rozmawiał. W jego głowie wielokrotnie budziły się głosy. Głosy zmarłych, głosy rur, czy w końcu głosy samych tuneli. Nie rozumiał tego, ani nie wiedział czemu głosy te słyszy właśnie on. Ale był za nie wdzięczny, bowiem wciąż żył i wiedział że ufa sobie i owym głosom, czy przeczuciom, bo ciężko było mu to nazwać.

 

Jurij zaczął przesuwać się po wagonach ku dowódcy karawany. Gdy tylko znalazł się koło niego przysiadł lekko i jedynymi słowami jakie wypłynęły z jego ust było "Stanie się coś złego, bardzo złego, bądźmy czujni." Jednak słowa te, choć brzmiące niczym zły omen wieszcza, miały jedynie uchronić kupca który zechciał opłacić Jurija, bowiem mężczyzna był zawsze wiele wdzięczny ludziom którzy zechcieli zapłacić za jego usługi. W końcu dzięki temu miał na jedzenie, wodę, gdzie spać.

 

Jednak nie zaprzątał sobie tym wszystkim głowy, bowiem teraz posłuchał serca. Jak powiedział tak zrobił. Skupił się i z dokładnością chirurga zaczął obserwować wszystko i wszystkich, szukając jakiegokolwiek znaku że coś jest nie tak. Wypatrywał świeżych trupów, mutantów, oglądał ściany, wsłuchiwał się i wpatrywał w ciemność i ciągle starał się mieć w pogotowiu broń.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Butelczyna poszła w ruch, bimber zabulgotał w spragnionych gardłach wartowników, jeden z nich dorzucił trochę drewna do ognia, który zabuzował radośnie. Mężczyźni popatrzyli po nowych przyjaźniej niż na początku, a dowódca pokiwał głową. Komentarzem Hieny odnośnie ciemności czyhającej za przytulnym kręgiem światła raczej nie wzięli na poważnie, albo nie dali tego po sobie poznać.

- A niech siedzą, byle nie lazły.

- Prawda. Jak już coś ma przyleźć, to niech to będzie kurak. Wiecie, ile kuraka dobrego nie jadłem? Cholera, po nocach mi się śni.

- Co to jest kurak?

- Timur, kurwa, nikt ci nie powiedział? Jezu, to jakich ty masz rodziców? - ozwał się siedzący dotąd cicho Pietka, naczelnik posterunku. Popatrzył na najmłodszego z zebranych z miną wyrażającą dezaprobatę i rezygnację. Zaraz po tym nastąpiła chwila tłumaczenia Timurowi co to jest kurczak. Przez wszystkich na raz. Czasem nawet sobie przeczyli, ale to drobnostka. Na koniec znów puszczono wkoło butelkę, tym razem jednak z zastrzeżeniem, że na razie to tyle. A co na to tunel? Tunel pozostawał cichy i niewzruszony, choć uważne oczy Dymitra, który nie tracił czujności wyłapywały ruch jakichś małych stworzeń na krawędzi oświetlonego kręgu. Pewno szczury.

 

***

 

- Nie, nie, nie. Nie będzie przesadnie ciężka, nie chcemy cię przemęczać - zażartował starszy, jakby starając się rozluźnić atmosferę. Mimo ogólnej życzliwości nikt się nie zaśmiał. - Widzisz, sprawa prezentuje się tak. Potrzebuję dostarczyć pewną rzecz, czy może kilka rzeczy, na Białoruską Okrężną. Rzeczy znajdują się w tej wygodnej torbie - w tym momencie drugi mężczyzna w ciszy potrząsnął prostą raportówką, na oko niezbyt wypakowaną. - Torbę trzeba dostarczyć panu Łazariewowi, to mój bliski krewny. Spotkasz go przy kramie z zabawkami z góry. Zrobilibyśmy to sami, ale ja jestem za mało ruchliwy na tunele, a kolega się kuruje. Nagroda będzie czekała u celu, a przy ostatnim posterunku dostaniesz kilka nabojów zaliczki, byś nie myślał, że robię cię w trąbę. Co do ostatniego pytania... ja jestem Nikołaj, a ten milczek to Timofiej. 

 

***

 

Nieznośna pustka jak gdyby osunęła się nieco we wnętrzu Jurija, rozgaszczając się na wysokości żołądka. Nieco utrudniała skupienie, działając na umysł jak fałszywa nuta na słuch. Dowódca karawany wpatrywał się z uwagą w nadchodzącego, a gdy ten powiedział, co chciał, przymknął na chwilę oczy. Po jego twarzy przeleciał cień niepokoju, zastąpiony absolutną powagą. Kupiec jechał już raz czy dwa z tym dziwakiem, i dobrze wiedział, że czasem było warto posłuchać tego, co ów mówi. Dlatego też cicho przekazał najbliższym ochroniarzom, by zdwoili czujność. Sam przeszedł z drezyny na przód wagonu z ładunkiem, ciągnąc za sobą Jurija.

- Jesteś pewien? Poczułeś coś specjalnego? Konkretnego? - spytał szeptem, prawie zagłuszonym przez szum i stukot karawany. Nagły głośniejszy pisk oznajmił, że jakiś szczur, lub coś podobnego, nie zwiał z szyn na czas.

 

***

 

Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Mówi się też, że ciekawość to główna motywacja do zdobywania wiedzy. Oba stwierdzenia są prawdziwe, choć jak dotąd Zdrawce udawało się omijać pokusy demonów. Chyba, że to demony omijały ją. Tak czy inaczej dziewczyna siedziała sobie teraz w najlepszej restauracji stacji Białoruskiej Promienistej, wygodnie umoszczona na wypchanym czymś twardym kartonie robiącym za krzesło, i kontemplowała w ciszy swoje rozczarowanie. Sprowadziła ją tu chęć zobaczenia na własne oczy dziwadła, o którym wieści dotarły do Oktiabrskiej, przywiezione przez staruszka dźwigającego cholera wie po co rusztowanie wypełnione po brzegi książkami. Należy dodać, że chęć rozbudziło i pogłębiło potwierdzenie niezwykłych pogłosek przez zarówno karawaniarzy Hanzy, jak i kilku mieszkańców stacji po drodze. Rozchodziło się o stworzenie podobne do psa, jednak pokryte chityną, jadowite, i do tego podobno oswajalne.

 

Pech chciał, że na Białoruskiej okazało się, że stworzenie faktycznie było, ale zdechło i pozbyto się go. Właściciel wyprawił się z kumplem po nowe, i nie wiadomo kiedy wróci. Troskliwy ojciec dał jej na drogę trzy konserwy, wodę i "kiełbasę", więc o prowiant nie było co się martwić. Gorzej z noclegiem. O ile Zdrawce zachce się czekać.

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witalij poczuł się znacznie pewniej. Najwyraźniej to nic szczególnego, chociaż zachowanie Sierowa nadal wydaje mu się dość dziwne. No nic. Pewno się boi się że dostanie za nieobecność w pracy.
- Miło mi panów poznać. Nazywam się Witalij. No to nie wydaje mi się być zbyt trudnym zadaniem. Najpewniej mam wyruszyć zaraz. Białoruska Okrężna, Łazariewow, kram z zabawkami, myślę że zapamiętałem. A można wiedzieć co się w owej torbie znajduje?

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Wie pan że dzieżko mi opisać to uczucie. Na razie jednak lepiej być bardziej czujnym. Ostrożności nigdy za wiele.

Jurij poprawił broń i mimo przytłaczającej pustki próbował skupić się na obserwacji i nasłuchiwaniu zagrożeń. Miał nadzieje że jego nietypowa acz bardzo przydatna zdolność, tym razem się myli. Taka pustka była przerażająca, przytłaczała jego myśli, jednak mimo to wiedział że może obronić tych ludzi i zarobić parę pocisków, a ponadto zwiedzić nową stację. I jak nie bał się wszelkich anomalii, duchów, czy o nie tak wielki strach przyprawiały go teraz mutanty, co ta pustka mogąca znaczyć wszystko. Jedyne czego chłopak teraz pragnął, to by metro raz jeszcze zagościło w jego myśli, nawet jeśli miałoby zwiastować coś złego, byłoby to lepsze niż ta nieprzemierzona pustka, ten brak...

-Miejmy nadzieję że tym razem się mylę, bo czegoś takiego jeszcze nie czułem...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zdrawka oparła głowę o dłonie i westchnęła ciężko, przeciągle. Że też musiał zdechnąć przed jej pojawieniem się. No nic innego, tylko złośliwość, bo jak inaczej to wytłumaczyć? Kiedy miała możliwość podejść bliżej do czegoś tak interesującego, to coś musiało wyciągnąć kopyta. Prawdziwą tragedią był jednak brak truchła do zbadania. W idealnym świecie dziewczyny mutanty umierały dopiero po tym, jak je spotkała i zbadała. Z drugiej strony, w idealnym świecie nie trzeba byłoby tłoczyć się w metrze, którego terytorium dla ludzi wciąż się kurczyło.

Zaczęła bawić się ołówkiem trzymanym w dłoni. Co teraz? Cóż, były dwa wyjścia. Pierwsze - mogła wracać na stację, do ojca, z pustymi rękami. Wyprawa po nic brzmiała nadzwyczaj mało ciekawie. Drugą opcją było czekanie na właściciela mutanta, który najwyraźniej wybrał się szukać drugiego takiego stwora. To drugie wyjście wydawało się zdecydowanie lepsze. Zresztą, Zdrawce i tak nie chciało się teraz ruszać tyłka z powrotem. Czekała więc, obserwując otoczenie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hiena przecząco ruszył głową, wykrzywiając nieco wargi:

- Znasz mnie. Jednego z wami machnę, ale nie za bardzo przepadam za piciem. Mam inne sposoby na rozluźnienie.

Uśmiechnął się lekko i znów spojrzał w tunel. Nic szczególnego, ot kilka gryzoni sobie wyprawę robiło. Skończył czyścić swoją strzelbę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Pietka ze zrozumieniem pokiwał głową i zakręcił butelkę, zaraz chowając ją za pazuchę, która w niewyjaśniony sposób skryła ją tak, że nic nie było widać. Zamachał rękami, by je rozluźnić i złapał za automat. Timur, mrucząc coś o kurczakach i "pieprzonych Ruskach" zatarł ręce i siadł przy karabinie maszynowym. Ostatni z mężczyzn z niechęcią przyklęknął za całkiem niezłą, choć prowizoryczną barykadą i wymierzył strzelbą podobną do tej Hieny w tunel. Sygnałem do tych działań były światełka od stacji, oznaczające nic innego jak patrol. Kontrola.

 

Ogólną niechęć i lekką ospałość rozwiał dziwny dźwięk z ciemności przed posterunkiem. Wibrujące echo przypominało odgłos struny, ale bardziej przeciągły i... obcy. Odmienny od znanych wszystkim strun gitary. Wartownicy ze zdumieniem wpatrywali się w mrok, z którego po chwili popłynęło więcej nikłych dźwięków, powielanych przez echo. Pietia zagwizdał przeciągle. Sygnał dla patrolu.

 

***

 

- Dobrze zapamiętałeś, Witaliju. Cieszę się, że trafiliśmy na ciebie. Ah, co w torbie. Trochę konserw. Wódka. Koperty z listami. Lekarstwa. Takie tam rzeczy. Pomagam Łazariewowi jak mogę, jest jedynym krewnym jaki został mi po katastrofie - objaśnił Nikołaj, kiwając lekko głową w wyrazie aprobaty, i wciąż uśmiechając się miło. - Idź już. Zaliczkę dostaniesz jak powiesz, że przysyła cię Kola.

 

Po tych słowach skinął na Timofieja i pożegnał się z Witem, podając mu dłoń. Potem równie uprzejmie pożegnał się z Sierowem i wyszedł z pomieszczenia. Sierow przestał się uśmiechać i wypuścił z siebie powietrze z cichym sykiem. Przymknął na chwilę oczy.

- Wszystko poszło okej. Podziękujesz mi jeszcze. Chodź, odprowadzę cię i mykam do roboty, bo mnie zjedzą zamiast tych świń.

Nie minęło pięć minut a już staliście przy prysznicach. Tam Sierow pomachał Witii i potruchtał w swoją stronę.

 

***

 

Drezyna z wagonami powoli toczyła się dalej, stukając od czasu do czasu na jakichś tajemniczych nierównościach. Ochroniarze rozmieszczeni tak, by móc skutecznie odpierać ataki z góry, przodu, boków, a nawet, jeśli to możliwe, od spodu trwali w czujnym skupieniu. Ostre światło latarek rozdzierało aksamitny mrok jak miecz, wynurzając z niego pęknięcia, jakieś korzenie czy tam pnącza, dziury, druty i rury... ale żadnych potworów. Kupiec stał przy Juriju, od czasu do czasu strzelając gdzieś spojrzeniem. Nagle wszyscy aż podskoczyli, gdy z tunelu przed nimi rozległ się czysty, wysoki dźwięk jakby szarpniętej struny, który natychmiast podchwyciło echo. Chyba nie był za daleko, ale ciężko było mieć pewność. Za chwilę za pierwszym tonem podążyły następne, powoli układając się w obcą, hipnotyczną i poniekąd monotonną melodię. Karawaniarze popatrzyli na siebie w zdumieniu. A potem wszyscy, jak jeden mąż, zerknęli trochę trwożliwie na Jurija. Ów przestał czuć pustkę, za to w jego świadomości zagościł niepohamowany niepokój.

 

***

 

Obserwacja pomogła dojść dziewuszce do trzech zasadniczych wniosków. Po pierwsze, tutejsze samce musiały zlokalizować gdzieś na niej coś ciekawego, bo jakoś tak bardzo często popatrywali w jej stronę. Po drugie, stojący w rogu głównej sali zdezelowany magnetofon mruczący jakąś tandetną melodyjkę postanowił wkurzyć obsługę i się zaciąć. Na obco brzmiących słowach "BEYBE OOOH". Po trzecie w korytarzu przy restauracji siedziała smutna starsza pani, zajadająca sobie zupę, sądząc po wątłych nitkach czegoś bladego warzywną. Co jakiś czas spoglądała na zegarek, zatem na kogoś czekała. Znaczące chrząknięcie wytrąciło ją z badania otoczenia. Dźwięk pochodził od niskiego, zadbanego jak na warunki metra mężczyzny w marynarce.

- Pani życzy?

Edited by Po prostu Tomek

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witalij wzruszył ramionami i ruszył dalej w kierunku tunelu na Aeroport. Przed wejściem wyciągnął z plecaka pistolet maszynowy i przewiesił go sobie przez ramię, podobnie jak torbę. Trochę ciężko, ale zleceniodawca nic nie mówił o pośpiechu, więc jest ok. Tunel raczej jest bezpieczny, ale nigdy nie wiadomo, sądząc po opowiadaniach. Szczególnie w tych że metro żyje własnym życiem. Bzdety... Mimo to przy tej myśli Witalija przeszedł lekki dreszcz. Następnie ruszył szybkim krokiem w kierunku ostatniego posterunku, gdzie czekać miała zaliczka.

- Cześć tam, w tunelu spokojnie? Na Białoruską z przesyłką się wybieram. Czy jakichś dwóch podróżników nie zostawili dla mnie tu czegoś? Przysyła mnie Kola. - Powiedział głośno zbliżając się do strażników  

Edited by izy97

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hiena błyskawicznie odbezpieczył strzelbę i chowając szmatkę i wycior podszedł do barykady. Wymierzył lufę w stronę tunelu. Trzaskiem zdrętwiałego karku przeciął dźwięk ciszy posterunku i potem trwał w tej posterunkowej ciszy, wsłuchując się w ten odgłos. Co to mogło być? Przeszedł trochę bliżej linki od dzwonka alarmowego i powoli wyciągnął do niego rękę. Nie chciał jeszcze dzwonić, ale wolał to zrobić, gdyby się okazało, że żyłby tylko sekundę. W napięciu patrzył na mrok, starając się oświetlić go swoją latarką. spoglądał na sufit i podłogę w poszukiwaniu jakiś nitek lub czegoś podobnego. Nigdy nie wiadomo co wpełza do metra i jak.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dimitr od razu się spiął. Wziął swój karabin do rąk i ostrożnie podszedł i klęknął za barykadą. Nie do końca wiedział co się może teraz zdarzyć ale widząc, jak reszta się na coś przygotowuje postanowił pójść za ich przykładem. Odbezpieczył swoją broń i skierował lufę w stronę ciemnego tunelu. Zobaczył, że Hiena zbliża się do alarmu.

- Oho nie zapowiada się to dobrze - Powiedział cicho nadal celując w mrok. Dimitr liczył na to, że nic się nie stanie a źródło dźwięku da się szybko wyjaśnić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zauważywszy spojrzenia męskiej części restauracji, postanowiła odpowiedzieć tym samym, tyle że czyniąc spojrzenie złowrogim najbardziej jak tylko umiała. Z rażenia wzrokiem wyrwał ją mężczyzna, pracownik restauracji.

- Mogę życzyć miłego dnia panu. Co jest do wyboru? - zapytała.

Share this post


Link to post
Share on other sites

-Nie wsłuchiwać się, broń w pogotowiu, najlepiej odbezpieczona. Miejmy nadzieje że to ktoś na posterunku.

Jednak sam Jurij nie miał takiej nadziei. Wiedział że to nie posterunek. Jechali za krótko, a uczucie było mu aż nazbyt znane. Wyciągnął i przygotował swojego Makarowa, po czym odbezpieczył go i wycelował w ciemność ciągle oglądając się dookoła. Starał się skupić na ciemności, wsłuchać w swój zmysł ale za nic w melodię. Zaczął nawet nucić w myślach piosenkę ojca która zawsze go uspokajała, a teraz pozwalała skupić umysł na celu. Jurij ciężej niż kiedykolwiek wcześniej spróbował pojąć to uczucie, odgadnąć jego treść, wyczytać coś co mogło dać mu jakąkolwiek podpowiedź. Chciał wiedzieć co ich czeka...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Obserwacja Hieny nie dała żadnych rezultatów. W tunelu nie wisiały nici, włókna, czy cokolwiek w tym stylu. Po pewnym czasie do barykady dotarł patrol, czteroosobowy, którego członkowie rozglądali się naokoło, macając światłem po ścianach, suficie i szynach. Sprawnie zajęli miejsca za skrzyniami i przygotowali się do ewentualnej obrony, chrzęszcząc i stukając ekwipunkiem, po czym dowódca podsunął się do Piotra i zaczął z nim szeptać. Prawdopodobnie na temat dźwięków, które po jakimś czasie zaczęły układać się w zniekształcaną przez echo, ale już całkiem słyszalną egzotyczną melodię. Poza tym, że nie brzmiała jak nic, co znaliście nie można było powiedzieć więcej, jej źródło wciąż było gdzieś tam, w trzewiach metra. W pewnym momencie owa piosenka zwolniła i wygasła.

 

***

 

Strażnicy na ostatnim posterunku nie trwali w napięciu przy workach z piaskiem, więc chyba nie było się czego bać. Na zawołanie dwóch odwróciło się, pozostawiając resztę wpatrującą się w wieczną ciemność. Pomachali ci, jeden gwizdnął.

- To daleko cię teraz wysłali, chłopie. Tunel jak tunel, coś tam sobie czasem pomruczy, ale generalnie cicho siedzi. Tfu, tfu! - splunął przesądnie przez lewe ramię, podczas gdy reszta spojrzała na niego trochę rozeźlona. - Kola, Kola... zaraz. Taki staruszek z mięsistym kumplem. Dwa magazynki brudasów do maszynówki i piętnaście błyszczących kulek. Prawdziwych. Masz je tutaj, możesz sobie przeliczyć jak chcesz.

 

Strażnik podał Witowi zaliczkę machinalnie, po czym klepnął go w plecy. Wyjął z kieszeni kamizelki, polarowej, nie taktycznej, drewniane pudełeczko. Okazało się, że była to improwizowana papierośnica wypełniona skrętami. Gość poczęstował wszystkich na stanowisku, zajarał sam, a na koniec wyciągnął rękę do kuriera.

- Może poczekasz na drezynę? Palisz?

 

***

 

Ochrona i kupiec bez zwłoki posłuchali rady Jurija. Niektórzy nawet pozatykali uszy czymkolwiek mogli, tak na wszelki wypadek, i zdwoili, a nawet potroili czujność. Bardziej czujnym już się chyba nie dało być. Napięcie panujące w tej chwili wśród tych ludzi było tak namacalne, że aż odezwało się echem w głowie uzdolnionego tragarza, który próbował skupić się, aby wyłowić z siebie, metra, czy skąd brały się jego możliwości coś więcej. Jakąś wskazówkę, znak. Chyba mu się to udało. Coś zdawało się szarpać jego nerwy, kierować intuicją. Wskazywać wyraźnie w stronę...

 

Drezyna zatrzymała się nagle z piskiem. Wszystkie światła skierowały się ku czołu karawany, by wynurzyć z tunelowej nocy sylwetkę. Broń wycelowała w tajemniczego kogoś. Kupiec wyszedł najdalej jak mógł bez schodzenia z drezyny, by przyjrzeć się, jak się okazało mężczyźnie spokojnie, jak gdyby nigdy nic stojącemu sobie na torach, tyłem do ludzi. Odziany w płaszcz, a może habit, kto mógł znać, człowiek wygrywał swoją jednostajną, złożoną głównie z niskich tonów melodię na dziwnym instrumencie o długim gryfie. Grał tak jeszcze przez chwilę, mając was kompletnie gdzieś, a potem zwolnił i przestał. Echo odezwało się po raz ostatni, zgasło.

 

Grajek odwrócił się powoli, pokazując karawaniarzom chudą twarz ozdobioną kozią bródką i dużymi oczyma. Troskliwie ułożył instrument na ziemi, po czym podniósł dłoń w geście przywitania. Dopiero potem zdał się zrozumieć, że światło powinno go razić i zmrużył oczy. Niepokój Jurija ułożył się wokół niego w prawdziwą mandorlę.

- Witajcie, podróżnicy - głos tego człowieka mógł dochodzić równie dobrze stąd, jak i z jakiejś głębokiej studni. Rezonował z tunelem, jakby był częścią melodii, która wciąż zdawała się unosić w ciemnościach i echa. - Baumańska. Tam jedziecie. Można dołączyć?

 

***

 

Obdarzone spojrzeniem zdolnym spopielać nie gorzej niż bomby, które runęły na Moskwę samce podzieliły się na dwie grupy. Część błyskawicznie zmieniła obiekt zainteresowania, jeden się nawet przeżegnał, pozostali zbyli to uśmiechami, w ich mniemaniu powalającymi na kolana. Cóż. Pracownik zmusił się by przywołać na twarz jasny uśmiech. Efekt był mierny, ale dało się go przeżyć.

- Mamy zupę cebulową, zupę mięsną, mięso smażone, mięso suszone na przekąskę, sałatkę ziemniaczaną, sałatkę pomidorową i kiełbasę z grilla. Z napojów grzybowa herbata, wódka i woda.

Share this post


Link to post
Share on other sites

- Macie tu warzywa? - spytała Zdrawka, udając nieco zszokowaną. Nie mając przy sobie ani jednego naboju, który był tu zapewne walutą, uświadomiła sobie, że za chwilę zapewne pracownik restauracji zaserwuje jej przysłowiowy kopniak w dupę i trzeba będzie szukać innej kwatery. A może i innej stacji? Nie mogła tu w końcu siedzieć w nieskończoność, ale celem na ten moment było jak najdłuższe pozostanie w ciepłej restauracji.

Edited by Oksymoron

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witalij zdziwił się widząc tą ilość amunicji. Spodziewał się kilka naboi do kałacha, może kilkanaście, ale na pewno nie dwóch magazynków do (tak sądzę) jego broni. Po co to tu? Chociaż - metro, nic nie wiadomo. Spojrzał krótko czy są pełne i włożył na wierzch torby z ładunkiem. Luźne naboje powędrowały do kieszeni.

- Nie, dzięki. Nie palę. A kiedy drezyna będzie?

Jeżeli jest to kwestia góra 10 minut poczeka, inaczej ruszy szybkim krokiem w kierunku Aeroportu, jak drezyna go dogoni to pewno dadzą mu wsiąść, jak trzeba przejmie pracę przy "napędzie". Chyba że to benzynowa, co jednak w tych okolicach jest rzadkością. Jednak i dość przyjemne.

Edited by izy97

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hiena cofnął rękę z linki i chwycił nią swojego ubojnika, by mieć lepszy chwyt. Dźwięk ucichł, ale to nie oznacza, że zagrożenie minęło. Na pewno nie zostało zjedzone, bo wygasło zbyt łagodnie. Wyczekiwał tego co miało się zaraz stać.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jurij wycelował w mężczyznę wcale się nie uspokajając. Jego przeczucie wariowało i coś tu było na rzeczy.

-Cóż to za człowiek wędrujący samotnie po tunelach i robiący tyle hałasu mimo że ów tak łatwo przyciąga mutanty? Coś za jeden?

Mężczyzna wcale się nie rozluźnił i miał ogromną nadzieje że inni też. Ciągle był czujny i miał grajka na muszce.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...