Jump to content

Koło Historii [NZ] [Political] [Alternate Universe] [Seria]


Verlax
 Share

Recommended Posts

@RarityBardzo dziękuję za komentarz. Ogólnie, jestem zmuszony odpowiedzieć na dwie główne kwestie. Zacznę od tej znacznie mniej dla mnie przyjemnej.

Forma w opowiadaniu. Dałaś miażdżące dowody, że jest ona absolutnie beznadziejna, pełno błędów, ogólnie - katastrofa kompletna. Jest to dla mnie szczere zaskoczenie. Gdy opowiadanie zostało oryginalnie napisane na konkurs zgarnęło dobre recenzje i nawet "forma nie była tak zła, jak na fanfik bez korekty". Potem opowiadanie to dostało korektę i niby "powinno być ok". I jak odkryłaś, wiele miesięcy od publikacji - absolutnie nie było ok. Do tego stopnia, że ja autentycznie się zastanawiam czy po korekcie opowiadanie nie ma gorszej formy niż w oryginale... Jak napisałem - kompletna katastrofa. 

To zaskoczenie mnie niestety nie tłumaczy. Zgrzytać zębami mogę, ale in the end, opowiadanie, które wisi sobie jawnie, bo ja je opublikowałem i dopuściłem do tego by taka forma w nim była. Najchętniej bym tymczasowo wyłączył dostęp do fanfika bo to aż wstyd, do czasu aż się go nie poprawi. Zostawię go jednak i spróbuję w jakimś czasie ściągnąć @Gandzia by mi z nim pomógł. Osobiście uważam (całkiem nieskromnie, heh), że to opowiadanie jest jednym z lepszych fabularnie i naprawdę byłaby wielka szkoda by tak paskudna forma mu szkodziła i niszczyła przyjemność z czytania.

Druga kwestia, ta bardziej przyjemna, czyli kwestie fabularne. Przerzucę się do spoilera:

 

Spoiler

 

Sprawa tego "czy tak mało dynamizmu" w tych pojedynkach. Moim zdaniem nie, po prostu kwestia jest taka, że w tym stylu prowadzenia pojedynku zwyczajnie "ruch" jest właściwie nieistotny. Jeszcze raz, kucyki stoją w dosyć dużej odległości od siebie, a miecze są pomiędzy nimi w polach lewitacji. A to daje ciekawy efekt - bo znaczy to, że nawet jeśli "zwód" można byłoby wykonać, to jeśli pozwoliłeś mieczowi przeciwnika przylewitować tak blisko by trzeba było robić zwód - to już przegrałeś. Bo co z tego, że unikniesz ciosu, jak miecz przeciwnika zawiszony w polu lewitacji cały czas jest obok ciebie? Jedynym sensownym rozwiązaniem jest wybronić się przed atakiem swoim własnym mieczem. Kiedy broń użytkowników może latać na odległości do 10 metrów jeśli nie dalej, po prostu "unik" jako manewr jest kompletnie nieistotny. Ponieważ wiadomo, że nawet względnie słaby cios niekoniecznie w głowę może wyprowadzić z równowagi i chwilowo przerwać magię użytkownika, to każdy kto uderzy pierwszy musi wygrać (Lazar zaskoczył tym, że nie poczuł ciosu, by all accounts, powinien w tym momencie przegrać). Efektem jest pojedynek bardziej mentalny na obserwację, obydwaj walczący są zbytnio skupieni na tym jak nie pozwolić swojemu przeciwnikowi by jego miecz w ogóle się zbliżył. Taka jest przynajmniej moja opinia, trudno to opisać w słowach, ale mi się wydaję, że jednak jest to dosyć naturalne.

 

To, że Ira jest górą mięśni jest ważne wizualnie, ale nie dla samej walki. Jak wspomniane w opowiadaniu, bardziej niezwykły od gigantyzmu Iry jest jednak sam fakt, że potrafi używać magii w taki sposób w ogóle, jako ziemski kucyk. W uniwersum Koła Historii właściwie wszystkie gatunki i rasy dysponują jakimiś rodzajami magii (a jedyny wspomniany gatunek, który nie potrafi używać magii w ogóle sam w sobie magicznie zdaje się ignorować magię). Jednorożce są dosyć standardowymi magami, każdy jednorożec potrafi używać telekinezy, a te co szkolą się w akademiach magicznych są w stanie robić coś bardziej skomplikowanego od telekinezy. Kucyki ziemskie domyślnie nie potrafią czarować, a telekineza wśród nich jest bardzo rzadka, ale po intensywnym szkoleniu są w stanie używać magii tak jak jednorożce, ale nawet lepiej - bo kucyki ziemskie wykazują się znacznie większą kondycją i wytrzymałością magiczną by móc czarować. W skrócie: w KH wszystkie jednorożce mogą czarować. Bardzo nieliczne kucyki ziemskie mogą czarować, ale te co mogą, mogą to robić dłużej. A ponieważ pojedynek jest na broń białą trzymaną w polu lewitacji, to Ira ma olbrzymią przewagę na wytrzymałość przeciwko każdemu innemu oponentowi. 

Jeszcze dodając do wcześniejszego wątku - większy rozmiar Iry nie ma żadnego znaczenia w takim rodzaju pojedynku, bo jeśli miecz przeciwnika znalazłby się tak blisko Iry, to by przegrał niezależnie od tego czy byłby wysoki czy niski. 

 


Jeszcze raz dziękuję za komentarz, w tym słowa brutalnej, ale jednak potrzebnej krytyki. Mam nadzieję, że jeśli będziesz miała ochotę kontynuować czytanie Koła Historii, czy to opowiadań czy to "podręcznikowych rozdziałów", to będziesz czerpała z tego przyjemność.

Pozdrawiam

  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

Dziękuję za rozjaśnienie mi pewnych kwestii i tak rozbudowaną odpowiedź. Nie wykluczam, że będę powoli czytać kolejne rozdziały, ale biorąc pod uwagę, że spodziewam się wrażeń podobnych jak po pierwszym z nich, nie obiecuję komentarzy, ponieważ podejrzewam, że byłoby w nich dużo powtórzeń.

 

A oto i moje wrażenia po wspomnianym pierwszym rozdziale:

Przeczytałam ten rozdział, po czym, gdy dwa dni później chciałam napisać komentarz, odkryłam, że prawie nic z niego nie pamiętam. Musiałam więc przejrzeć go ponownie i oto co odkryłam:

  • dużo geografii, co z jednej strony jest imponujące i pokazuje, jak mocno został przemyślany świat przedstawiony, a z drugiej jednak strony jest nieszczególnie fascynujące i prawie niemożliwe do zapamiętania.

  • bardzo dużo historii przedstawionej w postaci streszczenia, co każe mi westchnąć z ulgą, ponieważ inaczej zamiast rozdziału mielibyśmy do czynienia z powieścią albo i ich serią. A jako że w podobnej formie napisałam „Ostatnią historię”, to przypuszczam, że i dla Verlaxa było to znacznie łatwiejsze niż standardowa forma, do której wypada dodać chociażby opisy.

  • sporo teologii w postaci fragmentu z zajęć ze studentami, co jest sprytną formą przekazania takiej ilości wiedzy, której podanie trudno byłoby uzasadnić np. w zwykłym dialogu (o co czepiałam się zresztą w moim poprzednim komentarzu). Opis Kultu Harmonii uznaję za ciekawy, do tego fragment jest mniej napakowany dziwnymi nazwami i więcej w nim inwencji autora (chyba że nie łapię jakiegoś nawiązania), co uznaję za zaletę.

Jeśli mam się do czegoś przyczepić (a nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła), to nagranie zajęć ze studentami (btw czemu to jest opisane jako ćwiczenia, skoro ewidentnie jest to wykład?) kojarzy mi się zdecydowanie z nagraniem na dyktafonie, więc nie jestem pewna, czy opis tego, jak prowadzący siada na krześle czy sięga po butelkę wody, jest uzasadniony.

Zastanawiam się też, jakie ma znaczenie przy cytacie z fikcyjnego dramatu, że jest to adaptacja w wykonaniu konkretnego teatru – to nie powinno mieć wpływu na treść dialogów, a raczej na scenografię, kostiumy itp. Zresztą prawidłowym określeniem byłaby raczej „inscenizacja”, dramat jest stworzony do odgrywania go na scenie teatralnej, nie trzeba go w tym celu adaptować.

 

Podsumowując, widać, ile pracy włożył Verlax w stworzenie świata przedstawionego i dogłębne przemyślenie, jak on wygląda i jakie zasady w nim rządzą, co jest dość imponujące. Rozdział jest jednak mocno specyficzny i po prostu nie dla każdego – co również oznacza, że niekoniecznie dla mnie. Nie ma w nim elementów, które cenię najbardziej – ciekawych postaci, relacji między nimi i humoru.

  • Upvote 1
Link to comment
Share on other sites

  • 1 month later...

Rozdział VII przeczytany

 

Beware the spoilers! Albo i nie...

 

Rozdział-huśtawka. Jedynie tak mogę go określić. Co ciekawe nie tyczy się on jego poziomu, a tego jak go odbierałem. Pierwsze dwie części czytałem z wielkim zainteresowaniem - bardzo spodobała mi się przedstawiona tu koncepcja gryfów jako rasy górującej nad innymi i to nie przez przekonania, ale przez tak prozaiczną rzecz jak cechy fizyczne i mentalne. Nie powiem, co jakiś czas odczuwałem irytację, kiedy pojawiał się tytułowy "grzech supremacji". Są lepsi, więc przez to muszą być bardziej pokorni? Oj, zagotowałem się i to srodze, po raz kolejny dostając potwierdzenie mojego przekonania, że religia to trucizna i powinna być poddana anihilacji. Szczególnie taka mocno zhierarchizowana i zorganizowana jak Kościół Harmonii i ci jej Nieśmiertelni przedstawiciele... POD LÓD!!!!

 

Dobra, uspokoiłem się (tak, nawet myślenie o tym podczas pisania komentarza podnosi mi ciśnienie xD) mogę przejść dalej do kwestii, która mnie nieco zastanawia. Rozumiem mianowicie, iż po śmierci wodza gryfów następuje kryzys sukcesyjny, co doprowadza zorganizowaną hordę z powrotem do organizacji plemiennej, ale trochę trudno mi w to uwierzyć. A dokładniej w to, że nigdy, w całej historii nie trafił się godny następca, który po śmierci Wybrańca zająłby jego miejsce, możliwe nawet że z jego wcześniejszym błogosławieństwem. I naturalnie nie musiałby być związany z nim więzami krwi, wystarczyłoby by był... najgodniejszy. A jednak z tego co dostaliśmy wynika, że ani razu nie zdarzył się taki przypadek, co autentycznie wydaje mi się kompletnie niewiarygodne.

 

Opis obowiązków gryfiego króla, oraz sam quasi-religijny wymiar sprawiedliwości to autentyczny majstersztyk. Coś w założeniu tak prostego, co przez nazbyt dosłowne stosowanie, fanatyzm oraz zakutołbizm wyznawców zmienia się w koszmar, który miejscami niemal dorównuje potwornością i durnotą polskiemu systemowi prawnemu, a to już jest prawdziwy wyczyn. Chociaż historia z górą/wąwozem rozbawiła mnie setnie.

 

Nawet jednak nie w połowie tak bardzo jak wykładowczyni na gościnnych występach, naświetlająca kwestię gryfów jako kosmitów. To było absolutnie cudowne. W ogóle sam ten pomysł bardzo do mnie przemówił, nie mówiąc już o nieco pokrętnej, ale całkiem przekonywującej argumentacji prowadzącej. A pomysł że gryfy wywodzą się z orłów Haasta jest przedni, choć na bank mylny. Przysłowiowymi wisienkami (a nawet czereśniami!) na torcie jest kwestia wykluczenia gryfów z zawodów sportowych oraz to dlaczego umieją latać. Muszę powiedzieć, że tego się nie spodziewałem i po przeczytaniu wyjaśnienia śmiałem się jak z ciasta "kruchego jak pokój na Bliskim Wschodzie". Przeszedłem do kolejnej części w doskonałym humorze i....

 

...szlag mnie jasny trafił. Ta wredna kobyła. Ta kukła owsem wypchana. Ta menda księżycowa. Ta.. ta... ta.... krowa niebiańska! (że aż ukradnę obelgę z twórczości Joanny Chmielewskiej). Palenie książek? Co za w decybele kopany, arcydzięgiel bagienny! (wspomnianej kradzieży ciąg dalszy). Dawno mi się nie zdarzyło zgrzytać zębami w czasie lektury, a tutaj to prawie skakałem na krześle i miotałem straszliwe obelgi w stronę Luny (nawet kot się obudził i wyraził swoje niezadowolenie...). Siłowe nawracanie? Oj, oj, oj jak ja bardzo życzę sobie przeczytać w końcu rozdziały, gdzie okaże się, iż Piżmak et consortes wcale nie są tak Nieśmiertelni i wszechpotężni jak im się wydaje i dostaną, razem ze swoim kościołem solidnego kopa w kolektywne dupsko! A to że bez tego rasa gryfów przestałaby prawdopodobnie istnieć, lub byłoby ich jeszcze mniej? Trudno, tak bywa, ale to ich sprawa i wara od nich mendy klerykalne!

 

Nie mogę określić tego rozdziału inaczej niż perfekcja. Nieważne, że jest pisany, przynajmniej częściowo, w stylu podręcznika do historii, bo jego treść wzbudza naprawdę szeroką gamę silnych emocji. Oczywiście na pewno nie na każdego tak zadziała, ale ja się przy tym bawiłem naprawdę doskonale. Coś pięknego, perełka, bezwzględnie polecam, celujący z dwoma plusami! Takich więcej!

 

Tako rzekę ja.

 

EDIT: A dodam jeszcze, iż ten rozdział tylko potwierdza tezę z majówkomeeta, że wszystkiemu winni są agraryści! Ot co!

  • Upvote 2
Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

Nadszedł czas na rozrachunek Koła Historii

 

Władcy Wiatru od pierwszej do ostatniej sceny jest istnym majstersztykiem. Mimo, iż jest integralną częścią serii, z powodzeniem da sobie radę jako tekst samodzielny. Zwycięzca konkursu "Czarna Śmierć 2020" Zaznaczę tylko, że w tym samym konkursie, mój najlepszy tekst "Czerwona Wstęga" wylądował na drugim miejscu z kolosalną 9 punktową różnicą.


 

Standardowo zaczniemy od skróconej fabuły. Drużyna kuców zmierza do ówczesnej stolicy Equestrii, Everfree. W drodze zostaje napadnięta przez zbójców. Na pomoc przychodzi tajemniczy kuc w masce. Po pojedynku, z drużyny ostał się tylko jeden kuc, który postanawia ruszyć dalej wraz z nowym towarzyszem. Reszty nie spoileruje, przeczytajcie sami. Naprawdę warto.


 

A teraz spojlery i przemyślenia.

 

Gdy drużyna Barona Luco została zaatakowana i niemal doszczętnie wybita przez wrogów, pojawiła się scena, gdzie przy dobrym akompaniamencie muzycznym, nie jeden widz narobiłby w nachy. Wrogowie zabiją kuce jeden po drugim podczas mroku nocy, gdy do ich nozdrzy dolatuje zapach zgnilizny, a uszy wypełnia dźwięk dzwoneczka. Wkrótce widzimy jednorożca w masce, odzianego w szmaty z wyciągniętym mieczem, który dokonuje masakry na oprawcach. Serio, ta jedna scena jest zarazem piękna i mroczna. Motyw ten pasowałby do najmroczniejszych horrorów psychologicznych. Film z taką sceną na pewno zyskałby jakąś nagrodę.


 

Okazuje się, że Baron Luco przeżył i został uratowany przez tajemniczego kuca, który później przedstawił się imieniem Lazar (Ciekawe nawiązanie do Biblijnej opowieści o Łazarzu ;)) Luco był pokiereszowany i nie był w stanie stanąć w szranki w Turnieju Rycerskim. Na sekundanta nie miał co liczyć,  gdyż ten poległ w walce ze zbójami. Baron miał za to łeb do kombinatorki i zaproponował Lazarowi udział w turnieju. Ten zgodził się, ale jest jeden szczegół, Lazar jest w zaawansowanym stadium choroby jaką jest trąd. Już w początkowych scenach możemy zobaczyć z jakim obrzydzeniem traktują go mieszkańcy wsi i jaki ból sprawia choroba. Razem ruszają do miasta Everfree, gdzie nie było jeszcze zamku dwóch Sióstr. Wszak to czasy zamierzchłe. Gdy docierają do bram miasta Luco udaje się do swojego ziomka (mówimy tu o czasach gdy to słowo jest powszechne i adekwatne) zostawiając Lazara w rynsztoku poza murami miasta. What the hay? 

Baron odwiedził Amasadora Ligurii imieniem Ugo, ale zamiast niego w drzwiach pojawiła się Pinkie Pie z krwi i kości... A w zasadzie wesoła klaczka, która jest jest kalką 1:1. Mogę tylko wnioskować, że ta klaczka imieniem Rosa Torto jest pra przodkinią Pinkie Pie. Baron i kupiec kombinują jak przemycić trędowatego na turniej (niby mówią franczyzną, ale czuć polskie kombinatorstwo ;)), w tym samym czasie Rosa upewnia się, że Lazar posili się przed turniejem. W końcu nastał dzień Turnieju. Na trybunach pojawiła się arystokracja z różnych części Dominium Nieśmiertelnych (Więcej o tym w rozdziałach l-VIII) w tym sama Księżniczka Celestia. Lazar w przebraniu i po odpowiednich środkach maskujących, wygrywa potyczkę otwierającą turniej. Wraz z kolejnymi wygranymi ( Polecam te opisy. Dosłownie można je zobaczyć przed oczami) powstaje coraz więcej plotek o tajemniczym Lazarze. Przed samym ćwierćfinałem widownia wytypowała już trzech potencjalnych zwycięzców, Japeza Platinium(z tych Platinium od Rarity?), Vanię i Irę Auranti, który każdego ze swoich przeciwników powalał w pierwszej lub drugiej minucie walki. Ten ostatni jest tematem następnego wątku. 

 

Zacznijmy od tego, iż społeczność Discorowa robi maślane oczy, gdy tylko temat dotyczy Iry. Ira na wspomnianym komunikatorze jest wspominany tak często gęsto, iż jedyny temat, który występuje częściej to biczowanie Ghatora za Obsydiankę. Ale wracając do fika...


 

Gdy nadszedł czas ćwierćfinału, Lazar stanął w szranki z gigantycznym kucem ziemnym, który dysponuje magią Irą Auranti. Walka była zaciekła i kolejne miecze zamieniały się w drzazgi. Wtedy walka została przerwana. Adiutant zauważył krew wyciekającą z nosa kuca ziemnego. Wszak panowała zasada, iż  krew nie może zbrukać areny. Adiutant postanowił sprawdzić też noś Lazara. Po krótkiej rozmowie przerażony Adiutant oznajmia Celestii, że Lazar jest trędowaty. Wśród niebiesko krwistej arystokracja wybuchła panika i oburzenie. Wszak przyprowadzenie Trędowatego na tak szczytną ceremonię, mogło wywołać pandemię na całym Dominium Dwóch Sióstr, a nawet dalej. Baron Luco oznajmił, iż wiedział i chorobie swojego sekundanta i wyjawił też jego prawdziwe imię i pochodzenie. Trędowaty wojownik nazywał się Lazur Platinium i był bliźniaczym bratem zawodnika Japeza Platinium. Podczas gdy na trybunach zgiełk się zagęszczać, Ira, niczym wnerwiona Luna,  przywołał wszystkich (z Celestią włącznie) przywołał do porządku, wygłaszając mowę, iż każdy, kto jest w stanie stanąć w szranki z Irą, jest godny Turnieju. Celestia zdecydowała, iż Lazur może kontynuować walkę i bitwa została wznowiona. Lazur wygrał męczący pojedynek tylko dlatego, że Ira popełnił błąd, łamiąc ostatnie ostrze. Bardzo mi się podoba okrzyk wojenny Iry, rodem wyciągnięty z finałowej bitwy pierwszego Kung Fu Pandy :) Pasuje tu idealnie.

 

Kolejny pojedynek Lazara zapewnił nam rozstrzygnięcie sporu między terytorium Ligurii (pod tym sztandarem walczył Lazur) a terytorium Altiny. Zaś ostatni pojedynek i zarazem walka finałowa to starcie dwóch braci Platinum. Obaj padli, lecz zwycięstwo przypisali Japezowi i tu kolejne zaskoczenie. Japez też cierpi z powodu trądu, ale w znacznie mniejszym stopniu. No właśnie...

 

Turniej to nie wszystko. Podczas walk, doświadczamy też wylewu żółci seniora Platinum i szczegółowo poznajemy historię jego synów. Okazuje się, że Lazur był prawowitym dziedzicem Platinum, lecz z powodu choroby został odesłany do umieralni i stał się martwy dla świata. Okazuje się, że w ucieczce pomógł mu Japez (czy to połączenie słów Jaspis i Topaz?) Lazur powraca do świata żywych za sprawą Barona Lugurii. Tu też konkluzja co do imienia Lazar(Łazarz po naszemu) 

 

Verlax doskonale poruszył tu wątek choroby i wpływu zachowań kuców na jej przebieg Lazar odrzucany przez społeczeństwo był chodzącym trupem, podczas gdy Japez ukrywał chorobę i otrzymywał pełną pomoc medyczną od Gryfa. W tym drugim przypadku choroba doskwiera o wiele łagodniej. Niestety w naszym świecie dzieje się tak samo. Ludzie chorzy często są odrzucani przez społeczeństwo i ich stan się pogarsza, a oni marzą o spotkaniu ze śmiercią.  A powinniśmy dbać o takich ludzi i dać im szansę na  życie na łonie społeczeństwa. Świat będzie wtedy trochę mniej ponury.


 

Kreacja Postaci.

 

Zacznę od Rosy Toret. Fakt, iż wyglądem I zachowaniem przypomina Pinkie Pie nie jest przypadkowy. Pozwala to na dodanie wątku komediowego i daję odrobinę radości na tle szarego społeczeństwa.

 

Baron Luca. Tutaj widać ewolucję postaci. Zaczynamy od gościa, który za wszelką cenę chce pokonać reprezenta Altiny. W miarę upływu czasu coraz bardziej przekonuje się do Lazara i w końcu mimo jego choroby nie wstydzi się go przytulić.

 

Senior Rodu Platinum. Nie mogę o nim powiedzieć dobrego słowa. Kłamliwa gnida i tyle. Wszędzie widzi spiski przeciwko sobie i każe synowi grać nieczysto. Dowiadujemy się, że nakazał Japezowi zabicie Lazara w finałowej walce, ten jednak odmówił.

 

Japez i Lazur. Bliźnięta, którzy zostali rozdzieleni, lecz mimo to nie zapomnieli o sobie nawzajem i mimo rozłąki łączyła ich pewna niewytłumaczalna więź emocjonalna. 

 

Celestia. Generalnie nie wtrącała się do walk, gdyż nie chciała bezpośrednio wpływać na ich przebieg. Ale na miłość boską, wykryła, że Japez użył zakazanych technik i mimo to nie zdyskwalifikowała go. Z tego samego powodu nie zdyskwalifikowała Lazara. Cieszy fakt, że odpowiednio ukarała seniora Platinium za nieczystą grę i ukrywanie choroby Japeza.

Czyżby Celestia nie zacytowała czasem Aslana z książki Pana Lewisa?

 

Ira Auranti. Wszystko, co o nim słyszałem przed lekturą okazało się prawdą. Chad nad chady z honorową postawą.

 

Błędy, jeśli nawet jakieś były, człowiek tak skupia się na historii, że nawet nie jest w stanie ich dostrzec.

 

Ogólnie opowiadanie czyta się z zapartym tchem. Można wręcz zobaczyć sceny przed własnymi oczyma i można usłyszeć treści wypowiadane przez bohaterów. Można zatopić się w licznych intrygach i sporach. Jest to jednoczesne odwzorowanie zachowań ludzkich, jakie możemy spotkać w naszym świecie Można też odnaleźć morał w tej historii. Nie należy odrzucać nikogo, gdyż każdy z nas jest częścią Wielkiego Planu. Dla mnie jest to najlepsze polskie opowiadanie fandomowe jakie tylko miałem okazję przeczytać. Emocje jakie wywołała lektura, towarzyszą mi po dziś dzień. Fakt, iż mogę napisać Spin off do tego dzieła, jest dla mnie zaszczytem.

 

Ogólna ocena Zacne/10 :)

  • Upvote 2
Link to comment
Share on other sites

Najwyższy czas powrócić do „Koła Historii”, kontynuując lekturę od części drugiej opowiadania, „Pax Imperios Immortales”, składający się póki co z trzech rozdziałów, które chciałbym teraz skomentować. Poprzednie rozdziały przedstawiały nam sylwetki kolejnych Nieśmiertelnych, przybliżając nie tylko historię ich zstąpienia, ale także oferując kronikę rzeczy, które działy się „wokół nich”, dając pojęcie o kontekście historycznym, czym charakteryzuje się każdy z nich, co ma „za uszami” i jak to wszystko wpłynęło na kształtowanie się ich dominium oraz ras skupionych w ramach tychże. Oczywiście nie mogło zabraknąć okien na teraźniejszość, w postaci np. audycji radiowych czy też wykładów, wysyłając sygnał czytelnikom, że historia ta ma swój początek, lecz nie posiada końca, trwa nadal, przynosząc zmiany, które mogą w ostatniej chwili zmienić postrzeganie tego, o czym właśnie przeczytaliśmy. W jednej chwili Nieśmiertelni są tajemniczymi, wszechpotężnymi istotami przed którymi trzeba czuć respekt, a drugiej zaś są przedmiotem rozważań kolejnego wykładu na uczelni, tak po prostu.

 

„Pax Imperios Immortales” kontynuuje tę konwencję, nie tylko od czasu do czasu podrzucając nam coś współczesnego (raz mamy nawet zwykłą interakcję między postaciami, przypominającą coś wyjętego z typowego opowiadania, nie stylizowanego na podręcznik historii), ale koncentrując każdy rozdział wokół określonych rzeczy. Spoko poprzednim razem byli to Nieśmiertelni, co przygotował dla nas autor tym razem, zapytacie?

 

 

Rozdział szósty, „Vae Victis”, określiłbym mianem rozdziału geograficzno-społecznego. Jest to jednocześnie ten rozdział, który przed napisaniem niniejszego komentarza przeczytałem wielokrotnie, bo tak mnie się spodobał :D Mówiąc o geografii, mam na myśli to, iż w rozdziale znajdziemy szczegółowe opisy trzech konkretnych lokacji, wraz z ich historią dowiemy się również o innych miejscowościach, które także możemy odnaleźć na załączonej do fanfika mapie. W trakcie czytania często przeskakiwałem do karty, w której miałem otwartą mapę, by odszukać tam poszczególne lokacje i wyobrazić sobie w jakiś sposób to, o czym traktuje rozdział. Jest to mała rzecz, ale mnie osobiście cieszy i jeżeli mam taką możliwość, to z niej korzystam. Społeczne, tak to nazwijmy, oblicze rozdziału oznacza, że autor nie pominął mieszkańców tychże oryginalnych lokacji, ukazując nam ich zróżnicowanie, strukturę społeczną i wiele innych.

 

Tak dowiadujemy się o mieście o dźwięcznej nazwie Kasabranga, przywołującej na myśl położoną w Maroko Casablancę, co może trącić troszkę zbyt daleko idącą inspiracją, zakrawająca nawet o „przerabianie” nazw autentycznych miast, ale bądźmy szczerzy – oglądając mapę nie da się nie zauważyć inspiracji Europą, patrząc chociażby na kształt kontynentu, więc nie ma co się na autora gniewać, skoro wysyła nam taki właśnie sygnał ;) Jeżeli ktoś jeszcze ma pretensje, to może pora przeczytać zawarte w pierwszym wątku informacje dotyczące struktury fanfika oraz tego, skąd się wzięły te inspiracje.

 

W każdym razie, historia Kasabrangi wydała mnie się najciekawsza i najbogatsza, spodobał mnie się koncept największego na świecie rasowego i kulturowego tygla. Choć są to czasy wiecznego pokoju, za powstaniem Kasabrangi stoi jednak pewien konflikt. Chyba najbardziej intrygującym mnie szczegółem jest pytanie, dlaczego ci Nieśmiertelni pozwolili Kasabrandze istnieć, skoro mieli interes w tym, by było inaczej. Wymienione w tej części rozdziału teorie to główny powód, dla którego oceniam ten wątek jako najciekawszy. Jest to proste, ale na swój sposób błyskotliwe, ma sens i w sumie mogłoby tak być. Jednocześnie, są to teorie, które z czasem mogą ulec weryfikacji, co pozostawia pewne ziarno niepewności, czy przez cały czas chodzić o coś innego, o czym wiedzą tylko Nieśmiertelni, a może pewnego dnia stanie się coś, co zmieni ów stan rzeczy. Historia bowiem swojego końca nie ma, może kiedyś, kiedy nadejdzie nowa współczesność, ktoś zabierze się za pisanie nowego, aktualnego podręcznika, który nam to opisze.

 

Autor pospieszył także ze szczegółami dotyczącymi organizacji politycznej Kasabrangi, także w kontekście tego, co mogą zrobić Nieśmiertelni. Aurę tajemniczości potęguje ostatnie zdanie mówiące o żniwach i chyba trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie fragmentu.

 

Drugą główną lokacją rozdziału jest przeklęte miasto Vell, którego koncept może wydawać się świeży, acz tylko jeśli nie pamięta się Fortecy z „Heroes V”, które także szło „w ziemię”, acz opisy w fanfiku wskazują na coś kompletnie innego wizualnie, niemniej takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy dowiedziałem się, że przestrzeń miasta, to „kółeczko”, które widać na mapie, jest ograniczona w szerokości, a nie wysokości, toteż można bez problemu „zejść” niżej i tam szukać przestrzeni życiowej. W odróżnieniu od Kasabrangi, Vell nie wydaje się, delikatnie mówiąc, atrakcyjnym miejscem do mieszkania, jest to lokalizacja dosyć surowa, co opis zamieszkującej jej rasy – szczuroałków – sprzedaje czytelnikowi bezbłędnie. Tu nie ma więzi, nie ma rodzin, nie ma sentymentów, niespecjalnie można mówić o jakiejkolwiek organizacji życia społecznego czy zarządzaniu – liczy się siła i jeśli ktoś ją ma, to przeżyje. I już. Fascynującym aspektem Vell wydaje mnie się fakt, iż wraz z „dobudowaniem” miasta pod ziemią, odkryto różne złoża, co przyniosło z czasem dalej idący rozwój oraz różne wynalazki, nie wspominając o tym, że szczurołaki zaczęły wymieniać ze światem zewnętrznym różne towary, co stwarza słabe wrażenie, jakby istoty te... ewoluowały? Stawały się czymś więcej? Na tyle, by może ktoś, kiedyś, nazwał je istotami rozumnymi?

 

Autor nie przepuszcza żadnej okazji na światotworzenie i przy Vell dowiemy się co charakteryzuje istoty rozumne – quad ratio – i czym się one odróżniają od zwierząt – animalis – i dlaczego szczurołaki właśnie, jako istoty rozumne sklasyfikowane nie są. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale, oczywiście zapraszając do lektury, ogólnie chodzi o to, że istnieje zestaw trzech warunków, które trzeba spełniać jednocześnie, by zostać uznanym za istotę rozumną. Co to takiego? Odpowiedzi szukajcie w tekście.

 

Ostatnią główną lokacją, o jakiej wspomina autor w „Vae Victis”, jest mrożone pustkowie, czyli widoczny na mapce Nordoyer, jak się okazuje nie taki całkowicie niezamieszkały z uwagi na plemiona niedźwiedzi polarnych i pingwinów...

 

Cytat

„Wreszcie, najbardziej problematycznym przypadkiem terytorium niezaludnionego był Nordøyer (...)”

 

Problematyczne może się wydawać przemykające gdzieniegdzie słownictwo wskazujące na społeczności ludzkie i też sugerujące, że przedmiotem treści są ci właśnie. Skoro jednak udało się wymyślić „ratiopologię” i „vellizm”, może pora zastanowić się nad nowym określeniem, czymś bardziej... inkluzywnym, a przynajmniej nie wskazującym na istoty ludzkie? Może spróbować poszukać jakiegoś słowa w jakimś języku, pokombinować? „Terytorium nieinhabitowane” od „inhabit”/ „inhabitants”?

 

Po namyśle... matko, jak to lipnie brzmi :facehoof: Nie, chyba nie ma co się bawić w słowotwórstwo. Znaczy można, pod warunkiem, że jest się kompetentnym w tej materii. Ja niestety taki nie jestem.

 

Ewentualnie posiłkować się zamiennikami. Mówić o terytorium „niezamieszkałym”, „nieskolonizowanym”, „zdepopulowanym”... nie wiem, może jestem drobiazgowy, ale to zawsze zwraca moją uwagę. Nie odziera to fanfika z jego fantastycznej otoczki, ale próbuje to zrobić.

 

Tak czy inaczej, kolonizacja Nordoyer w końcu następuje, pociągając za sobą kolejne problemy, a te dalej idące konsekwencje, o których jednak czyta się bardzo szybko. Fragment poświęcony Nordoyer jest najkrótszym ze wszystkim i w sumie o nim najtrudniej mi się pisało. Ale na pewno warto, po prostu rzecz o Kasabrandze i Vell zrobiła na mnie tak dobre wrażenie, że ten skromny fragment o Nordoyer pozostawia pewien niedosyt. Co do zakończenia rozdziału, nadal trudno mnie się oprzeć wrażeniu, że zostało ono napisane troszkę... na doczepkę? Nie za bardzo rozumiem skąd te pomysł. Ale to chyba ciekawe, zobaczyć interakcje kucyka z niedźwiedziem, rzucić okiem jak funkcjonuje to, o czym tyle się czyta, no i jest to jakieś podsumowanie rozdziału, wskazanie jak to się wszystko od siebie różni... A skoro są różne zdania, to z czasem pewnie powstaną podziały. A skoro podziały, to istoty zaczną zadawać pytania, wykazywać to, co im pasuje, co z czasem pewnie w końcu doprowadzi do tego, że ujrzą skazy w swojej religii, systemie wartości, moralności, nabiorą wątpliwości. Ale i tak najlepiej z tego zapamiętałem to, że niedźwiedź podnosi łapę :D

 

 

„Grzech Supremacji” z kolei, jest rozdziałem w całości poświęconym gryfom. Chociaż okazał się on ciekawy, dotknął wielu, naprawdę wielu aspektów tej rasy, to jednak była to dla mnie dosyć ciężka lektura, zapewne przez natłok informacji, no i przez to, że skoro wszystko krąży wokół gryfów, no to nie można mówić o tak dużym zróżnicowaniu, co przy „Vae Victis”, gdzie np. widziałem na mapie, wyobrażałem sobie te lokacje. Przy „Grzechu Supremacji” widzę gryfa. I kosmos. Właściwie, wszystkie te rozdziały są na swój sposób trudne, bo i zostały napisane w bardzo specyficzny sposób i naprawdę niewiele jest takiej fanfikcji u nas, na forum, ale tym razem było inaczej. W każdym razie, autor, opisując nam swoją wizję gryfiej rasy, funkcjonującej w uniwersum „Koła Historii”, wniknął w szczegóły tak głęboko, że chyba nawet pokuszę się o stwierdzenie, że napisał niemalże o wszystkim.

 

Bardzo imponujące jest to, jak gęsto rozdział usłany jest drobnymi rzeczami, detalami, genialnymi w swojej prostocie, a niosącymi za sobą niemałe znaczenie w kontekście tajemnic, jakimi okryte jest pochodzenie gryfów. Jednocześnie rozdział ten był niezwykle satysfakcjonujący. Co mam przez to na myśli? Ano to, że dowiadując się kolejnych rzeczy o tejże jakże zacnej rasie, nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest na swoim miejscu, wszystko to ma znaczenie i współgra ze sobą, poszczególne aspekty wydawały mnie się przemyślane co do najdrobniejszego szczegółu, co wszystko razem składa się na konsekwentną, wyrazistą kreację, która imponuje od początku do końca, dając przy tym ogromne możliwości. W skrócie – jest to pełen przeróżnych informacji i loru rozdział, cholernie ciekawy, piekielnie wciągający, ale jednocześnie trudny w odbiorze, inspirujący do pisania. Na co chwilowo powinienem uważać, bo już mam za dużo planów naraz, ale zobaczymy co przyniesie przyszłość :D I wolne sloty na pomysły oraz hipotetyczne fanfiki.

 

Po całym „Kole Historii” widać, że autor uwielbia historię, socjologię, dyplomację, stosunki międzynarodowe, politykę, a przy tym pozostaje wierny swojemu poglądowi, iż światotworzenie winno mieć pierwszeństwo nad wszystkim innym, gdyż dobrze zbudowany, opisany świat, który funkcjonuje wedle ściśle określonych, zdeterminowanych historią zasad, to podstawa. Światotworzenie jest głównym atutem serii, co widać także przy zwykłych opowiadaniach, osadzonych w tychże realiach. Po samym „Grzechu Supremacji” widać natomiast, że poza tym wszystkim, autor uwielbia, jako istoty, gryfy, stąd postanowił dedykować im cały rozdział, w kompetentny sposób czyniąc z nich rasę, przed którą trzeba mieć respekt. Ktoś mógłby odnieść wrażenie, że to faworyzowanie, ale wystarczy zagłębić się w lekturę, by przekonać się, że jest inaczej. Oczywiście, gryfy wydają się być nadistotami i rozdział daje nam mnóstwo argumentów, by w to uwierzyć, jednakże autor wiedział, że musi twardo stąpać po ziemi, jeśli chce, by wyszło to wiarygodnie, toteż zaprezentował nam szereg – nie jest to najlepsze określenie, ale trudno – słabych punktów, które przesądziły o tym, że np. pod względem demografii gryfy nie mają podejścia do innych, dużo liczniejszych ras, wytłumaczone zostało także dlaczego gryfy nie potrzebowały tworzyć na stałe struktur państwowych, został też opisany cykl tworzenia się takich... „tymczasowych” struktur, opartych silnie na wodzostwie gryfiego wodza.

 

Jak już wielokrotnie podkreślałem, wszystko to jest ciekawe, wiarygodnie, opisane detalicznie i wytłumaczone w taki sposób, że człowiek odczuwa satysfakcję z tego, co czyta, zaś gryfy, mimo rażącej supremacji, nie są taką oczywistą opcją, jeśli spytać przeciętnego czytelnika: „Gdybyś trafił do Koła Historii, to kim chciałbyś być?”

To znaczy, po co być gryfem, skoro można być Irą Auranti? :D

 

Ale żebyście nie myśleli, że wszystko zostało nam podane na srebrnej tacy ;) Nie wszystko w materii gryfich spraw jest takie oczywiste. Największą zagadką jest pochodzenie tychże istot oraz to, dokąd mogą iść po śmierci. O wierze, religii oraz duchowości jest odrębny rozdział (do którego niebawem przejdę), koncept życia po śmierci jak najbardziej jest tu obecny. Niemniej, wydaje się, że gryfy nie pochodzą z tego świata (w sensie, z tej planety) i nie wiadomo dokąd idą po śmierci, o ile w ogóle. Bardzo, ale to bardzo spodobał mnie się koncept, jakoby gryfia dusza po śmierci zostawała wśród żywych. Intrygujące wydaje się to, że o ile za życia gryfy są w zasadzie dość samowystarczalne i w sumie nie zachodziła u nich potrzeba tworzenia na stałe struktur państwowych, o czym wspominałem wcześniej, o tyle wizja zasłużenia na coś na kształt zaświatów jest u nich kolektywna. Stąd, jeżeli już, po śmierci trafią do nich wszystkie, albo nie trafi tam żaden. A póki co, na grzbiecie żywego osobnika czuje się oddech kilkunastu, kilkudzisięciu, może kilkuset przodków. Bo przecież pozostali wśród żywych i widzą dalszy bieg historii. Pomysł ten to wręcz coś poetyckiego i bardzo mnie się spodobało :D

 

Odnośnie pochodzenia gryfów, moje domysły są już znane. Założyłem, że być może pierwsze gryfy przybyły do tego świata przez portale, a może spadły z nieba, nie dosłownie, ale np. w jakiejś kapsule czy czymś podobnym, co sugerowałoby istnienie gdzieś daleko zaawansowanej technologii. Ewentualnie, skoro nauka determinuje, że gryfy fizycznie nie powinny być w stanie latać, a jednak latają, to może faktycznie Kairos zadziałał tu swoją mocą (skoro innym razem przemienił sobie różne istoty w szczurołaki) i co z tego, że pod kątem biologii jest to niemożliwe? Teraz jest. A skoro tak, to może i ma coś wspólnego z pojawieniem się gryfów w tym świecie?

 

Ale teza, jakoby gryfy mogły korzystać z magii i potrafią latać, bo wierzą, że tak jest, to też miodny koncept. Czy gdyby zaczęły wystarczająco mocno wierzyć w inne rzeczy, czy to też mogłoby się ziścić? Ano właśnie – jak ostatnim razem dowiedzieliśmy się jak w tym świecie wygląda klasyfikacja istot rozumnych, jakie cechy muszą spełniać, by nie zostać zwierzętami, tak tutaj autor uchyla rąbka tajemnicy jak wyglądają u niego podstawy systemu magii. Co jeszcze? Erynizm. W sumie, dobry temat na dyskusję, zważywszy na księgospalenie dokonane przez Lunę, co było próbą uwolnienia gryfów od tegoż systemu, zważywszy na dzieje opisane w ramach „Krągu Śmierci”, można rozważać, czy stało się dobrze czy źle. Chociaż palenie ksiąg, samo w sobie, zasługuje na potępienie. Luna STAHP:luna3:

 

 

To pozostawia nam „Ideę i Wiarę”, co wydaje się naturalną progresją w ramach „Pax Imperios Immortales”. Autor po drodze zostawiał nam przedsmak tego, że w końcu zabierze się za przybliżenie nam poszczególnych religii, abstrahując jednak czym się one różnią od kultu, czy wierzeń, skupiając się na ich podstawach oraz na tym, jak wpływają one na poszczególne społeczności i jakie są ich związki ze strukturami władzy. Wszakże religie mają to do siebie, że są dogmatyczne, a ich instytucje są hierarchiczne, a skoro jest hierarchia, no to musi być jakaś forma władzy. Tak na mój rozum.

 

Tylko czemu wyłączone jest sugerowanie?

 

Cytat

„ Pomijając jednak samo „bogactwo” wewnętrzne tych wierzeń, można zauważyć szereg zmian zachodzących na przestrzeni wieków, a dotyczących instytucji religijnychoraz wpływu na sprawy państwowe.”

 

Może sugerowanie się pokaże, gdy wystarczająco mocno uwierzę w to, że jest włączone ;)

 

Tak czy inaczej, poszlaki już były, autor wysyłał nam sygnały i zapowiedzi. Scenka końcowa w „Vae Victis”, której znaczenie wówczas średnio ogarniałem, czy mit rasowy gryfów oraz wprowadzenie do erynizmu, także dotykanie tematyki aitokratii, to wszystko już było, a teraz nareszcie dowiemy się więcej. I rzeczywiście, był to całkiem ciekawy rozdział i chyba z tych trzech napisany najlżej. To znaczy, o ile „Grzech Supremacji” okazał się lekturą trudną, o tyle „Idea i Wiara” była całkiem łatwa w odbiorze, czytało się ją też zaskakująco sprawnie. Myślę, że jest to sprawka podziału rozdziału na krótkie segmenty. I tak, mamy segment poświęcony aitokratii, Kultu Harmonii, fragment o Arahiźmie, czyli Kulcie Wiecznej Drogi, ale będzie także sporo o tym, jak poszczególne wierzenia, organizacje religijne czy struktury kościelne mają się do gospodarki i ekonomii. Ale co w tym wszystkim jest wspólne? Chęć władzy? Pewnie tak. Ja mam jednak na myśli Chór Cieni, czyli życie pozagrobowe, rozważania o śmierci oraz o tym, co się dzieje z osobnikiem po tym, jak wyzionie ducha. Coś, co jest istotne zarówno z punktu widzenia jednostki, określonej religii, władzy, no i ekonomii. I – jak zazwyczaj – bywa z tym różnie. Jeżeli jakaś religia, system wartości czy organizacja, wydostają się poza określone granice, mogą zostać różnie zinterpretowane w zależności od społeczności. A także w zależności od tego, na czyje dominium zabrną. Podobnie, w zależności od tego, z czyjego punktu widzenia na to spojrzymy, wizje życia po śmierci różnią się, a pewne jest tylko to, że coś takiego jest. I tyle. W tym wszystkim są gdzieś Nieśmiertelni, którzy z jakichś powodów na to pozwalają, mało tego, podobno mają brać udział w sądzie nad jednostką po jej śmierci... i podobno obranie swojego ulubionego Nieśmiertelnego może zwiększyć szanse na pożądane rezultaty. Dlaczego? Gdyż, z tego, co zrozumiałem, Nieśmiertelni mają swoje katalogi znienawidzonych grzechów i grzechów takich, które uchodzą według nich za lekkie, a to znaczy, że dobierając sobie patrona, można było wkraść się w jego łaski i liczyć na obronę. OK, to akurat średnio kupuję. Chyba, że ci Nieśmiertelni mogą jednocześnie być i w świecie realnym, by wpływać na/ obserwować losy śmiertelników, i w zaświatach, by zmarłych bronić... jeśli mają taką ochotę. W sumie, skoro ich moc wykracza poza granice poznania, są oni wszechmocni, to może faktycznie potrafią być jednocześnie i tu, i tu?

 

Z drugiej strony, skoro jest Wielki Plan, czy to znaczy, że losy śmiertelników po tym, jak rozstają się z życiem, i tak są z góry przesądzone? Że ta obrona ze strony Nieśmiertelnych to żadna obrona, tylko fasada, bo Wielki Plan już wszystko wcześniej zdeterminował? Skoro najwyraźniej są w tym koncepty cnót i grzechów, czy w takim razie czyny śmiertelników rzeczywiście są ich własnymi? Czy to wolna wolna, a może kolejne złudzenie wynikające z Wielkiego Planu? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. I bardzo dobrze :D „Chór Cieni”, jako segment, bardzo mnie się spodobał i wydał się – znowu – intrygujący i inspirujący. 

 

Z innych rzeczy, był fragment o zebrach, który jest moim drugim ulubionym w ramach tego rozdziału. Koncepcja wiecznej wędrówki podziałała mi na wyobraźnię, a na motyw z dwoma sypialniami uśmiechnąłem się pod nosem, gdyż to elegancki wytrych. Jak pozostać wiernym i się przy tym nie napocić ;) Arabskie zebry? Czemu nie? 

W sumie, powracając jeszcze na moment do roli Nieśmiertelnych w sądach nad duszami zmarłych, to, że śmiertelnicy szukają właśnie takich wytrychów, sposobów, by mimo swoich grzechów, których przecież muszą być świadomi, dobierając sobie patrona, zapewnić dla siebie łaskę i pójcie do raju, nakazuje mi sądzić, że jednak nie traktują tych religii zbyt poważnie i szukają wszelakich... glitchy, coby się wycwanić i uniknąć potępienia.

 

Czyli mamy pociągnięcie dalej wątku z końcówki „Vae Victis”. Jednak nie poszło to tak głęboko, jak zakładałem. Najpierw zainteresowani dostrzegli dziury w swojej religii. A teraz po prostu zaczynają je wykorzystywać dla korzyści, na wypadek gdyby faktycznie, po śmierci było... coś. Super – można być ateistą, nie wierzyć, ale ostatecznie wziąć sobie na patrona Kairosa i jeżeli jednak coś po śmierci jest, no to jeszcze można wygrać raj :D Magia.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłem uwagę, przy fragmencie wykładowym. Może to tylko ja, ale zastanawia mnie wydźwięk wypowiedzi prowadzącego. Szczególnie w porównaniu z poprzednim, zawartym w „Grzechu Supremacji” wykładem. To znaczy, wiem, że to nie ci sami wykładowcy, ale:

 

Cytat

„(...) jedynymi nielicznymi ostojami starego porządku były ufortyfikowane miasta, które przeżyły najazdy gryfów oraz innych barbarzyńców ze wschodu.”

 

Oraz innych barbarzyńców. Zupełnie jakby gość nie przejmował się tym, że na sali może być gryf, który mógłby poczuć się urażony. Czyżby stosunek do gryfów uległ zmianie? Przy poprzednim wykładzie w sumie trudno to było wyczuć, ale tam prowadząca miała świadomość tego, że w gronie studentów mógł znajdować się taki osobnik, stąd zachowywała pewien dystans. A tutaj? Jakby prowadzący był pewien, że w pobliżu nie będzie żadnego gryfa. Ciekawe, że w tekście przewija się porównanie do programu komputerowego i wspomniany jest crossfit. Może ten wykład, w stosunku do poprzednich, odbywa się w przyszłości?

 

Jak widać, rozdział ten skłania do przemyśleń i prowokuje do zadawania pytań, kwestionowania, dochodzenia do tego, co chce nam przekazać autor, by spróbować w jakikolwiek sposób przewidzieć, co się może wydarzyć. Jednocześnie ładnie spina wszystkie wątki z poprzednich, przede wszystkim te dotyczące religii, struktur władzy oraz powiązań z ekonomią. Jednocześnie okazał się dosyć przystępny, chociaż uważam, że bez znajomości poprzednich kawałków tekstu, za wiele się z niego nie zrozumie. Dowód na to, że „Koło Historii” powinno być czytane i analizowane jako żywy organizm, jako całość, która wzajemnie czerpie ze swoich składowych, gdzie niemalże wszystko ma szerszy kontekst i nie jest takie jednoznaczne. Jednocześnie, już na tym etapie, wydaje się, że jest to najbardziej rozbudowany fanfik tego typu, a przynajmniej spośród tych, które czytałem/ o których wiem, za co należą się szczere gratulacje, głównie ze względu na ogrom ciężkiej pracy włożonej w pisanie.

 

 

Oczywiście forma, mimo korekty, obarczona jest wieloma niedoskonałościami, co także utrudnia lekturę. Lekturę, która już na starcie jest ciężka i wymagająca, nie jest to opowiadanie dla każdego. Jednakże, przynajmniej przy tych podręcznikowych rozdziałach, z których składają się „Era Nieśmiertelnych” i „Pax Imperios Immortales”, wybaczam to, gdyż ma to być wiarygodnie stylizowane na tekst źródłowy, literaturę fachową. To przede wszystkim zawierać i przekazywać informacje. Czyli... niektóre rzeczy, np. powtórzenia, mogą przejść. Zatem zachowuję tutaj dystans.

 

Najważniejsze, że rozdziały są obszerne, satysfakcjonujące, wnoszą wiele w to uniwersum i dają potężną podstawę dla twórców, poszukujących uniwersum skonstruowanego bardziej na poważnie, czerpiącego z różnych kultur, systemów oraz wydarzeń z naszej historii, dającego możliwości stworzenia czegoś, co będzie nie tylko kolejnym spin-offem, ale istotnym elementem żywego organizmu, a to chyba coś, co cieszy się nieco większym prestiżem ;)

 

„Pax Imperios Immortales” to rzecz godna polecenia i uwagi, zasługująca na wiele podejść, ale jak wspominałem, nie jest to lektura dla każdego. Warto jednak samemu spróbować i zmierzyć się z tym stylem prowadzenia historii. A przy okazji zobaczyć jak można pójść w światotworzenie.

 

 

Pozdrawiam!

  • Upvote 2
Link to comment
Share on other sites

Willensvolk

 

Zdawać by się mogło, że to kolejna rutynowa misja. Wieśniaki płaczą, że ktoś im kradnie trzodę. Winnym czynu ma być smok który przetrwał wojny w Ursuracie. Dzielny zakon rusza na poszukiwanie bestii, zdając sobie sprawę, że to bezcelowe. A jednak...

 

Rycerze doskonale wiedzą, iż znów nie natrafią na ślad bytności smoka. Misję zaliczają jako bezpieczną i zabierają ze sobą nastoletniego ogiera, a jakże  Irę rodu Auranti. Bardzo podoba mi się próżność rycerzy i wpadanie w rutynę. To świetnie odwzorowuje nasze społeczeństwo, zwłaszcza w ostatnich latach. Bezmyślnie biegniemy przez schematy i utarte ścieżki, zamiast pomyśleć nad właściwym rozwiązaniem. Tym razem jednak w tej szarej rutynie pojawia się  zupełnie nowy element, a mianowicie gryf, który wie gdzie smoka można znaleźć. Zanim jednak przejdę dalej, chciałbym wyrazić swój zachwyt wspomnieniem Iry. Teraz już wiemy, dlaczego w "Władcy Wiatru" jest taką anomalią. Wspomnienie jest bardzo dobrze napisane i przede wszystkim przemyślane. Wątek, iż młokos próbuje dokonać czegoś niemożliwego dla kuca ziemnego jest bardzo inspirujący. można wręcz przytoczyć znane polskie porzekadło "Dla chcącego nie ma nic trudnego" 

 

Wracająć do fabuły. Okazuje się, że Gryf też poluje na smoka i zna jego lokacje. Prowadzi ich do jaskini, po czym połowa drużyny rusza do jej wnętrza. Pozostali rycerze osaczają Gryfa, upewniając się, że nie blefował i przygotował zasadzki. W tym czasie owy gryf wyraźnie zauważył potencjał młodego Iry i rozwiązuje się między nimi motywująca rozmowa, traktująca o zależnośći umiejętności i wiary. i wtedy własnie. Pojawia się drużyna z jaskini, a zaraz potem smok który urządził niezłą jadkę zabijająć wszystkim z wyjątkiem Iry i jeszcze jednego kuca. Obaj kopytni próbują uciec przed gadem, jednak ten depcze im po piętach. Dopiero na polanie pojawia się gryf. 

 

Kolejne nawiązanie do "Grzechu Supernacji" i kolejne elementy mitologiczne gryfów. Genialne zrobiona scena pojedynku. Gryf używający swoistego rodzaju magii piorunów moim zdanioem nawołuje tu do wierzeń indian obu ameryk, a zwłaszcza do ptaków. bardzo dobrze jest też napisana fascynacja młodego Iry, który postanawia zostać uczniem gryfa i razem z nim wyrusza w poszukiwaniu samego siebie.

 

Kolejne opowiadanie wykraczające po za skalę świetności. Skoro stworzyłeś lore, gdzie pamiętasz wszelkie zależności, rody, daty nazwy krain i ogólnie całą przedstawioną historię, to jedyne co mogę zrobić to ściągnąć czapkę i ukłonić się nisko. Sam nigdy nie byłem dobry z historii i połowa nazw z całego "Koła Historii" wypadła mi z głowy, ale historia i mitologia gryfów wryła mi się mocno, bardzo mocno.

 

KH jest świetną serią i polecam każdemu.

 

Ps: Verlax, pisz "Ostatni Argument" bo jak nie, to ja napiszę "Kruchość Irydianki" ;)

  • Upvote 2
Link to comment
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
 Share

×
×
  • Create New...