Gandzia

Brony
  • Dodanych treści

    3530
  • Dołączono

  • Ostatnia wizyta

Reputacja społeczności

581 Legenda Forum

Informacje o Gandzia

  • Ranga
    Tańczący z przecinkami
  • Data urodzenia 19.10.1992

Informacje profilowe

  • Płeć
    Ogier
  • Miejsce zamieszkania
    Lublin
  • Zainteresowania
    II Wojna Światowa (i ogólnie militaria), Warhammer 40.000, Star Wars.
  • Coś o sobie
    Po prostu Gandzia. Kiedyś literat, potem korektor, który poprawiał połowę opowiadań na forum. Dzisiaj już mi się nie chce.

    Avatar jest fragmentem arta, jaki otrzymałem od ElMutanto vel Samira Durana (link: http://elmutanto.deviantart.com/art/The-Black-Baron-of-Equestria-490907089)

Kontakt

  • Gadu-Gadu
    45949728

Ostatnie wyświetlenia profilu

6263 wyświetleń profilu
  1. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  2. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  3. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  4. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  5. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  6. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  7. Okej, lecimy dalej. Problemy fabularne wynikające z porwania Twilight, kolejność losowa. Skoro atakowanie Equestrii, o której jeszcze mieli jakieś pojęcie, było ryzykowne, to czemu zaatakowali pierwszy lepszy nieequestriański statek? 1. We śnie Luna ostrzegała ich, że grozi im surowa kara. Stąd należało spodziewać się floty Equestrii. 2. Świat rzeczywisty to nie EU4, tu nie mothballuje się całej floty wojennej, bo zapanował pokój. Jakieś jednostki są cały czas w pogotowiu, choćby do patrolowania wybrzeża. No i najważniejsze - od trzech lat z hakiem na morzach panują piraci, logiczne jest, że każde państwo morskie postawi flotę w stan gotowości. No i nie zapominajmy o wielkiej flocie jeleni, która z jakiegoś nieznanego kucykom powodu wpływa na morze kontrolowane przez Equestrię. 3. I BTW, skoro już Polak-1 i Polak-2 kontaktowali się z Luną, to czemu pogarszali swoją sytuację, udając (?) idiotów, zamiast choćby próbować wyjaśnić sytuację? Nie żeby coś, ale kilka rozdziałów później załoga Żelaznego Orła wykorzystuje radar, by wykrywać flotę Equestrii. Wykorzystanie go do ominięcia jednej, znacznie wolniejszej - przypominam, że ponoć okręt piratów wyciąga 80 węzłów - jednostki, która nawet się nas nie spodziewa, nie powinno być problemem. Co przy okazji rodzi pytanie, jakim cudem flota Equestrii doganiała Orła. Chciałbym zobaczyć artyleryjską bitwę morską z abordażem, gdzie tonie większa część okrętów, ale nikt nie ginie. Aha. I btw, przypominam, że Żelazny Orzeł a) jest szybszy od okrętów jeleni/kucyków, b) ma radar, c) może pływać pod wiatr i zbytnio nie traci przy tym prędkości, d) może po prostu wpłynąć w pierwszy większy sztorm i zgubić pościg. No wybacz, ale na razie nic nie wskazuje na to, byśmy doczekali się odpowiedzi na coraz większe dziury fabularne i słabe rozwiązania. Lol. I btw, myślałem, że argument "nie podoba się, nie czytaj" w wypadku opowiadań po prostu słabych umarł śmiercią naturalną jakieś dziesięć lat temu.
  8. No to mamy problem, bo żaden silnik używany w Armii Czerwonej nie był uniwersalny i nie działał na wszystko. O tym, jak źle kończy się wlewanie benzyny do silnika diesla i na odwrót, przekonało się już wiele kobiet. >bądź kapitanem pirackiego statku >ale uznawaj Equestrię za spoko ziomków i nie chciej zrobić im jkrzywdy >napadnij na equestriański statek dyplomatyczny >porwij ulubienicę księżniczki Celestii i zarazem jedną z księżniczek Equestrii >zostaw świadków tego wydarzenia >w nocy śni ci się Luna i żąda uwolnienia Twalota >nie miej pojęcia, że może cię gonić flota Equestrii >nie próbuj wyjaśnić sprawy >jedyny sensowny sposób na pozbycie się pościgu, jaki potrafisz wymyślić, to zmasakrowanie floty Equestrii >nawet mimo faktu, że masz piórdoloną fregatę z XXI wieku z silnikiem i możesz po prostu próbować uciec im, płynąc pod wiatr W takim razie zapytuję - dlaczego antagoniści poboczni są tak słabi, że równie dobrze mogłoby ich nie być? Nie oceniam samego prologu. Oceniam całość tego, co do tej pory napisałeś, bo nie chce mi się czekać XYZ miesięcy, aż skończysz, by móc ci wypisać, co robisz źle. No i ponad dziesięć rozdziałów to trochę więcej niż wstęp filmu, nie sądzisz? No i dodatkowa sprawa - nie sądzę, by ludziom chciało się przedzierać przez 10+ rozdziałów kichy, aż znajdą jakiś ciekawy element - po prostu ocenią to negatywnie i pójdą gdzie indziej. ... Swoją drogą, ciekawe, że negatywne opinie o niedokończonych fanfikach zwykle spotykają się z odpowiedzią w stylu "najpierw skończę, potem oceń", a pozytywne - wręcz przeciwnie.
  9. Przeczytane. Po przeczytaniu jakże... khem... nietypowego opisu fanfika spodziewałem się typowego opowiadania "pirackiego", z pojedynkami, bitwami morskimi i innymi klasycznymi w tym gatunku motywami. To, co dostałem, to... cóż. Niby właśnie to, tylko pozbawione jakości. Teraz zacznę swój wykład na temat tego, co poszło nie tak. Zanim jednak zaczniemy, praca domowa dla autora (autorów?) – zapoznać się z materiałem poglądowym, by wiedzieć, jak powinno się tworzyć opowieść o piratach. Zalecam dwukrotne obejrzenie Piratów z Karaibów, części 1-3 – za pierwszym razem dla przyjemności, za drugim, by podpatrzeć dobre rozwiązania. Już wróciłeś? Świetnie. Zacznijmy zatem nietypowo, bo od bohaterów. W "Orłach Mórz" mamy dwie postacie główne – Polaka-1 i Polaka-2. Różnią się tym, że jeden jest kapitanem i ma kaftan +40 kg udźwigu – swoją drogą, polecam autorowi, by w ramach eksperymentu pobiegał sobie dzień czy dwa z plecakiem wypchanym czterdziestoma kilogramami czegokolwiek, oczywiście bez zdejmowania tegoż plecaka – a drugi jest jego zastępcą. I... tyle. Jasne, niby mamy parę mniejszych różnic, na przykład jeden teoretycznie nawija gwarą śląską, ale w zasadzie występują one tak rzadko, że po prostu się o nich zapomina. Nawet fakt, że jeden jest bronym, a drugi wręcz przeciwnie, nie ma żadnego przełożenia na fabułę, na dialogi, na stosunek Polaka-1 (?) do księżniczek, po prostu na nic. Na dodatek ci dwaj są OP ścierwami, co to poradzą sobie ze wszystkim. No bo popatrzmy – dwóch mechaników w wieku 20 lat, jakimś cudem okazują się świetnymi nawigatorami, potrafią obsługiwać dowolny rodzaj broni palnej, bez zadyszki biegają z cekaemami w łapach, są świetnymi szermierzami, potrafią kilka dni kopać podkop bez jedzenia i snu, do tego czego nie ugotują, to jest to smaczne... Pokonają każdego, potrafią wygnać Lunę ze snu, no i przede wszystkim są sprytniejsi od każdego mieszkańca Equestrii. Aha, i potrafią przepić każdego. Czytelnik przestaje interesować się ich przygodami, bo wie, że i tak nic im nie grozi. Nie zapominajmy też o załodze Żelaznego Orła. O tych można powiedzieć tyle, że są. Z nimi mamy ten sam problem, co z Polakiem-1 i Polakiem-2, tylko gorzej, bo dostają mniej czasu antenowego. Jedynym wyjątkiem jest Lola, której poświęcono nieco więcej miejsca... tylko po to, by ją zabić. W jednym z pierwszych rozdziałów. Aha. Mamy ich equestriańskich sojuszników. Twilight najwyraźniej zapadła na ciężki przypadek syndromu sztokholmskiego – swoich ludzkich przyjaciół broni niczym niepodległości, i to mimo ich ewidentnej winy, w końcu zatopienie 4/5 eskadry Equestrii, zaatakowanie randomowej jednostki, "bo nas zobaczyli", czy ogólne piracenie to nie są drobne wykroczenia, które skończą się mandatem. Z kolei Celestia i Luna są tu tak nieporadne, że aż dziwię się, jakim cudem panują od tysiąca lat. – Ej, siostra, zróbmy kolonię karną na wyspie! – Dobry pomysł! I otoczymy ją takim diablo wielkim tajfunem! – I ten diablo wielki tajfun będzie cały czas krążył wokół jednego punktu! Każdy marynarz, wybudzony w środku nocy, będzie mógł powiedzieć, gdzie ten diablo wielki tajfun i ta wyspa są! – Super! Zróbmy to! *1000 lat później* – Siostra... – Co? – Zgubiłyśmy wyspę i diablo wielki tajfun. Żaden marynarz nie wie, gdzie są. – ... – Co z tym robimy? – Nic. Wracaj banany jeść. Tę ich nieporadność najbardziej widać w momencie, gdy udało im się uwięzić Polaka-1 i Polaka-2. Zamiast przeszukać ich, zabrać im ubrania, powiesić w klatce gdzieś między chmurami albo walnąć w nich zaklęciem, dawały się ogrywać jak głupie. Prawdę mówiąc, problem rozciąga się na praktycznie wszystkich Equestrian – marynarzy, strażników więziennych, oficerów etc. Czym byłaby opowieść przygodowa bez charakterystycznych villainów? ... Pewnie nadal opowieścią przygodową, ale nie zmienia to faktu, że dobry złoczyńca znacznie poprawia odbiór fanfika (książki, filmu, komiksu, gry, niepotrzebne skreślić). W Piratach z Karaibów 2-3 mieliśmy na przykład Davy'ego Jonesa – przeklętego kapitana Latającego Holendra, który wyciął sobie serce i ukrył je, by nie odczuwać więcej ludzkich emocji. Przy okazji zapewnił sobie nieśmiertelność, bo zabić go można tylko gdy przebije się mu serce. On i jego potworna załoga bez wytchnienia ścigają protagonistów PzK, samym wyglądem wzbudzając strach u bohaterów i respekt u widza. A kto jest villainem "Orłów Mórz"? Jelenie. Czworonogi pływające okrętami, które nie mogą nawet zadrasnąć jednostki dwóch Polaków-bliźniaków i które padają jak muchy. Ba, żadnego jelenia nie poznajemy bliżej, robią tu za złoczyńcę zbiorowego. Pozwólcie, że to podsumuję. PzK – Davy Jones OM – jelenie Davy Jones Jelenie Czy wspomniałem już, że nasz Pan Ośmiornicogłowy potrafi przywołać krakena? W pewnym momencie w "Orłach Mórz" pojawia się drugi złoczyńca – sam... Mefistofeles. Znaczy nie no, szanuję za próbę dodania wątku nadnaturalnego, demona, który swą mocą kontrowałby możliwości Polaka-1 i Polaka-2, niestety, nie wyszło. Złoczyńca pojawia się dosyć późno i bez zapowiedzi, a o jego wcześniejszych wyczynach dowiadujemy się jeszcze później. Ponadto przy całej swojej potędze ma jedną wadę – przepędzić go może... modlitwa. Nie, serio. W horrorze typu "Egzorcysta" może by przeszło, ale w opowiadaniu przygodowym? Na dodatek, poza ostatnim wyczynem, nasz demoniczny kolega niewiele robi. Ot, chwilę pogada, czasem "poza ekranem" zabije kilku randomów, stosując sztuczki rodem z tanich horrorów typu gore, po czym ucieknie, przegnany przez modlitwę albo anioła, który pojawia się jak jakiś Deus es machina. Jak na razie – zmarnowany potencjał. (No i skoro to opowiadanie pirackie, to spodziewam się piekielnego imba galeonu). W zasadzie jedynym godnym uwagi złoczyńcą, co prawda małego kalibru, jest yandere-smoczyca – ale tylko przez to, że główni bohaterowie są Garymi Stu do sześcianu. Każda postać, która samym pojawieniem się wywołuje u nich panikę, ma u mnie plus. Poza nią, brakuje tutaj prawdziwych villainów na tyle potężnych, by stanowić wyzwanie i jednocześnie na tyle słabych, by przeżycie spotkania z nimi nie wymagało interwencji sił wyższych. Cała historia aż prosiła się o, nie wiem, piekielny imba galeon? Złowrogiego admirała... heh... jeleni z IQ większym niż u ziemniaka (czytaj – sprytniejszego niż reszta postaci w uniwersum), potrafiącego wykorzystać przewagę liczebną i znajomość lokalnych wód? Czy choćby króla-polityka, którego ulubionym zajęciem byłoby napuszczanie na siebie wrogów i doprowadzanie do sytuacji, w której zawsze wygrywa? Tyle możliwości... Więc może fabuła jest dobra? Hehe, nie. Fabuła jest dziurawa jak sito. Ot, choćby sprawa statku, którym rozbijają się Polacy-klony. Jednostka zbudowana na zlecenie tajemniczego miliardera w Polsce (czemu akurat tam?), uzbrojona niczym przeciętna korweta (co rodzi dodatkowe problemy, o czym niżej), może być pilotowana przez dwóch dwudziestoletnich mechaników, których stocznia dorzuciła w gratisie zamiast odświeżaczy powietrza, jest wyposażona w broń palną dla całej kompanii, ma żagle, silnik działający na wszystko, magazyny, w których można zmieścić roczny zapas żywności dla przeciętnej afrykańskiej wsi i więcej schowków niż na Sokole Milenium. ... Naprawdę nie widzisz, że w tym opisie coś jest nie tak? Nawet osiągi tej jednostki wzięto z kosmosu. Obecnie tylko najszybsze jednostki morskie osiągają 60 węzłów. Istnieją co prawda plany stworzenia okrętu naddźwiękowego, ale po pierwsze – tylko plany, które traktowałbym raczej jako srogie sci-fi, po drugie zaś – dotyczą one okrętów podwodnych, gdzie teoretycznie jest to możliwe. Natomiast sprawdziłem i faktycznie – w XX wieku zdarzały się uzbrojone statki cywilne, jednak zdarzało się to głównie przed wojnami światowymi i w obu przypadkach było to ograniczone. Przede wszystkim nikt nie budował statków z zamontowanym uzbrojeniem i amunicją, te dodawano później, za wiedzą i zgodą marynarki wojennej. Niekiedy taki statek był dozbrajany do tego stopnia, że stawał się krążownikiem pomocniczym, jednak i te nie dostawały uzbrojenia "fabrycznie" w stoczni. Ponadto obsługę dział stanowili marynarze marynarki wojennej, a o fakcie uzbrojenia – faktycznego lub możliwego – informowano publicznie (taki RMS Lusitania – statek powstał z myślą o możliwym przerobieniu go na krążownik pomocniczy, ale z pomysłu zrezygnowano. Mimo to jeszcze na początku I wojny światowej figurował na liście brytyjskich krążowników pomocniczych). Obecnie nikt normalny nie uzbroi statku w cokolwiek bardziej śmiercionośnego od armatki wodnej, odradza się też uzbrajania załóg w karabiny i pistolety w myśl zasady, że w razie buntu uzbrojony marynarz zabije więcej ludzi niż nieuzbrojony. Zatem – kto i dlaczego kazał zbudować Żelaznego Orła oraz jakim cudem nikt się tego nie czepił? Po co tam załoga licząca 200 osób, skoro tak naprawdę potrzeba kilkudziesięciu? Po co komu żagle, skoro mamy silnik działający na wszystko – i jak działa ten silnik? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi nie ma i pewnie nie będzie. Reszta fabuły też taka jest. Ciągle dostajemy Deus ex Machina i boskie interwencje, bo tak/bo wplątaliśmy bohaterów w sytuację bez wyjścia i imperatyw fabularny musi ich ratować. Dziury fabularne są tu tak powszechne, że bardziej się już chyba nie da. Sceny komediowe miały być zabawne w kreskówkowy sposób, niestety, zamiast śmieszyć, męczą swą głupotą, vide ucieczka z więzienia. No i najważniejsze, o czym już wspomniałem – tak naprawdę bohaterom nigdy nic nie grozi. Swoją drogą, działania bohaterów to też ciężki przypadek – absolutnie nie da się zrozumieć, co nimi kieruje. Znaleźli się w obcym świecie, gdzie pewnie każdy ma w garażu pancernik Yamato, a mięso ludzi jest równie popularne jak u nas skrzydełka z KFC? Spoko, zacznijmy zatapiać i rabować ich statki. Władczynie lokalnego mocarstwa wysłały za nami flotę, bo porwaliśmy ich ulubienicę – z którą się zakumplowaliśmy do tego stopnia, że możemy razem konie kraść? Nie wyjaśniajmy sytuacji, wyrzućmy porwaną gdzieś z dala od cywilizacji i idźmy zatopić ścigającą nas flotę. Takich kretynizmów – bo inaczej tego nazwać nie można – jest tutaj sporo. O wiele za dużo, jak na mój gust. No dobra, to może strona techniczna jest dobra? ... Nie. Strona techniczna kuleje, tak samo jak kulałby facet, któremu odcięto obie nogi. Imię Spike'a było przekręcane chyba na wszystkie możliwe sposoby, to samo z Celestią. Interpunkcja chciała załapać się do fanfika, ale wykupiła bilet na Titanica i nie przeżyła podróży. Stylistyka przypomina momentami pijacki bełkot, a rozmaitych literówek, powtórzeń i innych potknięć jest tu tyle, że można się o nie zabić. Nazwy statków/okrętów zawsze zapisujemy dużymi literami (ORP Grom), gdyż są to nazwy własne – tymczasem w fanfiku ta zasada uwzględniana jest chyba tylko wtedy, gdy ręka autora przypadkiem wcisnęła shift w czasie pisania. No i najważniejsze – dialogi zapisujemy od półpauzy albo pauzy. Nie wiem, kto ci nagadał, że dwa dywizy -- to poprawny zapis dialogowy, ale jak się dowiem, kto był taki mądry, to go śmiechem zabiję. No dobra, to chyba tyle. Fanfik oceniam na... Halo, Gandzia, a zalety? No tak, zalety. Podoba mi się koncepcja fanfika o piratach, jako że w polskim fandomie tego (jeszcze) nie widziałem. Gdyby przysiąść nad nim, zamiast pisać na hurra (na "'ARRR!"?), dopracować wątki, bohaterów i villainów, wyszedłby kawał niezłego opowiadania. Wtedy wybaczyłbym nawet fakt, że protagoniści walczą fregatą z XXI wieku z galeonami rodem z Karaibów, o ile autor zrobiłby wcześniej odpowiedni "risercz" i dorzucił bohaterom kilka innych problemów, jak choćby najbardziej prozaiczny – gdzie znaleźć więcej amunicji? I tenże tego... Jesteś pewien, że chcesz do tego dorzucać wątki religijne w takiej formie, w jakiej są teraz? Z doświadczenia wiem, że z reguły to nie jest najlepszy pomysł. Fanfik oceniam na 1+. W jakiejkolwiek skali, gdzie jedynka jest najgorszą możliwą oceną. Ten plusik za yandere smoczycę.
  10. Zróbcie wywiad z Verlaxem, bo to ciekawy człowiek jest.
  11. No hej. Taka drobna uwaga - na twoim miejscu najpierw załatwiłbym sobie standardowy zespół czepiaczy (prereader+korektor), dowiedział się, czy z fanfikiem przypadkiem nie jest coś nie tak, a potem szukał artysty od okładki. Przeczytałem na szybko to, co nazwałeś rozdziałem I i muszę stwierdzić, że to nawet nie jest prolog. Nie ma opisów, jest jeden dialog ciągnący się przez kilka stron opowiadania i kilka dni in-universe. Przydałoby się poprawić trochę błędów, dać nieco wyjaśnień, informacji na temat chociażby wyglądu postaci etc... W sumie to przydałoby mu się wszystko. Pozdrawiam.
  12. Ja mam pytanie. Od kiedy i dlaczego zmiana sposobu zapisu liczby będącej częścią nazwy własnej z cyfrowego na słowny sprawia, że we wspomnianej nazwie własnej duże litery zostają zastąpione małymi?
  13. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  14. Ten post nie może zostać wyświetlony ponieważ znajduje się na forum chronionym hasłem. Podaj hasło
  15. Ja ostatnio przyłapałem się na tym, że brakuje mi opowiadań politycznych i polityczno-militarnych, szczególnie fantasy. Kiedyś mieliśmy chociażby świetnego "Kanclerza", "Popioły Equestrii", "Wiedźmę" i pewnie parę innych, których tytułów nie pamiętam. Obecnie w fanfikach trudno o politykę i spiski (pomijając Verlaxa i "Krwawe Słońce"), a jak pojawia się jakiś konflikt, to w większości przypadków toczony jest za pomocą środków rodem z dwudziestego wieku. Praktycznie nie istnieją u nas kryminały i horrory, w sumie nie wiem czemu. Nie sądzę, by skupianie się na popularnych gatunkach miało sens - w ten sposób będziemy mieli przesyt randomowych komedyjek na dziesięć stron i kolejnych opowiadań drugowojennych, a ile można pisać tego samego?