Skocz do zawartości

Jakie filmy ostatnio oglądaliście?


Blue Sparkle

Recommended Posts

The Emoji Movie (Emotki)

 

Obejrzałem ten film z ciekawości. Ciekawiło mnie czy faktycznie zasługuje na tak niskie oceny. Odpowiedź: tak, zasługuje. Emotki to zdecydowanie najgorsza animacja jaką kiedykolwiek widziałem. Fabuła jest idiotyczna, pełna absurdów i nudna, a zakończenie bez sensu. Nie wiedziałem, że po przerwaniu procesu resetowania telefonu jakaś apka pozostanie bez zmian. Na chłopski rozum wszystko powinno się posypać. Ja rozumiem, to tylko bajka, ale są jakieś granice. 

 

Humor to dno (no chyba, że bawią kogoś żarty o kupie), uśmiechnąłem się jakieś trzy razy (uśmiechnąłem, nie zaśmiałem). Jedyną fajną sceną jest scena z tańcem, ale to zasługa muzyki. Żadne osiągnięcie. Ten chłam w ogóle nie angażuje widza. Ale prawda jest taka, że jak historia emotki "meh" podróżującej przez aplikacje ma wciągnąć? Sony chciało zrobić miks "Ralpha Demolki" oraz "W głowie się nie mieści". Nie wyszło. Film o ikonkach nie miał prawa się udać. Sony może i na nim zarobi, ale trudno będzie odbudować zaufanie widza. 

 

Ocena: 1/10 (za scenę taneczną)

Edytowano przez Triste Cordis
  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Swego czasu ukończyłem jedną z odsłon Kingdom Hearts. Dla przypomnienia. To gra jRPG, której akcja rozgrywa się w światach bajek Disney'a. Jednym z nich jest statek kosmiczny z Lilo i Stitch. Obejrzałem ten film z ciekawości i nie żałuję. 

 

Lilo i Stitch

Mówiąc krótko, ten film to jedna z lepszych animacji Disney'a. Fabuła jest bardzo ciekawa. Gdzieś na Hawajach mieszka sobie Lilo, mała dziewczynka, która nie radzi sobie po stracie rodziców (non stop wpada w tarapaty). Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z dziwacznym stworkiem. Okazuje się, że to kosmita, który powstał w laboratorium, a jego jedynym przeznaczeniem miało być zniszczenie. W pościg za "bestią" rusza jego stwórca oraz jednooki "ekolog", który chce chronić komary przed wyginięciem :drurrp:.   

 

Bohaterów nie da się nie polubić. Stitch to mały wariat, który wie, że musi udawać pupila Lilo. Oczywiście z czasem ją polubi. Lilo nie boi się dać w nos "koleżance", i w ogóle tego nie żałuje. Ogromną zaletą tej animacji jest klimat. Autorzy postawili na Elvisa Presleya, którego utwory pasują idealnie. Kolejny plus to "hawajskie" piosenki, których nie dubbingowano. Swoją drogą dubbing w Lilo i Stitch jest rewelacyjny. Pisze to ktoś, kto za nim nie przepada. Głosy są naturalne, dobrze dobrane i świetnie zagrane. Humor? Nie będę się rozpisywać - pierwsza klasa. 

 

Ocena: 10/10 (nie chcę czepiać się na siłę)

POLECAM! 

  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Niedawno miałem okazję ponownie po kilku latach obejrzeć film Opowieści na dobranoc

 

Historia do wybitnych nie należy, zdarzają się jej dziwne momenty, jednak jest spójna, w miarę logiczna i ciężko jest się w niej pogubić. Postaci też są dobre. Każdą definiuje co prawda jedna cecha, w porywach dwie lub trzy, ale każda ma jakiś swój charakter. No i na plus nie ma tu czarnego charakteru. Są bohaterowie, którzy są kreowani na złych, jednak nie jest to przesadzone dzięki czemu każdy jest bardzo ludzki. No i jest jedyna w swoim rodzaju świnka morska. Kompletni nie istotna dla fabuły, ale wprowadzająca wiele humoru

 

Ale ok, o czym ten film jest? Otóż Skeeter, bo takie nosi imię nasz główny bohater, zostaje poproszony przez swoją siostrę aby zaopiekował się jej dziećmi na czas jej wyjazdu. W między czasie w hotel w którym pracuje ma dojść do wielkich zmian z wybraniem nowego zarządcy, czy innej ważnej persony, na czele. Jak nie trudno się domyślić Skeeter w głębi duszy chciałby aby to jemu przypadł ten zaszczyt, lecz zostaje pomięty (kto by się spodziewał...). Okazuje się jednak, że opieka na siostrzeńcami to najlepsze co mógł mu zesłać los. Każdej nocy nasz bohater opowiada tytułowe opowieści na dobranoc, które następnego dnia stają się rzeczywistością.

 

Jaki będzie finał tej historii łatwo się domyślić, ale muszę przyznać, że zakończenie to zdecydowanie najsłabszy moment filmu i sprawia wrażenie wymuszonego. Mi film jednak bardzo przypadł do gustu. Jest lekki z kilkoma niezłymi gagami, a jeżeli nie trafi do kogoś humor, założenia albo grający główną rolę Adam Sandler, to dla samej świnki morskiej warto ten film obejrzeć (na końcu fragment filmu ze świnką)

 

Jeśli mam się bawić w oceny to niech będzie 7,5/10

Przy okazji film puszczany w kinie zawierał polski dubbing (wiem bo nawet na nim byłem, a niedawno puszczali go w telewizji), który przepadł w wersji DVD i zastąpił go lektor

 

Edytowano przez Kacpi
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Nowe mieszkanie studenckie nie miało internetu, tylko telewizor więc obejrzałem sobie kilka filmów z braku zajęcia.

 

Transformers: Zemsta upadłych 

 

Nawet nie wiem, czy to jest ta część, bo nie oglądałem ani od początku, ani od końca.

Mówiąc krótko, film to gniot.

Mówiąc dużej, film zapierdziela na rakietowych wrotkach, nie dając nawet milisekundy na cokolwiek. Po prostu wygląda to tak, że postać mówi "Musi iść tam!" i w po sekundzie już tam są. Praktycznie wszystkie postacie są przerysowane, jak w bajce dla dzieci. Źli są źli, dobrzy są dobrzy, inni są nieważni. Główny bohater to jego cechą jest to, że jest głównym bohaterem, jego dziewczyna to wyróżnia się tym, że jest płci żeńskiej i że jest dziewczyną głównego bohatera. Jakiś tam dziadek wszystkowiedzący jest chamski, ale chce dobrze... bo tak. A, i jeszcze jest ten jeden, który jest tylko po to, aby co jakiś czasz walnął jakimś idiotycznym gagiem i praktycznie to jest niezdarna i głupkowata kula u nogi, która powinna być "śmieszna" (ledwo wpisałem to słowo). Fabuła w sumie gówno mnie obchodziła, film mnie nie zachęcił do oglądania + oczywiście najbardziej stereotypowo ukazane wojsko USA z wielkimi spluwami, ginący za honor i dobre imię oraz inne tego typu sprawy, od których chce mi się rzygać.

Jedyne co to efekty i wyglądy robotów były fajne, reszta to kicha.

1/10

Tylko dla fanów serii, nikt inny nie ma tu czego szukać.

 

Sherlock Holmes (2009)

 

Film z Robertem Downeyem.

 

I szczerze, źle go widzę w tej roli. Nie czytałem żadnej książek z naszym detektywem, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że Sherlock biega po dachach, zapierdala się na pieści, biega walczy i w ogóle Rambo. Poza motywem zagadki i intrygi, zrobili z filmu typowego akcyjniaka. Sama akcja jest nawet w porządku, lecz moim zdaniem, nie pasuję do ów tytułu.

Jednak największą moją bolączką jest sama zagadka. Jeszcze raz potwierdzam, że nie czytałem żadnej książki, więc jeśli ten film wiernie jakąś odwzorowuje, to książka też musi być słaba. Tak czy tak, co to za zagadka, która polega na tym, że jak zmieszasz coś z czymś to bum! i jest. I nasz główny bohater po prostu co jakiś czas wyśpiewuje wierszyk, co, jak i dlaczego. W tej fabule nie potrzeba detektywa, tylko jakiegoś chemika. Film w ogóle nie daję żadnej szansy, aby sam widz zastanowił się (z uwagi na szybkie tempo), jak główny zły to wszystko zrobił, a o jakichkolwiek wskazówkach już nie wspominam. Bo co to komu daje, że Holmes wchodzi to pokoju, widzi jakiś spalony papier, brudny miedziany garnek i jakąś roślinkę? On wie, bo zna właściwości itd. a widz widzi to przez kilka sekund i nie ma chuja aby ktoś się domyślił sam, co to i do czego to służy.

Poza tym, kuję mnie w takich filmach to, że wszystkie postacie już z wyglądu takie... zbyt oczywiste. Znaczy każdą postać można na pierwszy rzut oka rozpoznać, czy jest dobra, zła, zdradzi bohatera, zginie itd.

Ogólnie pod względem wystroju wnętrz itd. film wydaje mi się straszni przesadzony. Dosłownie aż biję po oczach ilość nawciskanych tam szczegółów, że np. mamy jakiś budynek typu rzeźnia to widzimy w nim WSZYSTKIE rzeczy, które potencjalnie mogłyby się tam znajdować w tej epoce. Aby było widać z 10km, że to jest rzeźnia a nie np. piekarnia. Szczegóły, ale mnie kują w oczy.

6/10

Rozumiem, jak ludziom taka wizja Holmesa podeszła do gustu, ale mi nie. 

 

 

Dystrykt 9

 

Ten film chciałem od dawna obejrzeć, bo obejrzałem pierwsze 10 minut kiedyś i chciałem się dowiedzieć, co dalej. I w końcu obejrzałem, dostając świetny film z dwóch powodów.

Film nie ukazuję obcych jako złej rasy, która przyleciała zniszczyć naszą planetę i dobrzy żołnierze z USA muszą nas uratować. Mamy przedstawiony zupełnie inny obraz, gdzie kosmiczni rozbitkowie utknęli na ziemi, a dobrzy ludzie postanowili coś z nimi zrobić. I wizja ta, że tacy obcy żyli by w takich kołchozach i syfie, jest jednocześnie przerażająca, jak i bardzo niestety prawdziwa. Ale przechodzimy teraz do głównego powodu, dla którego pokochałem ten film:

Przedstawia on praktycznie wszystkie, obleśnie i negatywne cechy człowieka, które w i tak w dzisiejszym świecie są wręcz na porządku dziennym. Wymieniać można by godzinami sceny z filmu, więc wypunktuje tutaj tylko kilka: wykorzystywania sytuacji głównego bohatera wbrew jego woli jako broń dla rządu, okłamywanie rodziny, eksperymenty i torturowanie obcych, wszechobecny rasizm i wiele, wiele innych. Film jak mało który ukazuję tak wiele tak ekstremalnych wad ludzkości, jednocześnie nie tworząc żadnych nierealnych sytuacji, że niby samo zachowanie rządu i tych organizacji jest przesadzone. Nie jest przesadzone, bo ludzie są do takich zachowań zdolni.

No i mamy głównego bohatera, który na początku był po prostu zwykłym gościem, wręcz przypominał postać drugoplanową niż bohatera. Postać, której przydarzyło się takie gówno i aż boli patrzeć, co los robi z nim dalej. Postać, która niestety kończy tak, jak skończyła, bo życie nie jest sprawiedliwe i nigdy nie będzie.

Tak jak sam dystrykt, daję 9/10

  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 2 weeks later...

“The Square"

 

Są filmy, na które z jakim nastawieniem się nie pójdzie, to i tak będą w stanie porwać widzów i wprawić ich w taki stan, jakiego chciał reżyser. The Square jest takim filmem. Jest przedstawiany jako czarna komedia, i faktycznie są w nim takie elementy, ale, moim zdaniem, trafniejsze byłoby określanie go komediodramatem. Poszedłem na seans, na którym zapełniona była połowa sali, do tego był to sobotni wieczór, a więc oczywiście połowę widowni stanowili ludzie podchmieleni, randkowicze itp. - a więc ludzie, którzy szli, nastawiając się na komedię. Przez pierwsze pół godziny, może godzinę, irytowało mnie to strasznie. Ludzie śmiali się na scenach, w których nie było zupełnie nic śmiesznego, aż zacząłem się zastanawiać, czy to ja nie mam poczucia humoru. Było kilka zabawnych momentów, później, o dziwo, było ich jeszcze więcej, ale na pewno humor nie uzasadniał salw śmiechu. No, ale trudno, zdzierżyłem, chociaż szczęki się zaciskały. Potem jednak wydaje się, że ludzie zaczęli zwracać coraz większą uwagę na sam film, a nie na pilnowanie, czy teraz powinni się roześmiać. I w końcu przyszła ostatnia ćwiartka filmu. Scena, w którym aktor wpada na salę bankietową, udając małpę. Na początku sala się śmieje, razem z postaciami w filmie. Pod koniec panowała całkowita cisza. I to chyba tą sceną film zarobił na Złotą Palmę. 

 

Oczywiście nie jedną sceną stoi, jest naprawdę wielowymiarowy i porusza masę wątków, z czego najważniejszym jest społeczna znieczulica i obojętność wobec ludziom potrzebujących pomocy - bezdomnych czy po prostu proszących o przysługę. Dokłada krytykę współczesnych "elit" kulturalnych i sztuki nowoczesnej.

 

Czy ma wady? Ma. Jest kilka scen zupełnie bezsensownych, które niczemu nie służą w kontekście całości, i na tych scenach film trochę się dłuży. Ale naprawdę daje materiał do przemyśleń. Jeśli macie okazję, to oglądajcie. Nie pożałujecie. 

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 3 weeks later...

My Little Pony: Movie

 

Obejrzałem sobie film i muszę przyznać, że jest po prostu świetny. Nie liczyłem na wiele, dlatego zaskoczenie było ogromne. Krótko o fabule, w końcu nie każdy uganiał się za informacjami dotyczącymi tej zacnej produkcji. W trakcie Festiwalu Przyjaźni pojawili się nieproszeni i niezbyt mili goście. Armia Króla Burzy pod przywództwem potężnej komandor Temptest błyskawicznie podbiła miasto. Twilight po raz kolejny będzie musiała wkroczyć do akcji. Niestety tym razem przeciwnik będzie na tyle potężny, że kucyki będą musiały wyruszyć w długą podróż aby znaleźć pomoc. Więcej nie powiem :) Powiem tylko, że krainy, które odwiedzą są świetnie zaprojektowane. Przejdę do plusów i minusów.

 

Plusy:

- animacja stoi na bardzo wysokim poziomie, a dbałość o detale robi wrażenie (klacz stojąca samotnie obraca się w stronę idącej pary)

- humor - Rarity nie jest sztuczna, Pinkie nie irytuje, a Spike nie jest przydupasem. Poza tym dialogi, mimika, sytuacje itd.

- muzyka - tak piosenki jak i muzyka filmowa są super. Utwór tej piosenkarki (Sia?) pojawia się w scenie, w której pasuje idealnie (i już wrył mi się w mózgownicę). 

- fabuła - nie jest przewidywalna, akcja pędzi niemal non stop, ale nie zabrakło smutnych momentów. W pewnym momencie Twilight zrobi coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewał. 

- antagonistka - Temptest to zdecydowanie najlepszy czarny charakter w historii MLP. Nie śmieje się jak opętana ("muahahaha mam władzę nad światem!"... nope, nie tym razem) budzi wśród kucyków uzasadniony lęk (ten jej spokój jest po prostu świetny, sprawia, że postać jest bardziej wiarygodna).

- świetnie zarysowane charaktery M6 - Twilight bierze wszystko na siebie, z czasem presja zacznie ją przerastać co widać i czuć. Najlepsze jest jednak to, że nie ma tu typowego dla serialu: "hej, przytulas, piosenka i Magia Przyjaźni uratuje świat w pięć minut". Nie tym razem, tym razem ekipa będzie musiała się bardziej postarać. 

 

Minusy:

- zabrakło mi krótkiego wprowadzenia, wytłumaczenia czym jest Equestria, kim są księżniczki (kilku zdań, tak jak jest w pierwszym odcinku).

- finałowa walka z postacią X jest zbyt krótka

- pobyt pod wodą jest zbyt krótki. 

 

Poza tym, nie ma się do czego przyczepić. Pozostaje czekać na wydanie blu-ray. Jak dla mnie:

Ocena: 9/10 

 

A teraz kilka screenów (spoilery):

 

Smile! 

Spoiler

lOHnBxe.jpg

 

Pinkie i jej arcydzieło

Spoiler

kX1cK5a.jpg

 

A tutaj... nic nie powiem :P 

Spoiler

CGQwZSK.jpg

 

Brak wody robi swoje. Pinkie trochę odbiło.

Spoiler

SWDbpzl.jpg

 

Twilight pod wodą

Spoiler

dxE9KIc.jpg

 

Twilight nie może poradzić sobie z presją co skutkuje sprzeczką:

Spoiler

agGSxPW.jpg

 

Jedna z tych smutnych scen

Spoiler

SwFgYdp.jpg

 

Twilight i Temptest

Spoiler

7D7GQCt.jpg

 

Edytowano przez Triste Cordis
  • +1 1
  • Lubię to! 2
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Triste Cordis napisał:

My Little Pony: Movie

 

Obejrzałem sobie film i muszę przyznać, że jest po prostu świetny. Nie liczyłem na wiele, dlatego zaskoczenie było ogromne. Krótko o fabule, w końcu nie każdy uganiał się za informacjami dotyczącymi tej zacnej produkcji. W trakcie Festiwalu Przyjaźni pojawili się nieproszeni i niezbyt mili goście. Armia Króla Burzy pod przywództwem potężnej komandor Temptest błyskawicznie podbiła miasto. Twilight po raz kolejny będzie musiała wkroczyć do akcji. Niestety tym razem przeciwnik będzie na tyle potężny, że kucyki będą musiały wyruszyć w długą podróż aby znaleźć pomoc. Więcej nie powiem :) Powiem tylko, że krainy, które odwiedzą są świetnie zaprojektowane. Przejdę do plusów i minusów.

 

Plusy:

- animacja stoi na bardzo wysokim poziomie, a dbałość o detale robi wrażenie (klacz stojąca samotnie obraca się w stronę idącej pary)

- humor - Rarity nie jest sztuczna, Pinkie nie irytuje, a Spike nie jest przydupasem. Poza tym dialogi, mimika, sytuacje itd.

- muzyka - tak piosenki jak i muzyka filmowa są super. Utwór tej piosenkarki (Sia?) pojawia się w scenie, w której pasuje idealnie (i już wrył mi się w mózgownicę). 

- fabuła - nie jest przewidywalna, akcja pędzi niemal non stop, ale nie zabrakło smutnych momentów. W pewnym momencie Twilight zrobi coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewał. 

- antagonistka - Temptest to zdecydowanie najlepszy czarny charakter w historii MLP. Nie śmieje się jak opętana ("muahahaha mam władzę nad światem!"... nope, nie tym razem) budzi wśród kucyków uzasadniony lęk (ten jej spokój jest po prostu świetny, sprawia, że postać jest bardziej wiarygodna).

- świetnie zarysowane charaktery M6 - Twilight bierze wszystko na siebie, z czasem presja zacznie ją przerastać co widać i czuć. Najlepsze jest jednak to, że nie ma tu typowego dla serialu: "hej, przytulas, piosenka i Magia Przyjaźni uratuje świat w pięć minut". Nie tym razem, tym razem ekipa będzie musiała się bardziej postarać. 

 

Minusy:

- zabrakło mi krótkiego wprowadzenia, wytłumaczenia czym jest Equestria, kim są księżniczki (kilku zdań, tak jak jest w pierwszym odcinku).

- finałowa walka z postacią X jest zbyt krótka

- pobyt pod wodą jest zbyt krótki. 

 

Poza tym, nie ma się do czego przyczepić. Pozostaje czekać na wydanie blu-ray. Jak dla mnie:

Ocena: 9/10 

 

A teraz kilka screenów (spoilery):

 

Smile! 

  Ukryj treść

lOHnBxe.jpg

 

Pinkie i jej arcydzieło

  Ukryj treść

kX1cK5a.jpg

 

A tutaj... nic nie powiem :P 

  Ukryj treść

CGQwZSK.jpg

 

Brak wody robi swoje. Pinkie trochę odbiło.

  Ukryj treść

SWDbpzl.jpg

 

Twilight pod wodą

  Ukryj treść

dxE9KIc.jpg

 

Twilight nie może poradzić sobie z presją co skutkuje sprzeczką:

  Ukryj treść

agGSxPW.jpg

 

Jedna z tych smutnych scen

  Ukryj treść

SwFgYdp.jpg

 

Twilight i Temptest

  Ukryj treść

7D7GQCt.jpg

 

Narobiłeś smaka :brohoof:

  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

300: Narodziny Imperium

 

Gdyby można było ocenić film za pomocą tylko jednej emotki, byłoby to - :rarity3: Film jako sequel jest pod każdym możliwym względem gorszy od pierwowzoru. Teoretycznie kontynuacje to: "więcej, lepiej". W praktyce jest: więcej, ale tak dużo, że aż kiczowato. Po kolei:

 

- Ciosy i krew lecąca w spowolnionym tempie - w "jedynce" wyglądało super, tutaj co drugie cięcie to slo-mo. Co za dużo to niezdrowo. 

- Efekciarstwo - w "300" zastosowano ciekawy filtr graficzny, a efekty były świetne. "Narodziny Imperium" wyraźnie robiono pod 3D. Coś takiego zawsze, ale to zawsze szkodzi. Latające w powietrzu "pyłki" w kinie pewnie wyglądały super, ale w 2D irytują. 

- Bohaterowie - w przeciwieństwie do jedynki nie ma tu ani jednej postaci, którą dałoby się polubić. Ot dali nieudaną kopię Leonidasa i myśleli, że jakoś to będzie. Sama armia wyglądała jak banda chłopów przekupiona bimbrem. Okładanie się mieczykami to za mało. W pierwowzorze mogliśmy obejrzeć świetną, przemyślaną taktykę. Tutaj? A machają sobie szabelkami. 

- Walki morskie - nawet nie wiem od czego zacząć. Nie znam się, ale łodzią nie da się wycofać jak jakimś TIRem i pływać "tył, przód, tył, przód".

- Brutalność - w "300" ilość krwi oraz odcinanych kończyn była w sam raz. Tutaj przesadzili i to grubo.

- Scena seksu - nie wiedziałem, że z kobietą można bić się na seks. Bo tak to właśnie wyglądało, kto pierwszy "dojdzie", przegrywa. Kicz. 

 

Film ma niby jakieś plusy, czasami efekty robiły wrażenie, a walki były ciekawe. Słowo klucz - czasami. Podsumowując, "300" otrzymuje spartański okrzyk - HOU HOU HOU. "Narodziny Imperium" okrzyk zawiedzionej publiki - BUUU BUUU BUUU! 

 

Ocena - 3/10  

Edytowano przez Triste Cordis
  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

1 godzinę temu, Triste Cordis napisał:

300: Narodziny Imperium

 

Gdyby można było ocenić film za pomocą tylko jednej emotki, byłoby to - :rarity3: Film jako sequel jest pod każdym możliwym względem gorszy od pierwowzoru. Teoretycznie kontynuacje to: "więcej, lepiej". W praktyce jest: więcej, ale tak dużo, że aż kiczowato. Po kolei:

 

- Ciosy i krew lecąca w spowolnionym tempie - w "jedynce" wyglądało super, tutaj co drugie cięcie to slo-mo. Co za dużo to niezdrowo. 

- Efekciarstwo - w "300" zastosowano ciekawy filtr graficzny, a efekty były świetne. "Narodziny Imperium" wyraźnie robiono pod 3D. Coś takiego zawsze, ale to zawsze szkodzi. Latające w powietrzu "pyłki" w kinie pewnie wyglądały super, ale w 2D irytują. 

- Bohaterowie - w przeciwieństwie do jedynki nie ma tu ani jednej postaci, którą dałoby się polubić. Ot dali nieudaną kopię Leonidasa i myśleli, że jakoś to będzie. Sama armia wyglądała jak banda chłopów przekupiona bimbrem. Okładanie się mieczykami to za mało. W pierwowzorze mogliśmy obejrzeć świetną, przemyślaną taktykę. Tutaj? A machają sobie szabelkami. 

- Walki morskie - nawet nie wiem od czego zacząć. Nie znam się, ale łodzią nie da się wycofać jak jakimś TIRem i pływać "tył, przód, tył, przód".

- Brutalność - w "300" ilość krwi oraz odcinanych kończyn była w sam raz. Tutaj przesadzili i to grubo.

- Scena seksu - nie wiedziałem, że z kobietą można bić się na seks. Bo tak to właśnie wyglądało, kto pierwszy "dojdzie", przegrywa. Kicz. 

 

Film ma niby jakieś plusy, czasami efekty robiły wrażenie, a walki były ciekawe. Słowo klucz - czasami. Podsumowując, "300" otrzymuje spartański okrzyk - HOU HOU HOU. "Narodziny Imperium" okrzyk zawiedzionej publiki - BUUU BUUU BUUU! 

 

Ocena - 3/10  

Ja też to oglądałem, niestety jednak nie widziałem całości, bo na rano do pracy i miałem to nadrobić po południu, ale widzę że niewiele straciłem...

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Eddie zwany Orłem/Eddie the Eagle

 

Jest to film o skoczku narciarskim pochodzącym z Wielkiej Brytanii, którego imię to Michael Edwards, chociaż bardziej znany jest jako Eddie "Orzeł” Edwards. Sportowiec ten był jedyny w swoim rodzaju, często określany jako najgorszy skoczek w historii i nietrudno się temu dziwić, bo faktycznie prawie nigdy nie opuszczał ostatniego miejsca, co stanowi ciekawy kontrast dla np. takiego "Rush" który obrazował zmagania James Hunta i Niki Laudy o mistrza świata w wyścigach Formuły 1. "Orzeł" mimo iż kaleczył ten sport był jednym z najbardziej lubianych przez kibiców zawodnikiem a jednocześnie najbardziej charakterystycznym a to za sprawą okularów które był zmuszony nosić przez swoją wadę wzroku.

 

Ale ok, bo wypada coś powiedzieć o fabule, a ta jest bardzo luźno inspirowana wspomnianym na początku skoczkiem. Poznajemy go w dość młodym wieku, przez kolejny sceny obserwujemy jak dorasta a także próbuje swoich sił we wszystkich możliwych sportach. Eddie mimo ogromnych chęci, niczym jak u naszej kochanej Derpy (:derp6:), ponosi porażkę za porażką i zmęczeni tym faktem rodzice starają się zgasić w nim chęć do uprawiania sportu, argumentując iż nigdy nie zostanie olimpijczykiem. Młody Edwards jest bliski zrezygnowania ze swojej pasji jednak któregoś dnia dostaje olśnienia i oznajmia im, że mają rację i nie jest mu pisane wystąpić na olimpiadzie, więc spróbuje swoich sił w sportach zimowych aby pojechać na zimową olimpiadę. Eddie jak powiedział tak zrobił i w jeździe na nartach zaczął odnosić sukcesy, niestety nie były one na tyle zadowalające aby dostał zgodę by reprezentować Anglię w Calgary. Edwards decyduje się więc ponownie na zmianę dyscypliny wymieniając narty zjazdowe na te do skoków narciarskich, gdyż w tej dyscyplinie nie miał w kraju żadnej konkurencji. Znajduje trenera alkoholika będącego niegdyś gwiazdą skoków ze Stanów Zjednoczonych i razem za wszelką cenę starają się zadowolić wynikami, rzucający mi kłody pod nogi, Brytyjski Komitet Olimpijki aby ten zgodził się na wysłanie Eddiego na olimpiadę.

 

Jeżeli o mnie chodzi, to film jest świetny, chociaż ignoruje naprawdę wiele interesujących momentów w życiu prawdziwego Eddie Edwardsa, który jest bardzo ważną postacią do skoków narciarskich. Za sprawą jego występów na skoczniach zdecydowano się zmienić istniejącą od wielu lat formułę wprowadzając kwalifikacje argumentując to, iż gwiazdą zawodów nie może być zawodnik wyraźnie odstający poziomem od reszty. Nie jest to jednak film biograficzny dokładnie przedstawiający życie skoczka, a bardziej komedia wybierająca sobie niewielki procent faktów i opowiadająca resztę historii po swojemu często bardzo rozbiegając się z prawdą. Ogólnie panuje przez to dość spora prostota w filmie. Eddie bez żadnych problemów dostaje się na skocznie narciarską aby potrenować, bez trudu wymienia w sklepie swoje narty na nowe i tak dalej. Nawiązanie do dorywczej pracy tynkarza jaką podejmował Edwards aby pozwolić sobie na starty byłaby dla mnie mile widziana. Samo przedstawienie skoczna przywodzi mi też na myśl oklepany schemat kujona z liceum gnębionego przez jego rówieśników. Również motyw trenera, który chce odkupić swoje winy śmierdzi sztampom na kilometr. Na szczęście humor jaki zaserwowali twórcy jest całkiem udany. Wynika głównie z głupot jakie Eddie mówi, czy też robi, ale nie zawsze. Film nie tylko bawi, ale i dobrze sobie radzi z moralizowanie. Jakby nie patrzeć to jest to historia mówiąca o tym iż nigdy nie wolno się poddawać. Edwards mimo wielu przeciwności w postaci rodziny, Komitetu Olimpijskiego, drwin innych zawodników osiąga swój cel. Spełnił swoje marzenia a także na stałe wpisał się do historii jednocześnie czerpiąc olbrzymią radość z każdego nawet bardzo nieudanego skoku.

 

Nie lubię oceniać, ale skoro wszyscy to robią to niech będzie, że dam: 8/10

Edytowano przez Kacpi
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 4 weeks later...

Listy do M 2

 

Zanim zacznę, kilka słów o jedynce. Listy do M nie jest jakimś arcydziełem, ale "kupiło mnie" ciepłą świąteczną atmosferą, dobrą muzyką oraz ciekawymi postaciami. Film znakomicie łączył wątki kilku osób. Każdy miał tyle "czasu antenowego" ile trzeba. Ba, nawet Karolak nie irytował. Listy do M bawiły, ale i wzruszały. Mówiąc krótko, to dobry świąteczny film do którego lubię wracać. 

 

Przejdźmy do sequela. Kontynuacja... Nawet nie wiem od czego zacząć narzekanie. Może od fabuły. Akcja rozpoczyna się cztery lata po wydarzeniach z jedynki. Wraca prawie cała ekipa, pojawiają się nowe postacie. Spoko, tak ma być, ale dlaczego do cholery zrobiono z tego dramat? Serio, mamy świąteczny dramat. Widz zamiast nucić sobie "Cichą Noc", nuci "Anielski orszak..." U wszystkich jest źle. Oczywiście w Wigilię wszystko kończy się happy endem - ot tak, BUM i już jest zaj#iście. Najbardziej rozbawiła mnie scena z próbą samobójstwa. Żeby nie było, nie samego samobójstwa, a tego co stało się później. Uwaga, quiz. Twoje niepełnosprawne dziecko próbowało popełnić samobójstwo. Nastolatek najadł się leków, zapalił skręta i niechcący podpalił mieszkanie. Jaka jest twoja reakcja po przyjechaniu na miejsce. Początkowo jesteś w szoku, ale co później?

 

a) Martwisz się o syna, który może umrzeć 

b) Martwisz się o mieszkanie, zastanawiasz co dalej

c) Zachowujesz się tak, jakby nic się nie stało. W końcu jest Wigilia, trzeba być szczęśliwym 

 

Prawidłowa odpowiedź - C! :rdderp: Serio. Idziemy dalej. Po świątecznym klimacie nie ma ani śladu. Zacytuję Tosię (to ta dziewczynka z domu dziecka): "nie śpiewa się kolęd na stypie". Pasuje idealnie. Najgorsze jest jednak to, że to film o niczym. Poprzedni opowiadał o przygotowaniach do Wigilii, a historie bohaterów jakoś się ze sobą pokrywały. Siłą rzeczy w kontynuacji nie można było pokazać tego samego. Właśnie dlatego jakiś geniusz postawił na dramat i grobową, dołującą atmosferę. Mało tego, dwójka to kolejna produkcja, w której można poprzestawiać sceny i nikt nie połapie się, że coś jest nie tak. Przysłowiowym gwoździem do trumny jest fakt, że wszystkie historie sprawiają wrażenie niepełnych. Tym razem wszystkim zabrakło "czasu antenowego". I ostatni element - muzyka. Nawet to spieprzyli. Zamienili świąteczne kawałki w radiowe przeboje. 

 

Podsumowując. Tym razem zaserwowano nam nudny, nijaki świąteczny dramat o niczym, który jest pod każdym możliwym względem gorszy od jedynki. Trzymać się z daleka. 

 

Ocena: 2/10 (kilka razy się uśmiechnąłem)  

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 4 weeks later...

Ostatnio poszedłem z dwójką sióstr na film polskiej produkcji pt.

"Najlepszy"

Jest to film oparty na faktach, konkretnie biografii Jerzego Górskiego. Sam nie jestem wielkim fanem filmów biograficznych, jednak ten jest na prawdę dobry. Historia zaczyna się w latach późnego PRL-u. Nasz główny bohater jest zwykłym ćpunem. Zakochuje się w dziewczynie, wciąga ją w towarzystwo innych narkomanów. Całymi dniami nic nie robi tylko je, śpi i ćpie. Mieszka w patologicznej rodzinie, gdzie ojciec bije go i matkę.

Spoiler

Moim zdaniem Artur Żmijewski zbyt kojarzy się z Ojcem Mateuszem i po prostu nie pasował do tej roli...

Nie minęło wiele czasu, a beztroskie życie Jerzego nabiera coraz mroczniejszych barw. Na początku filmu umiera jego kumpel. Od późniejszych innych tragicznych wydarzeń, główny bohater postanawia się zmienić.

A dalej to jest pełno spoilerów, polecam obejrzeć film, dobrze nakręcony, głęboki przekaz, duże emocje.

Po prostu polecam

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Transformers: Ostatni rycerz

 

Bez czarowania się napiszę, że to było najgorsze gówno jakie kiedykolwiek widziałem, no ale po kolei... Początek filmu opowiada o małej dziewczynce, która mieszka na placu boju autobotów,  decepticonów oraz ludzi. Generalnie mechy ludzi są tak koślawe, że nie trzeba wiele by przewróciły się o własne nogi, więc ów dziewczynka poluje na nie kawałkiem sznurka i puszkami zielonej farby. Główny bohater - człowiek imieniem Cage próbuje ją stamtąd zabrać, ale ona mówi, że tam dorastała i da sobie radę, ot takie dziecko wojny...

Ogólnie fabuła sprowadza się do tego że rząd USA, GB i chyba czegoś jeszcze gnębi roboty. Nie ważne czy autoboty czy decepticony, bo przecież te pierwsze mogą się okazać tak złe jak te drugie i trzeba się mieć na baczności. Cały czas Optimus, Bumblebee i cała reszta musi uciekać przed policją, która goni ich z psami i glockami (nie żartuję). Jednakże decepticony dogadują się z ludźmi, bo wzięli sobie jako zakładników dwóch agentów federalnych, tak więc rząd USA wypuszcza najgorsze decepticońskie mendy, jak by nagle zapomniał, że każdego robota trzeba zgładzić.

Gdzieś w połowie filmu wyskakuje jakiś dziadek, który walczył u boku  autobotów w II wś. (nie żartuje). Ten też próbuje się dogadać z rządami ale nie wpuszczają go do budynku rządu, więc wchodzi tajnym tunelem, po czym aresztuje go policja i jakiś odpowiednik BORu. Niby mało ważna scena, ale zastanawiam się czy w pałacu prezydenckim, itp w ogóle są jakieś jednostki policji, które wyglądają jak prewencja, czy może raczej powinien tam być sam BOR.

Dalej dziadek dzwoni do samego Fidela Castro i ten ujawnia mu miejsce lądowania statku UFO. Autoboty udają się w tym kierunku, gdzie spotykają się z innymi autobotami z czasów średniowiecza. W ogóle to się okazuje, że były one z nami cały czas, tylko żaden historyk tego nie zauważył. Dalej pojawiają się złe roboty z Cybertronu i wszyscy (autoboty, autoboty-rycerze, decepticony, złe roboty, GB army, Cade, mała dziewczynka, etc) idą się napierdzielać koło stonehenge. Jest dużo wybuchów, ale w momencie jak wypala jeden z brytyjskich czołgów decepticony znikają w chmurze pyłu i przez jakiś czas w zasadzie nic się nie dzieje. Autoboty postanawiają walczyć ze złymi robotami z Cybertronu, ale na drodze staje im mega działo, do którego nawet nie chcą się zbliżyć. Wtedy do gry wchodzi mała dziewczynka i rozwala je zdalnie sterowanym robocikiem jej rozmiarów. Wszystkie złe roboty zostają pokonane i film się kończy.

 

Ocena ogólna 0/10. Wiem że ta moja niby-recenzja jest zrobiona mocno na "odwal się", ale naprawdę nie jestem w stanie napisać o tym filmie czegokolwiek mądrego. Poprzednią część pochwaliłem ze względu na to, że zaczęły się pojawiać jakieś szczątkowe charaktery postaci (jeden był samurajem, drugi nerwusem, trzeci kimś tam jeszcze).  Tu jednak wszyscy byli w typie nerwusa. Nie żebym nie lubił takiego charakteru, gdyż jest to mój ulubiony charakter w filmach, etc, ale tam po prostu wszyscy byli tacy sami (Optimus, Bumblebee, wszyscy źli, etc). Poza tym liczyłem na lepszy rozwój osobowości w kolejnej odsłonie serii, podczas gdy dialogów z udziałem robotów było chyba jeszcze mniej. 

 

Przyznam też, że chyba po raz pierwszy widzę takie zjawisko, że po wpisaniu tytułu filmu w Google, widzę praktycznie same linki w których mogę go obejrzeć za darmo. Wygląda to tak jakby ten film nie obchodził recenzentów, oraz tak jakby nikt nie chciał go sprzedawać (w formie DVD). Nawet liczne linki do YT nie zostają zdjęte, tak jakby Hasbro miałoby wywalone na prawa autorskie do tego dzieła. Mam nadzieję, że to jest ostatni film z serii, albo zaczną go kręcić od początku.

  • +1 2
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 2 weeks later...

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (bez spoilerów)

 

Poświęciłem cały dzień, ale było warto. Zanim zacznę - ta "recenzja" będzie bardzo ogólnikowa, pozbawiona opisów fabuły, nie zdradzi niczego istotnego. No to lecimy. Film trwa aż 150 minut, ale nie dłużył mi się. Zacznę od wad. Nie spodobało mi się to, co w pewnym momencie spotkało Leię. Jakby to ująć jednym słowem: kicz, idiotyzm, głupota, przesada? Sami zobaczycie. Pewna postać nie pojawi się w następnym filmie, co jest dla mnie OGROMNYM rozczarowaniem. Cholercia, tak się nie robi :burned:Najgorszy jest jednak lekki chaos. Mamy tutaj dwa główne wątki rozbite na trzy części (jeden z nich to trening Rey, ale to chyba oczywiste). Pewnym rzeczom poświęcono zbyt wiele czasu, z kolei innym zbyt mało. Czy było coś jeszcze?  :twilight3: Umm... nie. No dobra, niektórym może nie spodobać się zbytnia potęga Mocy. Pora na zalety. 

 

Całość pomimo świetnego humoru jest zaskakująco "dorosła" i mroczna. Jeszcze nigdy "ci dobrzy" nie dostali takiego łomotu, ba, oni walczyli o przetrwanie. W pewnym momencie zapanował lekki chaos, podjęto desperacką decyzję. Mówiąc krótko, Ruch Oporu poniósł kolosalne straty. Pora na Snoke'a, który moim zdaniem przebił Imperatora. Bezczelny, chamski, wściekły na ucznia ("pokonała ciebie dziewczyna, która pierwszy raz w życiu trzymała miecz świetlny"). A skoro o Renie mowa. Nie chcę tu nic zdradzać, ale za pewną zagrywkę ma u mnie dużego plusa. Nie jest to nic oryginalnego, ale jak najbardziej zaskakującego. Uwypuklono też jego wewnętrzny konflikt, ale... ech, po raz kolejny muszę się zamknąć. I jeszcze jedno - w filmie pojawi się pewna niespodzianka dotycząca kogoś... No kogoś :) 

 

Swego czasu reżyser powiedział, że w filmie są rzeczy, które mogą nie spodobać się fanom. I faktycznie, są, ale dla mnie przypadły do gustu (są wyjątki). Najbardziej czuć to w finałowej bitwie. Do tej pory mieliśmy schemat: "w trakcie bitwy na/o [nazwa planety] ktoś walczy na miecze świetlne" Tutaj jest troszkę inaczej, ale tylko troszeczkę. Mimo to czuć różnicę. Jeśli obawiacie się, że pokazywany na trailerach marsz "metalowych goryli" to kopia bitwy na Hoth - spokojnie, nic z tych rzeczy.  

 

Przejdźmy do muzyki i efektów - pierwsza klasa. Po raz kolejny postawiono na animatronikę dzięki czemu kosmici wyglądają naturalniej. Podsumowując Ostatni Jedi to świetna kontynuacja. Kilka rzeczy mnie zaskoczyło, inne mnie rozczarowały, ale bawiłem się świetnie. Szkoda, że w mojej mieścinie nie ma kina. Chciałbym go obejrzeć jeszcze raz. Aha. Kim jest/są tytułowi ostatni/a Jedi: Rey, Kylo Ren, Luke, a może ktoś jeszcze? Jedno z tych jest prawidłowe :) Powiedziano też coś o rodzicach Rey, ale czy to co usłyszała jest prawdą? Odpowiedź poznamy za dwa lata... chyba. 

 

Ocena: 8-/10 

 

Szczegółowa recenzja pojawi się na moim blogu. Link podam w statusie. Już teraz zapraszam do czytania. 

 

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Ostatni Jedi. 

 

Film obejrzany... niestety w 3D ale cóż poradzić. Film jest średni i to bardzo. Jeśli chodzi o efekty specjalne i obcych prezentuje się całkiem przyzwoicie ale biorąc pod uwagę postacie i fabułę to już jest gorzej. Fabuła sama w sobie jest dość fajna ale bazuje mocno na poprzednich filmach i powiela problem Przebudzenia Mocy czyli kopiuje sceny i zmienia je na swoje potrzeby np. Scena z Nowej Nadziei gdzie Luke, Han i Chewbacca przebrani za imperialnych szturmowców udają się do bloku więziennego. Tutaj jest niemal to samo tylko idą w stronę przełącznika przebrani za Imperialnych oficerów. Pomijając już fakt, że przełącznik to praktycznie to ten sam motyw co wyłączanie pola w GW prze Kenobiego w Nowej Nadziei tylko z innym zakończeniem. Kolejną sprawą jest totalnie idiotyczna scena z Leią w kosmosie ale to trzeba zobaczyć. Kroczące maszyny wojenne Imperium i scena jak z bitwy o Hoth to niestety fakt... owszem nieco zmieniona ale rzuca się w oczy, że to już było. Nawet wkroczenie żołnierzy Nowego Porządku do bazy to połączenie sceny w której Anakin wchodzi do świątyni Jedi na czele klonów ze sceną dotarcia Vadera do hangaru z którego ucieka Sokół w Imperium Kontratakuje. Podsumowując... Ostatni Jedi jest dobrym filmem ale średnim albo mocno średnim jako Star Wars i na pewno brakło z nim mocniejszych scen jak w Zemście Sithów. Pewnie problemem jest to, że Disney celuje w dzieci... 5/10 może 6/10

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

10 godzin temu, Starlight Sparkle napisał:

Ostatni Jedi. 

 

Film obejrzany... niestety w 3D ale cóż poradzić. Film jest średni i to bardzo. Jeśli chodzi o efekty specjalne i obcych prezentuje się całkiem przyzwoicie ale biorąc pod uwagę postacie i fabułę to już jest gorzej. Fabuła sama w sobie jest dość fajna ale bazuje mocno na poprzednich filmach i powiela problem Przebudzenia Mocy czyli kopiuje sceny i zmienia je na swoje potrzeby np. Scena z Nowej Nadziei gdzie Luke, Han i Chewbacca przebrani za imperialnych szturmowców udają się do bloku więziennego. Tutaj jest niemal to samo tylko idą w stronę przełącznika przebrani za Imperialnych oficerów. Pomijając już fakt, że przełącznik to praktycznie to ten sam motyw co wyłączanie pola w GW prze Kenobiego w Nowej Nadziei tylko z innym zakończeniem. Kolejną sprawą jest totalnie idiotyczna scena z Leią w kosmosie ale to trzeba zobaczyć. Kroczące maszyny wojenne Imperium i scena jak z bitwy o Hoth to niestety fakt... owszem nieco zmieniona ale rzuca się w oczy, że to już było. Nawet wkroczenie żołnierzy Nowego Porządku do bazy to połączenie sceny w której Anakin wchodzi do świątyni Jedi na czele klonów ze sceną dotarcia Vadera do hangaru z którego ucieka Sokół w Imperium Kontratakuje. Podsumowując... Ostatni Jedi jest dobrym filmem ale średnim albo mocno średnim jako Star Wars i na pewno brakło z nim mocniejszych scen jak w Zemście Sithów. Pewnie problemem jest to, że Disney celuje w dzieci... 5/10 może 6/10

 

Nie zgodzę się. Już po wyjściu z kina wiedziałem, że ten film podzieli fanów (i tak też się stało). Z jednej strony wygląda jak zlepek motywów z klasycznej trylogii, ale z drugiej odniosłem wrażenie, że reżyser celowo dał te podobieństwa, żeby zakończyć je inaczej ("kopia" Powrotu Jedi, która zakończyła się sam wiesz czym). Ot tak, zagrać na nosie fanów. Jednym się to spodobało, innym nie. Finałowa bitwa na Crait miała jedynie podobny początek, ale to co działo się później (sztuczka Luke'a) było zupełnie inne... i niesamowite. 

 

W tej chwili największym problemem Gwiezdnych Wojen jest to, że trudno wymyślić coś naprawdę nowego, a za razem gwiezdno wojennego. A będzie jeszcze gorzej ponieważ epizod dziewiąty będzie tak na prawdę jedenastym filmem z serii (zakładając, że "Han Solo: GW Historie" będzie łączyć się z epizodami, tak jak Łotr 1). Tak czy inaczej fani zawsze znajdą coś na zasadzie: "hej, ale widzieliśmy to w epizodzie X". A co do mocnych scen to cieszę się, że ktoś w końcu oprzytomniał i przestał obcinać ludziom kończyny. Ten film pomimo humoru ma mocniejszą atmosferę. Nie wiem jak ty, ale ja czułem, że Ruch Oporu ma przerąbane jak nikt inny dotąd. Wolę oglądać desperacką próbę ucieczki oraz misję samobójczą (bo jak inaczej nazwać rajd tymi "śmigaczami"?) niż sztuczne i lekko kiczowate mordowanie dzieci w świątyni Jedi. No, ale co kto lubi :) 

Edytowano przez Triste Cordis
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 3 weeks later...
  • 2 weeks later...

Wysyp żywych trupów z 2004 r. był filmem co do którego byłem sceptycznie nastawiony, gdyż nie przepadam za filmami o zombiakach, ale powiem szczerze, że dawno się tak nie uśmiałem :D To bardziej podchodzi pod parodię horrorów niż prawdziwy horror. Głupowaty, absurdalny, ale jednak oryginalny i diabelnie śmieszny :cool: 

 

Wiadomo, że nie jest to jakieś ambitne kino, ale jeśli ktoś szuka rozrywki na wieczór, to polecam :derp2:

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Gantz:0 (2016), a później jeszcze Gantz(2010), Gantz: Perfect Answer (2011) i anime Gantz (2004), choć fanem anime nie jestem. Po prostu bardzo fajne uniwersum. Bohaterowie są klonami zmarłych ludzi, którzy zostają zmuszeni do walki z kosmitami przez czarną kulę zwaną Gantz. Fabuła jest zawsze nieprzewidywalna, są różne charaktery postaci, czasem nie wiadomo do końca kto jest dobry a kto zły, a trup ścieli się gęsto. Poza tym za produkcję filmów odpowiedzialne jest nieśmiertelne studio TOHO, toteż potworów nie zabrakło.

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

 

Początkowo miałem nie oglądać tej części, gdyż kolejny raz film nie miał nic nowego do zaoferowania, a zawiedziony po naprawdę słabej i nudnej poprzedniczce skutecznie zniechęciłem się do kontynuacji. Trochę czasu od premiery kinowej minęło, a nowa odsłona Piratów pojawiła się w telewizji i z braku alternatyw pomyślałem, że mimo wszystko przemęczę się po raz piąty przez przygody Kapitana Jacka Sparrowa. Po obejrzeniu stwierdzam jednak, że seria zaczyna się staczać, jednak jako film ogląda się go całkiem przyjemnie.

 

Zacznijmy od tego jaką kontynuacją jest Zemsta Salazara, a jest kontynuacją beznadzieją. Żaden wątek nie ma tutaj sensu z perspektywy poprzednich części. Wątek busoli jest bez sensu, wątek Willa Turnera jest bez sensu, wątek Salazara jest bez sensu. Nic, ale to absolutnie nic się tu kupy nie trzyma. Jedyny wątek, do którego tak naprawdę nie mam zastrzeżeń, to ten z ojcem Sparrowa, a i on pojawia się na ekranie na mniej niż minutę. Nawet nie ma nigdzie żartu, że ktoś uciekł na żółwiu...

 

No ale ok... potraktujmy nowy film o Piratach z Karaibów jako historię poboczną lub jako restart całej serii. W każdym razie nie uważać go jako kontynuację, a tym świetle film prezentuje się już znacznie lepiej. Fabuła kręci się wokół tytułowej zemsty Salazara, który ma pewne rachunki do wyrównania z Jackiem Sparrowem, po drodze spotykamy też Henryego Turnera, syna kapitana Latającego Holendra Willa. Ten pragnie odszukać wiecznie pijanego Sparrowa, by pomógł mu uwolnić ojca od klątwy. Kolejną nową dla serii postacią jest Carina Smyth znająca lokalizację Trójzębu Posejdona, artefaktu zdolnego przełamać wszelkie klątwy. Przez całą historię przewijają się też dobrze znani bohaterowie jak Hector Barbossa, czy Joshamee Gibbs. Fabuła do tych najbardziej zapadających w pamięć nie należy, jednak, zapominając o istnieniu poprzednich części, jest spójna i zawsze wiadomo gdzie jesteśmy i do czego zmierzamy. Czasem jednak pojawia się scena, przy której można odnieść wrażenia, że została dodana na siłę, aby rzucić jakimś żartem lub popchnąć fabułę do przodu. Zdarzają się jednak sporadycznie i nie psuje to odbioru filmu.

 

Co do bohaterów to tak jak w poprzednich częściach wszyscy stanowią dobrą przeciwwagę dla mało ogarniętego Sparrowa, który tutaj przechodzi wszelkie granice głupoty. Na szczęście z biegiem czasu, kiedy akcja przenosi się na morze, a Jack zostaje odcięty od rumu, to przestaje być zapijaczoną parodią pirata, a staje się znaną z poprzednich odsłon serii postacią, która pod przykrywką niezdarności ma w głowie obmyślony plan działania. Tak naprawdę poza nim i Barbossą reszta postaci stanowi tylko tło i bardziej przypominają postaci z gry komputerowej dające głównemu bohaterowi zadania samemu niewiele wnosząc do filmu. Nawet kierowany zemstą Salazar nie zapada w pamięć. Chociaż wygląd zarówno jego jak i załogi to coś na czym można zawiesić oko.

 

Ogólnie więc film jest jak każdy inny z Piraci z Karaibów w tytule. Jest główny zły z magicznymi mocami, jest Sparrow, jest Barbossa, jest jakiś artefakt do znalezienia, który pokonuje wszystkich złych. Ja bawiłem się całkiem nieźle, a przynajmniej lepiej niż na słabej części czwartej. Jeżeli znacie poprzednie części to przed obejrzeniem Zemsty Salazara musicie o nich zapomnieć i traktować ten film jako coś nowego. W innym przypadku będziecie co chwila łapać się za głowę słysząc wyjaśnienia, dlaczego dane wydarzenie miało miejsce.

 

Jako kontynuacja: 0/10

Jako filmu: 7/10

  • +1 1
Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

  • 2 weeks later...

Dokument „Mieszkańcy Ziemi” - film, mający szokować ludzi o słabych nerwach, ukazujący brutalną prawdę o „niehumanitarnych” metodach, jakich używa współczesny przemysł do zaspokajania żywieniowych i materialnych potrzeb człowieka kosztem życia zwierząt.   Krew krwią, ból bólem, ale mimo wszystko tak zawsze funkcjonował świat - silniejszy zjada słabszego. Może i krótko po obejrzeniu będzie się mieć opór przed spożywaniem produktów spożywania zwierzęcego, ale tak naprawdę - co z tego? Kiedy w naturze przedstawiciel dominującego gatunku zabija słabszego nie jest to obiektem debaty (i nigdy nie powinno być) ale kiedy czyni to człowiek, który chcąc nie chcąc do tej natury należy, jest on przedstawiany w roli diabła i sadysty? A i zwierzęta w „naturalnych warunkach” nie okazałyby litości człowiekowi. 

 

Film niewàtpliwie mógłby zmienić czyjeś patrzenie na świat, jednak przedstawia tylko smutną prawdę, okraszoną nieprzyjemnym obrazkiem.

Link do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Chcesz dodać odpowiedź ? Zaloguj się lub zarejestruj nowe konto.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony

Utwórz konto

Zarejestruj nowe konto, to bardzo łatwy proces!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz własne konto? Użyj go!

Zaloguj się
×
×
  • Utwórz nowe...