-
Zawartość
1176 -
Rejestracja
-
Ostatnio
-
Wygrane dni
50
Hoffman wygrał w ostatnim dniu 18 Marzec
Hoffman ma najbardziej lubianą zawartość!
O Hoffman
- Urodziny 3 Lipiec
Kontakt
- Strona www
Informacje profilowe
-
Płeć
Ogier
-
Miasto
To zależy. Mogę być wszędzie.
-
Zainteresowania
Długo by wymieniać. Głównie to kino grozy, gry wideo, seriale animowane, lata osiemdziesiąte, działalność fanów dotycząca dowolnych marek i masa innych rzeczy. Po prostu, co mi w oko wpadnie i wyda się interesujące, godne uwagi.
-
Ulubiona postać
Z głównych postaci - Twilight Sparkle.
Applejack nie jest zła, gdyż w pracy się nie obija.
Ze złoczyńców - Chrysalis. Po prostu.
Ostatnio na profilu byli
Hoffman's Achievements
Stary koń (7/17)
738
Reputacja
-
Jedyna taka historia [Oneshot] [Equestria Girls] [Random] [Comedy]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
To znowu ja! Dorzucam jak na razie ostatnie nowe opowiadanie, prócz tego, że ponownie chcę podziękować @Cahan i @Verlax za prereading, korektę i porady, muszę wspomnieć jeszcze o @Midday Shine, autorce pierwowzoru, która była uprzejma wyrazić zgodę na napisanie niniejszego opowiadania Bardzo dziękuję! Dobry żart... funta trocin wart? [Oneshot] [Euestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Zapraszam do czytania i komentowania! Pozdrawiam!- 9 odpowiedzi
-
- oneshot
- equestria girls
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
Jedyna taka historia [Oneshot] [Equestria Girls] [Random] [Comedy]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
A cóż to się tu znowu pojawiło? Nowy tekst z serii towarzyszącej, tym razem jest to: Nagły atak telemarketerów [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Dostępne również z pozycji pierwszego postu Ponownie za prereading, poprawki, ważne uwagi i poświęcony czas, ogólnie, pragnę podziękować @Cahan oraz @Verlax Pozdrawiam!- 9 odpowiedzi
-
- oneshot
- equestria girls
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
Jedyna taka historia [Oneshot] [Equestria Girls] [Random] [Comedy]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Cześć Wam! Wpadłem ogłosić dużą aktualizację. Otóż, jak już możecie wyczytać w pierwszym poście, z dniem dzisiejszym "Jedyna taka historia" przestaje być jedynym opowiadaniem, bo będzie teraz częścią dłuższej historii Uruchamiam drugą obok "Kresów" serię opowiadań, z syrenami w rolach głównych. Szczegóły dotyczące tego jak to ma wyglądać znajdziecie wyżej, w pierwszym poście. Bez przedłużania, przedstawiam sequel oryginalnego opowiadania: Jedyny taki plan [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] A także pierwsze "opowiadanie towarzyszące", a jest nim: Śpiąca syrenka [Oneshot] [Equestria Girls] [Slice of Life] [Comedy] Oczekujcie kolejnych opowiadań już niebawem Uwaga, ważne! Co do tytułu serii na razie jeszcze NIE MAM pomysłu, ale myślę o tym. Jeśli macie jakieś propozycje albo pomysły, możecie śmiało się nimi podzielić, jestem otwarty na sugestie. Podobnież nie jestem zdecydowany czy okładkę zmieniać, chociaż miałbym parę dobrych kandydatów (może umiałbym sam narysować, ale nie jestem pewien jak miałaby wyglądać, tu też brakuje konkretnej koncepcji). Także parę rzeczy jest w przygotowywaniu, niemniej nie ma czego przedłużać ani z czym się wstrzymywać - Dazzlings powracają, więc zapraszam do czytania i komentowania Podziękowania dla @Cahan i @Verlax za prereading i korektę Pozdrawiam!- 9 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- oneshot
- equestria girls
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
W lutym tego roku w Klubie Konesera Polskiego Fanfika odbyły się warsztaty pisarskie skupione na krótkiej formie - drugim z ćwiczeń było napisanie opowiadania poświęconego postaci Cadance, do 1000 słów. Udało mnie się szybko zrealizować prosty pomysł, a przy tym zmieścić się w narzuconym limicie słów i tym samym z sukcesem wywiązać się z ćwiczenia, a dzisiaj publikuję ów tekst, lecz w jego poprawionej formie Co to znaczy? Przejrzałem opowiadanie jeszcze raz i po drodze poprawiłem kilka zdań, które z perspektywy czasu brzmiały średnio lub wręcz nie najlepiej, przy okazji dodając nowe, rozbudowując nieco poszczególne fragmenty. Poszukałem też drobnych błędów. Nie jest to wiele, bariera 1000 słów została przebita, ale to zbyt mało, by ochrzcić poniższy tekst mianem "rozszerzonego", stąd etykieta "wersji poprawionej" Zarazem zaadresowałem chyba główną uwagę do tekstu - jest to teraz [Slice of Life]. Nie więcej, nie mniej. Akcja rozgrywa się jakoś po trzecim sezonie. (Okładka w przygotowywaniu, bo mam pomysł.) Sprawa najwyższej księżniczki [Oneshot] [Slice of Life] Po niedawnych perypetiach, księżniczka Cadance powoli odnajduje się w roli władczyni Kryształowego Królestwa. Czytając korespondencję od poddanych, natrafia na problem, który jako księżniczka miłości musi natychmiast rozwiązać. Stęskniłem się za krótkimi formami. A teraz okazało się, że jednak nie zapomniałem jak się je tworzy Zapraszam do lektury i pozdrawiam!
-
- oneshot
- slice of life
-
(i 1 więcej)
Tagi:
-
Nadzieja, która błyszczy [Z][Slice of Life][Sad][Violence]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej -
Kresy [NZ] [Seria] [Slice of Life] [Violence] [Adventure] [Sad]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Nim przejdę do rzeczy, pragnę jeszcze raz, bardzo, ale to bardzo podziękować @Waser4K, za czas poświęcony tak na przeczytanie sagi rodziny Crusto, jak i na oba komentarze, włącznie z trudem poniesionym przy jego pisaniu, mnie jak zwykle niezmiernie miło było czytać przemyślenia kolejnego czytelnika o opowiadaniach, zbiorczo, a także o każdym z osobna, odkrywać co się spodobało, co niezbyt, co zagrało najlepiej, a co okazało się" niedogotowane", znaczy to dla mnie mnóstwo i dopinguje do dalszego pisania! Szczególnie ucieszyłem się czytając o swym światotwórstwie i że daje ono radę - na etapie pierwszych opowiadań z serii, właściwie to całej sagi rodziny Crusto, nie przywiązywałem do niego aż takiej uwagi, generalnie zwykłem koncentrować się na postaciach. Bardzo się cieszę, jeśli kreowany świat w Twoich oczach wypadł dobrze Przeskoki czasowe na ówczesnym etapie były większe, teksty były bardziej "rozrzucone" względem siebie w chronologii, kształtowały się jeszcze koncepcje na wątki i postacie, niektóre z nich przeszły większe lub mniejsze zmiany... Chociażby taka Silkflake Dziękuję także za rysunek! Tak czy owak - dzięki Ci wielkie, oby kolejne odcinki serii dały radę Oby tekst, który zaraz ogłoszę dał radę... Ano, na moim DeviantArcie od jakiegoś czasu dostępne jest drzewo genealogiczne kresowych postaci - rodzin Ashfallów i Crusto. Widać jak kuce są ze sobą powiązane, uwzględniłem także postacie tylko wspomniane w fanfikach W przyszłości planuję je rozszerzać, w miarę rozbudowywania fabuły. Tak przyszłej, jak i tej, która już jest A teraz pora ogłosić opowiadanie, którym uczczę dziesięciolecie serii. A jest to... remake "Tajemnicy Białego Bazyliszka" Od jakiegoś czasu groziłem, że się za to zabiorę i oto jest - chociaż fabuła z grubsza mówi o tym samym, wprowadziłem szereg zmian i rozszerzyłem to, co już było. Koncentrując się oczywiście na postaciach i relacjach między nimi, ale chyba największym novum jest to, że teraz nie tylko Fenrir wędruje po tajemniczej grocie... Co jeszcze jest w tekście? Sprawdźcie sami, zapraszam do czytania! Pisząc nową wersję, wziąłem sobie do serca spostrzeżenia Verlaxa i postanowiłem wejść głębiej w umysł Fenrira, lepiej zarysować wydarzenia, które zainspirowały go do zmiany swojego życia i podejścia, a także nakreślić skąd ta jego zmiana miałaby w ogóle wypłynąć. Jednocześnie, myślę, że wpisze się to w sam raz w odczucie Wasera4K, jakoby w ramach sagi rodziny Crusto, seria opowiadała o odnalezieniu siebie i drogi, która pozwoli żyć ze sobą w zgodzie. W związku z filozofią, by rzeczy rozszerzać i ciągle dorzucać nowości, tekst wyszedł dużo dłuższy od pierwowzoru. Kombinowałem jak to podzielić na może trzy części, ale ostatecznie zostałem przy dwóch. Pierwsza rozgrywa się... za dnia, aż do późnego wieczora, a druga pamiętnej nocy, podczas której bohaterowie starli się z tajemniczym, białołuskim potworem. Oto on: Tajemnica Białego Bazyliszka - wersja 2025 - część pierwsza, a także część druga Tekst znajdziecie również w pierwszym poście otwierającym niniejszy wątek (Pliczek z chronologią zaktualizuję w wolnej chwili) Zdradzę, że niektóre dodane rzeczy mają być zalążkiem do przygód łowców, czyli swego rodzaju spin-offu do głównej serii, o którym rozmyślam już od dłuższego czasu. Niedawno przyszedł mi do głowy pomysł na jeszcze jeden rodzaj spin-offu, z którego pierwsza historyjka zaczyna pomału się rozwijać Nadchodząca saga ma się dobrze - ruszyły prace nad opowiadaniami o Kaprikornii i koziorożcach, mam już koncepcje na większość kolejnych tekstów, nadal jednak nie zdecydowałem się co do finału. Na szczęście to melodia przyszłości. Bardzo chciałbym w tym roku pokazać Wam coś jeszcze, ale nie mogę niczego obiecać - walczę z czasem i przegrywam Dlatego, na wszelki wypadek - wszystkiego najlepszego z okazji dziesięciolecia "Kresów", historia leci dalej! Pozdrawiam!- 89 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- slice of life
- violence
-
(i 3 więcej)
Tagi:
-
tcb Obecność [Seria][NZ][Slice of Life][Human][TCB][Spin Off]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Seria "Obecność" doczekała się kilku nowych odsłon, toteż z największą przyjemnością powracam do cyklu, ciekaw czym jeszcze zaskoczył nas autor i w którym kierunku poprowadził swoje uniwersum Nie przedłużając, startujemy od "Przebudzenia". Piąta część serii "Obecność", opowiada historię bohatera o pseudonimie Chip, którego przysięgam, że kojarzę z "Poniedziałku". Zaczyna się dosyć tajemniczo, bo od sceny z paraliżem sennym, podczas którego to protagonistę nawiedza Nocna Zmora, stwór przerażający i parszywy, ale na szczęście nieprawdziwy. Ale czy na pewno? Niczym w "Koszmarze z ulicy Wiązów", okazuje się, że da się wynosić różne rzeczy ze świata snów do świata rzeczywistego; Chip, spędzając czas przy kawie u swej przyjaciółki Angeli, ma na sobie bardzo charakterystyczny ślad, który najpewniej zostawiła wspomniana Nocna Zmora, gdy ten śnił swój koszmar. Jest to tylko odrobinę mniej zagadkowe niż kot Angeli, który świeci na niebiesko. I mówi ludzkim głosem. Ludzkim? Nie do końca - gdy Chip po chwili się odwraca, widzi Lunę we własnej osobie, uzbrojoną w pierogi. Niemożliwe! Co zatem było snem, a co jest rzeczywistością? Odpowiedzi szukajcie w tekście. Chociaż fanfik nie jest długi - historia zamyka się w zaledwie siedmiu stronach - znalazło się w nim dość urozmaiceń, co pomogło uniknąć monotonni, tempo akcji okazało się sprawne na tyle, by lektura szła wartko, a jednocześnie wyważone idealnie, by dać odbiorcy odpowiednio dużo czasu na chłonięcie poszczególnych scen, dzięki czemu nie było problemów z klimatem. A klimat to klasyczne [TCB], tekst wydaje się bardzo dopracowanym opowiadaniem z najlepszych lat fandomu, można go także postrzegać jako przypadek tekstu współczesnego, który z powodzeniem emuluje retro klimat Choć jest to już piąta odsłona cyklu "Obecność", nie powiedziałbym, że opowiadanie wymaga od czytelnika znajomości poprzednich części. Znaczy, jasne, warto je sprawdzić, by mieć szerszy kontekst, ale samo w sobie jest na tyle kompletne, że sprawdza się jako samodzielne dzieło. Powiedziałbym, że jedynym, co warto wiedzieć zabierając się za "Przebudzenie", to podstawy podstaw koncepcji Biur Adaptacyjnych. Co idzie wyłożyć zawierając się w jednym zdaniu wielokrotnie złożonym albo w trzech-czterech prostych. Nic prostszego. Wspomniane urozmaicenia to nie tylko odniesienia do prawdziwych osób udzielających się w fandomie bądź funkcjonujących już poza nim, acz obecnymi w sieci, na różnych platformach internetowych. Wspomnę tylko, że tak jak poprzednio, acz nie w tak dużym stopniu, bawią mnie te nawiązania, znajome tytuły fanfików, a także tytuły fikcyjne, acz nawiązujące do prawdziwych, no i drobne bo drobne, ale mijanie się z rzeczywistością. Jak np. tutaj: Oczywiście rozpoznałem w tym nawiązanie do mojego największego na dzień dzisiejszy fanfikowego projektu, ale uśmiechnąłem się po raz drugi, gdyż myśl o tym, że napisałbym cokolwiek osadzonego w uniwersum Fallout: Equestria, nie mogła być bardziej błędna Określiłbym to mianem takiego miękkiego, ale przesympatycznego out-of-character, bez którego na tym etapie trudno mi sobie wyobrazić "Obecność". A swoją drogą, miło było znaleźć samego siebie w opowiadaniu. Dzięki Hm, przy okazji, jestem pewien, że tam powinno być "Borderlands", jedna literka najwyraźniej została zjedzona. Wracając - w ramach urozmaiceń pojawia się choćby Tommy Wiseau, wprawdzie na krótko, ale zapada w pamięci; gdy to zobaczyłem wiedziałem już, że mam przed sobą jeden z lepszych tekstów, jakie przyszło mi przeczytać w tym roku Nie zabraknie także postaci z innego fanfika, która zapyta bohatera czy przypadkiem nie przechodził ostatnio obok pewnego zapomnianego miasta. Ale najciekawsze wydało mnie się z tego wszystkiego zakończenie. Nie mam jednak na myśli sceny, w której następuje tytułowe przebudzenie, lecz krótka relacja, na samym końcu. Jakby wspomniana scena nie wystarczyła na nowy, rozszerzony kontekst tego, o czym do tej pory czytaliśmy, na do widzenia dostajemy Ostatni Zapis z Planety Ziemia, z jakiegoś powodu zapisanego wielkimi literami. Nie wydaje mnie się, by tak było dobrze, ale ok. Ważne jest to, że było to czyste, klasyczne [TCB] i swoista wisienka na torcie. Pod kątem formy, tekst jest solidny. Sformatowany jest prawidłowo, wygląda schludnie i przejrzyście, nie uświadczyłem żadnych błędów utrudniających lekturę, błędów w samej treści też ze świecą szukać. Nic dziwnego - opowiadanie otrzymało korektę, więc podczas czytania można było być spokojnym o ortografię czy interpunkcję. Rzeczy pisane wytłuszczonym tekstem bądź kursywą mają to pogrubienie bądź kursywę nie bez powodu; formatowanie to służy podkreśleniu, co rozgrywa się w sferze snów, a co jest zapisem historii. Nie gryzie się to ze sobą, a raczej współgra. Tekst po prostu dobrze i sprawnie się czyta, a także z łatwością się do niego wraca. "Przebudzenie", co mnie trochę zaskoczyło, w sumie sprawdziłoby się znakomicie jako prolog do "Obecności", ogólnie. Albo nie prolog do serii, a wprowadzenie do czegoś dużego w ramach serii. Ma w sobie taki vibe otwarcia do czegoś większego, moim zdaniem. Ale tak czy owak, jest to opowiadanie, które, w ramach krótkiego przerywnika, mogę z czystym sercem polecić tak szukającym oparów starego fandomu, fanom klasycznego (i nie tylko) [TCB], jak i każdemu innemu czytelnikowi, pod warunkiem, że nie odrzuca go koncepcja ludzi i kucyków egzystujących w ramach jednego uniwersum. Jeśli jest to coś, czego nie możesz przełknąć, to raczej nie znajdziesz tu zbyt wiele dla siebie. Ale pozostałych jak najbardziej zachęcam do sprawdzenia "Przebudzenia" jak również pozostałych kawałków serii. A skoro mowa o pozostałych kawałkach... "Encounter" jest historią Rarity, nie tej serialowej Rarity, lecz prawdziwej Rarity (wiem, że to brzmi dziwnie, ale stay with me), która przewinęła się na moment w końcówce "Przebudzenia" i jest to zarazem jej origin story. Akcja przenosi nas do roku dwa tysiące dziewiętnastego, do dnia, w którym nasza bohaterka, Karolina, stara się o posadę w dziale ochrony jednego z biur. Dyrektorką jest sama Frezja Sky - miła sprawa. Dowiadujemy się jednak, że mimo referencji, aplikacja zostanie odrzucona z uwagi na toczącą się przeciwko Karolinie rozprawę sądową i gdyby nie pojawienie się samej księżniczki Luny, która kogoś w naszej bohaterce rozpoznaje, zapewne na tym by się skończyło. Wprowadzenie, zważywszy na pozostałą treść, okazuje się bardzo kompetentne. Zajawia wątek Karoliny, przedstawia tak jej postać, jak i dorzuca kolejne, rozbudowując wątek z poprzedniego opowiadania, a także sieje parę ziaren tajemnicy, do wykiełkowania później. Co Luna powiedziała Frezji? Kogo rozpoznała w Karolinie? O jaką rozprawę sądową chodzi i co przeskrobała bohaterka? Wstęp skutecznie wciąga i zachęca do dalszej lektury, do tego został sprawnie napisany, należycie wyróżniony poprzez formatowanie, naprawdę solidna robota. Akcja przenosi się rok wcześniej, a my poznajemy Karolinę jako policjantkę. Nic zaskakującego, jeśli pamięta się pierwszy akapit tekstu. Ale i tak dziwnego, zważywszy na jej faktyczną profesję. Odrobina [Slice of Life] na pewno nie zaszkodzi, a tylko pomoże, racja? OK, muszę jedną rzecz przyznać - o wiele łatwiej mi wyobrazić sobie, że z jakiegokolwiek powodu Rarity idzie do pracy w policji, niż Rarity zajadającą się wieśmakami – przecież w tych kanapkach są warzywa Jest to po raz kolejny charakterystyczny element serii, realizujący zamysł meta-fanfikcji, w ramach którego bohaterami, uczestnikami świata przedstawionego są autentyczne osoby z fandomu, oddanie nie tyle niefortunnie, co po prostu błędnie, lecz nie w sposób budzący wątpliwości, lecz tak, że człowiek po prostu czyta i się uśmiecha, wyobrażając sobie znajomych i przyjaciół w opisywanych przez autora sytuacjach To jest tak przedziwne, ale jednocześnie zabawne i niezdrowo fascynujące, że nie mogę postąpić inaczej - muszę to odhaczyć jako plus. Podobnie, występ Cahan i Dolara, rozbierających płot na polecenie Ghatorra (tajasne), również mnie rozbawił. Oczywiście, że nie złożą kogoś w ofierze, ani nie zaprzęgną do roboty niewolników, smagając ich przy tym batem - sami grzecznie rozbiorą płot z dobroci serca. Jak mam w to uwierzyć? Bo w realu najprawdopodobniej mieliby to w rzyci xD Ale gdybym już musiał do czegoś się przyczepić, to ów płot w Ghatorra, moim zdaniem idzie już za daleko - by zrozumieć żart, trzeba mieć więcej takiej wewnętrznej wiedzy, nie pochodzącej z fanfika czy definicji tagu, by złapać o co chodzi. Ale dla mnie osobiście, miła sprawa. Nawet jeżeli obecnie płot już się przeżarł i teraz Ghatorr nie ma prądu. Lecz gdy Karolina nagle widzi na drodze Lunę, co traktuje bardzo poważnie, bujający się z nią w radiowozie glina raportuje jej zachowanie do centrali. Stąd dowiadujemy się, że nie jest to jej pierwszy raz. Po powrocie do domu poznajemy inne, jeszcze dziwniejsze oblicze protagonistki – jest streamerką gamingową, a dodatku cosplayerką. Na streamach wciela się oczywiście w Rarity. Jestem konsekwentny – to też jest mi sobie wyobrazić łatwiej. Ciekawie się robi gdy wizytę składa bohaterce autentyczna Rarity z serialu. Zarazem odkrywamy o co chodzi z tym sądzeniem się, o którym dowiedzieliśmy się na początku tekstu. I muszę przyznać, że w realiach świata przedstawionego, ale także w kontekście [TCB], to jest GE-NIAL-NE! Odpowiada mi pacing, z jakim autor rozwiązał tę zagadkę i jak się to odbyło. Świetna sprawa. Konfrontacja Karoliny z Rarity także wypadła świetnie i zabawnie, podobało mnie się. Końcówka, podobnie napisana kursywą, tak jak jak przy poprzedniej części, uprawia drobne światotworzenie i dodaje szerszy kontekst do wydarzeń, o których czytamy. Dowiadujemy się też skąd tytuł odpowiadania. No i oczywiście, po raz kolejny jest to old schoolowe [TCB], napisane solidnie, z pomysłem i humorem, w formie, która zadowala; tekst sformatowany i skonstruowany jest na podobnym poziomie, trudno doszukać się poważniejszych czy nawet drobniejszych błędów, czyta się to dobrze i sprawnie. Klimatem najbliżej mu do "Przebudzenia", w ogóle, pasuje mnie ciągłość z poprzednim opowiadaniem. Nie tylko jest to historia jednej postaci, ale element bardziej złożonej opowieści o pewnym konkretnym świecie przedstawionym. Jednakże tym razem opowiadanie nie radzi już sobie tak dobrze jako samodzielny twór, raczej rekomendowane jest przeczytanie przynajmniej "Przebudzenia", coby wiedzieć o co biega. Niekoniecznie jest to minus, ale pomyślałem, że warto o tym wspomnieć. Tekst nadal godny jest polecenia Kolejny nowy odcinek serii, czyli „Herbata”, jeszcze bardziej powraca do klasycznych klimatów biur adaptacyjnych, lecz tym razem, o ile oczywiście nie mogę odmówić mu pewnego zabarwienia komediowego - wszakże znów przewijają się w nim znane mi osoby, zachowujące się w sposób kompletnie mi nieznany - o tyle w porównaniu do poprzedników ma inny wydźwięk. Jest poważniej, powiedziałbym nawet, że mroczniej, zważywszy na motywy, jakie przewijają się w tekście. Będzie nawet trup na ziemi! Nie jest to wprawdzie nic zbyt wielkiego, klimatem nie "Herbata" nie odstaje aż tak od poprzednich części, ale zdecydowanie wyróżnia się postapokaliptyczną otoczką i odrobiną melancholii. I zupełnie szczerze, taka zmiana nawet mi pasuje. Dzięki temu tekst wydaje się nieco świeższy w stosunku do tych, które już przeczytałem. Jednocześnie nadal wzbudza nostalgię, za sprawą klasycznej tematyki, okraszonej współczesną formą. Aczkolwiek tym razem znalazłem parę niedoskonałości. Chociażby brak spacji: Innym razem brak kropki na końcu zdania: Aha, jeszcze! Zjedzona literka. Brak spacji, no i krzyk zakończony wielokropkiem. A zaraz potem znów brakuje kropki: Prócz tego, forma z grubsza trzyma poziom "Przebudzenia" i "Encounter" - nadal mamy pewne fragmenty, które są sformatowane inaczej, co ma zasygnalizować nam co jest obecną akcją, a co wspomnieniem czy czymś innym, więc nigdzie nie idzie się pogubić, konstrukcja tekstu jest satysfakcjonująca. Mam na myśli to, że po zakończeniu czytania czuję się po prostu dobrze z poczuciem, że mam za sobą kolejny tekst z solidnym otwarciem, wciągającym rozwinięciem i sycącym zakończeniem, do tego w całkiem dobrej formie. Bardzo dobrze. Ale wracając do fabuły - tym razem bohaterem został Dolar, który obecnie przebywając w Ur, ostatnim mieście ludzi, wspomina dzień, w którym pojawiła się sfera, od czego wszystko się zaczęło, a także czas swej rezydentury w jednym z Centrum Lojalności, które, gdy nikt nie patrzył, zostało przekształcone w obóz koncentracyjny. Ale z Dolarem na pokładzie. Nie, nie w charakterze głównego zarządcy, tak jak ja bym się tego spodziewał, lecz w charakterze więźnia. Że co? W ośrodku przekształconym w obóz koncentracyjny spędzimy większość czasu. Muszę przyznać, że brnąc przez tekst, odniosłem wrażenie, jakoby ten był w rzeczywistości znacznie dłuższy. Nie mam na myśli dłużyzny - mam na myśli to, że fabuła nie przypominała odcinka, ale pełnometrażowy film. Przez cały czas niezmiennie było ciekawie, zrobiło się wręcz fenomenalnie, kiedy spróbowałem odczytać w myślach narrację znanym mi głosem protagonisty. Każdego, kto Dolara zna w prawdziwym życiu, zachęcam do takiego oto eksperymentu. Jest to dziwne, może wręcz surrealistyczne, ale warte doświadczenia Poszczególne fragmenty w obozie potrafią niekiedy zaskoczyć powagą, w ogóle, mnie osobiście, umieszczenie tej lokacji gdzieś w Białorusi starczy, bym wyobraził siebie to miejsce w taki sposób, że prędzej bym poszedł do kościoła, niż wybrał się tam pomieszkać. Niekończący się nadzór, niewielki metraż, nadmierne zagęszczenie, głód, syf i przemoc, nie są to przyjemne rzeczy. Zresztą nieludzkimi warunkami, odebraniem tego, w co obfitowało poprzednie życie bohatera, tłumaczona jest jego znaczna utrata wagi. Dodając do tego otoczkę postępującej zagłady ludzkości, rozszerzającą się strefę i brak nadziei na powrót do poprzedniego porządku, mamy tutaj coś, co nie tylko przywodzi na myśl te mroczniejsze historie osadzone w realiach [TCB], ale i coś z potencjałem na mocne post-apo, nietypowe dla ogólnego klimatu "Obecności", ale zaskakująco do tych realiów... pasujące? Spodobało mnie się zakończenie. Wcześniej wspomnienia o lepszych czasach kontrastowały mocno z fragmentami, w których protagonista znajduje się z dala od, tu cytat: Tworząc atmosferę tęsknoty za tym, co utracone i ubolewania nad faktem, iż nie da się tego w żaden sposób odzyskać. Końcówka natomiast, jest gorzka, gdyż mimo wyzwolenia nie dzieje się nic, co nakazywałoby sądzić, że teraz nagle, wbrew wszystkiemu, nastąpi ratunek i wszystko już będzie dobrze - zagłada ludzkości nadal jest nieunikniona, ale jest w niej (w końcówce, nie w zagładzie) dużo osłody, gdy po wszystkim zjawia się Rarity z upominkiem, wyjawiając zarazem, że pupilom głównego bohatera nic nie jest, są bezpieczne i szczęśliwe, a także później, gdy Celestia rozmawia z protagonistą. Dolar ponyfikacji odmawia, ale jest awatarem, toteż przyjdzie mu poprowadzić ostatnich ludzi w kierunku wspomnianego Ur, wyjaśniając tym samym początek historii, gdzie mamy go całego i zdrowego w tym właśnie mieście. Historia zatem ładnie się zamyka. Prócz tego, w samym tekście nie brakuje pokrzepiających serce zdań. To są małe rzeczy, które czynią zakończenie niemalże serialowym, dodając kontekst rozpoczęciu opowiadania. Znając całość, wracając do początku dużo lepiej widać, że chociaż ocaleli mają świadomość nieuchronności końca, to jednak starają się żyć tak, jak przed pojawieniem się strefy i że w tych prostych czynnościach mających przynieść ukojenie jest... coś więcej. Dlatego też, mimo stylu, który akurat przy tym odcinku troszkę podupadł na jakości, mimo formy, w której znalazło się znacznie więcej niedoskonałości, muszę odhaczyć "Herbatę" jako kolejny udany, godny polecenia odcinek "Obecności", radzący sobie nieźle jako samodzielne dzieło, bardzo dobrze jako część serii, acz niezależnie od tego jak go rozpatrujemy, przypomina czasy starego fandomu, klimatem klasyczne [TCB], jest przy tym ładną, budzącą rozbawienie mimo mroczniejszej otoczki laurką dla współczesnego fandomu i w tym sensie jest to mała, ale wyjątkowa rzecz. Nie pozostaje mi nic innego jak oczekiwać na kolejne opowiadania z tego cyklu, bo jestem pewien, że wyobraźnia autora niejeden raz nas jeszcze zaskoczy. Czy będzie to opowiadanie, w którym w stylu "Sędzi Anny Marii Wesołowskiej" dowiemy się jak Karolina wygrała rozprawę z prawdziwą Rarity i co mówili świadkowie, czy tekst, w którym Toperz i Alba okazują się najpotężniejszymi istotami we wszechświecie, które pokonują kucyki, niszczą strefę, ale zaraz po tym sami zniewalają ludzkość, bo nie otrzymali na czas karmy, jestem przekonany, że na tym etapie autor zdoła, choć zapewne z pomocą, utrzymać formę i styl na w miarę równym, dobrym poziomie, wskutek nabytego przez całe swoje pisanie doświadczenia Also, wychodzi na to, że zostałem jednorożcem. OK Pozdrawiam serdecznie i powodzenia przy dalszej twórczości!- 19 odpowiedzi
-
- oneshot
- slice of life
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
Skończyłem czytać i jestem skołowany. Wprost nie wiem od czego zacząć. Od tego, że bawiłem się świetnie, aż od razu przeczytałem to jeszcze raz? Od tego, że kreacje tak Twilight i Spike'a, jak i Podmieńców na czele z Chrysalis okazały się przezabawne i genialne? Może od tego, że spray na Podmieńce, gryfiej produkcji, bo gryfy znają się na eksterminacji, mają na etykiecie wąsatego gryfa, a sam produkt nazywa się Tajfun? Albo od tego, że w pewnym momencie depodmieńcyzacja zmieniła się w walkę, gdzie jedna strona dysponowała świątecznym wydaniem "Klaczy domu", a druga "Czarem na każda okazję"? Jeszcze inaczej - może by tak zacytować co lepsze fragmenty, ale jak tu zacytować niemalże całe opowiadanie? OK, przejdźmy do rzeczy. Opowiadanie bardzo, ale to bardzo mnie się spodobało Przede wszystkim, absolutny peak komedii, aż sam jestem zaskoczony, że tak się ubawiłem przy tekście w formie elektronicznej. Klimat był przepiękny. Rewelacyjnie absurdalny, cudownie głupiutki, przerysowanie kreskówkowy, absurdalny i barwny, to jest ten typ komedii, który chyba da się czytać w nieskończoność i cały czas bawić się przy nim równie dobrze. Urzeka również masa świetnych pomysłów! To jest niesamowite, że zabierając się za tekst autorstwa Suna, występu Podmieńca lub wielu Podmieńców można się praktycznie spodziewać i w zależności od potrzeb fabularnych, mogą to być w pełni świadome, ucywilizowane istoty jak kucyki albo wielofunkcyjne narzędzia na sprzedaż, albo po prostu owady, żrące tkaniny, cukier i inne rzeczy, latające w kółko przy suficie jak poj... pokręcone, bohaterowie raz siedzą obok nich, rozmawiając albo wyruszają wraz z nimi po przygodę, by innym razem z szerokim uśmiechem na pyszczku, w blasku słoneczka, w rytm wesołej piosenki packać je czymś ciężkim, a te padają jak muchy, które się później zamiata i wyrzuca Ten kontrast jest po prostu przeuroczy. Nie wiem co w tym jest, ale po prostu działa. Cała misja depodmieńcyzacyjna pełna była takich oto fragmentów, w których Twilight - chociaż wiemy z tekstu, że wydarzyła się akcja z Thoraxem, a więc to nie jest tak, że te Podmieńce są takie durne - wesoło eksterminuje kolejne okazy tychże stworzeń, w czym wtóruje jej Spike, w ogóle, myśl o tym, że można sobie pójść do sklepu i kupić środki podmieńcobójcze od tak, podbija całą tę absurdalną, randomową otoczkę, która tak bardzo śmieszy przez całe opowiadanie. Tekst o Chrysalis, która zalęgła się w piwnicy, powinien zostać klasykiem Znakomicie czytało się kolejne powroty Twilight do lochów i kolejne jej próby zwalczenia upartej królowej, która, jak na złoczyńcę przystało, była bardzo wygadana: Tak, to jest jedyne, co mówi przez cały tekst. I to jest cu-dow-ne! Czy to pojedynek na gazety (w ogóle, schodzisz do piwnicy utłuc insekta, ten insekt zabiera ci gazetę, którą to zaczyna sam cię okładać, proszę to sobie wyobrazić bez serdecznego xD), czy atak naftaliną, czy pułapka z lepem, czy też ostateczne rozwiązanie polegające na użyciu ognia (Spike w tym celu spożywa chili w formie płynnej), eskalacja następuje naturalnie, każda kolejna próba wytępienia zarazy jest większa i poważniejsza od poprzedniej, a kiedy jest po wszystkim, aż szkoda, że to już koniec. Tekst jednocześnie, chociaż wzmianka o Thoraxie jasno wskazuje na te późniejsze sezony, w jakiś sposób zachowuje klasyczne brzmienie i ten klimat starego fandomu. Nie wiem, to chyba jakiś ukryty motyw przewodni tego bloku komentarzowego Kojarzyło mnie się to trochę z fanfikiem, w którym księżniczka Luna bierze prysznic czy takim "Twilight eats a book", z tego typu rzeczami. Głównie przez pewną taką... ciapowatość postaci (na tym etapie Twilight z przyjaciółmi pokonała Chrysalis parę razy, a teraz nagle nie umie się jej pozbyć z piwnicy), kreskówkowość wydarzeń (Ale nie serialowość, to co innego!), a także ten nieskrępowany, śmiały [Random] podsycany absurdem, którego ja osobiście nie potrafię wykonać. Mieszanka ta dała po prostu piękną, lekką i przeuroczą komedyjkę, której każdy powinien spróbować. Zdecydowany highlight twórczości Suna. Zero rzemieślniczej pracy, tylko całe serce włożone w pisany fanfik. Może przesadzam, ale sam nie spodziewałem się, że ów tekst spodoba mnie się aż tak Forma przez większość czasu bez zarzutu, do prawda zdarzały się pewne literówki, ale szczerze, treść tak mnie ubawiła, że prawie nie zwróciłem na nie uwagi. Chyba z przyzwyczajenia wyszukiwałem różnych błędów. Generalnie poszczególne akapity czytało się lekko, były w sam raz rozbudowane, tempo akcji sprzyjało temu, by co rusz prezentować nam coś nowego, by cały czas gnać do przodu ale uniknąwszy wrażenia, że wszystko dzieje się naraz, że leci na łeb na szyję, aż czytelnikowi brakuje tchu, dialogi zaś wypadły naturalnie i wiarygodnie jak na te postacie (czuło się, że przez większość czasu one same się świetnie bawią), nie szło się nudzić. Zakończenie fantastyczne i satysfakcjonujące. Idealne Zdecydowanie polecam ten fanfik. To trzeba przeczytać. Fala pozytywnej nostalgii, spora dawna pięknie randomowego humoru, wartka akcja i solidna forma - warto przekonać się, nie po raz pierwszy zresztą, jak daleko może zabrnąć wyobraźnia autora i co jeszcze śmiesznego można wymyślić, gdy wydaje się, że już wszystko zostało wymyślone
-
Historia wypalona przez Słońce [NZ] [Violence] [Adventure] [Lunar]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Zbliża się koniec roku, a nowych fanfików przybywa, co jest nieco zaskakujące - dynamika tak aktualizacji istniejących już opowiadań, jak i publikacji zupełnie nowych nie jest już taka co kiedyś, do czego już jakiś czas temu zdążyłem się przyzwyczaić - lecz jeszcze bardziej zaskakująca okazała się treść tejże historii. Co konkretnie mam na myśli? Otóż nie spodziewałem się, że tekst sięgnie do początku fabuły serialu i wzbudzi tyle nostalgii, do tego w sposób, który nie pozbawia go autentyczności. Niemalże jak coś, co rzeczywiście zostało napisane w latach 2012-2013, a dopiero teraz ujrzało światło dzienne Chociaż opis jasno wskazuje, że wracamy do początku serialu, do momentu, w którym Nightmare Moon zostaje pokonana, a Luna powraca po tysiącletniej banicji - sam opis zwięzły i ciekawy, zachęcił mnie do czytania - ani jego dosyć "klasyczny" wydźwięk ani przekaz zapowiadający coś epickiego, nie musi jeszcze oznaczać dzieła mocno przywodzącego na myśl początki rodzimego fanfikopisarstwa. Jednakże zgłębiając się w treść, ogarnęła mnie przyjemna fala nostalgii, opisy i dialogi w przeważającej większości mi podeszły, forma, o ile ma pewne bolączki, okazała się całkiem przyzwoita, tempo akcji i ogólne flow były w porządku, czytało się to zaskakująco lekko. Są to rzeczy, których nie zawsze możemy się spodziewać sięgając po jakiś "stary" tekst. Zaczyna się niewinnie; kucykom zostaje zaprezentowana dawno, dawno temu zaginiona księżniczka Luna, oczyszczona przez Elementy Harmonii, lecz autor nie traci czasu i już od początku sygnalizuje czytelnikowi, że Pani Nocy ma jakieś ukryte intencje, którymi niespecjalnie ma ochotę się z kimkolwiek dzielić, co rzuca cień na jej przemianę. Być może Nightmare Moon przeminęła, a Luna odzyskała poprzednią formę, lecz to bynajmniej nie oznacza, że zapomniała o dalekiej przeszłości, która być może wcale nie wygląda tak, jak nakazują sądzić księgi historyczne, a rozegrane wydarzenia w istocie miały inny kontekst, a i stawka dotyczyła czegoś zupełnie innego. Jest to fundament, na którym stoi fabuła opowiadania - znaleźć sposób, by objawić przed nieświadomymi kucykami prawdę o tym, co się wydarzyło i podważyć oficjalną wersję historii, napisanej oczywiście przez zwycięzców. A raczej, zwyciężczynię. Mamy tu stary motyw, jakoby Luna była tą niezrozumianą bohaterką, a Celestia być może nie jest taka dobra, jak się wydaje, ale nie trącił wtórnością. Powiedziałbym, że jest tu szerokie pole do manewru - żadna z bohaterek nie musi okazywać się zła czy dobra, motywacje ich nie muszą z góry okazać się takie czy inne, może prawdziwa historia została zatajona z innych powodów niż mogłoby się nam wydawać, może w gruncie rzeczy chodzi o coś przerażającego, a to, co uczyniła Celestia, tuszując pewne rzeczy, oceniła jako najmniejsze zło. Także możliwości trochę jest, na zwroty akcji, na coś zaskakującego, stąd już po prologu zainteresowałem się dokąd ta historia mogłaby zabrnąć. Należy też pochwalić opanowanie ze strony Luny, jej ostrożność, konsekwencję (chociaż na razie na poziomie deklaratywnym, nie widzimy jeszcze w praktyce jej działań) w dążeniu do celu oraz świadomość ryzyka - jest to kreacja nieco dojrzalsza, którą chce się śledzić. Fragmenty, w których bacznie obserwuje otoczenie, używa wyuczonych ekspresji, z których każda oznacza coś innego, to jak wykorzystuje szczelinę między zaklęciami Celestii, by wkroczyć do ruin Zamku Dwóch Sióstr, gdzie kryją się resztki jej nocnej straży, sceny te cieszą i satysfakcjonują, a także nakręcają ciekawość na ciąg dalszy. I tu wkraczamy do rozdziału pierwszego. Robi się ciekawie - o ile przy prologu, zwłaszcza mając w pamięci opis fanfika, można było odnieść wrażenie, że to Luna będzie protagonistką, a Green Light protagonistką wspierającą, o tyle po lekturze rozdziału okazuje się, że może być zupełnie na odwrót. Chyba, że bohaterki będą wymieniać się rolami. Rozdział pierwszy przybliża nam postać Green Light, kapitan nocnej straży i kucoperkę zarazem, którą bardzo szybko polubiłem. Chociaż historia, sama w sobie, ma potencjał na epickość, póki co wiele wskazuje na to, że będzie rozrywkowo, coś bardziej na modłę serialu animowanego, aniżeli coś mrocznego i monumentalnego. Chyba, że autor planuje realizować oba typy nastroju. Na przykład tak, że gdy podążamy za Luną, jest mroczniej i poważniej, a gdy naszą bohaterką będzie Green Light, klimat będzie lżejszy, zabawniejszy. Jest to ryzykowne i wiele zależy od tego, jak zostanie to wykonane, osobiście osobiście wolałbym, by tekst był utrzymany w jednym, z góry przyjętym tonie. Ale zobaczymy. Zahaczając z lekka o formę, to z odzywkami i żartami Green Light jest trochę jak z zawartymi w tekście opisami - kiedy trafią, udaje się autorowi uzyskać zamierzony efekt, lecz kiedy się ode mnie odbijają, tekst... może nic nie traci, ale jednocześnie pierwsze, całkiem pozytywne wrażenie, zostaje naruszone i jeszcze przez jakiś czas siedzi w głowie ten moment straconej/ niewykorzystanej szansy. Green Light swoim usposobieniem, objawiającym się chociażby podejściem do przebudzenia po tysiącu lat czy powierzonej przez Lunę misji, przywodzi mi na myśl kucoperzowe postacie z fanfików Bestera. Wydaje się podchodzić do życia z dystansem, być wyluzowana, nie szczędzi żarcików, generalnie jest pogodna niezależnie od sytuacji, chociaż zdaje się wiedzieć kiedy pokazać pazur. Bardzo pozytywnie, jak dla mnie Przyjemnie się śledziło jej zmagania, tak ze swoim jeszcze nie do końca zbudzonym ciałem, jak i otoczeniem, które nie przypomina tego, co ta zapamiętała. Podobnie interesująco wypadają jej rozmowy z Luną, która kontaktuje się z nią korzystając ze swej mocy - władzy nad snami, której nikt, nawet sama Celestia, nigdy jej nie odbierze. Wygląda na to, że mają koleżeńskie relacje, co może nie było wielkim zaskoczeniem, ale wypadło sympatycznie. Naprawdę dobrze mnie się czytało te fragmenty, autor sprawnie zarysował relację między nimi, przygotował serię zagadek do rozwiązania, a także tę główną misję dla bohaterki, unikając jednocześnie zbytniej (i przez to nienaturalnej) ekspozycji. Wspomnieć należy także o kreacji księżniczki Celestii - póki co wystąpiła w prologu, potem była tylko wspominana, ale też zdążyła zostawić po sobie dobre wrażenie. Podobnie jak Luna, wydaje się opanowana, "in control" i coś mnie się zdaje, że wie dużo więcej, niż nakazują sądzić opisy do niej się odnoszące. Myślę, że Pani Dnia niejednym nas jeszcze zaskoczy. Ale czy okaże się antagonistką albo anty-bohaterką tej opowieści? Wątpię i mam nadzieję, że tak nie będzie Ale znów, ostatecznie wszystko zależy od tego jak będzie to wykonane, więc jestem otwarty na pomysły autora Generalnie odpowiada mi nastrój, jaki utrzymuje się w fanfiku. Początkowo myślałem, że będzie mrocznie, ale z czasem okazało się, że jest "tylko" poważnie, a lekkość treści, o ile przypominała odrobinę serial, to jednak w moim odczuciu bliżej jej było do komiksu, takiego, w którym można pozwolić sobie na więcej powagi czy lore'u. Gdy klimat się nieco rozluźnił, poszczególne żarty nie nużyły mnie, nawet gdy nie trafiały, czytało się w porządku, a nostalgia wespół ze skojarzeniami z postaciami znanymi z opowieści wspomnianego już Bestera, sprawiła, że podczas lektury kilka razy naprawdę poczułem się jakbym znów trafił do lat 2013-2014, a to zawsze bardzo pozytywna rzecz Co do formy, to ta również jest po prostu w porządku. Oryginalnie w tekście nagminnie brakowało akapitów, były pewne kłopoty z interpunkcją czy rzeczy domagające się poprawek stylistycznych, czym podczas lektury na szybko się zająłem. Jeśli chodzi o język, nie uświadczyłem poważniejszych powtórzeń, zdania z reguły są złożone, nie wielokrotnie złożone, ale dość urozmaicone, nierzadko opisy zostały oparte o porównania i są one, podobnie jak żarty, raz trafione, raz nietrafione, ale z reguły niedoskonałości nie psują wrażeń z lektury, ani nie rozpraszają uwagi. Chyba tylko jeden (no, właściwie to stało się to dwa razy) fragment zwrócił moją uwagę, w rozdziale pierwszym, udzieliło mnie się deja vu: Brzmiało znajomo. I przypomniałem sobie, że w prologu znalazł się bardzo podobny fragment, z perspektywy księżniczki Luny: OK, nie jest to słowo w słowo to samo, ale miałem wrażenie, że znów czytam te same informacje. Nic poważnego, ale jednak zostało mi w głowie, więc pomyślałem, że się podzielę. Nie mam pojęcia czy jest to jedno z pierwszych opowiadań autora ani czy faktycznie powstało ono kiedyś, a teraz się ukazało (AKTUALIZACJA: Autor już to wyjaśnił, lecz komentarz przygotowywałem zanim zamieścił swój nowy post, tak gwoli ścisłości ), ale powiedziałbym, że jest całkiem solidnie jak na początek. Nie uświadczyłem dłużyzn, żadna ze scen nie ciągnęła się, z drugiej strony nic nie wydarzyło się zbyt szybko, akcja jest dobrze wybalansowana. Po opisach (Mamy nawet jedną ilustrację!) idzie sobie wyobrazić czy to lokacje, czy ekspresje postaci, a dialogi czyta się wartko, całość wciąga i ma potencjał. Także na epickość. Podsumowując, było to całkiem miłe zaskoczenie. Tekstu nie ma na razie zbyt wiele, fabuła dopiero się zaczyna, ale naprawdę jestem ciekaw tego, co się wydarzy, jakie tajemnice zostaną odkryte, o jakich to zatajonych faktach z przeszłości się dowiemy i jak to wszystko wpłynie na bohaterki tejże przygody. Osoby lubujące się w mroczniejszych klimatach mogą odczuwać niedosyt (by nie powiedzieć o rozczarowaniu), ale myślę, że warto dać temu fanfikowi szansę. Bo może być epicko, może być intrygująco, kto wie, może będą momenty, w których klimat zgęstnieje, a nastrój nabierze mroczności, mam nadzieję, że wszystko przed nami, a autor tego projektu nie porzuci Swoją drogą, bardzo ładny tytuł, gratuluję Pozdrawiam! -
Telezakupy Jabłko [oneshot][random][comedy]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Po takim tytule spodziewałem się, tym razem tak dla odmiany słusznie, kolejnego klasycznie brzmiącego, lekkiego i niedługiego opowiadania komediowego, przywodzącego na myśl najdalej rok 2014, ale także, i tu już minąłem się z rzeczywistością, rodziny Apple w rolach głównych. No co, mogliby sobie dorobić na boku, nie? Niemniej obsadzenie w głównych rolach braci Flim i Flam uważam za strzał w dziesiątkę, bo nie tylko nadają się idealnie, ale mam wrażenie, że są to już trochę zapomniani bohaterowie, być może niedocenieni. Z potencjałem komediowym. Świetnie, że tu są Jest to zarazem pokaz kreatywności ze strony autora, nie spodziewałem się, że Podmieniec może mieć tyle zastosowań Obrońcy praw Podmieńców zapewne będą rozwścieczeni tak bezczelnym uprzedmiotowieniem tych istot, osobiście nie mam serca na to psioczyć, skoro lektura okazała się aż tak przyjemna. Przyznam, że spodziewałem się, że ów Podmieniec w końcu coś powie, że będzie to komediowy punch-line wieńczący dzieło, ale nic takiego się nie stało. Trochę mnie to zaskoczyło; tekst kończy się wraz z reklamą wielofunkcyjnego Podmieńca. Tak czy owak, był to wesoły, choć krótki kawałek tekstu. Myślę, że takie, a nie inne gabaryty wyszły opowiadaniu na plus - gdyby było dłuższe, pewnie przez jakiś czas zachowywałoby swoją świeżość, ale i najbardziej kreatywne żarty prędzej czy później by się przeżarły. Po co zatem ryzykować? Co do formy, no to Sun nie zostawił sobie zbyt szerokiego pola do robienia błędów. Tych nie uświadczymy wiele, praktycznie nie ma ich wcale, główną atrakcję, obok kreatywności, stanowi komediowy styl autora, wprawdzie zabraknie jakichś fancy określeń albo błyskotliwych metafor, ale czy naprawdę, w tym konkretnym przypadku, cokolwiek by wniosły? Raczej nie Mamy za to dużo marketingu, bracia dwoją się i troją, by wcisnąć odbiorcy wielofunkcyjnego Podmieńca i to w pełni wystarczy, by osiągnąć zamierzony efekt. A korekty tekstu nie ma wbudowanej? Przyjemny i lekki tekst, przy którym uśmiechnąłem się parę razy pod nosem. Opisy są ładne, zwięzłe, obrazy kreowane przez wyobraźnię barwne, w głowie wygląda to jak wypełniona, acz nie po brzegi, slapstickiem kreskówka, klasyk, który dzisiaj niekoniecznie by przeszedł. Tak mi się skojarzyło. Nic wielkiego, ale cieszy. I to w zasadzie tyle, trudno powiedzieć o tym tekście coś więcej. Tak czy owak, warto było go przeczytać. Powodzenia w dalszym pisaniu! -
Lekturę zakończyłem z pewnym niedosytem, gdyż w moim odczuciu opowiadanie niemalże się urywa; ma końcówkę, ale nie powiedziałbym, że ma pełnoprawne zakończenie, niemniej okazało się całkiem dobre i myślę, że będę je mile wspominać. Koncepcja prosta i efektywna, wręcz mogłaby posłużyć jako prawdziwy, serialowy problem do rozwiązania przez bohaterki; chociaż początkowo tekst nie wydał mnie się zbyt serialowy, czytałem go z poczuciem, że mam przed sobą kolejną fanowską historię, z czasem wrażenie to zaczęło ustępować poczuciu, że to jednak jest całkiem serialowe. Myślę, że początek opowiadania może bardzo zmylić. Być może jestem tu osamotniony, ale przemierzając wstęp, wkraczając do rozwinięcia, odniosłem wrażenie, że technologia w świecie przedstawionym stoi na znacząco wyższym poziomie niż ta serialowa, stąd założyłem, że fabuła rozgrywa się w nie aż tak odległej przyszłości w stosunku do wydarzeń serialowych. Przewodniczka głównego bohatera - Gloster Goth - znana jako Jollaughter, to wypisz-wymaluj Pinkie Pie, wykreowana sprawnie, wyraziście i bardzo dobrze. Jest permanentnie wesoła, roześmiana, rozgadana, energiczna, przyjacielska, nierzadko w swym usposobieniu irytująca, typowo kreskówkowa postać. Serialowa postać - jeśli nie jest to Pinkie, to spokojnie wypada jako kucyk, który naprawdę mógłby się znaleźć w serialu animowanym. Tym bardziej, skoro to nie jest Pinkie Pie, ale zachowuje się dokładnie jak ona, to nie widziałem innego powodu dlaczego w tej roli zabrakło różowej klaczy niż to, że akcja musi toczyć się w przyszłości. Warto dodać, że to idealna postać na oddanie kontrastu między chłodem, powagą i oschłością gryfiego bohatera. Kontrastu między kolorowymi, małymi kucykami, a dumnymi gryfami, zapewne często występujących w szaro-burych barwach. To również coś, co wyszło w opowiadaniu bardzo dobrze. W ogóle, przypadła mi do gustu dynamika relacji między tymi postaciami, śledziło mnie się ją przyjemnie, chociaż zbrodnia wojenna wisiała w powietrzu, miło się to czytało Niekiedy było całkiem zabawnie, chociaż nie wszystkie gagi przemówiły akurat do mnie. Narracja prowadzona jest z perspektywy pierwszej osoby, bohaterem i narratorem tej opowieści jest sam Gloster Goth, nie tylko jego słownictwo, ale także przemyślenia odnośnie kucyków i tego, co najchętniej by zrobił ze swoją przewodniczką, wszystko to pasowało bardziej do fanfikcji, aniżeli serialu - były to rzeczy, które w kanonie raczej by nie przeszły, ewentualnie musiałby zostać znacząco stonowane i również dlatego początkowo nie wychwyciłem serialowości. Ale potem pojawia się Spitfire. Jest pełnoprawna scena, nie cameo appearance, z Rainbow Dash, obie te postacie są w szczycie swej formy, co definitywnie wyprowadziło mnie z iluzji, jakoby akcja rozgrywała się w przyszłości. Przez moment myślałem, że Jollaughter zaraz okaże się Pinkie Pie w przebraniu, ale nic takiego się nie stało. Po prostu fajna oryginalna postać, do złudzenia przypominająca Pinkie Następnie mamy scenę w lodziarni, w której nasz gryfi protagonista nie wytrzymuje i wybucha, co zmienia podejście Jollaughter o sto osiemdziesiąt stopni, a co z kolei naturalnie prowadzi do rozwiązania problemu i końcówki. I to jest moment, w którym opowiadania nie czyta się już jak fanfik, ale jak koncept na odcinek serialu. Zmiana w tonie zadziała się nagle, nie było żadnego płynnego przejścia, ale nie zaszkodziło to w odbiorze opowiadania. Myślę, że nawet było przy tym małe zaskoczenie. No dobrze, ale właściwie nie dotknąłem jeszcze fabuły tekstu, więc dowiedzmy się, jak to się stało, że jakiś gryf w ogóle trafił do Equestrii, w jakim celu, jak doszło do wspomnianej sceny ze Spitfire i Rainbow Dash, no i co to za wybuch w lodziarni. O swojej historii pokrótce opowiada nam sam zainteresowany; w Gryffonii działa firma obecnie znana jako Glorings, produkująca najwyższej jakości protezy skrzydeł, w której Gloster Goth znalazł swego czasu posadę. Jak sam zdradza, był studentem nanotechnologii, który w wyniku niefortunnego wypadku, który wcale nie miał nic wspólnego z chęcią przyoszdzędzenia na komponentach do projektu, sam otrzymuje jedną z protez do latania, jak się później okaże, jest to model sportowy. Jest to niewiarygodna wręcz historia; gryf, który na służbie utracił zdrowie, a który wygrał z państwem gdy to spróbowało zostawić go na lodzie, za otrzymaną sumę zakłada biznes, który jakiś czas później zbawia od kalectwa głównego protagonistę, a który to protagonista zaraz po studiach od tak otrzymuje prace u swego dobrodzieja, w której zdaje się idzie mu bardzo dobrze. Na tyle, że zostaje wysłany w delegację do Equestrii, by zareklamować produkty firmy i w ten sposób znaleźć nowych klientów. Jest w tym tylko jeden problem - nasz bohater nienawidzi kucyków. Jest to dosłownie pierwsza informacja, którą otrzymujemy, rozpoczynając lekturę. OK, muszę przyznać, że całe to tło jest nieco naciągane. Wyjaśnień mamy dokładnie tyle, ile trzeba, by się w tekście nie pogubić, przekazanych w pigułce, coby nie zamulać przekazu i to jest bardzo dobrze, lecz po fakcie widzę, że to był pierwszy moment, w którym powinienem był złapać te serialowe przebłyski. Widać zmyliła mnie wzmianka o nanotechnologii, co trudno mi było skojarzyć z kanoniczną wersją kucykowego świata. Albo o Gryffonii, silnie kojarzonej przeze mnie z "Kryształowym Oblężeniem", czyli fanfikiem w stu procentach. Ale wracając - na miejscu bohater poznaje swoją przewodniczkę, wytypowaną przez samego CEO, z którą, delikatnie mówiąc, nie dogaduje się najlepiej. Następnie odbywa spotkania, na których kucyki zapoznają się z oferowanymi przez Glorings produktami. Tak w końcu trafia na Spitfire i słynną Rainbow Dash, z którą staje do podniebnego pojedynku na prędkość, zrywność i zwinność, w którym gryf prezentuje się znakomicie, co należy odhaczyć jako kolejny sukces jego delegacji. I dowód najwyższej jakości oferowanych protez. Lecz potem Jollaughter zaprasza go na lody, gdzie po zaserwowaniu sałaty, bohaterowi puszczają nerwy, przez co wygarnia klaczy co myśli o kucykach i wychodzi. Wtedy to następuje zmiana. Zapada cisza, refleksja, a Jollaughter prosi o jedną, jedyną szansę na udowodnienie, że kucyki cenią sobie gryfy i to wcale nie wygląda tak, jak Gloster sobie wyobraża, co prowadzi do... nazwijmy to pojednania i końcówki. To tak w skrócie, coby nie zdradzać zbyt wiele od razu. Spodobała mnie się ta konstrukcja. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż historia zawiera w sobie dopracowane, przemyślane sceny, następujące po sobie dokładnie tak, jak zaplanował to autor, bez zapychaczy, bez dłużyzn, bez nagłych zrywów akcji... No, tylko kończy się tak nagle, ale już o tym mówiłem. Generalnie, tempo akcji jest idealnie wręcz wyważone, sprawnie i przyjemnie się to czyta. Także proporcje między gabarytami poszczególnych scen wydają się starannie przemyślane. Im dalej w tekst, tym więcej urozmaiceń; powiedziałbym, że w po tym, jak tekst staje się bardzo serialowy, czyli następuje rozwiązanie problemu (przyjaźni), tym więcej udziela się w nim, jak ja bym to ujął, "klasycznego autora" - wspomniana zostaje księżniczka Luna, podkreślone zostaje to, jak bardzo ta jest wyjątkowa, mamy też piosenkę, której nie ocenię, gdyż na pisaniu piosenek się nie znam, ale wspomnę, że przewijające się między wersami opisy pomogły mi wyobrazić sobie jak powinno to brzmieć i jaki ogółem powinienem odczuwać nastrój. Czyli w porządku. Towarzyszące temu obrazy na sklepieniu wydały mnie się ładne; jest tu wrażenie pewnej podniosłości, wyjątkowości. Mimo tego, że na tym etapie opowiadanie pełną gębą przypomina prawdziwy odcinek, to, jak łatwo Gloster daje się przekonać Jollaughter, wzbudziło u mnie pewne wątpliwości. W sensie, łatwo jej poszło. W ogóle, o ile w jej przypadku taka nagła i radykalna zmiana tonu nie wydaje się niczym nadzwyczajnym, o tyle w przypadku tak konsekwentnie kreowanego bohatera, tak silnie niesprzyjającego kucykom, wydaje się wręcz... niewiarygodna. Gość po prostu zmiękł za szybko. Ale dobrze było na końcu się dowiedzieć, że swego nastawienia jednak nie zmienił. Dlaczego dobrze? Z jednej strony byłoby jeszcze bardziej serialowo, z drugiej zaś, chyba tak wyszło... wiarygodniej? A w końcu na to trochę narzekałem przed chwilą, więc w tym sensie fanfik trochę nadrobił Bardzo fajnie. Odnośnie formy i stylu, to te wypadły lepiej, znacznie lepiej, niż je zapamiętałem po poprzednich tytułach autora (do których skomentowania, mam nadzieję, prędzej czy później dojdzie), co mnie bardzo ucieszyło. Nigdzie nie wydawało mnie się, że tekst został zbędnie nadmuchany patosem, nie uświadczyłem fragmentów dziwnych, nad którymi musiałbym podumać czy też określeń dobranych niefortunnie czy dwuznacznie. Co więcej, forma utrzymywała mniej-więcej stały poziom przez cały tekst, który najwyraźniej został dopieszczony w równomiernym stopniu. Znalazłem w tekście kilka błędów, niektóre z nich wydały mnie się śmieszne. Ale nie w szyderczym sensie – po prostu widząc je uśmiechnąłem się pod nosem Generalnie nic wielkiego, raczej typowe rzeczy, które lubią się przytrafiać. Chyba jedyny taki nietypowy fragment, nie wiem kto miałby zamilknąć, ale z reszty zdania oraz kontekstu wynika, że chyba nasz protagonista. Albo "wysunęły się", albo "specjalne, metalowe pióro". Nie może być i tak, i tak jednocześnie OK, jednak muszę sprecyzować - był jeden przedziwny jak dla mnie tekst, którego nie potrafię do końca zrozumieć i jest on zacytowany powyżej. Ale pojedynczy przypadek o niczym nie przesądza. Zjedzona literka. Kiedy wściekasz się tak bardzo, że zmieniasz formę na żeńską Brak spacji między zdaniami. Jest to początek akapitu, po którym mamy spację. Poza tym, w drugim zdaniu chyba brakuje słowa. Tego typu usterki, nie usiane zbyt gęsto, ale myślę, że warto im zaradzić w wolnej chwili (ja nie mogę sugerować) Podsumowując, był to solidny, całkiem dobrze napisany kawałek fanfika, z wyrazistymi bohaterami oryginalnymi i wiernie oddanymi bohaterkami kanonicznymi, z odrobiną światotworzenia oraz urozmaiceniami treści, a także przyjemnym klimatem. Tempo śledzonych wydarzeń nie przytłacza, dialogi sprawdzają się, także kreatywność w nienawistnych przemyśleniach bohatera potrafi rozbawić, a klimat okazuje się tak fanfikowy, co serialowy, bez płynnych przejść między nimi, ale też bez niczego, co psułoby wrażenia. Końcówka pozostawia niedosyt, czegoś mnie tam brakuje. Tak czy inaczej, warto ów tekst polecić - długi nie jest, taki tam, przyjemny kawałek życia. Było warto. Pozdrawiam!
-
Z tym tekstem mam pewien kłopot. Z jednej strony nie chciałbym się powtarzać i w sumie nie muszę; tym razem odniosłem wrażenie, jakby jak na krótką i niezobowiązująca komedyjkę, może nie aż tak subtelnie wyśmiewającą realne spory o role płciowe, równość i to jak język powinien ewoluować, coby oddawać tę nową rzeczywistość, wydał mnie się nieco rozwleczony. To, że w większości stanowi dialog między postaciami tylko umocnił to wrażenie. Z drugiej strony, ciężko mi się rozpisać, więc wymienianie znów tych samych zalet i usterek mogłoby się okazać jedynym ratunkiem. O tymże tekście zdaje się już słyszałem i rozpoczynając lekturę, nieco inaczej to sobie wyobrażałem, jednakże gdy do Big Maca i Soarina dołączył stary Podmieniec imieniem Brouk, lingwista interesujący się historią języka (ciekawa rola dla Podmieńca), dostałem to, po co przyszedłem i to, co stanowi filar komedii tego tytułu - rozważania językowe, słowotwórstwo i dywagacje o tym jak powinna brzmieć "męska księżniczka". Nie powiem, uśmiechnąłem się na to, chociaż spodziewałem się... nieco większej kreatywności w wymyślaniu maskulatywów dla męskiej księżniczki i nie tylko. Z drugiej strony, wyobrażam sobie, że ciągłe sypanie w czytelnika kolejnymi mniej lub bardziej trafnymi określeniami szybko by się znudziło, stąd, jak sądzę, ten całkiem rozbudowany wstęp. Pochwalić należy odrobinę światotworzenia, do tego w obszarze tak rzadko, o ile w ogóle, dotykanym przez fanfikopisarzy i fanfikopisarki - język. Poszczególnych niuansów dowiadujemy się głównie dzięki Broukowi, chociaż i Soarin co nieco nam opowie, tyle, że o historii, ogólnie. Głównie o wyższej pozycji klaczy w kucykowej społeczności i o tym jak ogiery z związku z tym mają mieć utrudniony dostęp do stanowisk kierowniczych, transformacji w alikorna, mało ich także w gronie znanych person, czy to naukowców czy odkrywców. Brzmi znajomo, prawda? W naszym świecie realnym szeroko pojęte nierówności płciowe i role przypisywane płciom są przedmiotem nierzadko gorących debat i w tym sensie jest to kwestia poważna, ale nie wydaje mnie się, by tekst próbował jej umniejszać. To bardziej takie... krzywe zwierciadło. Coś żartobliwego. Coś... kabaretowego, z braku lepszego określenia. Chociaż tym razem treść mnie nie porwała, ani nie rozbawiła zbytnio, nadal czytało się to lekko i całkiem przyjemnie, chociaż brakowało temu tekstowi jakiejś "iskry", miałem przy nim wrażenie już czystko rzemieślniczej pracy, nastrój wydał mnie się... monotonny. Co do formy, to ta w znacznej mierze była solidna, tak jak przyzwyczaił nas do tego autor. Ruszając w tekst, zauważyłem to samo, co Grento, lecz autor twierdzi, że tak miało być, więc ja już nie wiem czy traktować to jako usterki, czy nie. No dobra, podzielę się tym i owym: Literóweczka. Nawet dwie. Nie wiem o co chodzi, brzmi to źle. Jakaś dziwna hybryda "przejęliście" i "przenieśliście", której nie jestem fanem. Z jakiegoś powodu, ilekroć w opowiadaniach napisanych przez Suna przewija się ten tekst, wypowiedziany przed kogokolwiek, jak i tak zawsze odczytuję go w głowie głosem autora A w tej historii jest bardzo, bardzo dużo "ma sens". Nie jest to zły tekst, ale z drugiej strony nie ma się zbytnio czym zachwycać. Możliwe, że spodziewałem się czegoś innego, ale muszę przyznać, że po zakończeniu skądinąd lekkiej i przyjemnej lektury, nic mi w głowie nie zostało. Znalazłem tekst, przeczytałem go i tyle. Było kilka trafionych momentów, gdzie było zabawniej, ale z reguły czytanie szło monotonnie. W pewnym momencie miałem wrażenie, że Soarin użala się nad czymś, na co nie ma wpływu i co w sumie nie przekłada się na jego życie, czepia się tego, a biedny Big Mac, który ma proste, ale poukładane życie, musi tego wysłuchiwać. "Księżniczka" ("Księżniczeka"?) można poczytać, niewykluczone, że opowiadanie znajdzie swoich fanów, ale myślę, że akurat ten tytuł ze stajni Suna po prostu nie był dla mnie. Mimo wszystko, jak w przypadku większości fanfików, warto sprawdzić samemu i wyrobić sobie własne zdanie, do czego oczywiście zachęcam
-
Protector's [NZ] [Seria] [Comedy] [Sad] [Właściwiewszystkiegopotrochu]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
Opowiadanie, które rozpoczęło się jakiś czas temu, a które doczekało się aktualizacji całkiem niedawno, czemu, z tego co zrozumiałem, towarzyszyło wiele cięć, w wyniku czego ostały się... ledwie dwie strony. Cóż, trochę mało, lecz z drugiej strony, skoro miało być to tylko przedstawienie postaci, to powinno starczyć. Zanim przejdziemy do aktualizacji po latach, rzućmy okiem na prolog do serii opowiadań. Link (w dokumencie Google brakuje tytułu) został opisany zapytaniem "Jak to się stało?" i szczerze, po zapoznaniu się z otwarciem do serii, poczułem się troszkę oszukany. Troszkę, no bo koniec końców tekst przybliża nam pobieżnie realia świata wymyślonego przez autora, streszcza po kolei jak doszliśmy do punktu, z którego, jak się domyślam, ma wystartować fabuła potencjalnych opowiadań w tym uniwersum, ale tak po prawdzie, na to, jak to się wszystko stało, no to nie odpowiada. Czego się dowiadujemy? Twilight Sparkle przejęła władzę nad Equestrią i jako królowa przyjaźni zaprowadziła pokój na świecie (znaczy, między sąsiadami Equestrii zapanowała trwała przyjaźń), co trwało sto lat, aż oszalała. Wszystko w ramach jednego akapitu. Wynika z tego, że między sąsiadującymi z Equestrią państwami trwała niezgoda, skoro Twilight musiała zainterweniować, ale nie dowiadujemy się żadnych szczegółów, szaleństwo królowej również otulone zostało mgłą tajemnicy. Mamy też wzmiankę o rozbudowie kraju (nie jest sprecyzowane czy jest to skrót myślowy oznaczający rozwój i postęp wewnątrz jego granic czy ich rozszerzenie), ale wątek ten także nie został jakkolwiek podjęty. Z tekstu dowiadujemy się, iż o przyczynach szaleństwa Twilight krążą pewne teorie, ale finalnie zdrowe zmysły w końcu odzyskała (chociaż tekst zdaje się sugerować, że odzyskane były względnie zdrowe zmysły, chyba), akurat po tym jak porządek w jej włościach zaprowadziły resztki gwardii oraz elitarny oddział Królewskiej Policji. Plus inne organizacje, które powstawały z czasem. Bo ogółem gdy królowa zaniemogła, przed głównymi złoczyńcami Equestrię bronili zaprzyjaźnieni sąsiedzi, zaś w samym kraju, pogrążonym w przestępczości, sprawy w swoje kopyta wzięły kucyki, przeciwdziałając niegodziwcom z całą bezwzględnością. Trwało to aż tysiąc lat. Jednakże po powrocie Twilight poluzowała prawo, na co odpowiedzią ze strony poddanych (najwyraźniej nie czuli się bezpieczni pod jej władzą), było powstanie tytułowych "Protektorów", którzy postanowili strzec prawa ponad wszystko, nawet jeśli ich metody miałyby stać w opozycji do metod królowej. I to wszystko, samo w sobie, jest... ciekawe. Nawet bardzo. Potencjał do różnych historii jest przeogromny, powiedziałbym wręcz, że wszystko to mogłoby być szalenie intrygujące, co mnie się bardzo podoba. Kłopot w tym, że koncepcja świata najwyraźniej nie zdążyła dojrzeć w głowie autora, przez co otrzymaliśmy serię luźnych zajawek, które zebrane razem niekoniecznie tworzą spójny obraz, a już na pewno nie taki, który zaspokaja ciekawość odbiorcy, ani nie taki, który popychałby do tworzenia czegokolwiek w tymże świecie przedstawionym. Bo na dobry początek chciałoby się jakoś doprecyzować rzeczy, może zawęzić ramy czasowe, dopracować podstawy, a potem ruszyć z fabułą. Według mnie sto lat (OK, niemalże sto), taka okrągła liczba... mogłaby działać. Gdyby np. zarzucić jakimś prostym fantasy wątkiem, że takie było przeznaczenie, albo że panowanie przyjaźni trwać może jedynie sto lat, a potem muszą się dziać inne rzeczy, coś w ten deseń. Tysiąc lat (znów - dokładnie tysiąc) szaleństwa Twilight Sparkle, przez które ta nie była w stanie rządzić, więc kucyki same musiały zwalczać przestępczość, to jest o wiele zbyt długo. Zważywszy na brak konkretów odnośnie tego jak ta przestępczość się przejawiała, jaka była jej skala albo jak wyglądała dynamika jej eskalacji, ciężko mi wyobrazić sobie kraj, który przetrwałby milenium trawiony stale przybierającym na sile chaosem albo, z drugiej strony, kraj, który przez milenium nie zdołał definitywnie tej przestępczości pokonać. Chyba! Chyba, że są to wszystko skróty myślowe. Ostatecznie, osobiście powstrzymałbym się przed podawaniem konkretnych ram czasowych, tzn. to trwało tyle lat, a tamto tyle. Jeżeli już, nawet przy tak długich okresach, próbowałbym zbudować wokół tego jaką mitologię, proroctwo czy serię znaków/ kamieni milowych prowadzących do teraźniejszości; coś, co pomogłoby podeprzeć jakoś koncept, a jednocześnie dodać całości głębi, fantastycznego/ baśniowego wydźwięku. Elementy te jak najbardziej mogą współgrać ze [Sci-Fi], więc nie ma strachu o rezygnację z technologii, na przykład. Można by też, jak już wspomniałem, zrezygnować z lat i oprzeć się na wydarzeniach przełomowych, np. w chwili śmierci ostatniej przyjaciółki Twilight (niekoniecznie może chodzić o skład Mane6, ale ogólnie o przyjaciół, jakich poznawała przez całe swoje życie, jako królowa), coś się z nią dzieje, co sugerować mogłoby jednocześnie, że ktoś, kto włada przyjaźnią, musi nowe przyjaźnie zawierać cały czas na bieżąco, by swej mocy i zdrowych zmysłów nie stracić. Motyw, że przez tysiąc lat o bezpieczeństwo zewnętrzne Equestrii dbali zamiast Twilight zaprzyjaźnieni sąsiedzi, zmieniłbym albo wywalił. Kusząca wydaje się wizja królestw nagle skaczących sobie do gardeł, bo królowa przyjaźni straciła swoją moc jej roztaczania. Wyobrażam sobie dystopię, w której konflikty zewnętrze rzucają cień na to, co dzieje się w kraju, a z czym usiłują walczyć tytułowi protektorzy widząc, że ich władczyni jest bezradna. Część rzeczy, o które mi chodzi, już tu jest, lecz tylko jako zajawki. Uważam, że wizja autora powinna zostać rozważona ponownie, doprecyzowana, uzupełniona, a potem rozwinięta, bo naprawdę widzę potencjał. Od dzieł poważnych, traktujących o rzeczach wielkich, mrocznych, niekiedy może i przyprawiających o dyskomfort, po teksty przygodowe, pełne akcji, o zabarwieniu komediowym. Albo czarno-komediowym. Mam wrażenie, że wszystko mogło by się tutaj znaleźć. Póki co, jest bałagan z kilkoma interesującymi przebłyskami i wielki niedosyt. Jeśli chodzi o formę, to niestety nie jest najlepiej. Nie mam jednak na myśli formatowania - prolog ma akapity, odstępy między fragmentami, wygląda schludnie - ani rażących byków - w opowiadaniu próżno szukać błędów ortograficznych pierwszego stopnia, a i interpunkcja nie jest taka najgorsza - lecz stylistykę i słownictwo, które w najlepszym wypadku jest niefortunne. Byłem zdziwiony tym jak często unosiłem brwi, dziwiąc się temu, co czytam, chociaż tekst ma zaledwie półtorej strony. Już od początku jesteśmy atakowani niefortunnie dobranym słownictwem, zwrotami budzącymi wątpliwości, o co tu tak naprawdę miało chodzić: Innym razem atakują nas przedziwnie skonstruowane zdania: Nie brakuje też słów zastosowanych błędnie: Domyślam się, że miało być "wyznaczonych" albo "wytypowanych", jeżeli już. Nie zabraknie i powtórzeń: Ale muszę przyznać, że końcówka, w której osoba mówiąca zwraca się do czytelnika, oparta o zestawienie sprzecznych ze sobą terminów, była w porządku. Nie powiem, by w ostatniej chwili zbudowała głębię, ale z pewnością wydała mnie się fajna. Ostatecznie, prolog do serii okazał się o wiele zbyt krótką relacją z przeszłości, przepełnioną luźnymi zajawkami, pomysłami ciekawymi i intrygującymi, ale z pewnością "niedogotowanymi", przedstawionymi z formie uniemożliwiającej tak wciągnięcie w te realia i zachęcenie do lektury czy pisania w tymże świecie, jak i zrobienie dobrego wrażenia, ogólnie. Dodatkowo forma obarczona jest ciekawymi mankamentami, odwracającymi uwagę od treści. Po wszystkim jest wielki niedosyt, masa pytań, poczucie marnowanego potencjału, a także... pustka spowodowana brakiem nastroju. Z pewnością jest nad czym pracować. Rzućmy zatem okiem na aktualizację serii, czyli na "Umrę jutro" - przedstawienie postaci pewnego jednorożca, który, wedle planów na serię, ma się przewijać w fabule jako postać poboczna. Miła sprawa, postacie poboczne także zasługują na uwagę Jak się okazuje, jest to ktoś, kto swój róg stracił, w niewyjaśnionych okolicznościach, co akurat w tym przypadku dobrze dodaje odrobiny tajemniczości do jego postaci i pobudza wyobraźnię czytelnika. Jak do tego doszło i kiedy? Jest to coś, co, jeżeli chcemy, musimy sami sobie dopowiedzieć. Interesujące wydaje się to, że chociaż fakt nieposiadania sprawnego rogu jest w tekście podkreślony, jest głównym przedmiotem rozważań bohatera, jest zatem bardzo ważny, o tyle samo wydarzenie, w wyniku którego nastąpiła jego utrata nie jest podejmowane w ogóle – kładzie to nacisk nie na przeszłość lecz na teraźniejszość, na przeżywanie swojego życia z ograniczeniem, które domyślnie nie powinno występować. Prosta, mała rzecz, ale wystarczająca, bym od razu przyjął, że bohater nie jest taki pewien swego losu, wydaje się skonfliktowany. Im bliżej końca, tym bardziej ów konflikt się mu udziela. Fakt, że nie poznajemy imienia tego jednorożca, także działa na korzyść tekstu. Kolejny przypadek, w którym bohater może być tak naprawdę każdym, co rezonuje z realnym życiem; każdy może zmagać się z jakimś trudem, bólem czy brakiem, którego świadomości możemy w ogóle nie mieć, ba, może i my sami posiadamy coś, co jest takim "złamanym rogiem", który powinien przekreślać coś w naszym życiu, coś, co mimo to osiągamy albo do czego na przekór wszystkiemu dążymy. Może dokonuję nadinterpretacji, lecz autentycznie uważam, że "Umrę jutro" realizuje ten zamysł. Kłania się powiedzenie, że mniej znaczy więcej. W ogóle, podoba mnie się melancholijny wydźwięk opowiadania (miło, że tym razem mamy jakiś konkretny klimat), a także pewne przebłyski nadziei, mające efekt pokrzepiający. Wydaje się to całkiem... życiowe. Moją szczególną uwagę zwróciły poniższe rozważania: Patrząc na to z tej strony, rzeczywiście, bohater rogu nie posiada, technicznie magii nie używa, ale osiąga posobne efekty, zyskując sympatię publiki, dla której występuje, co znaczy wiele. Jest to zatem obraz tego, jak można pokonać ograniczenia, obojętnie czy wrodzone, czy nabyte, pokonać przeciwności i znaleźć nową drogę życiu. Co nie jest jednoznaczne z wolnością od myśli autodestrukcyjnych. Gorzki dodatek do czegoś, co w gruncie rzeczy jest... zaskakująco pocieszające, mimo ogólnej melancholii. Przynajmniej moim zdaniem. Oczywiście, taki jednorożec nie będzie pewnie w stanie uczynić wszystkiego tego, co zrobić może jednorożec w pełni mocy, ale idąc jeszcze dalej, zakładając, że większość rzeczy jest do nauczenia, można to także rozpatrywać jako dowód tego, że w głębi istoty te są takie same i mogą osiągać to samo, po prostu innymi metodami. Cieszy to, że forma tym razem wydaje się lepiej dopracowana. Tekst czyta się płynnie i przyjemnie, sformatowany został w poprawny sposób, nie znalazłem zwracających uwagę dziwacznych zdań albo błędnie użytych określeń, lektura przebiegała spokojnie. Końcówka ciekawi, mam na myśli motyw tej poręczy, która obniża się z każda wizytą. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to też ma głębszy sens. Ale przede wszystkim, "Umrę jutro" z powodzeniem realizuje to, na czym poległ prolog do serii; zwięźle zajawia klimat, wciąga i zachęca do lektury. Szkoda, że na razie nie ma ciągu dalszego, w ogóle, czegokolwiek, co moglibyśmy poczytać, ale może przyjdzie czas, gdy otrzymamy następne odcinki serii, na co liczę. Może nie w bliższej przyszłości, ale dalszej? Czemu nie? Ostatecznie widzę wielki potencjał lecz nie uważam, by autor miał już narzędzia, by uwolnić pełen potencjał swych pomysłów. Sądzę, że najlepiej zrobi jeśli będzie kontynuować zdobywanie doświadczenia, pisać krótsze teksty, chociażby w ramach serii "Protector's", nim będzie gotów przejść do bardziej złożonych wątków i rzeczy wielkich, korzystających z charakterystyki na razie lakonicznie zarysowanego nam uniwersum. "Umrę jutro" to bez wątpienia dobry omen, toteż życzę powodzenia w pisaniu i czekam na kolejne dzieła Pozdrawiam! -
Kolejne opowiadanie na retro konkurs, z sukcesem emulujące klimat starego fandomu, brzmiące bardzo klasycznie, acz nieobarczone typowymi dla tamtych czasów niedoskonałościami w formie. Co nie oznacza, że wyszło pod tym względem idealnie: O nie, literówka! Kwestia mówiona powinna się rozpocząć od półpauzy, a poza tym myślę, że przed drugim "i" trzeba zastosować przecinek. Znowu ta klątwa wyciętego contentu? Generalnie jakiekolwiek usterki, jakie można w tekście znaleźć, nie są zbyt poważne, tak naprawdę w oczy rzuca się może ta jedna, ta ostatnia przeze mnie wymieniona. Moooże jeszcze później, gdy Nightmare Moon opiniuje plan Celestii, bardzo często pojawia się "załóżmy", co powoduje wrażenie powtórzenia, może zbyt często przewija się również "przejąć władzę" lub poszczególne wariacje tego zwrotu, co też trąci powtórzeniem, ale to tyle z rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. Na ogół forma stoi na dobrym poziomie; jest solidnie i tym razem nie miałem wrażenia czysto rzemieślniczej pracy, wyszło jakby... No, tekst miał więcej atrakcji w stosunku do "Kucoperze atakują". Takie jest moje zdanie. Niemniej, lekturę bardzo umila klasyczny wydźwięk tekstu, rozbudzona przy nim zdrowa nostalgia naprawdę winduje to opowiadanie. Warto się z nim zapoznać. Przy nim chyba najłatwiej zapomnieć, że jest 2025, a nie 2012. Albo 2013. Bardzo pozytywnie Czy jest to może luźne nawiązanie do "The Mare Who Once Lived on the Moon"? No dobrze, ale o czym to właściwie jest? O powrocie księżniczki Luny z księżyca, ma się rozumieć. Autor podszedł do tematu bezpiecznie, ale z ciekawej strony; tym razem nie wywracając na głowę tego, co wydarzyło się w serialu, nie zmieniając zbytnio wydarzeń kanonicznych, ale pisząc do nich niedługi prequel, dodając zarazem nieco komediowy kontekst do tego, co znamy z otwarcia pierwszego sezonu. Trochę taka "historia prawdziwa", ale nie trącąca wtórnością, ani nie próbująca być na siłę szokująca, zabawna albo alternatywna. Okazuje się bowiem, że Luna, wciąż w formie Nightmare Moon, wróciła do Equestrii wcześniej, dokładnie w momencie, w którym rozpoczął się najdłuższy dzień roku tysięcznego. W postaci mgły przemierzyła królewski zamek, docierając do komnaty niczego nie podejrzewającej Celestii. Okazuje się, że klacz przeszła już przemianę, wewnętrzną przemianę, a teraz pragnęła, jak w tytule, powrócić na ścieżkę dobra. Otrzymujemy przyjemną, ciepłą scenę pojednania między siostrami, po czym Pani Dnia zaprasza siostrę do teleskopu, by wspólnie poprzeć na księżyc. Luna odsłania przed nią ciemną stronę satelity, gdzie spędziła ostatnie tysiąc lat, ujawniając czym się zajmowała. Towarzyszy temu w gruncie rzeczy smutna narracja, ze szczęśliwym zakończeniem jednak, ponieważ wszystko to, co czuła, a co wyrażała czy to ciskaniem kamieniami (motyw z meteorytem świetny), czy rysunkami, pomogło jej zrozumieć, że wcale nie pragnie zguby Celestii – jedynej klaczy, która wciąż ją w ogóle pamięta – ale akceptacji i uznania na równi z nią. Dobrze wiedzieć, że także z księżyca była w stanie czynić dobro, acz nie ujawniając się zbytnio. Niestety, powrót według jej wyobrażeń okazuje się niemożliwy, ponieważ ktoś wie, że Nightmare Moon, która przecież jest zła do szpiku kości, powrócić musi i musi się przy tym wydarzyć coś złego. Tym kimś jest oczywiście Twilight Sparkle. To komplikuje sprawy, ale Celestia ma plan jak sobie z tym poradzić. Okazuje się, że akcja znana z "The Mare in the Moon" to w gruncie rzeczy wymyślony w trzy minuty teatrzyk, dzięki któremu Elementy Harmonii zostały na powrót aktywowane, a Luna odzyskała swoją prawdziwą formę. No i muszę przyznać, że bohaterki, z tego co zapamiętałem po tych odcinkach, wpadły szalenie przekonująco Serio uwierzyłem, że Celestia została porwana naprawdę! Królewskie siostry oddane zostały znakomicie; wiarygodnie, ale z odrobiną humoru, w ogóle, całe opowiadanie ma w sobie odrobinę żartu, typowego dla autora, co tym bardziej dodaje mu uroku. Zachowują się przy tym bardzo kanonicznie, aż faktycznie odnosi się wrażenie, jakby był to oficjalny prolog czy jakiś suplement do pierwszego sezonu. Taki "Odcinek zero" albo "Sezon zero". Fakt, że Celestia tak szybko zaufała Lunie, będącej nadal w formie Nighmare Moon, że po wszystkim tak po prostu ruszyły realizować plan, wpisuje się w kreskówkową logikę. Wyszło bardzo uroczo. Opisy skonstruowane zostały kompetentnie; czy to otoczenie, czy ruchy postaci wraz z ich mimiką, wszystko możemy sobie bez problemu wyobrazić, nic nie odwraca uwagi czytelnika, również tempo akcji okazuje się idealnie wyważone. Właściwie, fanfik to jedna dłuższa scena, ale szczerze, to mi w pełni wystarczyło. Treść wydaje się przemyślana i dopracowana, najwyraźniej limit słów nie uczynił tu spustoszenia. Tekst z czystym sercem polecam. Podobnie jest to niezobowiązujący przerywnik, ale godzien zapamiętania i w swym wydźwięku całkiem ładny i zabawny. Ma w sobie klimat starego fandomu, odnosi się do tych klasycznych odcinków serialu, od których wszystko się zaczęło i które tak ciepło się wspomina. Czasy wspominane z sentymentem, łatwiejsze, śmielsze, weselsze i prostsze, trochę jak te pierwsze sezony. Wszystko było świeże, a twórczość nie znała limitów. "Powrót na ścieżkę dobra" wpisuje się w te klimaty perfekcyjnie
-
Kultura Końca [Oneshot][Adventure][Dark][Mordeczowe]
temat napisał nowy post w Opowiadania wszystkich bronies
OK, na wstępie muszę się przyznać do jednej rzeczy - może jestem tumanem, ale nadal jakoś nie mogę pojąć w jaki sposób tekst traktuje o kulturze, w sensie, jak miałby wyczerpać tematykę konkursu, na który oryginalnie był pisany. Domyślam się, że mordeczowa interpretacja tematu "Obca kultura" w tekście jest nietuzinkowa, niewykluczone, że kryje się za nią coś naprawdę błyskotliwego. Niestety, przynajmniej na chwilę obecną przeleciało mi to nad głową Przyznam też, że aż do końca tekst nie wydawał mnie się aż tak mroczny, jak się tego spodziewałem po tagu [Dark], ale to akurat kwestia osobistych preferencji na dzień dzisiejszy. Generalnie, to był bardzo dobry, aczkolwiek miejscami dość wymagający fanfik, który na pewno mogę polecić, zarówno jako krótki przerywnik, jak i coś na pobudzenie kreatywności. Przynajmniej ja, jestem pod wrażeniem tak pomysłów autora, jak i sposobu, w jakim je opisuje. Na początek, bardzo spodobały mnie się postacie - trzy unikalne, charakterystyczne na swój własny sposób postacie, każda z własną historią (własnym Końcem) i każda dająca się polubić bardzo szybko. Coś czego kompletnie się nie spodziewałem; coby tekst nie wydawał się zbytnio oderwany od kucowego uniwersum, mamy Magnet, zmiennokształtną, która opuściła rój, wyrwała się spod kontroli swej matrony i teraz przemierza świat, daleko poza Equestrią, w towarzystwie Mota, który jest kotem (albo felis catus, jak kto woli), a także Maestro, który jest konstruktem. Mot jest tajemniczy, charyzmatyczny i nierzadko cyniczny, Maestro natomiast, ze swoimi licznymi modułami, trojgiem zamieniających się miejscem oczu, dozownikiem słów, kablami, elektroniką i nieograniczoną pamięcią pod obudową, z bardzo charakterystyczną manierą mówienia i "gliczami", jak dla mnie wybija się ponad wszystkich i jest moją ulubioną postacią w tym zestawieniu Hm, czy to, że imię każdej postaci zaczyna się na literę "m" ma jakieś głębsze znaczenie? Osobiście miałem wrażenie jakby akcja tekstu rozgrywała się gdzieś w sercu bezkresnej pustki, wypełnionej ciemnością i... wielkim niczym. Dosłownie jakby postacie zabrnęły tak daleko, daleko poza mapę, gdzie już nic nie ma, ewentualnie jakieś dziwaczne, niepojęte i przez to nieco przerażające rzeczy, z którymi zdecydowanie nie powinny wchodzić w interakcje. Skraj świata doczesnego, miejsce, z którego powrotu nie ma. Dla mnie może nie była to myśl mroczna, sama w sobie, ale z pewnością intrygująca. Być pośrodku niczego, zrozumieć swój własny, unikalny Koniec by pokonać barierę i zejść jeszcze głębiej, zmierzyć się z ciemnością. Fascynujące, może nawet straszne. A już na pewno budujące klimat. Autor starannie i z wyczuciem wplótł w tekst nieco światotworzenia, budując coś, co przypomina znane nam uniwersum, coś co mogłoby funkcjonować w jego ramach, ale jednocześnie innego i pięknie dziwnego. Najbardziej w pamięci utkwiły mi kolorowe kryształy o nieskończonych możliwościach, z których każdy oferował coś innego. Podobały mnie się opisy tego, jak postacie z nich korzystały, a także ich działanie. Mnie osobiście, tak postać Maestro, jak i te kryształy, przywiodły na myśl twórczość Stanisława Lema, ale może to tylko moje wrażenie. Czytało się to bardzo dobrze. W ogóle, cały styl autora, bardzo charakterystyczny - kto miał jakąkolwiek styczność z "Opowieściami żałobnego miasta", ten zrozumie - znów wydał mnie się taki... "książkowy". To znaczy, kojarzy się z kimś uznanym w swoim rzemiośle, a z kogo twórczością obcuje się po raz pierwszy grubo po fakcie, jakby na świeżo odrywając kunszt oraz coś, o czym się wie, że jest nie do podrobienia i że się nigdy tego nie osiągnie. Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć. Idąc dalej - wciągnęły mnie te opisy, nierzadko wydawały się niby proste, ale charakterystyczne na tyle (w doborze słownictwa czy analogiach chociażby), by odnieść wrażenie, że są urozmaicone, wyjątkowe i że każde jedno słowo nie znalazło się na swoim miejscu bez pomyślunku. Chociaż niekiedy musiałem nieco przystopować i przeczytać dany fragment parę razy, by w pełni pojąć przekaz i wyobrazić sobie scenę. To były te trudniejsze momenty opowiadania, o których wspomniałem na początku. Zdarzały się jednak momenty, które z jakichś powodów przysporzyły mi więcej kłopotów. Jak ten na przykład: Stąd o ile uznaję wyjątkowy, dopracowany co do słowa styl autora, którego nie da się podrobić i który warto sprawdzić, o tyle niekiedy myślę, że niektóre opisy są nieco... może nie przekombinowane, ale skonstruowane w mylący sposób. W sensie, przez większość czasu czytamy, wyobrażamy sobie coś, a potem pojawia się część zdania, która burzy te wyobrażenia i powoduje wątpliwości. Tempo akcji satysfakcjonuje. Może po sforsowaniu bariery, kiedy bohaterowie schodzą w dół, zagrożenie wystawia łeb trochę zbyt szybko, a akcja przeskakuje do zakończenia nagle, ale nie powiedziałbym, by w tym przypadku była to znacząca usterka. Bo zakończenie spełnia swoje zadanie, zamyka historię w sposób otwarty, z małym niedopowiedzeniem, co wprowadza bardzo pożądany niepokój co do losów jednego z bohaterów, podkreślając to mroczne oblicze kreowanego nastroju. Sposób, w jaki każda postaci dzieli się swym prywatnym Końcem także lśni kreatywnością. To nie tylko naturalne, unikające wrażenia sztucznej ekspozycji przedstawienie historii poszczególnych postaci, ale także okazja do zaprezentowania magii i technologii, funkcjonujących w ramach świata przedstawionego. I tutaj akurat zdecydowanie wyróżnia się Mot, tak poprzez historię swojego Końca, jak i sprzęt, jakiego używa. Ponownie zaleciało Lemem. I bardzo dobrze To opowiadanie, którego każdy powinien spróbować. Sam jestem zaskoczony tym, jak bardzo mi podeszło i ile rzeczy realizuje sprawnie, z pomysłem i do tego w specyficznym, niekiedy trudnym, ale dopracowanym i satysfakcjonującym stylu. Nie sądzę, bym w pełni zrozumiał treść - z pewnością mam do wykonania jeszcze trochę pracy przy interpretacji - ale w żadnym wypadku nie popsuło mi to odbioru fanfika. Bardzo dobry, klimatyczny kawałek tekstu z fantastycznymi postaciami w rolach głównych oraz ze zwieńczeniem, które pozostawia historię otwartą, tak na dalsze losy jednej z postaci, jak i interpretację. Lubię ten fanfik. Pozdrawiam!
