Skocz do zawartości

Hoffman

Brony
  • Zawartość

    1171
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    47

Wszystko napisane przez Hoffman

  1. Space Opera – w ogóle nie moja bajka. Jedyne co ja mam wspólnego z kosmosem to Gradius, Ikaruga, takie tam. Jednocześnie widzę wśród tagów [Komedia], a mając na swoim koncie przeczytanego „Tańczącego z Herbatnikami”, spodziewałem się raczej poważnej komedii, jako iż styl Malvagio wydaje się być stworzony idealnie dla rzeczy wielkich, podniosłych, monumentalnych, a niekoniecznie komediowych, czy dyktowanych sytą dozą losowości. Również, jak dokonuję szybkiego bilansu przeczytanych tekstów, sam autor chętnie podejmuje tematy poważne, odnajduje się w tym doskonale. Jak zatem wyszło mu przy „Ciekawych dniach”? Ile opowiadanie ma wspólnego z innymi utworami autora, a co wprowadza do ogółu jego twórczości? Przekonajmy się. Ostrzegam przed możliwymi spoilerami zdradzającymi szczegóły fabularne! Pomysł i fabuła W zasadzie wszystko opiera się na prostym jak parasol założeniu – jest bohaterka, która wypełnia misję, a która samodzielnie nie jest w stanie uciec przed pościgiem. Tu wkraczają pozostali bohaterowie, co nakręca kosmiczne tournee oraz mniej lub bardziej losowe perypetie. Całość zwieńczona jest sympatycznym zakończeniem. Jest to opowiadanie konkursowe, toteż, chociaż to zapewne nowsza wersja, obarczone było pewnymi ograniczeniami, niemniej wykreowany wewnątrz świat wypada dosyć prosto, zwięźle. Z całą pewnością autor mógłby dowolnie to rozszerzyć i stworzyć obszerne, masywne uniwersum, zatem wszelkie furtki pozostają otwarte. Tutaj przyjdzie nam się spotkać ze snekami, kosmicznymi piratami oraz... goframi. Prawdziwymi, equestriańskimi goframi To oczywiście nie wszystko, chociaż są to te elementy które zapadają w pamięci najbardziej. Generalnie, każdy sub-wątek, czy część świata mają odpowiednio dużo czasu aby zabłysnąć i pokazać się, urozmaicając nam wędrówkę przez kosmos. Nic nie jest wrzucone na siłę, żadnych skrótów, żadnych przeskoków (swego czasu wypowiadałem się odnośnie, w mojej ocenie, „nagłego” zakończenia innego fanfika, do którego jeszcze się odniosę). Realizacja pomysłu odbyła się zatem bez najmniejszych choćby zgrzytów, co jest bardzo satysfakcjonujące. Opisy są w pełni wystarczające i dostatecznie plastyczne aby z grubsza wyobrazić sobie scenerię, ruchy postaci, niekiedy wręcz słychać jak robot trzeszczy i szumi, jak lamia syczy, czy też jak coś stuka o blachy, jak pracują silniki. Znakomicie. Absolutnie niczego nie brakuje na tym polu, gratuluję! Postacie, znajome twarze Tutaj przestrzegę raz jeszcze przed spoilerami, aczkolwiek nie wiem, czy autor celowo otoczył niektóre kucyki pewną warstwą tajemnicy, mając na celu późniejsze ujawnienie ich imion, znaczenia. Przyznam, że tak czy inaczej, poczułem się lekko zaskoczony, kiedy na końcu okazało się, że główną bohaterką przez cały czas była Trixie Lulamoon XXXI, kolejna przedstawicielka dumnego, wspaniałego rodu! Chociaż można się było tego spodziewać. Dlaczego? Opowiadanie zdecydowanie ma więcej wspólnego z „Tańczącym z Herbatnikami” niż można się tego spodziewać. To nie tylko tag, to nie tylko do pewnego stopnia podobne zagrania fabularne (motyw podróżowania i ujawnienie czarodziejki na końcu, motyw poszukiwania czegoś). Również nie obecność (tym razem znacznie bardziej satysfakcjonująca) Trixie. Poza nią mamy samego Diamond Spadesa, który chociaż wcale nie musi być dokładnie tą samą osobą, to jednak zachowuje się, podchodzi do życia dokładnie tak jak w „Tańczącym z Herbatnikami”, co uważam za zdecydowanie mocny punkt opowiadania. Lubię tę postać, a w „Ciekawych dniach” wypadł nawet lepiej, niż w „Tańczącym z herbatnikami”. Po prostu. To jego rola w historii, jego interakcje z Trixie, także Blessed Fatem oraz innymi postaciami, jego historia z wilczymi piratami, a także finalna, prawdziwa profesja jaką się para. Wszystko naraz po prostu lepiej do mnie trafia i pozostawia w głowie zdecydowanie więcej wspomnień. Co cieszy, główne postacie wyrastają ponad przeciętność, odróżniają się, są bardzo, ale to bardzo barwne, sympatyczne, przyjemne w odbiorze, ich losy śledzi się z niemałym zainteresowaniem. W sumie, nie wiem na ile kwalifikuje się to na pełnoprawną postać, ale w pamięci zapadł również towarzyszący bohaterom, trzeszczący i lagujący robot, a kapitan Khan Deez, chociaż słyszymy go tylko przez radio, daje się zapamiętać, w roli takiego quasi-antagonisty sprawdza się dobrze. Każdy aspekt ich kreacji wydaje się być dopracowany i przemyślany od samego początku, co również dopełnia treści i wypada satysfakcjonująco. Zdecydowanie pochwalam to, że w opowiadaniu znalazł się Diamond Spades, Trixie. Widzę to jako powiązanie z uniwersum autora, z „Tańczącym z Herbatnikami”, po prostu czuje się, że to ta sama, jedna bajka i zastanawiam się, czy przynajmniej te dwa fanfiki dzieją się w ramach jednej osi fabularnej? A może wszystkie opowiadania Malvagio są kanoniczne dla jego świata, w którym opisuje historie? Klimat, ile w tym komedii Z niekrytą przyjemnością stwierdzam, że pod względem lekkości atmosfery, odpowiadającej przyjętym tagom, jest tu zdecydowanie lepiej, niż w wielokrotnie przywoływanym „Tańczącym z Herbatnikami”. Komedia ma się tutaj lepiej, wyraziściej, całość czyta się wartko i przyjemnie. Doskonale jest widzieć, jak dokonuje się postęp i jak autor coraz śmielej porusza się w różnych tagach, wykraczając coraz dalej i dalej. Podoba mi się klimat tego opowiadania. Wprawdzie zaczyna się już w trakcie pewnej akcji i nic nie zwiastuje żadnej rewelacji, jako że wprowadzenie wypada dosyć rzemieślniczo, jednakże natychmiast jak bohaterka umyka zagrożeniu, jak trafia na stację gdzie oczekuje gwiazdobusa, który, ależ oczywiście, nie przylatuje, natychmiast pobudzona zostaje ciekawość, nakręcamy się na przygodę, która rozkręca się sprawnie i nie pozwala się oderwać do samego końca. Jasne, nie jest to randomowe, komediowe do granic możliwości, powiedziałbym, że jest to komedia przygodowa pisana elegancko, schludnie. Nie jak z tektury, nie sztywno, ale właśnie tak ze smaczkiem, ale nie przesadnym kunsztem, selekcjonowaniem ekstrawaganckich określeń, co by znów nie nadać zbytniej powagi komedii. W tym sensie jest to nietuzinkowe. Generalnie jest to kolejny mocny aspekt opowiadania, kolejny dowód na dopracowanie oraz wysokie standardy autora. Jak również jego ewoluujący styl. Ogółem jest to opowiadanie godne polecenia. W mojej opinii, chociaż nie interesuję się Space Operami, wypada lepiej jako komedia, niźli „Tańczący z Herbartnikami”. Jako kucykowy fanfik może i wypada troszkę słabiej, więc ostatecznie... No, jednak „Ciekawe dni” postawię nieco wyżej od „Tańczącego z Herbatnikami”. Istotnie, był to ciekawy fanfik Pozdrawiam!
  2. Przeczytałem niniejsze tłumaczenie jakiś czas temu. Ogólnie rzecz biorąc, wykonano dobrą i solidną robotę, gdyż historyjka jest lekka, płynna i przyjemna, nie wymaga wiele czasu, ani niczego specjalnego, by móc się nacieszyć, o każdej porze dnia i nocy. Brzmi po prostu dobrze i naturalnie Chociaż ciężko się cokolwiek więcej rozpisać z uwagi na gabaryty tekstu, muszę przyznać, że w pewnym napięciu oczekiwałem na wyprowadzenie wzoru, który to wzór doprowadził Twilight to tytułowej konkluzji. I kiedy owe wyprowadzenie nadeszło... Kurczę, mała jest genialna. Jest w tym jakaś głębsza logika Poza tym, bardzo ładne, zwięzłe opisy, przełożone godnie, przesympatyczne kreacje postaci, łagodny przebieg akcji. Warto zerknąć, przeczytać, uśmiechnąć się pod nosem z podsumowania oraz zachowania Twilight. W ogóle, klimat jest tutaj serialowy, klasyczny, niewinny. Podoba mi się. Polecam ogółem. Dlaczego nie? Pozdrawiam!
  3. No, no, no... Muszę przyznać, że zostałem tutaj mile zaskoczony. Próbowałem sobie odgadnąć cóż to takiego będzie i generalnie za wiele nie odgadłem. Owszem, zaledwie jedenaście stron, pozostaje niemały niedosyt, ale również apetyt na więcej, na rozwinięcie historii. Zwłaszcza, że tagi prezentują się zachęcająco, potencjał jest. Co moim zdaniem stanowi (na obecnym etapie) główny atut opowiadania to jego opisy. Zostały one napisane bardzo ładnie, lekkim językiem, są one plastyczne, pozwalają na łatwe wyobrażenie sobie scenerii, a te zmieniają się, jak na jedenaście stron, całkiem sprawnie. Tajemniczy prolog akurat tutaj wiele nie pokazuje, ale już po chwili mamy doskonale znane Ponyville (z podziałem na ogólny opis, rynek, główny plac itp.) , wnętrze domostwa Tense Hearta (opisanych zostało kilka pomieszczeń oraz innych rzeczy), skwer na skraju miasta, dodatkowo z czasem przechodzimy z wieczoru do nocy. Jak to się mówi, „system dnia i nocy” Czytając rozdział po prostu łagodnie płyniemy sobie od lokacji do lokacji, obserwując rzeczywistość wokół głównego bohatera. Nie da się o nim za wiele powiedzieć, gdyż autor zdecydowanie poszedł w budowę otaczającego go świata, aniżeli budowę jego charakteru. Wiemy na razie tyle, że jest adeptem szkoły magii i ma znajomych w Ponyville. Wśród nich są znane nam doskonale postacie. I jednorożec ten prowadzi jakieś badania, których wynikami jednak się nie dzieli. Jest zatem tajemniczy, chociaż po końcówce można się domyślać, że również i wrażliwy. Zdecydowanie ma jakiś cel. I chociaż nie jest to aż tak wiele, to jednak jestem pod wrażeniem tego jak zgrabnie udało się wpleść te elementy w treść i jak dobrze wszystko to ze sobą współgra, budując solidny fundament pod dłuższą, spójną historię. Niestety, tekst jest obarczony kilkoma mankamentami. Co się zdarza sporadycznie (czy wręcz dwukrotnie, ale jest to dosyć jaskrawy przykład), mieszają się czasy, jak np. tutaj: „Nagle ktoś zapukał do drzwi. Tense szybko odwrócił wzrok w kierunku drzwi. Zdziwił się, gdyż jest środek nocy, a listonosz o takiej porze listów nie roznosi. Z zaciekawieniem podszedł do drzwi i lekko je uchylił.” Możliwe, że została zjedzona jedna literka, ale sugestie w dokumencie są wyłączone, więc za bardzo nie mam jak samemu temu zaradzić, więc zwracam uwagę. Natomiast, w przykładzie poniżej z całą pewnością nie chodzi o brak literki, czy przeoczenie: „Była dopiero 2 w nocy. O tej porze wszyscy już śpią w Ponyville. Przez głowę przeszła mu myśl, aby (...)” Konsekwentnie byłoby używać w narracji czasu przeszłego, non stop. Zdarzają się również potknięcia, takie jak: „Uważasz, że sama mogłam bym uwolnić się od wpływu Nightmare Moon?” Wystarczyłoby „mogłabym”. W ogóle, zapis dialogowy należałoby poprawić, gdyż, klasycznie dosyć, dywizy przeplatają się z półpauzami, niekiedy na końcu zdań zostają kropki, podczas kiedy powinny być tam nieobecne. Nie sposób tego wszystkiego wypisać (aczkolwiek dialogów nie było znowu tak wiele, zdecydowanie dominują opisy), znacznie wygodniej byłoby po prostu umożliwić sugerowanie, czy też znaleźć sobie pre-readera W ogóle, zdarzają się jeszcze takie sformułowania jak: "Zostawmy dom Tense'a za sobą i pójdźmy za głównym bohaterem." No hej, to są teksty dla opiniodawców i recenzentów, narrator, w tym konkretnym przypadku, powinien jednak posługiwać się innymi frazami Tak czy owak, jest to ciekawy kawałek tekstu, dosyć solidny fundament pod coś znacznie większego, jest apetyt na dalsze rozdziały, zdecydowanie. Zalety w mojej opinii przeważają nad pewnymi uchybieniami. Podobało mi się, toteż zachęcam do wznowienia prac nad tymże opowiadaniem. Pozdrawiam!
  4. Na wstępie przyznam się, że długość opowiadania mnie zaskoczyła, tak troszeczkę. Sądziłem, że to będzie krótsze, a tutaj proszę, dostaliśmy sytą porcję dnia i nocy z życia młodej Twilight, z czasów kiedy Harmonia, czy alikornikacja były pojęciami totalnie abstrakcyjnymi, a uczucie Shining Armora i Cadance dopiero się rozwijało. Interesujący punkt na osi czasu do opowiedzenia historii o lawie Jakość tłumaczenia spełnia wszelkie oczekiwania, zachowany został sympatyczny, serialowy klimat, opowiadana historia jest prosta i przez to potężna. Wiadomo, siła tkwi w prostocie. I w wysokiej jakości przekładzie To było prawie jak oficjalny short, czy też odcinek/ kawałek odcinka, tak doskonale oddany jest nastrój. Opowiadanie ma polot, trudno się od niego oderwać. Kreacje postaci są przesympatyczne, a opisy plastyczne, toteż bez problemu można sobie wyobrazić to jako pełnoprawną animację. Podobały mi się dialogi, ale najbardziej pomysły Twilight na przemierzenie dystansu nie korzystając z podłogi, ale właściwie to wszystkie innego co się nawinie. Uśmiechałem się, zdecydowanie był to gwóźdź programu. Takiego zakończenia się nie spodziewałem, ale było satysfakcjonujące. W mojej opinii pozostało otwarte, widziałbym jedną możliwość na ciąg dalszy i dokończenie tego shortu. Ale wtedy pewnie już nie byłby shortem. No, ale tak czy owak, bardzo przyjemny przerywnik, nie brakuje mu znanej z kreskówki atmosfery, postacie zostały dobrane i oddane bardzo umiejętnie, każda wypada sympatycznie. Tłumaczenie, jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić przy innych okazjach, stoi na wysokim poziomie. Polecam rzucić okiem na polską wersję tegoż tytułu. Bardzo dobry przerywnik, który zostaje w głowie i przybliża nam tę klasyczną kreskówkową atmosferę, która, jak mniemam, oryginalnie przyciągnęła nas do tej tematyki. Plus parę innych rzeczy. Pozdrawiam!
  5. No cóż, to było dosyć... Krótkie. Ale całkiem sympatyczne. Trochę tekstu, chwila poczytania, powiedziałbym, że nawiązania do tematu konkursowego były dosyć skromne. Rzekłbym wręcz, że gdyby nie informacja o minionym konkursie literackim zapewne nie domyśliłbym się, że to w ten sposób w ogóle doszło do powstania niniejszego opowiadania. Prędzej pomyślałbym, że była to spontaniczna zajawka, takie tam W sumie, motyw, że z jednego drzewa powstaje jedna wykałaczka przypomniał mi pewien odcinek „Tabalugi” - był tam bóbr, który z jednego ściętego drzewa robił jeden patyczek do lodów i była mega chryja, bo zanim bohaterowie zorientowali się co jest grane to chyba pół doliny wycięli. Ale skupiając się na tekście, to realizuje on dobrane tagi po prostu poprawnie. Żadnych szczególnie innowacyjnych pomysłów, lecz nie można powiedzieć, że historyjka jest odgrzewanym kotletem. Momentami jest zabawna, została napisana poprawnie, język jest prosty, przystępny. Dosyć groteskowe zakończenie, lubię je. I to chyba tyle. Potencjał na coś więcej jest zawsze, ale to już raczej po prostu dla historii osadzonej w steampunkowych realiach. Jeżeli macie chwilę wolnego czasu można zajrzeć, z ciekawości. Ot, krótkie, niezobowiązujące opowiadanko.
  6. Opowiadanie krótkie, dosyć smutne, ale w swoich brzmieniach również refleksyjne z uwagi na to, że może ono być rozpatrywane jako komentarz do obecnej rzeczywistości i sytuacji na świecie, myślę, że można się pokusić nawet o stwierdzenie, że jest to pewna alegoria, ale również zapytanie o przyszłość i dla kogo będzie to przyszłość. Tekst ma już trochę lat, ale pozostaje aktualny do dzisiaj. W sumie, motywy przemijania, bezradności wobec gnającego naprzód świata i tego, że najczęściej nie jest to świat jakiego byśmy dla siebie chcieli, wszystko to jest dosyć uniwersalne, ponadczasowe. Autor rozprawił się z tym bezbłędnie. Druga rzecz to to jak wiele udało się opowiedzieć na przestrzeni zaledwie trzech stron (w ogóle, pojawiło się całkiem sporo różnych istot). Myślę, że umożliwiła to zwięzłość i staranna selekcja wyłącznie tych najważniejszych faktów z pozostawieniem szczegółów wyobraźni czytelnika. Narracja pierwszoosobowa spełnia swoje zadanie, nie tylko czujemy się z osobą mówiąca bardziej związani, ale śledzenie zmieniającego się świata z tejże perspektywy pomaga w budowaniu dosadnego wydźwięku, iż zmiany są nieuniknione, najczęściej nie mamy na nic istotnego wpływu i możemy jedynie bezradnie czekać, obserwować, łudząc się, że za moment nie obudzimy się jako ostatni ze swego gatunku, czy kręgu kulturowego. Co dodatkowo nastraja to fakt, że większość z tego jest nieodwracalna i pozostaje jedynie przyjąć to jako nieuniknione. O stylu nie można powiedzieć niczego złego. Słowa są dobrane bez zarzutu, zadbano o właściwą kompozycję, brzmienie. Tekst czyta się sprawnie, bezstresowo, wiele z niego zostaje w głowie i chociaż owszem, jest pewien niedosyt, gdyż możliwości na dłuższą, obszerniejszą historię są przeogromne, to jednak dzięki temu jak wiele pozostaje wyobraźni, bardzo szybko dopisujemy sobie w myślach poszczególne scenariusze, budując coś więcej na fundamencie w postaci niniejszego opowiadania. Zatem kolejna ważna zaleta – opowiadanie pobudza wyobraźnię, nie daje o sobie prędko zapomnieć. Ogólnie myślę, że jest to tekst godny polecenia, wydaje mi się również, że ma wielki potencjał, a już na pewno potrafi zainspirować, zadziałać jako bodziec dla innych twórców. Sprawdźcie sami!
  7. Zgodzę się z mym przedmówcą, że opowiadanie ma bardzo kabaretowy wydźwięk, jakkolwiek jej zwieńczenie zahacza o czarną komedię. Ale tylko o tę mikroskopijną odrobinę, no i wedle mojego dziwnego wyczucia. Przede wszystkim, podobały mi się dialogi oraz kolejne teorie spiskowe, które w opowiadaniu zostały przedstawione oraz uzasadnione w taki sposób, że w sumie czytelnik ma wrażenie „w tym szaleństwie jest metoda”. Rozumiecie, takie „o kurczę”, że coś w tym musi być Niekiedy wydało mnie się to całkiem błyskotliwe, ale przede wszystkim właśnie kabaretowe. Absolutnie mogłem to sobie wyobrazić, odegrane na scenie, przez występujących aktorów, komików. Opisy są, nie budzą ani szczególnego zachwytu, ani bardziej negatywnych odczuć, po prostu pełnią swoją rolę, dając nam pojęcie co jest dookoła, jak to wygląda. Generalnie, z tego co widzę, opowiadanie w swojej rozszerzonej wersji posiada więcej dialogów, a więc i więcej mniej lub bardziej absurdalnych teorii czym tak naprawdę są drzewa. Widzę tez kilka extra opisów, bardziej pod koniec historyjki. Muszę przyznać, że takie jej zwieńczenie pobudza wyobraźnię i zwraca uwagę na rzecz, która wydaje się dosyć creepy. Mianowicie co jeśli wcześniej były już kucyki, które skapnęły się, że być może cała przyroda to spisek? Co jeśli każde takie drzewko to zmieniony innym razem kucyk? Ile drzew jest w drzewach? Ile z tego to kucyki? A może rzeczy opisane w opowiadaniu to jedynie wierzchołek góry lodowej? Ale generalnie, pomysł był dobry, wykonanie zupełnie w porządku, myślę, że warto rzucić okiem na ten kawałek tekstu oraz porównać obie wersje. Jest to historia nieco abstrakcyjna, o zabarwieniu komediowym, nie wymaga od nas jakichś szczególnych pokładów wolnego czasu. Po prostu, można rzucić okiem
  8. @Azet Ja nie rozumiem skąd natychmiast ten minusik, ale już Tobie wyrównałem Co do fanfików, niestety takim fanfikiem z Trixie i Twilight co chcesz nie dysponuję, ani takiego nie znam, ale dysponuję Oneshotami, które jakoś chyba wpasowują się w Twoj opis. Kresy są serią takich oto Oneshotów, lecących wedle fabuły ciągłej, co prawda mogą one gabarytowo wykroczyć poza górny limit słów, ale kto wie? Tagi masz wszelakie, chociaż nie wszystkie. Sprawdź sam, zawsze potrzebuję feedbacku oraz opinii Co do innych autorów, zdecydowanie polecam Tobie Serię Ciasteczkową autorstwa Madeleine, Księgę Wzorów od tej samej autorki, Szeptane opowieści od Arkane Whispera się nadadzą, są to generalnie opowiadania, które potrzebują uwagi oraz komentarzy, może przypadną Ci do gustu. Hm... W celach czysto rozrywkowych, wprawdzie nie o Twilight i Trixie, ale o Twilight oraz innych to pamiętam Yours Truly, którego tłumaczenie przygotował Favri, a przy którym sam nieco swego czasu dłubałem Może co nieco zainspiruje Cię w materii Twojego własnego fanfika, już z właściwymi postaciami? Jak sobie co nieco przypomnę, to dorzucę, ale generalnie to powinno być ok... Na początek. Pozdrawiam!
  9. Cześć, witajcie ponownie! Uff... Prowadzenie Szkoły Przyjaźni, nawet wespół z moimi przyjaciółkami, to nie lada wyzwanie. Muszę być na bieżąco, śledzić mnóstwo spraw jednocześnie, dbać o to, by spełniać wytyczne nie tylko przez Stowarzyszenie, ale także moje własne, moich przyjaciółek, aby kształcenie odbywało się w sposób różnorodny i elastyczny. Nikt nie może się czuć pominięty, czy zlekceważony! Każdy, nawet najmniejszy problem, jest to problem poważny, który należy rozwiązywać wspólnie W każdym razie, korzystam z wolnej chwili oraz tego, że znów do mnie zajrzeliście Jak się macie? @Krystianoronaldo Wiesz lubię Sport a najbardziej to piłkę nożną grać To znakomicie! Wydaje mi się, że Rainbow Dash byłaby szalenie ciekawa, usłyszeć jak Ci idzie, na jakiej pozycji zwykle grasz i jakie osiągasz wyniki Od razu uprzedzam - na pewno będzie miała dużo uwag i rzeczy które, jej zdaniem, mógłbyś i powinieneś poprawić, ale zapewniam Cię, że to tylko troska o Twój dalszy rozwój, abyś stawał się coraz lepszy i lepszy. Ona dużo mówi o treningach i pokonywaniu własnych granic aby po prostu stawać coraz bardziej niesamowitym i w ten sposób inspirować innych do ciężkiej pracy. Długo sądziłam, że to dużo trudniejsze, ale tym razem praktyka okazała się łatwiejsza niż teoria Dlatego trzymam za Ciebie skrzydełka i wierzę, że dasz sobie radę ze wszystkim na co się porwiesz! Och, tylko... Rainbow z pewnością nie powie Tobie co zrobić aby prześcignąć ją - to już będziesz musiał opanować sam Czy u ciebie też są cztery pory roku czyli Wiosna, Lato , Jesień i zima Tak, jak najbardziej! I wiesz ja jestem niepełnosprawny i jest mi bardzo ciężko Bo mam mało przyjaciół można powiedzieć że nie mam wcale To bardzo niedobrze... Przykro mi to słyszeć, jeszcze trudniej cokolwiek poradzić, poza ogólną radą, abyś się nigdy nie poddawał i zawsze dawał nie tylko sobie, ale również innym czas. Myślę, że życie ciężkie, w niepełnosprawności, to jest totalnie inny świat dla kogoś, kto takich problemów nie ma, stąd, jak sądzę, powstają bariery i zawieranie przyjaźni staje się bardzo trudne. Niestety, dużo częściej okazuje się, że łatwiej jest kogoś stygmatyzować i się od niego odsuwać, ale wierzę, że jeżeli tylko dać wystarczająco dużo czasu na oswojenie się i zrozumienie czyjegoś położenia, wówczas dużo prędzej te bariery pękają i wynika z tego coś naprawdę dobrego. Zauważyłam, że wiele sporów, czy uprzedzeń, bierze się ze zwykłej niewiedzy. Po prostu osąd jest wydawany bez poznania drugiej osoby. Ale nie oszukujmy się - są rzeczy których nawet najlepsze encyklopedie nie wyjaśnią. Są to rzeczy, z którymi trzeba samodzielnie się oswajać, z którymi trzeba się zetrzeć i na które powinno się spojrzeć pod różnym kątem. No i... Cóż, wiele ksiąg pozostanie takimi samymi, a życie gna do przodu, ciągle się zmienia. Dlatego mamy nowe wydania zmienione! I chciałem ciebie bardzo cię poznać Za przyjaśnić Bardzo mi miło Oczywiście tutaj mamy przypadek bariery między światami, ale wierzę w postęp, a także w to, że każda przeszkodę można z czasem pokonać. Ja na pewno się nie poddam! I co byś zrobiła jak byś człowieka spotkała Na przykład Mnie Jak byś mnie powitała. Nie chciałabym się skupiać na samym powitaniu, bo to po prostu dzieje się samo i akurat tego nie planuję... Natomiast wiem, że jest mnóstwo rzeczy, które chciałabym Tobie pokazać i o których chciałabym opowiedzieć i co do tego owszem, mam już plan @TotallyNormalGuy Co byś zrobiła gdyby okazało się, że masz sekretnego adoratora? Cóż... He, he Nie mogę powiedzieć, że to jakaś nowość, ale myślę, że miałabym gdzieś w głowie tę myśl, ale funkcjonowałabym zwyczajnie... No. może w lekkim napięciu, a nuż tenże adorator nagle się ujawni? @Truskawkowa Mamba Gdyby Trixie chciałaby podjąć u ciebie naukę, to przyjęłabyś ją pod swe skrzydła? Eee... Nie wydaje mi się by tego chciała, z uwagi na pewne... Różnice między nami. To znaczy, nie wydaje mi się, aby pozwoliła na to jej duma. Już prędzej zgłosiłaby się do Starlight, a potem do mnie, żeby mi pokazać, że nie ma już takiej rzeczy, której mogłabym jej nauczyć. Ale gdyby jednak przyszła do mnie i obiecała, że będzie przestrzegać zasad, to pewnie, czemu nie? Hm? Zdaje się, że to już wszystko. Twilight bardzo Was pozdrawia i dziękuje za Waszą obecność! Czekamy na kolejne Wasze pytania, nie krępujcie się!
  10. Miło mi ogłosić, że saga rodziny Ashfall właśnie wystartowała, z nowym opowiadaniem, dwuczęściowym, pod tytułem "Wiosna Ĉevalonii" Znajdziecie je w pierwszym poście, otwierającym niniejszy wątek Natychmiast pragnę gorąco podziękować @Foleyowi, który podjął się prereadingu oraz drobnej korekty najnowszego opowiadania! Poza tym, choć to już któryś z kolei raz, dziękuję niezmiernie @karlik za poświęcony czas oraz rozprawienie się z przecinkami, dając mi dobry przykład jak ich używać Nie tylko im, ale i każdemu kto przeczytał, kto chociaż troszeczkę podzielił się wrażeniami, wszystkim Wam bardzo dziękuję, nie ma mowy aby w innym przypadku historia zabrnęła tak daleko. A mam nadzieję, że zabrnie jeszcze dalej! Przechodząc do rzeczy, "Wiosna Ĉevalonii" jest to pierwszy poważny punkt zwrotny w całej fabule "Kresów". Druzgocąca prawda wreszcie wychodzi na jaw, kiedy to na horyzoncie pojawia się zupełnie nowy rozdział w historii Equestrii, który z całą pewnością na zawsze odmieni życie jej mieszkańców, nie wspominając już o szeroko rozumianym południu, w tym Zebryki, która lada moment ma ruszyć do walki o swoją niezależność. W tej trudnej rzeczywistości, na skraju przełomowych zmian, będą musiały odnaleźć się także znane już nam postacie, nie zabraknie również i całkowicie nowych, które poprowadzą znanych nam bohaterów i bohaterki... Albo też staną na ich drodze. A pewien skrzydlaty ogier znajdzie się w pułapce między przeszłością, a teraźniejszością... Wspomnę też, że z tej okazji chciałem wypuścić kilka nowych dodatkowych materiałów, jednak te napotkały na opóźnienia. Niemniej ich przyszłość jest pewna, toteż wkrótce z całą pewnością coś się pojawi Pozdrawiam serdecznie!
  11. Od razu się czepnę i powiem, że nie jestem pewien czy trailer ten kwalifikować jako wyciek. Był dostępny wczoraj na PlayStation Europe itd. więc... Znaczy, screencapy które były dostępne w różnych miejscach parę godzin wcześniej, to chyba zostało potwierdzone jako wyciek. No i wcześniej ktoś komuś smocze jajo wysłał, a po drodze inne wycieki, przecieki, że to jest ten "Project Falcon", który był w produkcji od 2015, no i kod w "Crash Bandicoot N. Sane Trilogy", na ekranie trzeciej części... Oh, come on, wiadomo było, że klasyczny Spyro w końcu znajdzie swoją drogę na współczesną generację Pytanie tylko, kiedy? Powiem też, że data wydania jest dosyć... Ciekawa. Mówcie co chcecie, ale dla mnie to jest za bardzo niedługo I zdaje się, że jakoś nawiązuje do daty wydania oryginału, W ogóle, tak jak przy okazji Crasha, tak i tutaj gra wygląda po prostu obłędnie i znowuż, wszystko jest zrealizowane na zaawansowanym poziomie technologicznym, z zachowaniem ducha pierwowzoru. Przy czym za sprawą świateł i cieni całość wydaje się jednak mniej cukierkowa, więc ten baśniowy wydźwięk zdecydowanie zyskuje. Chociaż z drugiej strony na trailerze pokazali tylko pierwszą część, ale do września na pewno nie zabraknie nowych materiałów. Ciekawi mnie co pokażą w ramach części trzeciej. Głównie w ramach bossów, bo Buzz, Spike, Scorch, mają predyspozycje by wyglądać bardziej creepy, ale zobaczymy. Cieszy fakt, że, przynajmniej na podstawie tego co wypisują w miarę rzetelne źródła, Tom Kenny powraca by użyczać głosu Spyro Po tym jak znakomicie wyszedł remaster Crasha jestem niemalże w pełni spokojny o to, że niebawem dostaniemy kolejny bestseller. Czy mam jakąś listę życzeń? Mam. W remasterze Crasha był time portal, dzięki któremu można było sobie grać Coco w jedynce, dwójce, w każdym poziomie w trójce. I to była rewelacja. Byłoby fajnie, gdyby takie Girl Power! zaserwowali też w Spyro i dali portal z którego przybywa Cynder, do grania w prawie każdym poziomie we wszystkich trzech grach No wiem, że tam są NPC, ale co za problem dograć parę dialogów? Jak widzę, remaster przygotowuje Toys for Bob, ludzie związani mocno ze Skylandersami, gdzie przecież jest Cynder, więc... Chociaż nie jestem pewien co by było z jej designem. Chyba najlepiej by było jakby stworzyli dla niej oryginalny, kolejny design pod Reignited Trilogy, kto wie? No, ale tak czy owak, znakomite wieści Ciekawe jak Activision widzi przyszłość marek. W przypadku Crasha chyba oczywiste jest, że ludzkość potrzebuje jeszcze remaster Crash Team Racing, co daje im jeszcze trochę czasu na przemyślenie ewentualnych sequeli... Albo dalszych remaków. Ze Spyro jest trochę trudniej, bo Enter the Dragonfly to była kompromitacja, Hero's Tail ma troszkę zbyt podzielone, umiarkowane opinie, Legendy z kolei wydają się zbyt "nowe". Ale zobaczymy. Może! To by było prawdziwe spełnienie marzeń, a nie ten flak na GBA, gdyby Activision później wysmażyli prawdziwy, wielki crossover Crasha i Spyro na duże konsole i PC
  12. W końcu udało mi się przysiąść do tego opowiadania... Które przysiągłbym, że było dłuższe? No, nieważne. Moja pamięć ostatnio szwankuje, bardzo możliwe, że zapamiętałem jakąś inną wersję/ inne opowiadanie autorki zanim nadeszły pewne zmiany „A gdybym był Złym Lordem...” okazuje się całkiem zgrabną i lekką w odbiorze komedyjką, skutecznie wyśmiewającą różnorakie stereotypy, czy utarte schematy odnoszące się do wizerunku bohatera i złoczyńcy, do tego czym się kieruje bohater a jak swą potęgę buduje złoczyńca, czym się to charakteryzuje. Od razu wychodzi na wierzch merytoryczne przygotowanie autorki – od kodeksu bohatera, poprzez najwyższe piętra mrocznych zamków, na kolczastych czarno-czerwonych zbrojach kończąc. Ylthin po prostu widziała to wszystko i wie doskonale jak obnażyć każdą z tych klisz, w formie właśnie niniejszego opowiadania. Opowiadanie okazuje się też bogate w przeróżne nawiązania i odniesienia, z których największe znaczenie mają dla mnie te, odnoszące się do sagi „Might and Magic”. I znów – od tych klasycznych tytułów, aż po te nowsze, chociaż uparcie będę twierdzić, że wspomnienie o najeżonych od kolców zbrojach to subtelne nawiązanie do designu co niektórych jednostek z „Might and Magic: Heroes VI”, gdzie mieliśmy pełno haczyków w elementach zbroi jednostek nieumarłych, czy też zbędnych, przesadzonych dodatków w postaci orzełków na hełmach jednostek Przystani, czy badziewnego żelastwa u aniołów i tym podobnych. To, poprzez swych developerów, którym nie zawsze płaci, robi „Soft: Ubi”, a co również zostało rozmontowane przez Ylthin (gdyż w "A gdybym był Złym Lordem..." ekonomia jednak się liczy). W momencie, w którym bohater siada na tronie i staje się tytułowym Złym Lordem, dla całego dworu oraz jego włości nadchodzą wielkie zmiany. Zmiany również ekonomiczne, kalkulacje. Ponieważ Swift Okrutny swego czasu kierował się kodeksem i działał jak archetyp bohatera, wie doskonale jak funkcjonują różni inni bohaterowie, obecnie jego wrogowie. To znaczy, wszyscy działają tak samo i rozpracowanie ich jest kwestią przeniesienia komnaty sypialnej na niższe poziomy zamku oraz wystawieniu na widok czegoś co przypomina tylne wejście do zamku Złego Lorda. Jednocześnie, jako że sam zwalczał złych, zna każdy ich słaby punkt, ponieważ oni również funkcjonują tak samo. Pomysł był dobry, pomimo konkursowych ograniczeń został zrealizowany solidnie, w taki sposób, że nie czujemy niedosytu. To znaczy, w materii dialogów, przekazu. Chętnie widziałbym więcej opisów, ale wiecie... Mój typ tak ma W każdym razie, jak na komedyjkę z domieszką [Dark], głównego bohatera daje się poznać całkiem dobrze, również postacie które przewijają się w tle (mam na myśli również gryfiego adiutanta) zapadają w pamięć, głównie dlatego, że większość z nich ma jakieś charakterystyczne cechy, które odróżniają je i czynią widocznymi. Czy jest to opaska na oku bardzo starzejącego się gryfa, czy Koboldy śmigające po rosyjsku, czy bohater latający w sukieneczkach, udający praczkę, byle jakoś przeniknąć do zamku nowego true final bossa. Działa to przednio, każda taka konfrontacja jest okazją do zgłębienia toku myślenia Swifta Okrutnego, czyli wyśmianiu pewnych znanych schematów, wygodnych nieścisłości czy innych klisz, znanych z różnych opowieści bohater vs złoczyńca. Wczytując się dokładniej w jego wypowiedzi, kiedy opowiadanie na serio (Ale czy na pewno?) podejmuje kwestie istoty dobra i zła, różnic między nimi oraz sensu podziału na bohaterów i złoczyńców, kto w tym zestawieniu, na dłuższą metę, wypada lepiej. No i trzeba przyznać, że gość ma trochę racji, ale tutaj nie będę tego rozwijał, po prostu zaproszę Was do lektury opowiadania, samodzielnego odnalezienia tegoż fragmentu, a potem podzielenia się własnymi przemyśleniami Ogólnie, jak to się mówi, w tym szaleństwie jest metoda. Z jednym bym tylko się fundamentalnie nie zgodził, jest różnica między zachowaniem złota dla siebie, a rozdaniem do innym. Za rozdanie złota chłopom można dostać troszkę doświadczenia Pośród różnych motywów, nie tylko tych skupionych na rozmontowywaniu schematów, mamy na przykład myk z tzw „shamingiem”, który podnosi wartość tej komediowej otoczki opowiadania. Opisów, czy to w tradycyjnej, akapitowej formie, czy wplecionych w poszczególne wypowiedzi, jest wystarczająco dużo by to sobie wyobrazić, no a kiedy jeszcze widziało się odpowiednie rzeczy (Game Over screen w „Heroes of Might and Magic II”, ale nie tylko), poszczególne scenerie stają się jeszcze wyraźniejsze w wyobraźni. W gruncie rzeczy, świat przedstawiony jest dosyć luźno powiązany z tym kucykowym i gdyby nie kilka wspomnień o Equestrii możliwe, że jedynym spoiwem byłby znajome gatunki, czy to kucyki, czy gryfy. Ale chyba istnieje w pełni ludzka wersja tejże historii... Jest jeszcze przeskok i końcówka, która potwierdza, że owszem, Celestia maczała w tym pióra/ kopyta i że w rzeczywistości chodziło o coś więcej. Niemniej nie umniejsza to temu aspektowi, że Swift Okrutny okazał się dobrym Złym Lordem Jeśli chodzi o sam styl, to muszę przyznać, że bardzo mi on pasuje. Nie posiada wprawdzie jakichś szczególnych cech nie pojawiających się nigdzie indziej, ale jego brzmienie jest kompetentne i konkretne, nie ma miejsca ani na przeintelektualizowane fragmenty których prawdziwe znaczenie łatwo się rozmywa, nie ma miejsca na akapity pozostawiające jakiś szczególny niedosyt, chociaż oczywiście, na moje wyczucie, opisów troszkę brakuje, bardzo chciałbym dowiedzieć się więcej o tym świecie, poczytać więcej o tym jak co wygląda i co się dzieje. Zgaduję, że to limit słów wymusił na Ylthin pewne cięcia/ drogę na skróty, ale nie miałbym nic przeciwko gdyby z okazji czterolecia opowiadania ukazała się kolejna specjalna edycja, wzbogacona o wszystko co przez ten czas uległo poprawie, ulepszeniu, nad czym autorka pracowała, aby jej teksty były jeszcze lepsze. Plus dodatkowe scenki i wszystko w tym stylu Wiem, często o tym wspominam, ale co ja poradzę? Lubię remastery/ rewitalizacje, lubię kiedy opowiadań jest dużo i kiedy różne koncepty są rozwijane. A ten zdecydowanie zasługuje na wszystko co najlepsze Trzymając się stylu, lektura zlatuje szybko, przyjemnie, od czasu do czasu zdarzają się pewne uchybienia. Jak na przykład to, na stronie jedenastej: „— Zdejmijcie ten wór – rozkazał. – Doceniam troskę o bezpieczeństwo zamku, ale trup i tak nic nie powie, a nekromanci całkiem wypadli z branży magicznej po tamtej aferze z flankfurckim cmentarzem i kradzieżą nerek. Ożywiać trupy dla jednego organu... ­ Potrząsną głową. ­ Ta profesja nie mogła przecież upaść tak nisko, mówiłem wtedy, a jednak upadła i to z głośnym hukiem.(...)” Ponadto, w obecnej wersji tekstu mieszają się wszystkie trzy znaki: pauzy, półpauzy i dywizy. Moim zdaniem byłoby dobrze, gdyby kiedyś, pewnego dnia, ukazała się wersja Google Docs, w której zostałoby to usystematyzowane, przy okazji zaradzając innym błędom. Jest ich znikoma ilość, ale wciąż, byłoby świetnie, gdyby w ogóle nie trzeba było się nimi przejmować. Ostatecznie można ten tekst polecić chyba każdemu. Podoba mi się, widzę pewne obszary na których można go jeszcze bardziej dopieścić, ale jest tu wszystko czego trzeba aby historia nas pochłonęła i zostawiła z jak najbardziej pozytywnymi wspomnieniami. Jest proste wprowadzenie, sceny prowadzące główny wątek dalej, a także zwrot akcji i całkiem niespodziewane zakończenie, oczywiście otwarte na dalszą historię. Plus wszelkie przyprawy w postaci nawiązań, odniesień i inspiracji. Bardzo dobry, przyjemny tekst, gratuluję! Dodam jeszcze, że szczerze liczę, że to zaledwie przedsmak tego, co nas czeka w przyszłości, kiedy w końcu zobaczymy zupełnie nowe opowiadania autorki Pozdrawiam!
  13. Opowiadanie zdecydowanie robi wrażenie i posiada też właściwą atmosferę, chociaż momentami naprawdę, czy to przez skojarzenia, czy opisy, zbliża się do pewnych granic (czytaj: moich granic ), czy też haczy jakoś o gorowate aspekty... Ale ostatecznie utrzymuje się w jakichś ryzach. I to w sumie dobrze. Ogólnie, mógłbym rozpocząć od kwestii technicznych. A zatem, znalazłem kilka literówek, błędów, postarałem się to zaznaczyć w tekście. Ale ogólnie nie było tego zbyt wiele, można więc stwierdzić, że korekta i pre-reading spełniły swoją misję z dobrym rezultatem Jeżeli chodzi o styl, to w zasadzie nie mam zastrzeżeń. Było kilka momentów, które sam nieco inaczej bym napisał, ale są to naturalne różnice w stylach i nie będę się rozpisywał na ten temat więcej, niż to potrzebne. W skrócie, jest przystępnie, dosyć lekko, ale i ciężej kiedy fabuła tego wymaga. Tekst wciąga, a czas przy nim spędzony zlatuje dosyć szybko. Nie ma co zatem przedłużać, tylko przejść do pozostałych kwestii, a wierzcie mi, jest o czym pisać. Jedziemy! Aha, uwaga na spoilery! Tak troszkę... Pomysł, postacie, ogólnie Co ja uznaję za plus to to, że autor w zasadzie natychmiast wrzuca nas w wir wydarzeń oraz jego alternatywne uniwersum, bez wyjaśnienia jak to się właściwie stało i co tu robią znajome postacie. Po prostu trafiamy w trwającą już jakiś czas, szarą i smutną rzeczywistość. To troszkę jak obudzić się po wielu, wielu latach i odkryć, że cały świat wokół jest inny. Bardzo podoba mi się dobór głównych postaci i że jest to miks postaci kanonicznych oraz oryginalnych. Dobrze jest widzieć Twlight oraz Trixie w takich oto koleżeńskich relacjach, w ogóle, kreacja Chwalipięty bardzo mi odpowiada. Cały czas jej kibicowałem, cieszyłem gdy się pojawiała, zastanawiałem się jak odpowie, co zrobi, no i... Współczułem kiedy otrzymaliśmy jej skromne backstory, przy okazji dowiadując się o Starlight. No, nie były to dobre wieści. Bardzo dobra demonstracja w jak bezwzględnym otoczeniu znalazły się bohaterki. Ale wątek Twilight również bardzo mnie ciekawił, tym bardziej, że pewnym jego elementem był wątek nadzorcy obozu oraz jego motywu aby czym prędzej nakłonić księżniczkę do poddania się zabiegowi usunięcia skrzydeł. Ogólnie podobało mi się to jak autor poskładał w całość różne pozostawione uprzednio znaki (włącznie z tą trefną repliką głowy patykowilka), dając nam porcję historii stojącej za nadzorcą. Chociaż z drugiej strony, ciężko mi uwierzyć, że aż tak zależało mu na tym, by cały ten zabieg odbył się „na czysto”, zgodnie z zasadami itp. Albo sam miał nóż na gardle i mógł go spotkać marny koniec za niesubordynację, albo... No, nie wiem. Jakieś cząstki dobra się w nim ostały? W sumie, ostały, no bo przecież zależy mu na rodzinie, co nie? Ale znów, nie mamy pełnej wiedzy na temat tegoż alternatywnego świata, ani dlaczego tak to wygląda, więc traktuję, że po prostu jest jakiś bardzo ważny powód, dla którego nadzorca nie bierze tego, co mu potrzebne, tłumacząc to przed przełożonymi... Jakoś? Co jeszcze? Opisy przybliżające organizację obozu, typowy dzień pracy, warunki, możliwe kary oraz... Cóż, to jak trudna jest ta obozowa codzienność i że kucyk za błahostkę może zniknąć w mękach. Tak po prostu. Zdecydowanie udało się oddać to wrażenie. Spośród postaci możemy jeszcze wyróżnić Pinkie Pie, która wypada naprawdę, naprawdę przednio w tym opowiadaniu i potrafi rozweselić nawet w tych trudnych warunkach. Bardzo podobały mi się te drobne szczegóły budujące jej wizerunek w tej historii. Na przykład to jak znajduje maleńkie różnice w pozornie tych samych przepisach i jak nadal ma jakieś plany na przyszłość, czyli dostrzega jakieś perspektywy. Tym bardziej, kiedy zbliżamy się końca, kiedy nadzorca działa już trochę z desperacji, współczujemy różowej klaczy. Bardzo. Widać, że autor starannie zaplanował opowiadanie i że niemalże wszystko ma jakieś znaczenie. Mniejsze lub większe, ale jednak. Z pozostałych postaci, poza nadzorcą, zdecydowanie wybija się Yell, dzięki jej nadzwyczajnemu zmysłowi węchu. Okazała się cennym wsparciem dla bohaterek, chociaż momentami miałem co do niej podejrzenia. Zapamiętałem także Rapid Wish, również ze względu na uczucie łączące jego i Candy, chociaż ostatecznie, odnoszę wrażenie, że element ten trafił się rzutem na taśmę i naprawdę ciężko się wczuć, kiedy w obozie wybucha rewolta. Mówiąc o rewolcie, miałem wrażenie jakby obserwował ją troszeczkę zza mgły w tym sensie, że poszczególne działania nie zostały należycie opisane, przebieg rzeczy nie jest dokładniej znany (wszystko na moje wyczucie!) jako że autor skoncentrował się na Twilight oraz duecie Trixie i Yell, które ruszyły na ratunek Pinkie Pie. Co by nie mówić, napięcie w tych ostatnich kawałkach tekstu jest i zakończenie trudno przewidzieć. No, a kiedy ono następuje, wiele spraw zostaje nierozwiązanych, toteż czytelnik głowi się co mogłoby wydarzyć się dalej. Cieszę się, że już jest kontynuacja Na pewno zajrzę do niej kolejnym razem Klimat Atmosfera w fanfiku kreowana jest w zasadzie bez zarzutu. Jest trudno, jest duszno, jest nieprzyjemnie. Za osłodę służą nam momenty z Pinkie Pie i chociaż klacz nas pociesza, stanowi ciekawą opozycję do otoczenia, to jednak my nadal wiemy, że to nic nie da i w najlepszym wypadku sprawy aż tak się nie pogorszą. To jest ten rodzaj uczucia, kiedy chcemy wierzyć, że będzie lepiej, ale w głębi siebie zdajemy sobie sprawę, że to co widzimy/ czytamy to tylko naiwne odwlekanie nieuniknionego, desperacka próba pokonania rzeczywistości. I to właśnie uwielbiam, zarówno w ogólnej atmosferze opowiadania, jak i kreacji, roli Pinkie Pie. W ogóle, podobnie sprawują się fragmenty z Twilight, kiedy uparcie odmawia poddania się zabiegowi i pokornie przyjmuje jeszcze większą, jeszcze ciężką kulę, przez którą nie może efektywnie pracować. I przez co z kolei nie będzie mogła liczyć na posiłek. Jej determinacja i nagłe przemiany nastroju doskonale dopełniają całości, a kiedy dochodzą do tego całkiem przejmujące momenty, w których kucyki, ryzykując życiem, dzielą się z nią aby nie padła, to jest naprawdę dobre. W ogóle, podoba mi się, że przez cały czas, mniej lub bardziej, przewija się w tle motyw nadziei. To też zostało świetnie zrealizowane. Z jeszcze innych scenek, dobrze było przeczytać, że Pinkie pomaga Twilight w pchaniu przed siebie/ ciągnięciu za sobą ciężkiej kuli, czym pewnie sama mocno ryzykuje. A z mniejszych smaczków, kiedy kula się zsunęła, przez co trzeba było ją pchać od nowa (tym razem z pomocą wspomnianej Pinkie), troszkę mi się Syzyf przypomniał... W zagęszczaniu atmosfery opowiadania pomagają niedopowiedzenia, o których pisałem już wcześniej. Nie wiemy dlaczego jest jak jest, co się wydarzyło, kim są przełożeni nadzorcy, ani jak wygląda świat na zewnątrz. Wiemy jedynie tyle, że trwa gdzieś wyręb, bo może wydać się przygnębiające, jako że poganiacze niewolników nie przejawiają żadnego poszanowania dla otaczającego ich środowiska. Jednym z najjaskrawszych przejawów tego jest to, jak jeden z osobników potraktował bezbronne pisklę... No, to był skrajnie nieprzyjemny moment, tutaj muszę to wyznać. Nie tylko poprzez ogólny, „surowy” wydźwięk z fanfika, ale przez garść skojarzeń z historią, przez to nabrało to u mnie momentalnie... No, strasznie, strasznie nieprzyjemne to było. Ale na szczęście zachowane zostały pewne granice. Owies...? Przyznam, że cały ten motyw z owsem (Który gdzie na końcu ginie, nie mam pojęcia, ale zabrakło mi czegoś w stylu scenki, w której Trixie i Yell ocucają Pinkie, a ta zaczyna mówić o owsie, przepisach... Jak gdyby nic się nie stało. Takie załamanie totalne, że to nadal relatywnie wesoła, niewinna osoba, a tak strasznie poobijana.)... Jeszcze raz. No więc, cały ten motyw z owsem również wybrzmiewa jako odskocznia od codziennych problemów i niewolniczej pracy. Jako taka jedna z bardzo niewielu iskier normalności. W ogóle, ładny tytuł. Przyznam, że cokolwiek co sobie myślałem ani trochę nie pokryło się z tym, czym okazała się właściwa treść i przekaz. Jest to też odpowiedni moment na wspomnienie o tych postaciach, które nie występują fizycznie, jednak są wspomniane... A raczej, jednej postaci. Rainbow Dash. Nie mam jeszcze pojęcia czy jej wątek jest omówiony w kontynuacji, czy też spotkał ją swego czasu podobny los co Starlight Glimmer... Jeżeli tak, to znów muszę pochwalić niedomówienie, gdyż w tym przypadku po raz kolejny zadziałało ono jako czynnik umacniający mroczną, tajemniczą otoczkę. Ale żeby utrwaliła się w pamięci za fatalne gotowanie? W sumie, ciekawe co jest grane z innymi przyjaciółkami... To, że w Mane6 w obozie nadal trwają jedynie Twilight i Pinkie, że w tym sensie są zdane na siebie, również działa nastrajająco. Właśnie to jest tak, jakby obudzić się nagle w innej rzeczywistości i odkryć, że większość przyjaciół i znajomych gdzieś zniknęła. Ostatecznie, czuję, że mogę polecić to opowiadanie, gdyż jest przede wszystkim wciągające, ciekawe, chociaż niektóre momenty mogą odstraszyć bardziej wrażliwe osoby. Należy to mieć na uwadze. Niemniej nie jest to aż tak mroczne i myślę, że idzie to przełknąć. No i opowiadanie ma też otwarte zakończenie i kontynuację „Owies na tysiąc sposobów” wyrasta ponad przeciętność i jako alternatywne uniwersum pozostaje tajemnicze oraz otwarte na rozmaite interpretacje. Gratuluję! Pozdrawiam!
  14. Cóż za znajomo brzmiący tytuł Ogólnie, pomysł wydaje się ciekawy, posiada on pewien potencjał, jednak autor zdecydował się pójść w kawałek życia, czyli na spokojnie, bez jakichś wielkich tajemnic czy wybuchów. I jak to wyszło? A całkiem sympatycznie, przyjemnie. Przez te kilka stron śledzimy Chrysalis podczas jej tournée po swym opustoszałym królestwie. Królowa występuje tym razem w roli ofiary, której czytelnik ma współczuć i co w sumie się udaje, gdyż patrząc na to z jej perspektywy, została zupełnie sama, obdarta z wszelkiej świetności jaką budowała. Jest to w tym sensie również kontynuacja finału sezonu szóstego, tylko z inną protagonistką Tekst czyta się przystępnie, bez większych zgrzytów, chociaż zdarzały się literówki, czy jeden błąd ortograficzny, postarałem się to zaznaczyć. Takich uchybień nie było jednak dużo, toteż wystarczyłoby gdyby autor po prostu jeszcze raz poleciał z czytaniem swojego tekstu, dla pewności. Nie jest to nic pod wpływem czego wołałbym o zewnętrznych korektorów. Opisy skupiają się głównie na otoczeniu, ukazaniu tego co zostało z ostatniej bitwy i w jakim stanie. Tempo jest jednostajne, głównym specjałem jest tutaj rzut okiem na infrastrukturę państwa Chrysalis, która to infrastruktura nie ogranicza się do terenów przy pałacowych i obejmuje takie lokacje jak szkoła magii, biblioteka. Fajna sprawa. Ogółem podobał mi się moment, gdy do Chrysalis zaczynają dołączać klasyczne Podmieńce, a ona odzyskuje nadzieję. Nawet złoczyńca potrzebuje czasem pocieszenia, podniesienia na duchu, wsparcia A Sunowi udało się to napisać zwięźle, sympatycznie i naprawdę, autentycznie Chrysalis w tekście urosła, bardzo fajnie było o tym przeczytać, a także sobie to wyobrazić. Nowa determinacja, jakiś zalążek nowego królestwa, jakaś szansa. Tekst sprawdza się bardzo dobrze jako krótki przerywnik, brzmi dosyć klasycznie choć opowiadana o dalszym ciągu nie aż tak starej sprawy, myślę, że można sobie rzucić na niego okiem. I zachęcać autora do rozwinięcia tego wątku, bo naprawdę udało mu się napisać Chrysalis jako postać której można współczuć i kibicować, ciekawe jak by sobie poradził z przeobrażeniem jej w jeszcze silniejszą królową władającym nowym, liczniejszym rojem. Może pewnego dnia się przekonamy. Pozdrawiam!
  15. Buszując po dziale opowiadań, można znaleźć rozmaite smakowite kąski, a także maszyny przenoszące nas w czasie Tak jak chociażby tutaj Sun przez całą swoja karierę popełnił szereg publikacji, od opowiadań krótkich, kwalifikujących się akurat na Gradobicie, poprzez dłuższe, lepiej rozbudowane teksty, które swego czasu dawały punkty, zapewniały dane miejsca na podium, bądź też określały jak daleko od podium Sun się znalazł. Z tego co pamiętam, to z reguły niedaleko. Tak czy inaczej, rzućmy okiem na konkursowe opowiadania Suna i przeżyjmy to jeszcze raz! „Kryształowe więzienie”, jak na opowiadanie wykorzystujące motyw syndromu sztokholmskiego, właściwie okazało się... troszeczkę czymś innym niż się tego spodziewałem Poważnie, pomyślałem sobie, że z uwagi na czas i miejsce akcji, będzie to ostateczny shipping, ale nie, jednak syndrom nie wyszedł poza granice relacji koleżeńskiej... Dosyć jednostronnej, bo najwyraźniej Chrysalis nie traktuje więzionej Cadance poważnie. Zależy. Zdecydowana dominacja dialogów nad opisami, ale akurat tutaj każda wypowiedź pozwala na eksplorowanie relacji między Cadance oraz Chrysalis, mamy też niedługa ekspozycję, jak to było na początku, a co mamy teraz. Końcówka, która utrzymuje bieg historii na ścieżce którą zaplanowała sobie Chrysalis, rozbudza wyobraźnię, co też może się wydarzyć dalej. Zatem ogólnie opowiadanie wypada pozytywnie. Proste, lekkie, z fajną końcówką Czepiłbym się tylko formatowania tekstu oraz wykorzystania dywiz, raz zabrakło spacji po dywizie, innym razem uchowała się jakaś kropka w zapisie dialogowym, a której nie powinno być. Nic aż tak poważnego. Przechodząc do „Nocy”, można doszukać się podobnych uchybień technicznych i... "Luna nie zwracał na to najmniejszej uwagi, (...)" No, takie tam. I parę innych rzeczy... Ale ogółem po raz kolejny muszę przyznać, że opowiadanko wypadło w porządku. Znów mamy przewagę dialogów nad opisami, ale tym razem znalazło się tam więcej szczególików, takich jak wspomnienie o tym, że Luna woli ciasto truskawkowe, ale Celestia bardzo lubi czekoladowe, więc to drugie częściej jest w lodówce Albo wymiana zdań między Luną a jej koszmarnym odbiciem i próby bronienia siostry. Albo to jak Celestia najpierw siostrę pociesza a potem „weź no, dopiero było zaćmienie, możesz se poczekać siedemdziesiąt lat” Generalnie fanowskie wersje genezy przemiany Luny w Nightmare Moon towarzyszą nam niemalże przez cały czas, ale ogólnie nie czuć tutaj aż takiej wtórności, pomysł nie jest przekombinowany, sprawa jest prosta, konkretna, oczywista. I to wszystko się chwali, gdyż to pasuje jak ulał do przyjętej formy oraz gabarytów opowiadania. Czas na „Słowa Króla”, czyli niedługi dialog między Twilight Sparkle a najbardziej znanym królem w całej serii animowanej. "- Z resztą powinienem być wam za to wdzięczny." Można by spiąć i zrobić „zresztą” No i tak jak poprzednio, dywizy mieszające się z pół-pauzami, takie tam. Ale może to być szybko skorygowane, więc przejdę do właściwego opowiadania. A to, jak poprzednie historyjki, wypada pozytywnie, prostota niezmiennie działa na korzyść autora. Jak poprzednio, powracamy do przeszłości. Po alternatywnej wizji pewnych wydarzeń i genezie przełomowego momentu, przyszła pora na... podobną genezę. Tym razem dowiadujemy się o tym jak powstało Kryształowe Imperium, kto tak naprawdę je wzniósł, kim on był dla Celestii i ogólnie, otrzymujemy sygnał, że być może Twilight nosi na oczach gogle autorytetu i nie jest w stanie krytycznie ocenić Celestii, nie jest też zbyt chętna na historie z innych punktów widzenia Tym razem odniosłem wrażenie, że dialogi tu i ówdzie przejęły funkcje opisów, toteż uzupełniają się z poszczególnymi akapitami, całość brzmi całkiem kompletnie. I po raz kolejny, ciekawe jak mogłaby wyglądać dalsza historia. Co jak co, ale póki co otwarte zakończenia są w jakimś stopniu cechą wspólną danych opowiadań i za każdym razem sprawdzają się w sam raz Znów, tekst jest prosty, dialogi wypadają naturalnie i poprawnie, nie ma czego się czepić poza kilkoma kwestiami technicznymi i sporadycznymi błędami. Czas zlatuje przyjemnie, a to poniekąd najważniejsze. Kolej na „Gwiazdę cyrku”! "Na te sowa ogier wybuchnął szaleńczym śmiechem, po czym (...)" W ogóle, w opisie opowiadania jest „póki” przez „u” otwarte. W ogóle, jak się tak przyjrzeć dokładniej, to w tym poście więcej jest różnych literówek. Pewnie efekt pośpiechu, czy zmęczenia, raczej nie zamierzone działanie... @Sun, rzuć okiem, popraw co trzeba i zamknij mi gębę Ogólnie, poza występującymi gdzieniegdzie słowami, które rozluźniają atmosferę (wiadomo, że trzeba zagadać publikę, ale niektóre określenia potrafiły przyprawić o lekki uśmieszek, na tyle prostackie, że podmywały nieco fundamenty smutnawej atmosfery), podoba mi się to jak pomału narasta klimat i jak linijka za linijką, autor zbudza u odbiorcy współczucie dla głównego bohatera, gwiazdy cyrkowej. Tym razem opisów mamy nieco więcej. Szczególnie pod koniec, możemy pokrótce dowiedzieć się co takiego miało miejsce w przeszłości, dlaczego jest to (najprawdopodobniej) ostatni jednorożec, dlaczego znalazł się w sytuacji bez wyjścia i jaka jest jego perspektywa. Nie było tego wiele, ale autorowi udało się to przekazać w sposób satysfakcjonujący. I co jeszcze... Znowu mamy w gruncie rzeczy otwarte zakończenie! Serio, to jest genialne, gdyby tylko Sun zechciał napisać ciąg dalszy do któregokolwiek opowiadania konkursowego, furtka jest otwarta, a wykreowane otoczenie zdaje się wręcz stworzone do rozbudowy Od razu mówię, że na każdy taki ciąg dalszy będę czekać. Pewien jestem, że najbardziej na dalsze losy gwiazdy cyrku W tym rozdaniu zajrzałem sobie jeszcze do „W słusznej sprawie”. I cóż mogę powiedzieć? No, generalnie wspomniana w opowiadaniu fabryka bardzo kojarzy się z tą jaką można zwiedzić w „Resident Evil Revelations 2”. Skaner siatkówki – jest. Karty magnetyczne – są. No... Znaczy się, tam akurat nie było kart, trzeba było użyć normalnego klucza. No, ale skojarzenie zostaje, więc... Ale opowiadanie wypada ok. Dialogi brzmią całkiem naturalnie, ot, tacy awanturnicy, siedzący sobie w swojej bazie, planujący kolejny ruch. Bardziej taki wycinek z codziennego życia FOLowców. Czuć, że ta historyjka mogłaby mieć jakiś duży początek i jeszcze większy ciąg dalszy. Po raz kolejny przeważają dialogi. Ale generalnie jest po prostu ok. Jak na [TCB], jest to historyjka całkiem przystępna. Możliwe, że za sprawą niewielkiej zawartości kucyków historyjka jest przystępna również dla sceptyków. Zależy. Póki co, każde opowiadanie konkursowe charakteryzuje przyjemny, prosty styl, zupełnie niezłe pomysły, a także otwarte zakończenia. Warto rzucić okiem, opowiadania nie zajmują wiele czasu, stanowią niezły przerywnik, a może nawet zainspirują za sprawą takich gwiazd jak Chrysalis, Sombra, czy Cadance? Alternatywne wydarzenia? Wcześniej nie eksplorowane relacje i oblicza znanych postaci? Tutaj wszystko to jest Pozdrawiam!
  16. Bardzo ładny tytuł, przyjemna dla oka okładka Natomiast jak prezentuje się sam fanfik? Jest to ogółem kolejny tytuł mający swój początek w czasach klasycznych oraz trwający do dzisiaj. Ale jak można się zorientować po ilości udostępnionego tekstu, opowiadanie rozwijało się do tej pory dużo wolniej niż na przykład „Projekt: Lazarus”. Jest to także odskocznia od klimatów Biur Adaptacyjnych. Sprawdźmy zatem, czym jest „Prześniony Koszmar”. Od razu powiem, niczego nie rozumiem po nazwach rozdziałów Nie jestem w tym kierunku wykształcony, ale nigdy nie jest za późno na naukę, zatem pewnie kiedyś nadrobię zaległości, bo dlaczego nie? Tak czy inaczej, prolog okazuje się być sporym kawałkiem tekstu, nie tyle wprowadzającym w realia alternatywnego świata autora, co serwującym na dzień dobry sporo historii. Wydawałoby się, że po tryumfie Luny to będzie tyle, zapraszamy do rozdziału pierwszego. A tu proszę – tworzymy nową Equestrię, gdzieś daleko powraca Sombra. Nie ulega wątpliwości, że czytelnik od razu czuje się nakręcony na ciąg dalszy. Zostaje szybko stworzone wrażenie czegoś wielkiego, skomplikowanego. Ale okazuje się, że rozdział pierwszy, a także właściwe fragmenty kolejnych, jest to nie tyle prowadzenie historii dalej, co budowanie świata. Dowiadujemy się co nieco o strukturach, działających organizacjach, jak to funkcjonuje, jakie ma zadania i co znaczy dla państwa królowej Seleny. Główny wątek przewija się gdzieś tam w tle, nie zwracając na siebie aż tak dużej uwagi. Ale wystarczająco na tyle, by zaciekawić, przekonać że na horyzoncie mamy wydarzenia wielkie, przełomowe. I rzeczywiście, te nadchodzą, w rozdziale trzecim, a my mamy okazję zobaczyć jak płynnie autor przeszedł z przedstawiania genezy swego świata, podstaw jego funkcjonowania, do właściwej akcji. W gruncie rzeczy, czytając opowiadanie, mierzymy się ze światem mrocznym, surowym, lecz klimat ten burzą raz po raz różnorakie określenia, takie jak chociażby "alicornice". Z drugiej strony, mamy mocno przekombinowane, nowe imiona poszczególnych postaci. Osobiście, chyba prędko nie zostanę ich zwolennikiem. Ale podoba mi się to, że historia ma w sobie pewne brzmienia religijne, co się objawia poprzez nazewnictwo poszczególnych komórek, wrażenie wielkości gdyż czuć potęgę Seleny, dzięki temu jak poszczególne postacie reagują na jej obecność/ słowa/ moc oraz to jak starannie funkcjonuje jej państwo, chociaż nadal nie idealnie, jako że nadal jest obszar dla rebelii. Mimo wszystko, jest to dark fantasy, o olbrzymim potencjale, póki co realizowane z niemałą dbałością o szczegóły oraz budowę świata przedstawionego. Podobnie jak w „Lazarusie”, gdzie mieliśmy od czasu do czasu relacje oraz wycinki z gazet, co potem układało się w większą całość, tak w „Prześnionym Koszmarze” mamy podział na scenki dawniejsze oraz teraźniejsze. Póki co wydaje się to ze sobą przeplatać, chociaż jeszcze nie mamy pełnego wglądu na to jak epizody te są rozmieszczone w czasie i jak jeden wpływa/ wpłynął na drugi, ale zapowiada się to naprawdę intrygująco. Nawet jeżeli momentami trudno jest się skupić na jakimś wątku, czy zorientować się co jest grane i co jest czym. Nie mam pojęcia czemu, może to nie do końca moja bajka, albo nie mogę się wczuć, bo w międzyczasie zastanawiam się, rozpraszają mnie różne poszczególne elementy świata. W każdym razie, chciałbym również pochwalić opisy, chociaż początkowo jesteśmy atakowani rozmaitymi niefortunnymi określeniami, ale generalnie, przez większość czasu, tekst jest pod tym względem całkiem dopracowany, a kompozycja sprzyja zamierzonej atmosferze. Wrażenie wielkości (monumentalności?), że to ma być duży, złożony alternatywny świat utrzymuje się cały czas. Myślę, że warto spróbować i zagłębić się w "Prześniony koszmar". Jest to opowiadanie godne kontynuacji Czekamy zatem.
  17. Niniejsze opowiadanie jest wyjątkowe, jako że posiada długą historię, swoimi początkami sięga do początków polskiego fandomu, pamięta złoty okres Biur Adaptacyjnych, a także jest kontynuowane do dnia dzisiejszego. Jak miałem przyjemność się przekonać, „Projekt: Lazarus” działa troszkę jak wehikuł czasu, początkowo przedstawiając rozmaite, standardowe elementy typowe dla Biur, z czasem rozrastając się i ewoluując w dużo bardziej złożoną, pełną intryg historię w której udział bierze dużo więcej stron, niż pierwotnie mogłoby się wydawać. Równocześnie widać jak ewoluuje strona techniczna fanfika. Czas przyjrzeć się dokładniej jak „Projekt: Lazarus” radzi sobie obecnie i czym jeszcze może nas autor zaskoczyć. Świat na skraju AKA Życie na krawędzi Rzeczywistość opisywana w „Lazarusie” jest, a jakże, niepewna, daleka od pokojowej. Jest to świat, w którym pojawiła się Equestria, w którym istoty ludzkie z różnych przyczyn decydują się na zmianę swej formy, co z kolei dzieli społeczeństwo. Oczywiście owe decyzje na dłuższą metę wynikają bardziej z pragmatyzmu, gdyż oczywistym jest, że w momencie, w którym bariera pojawi się wystarczająco blisko, nie ma już wyboru - albo przemiana, albo koniec. Jakby tego było mało, w tak wykształconą, nową rzeczywistość wkraczają różne organizacje, a także mocarstwa światowe, rozpoczynając konflikt, który bardzo szybko ogarnia Europę oraz inne części świata, a sprawy wymykają się z kontroli równie szybko jak dowiadujemy się o szokujących, zakulisowych działaniach. Ponieważ opowiadanie zaczęło się w 2012 roku, widać jak na dłoni wpływ najbardziej znanych elementów klasycznych Biur Adaptacyjnych. Początkowo przedstawiony świat jest dosyć czarno-biały: mamy niewinne kucyki, cwałujące wcielenia altruizmu, które nade wszystko pragną ocalić ludzkość i bezwarunkowo pomagają w tworzeniu wielkiego, wspólnego dzieła jakim jest nowy, lepszy świat, zaś po drugiej stronie zły i bezwzględny ruch oporu stosujący przemoc wszelkiego rodzaju, a także Rosja. Dosłownie. Oczywiście, w miarę kolejnych rozdziałów, odkrywamy jak skomplikowany w rzeczywistości jest ten świat i że stron konfliktu jest dużo, dużo więcej, a ostatecznie trudno określić kto jest tutaj dobry, a kto zły. Przyjmuję, że ten bieg wydarzeń był przez autora zamierzony od samego początku, a poszczególne lata, i nabywania nowych doświadczeń, i ogólnego rozwoju fanfików, pozwolił mu opisywać swoją fabułę coraz lepiej i lepiej. Na scenę wkraczają nowe postacie, nowe okoliczności, a wraz z kolejnymi rozdziałami odkrywamy mniej lub bardziej szokujące rewelacje, które porządkują poszczególne kawałki historii i pomagają zrozumieć co tu się właściwie dzieje. Czy są to raporty, czy zapisy z chatu, czy relacja telewizyjna, czy wycinek z gazety, z czasem kolejne wątki nabierają sensu, rozumiemy co z czego się bierze, eksplorujemy. I to jest niezaprzeczalnym atutem „Lazarusa”, który doskonale uzupełnia się z tym, że historia jest po prostu ciekawa, wciągająca, toteż zadajemy sobie pytanie co może się wydarzyć dalej, kto jeszcze okaże się być kimś innym niż dane nam było wierzyć. Muszę jednak przyznać, że współcześnie, kiedy mamy doskonale zarysowane i bogate Uniwersum Szkolnej 17 niezwykle trudno jest czytać z powagą fragmenty o tym, że coś się dzieje w Białymstoku, również umiejscowienie akcji w Polsce, z jednej strony jest swojskie i przyjemne, ale czasami nie można się pozbyć wrażenia, że za moment wydarzy się coś śmiesznego. No nie wiem, po prostu takie miejsce akcji wydaje się tak swoje, tak znajome, tak zwyczajne, że człowiek ma się jak w swoim domu, gdzie czuje się bezpiecznie i jeszcze czasami ma dobry humor Ale generalnie, jest to świat dynamiczny, gdzie na poszczególne jego elementy oddziałuje szereg zmiennych, co z kolei powoduje rozmaite reakcje. Jest on łatwy do zagłębienia się, łatwy do zaadoptowania się. Ale niekoniecznie prosty do zrozumienia za pierwszym przeczytaniem. Możliwe, że jest to ten typ historii, do którego dobrze jest powrócić po zakończeniu czytania, gdyż mają pełną wiedzę o zakończeniu czy znaczeniu poszczególnych elementów, aby przeżyć to jeszcze raz, tym razem w pełni, od początku rozumiejąc co jest grane i odkrywając nowe, wcześniej niezauważone smaczki. Postacie oraz relacje Chociaż świat wydaje się rozległy, dzieje się w nim wiele, to jednak można się zdziwić jak szczupłe okazuje się grono tych najważniejszych postaci, których losy śledzimy. Zdecydowanie najwięcej emocji budzi Angel Wing, zwłaszcza po tym gdy nieco lepiej poznajemy jej prawdziwą historię, a także odnajdujemy ją w coraz to nowych, niekoniecznie przyjaznych środowiskach. Po drugiej stronie mamy Roberta Rygułę, tego tajemniczego, jak się okazuje obdarzonego szczególnymi właściwościami, nowego człowieka, którego znaczenie dla historii oraz świata okazuje się dużo większe. Co z kolei powoduje, że z jeszcze większym zapałem bierzemy się za kolejne kawałki tekstu. Duet ten, reprezentujący różne wartości, działający po różnych stronach, to pełnoprawna ikona tejże historii, tak bym ich nazwał. Ale co z pozostałymi postaciami? Ano różnie. Z kucyków wybija się nieco Safe Life, Young Sleeper, jest też Quiet Song, a także Arek pogromca tokarek. Głównie za sprawą faktu, że został pegazicą Mamy również Tarasowa, który chociaż nie bierze udziału w historii na takich samych zasadach co wymienione postacie, to jednak wyrasta na kogoś ważnego, może nawet bossa. Generalnie jednak, postacie te spełniają swoje zadanie, pełnią dane role, pomagają w prowadzeniu historii, ale nie wydaje mi się aby wychodziło z tego cokolwiek ponad to. Ich charaktery sa proste i dają się zapamiętać, lecz brakuje im takich dużych momentów. No, może pewnym wyjątkiem będzie Safe Life, czy Tarasow. W opowiadaniu przewijają się również postacie kanoniczne, które dają nadzieję na coś więcej, ale z biegiem czasu okazują się jedynie przyjemnym dodatkiem do całości. Oczywiście zdecydowanie wybija się tutaj Rarity ponieważ pojawia się w opowiadaniu częściej, działa w tym samym biurze, po którym kroczy Robert, czy Angel Wing, toteż częściej wchodzi z nimi w rozmaite interakcje, wykazuje się. Jest też całkiem dobrze oddana. Ba, tak jak i reszta bohaterek, na czele z samą Celestią, która odwiedza biuro, przemawia, zaszczyca swoją obecnością. Ciekawa rzecz. Ubarwia całość, ale, przynajmniej na dzień dzisiejszy, szkoda, że nie wynika z tego nic więcej. Ale zobaczymy w kolejnych rozdziałach. Natomiast, muszę szczerze przyznać, że zupełnie nie kupuję tego zakochania Angel w Robercie. To znaczy, są wiarygodne jej powody, no bo ocalił ją wielokrotnie, był dla niej dobry, no i lada dzień miał się ponyfikować, ale wciąż, że to uczucie wybrzmiewa tak silnie gdy on jest jeszcze w ludzkiej formie, to jest dla mnie kosmos. Zgorszenia nie budzi, bo w sumie nie dochodzi do niczego więcej, ale wrażenie jest bardzo podobne jak przy „Sonic the Hedgehog” z 2006 roku wprost pokazano, że cholerna, ludzka księżniczka zakochuje się w antropomorficznym niebieskim jeżu którego łeb jest większy od całego jej ciała. Nienawidzę tej gry Ale ogólnie to, że kucyki się tam głaska po grzywie i one się cieszą, uśmiechają, to jest spoko. Takie cute. Fajny dodatek i jakiś obraz części starych wyobrażeń, co by było gdyby kucyki na moment trafiły do naszego świata, żeby można by było je głaskać i pieścić, jak kotełki Klimat i pomysły Ogólnie rzecz biorąc, klimat jest zdrową mieszanką czegoś sympatycznego, intrygującego, co wciąga i nakręca czytelnika na ciąg dalszy. Dobrze jest, że w miarę rozwoju fabuły otrzymujemy nowe elementy, nowe organizacje, świat jest bogatszy, dzieje się coraz więcej i więcej. Świat staje się coraz bardziej niebezpieczny, warto dodać. I muszę przyznać, że nawet te pierwsze rozdziały, którym przydałaby się korekta, czy lepsze formatowanie, trzymają się nieźle pod kątem fabularnym. Jasne, na tym etapie jest czarno-biało, ale jest ok, bo mamy bohaterów, złoczyńców, Angel Wing budzi współczucie, kucykom się kibicuje, część ludzkości wypada w porządku. Chociaż kuje w oczy, ale tylko troszeczkę, że ci źli wydają się niekiedy stereotypowymi dresiarzami, a wybawienie rodzajowi ludzkiemu niesie zła Rosja. Niemniej, nie jest to wcale aż tak uciążliwe. Jak napisałem, całościowo wychodzi ok. Sympatyczne są również rozsiane po całym fanfiku nawiązania, czy to utwór „Jak ja was, kuce, nienawidzę”, czy „Obcy”, czy też Alfalfa co mnie się troszkę kojarzy z „Klanem urwisów” (chyba „Little Rascals” w oryginale), bo tam to po raz pierwszy usłyszałem... Wszystko to urozmaica treść. Im dalej, tym więcej mamy wycinków z gazet, relacji, różnych klimatycznych otwarć poszczególnych rozdziałów które nie tylko znaczą coś stricte dla danych rozdziałów, ale potem okazują się zmyślnym foreshadowingiem i to jest świetne. Przyznam wręcz, że to rozdziały IV – VII okazały się dla mnie najciekawsze, sprawnie rozwinęły historię, zbudowały niemałe napięcie, co bardzo mi się podobało. Jednakże im dalej, tym więcej mam zastrzeżeń, a to między innymi dlatego, że zostało nam ujawnione to „sekciarskie” oblicze Złotego Szlaku i wyglądało to troszkę zbyt... Mistycznie? No nie wiem, ale generalnie zazwyczaj jest tak, że mamy coś, to wygląda jak sekta, jakieś bóstwa, jakaś moc, później dopiero się okazuje, że za tym stoi zaawansowana technologia, którą kontroluje się swoich wyznawców. Autor w „Lazarusie” w pewnym sensie odwrócił ten schemat i czytelnik został zbombardowany informacjami o badaniach, eksperymentach, mieliśmy niemało informatyki, współczesnej technologii, a potem otrzymujemy coś, co wizualnie wydaje się pochodzić z innej bajki. Chociaż imiona i symbolika wypadają na plus. Po prostu było logicznie, technologicznie, a zaczyna być magicznie, religijnie? I to po stronie ludzkiej? Znaczy, neo-ludzkiej. Co swoją drogą mi nie pasuje, ta nazwa. Wydaje mi się, że to już zostało zrobione wiele, wiele razy, no i w zestawieniu z polskim słowem jakoś tak nie sprawia szałowego wrażenia... Może podano to troszkę za szybko, może po prostu spodziewałem się czegoś innego. Przekonamy się co wyniknie z tego później, gdyż pomimo tego opowiadanie nadal jest ciekawe i na ciąg dalszy chce się czekać. Nie pędź tak proszę, daj odpocząć No i w sumie, im dalej, tym więcej się dzieje na świecie i generalnie to jest ten moment w którym przyjęte od początku tempo staje się zbyt sprawne aby dźwignąć taką ilość informacji, taką ilość zawirowań. Powoduje to rozmycie się wątku głównego, a czytelnik ma wrażenie, że coś tym Rosjanom idzie zdecydowanie zbyt łatwo, zbyt szybko, akcja zaczyna pędzić, a niedosyt jest coraz większy i większy. Bo chcielibyśmy dowiedzieć się więcej, jak to się dzieje, dlaczego tak a nie inaczej, zerknąć na różne punkty widzenia, te sprawy. Znaczy się, nie ten wątek Angel Wing, bo on idzie zwyczajnie, tylko cały ten wątek globalny, wątek konfliktu, który już nie stanowi takiego troszkę tła, tylko staje się integralną częścią historii do tego stopnia, że dużo mocniej oddziałuje na główne postaci. Ogółem, nie miałbym nic przeciwko gdyby kolejne rozdziały były dłuższe, a może nawet (marzenie), co jakiś czas w temacie pojawiałyby się oddzielne oneshoty, dodatki przybliżające kampanię zbrojną, kolejne starcia czy perturbacje polityczne na świecie. Po prostu, abyśmy mieli lepszy wgląd w różne punkty widzenia i różne strony konfliktu. Ale ogólnie, chociaż utrzymuje się zainteresowanie dalszym ciągiem, za sprawą niedosytu rośnie apetyt na rozmaite inne rzeczy, które mogłyby działać przy głównym fanfiku. Chcemy po prostu wiedzieć więcej i wiedzieć to lepiej. Wciąż, najlepiej będzie poczekać na ciąg dalszy i ocenić całość, zobaczyć w jakim kierunku to pójdzie i jak elementy tej układanki zostaną ułożone. Ale faktycznie, w tych najnowszych rozdziałach, zbyt wiele nowych elementów zostaje nam ukazanych, konflikt nabiera rozpędu zbyt szybko, przez co całość traci na wiarygodności (na ile możemy mówić o wiarygodności w świecie, w którym dzięki miksturce stanę się kucykiem ) Revisit me, master! (Bardzo ważne) Na zakończenie powiem, że byłoby znakomicie, gdyby autor powrócił do starszych rozdziałów i nie tylko poprawił formatowanie, ale i rozprawił się z sugestiami, poprawkami pozostawionymi w tekście przez różne osoby, nie tylko mnie. W ogóle, one są pozostawiane w tekście już od laaat Poza tym, w rozdziale bodaj VII, dawno temu, ktoś się pomylił i zasugerował migrację dosyć dużego akapitu, przez co mamy dużo kolorowego, przekreślonego tekstu. Bardzo utrudnia to czytanie, nie wygląda dobrze. Wzywam tutaj autora, aby zrobił w tym sektorze porządek. Ostatecznie, antyfanów Biur Adaptacyjnych nie przekonam i w sumie chyba nie miałoby to sensu, jako że w „Lazarusie” znajdą głównie to, czego bardzo nie lubią, więc wszelkie próby będą trudne do ugruntowania już na starcie. Ale pozostałym, niekoniecznie zwolennikom, ale tym, którzy przełknęliby cokolwiek o tematyce mikstur ponyfikacyjnych, w sumie ów fanfik bym polecił. Historia ta potrafi wciągnąć, działa troszkę jak wehikuł czasu, budzi nostalgię i robi smaka na ciąg dalszy. Ma ogółem wszystko co trzeba by się wykazać, oczywiście można mieć zastrzeżenia co do spraw technicznych, czystego jak jest prowadzona historia, ale jestem pewien, że w odpowiednim czasie tekst zostanie zmodernizowany.
  18. No witam. Pierwsza rzecz, na dzień dobry - nigdzie nie widzę tagu [TCB] Już sam ten fakt odróżnia „Sześć doskonałości” od lepiej znanych, bardziej zaawansowanych opowiadań autora (a przynajmniej, mówiąc o stopniu rozwinięcia danych fabuł). Z tego, czego można się dowiedzieć z krótkiej przemowy, mają to być różne oblicza apokalipsy, skryte pod maską krainy idealnej. Póki co mamy dwa opowiadania, jak zatem wyszło? Od razu chcę powiedzieć, że świetnym pomysłem wydała mi się jednorodna, zaplanowana konstrukcja serii. Mam na myśli to, że dostępne do tej pory opowiadania liczą sobie tyle samo stron, rozpoczynają się i kończą tą samą, jedynie dopasowaną do danej postaci, formułą, w określonym momencie pojawia się jaskrawa demonstracja możliwości danego reżimu, a ofiarą niezmiennie jest książę Blueblood. Zabiegi te faktycznie sprawiają wrażenie, że mamy do czynienia z jedną historią, tylko w różnych odsłonach, które to odsłony definiowane są przez charaktery, powodowane specyfiką danej bohaterki, przy czym są to ideały przerysowane, przesadzone, wypaczone. W związku z powyższym możliwości są przeogromne, chociaż okazuje się, że poszczególne opowiadania wcale takie długie nie są. Niemniej autorowi udało się w ciągu tych dziewięciu stron zawrzeć esencję tego co, jego zdaniem, wynikłoby w momencie w którym historia potoczyłaby się alternatywnie. Historyjki te, zgodnie z założeniami zresztą, nie sprawiają zbyt optymistycznego wrażenia, z całą pewnością nie są to światy w których chciałoby się żyć. Generalnie, za sprawą wizji świata wypełnionego klonami Pinkie Pie, gdzie wszystko się pali i wali, a dziejące się rzeczy powodowane są czystą losowością, pierwsze opowiadanie, „Śmiech Rozpaczy”, wypada troszkę jak miks [Dark] oraz [Random] i prawdę mówiąc, atmosfera nie była tam aż tak surowa. Co innego „Tryumf przegranej”, gdzie mamy nie tylko reżim Twilight w akcji, ale także garść jej planów na przyszłość, na „udoskonalenie” swojej utopii oraz ten jeden, finalny cel. Rzeczywiście tutaj jest mroczniej, jest poważniej, ale również wizja ta wydaje się być bardziej urozmaicona, bogatsza. Gdyby przyjąć, że oba te opowiadania są takimi mini-uniwersami, w których można osadzić jakąś historię, to zdecydowanie wolałbym stworzyć coś w utopii Twilight. Ruch oporu, próba ucieczki poza mury, może nawet jakieś kawałki życia zwyczajnych obywateli? „Tryumf przegranej” jest po prostu dużo bardziej interesujący i stwarza lepsze perspektywy na historię, ma większy potencjał. Mówiąc o stronie technicznej, nie ma zbytnio do czego się przyczepić, ale też nie ma nad czym się rozpływać. Ot, prosty, zrozumiały język, zwięzłe i konkretne akapity, opisy ukierunkowane na tym co najważniejsze, abyśmy mogli sobie kolejne utopie wyobrazić, ale jednocześnie wiele pozostawiając wyobraźni. Są te opisy wystarczająco plastyczne. Ogólnie nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejne odsłony „Sześciu doskonałości”, w pewnym napięciu, gdyż autor z całą pewnością ma ciekawe pomysły i w sumie trudno powiedzieć czym okaże się kolejny, „doskonały” świat. No i która z bohaterek będzie za niego odpowiadać. Zostało ich czworo, toteż każda ma 25% szansy Pożyjemy, przekonamy się Pozdrawiam i zachęcam do zapoznania się z serią. Zaczyna się różowo i losowo, później jest dosyć surowo. Ciekawe czy przyszłe historie będą jednocześnie epatować różnymi skojarzeniami/ emocjami... W sensie, niby [Dark] [Sad] przede wszystkim, ale z każdym kolejnym tytułem nowe wrażenie. Pozdrawiam!
  19. W końcu dotarłem do tego wyjątkowego opowiadania; napisanego czcionką ozdobną (i jakże popularną, menusy obu Sonic Adventure nimi opatrzyli ), napisanego z zupełnie, totalnie innego podejścia, opowiadającego historię, która powinna być znajoma każdemu kto pamięta swoje pierwsze pomysły oraz wyobrażenia. To znaczy, w „DDH” jest to przerysowane, przesadzone ponad miarę, uczynione groteskowym, aż trudno uwierzyć że istnieje i o czym tak naprawdę opowiada, jaki jest tego ostateczny cel. Mam nadzieję, że nie będzie mnie ścigać prokuratura za kliknięcie w link nie spełniwszy wymagań wiekowych W każdym razie, trudno uwierzyć. Tym bardziej, że przecież nie jest to tytuł startowy nowicjusza, nie wydaje się też aby powstał z okazji pojawienia się takowego, jakoś naokoło czasu swej premiery. Jednak nie potrafię pozbyć się wrażenia, że istnienie tego tekstu nie jest przypadkowe. Oczywiście, po ujrzeniu kolorowego napisu „KONIEC”, miałem różne dziwne myśli w głowie, jednak zadziwiło mnie to jak wiele rzeczy nadal mnie intryguje, głównie przez to, że opowiadanie to istnieje. Jak ma to miejsce zazwyczaj, niezwykle ciekawe było odnalezienie kolejnej laurki dla naszego fanfikowego półświatka, w postaci biblioteki Twilight oraz sceny układania poszczególnych tomów na odpowiednich półkach, które to tomy noszą tytuły dziwnie podobne do wybranych fanfików, które możemy znaleźć na forum. Pierwsza rzecz – większość (chyba) rozszyfrowałem, ale nadal jest kilka tytułów, o które jednak nie chcę autora pytać, bo wewnętrznie czuję, że jestem w stanie samodzielnie odgadnąć te kawałki. I to, jakkolwiek może to zabrzmieć, stanowi świetną zagadkę i motywację do powrotu do dalszych stron niniejszego działu, odkrywania, przypominania sobie. Za to bez wątpienia plusik. Nie wiem, czy takie było zamierzenie autora, czy też udało mu się przypadkiem, a w istocie chodziło o pewien ukłon i manifestację własnych opinii, ale jest to czynnik podnoszący barwność, sympatyczność opowiadania. Podobnie jak w „Bez paniki”, chociaż tam zupełnie inne rzeczy podnosiły te współczynniki. Poza tym, nadal pozostaje kwestia tego tytułu, cóż to takiego jest. Może myślę o tym zbyt intensywnie, ale biorąc pod uwagę, że tytuły którymi zostały opatrzone wspomniane wyżej tomy (nie wszystkie!) bardzo często okazują się zmyślnymi odwróceniami tytułów odpowiednich fanfików, gdyby tak odwrócić tytuł, to się dostaje HDD, a to przecież dysk twardy/ pamięć masowa. A gdzie jeszcze mogą się kryć niezwykłe historie o Mane6 alikornach, zwalczających krwawych przeciwników w potężny sposób, zmierzając do wypełnienia swego przeznaczenia i pojedynku z ostatnim bossem? W najgłębszych odmętach dysków twardych! Generalnie nie potrafię pozbyć się jeszcze jednego wrażenia, a mianowicie tego, że w gruncie rzeczy jest to próba strollowania społeczności, nie tylko poprzez tagi, czcionki ozdobne oraz opowiedzianą historię, ale z drugiej strony, oceniając końcówkę, może to być również zupełnie trzeźwa próba obśmiania pewnych schematów czy zachowań postaci, z wplecionymi odniesieniami do wydarzeń forumowych. Opowiadanie w tym sensie staje się zatem komentarzem autora do ówczesnego stanu naszej fandomowej sceny. I jest to komentarz brzmiący dosyć zabawnie, dający się czytać wartko, bez żadnych większych uchybień... Poza zakończeniem, które faktycznie urywa opowiadanie i chociaż z tekstu wynika, że tak właśnie miało być, również w ramach obśmiania pewnych motywów, czy też przerysowania pewnych wyobrażeń, ale jednak w praktyce wypadło to trochę tak jakby autor stracił zainteresowanie ściganiem czegokolwiek co sobie upatrzył za cel i po prostu chciał zakończyć bieżącą historię jak najszybciej. A szkoda, bo mimo powtarzalności (każda z postaci odnosi sukcesy na polu walki, nie ma mowy by cokolwiek im zagrażało), wydawało się, że zmierza to w kierunku obszerniejszej konkluzji. Obszerniejszej przynajmniej gabarytowo. Ale absolutnie muszę pochwalić pomysły oraz poszczególne sceny, gdyż naprawdę nic nie wskazywało na to, że w tekście znajdą się takie malutkie jakby „układy scalone”, które zbiorą kilka mniejszych elementów i później wytworzą wokół nich, o dziwo, zupełnie logiczną otoczkę. Na przykład moment, w którym Fluttershy zasypuje wrogów poduszkami, które wcale nie okazują się poduszkami. Czyli Discord sobie wymyślił specjalnie dostosowany do usposobienia Fluttershy poradnik, więc wszystko okazuje się logiczne, spójne, komiksowe. W ogóle, po raz kolejny pragnę pochwalić to jak wypada w opowiadaniu Discord, gdyż jest to nadal niepoważny, wszędobylski troll, który nie przestaje knuć ani znajdywać nowych sposobów na zagranie bohaterkom na nosie. No właśnie, co się z nim stało? Zniknął sobie, pod koniec nie ma go praktycznie w ogóle Szalone cięcia budżetowe Ogólnie, to opowiadanie nadal pozostaje dla mnie pewną zagadką. Wygląda jak trollpasta, brzmi jak trollpasta, ale wydaje się zdecydowanie zbyt dobrze zaplanowana i przemyślana. No i dosyć mocno urwana na końcu. Czy warto poświęcić „DDH” nieco czasu? Zależy. Na pewno nie okazało się to tragicznym doświadczeniem jak zwykł długo mnie przekonywać autor. Na pewno jest wiele różnych tytułów Foleya, które zdecydowanie zasługują na lekturę bardziej niż „DDH”, gdyż nawet w materii trollowania, obśmiewania, naprawdę mnóstwo rzeczy zostało już zrobionych, toteż to się samo w sobie robi coraz bardziej czerstwe. Ostatecznie, „DDH” traktuję bardziej jako zagadkę-ciekawostkę, dodatek do ogólnej twórczości Foleya. Ale generalnie zdecydowanie bardziej rekomenduję „Adventure Found Me”, „D&D”, „Miniaturki kogoś na F”, a także przeróżne inne, starsze opowiadania, które możemy odnaleźć na forum Pozdrawiam!
  20. „Bez paniki” wypada na tle kolejnych opowiadań autora dosyć jaskrawo, zdecydowanie wybija się, wyróżnia, a co mnie zadziwia to fakt, że bardzo długo nie byłem do końca świadomy, że ono istnieje. Dlaczego nie do końca? Otóż okazuje się, że tytuł kojarzyłem, gdzieś-tam mi przemykał, ale nie tylko nie identyfikowałem Foleya jako autora tegoż opowiadania, ale... Myślałem, że jest o czymś kompletnie innym, niż w rzeczywistości jest. W każdym razie, nie ma już chyba lepszego momentu na nadrobienie tego opowiadania i zapoznanie się w z jego prawdziwą treścią, porządnie. A zatem, cóż to takiego? Jaskrawość przekazu objawia się głównie w zabawie i wodzeniu czytelnika za nos, sprawiając wrażenie że Foley, już poza konkursami wszelakim, ostatecznie przełamie pewne swoje limity i ukaże nam swoje ulubione postacie z innego punktu widzenia, eksponując warstwę emocjonalną, zmierzając do pełnoprawnego wątku podpadającego jakoś pod sprawę romantyczną. Nawet jeżeli miałoby to się sprowadzać do ganiania za super sexy Rainbow, bez żadnej wzajemności A tylko po to by rozwiązać rzeczy w sposób, który jak na ironię był sugerowany od samego początku, chociaż myśmy tego nie zinterpretowali dosłownie Co dodatnio wpływa na barwność opowiadania to fakt, że pula występujących postaci jest nieco większa niż zazwyczaj, nawet jeżeli wiele postaci przewija się gdzieś tam w tle i nie mówi zbyt wiele. Jest to zawsze sympatyczne, przyciąga do czytania. Urozmaica. Powracając do wodzenia za nos, muszę przyznać, że przez moment na serio myślałem, że Big Macintosh okaże się księżniczką i w ten sposób mógł latać za bohaterką Poza tym, kolorystycznie, adoratorka tęczowej klaczy nawet kojarzy się z Soarinem, więc... Tak, mnóstwo mniejszych lub większych dziwności, poniekąd w ramach tagu [Random], a poniekąd w ramach możliwej laurki złożonej fandomowi... która to laurka jednak się udziela, na samym końcu, po raz wtóry przewracając wszystko do góry kopytami. Ale ogólnie, był to zrywający w różne strony rollercoaster, który tu i ówdzie może wydać się kontrowersyjny, niemniej po niedługim namyśle stwierdzam, że nie należy patrzeć na to w taki sposób, tylko podejść do tego na luzie, jak do opowiadania-laurki, obśmiewającej pewne rzeczy, w sposób komiksowy. W razie wątpliwości mogę to rozwinąć, ale wierzę, że nie będzie takiej potrzeby. Strzał ten nie jest zbyt długi, ale naprawdę można odnieść wrażenie, w wydarzyło się więcej scen niż przewiduje ustawa, Rainbow odwiedziła więcej miejsc niż można się było spodziewać, także czasowo wyszło całkiem szeroko. Dzięki kompetentnym, napisanych prostym językiem opisom, dobrze dobranym dialogom oraz wyskakujących tu i ówdzie ostrych zakrętach opowiadanie wciąga i wcale nie traci swojej świeżości. Ilość elementów, drobnych dodatków w postaci tej trzymającej w lekkiej, kreskówkowej niepewności końcówce (kiedy możemy zacząć się domyślać co to za „niecne” plany snuje Rainbow ), kolejnych kryjówek bohaterki czy odzywek. Niby nic specjalnego,coś co przecież ma większość opowiadań, ale wciąż, bardzo urozmaica to treść. Generalnie, różne dowcipne rzeczy dzieją się niespodziewanie i nie można odmówić wysokiego stopnia napalenia postaci, której przypadła rola takiej troszkę antagonistki. Ale troszkę. To nie jest zła postać, ona jest kochana Może ona gdzieniegdzie zaskoczyć, ale ogólnie, opowiadanie zdecydowanie ma wydźwięk komediowy, w żadnym momencie nie czułem się niekomfortowo, żadne skrajne emocje nie ulegały pobudzeniu. Mogłoby się wydawać, że to rzemieślnicza robota, prosta historyjka, jednak dzięki lekkości treści, różnym smaczkom kreującym urok opowiadania, „Bez paniki” wypada zdecydowanie dużo lepiej, niż przeciętnie. Na tle pozostałych opowiadań autora wyróżnia się, nawet nieco odstaje poprzez elementy statkujące. Czemu zatem nie polecić? To dobra odskocznia na deszczowe dni i nie tylko
  21. Nie wiem, czy kiedykolwiek, komukolwiek o tym wspominałem, ale ja pamiętam doskonale IV Edycję Konkursu Literackiego jako że już wtedy chciałem wystartować Ale limit słów zabił moje opowiadanie na śmierć i ostatecznie postanowiłem się wstrzymać, a pewne określone postacie musiały odczekać swoje zanim wystąpiły w jakiejkolwiek historyjce. I jak pamiętam, oryginalne opowiadanie godnie zaprezentowało interesujący pomysł. Znaczy, wtedy tak tego nie postrzegałem, ale dzisiaj widzę i w sumie ze zdumieniem oglądam tekst Spidiego, który to tekst właściwie nie miał żadnego formatowania, ale styl jest prawie nieodróżnialny od tego jak Spidi pisze dzisiaj, więc... Tak jest, interesujące doświadczenie Pod kątem stylu, jakby czas się zatrzymał, co w sumie jest sympatyczne. Pod kątem spraw technicznych: radykalne zmiany, poprawy. Znaczy, dzisiaj to już raczej standardy. Aczkolwiek jak się spojrzy na to w jakim stanie niekiedy przybywają do nas nowe opowiadania dzisiaj, można mieć wątpliwości W każdym razie, czas przejść do rewitalizacji, a także porównania jej z oryginalnym opowiadaniem. Pod kątem fabuły, brak tutaj żadnych rewolucyjnych zmian. Nowa wersja „Kapelusza Daring Do” realizuje tę samą historię. Z tą różnicą, ale kompozycja wydaje się lepiej dopracowana, a tag [Sad] jest tutaj nieco lepiej, wyraziściej zrealizowany. Mam na myśli to, że kluczowa scena ma w sobie nieco więcej emocji, dzięki czemu konkluzja lepiej dociera do odbiorcy i nakręca go na nowe, zabierające dech w piersiach przygody bohaterki. No i sprawdza się dobrze jako takie origin story dla tytułowego kapelusza. Poza tym, podobał mi się opis jednej z postaci. Może to umknąć uwadze dlatego trzeba czytać w skupieniu, ale przyznaję, że kiedy pojawił się przede mną pewien szczególny opis wyglądu jednego z pomagierów, jakoś nie mogłem pozbyć się wrażenia: Ale poza tym wszystkim, opowiadanie jest zrealizowane solidnie, tempo akcji jest odpowiednie, co do zastosowanego języka czy atmosfery nie mam żadnych zastrzeżeń. W gruncie rzeczy, w stosunku do oryginału, rzeczy wydają się lepiej uporządkowane, usystematyzowane, jakiekolwiek określenia które były zbędne, czy też nie wnosiły za wiele, a zżerały limit słów szybciej, są tutaj nieobecne. Dzięki temu udało się nie tylko nie rozmywać poszczególnych wersów, ale precyzyjniej zwrócić uwagę czytelnika na najważniejsze. Na genezę, historię nieodłącznej części garderoby Daring Do. Ale generalnie, oceniam tę rewitalizację pozytywnie. Została ona wykonana godnie, jako całość wypada idealnie jak taki króciutki prequel do dużo większych przygód i opowieści z Daring Do w roli głównej. Oczywiście garść pytań bez odpowiedzi które były obecne w oryginale, są obecne również tutaj, ale to kolejny plus. Opowiadanie można polecić w zasadzie każdemu. Jest to historyjka krótka, wykonana solidnie, ugruntowana dzięki niemałemu kawałkowi historii, której głównym budulcem są oczywiście minione edycje konkursów literackich. Jest czymś całkiem interesującym przypomnienie sobie starych czasów, ale niewykluczone, że dla wielu osób będzie to brand new content. „Kapelusz Daring Do” to odpowiedni tytuł na śniadanie, popołudnie, a także wieczór, współczesna rewitalizacja tekstu liczącego sobie już pół dekady
  22. Powrót do miniaturek, z uwzględnieniem ostatniego punktu kontrolnego oznacza zanurzenie się w opowiadaniu konkursowym „Gdy świat jeszcze młody był”. Na tle pozostałych miniaturek, ta wydaje się należeć do tych dłuższych, co jednak nie oznacza, że tytuł pochłonie całe nasze popołudnie Kwadransik, o ile nie mniej. Na wstępie powiem, że w opowiadaniu zdarzają się powtórzenia, tego przykładowo typu: "Nagle obok sióstr pojawił się srebrzysty rozbłysk, w którym pojawił się podłużny, wijący kształt draconequusa." Zdarzają się, sporadycznie, kwestie wynikające ze stylu i podejścia do tego czy owego. Są to po prostu momenty które sam napisałbym inaczej w tym sensie, że „się” bym wywalił. Jak tutaj: "– W takim razie, co jest dla ciebie niejasne w naszej umowie? – spytała biała alicorn, patrząc się mu w oczy." Ale to sprawy niezbyt uciążliwe, bynajmniej. Do tego proste do skorygowania. Zatem tutaj nie będę się jakoś obszerniej rozwodził, wspomnę jeszcze tylko że jak na wielką, przełomową bitwę, było to dosyć rozczarowujące, że zasiadające na tronie persony odezwały się tyle co nic. Kurczę, trudno było poczuć ich obecność, sprawiali wrażenie biernych, chociaż z opisów wynika, że ich magia przysporzyła protagonistom kłopotów Generalnie, czuć troszkę, że akcja leci zbyt szybko w związku z czym nie udało się stworzyć napięcia, ani niczego takiego... Z drugiej jednak strony, skoro mamy kanon w postaci serialu i wiemy, że przecież Celestia i Luna żyją, Discord ma się świetnie, a sama kraina kolorowa i wesoła, wówczas czy w ogóle dało się potrząsnąć czytelnikiem? W sensie, że będzie się przejmować, czuć że życie postaci jest zagrożone? Ciężko powiedzieć, ale chyba nie. Ale czy ta dosyć wartko pędząca akcja psuje ogólne wrażenie? Cóż, nie będę ukrywał, że lubię opisy, lubię zwroty akcji, lubię kiedy jest bogato (jak w „Adventure Found Me” ), toteż tutaj wszystkiego mi mało. No wiem, miniaturka, ale wciąż... Jak pamiętam, przy „Podejściu drugim” czegoś takiego nie odczuwałem. Może tutaj pomysł okazał się zbyt ambitny? Tak czy inaczej, jako lekki, niewymagający sczególnych warunków przerywnik, opowiadanko spełnia swoje zadanie. Te opisy, które już są, umożliwiają nam wyobrażenie sobie scenerii, mamy pojęcie o ładunkach energii, eksplozjach, sypiącym się pyle, zmieniającej się epoce. Tylko znów, mamy troszkę za mało tekstu by poczuć rozdarcie księżniczek oraz ogólny smutek, jaki, jak rozumiem, powinien się udzielać w scence zamykającej historię. Na szczęście jest tutaj to minimum, w postaci kontrastu: spełniającej swoją rolę Celestii oraz faworyzowanej Luny, co odzwierciedla jakoś zaangażowanie każdej z nich i jest próbką tego, jak jedna wcale nie jest pewna tego co chce osiągnąć, a druga okazuje się nastawiona bojowo, energiczna. Zdecydowanie pochwalam kreację Discorda. Nie było go znowu tak wiele, ale jak już był, wypadał naturalnie, rozluźniał atmosferę, podobało mi się jego podejście, zachowanie, jak z serialu wzięty To było naprawdę przyjemne, chociaż opowiadanie ma tag [NotHappy]. Generalnie, chyba jest ok, ale nic poza tym. Miniaturka jest w porządku, ale nie pobiła ona „Podejścia drugiego”. Nie wydaje mi się też, abym za prędko czy zbyt często do niej powracał. Sprawdźmy jak poszło pozostałym. Kolejne opowiadanie, poświęcone Trixie, wydaje mi się, że je czytałem kiedy się pojawiło w wątku konkursowym... Słusznie Dolar mi swego czasu zapowiedział, że ta edycja mnie zainteresuje Trixie to świetna postać, bardzo elastyczna, z szerokimi perspektywami na pisanie historii, z nią mogłem zrealizować szereg motywów oraz sytuacji o których długo myślałem. Ale co jeżeli ktoś reprezentuje zgoła inny punkt widzenia i jedyny kierunek w jakim według nieco mogłaby podążyć Trixie to autostrada do piekła? Opowiadanie to po prostu burza mózgów, przeprowadzona w zwyczajnych, korporacyjnych warunkach. Ale nie czuć tam presji, czy czegokolwiek oddziałującego negatywnie na łeb. Wprawdzie nie mam doświadczeń z pierwszej ręki, ale na podstawie różnych relacji, w korporacji Sega gó*niane momenty dla pracowników stanowią większość czasu... Przez co powinno się współczuć pracownikom korporacji Sega. Ale Hasbro? No, z tego opowiadania wynika, że to kraina w której można proponować naprawdę wszystko, zupełnie swobodnie, bez ciążących nad pracownikami wypowiedzeniach. Zdecydowanie udzieliła się tutaj wyobraźnia autora, ponieważ wszystko ma humorystyczny, luźny wydźwięk, chociaż co niektóre pomysły to ostra przesada (widzę nawet jedno nawiązanie do jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców ), to jednak w żadnym momencie się nie skrzywiłem ani nic z tych rzeczy. Nie ma mowy by potraktować to opowiadanie poważnie, a zatem... No, dosyć szybko przemija i przy nim już kompletnie nie czuć chęci powrotu do lektury. Po prostu jest. Co dalej? Wierzę, że „Jeszcze będę kimś” czytałem i recenzowałem w ramach określonego konkursu literackiego. Zatem skaczę od razu do „Szerlocka Hoofsa i zaginionych babeczek”. I tutaj muszę przyznać, że było to interesujące doświadczenie. Co mnie i ucieszyło, i nawet zabawiło to fakt, że tytuł ten jest samoświadomy i w zasadzie sam się komentuje. Jest to bardzo, bardzo sympatyczne, a dobór postaci, po raz kolejny, jest bezbłędny. Podczas tych wierszowanych kawałków w głowie rozbrzmiewa głos Pinkie Pie, a my wiemy, że to wszystko jest niepoważne, że to zabawa, a ilekroć wkraczają komentarze Rainbow, możemy nie tylko usłyszeć jej głos, ale poczuć jak nagle urywa się muzyka, atmosfera, a kamera przeskakuje kawałek dalej, ukazując scenerię i jak się sprawy mają w rzeczywistości. Jest to bardzo kreskówkowe, wesołe, sympatyczne. I w sumie... Myślę, że ta miniaturka wyróżnia się i wypada naprawdę dobrze Lubię ją „For Bunny Angel!”... No cóż, sam autor nie ma pojęcia co to jest. I ogólnie ja też za bardzo nie wiem... :/ Ale nie mogę powiedzieć, że czytanie było trudnością, czy doświadczeniem do którego nie chciałbym powracać, w ogóle. Powiedziałbym, że... Cóż, dostrzegam ten główny koncept, głównie dzięki konkluzji, która wiele wyjaśnia, to motyw znany i ogólnie elastyczny. Kłopot w tym, że nie mogę się doszukać jakiejś dłuższej fabuły, jakiegoś wspólnego mianownika, kleju który spajałby kolejne wypowiedzi Angela. Ostateczny cel – władza nad wszystkim, jasne, tylko mało tego widzimy w praktyce (jedynie scenka z Saszką), no i ostatecznie wychodzi jakoś tak... Mało satysfakcjonująco? Nieprzekonująco? Ale przechodząc do „Pojedynku”, po raz kolejny muszę przyznać, że wyszło sympatycznie, dosyć komiksowo, co później przechodzi w wielkie zaskoczenie, bo ta komiksowość robi się mroczniejsza, a ostatecznie bohaterkę spotka koniec którego się nie spodziewałem. Ale ogólnie, jest to napisany solidnie kawałek przygody z tytułowym pojedynkiem w tle, który to pojedynek oceniam lepiej niż walki w „Gdy świat jeszcze młody był”. Tło dla zdarzeń jest prostsze, przeciwnicy, choć nie są to typowi zbrojni czy mitologiczne kreatury, odświeżają sprawy oraz stanowią wyzwanie dla protagonistki. Podobało mi się. Prosta, wciągająca sprawa, nie wymagająca większych pokładów wolnego czasu, spełniająca swoje zadanie wzorowo, jako przerywnik, jako lekkie, miniaturowe opowiadanko. Ode mnie zdecydowana okejka. Zakończenie może się okazać zaskakujące, na pewno jest też poprzedzone wzrostem napięcia. Bardzo dobrze. Wygląda na to, że to by było wszystko w temacie miniaturek konkursowych Foleya... A przynajmniej do czasu kolejnych konkursów i kolejnych opowiadań które zostaną wystawione do walki. Ogólnie, jestem zadowolony. Moi faworyci z całej tej gromadki to zdecydowanie "Drugie podejście", "Jest taki dzień" oraz... "Szerlock Hoofs i zaginione babeczki" Potem zdecydowanie widzę "Pojedynek", "Jeszcze będę kimś!", a potem pozostałe opowiadania. Ogółem pragnę pogratulować i wyrazić nadzieję, że z czasem miniaturek pojawi się więcej Chociaż to bardziej zależy od tego jak to będzie z przyszłymi, zwykłymi konkursami... Ale wciąż, dobrze mieć tutaj zebrane wszystkie opowiadania. Pozdrawiam serdecznie!
  23. Um... Hej, dobrze Was znów powitać. Jak się macie? Widzę, że tęskniliście... To jest naprawdę bardzo, bardzo miłe. Dziękuję Wam za pamięć i za to, że jesteście Działo się sporo, ale w żadnym wypadku nie chciałabym abyście myśleli, że o Was zapomniałam, nie czujcie się też pominięci. Musicie wiedzieć, że królewski tytuł wiąże się w olbrzymią odpowiedzialnością, co z kolei jest obarczone niekiedy bardzo dużym stresem i w ogóle... Bardzo zależy mi, by wszystko było przygotowane jak najdokładniej, aby rzeczy ułożyły się pomyślnie. Wiem, że kucyki są bardzo wyrozumiałe, ale nie chcę nikogo zawieść. No i Was, drodzy przyjaciele, również nie chciałabym zawodzić. A czuję, że Wasza cierpliwość i tak już została wystawiona na wielką próbę. Chociaż nie jest to wyłącznie moja sprawa. Chociaż mój Opiekun nie jest księżniczką, a zwyczajnym inżynierem, on również miał mnóstwo spraw na głowie, mnóstwo rzeczy do przygotowania i mnóstwo problemów. To jedynie potwierdza moją teorię, że Wasz świat jest co najmniej tak samo złożony, co nasz, a często okazuje się dużo bardziej stresogenny. Przyznam, że mnie to martwi, ale również fascynuje To znaczy, odzywa się we mnie moja magiczna natura oraz zmysł badaczki Magia czyni cuda, ale magia to również małe, proste rzeczy na które każdy może się porwać, by sprawić innym radość! No właśnie. Skoro tak, może zatem przejdziemy do prostej rzeczy, jaką są pytania? Jest ich sporo. Ponownie, przepraszam za swoje ślimacze tempo, ale... Ty nie przepraszaj, tylko pracuj nad sobą! Szczególnie dzisiaj, po całym tym czasie, ja wiem, że to możliwe i że to potrafisz! ...ok. Postaram się. Tak lepiej. No... Wiem, że walczysz z niezwykle ciężkim przeciwnikiem, ale sam wiesz... Warto walczyć i warto próbować. Dysponujesz również doświadczeniami innych i nie jesteś sam. Będzie dobrze @darkblodpony Twi masz w planach zrobić listę swoich fanów? Czy może uważasz, że taka lista to coś nie potrzebnego? Co o nich myślisz? Zarówno wtedy, jak i teraz, mam wątpliwości czy długoterminowo będzie miało to sens. Widzę tutaj szereg czynników. Po pierwsze, to już było. Po drugie, to zawsze bardzo miłe kiedy ktoś chce znaleźć się na takiej liście, ale jakiś czas temu to analizowałam i doszłam do wniosku, że wszelkie ograniczenia mogłyby być krzywdzące. Mam na myśli ograniczenia tego typu, że jeżeli ktoś chce znaleźć się na takiej liście, wówczas nie może zostać dopisanym na kolejną. Nie chciałabym wygrywać czyimś kosztem. Z drugiej strony, gdyby znieść takie ograniczenia, wówczas znika jakakolwiek wyjątkowość czy waga wyboru, skoro można znaleźć się na każdej. I wreszcie, po trzecie, jeżeli będziecie na każdej z list, czy też na większości z nich, wówczas czy ich istnienie ma rację bytu, skoro jesteście zwolennikami każdej z nas? Czy nie prościej byłoby zatem przyjąć, że... Po prostu każda z nas może być Waszą przyjaciółką na równych zasadach. I szczerze, to jest całkiem sprawiedliwe! Podoba mi się takie podejście. Konkurencja nie zawsze jest zdrowa, a akurat między przyjaciółmi nigdy nie chciałabym wybierać. Po prostu każdy jest dla mnie szalenie ważny. Traktuję Was jak przyjaciół i nikogo nie chciałabym dystansować, czy stawiać ponad kogoś innego. @Śmierć Uważamy, że macie OGROMNE szczęście żyć w świecie tak pełnym wartości. Niestety w przypadku nas Wasze lekcje przyjaźni zawiodły... Pocieszysz jakoś ? Pozdrawiamy Ciebie i Midnight Sparkle, powodzenia na studiach i nie idźcie w moje ślady... Och tak, czuję się znakomicie w moim świecie i sądzę, że istotnie mamy ogromne szczęście żyjąc tutaj, będąc ze sobą na co dzień Ale uwierz mi, mamy swoje problemy, czasami bardzo, ale to bardzo poważne i skomplikowane. Poza tym, nie znam wszystkich kucyków na świecie, ale wierzę, że bardzo wielu z nich ma osobiste problemy, marzenia i słabości, z których być może nawet nie zdajemy sobie sprawy! Nawet ja nie wiem wszystkiego! No, ale staram się jak mogę Cały czas pojawiają się nowe źródła, a ja już czekam aby się z nimi zapoznać! Ale wracając do tematu, dlaczego uważasz, że nasze lekcje zawiodły? Wiesz, że nie wszyscy od razu pojmują różne lekcje, rzekłabym wręcz, że większość osób ma kłopoty ze zrozumieniem przekazu i popełnia błędy. Ale błędy to nie są rzeczy złe, gdyż można z nich wyciągnąć naukę, niekiedy nawet lepszą niż czyjkolwiek wykład! Nie należy się bać, ani wstydzić, ale stawiać temu czoła, gdyż to... No, samo życie. No i po każdym błędzie, po każdej lekcji, zawsze wychodzi się silniejszym. Chociaż odrobinkę, ale jednak! Pamiętaj też, że bardzo często rzeczywistość weryfikuje różne decyzje i zdarzenia z dużym opóźnieniem. Kto wie, kiedy się okaże, że jakaś mała nawet rzecz, którą uznawaliśmy za porażkę, na dłuższą metę okaże się niezbędnym składnikiem wielkiego sukcesu? Masz cały czas tego świata aby się doskonalić, tak jak chcesz i w takim kierunku w którym chcesz Oczywiście, o ile nie szkodzi się innym... Ale wierzę, że doskonale wiesz co masz na myśli! Dziękuję za pozdrowienia! Życzę powodzenia i wszystkiego najlepszego! @Grzegorz Parylak Teraz ci się przedstawię, jestem jednym z alikornów podróżujących, jednym z wielu jakie zeszły do Equestrii po to by wznieść energetycznie owy świat poprzez ciebie, a wzniosłaś ten świat już dwa razy poprzez udział potężnych energii jakie zeszły już do Equestrii, przez to stałaś się Księżniczką Tęczowego królestwa i jako dorosły alikorn, poznałaś również wiele praw wywodzących się z magii alikornijskiej, praw mających siłę sprawczą a to wielka odpowiedzialność zarówno za innych jak i za siebie. O co mam cie więc zapytać? Chwila moment, zaraz! Chcesz powiedzieć, że jesteś alikornem? Hej, dlaczego nic o tym nie wiem? Ale momencik... Nie mogę Cię odnaleźć w żadnej książce, ani leksykonie, ani nawet legendzie! Mówisz, że mnie znasz? Cóż... To dosyć niespodziewane. To znaczy, na pewno by zapamiętała, gdybym spotkała nowego alikorna. Czyżbym o kimś zapomniała? Nie, nie możliwe. W każdym razie, o co miałbyś mnie spytać... Obawiam się, że tylko Ty znasz odpowiedź na to... No cóż, pytanie @Orange Marker Czy według Ciebie jucyk inny niż jednorożec czy alicorn jest zdolny do zdobycia mocy magicznej. Może nie w tak bezpiśredniej postaci ale bardziej pośredniej. Pośredniej, jak najbardziej. Ogólnie, tak jak my, jednorożce, tak również pegazy czy kucyki ziemskie, mają unikalne, semi-magiczne talenty. Poszczególne osobowości mają szczególne właściwości. Zresztą, zauważ, że każdy w zasadzie kucyk może korzystać z magicznych artefaktów i mikstur. Nie byłoby to możliwe, gdyby brakowało im zdolności do posługiwania się mocą magiczną. Zjawisko to jest jednak bardziej złożone, ale ogólnie o to właśnie chodzi. Zatem, owszem, to możliwe @C.J Sparkle Czy kiedykolwiek brałaś udział w turnieju szachów? Myślałam o tym, czasami przystępowałam do rozgrywek organizowanych przeze mnie i Shining Armora, później dołączyli się do tego rodzice Później jakoś bardziej zwróciłam się w stronę magii uniwersalnej. Ale pamiętam ruchy figur, możliwe otwarcia, a także... No, inne rzeczy, o których nie powinnam mówić jawnie, jeśli chcę kiedyś zaskoczyć możliwych oponentów Co najbardziej cię zaskoczyło, zainteresowało w byciu Księżniczką Przyjaźni? Zaskoczyło mnie to, że w gruncie rzeczy nie było to takie trudne jak się spodziewałam i że wcale nie oznaczało to zdystansowania się od moich kochanych przyjaciółek z uwagi na nowe obowiązki, kompetencje. Zaskoczyło mnie też to jak... Hm. Jak zwyczajne życie prowadzi Celestia, czy Luna, kiedy nikt nie patrzy. Są to po prostu takie same kucyki, jak ja. Jest to zadziwiające i szalenie interesujące. Teraz czuję się nie tylko bliżej przyjaciółek, ale także bliżej mojej mentorki, która również stała się przyjaciółką, ale na zupełnie nowy sposób! Czy słyszałaś o takim sporcie jak koszykówka?Jeśli tak to co o nim sądzisz? Owszem, słyszałam, nawet co nieco widziałam To ciekawa i dynamiczna dyscyplina, wymagająca pracy zespołowej oraz znakomitego refleksu oraz celności. No i niekiedy potrafi zszokować, sprowadzić kucyka na skraj siedzenia. Jeśli Starlight postanowi, że jest gotowa do podróży to co zrobisz? Hm. Zależy jakiej podróży. Jeśli zapragnie zwiedzić nieco świata, czy spotkać się w przyjaciółmi, nie pozostanie mi nic innego jak życzyć jej powodzenia i cierpliwie czekać na jej powrót, aby mogła mi wszystko opowiedzieć. No, chyba że byłaby to niebezpieczna wędrówka po jakiś zaginiony skarb czy coś w tym rodzaju. Wówczas nie ma mowy, jeśli nie uda mi się odwieść jej od tego pomysłu, ruszam razem z nią! I z resztą! Poszukuje pewnej książki,która jest związana z sportem. Jest jakaś, którą mogłabyś mi zaproponować? Myślałeś o tym by zajrzeć do "Socjologii sportu"? To kompleksowa analiza sportu z pozycji zupełnie innego układu odniesienia, niż zwykle. Myślę, że mogłoby to Cię zaciekawić. Istnieje jakieś zaklęcie, którego nie mogłaś opanować,a Starlight umiała je wykonać bez problemu? Ekhm... Może istnieje, może nie istnieje Pamiętaj, że ja też mam swoje zaklęcia, których nawet ktoś tak utalentowany jak Starlight nie wykona... Przynajmniej nie w tym momencie. Chrysalis niedługo wróci i może tym razem się nie patyczkować. Masz jakiś plan B na jej przyjście? Mam. Ale shhh... Co sądzisz o Discordzie, po tym wszystkim co zrobił? Bywa natrętny, niepoważny i zdecydowanie zbyt często nadużywa swojej mocy by przekazać zupełnie proste rzeczy, ale jest to jego sposób bycia, który staram się akceptować. Przyznam, bywam sceptyczna, ale skoro Fluttershy mu ufa i przyjaźni się z nim tak blisko, wówczas chyba mogę być spokojna. Po prostu dzielą nas pewne różnice charakteru, bardziej niż historia, która, mam nadzieję, już się nie powtórzy. Discord uczynił wiele chwalebnych i przyzwoitych rzeczy, za co go cenię, jako istotę magiczną i jako cennego sojusznika. @Chip Czy Twój pomocnik/kumpel Spike kiedyś urośnie? Na pewno. Mam tylko nadzieję, że kiedy stanie się wyższy ode mnie, nie popadnę w jakąś melancholię. Przyzwyczaiłam się do mniejszego ode mnie, wszędobylskiego asystenta, pełnego zapału przyjaciela, kogoś takiego jak młodszy braciszek który zawsze jest przy mnie i którego mogę od czasu do czasu czegoś nauczyć Czy sądzisz, że na przestrzeni ostatnich wydarzeń, nie jesteś nieco nadgorliwa i zestresowana? Zestresowana to na pewno. Ale czy od razu nadgorliwa? Po prostu bardzo zależy mi na tym by wszystko pracowało jak w zegarku, by nikogo nie rozczarować, by stanąć na wysokości zadania. Dyscyplina ułatwia życie, a obecnie mam zdecydowanie więcej kucyków, którym mam szansę coś przekazać czy też posłużyć radą. Nie mogę ich zawieść! Nie mogę zawieść siebie... No i Celestii! Trixie ostatnio spędza bardzo dużo czasu ze Starlight, czy dzięki temu Trixie zaczęła darzyć Cię większą sympatią? I tak i nie. Tak, czuję od niej sympatię i zaufanie. Ale nie w tym sensie, że... No, ona wszystkie uczucia okazuje po swojemu, czasami ciężko się zorientować. Poza tym, jest święcie przekonana, że jest najlepszą przyjaciółką dla Starlight i że nikt nigdy jej w tym nie prześcignie. Ale przecież przyjaźń nie polega na konkurencji, ani na tym by coś manifestować, być lepszym od innych... Starlight potrzebuje również innych przyjaciół, tak jak i Trixie. Czego w dziedzinie przyjaźni nauczyłaś się od Starlight? Nauczyłam się, że zawsze warto dawać kolejne szanse i wierzyć w kucyki, wierzyć, że mogą się poprawić. Że najprostsze rzeczy mogą kogoś zmienić, jeśli dotrą do jego serca. Że warto spoglądać na kucyki z ich punktów widzenia. I że zaufanie to sprawa niezbędna, jeśli chce się przyjaźnie utrzymać. Co sądzisz o Sassy Saddles? Jest oryginalną artystką, chociaż czasami bierze sobie różne słowa zbytnio do siebie i, cóż, bywa nadgorliwa. Ale jest dobra, wrażliwa i ma to czego trzeba by odnieść sukces u boku Rarity, jeśli mówimy o podbijaniu świata mody Lubisz orzeszki z cynamonem? Pieczone orzeszki z cynamonem zawsze smakują świetnie O ile się nie przesadzi. I o ile wypiecze je dla mnie Pinkie Pie! Stworzyłaś kiedyś jakiś amulet lub inny przedmiot o magicznych właściwościach? Od czasu do czasu, ale nie były to żadne silniejsze artefakty czy coś co za kilka pokoleń mogłoby zostać sklasyfikowane jako relikwia. Bardziej, taka hobbystyczna działalność, by sprawdzić swoją wiedzę i potwierdzić garść hipotez. Co sądzisz o elixirach miłości? Ich działanie brzmi nieźle na papierze, ale w praktyce to nie jest właściwy kierunek. Uczuciami nie wolno manipulować, a miłość jest jedną z najwyższych wartości oraz najważniejszym zbiorem emocji, powinny one wypływać od oryginalnej osobowości kucyka, a nie nastąpić w wyniku działania mikstury. Podczas wszelkiej maści imprez (w szczególności tych u PinkiePie) wasza paczka czasami tańczy przy muzyce... jaki jest Twój ulubiony kawałek/szlagier? Przypuszczam, że jak przyjdzie co do czego, to wszystko rozstrzygnie się pomiędzy największymi hitami Countless Coloratury. Ona jest nieprawdopodobna, kiedy występuje na scenie... Jest też nieprawdopodobna kiedy siada przy pianinie i śpiewa po prostu z serca. Mamy wiele gwiazd, ale mało która jest tak ponadczasowa. Co sądzisz o moim avatarze i sygnaturce? Podoba mi się ten avatar. Wydaje się taki przyjazny i słodki Myślę, że mój Opiekun mógłby się tutaj rozpisać. Z tego co wiem, miał okazję kierować na ekranie dosyć rozpikselowanymi postaciami wiele lat temu i Chip był jedną z nich. Sygnaturka przyciąga uwagę. I rozbudza wyobraźnię. Hej, wiesz co mam na myśli @Dashe Witaj Twilight! Mam takie pytanie czy zabiłaś kiedykolwiek kogoś(lub coś)? Nie, nie popełniłam nigdy morderstwa. Dlaczego pytasz? @Nitmermoon Twilight CO ZROBISZ JAK POWRÓCĘ HMMMM Nie zanosi się na to. Ale jestem gotowa. Przegrasz. @Hetman WK Czy uważasz, że Equestria jest wystarczająco silna, aby nie posiadać sił zbrojnych? A może Luna, Cadance, twój brat, próbowali przeforsować taki pomysł? A ty? Jak sądzisz? Z tego co wiem, żadne z nich nie wyszło z taką koncepcją aby rozwiązać siły zbrojne. Ja również nie jestem zwolenniczką radykalnego rozbrojenia. Posiadanie silnego, licznego wojska wcale nie oznacza, że mamy jakąś chrapkę na cudze ziemie, czy podboje. Po prostu zbroimy się po zęby by chronić nasz kraj i naszych obywateli, obywatelki. A modernizacja wojska, czy powiększanie jego szeregów wynika z tego, że świat wokół nas nie stoi w miejscu i zawsze musimy mieć pewność, że jesteśmy gotowi. Również po to by wspierać słabszych. Po to by dać kucykom poczucie bezpieczeństwa. Kto miałby to zrobić za nas, jeśli nie my? Musimy liczyć na siebie i dbać o nasze siły, możliwości obronne, na bieżąco. Czytając tysiące woluminów, książek, zwojów, z wszelakich bibliotek, czy natrafiłaś na jakiekolwiek informacje na temat tego, że Equestria miała jednolitą władzę królewską? W sensie, czy panowała kiedyś jedna królowa? Bo przecież gwardia, oficjalnie jest ,,królewska". Nie książęca. Coś chyba jest na rzeczy. Z tego co wiem, były momenty, w których Equestrią rządziła niepodzielnie jedna istota. Najpierw Discord, a potem przez tysiąc lat Celestia, kiedy zabrakło przy niej Luny. Hej, obecnie mamy chyba najwięcej księżniczek i książąt od wieków W każdym razie, Celestia nigdy nie odznaczała się tytułem królowej, była księżniczką... No a Discord lubił nosić wiele różnych tytułów, bo dlaczego nie? Ale już poważnie, chyba faktycznie mamy tutaj do czynienia z pewną nieścisłością oraz nieprecyzyjnym nazewnictwem. Porozmawiam o tym z Celestią, kiedy znów się spotkamy na herbacie. Istniał jakiś alicorn ogier? Nic mi o tym nie wiadomo, a ponieważ przeczytałam wiele, wiele źródeł... Stwierdzenie przeze mnie, że nie, nie istniał alikorn ogier, jest prawdziwe, poparte szeregiem dowodów oraz wiarygodnym materiałem. Co nie oznacza, że kiedyś mógłby się ktoś taki narodzić. Z pewnością byłaby to nie lada sensacja Oczywiście, przypuszczam, że gdzieś są źródła, których jeszcze nie czytałam, ale wątpię, czy dowiem się czegoś przełomowego w tej materii. Tak, byłabym mocno zdziwiona, gdyby nagle przybył do nas Sunburst i oznajmił, że znalazł pewien tajemniczy pergamin... Uważasz że pewnego dnia, świat wasz, jak i świat ludzki, spotkają się? W sensie że w jakiś magiczny sposób, będzie możliwa podróż między oboma światami, bez ograniczenia czasowego. Sądzę, że owszem, magiczne ścieżki między dwoma światami są możliwe. Ale! Bierz pod uwagę, że taki transport w obie strony potrzebowałby gigantycznych ilości energii, nie wspominając już o podtrzymaniu takiego systemu. Ale wierzę, że w końcu nauka znajdzie nowe metody magazynowania i przekazywania mocy, co umożliwi wydajną podróż tam i z powrotem. Tak teoretycznie. Gdyby, podkreślam gdyby, Celestia, Luna i Cadance, przestały by sprawować władzę, tudzież po prostu zginęłyby, miałabyś siłę podjąć władzę samodzielną? Czy miałabym siłę? Nie wiem. W razie nagłej potrzeby, gdybym odnalazła się w tak przykrej rzeczywistości, musiałabym podjąć tę odpowiedzialność. Wracają do mojego poprzedniego pytania, na temat związków, masz kogoś na oku? Hm... Trochę się pozmieniało. Ale nie odczuwam z tego powodu zawodu, czy rozczarowania. Nic z tych rzeczy. Zresztą... Ach,mnóstwo rzeczy było w mojej głowie, ale poza nią... Ale konkretnie - obecnie nie. Muszę się zająć innymi sprawami. To dla mnie bardzo ważne. Czy słyszałaś może, o tworze państwowym, jakim była Rzeczpospolita Obojga Narodów?( jeśli nie, to nie warto otwierać zakładki) Tak, troszkę doczytałam i zaczynam zgłębiać tę historię. Jest tam mnóstwo fascynujących wątków, które ukształtowały także przyszłość, a także nastroje danych społeczności, że nieustannie zbaczam z tej głównej ścieżki. Zatem, jestem w trakcie odkrywania nowej wiedzy o Waszym świecie Ale na temat Husarii muszę jeszcze sporo przeczytać. A demokracja szlachecka... Cóż, brzmi nieźle w założeniach, ale nie wydaje mi się aby w praktyce przyniosło to coś dobrego, w formacie długoterminowym. Ale muszę jeszcze o tym przeczytać. Zastanawiam się czy moje przypuszczenia się potwierdzą. Cóż, gdyby był to ustrój idealny, pozbawiony wad i przyjazny dla wszystkich, to raczej trwałby do dzisiaj, w jakiejś nowocześniejszej, dopasowanej do dzisiejszych standardów formie, ale zdaje się, że tak nie jest? Chociaż znów, kiedy przyglądałam się przemianom społecznym oraz czytałam publicystykę, wygląda na to, że każdy ma swoje zdanie i swój osąd, czy coś takiego funkcjonuje do dzisiaj, czy też funkcjonuje podobnie, na innych zasadach... @Triste Cordis Jakieś plany na wakacje? Przyznam, że pierwotnie myślałam o kolejnych wspólnych wyprawach z rodziną, ale wygląda na to, że bardzo prawdopodobne jest, że wyruszę na wielkie, wspólne wakacje z przyjaciółkami oraz naszymi uczniami, kiedy wreszcie otworzymy nasza Szkołę Przyjaźni! @Nightmare Princess Co byś zrobiła gdyby Celestia zmieniła się w Daybreaker? Obawiam się, że musiałabym walczyć. Najpierw oczywiście słowem i dobrocią, później niestety magią. Ale wierzę w księżniczkę Celestię i w to, że powstrzyma tę transformację. W skali od 1 do 10 jak bardzo lubisz Flurry Heart? Dziesiątka! Kocham moją słodziutką, rozkoszną bratanicę, ona jest taaaka wspaniała! Jakie to uczucie gdy stajesz się alicornem? Transformacja przebiega bezboleśnie. Powiem nawet, że to niezwykłe,przyjemne doświadczenie. Czuje się ciepło oraz czystą magiczną energię przepływające przez całe ciało oraz takie trudne do opisania wrażenia, jakby coś Cię kształtowało na nowo. Jakby ktoś dał mi skrzydła, których wzrost mogę poczuć, a następnie zrozumieć swoje nowe ja, poruszyć się, będąc już w nowym wcieleniu. Także moja moc odczuwalnie wzrosła. Zaczęłam inaczej odczuwać cudze aury, nie tylko magiczne, ale również emocjonalne. I w jednej chwili zadałam sobie sprawę z nowych możliwości, zorientowałam się też, że mogę magazynować znacznie większe pokłady energii, by tworzyć jeszcze wspanialsze rzeczy! Czy chciałabyś, żeby Starlight została księżniczką? Myślę, że pękłabym z dumy. Ale przewiduję, że jeszcze sporo wspólnych lekcji przed nami, zanim nadarzy się dla niej pierwsza szansa. Tylko gdzie stanąłby jej pałac? Każdej mojej przyjaciółce życzę tego na najlepsze. I własnego pałacu Jeśli tak to czym by się opiekowała? Trudno powiedzieć. Pierwsza moja myśl to Patronka Akceptacji. Wszakże na ratunek Equestrii szła obok Trixie, Discorda oraz Thoraxa. Połączyła kilka różnych ras, połączyła nawróconych z tymi, którzy odważyli się wystąpić przeciwko większości. Pokazała, że różnice gatunkowe, czy burzliwa przeszłość nie są istotne, jeżeli ktoś pragnie się zmienić i zaprzyjaźnić, wspólnie czynić dobro. @Starray Co sądzisz o tym, że Flurry Heart jest alikornem od urodzenia? Jest to cud oraz wydarzenie przełomowe, myślę, że Flurry będzie dumna, kiedy już podrośnie i odkryje, że rozpoczęła nowy, wspaniały rozdział historii naszego świata. Sądzę też, że... Hm. Narodziny kogoś jako alikorna wydają się być skorelowane z mocą magiczną. Zastanawiam się jak potężna będzie Flurry, kiedy już dorośnie. Jak myślisz - czemu Spike nie ma skrzydeł? Sądzę, że jeszcze nie otrzymał okazji do podjęcia próby, która zweryfikowałaby, czy jest gotowy na otrzymanie własnych skrzydeł i nowych mocy. To znaczy, hej, skoro ja mogłam otrzymać skrzydła, a moja moc się powiększyła, dlaczego Spike miałby kiedyś nie pójść podobną ścieżką? Wszakże nasze przeznaczenia wydają się być powiązane ze sobą... Czy byłabyś w stanie przeciwstawić się woli Celestii? Myślę, że nie będzie nigdy takiej okazji. Nie wierzę, by Celestia kiedykolwiek miałaby podjąć jakieś haniebne decyzje, czy spowodować coś, przeciwko czemu musiałabym wystąpić bo godziłoby we mnie, jako księżniczkę, jako kucyka i gdyby zaprzeczyło wszystkiemu temu czego sama kiedyś mnie nauczyła. Wolisz góry czy morze? I góry, i morze, wyglądają malowniczo i inspirująco, kiedy przelatuje się nad nimi balonem, czy zeppelinem @KaSzTaNeK Przyjełabyś mego oc do swej szkoły przyjaźni? Musi sie dużo nauczyć xd Oczywiście! Każdy może zostać uczniem w naszej szkole! Dla czego zajmujesz sie akurat magią przyjaźni? Hm... Sądzę, że to los. Oraz moje osobiste predyspozycje. Oraz wszystko to, co zobaczyła we mnie Celestia, kiedy przyjęła mnie pod swoje skrzydła Sama odpisujesz na pytania magią czy ci ktoś pomaga? Pomaga mi mój Opiekun. To znaczy, nie to że formułuje odpowiedzi za mnie, ale po prostu, umożliwia moim słowom dotarcie do Was, w tej oto formie. @MR.Lonly Gdzie można znaleźć informacje że fandom MLP jest największym ze wszystkich znanych? Ufam, że dzięki narzędziom unikalnym dla Waszego świata, jesteś w stanie sprawdzić które strony internetowe jak często są odwiedzane, możesz rzucić okiem na statystyki,a także ilość stworzonej przez Was, oryginalnej zawartości. Także w rozmaitych dziełach Waszej kultury, możesz odnaleźć możliwe odniesienia Pamiętaj, że im dłużej dana społeczność pozostaje aktywna, tym więcej tworzy zawartości, tym łatwiej dociera do ogółu i lepiej przebija się przez różne bariery. Dlatego też warto sprawdzić dane za rok, dwa, może nawet dekadę później! @Chip Twilight czy Ty się na nas (usernię) obraziłaś czy jak? Ależ nie! Po prostu wypadkowa rozmaitych, przeróżnych okoliczności zrządziła, że dopiero dzisiaj moje odpowiedzi pojawiły się tutaj, dla Was. Naprawdę! Zarówno po mojej stronie, jak i stronie opiekuna. @Jakubas18 Co byś zrobiła gdybyś była taka jak Starlight? Sądzę, że gdyby sprowadziłoby się to powrotu do formy jednorożca, pewnie jakoś radykalnie nie zmieniłabym moich przyzwyczajeń. Gdybyśmy zamieniły się ciałami, no to... Och, nie wiem fryzury na pewno bym nie zmieniała. Uważam, że Starlight wygląda naprawdę świetnie Ale gdybym i pod kątem świadomości miała się zmienić... Zastanawiam się, czy w ogóle byłabym w stanie myśleć jako Twilight, zastanawiać się nad zmianami w swoim życiu, gdyż byłabym... Starlight. Opcji jest naprawdę sporo. Czy odpowiadało ci bycie Wonderboltsem tak jak RD? Czy ja wiem? Byłoby miło, ale uważam, że nie jest to miejsce odpowiednie dla mnie, gdyż Wonderbolts wymaga konkretnych rzeczy od swoich lotników, a ja rozwiązuję problemy głównie dzięki magii i wiedzy. No i Rainbow raczej nie doścignę, jeśli mówić o sprawności fizycznej, zwinności, szybkości, sile. Jak bardzo lubisz swojego idola czyli Star Swirla? Spotkanie go było jak spełnienie marzeń! Nawet... Nawet dzisiaj trudno mi znaleźć słowa. Okazał się trochę inny, niż sobie to wyobrażałam, ale rozumiem to i szanuję! A jego wiedza, doświadczenie, to nieskończona kopalnia nowej motywacji dla nie, to coś zdumiewającego! @Krystianoronaldo Lubie słuchać muzyki. A ty też lubisz słuchać Oczywiście! Lubię zarówno kawałki popowe, ale nie pogardzę czymś... Może nie stricte klasycznym, ale kultowym, na czym wychowywali się moi rodzice Co nie znaczy, że muzyka klasyczna jest nudna, absolutnie nie! Uwielbiam wszystko co wpadnie mi w ucho i przy czym czuję się dobrze, kiedy przygrywa mi podczas różnych okazji. Lubie uprawiać sport. A ty widzie że dobrze na łyżwach jeździć jestem pod wrażeniem Dziękuję Co byś powiedziała o ludziach czy są aż tak okropni czy mi się wydaje. Ludzie, tak jak kucyki, są różni i mają prawo do podejmowania suwerennych decyzji, chociaż nie mają wpływu na wszystko i niekiedy muszą odnajdywać się w swoim otoczeniu, tak "na gorąco". Wierzę, że nikt nie rodzi się zły, czy okropny. Oczywiście, każde duże błędy, sytuacje gorszące, incydenty, zbrodnie, wszystko to boli, jednakże należy również pamiętać o tych wspaniałych rzeczach i cudach jakich ludzkość dokonała przez całą swoją historię. O perspektywach jakie stworzyła, a także o nieskończonych możliwościach rozwoju, potęgi jaką niesie ze sobą widza... Tego jest mnóstwo. Nie uważam, że rzetelne jest ocenianie Was tylko przez pryzmat zła, jakie się wydarzyło. Warto spojrzeć również na dobro, które się dokonało dzięki Wam. Myślę, że jakkolwiek można być sceptycznym, wcale nie jest tak źle. I powiem jeszcze jestem niepełnosprawny od urodzenia. Och... Przykro mi. Obawiam się, że nie potrafię sobie wyobrazić co czujesz. Mam rozmaite książki, opisujące jak każdy dzień może być walką z przeciwnościami nieznanymi większości, ale nie potrafię wczuć się w pełni w Twoje stanowisko. Mogę mieć tylko nadzieję, że nikt nie odmówi Tobie szansy i nigdy nie zabraknie życzliwych osób wokół Ciebie, które Tobie pomogą. Ale, jak widzę, radzisz sobie? Chyba ze swojej obecnej pozycji nie mogę uczynić nic więcej niż życzyć tobie powodzenia oraz... cudu. Naprawdę. I jeszcze ja jestem początkujący wczoraj sobie kondo założyłem Witaj zatem! Mam nadzieję, że szybko się odnajdziesz i z czasem poczujesz się pewniej Uff... Wygląda na to, że nareszcie odpowiedziałam wszystkim. Jeśli dotarliście do końca to... Dziękuję. Naprawdę, dziękuję Wam za cierpliwość, wyrozumiałość oraz za Waszą obecność. Kochani z Was przyjaciele! Liczę, że nadarzy się okazja do rozmowy jeszcze niejeden raz. Jeżeli jest coś, co Was trapi, dajcie znać, zapytajcie!
  24. Dziękuję za rekomendację No, ogółem Ylthin i Foley już mnie uprzedzili, gdyż również chciałem polecić wybrane opowiadania autorstwa Cahan, Bestera, a także "Szeptane opowieści" od Arkane Whispera. Wygląda na to, że mogę jedynie uzupełnić to i owo, na przykład powstającym Smakiem Arbuza, przy którym mam przyjemność działać co nieco jako pre-reader, a także Save Me, opowieść której jestem zwolennikiem i którą szczerze uwielbiam. No wiem, miało być niedługo, ale "Smak Arbuza" wciąż powstaje, poszczególne jego rozdziały nie są zbyt długie, a "Save Me" ma kilka dodatkowych, bonusowych rozdziałów, które, mam nadzieję, narobią smaka na całość, bo naprawdę warto Moim bezpośrednim przedmówcą był Foley, który to jest autorem szeregu krótkich Miniaturek, cyklu D&D który bardzo lubię, no i Adventure Found Me, które owszem, ma wiele rozdziałów, jednak są to rozdziały relatywnie króciutkie, a samo opowiadanie, lektura płynie sprawnie i przyjemnie, toteż naprawdę warto przeczytać, gorąco je polecam. Chciałbym polecić również ogólną twórczość Niki - ostatnio miałem okazję przeczytać jej Ewolucję gwiazd typu słonecznego, jakiś czas temu wpadły mi w oko poszczególne jej oneshoty, takie jak Panienka, czy Ten świat sprzed lat Opowiadania Malvagio również są według mnie interesujące, na przykład Tańczący z Herbatnikami Polecam! Coś jeszcze? Seria Ciasteczkowa od prześwietnej Madeleine, oczywiście że tak! Pozdrawiam!
  25. Opowiadanie nareszcie jest kompletne, nareszcie stało się ogólnodostępne, toteż nie pozostaje mi nic innego jak podzielić się z Wami pełnymi wrażeniami i wytłumaczyć dlaczego jest to fantastyczny tytuł i dlaczego powinniście się z nim zapoznać ^^ Uprzedzam, że poniższa recenzja jest W CAŁOŚCI PRZESIĄKNIĘTA SPOILERAMI, toteż nie zaleca się czytania jej przed uprzednim przeczytaniem fanfika w całości. Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś/ nie zrobiłaś, gorąco namawiam, scroll do góry, klik w pierwszy rozdział, a potem w następne Naprawdę warto. Poniżej wyjaśnienia dlaczego. Spoilery! O fundamentach słów kilka, czyli czym jest „Adventure Found Me” Chociaż Foley napisał już mnóstwo fanfików, to jednak prawdą jest, że różnorodność nie jest celnym określeniem opisującym całokształt jego dorobku. Z drugiej strony, należy przyjrzeć się czemu służy brak różnorodności czy radykalnych „twistów”, chociażby w doborze tagów opowiadań, co przecież przekłada się na ich klimat. Nieustanne opisywanie akcji, przygód, czasami „tradycyjnych”, a czasami stricte wojskowych, tudzież skupianie się na stałym gronie postaci za każdym razem owocuje coraz lepszym oddaniem charakterów, coraz ciekawszymi, lepiej dopracowanymi scenami akcji, a także coraz bardziej rozbudowanymi historiami. Co nie oznacza, że autora nie stać na innowacje, ale przy „Adventure Found Me” to nie jest na rzeczy. Może inaczej: niekoniecznie to jest na rzeczy. Opowiadanie jest wspaniałym rozwinięciem wszystkich tych elementów, które mogliśmy odnajdywać w twórczości autora chyba wręcz od jego pierwszego opowiadania. Jest to także historia dłuższa, lepiej przemyślana, a obok ulubionych postaci Foleya znajdziemy kilka zupełnie oryginalnych. Tym razem jednak nie można powiedzieć, że czegoś im brakuje i nie zapadają przez to w pamięć. Jest to przede wszystkim opowiadanie przygodowe, a więc oprócz akcji powinniśmy znaleźć w nim odpowiednią dozę tajemniczości, zwrotów akcji, a nierzadko również i sekrety stwarzające pole do własnych spekulacji i teorii po zakończonej lekturze. „Adventure Found Me” celuje we właśnie takie oto założenia. Jak celne okazały się kolejne strzały? Fabuła, postacie Daring Do, znana archeolog oraz pisarka z zamiłowania, trafia na Wyspę Wilczego Kła w poszukiwaniu rozwiązań nowych tajemnic oraz drogocennych skarbów. Jednak tym razem nie wybiera się tam sama. Zrywając ze swoimi zasadami, nakazującymi jej samotne podróżowanie, zgadza się na propozycję niejakiego Bitsa. Wkrótce Daring poznaje doktora Discovera, a także resztę ekspedycji: utalentowaną i energiczną Verbose, nieco lekkomyślnego speca od sprzętu Skyvera oraz tajemniczego Sharpa. Niebawem grupa zmierzy się z tajemnicami wyspy, na którą zakazała udawać się sama Celestia. Powyższy akapit streszcza główny zarys fabularny opowiadania, jednak w miarę odkrywania kolejnych rozdziałów okazuje się, że ta w gruncie rzeczy prosta linia fabularna zaczyna się dzielić i iść w kilka różnych kierunków naraz, poznajemy nowe szczegóły, motywy postaci, a także zupełnie nowe okoliczności oraz możliwości. Początek faktycznie nie zachwyca, ale jednocześnie nie budzi negatywnych wrażeń; po prostu jest, realizuje założenia fabularne przewidziane na ten etap historii, wydaje się być typowo rzemieślniczą robotą, choć nie da się ukryć, że poznawanie głównych postaci jest przyjemne i skutecznie zachęca do dalszego brnięcia w historię. Z związku z powyższym, początek opowiadania może bardzo zmylić. Sprawy wyglądają zwyczajnie i absolutnie nic z tych pierwszych rozdziałów nie zwiastuje ani zwrotów akcji, ani niespodzianek w ramach puli występujących postaci, ani tym bardziej dodatkowych tajemnic skrywanych na Wyspie Wilczego Kła. Bardzo szybko jednak czytelnik zdaje sobie sprawę, że przedstawione w „Adventure Found Me” postacie są po prostu sympatyczne i z każdym kolejnym kawałkiem ich wizerunek staje się coraz barwniejszy, a opowiadana historia wciąga, w miarę wprowadzania kolejnych sekretów. W moim przypadku po raz pierwszy poczułem się zdecydowanie bardziej związany z postaciami aniżeli w przypadku czysto rzemieślniczych dzieł, w momencie w którym autor postanowił lepiej nakreślić relacje między poszczególnymi postaciami. Przykładowo, rozczochrana Verbose ze Skyverem wychodzą z jednego namiotu, czy to Sharp poprawiający nieco obozowisko aby potencjalny wróg miał trudniej z zakradnięciem się w te strony, wszystko to są małe rzeczy, które jednak wszystkie razem pomagają zbudować sympatyczny wizerunek oraz bohaterów którzy coś robią, poza podstawową fabułą i których losy chce się śledzić. Verbose jest zdecydowanie najbarwniejszą i najciekawszą z oryginalnych postaci. Przede wszystkim dlatego, że skupia ona w sobie wszelkie cechy Mane6, które to cechy ujawniają się w danych sytuacjach, ale nie wypadają jak wymuszone przebłyski, po prostu budują przyjemny charakter, czynią z niej postać wyjątkową. Verbose jest energiczna i niekiedy hałaśliwa niczym Pinkie Pie, bywa strachliwa jak Fluttershy, ale nie można jej odmówić wiedzy oraz magii jak u Twilight, jest też szczera, pewna siebie kiedy trzeba, lojalności jej nie brakuje, ma też pewne wyczucie stylu oraz nie waha się westchnąć za jakimś atrakcyjnym, ogierzym ciałem co pomogłoby się poczuć jak na wakacjach. Po prostu różne oblicza Harmonii, spojone kilkoma swoimi cechami i również przez nie utrzymywane w jakichś ryzach. Verbose jest po prostu doskonałą, sympatyczną, barwną postacią i fakt, że coś może ją łączyć ze Skyverem nadaje nie tylko jej, ale również jemu pewnej dynamiki, gdyż obok ekspedycji mamy parę kucyków która chce ze sobą być i która się o siebie troszczy, i jest to zupełnie inny rodzaj relacji. W praktyce po prostu się im kibicuje, toteż momenty akcji i zagrożenia, gdzie Verbose natychmiast rzuca się na pomoc (nie tylko Skyverowi zresztą), są to jednocześnie momenty gdy da się poczuć napięcie, nabierają one również większej wagi. Skyver nie jest tak dokładnie zarysowaną postacią, ale ma mnóstwo czasu fanfikowego i daje się poznać jako kompetentny towarzysz ekspedycji, z którym można porozmawiać i się nieco pośmiać, a któremu nie brakuje odwagi. W tym sensie jest on podobny do Sharpa, chociaż to ten drugi jest bardziej tajemniczy, wydaje się większym twardzielem, jest też lepiej doświadczony w pojedynkach, ale nie brakuje mu percepcji, co czyni z niego bystrą i ogólnie wszechstronną postać; pomoże w wykopaliskach, pomoże rozwikłać zagadkę, ale również obroni i wywalczy co trzeba, byle zapewnić powodzenie misji. Jest w tym sensie również lojalny i bezwzględny. Czy jemu również da się kibicować? Owszem. Zwłaszcza w późniejszych scenach, gdzie widać jego poświęcenie i nieustępliwość. Ale co cieszy najbardziej, nie jest to typ cynicznego przyjemniaczka który nie ma do powiedzenia nic więcej poza jednozdaniowymi komentarzykami. Tak się zapowiadał, takie było pierwsze wrażenie, ale na przestrzeni kolejnych rozdziałów, podobnie jak reszta, rozwija się jako postać, daje się poznać coraz lepiej. Jeżeli miałbym wskazać jakieś kucyki, które tego rozwoju jednak otrzymują mniej w związku z czym nie wybijają się tak jak pozostali, to jest to doktor Discover. Nie oznacza to jednak, że to postać słabo napisana, po prostu swój wielki moment dostaje najpóźniej ze wszystkich i ze wszystkich wielkich momentów ten wywiera najmniejsze wrażenie. Początkowo był niepokój, czy przypadkiem doktora nie spotkało coś złego, ale to nie było na rzeczy. Po prostu się ulotnił, wraz ze skarbem. Mam kłopot z dokładniejszym określeniem jak poradził sobie profesor Gravel, jako postać w fanfiku, jako antagonista. Przede wszystkim, jak na kogoś kto był kreowany na mąciciela, przeszkodę dla naszych bohaterów i bohaterek, Gravel okazał się taki dosyć... Łagodny. Nie odczuwałem rozczarowania, podświadomość kazała sądzić, że on tam jest gdzieś w głębinach i może w każdej chwili zaatakować, ale koniec końców, choć realnie zagroził ekspedycji, to jednak pozostał trochę wycofany. Choć uznaję za plus jego elastyczność, gdyż potrafił w tym samym fanfiku zapędzić Daring do narożnika, pogrozić jej, a potem posłuchać, nawet zapewnić w miarę cywilizowane warunki egzystencji, wliczając w to posiłki i przytulne schronienie... No, przynajmniej do momentu w którym klacz już na nic nie mogłaby mu się przydać. O fabule ciąg dalszy – zwroty akcji a motywy bohaterów Zwroty akcji są czymś co nadaje historii nowego tempa, potrząsa czytelnikiem, przy okazji daje całości nowego wymiaru, poszerza możliwości spekulacji, a także dodaje nowe układy odniesienia. Co cieszy niezmiernie, widać, że był to starannie zaplanowany element opowiadania. Ale co raduje jeszcze bardziej to to, że każdy taki zwrot idzie równolegle z rozwojem poszczególnych bohaterów. I te zwroty wcale nie są jakieś przekombinowane! Są dosyć proste, a jak wiadomo, siła tkwi w prostocie Po raz pierwszy możemy zderzyć się z ostrym zakrętem historii, kiedy Sharp trzyma Daring na muszce, żądając aby ta oddała dopiero co odnaleziony posążek. Mówiąc szczerze, zakręt ten nie był aż tak trudny do pokonania, jako że „ten tajemniczy, małomówny twardziel z blizną” był pierwszym podejrzanym na wypadek scenariusza ze zdrajcą. Ale to co się dzieje później, to istne, nagłe przyspieszenie historii i otwarcie kolejnych ścieżek którymi kolejne wątki mogłyby podążyć. Okazuje się bowiem, że Daring od początku była potrzebna tylko do odnalezienia posążka, wszyscy o tym wiedzieli, przez cały czas był to plan. Ale czy w związku z tym postacie okazały się właściwymi antagonistami? No właśnie nie i w tym oto momencie kreacja oryginalnych kucyków w pełni rozwija skrzydła; widzimy, że np. Verbose tego nie chciała, że jest przez to rozdarta. Dowiadujemy się, że każdy z nich miał jakiś szalenie ważny motyw i po prostu takiego dokonał wyboru. Szczególnie spodobał mi się development jaki otrzymał Sharp, gdyż był na idealnej drodze by ujawnić swoje prawdziwe oblicze jako nieczuły dupek, ale prowadzony przez Foleya wybrnął z tego wzorowo – Sharp oszczędził Daring Do i w sumie tak ją „unieszkodliwił” by ta mogła mieć szansę na przeżycie, to było fajne. Poza tym, przy Verbose okazał się całkiem przyzwoitym facetem, kiedy w prosty sposób przekonał ją, że Daring ma się dobrze i nic jej nie będzie, dzięki czemu klacz odzyskała swój humor i energię. To znaczy my, czytelnicy, już wiedzieliśmy co się stało z Daring, ale wciąż, miła sprawa, a jeszcze bardziej cementuje ekipę. Dlatego podążanie za nimi nadal wciąga i daje nie lada satysfakcję. Jest to również moment, w którym Daring wymyśla plan nawiązania współpracy z profesorem Gravelem, tylko po to by odzyskać figurkę i uciec z nią zostawiając wszystkich w tyle. Daring wierzy, że nie rozumiejąc ewentualnych, nadzwyczajnych właściwości artefaktu, jej byli towarzysze sprowadzą na Equestrię wielkie nieszczęście. Poza ową elastycznością profesora-antagonisty, zauważyłem coś jeszcze. Po tym jak poznałem powody dla których, również wbrew sobie, ekipa wykorzystała Daring Do, zobaczyłem jak funkcjonują te kucyki, jakie mają plany, w ogóle, jak się zachowują po wykonaniu misji, a po tym co zaczęła planować Daring, przez moment przeszło mi przez myśl, że może to właśnie musztardowa pani archeolog wyjdzie na antagonistkę, a przynajmniej postać neutralną-dobrą. Ciekawie jest czytać fanfik i odkrywać, że w związku z nowymi układami odniesienia i faktami nie można jednoznacznie wskazać kto tutaj jest zły, a kto dobry i wychodzi z tego taki rollercoaster, co uwielbiam! O fabule po raz trzeci – aftermath i znajome pyszczki Oczywiście akcja z powodzeniem, jasno i klarownie zmierza do punktu kulminacyjnego, w którym podwładni profesora Gravela znajdują obóz (co było możliwe dzięki Daring Do) i atakują ekspedycje. Nie okazują się jednak jedynymi nieprzyjaciółmi, gdyż z głębin wychodzą nieumarli strażnicy posążka, którzy zaatakują obie strony. Mamy wielki pojedynek, napięcie, a także nagłe cięcie i przeskok akcji do chwili w której jest już po wszystkim. Warto odnotować, że również jest to moment w którym opowiadaniu udziela się nutka survivalowa, gdyż obserwujemy samotną Verbose, organizującą schronienie i udzielającą pomocy Skyverowi, później również Sharpowi, który udowodnił, że jest twardym zawodnikiem, trudnym do pokonania i niezwykle odpornym. Nie jest różowo, ale na horyzoncie wkrótce pojawia się łódź, która ma zabrać ekspedycję do Equestrii. Wciąż musi jeszcze pokonać pewien dystans, a rozdział się urywa. Napięcie jest nadal, bo jeżeli nieumarli idą za figurką, no to mają dostatecznie dużo czasu na atak. Również Gravel nie powinien próżnować. A tymczasem... Kolejny rozdział i niespodzianka! Gardę miałem opuszczoną, więc oberwałem. Przeskok w czasie i Equestria, a w niej wielkie poruszenie w związku z powrotem niekompletnej ekspedycji oraz rzekomą śmiercią znanej pani archeolog. Oczywiście Rainbow Dash reaguje natychmiast i po raz kolejny widzimy jak jest dobrze napisana, oddana dosyć wiernie, jej kwestie rozbrzmiewają w głowie, wypowiedziane jej głosem, a kolejne jej poczynania śledzi się z zaciekawieniem. Znów – trening z tymi postaciami (ulubionymi postaciami autora) przy okazji poprzednich opowiadań zaowocował konsekwentną, przyjemną kreacją która znacząco ubogaciła, odświeżyła wręcz opowiadanie po jego punkcie kulminacyjnym. Warto dodać, że Rainbow Dash nie jest jedynym znajomym pyszczkiem który czeka na nas w tych ostatnich kawałkach tekstu. Sądzę też, że Rainbow rzucająca się na pomoc Daring nie będzie dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Ale to kto wesprze ją logistycznie, to dopiero niespodzianka Akurat ten aspekt pragnąłbym pozostawić do odkrycia czytelnikom, jako że i tak już wyjawiłem bardzo wiele. Po należytych ostrzeżeniach, ale jednak. No dobrze, ale co zatem porabia Daring, sama na wyspie? Przede wszystkim, kryje się przed wściekłym profesorem Gravelem. To całkiem ciekawa drobnostka – profesor został bez statuetki, jest wściekły na Daring, ale w żadnym momencie nie widzimy go, ani nie mamy żadnej z nim sceny. Wiemy, że nadal tam jest i knuje, z pościgów za Daring, ale sam Gravel się już nie pojawia fizycznie. Ciekawy zabieg. Poza ucieczkami i organizowaniem sobie bezpiecznego kąta, Daring musi zbierać zapasy żywności, co znów daje nam pewną survivalową nutkę. A co z sekretami? Są. I robią smaka nie tylko na jakiś sequel czy dodatek, ale nawet przez chwilę sprawiają wrażenie jakby fanfik wcale się nie kończył, a wręcz miał za moment naprawdę się rozkręcić. Tutaj również, wyjątkowo, powstrzymam się przed wyjawieniem finałowych tajemnic, ale powiem, że poszerza to wszelkie możliwe spekulowanie, a także daje nowe pytania bez odpowiedzi, które pogłębiają warstwę fabularną opowiadania. Podkreślam: nie są to pytania bez odpowiedzi wynikające z nieprecyzyjnego pisania, braku konsekwencji czy też dziurawej historii, ale wynikające z zamierzonych zabiegów i zwrotów akcji, pytania które w zamierzeniach autora mieliśmy móc sobie zadać. Dzięki temu opowiadanie pozostaje w głowie. Zakończenie opowiadania zamyka całą tę historię godnie, zwięźle, nie rezygnując z kilku mrugnięć okiem, ze wskazania, że być może na rzeczy jest o wiele więcej niż widzą nasze oczy. Zatem mogę tylko polecić tę historię Atmosfera oraz słowa Jak już wspomniałem, opowiadanie zaczyna się niepozornie, ale proces rozkręcenia historii oraz to jak nagle wszystko zaczyna nabierać znakomitego smaku, a czytelnik nawiązuje silną więź z postaciami których losy śledzi, wszystko to wpływa dodatnio na klimat opowiadania, który jest z jednej strony całkiem serialowy, a z drugiej typowy dla Foleya. Jednak udało się te style zmiksować w taki sposób, by nie gryzły się ze sobą, tylko współgrały w trakcie opowiadania tej historii. Pojawiają się pościgi, pojedynki, mamy istoty nieumarłe, nieco mroczniejsze elementy, a także uszkodzenia postaci, zadrapania, krew i pot. Absolutnie nie godzi to w ogólną atmosferę, sceny te są napisane przystępnie, czyta się je sprawnie, bez żadnych skrajnych reakcji. Są to również te sceny gdzie do skutku dochodzi tag [Adventure], a akcja znana z poprzednich opowiadań autora zapewnia rozrywkę oraz przykuwa uwagę. Tym co nieco narusza budowaną atmosferę są okazyjnie wyskakujące wulgaryzmy. Może to tylko moje wrażenie, ale pomimo tych nieumarłych, walk i krwi, to naprawdę wygląda jakby na spokojnie mogło się pojawić na ekranie. Elementy kreskówkowej naiwności, pewne uproszczenia oraz skróty zdają egzamin; kiedy trzeba, są pewne mroczniejsze elementy czy sceny zawierające przemoc, ale to naprawdę nie jest za dużo. Sam nie wiem, ale jakoś te wulgaryzmy średnio mi pasują, ale żeby cokolwiek psuły i powodowały reakcje skrajnie negatywne, to nie, skądże znowu. Jest to taki mój nitpick, którym zechciałem się podzielić. Po prostu te pojedyncze słowa – jakoś tak „łe”, ale cała reszta – jest okejka. Tym co podoba mi się najbardziej to to, jak nostalgicznie to opowiadanie wypada. Mam na myśli to, że „Adventure Found Me” prezentuje się niczym klasyczny film przygodowy z lat 70, czy 80. W czasach, w których kolejne sequele powinny wychodzić do kilka lat, w sytuacjach skrajnych również co roku (chociaż to niekoniecznie przygodówki), pytania bez odpowiedzi, możliwość swobodnego spekulowania co jeszcze mogłoby się wydarzyć, co mogłoby być dalej, były bardzo pożądane bo budowały wokół tytułu tzw. hype, jakby kreacje postaci, styl, fabuła oraz klimat nie były wystarczającymi elementami które przecież oryginalnie przyciągnęły do kin tłumy widzów i pobudziły apetyt na więcej Tutaj zdecydowanie ma się apetyt na więcej i chce się do opowiadania powracać, za każdym razem poszukując kolejnych ukrytych smaczków czy też wcześniej niezauważonych szczegłów, no bo przecież za drugim razem znane jest już zakończenie, więc można zbadać treść pod tym kątem. W budowaniu odpowiedniego klimatu pomaga zastosowany język: jest on jasny, prosty, bez zbędnych ekstrawaganckich synonimów, bez przeintelektualizowanych fragmentów, bez niepotrzebnych przedłużeń. Ot, mamy same konkrety, całość wypada zwięźle, czyta się ją wartko, a czas zlatuje niezauważalnie, po prostu natychmiast po zakończeniu rozdziału mamy paląca chęć sięgnięcia po ciąg dalszy. Co cieszy, większość kolejnych rozdziałów zamyka się w piętnastu stronach, co, jak sądzę, pomaga w ogólnym flow opowiadania. Przyglądając się bliżej od razu widać znany, foleyowy styl w swej najwyższej jak do tej pory formie. Co prawda wiele wskazuje na to, że taką pierwszą przymiarką do projektu wielorozdziałowego, przygotowego, było „No Way Back”, które również dzieliło prosty język, konkrety i dopracowany styl, jednak to w „Adventure Found Me” ukazuje się w pełnej krasie. Oczywiście mogę sobie wyobrażać jak wyglądałyby kolejne kawałki „No Way Back”, kiedy autor ma za sobą „Adventure Found Me” oraz nowe doświadczenie. Ale znów, ciekawość zżera człowieka tak czy inaczej Teorie oraz spekulacje Jak wspominałem, na historię można spojrzeć z kilku różnych perspektyw i w zależności od tego zupełnie zmienia się obraz czy to dużej części fabuły, czy poszczególnych postaci. Na przykład: załóżmy, że Daring Do powiódł się plan i napuszczając profesora Gravela odzyskuje figurkę, a potem ucieka... W jakiś sposób. Zostawia za sobą swoich byłych towarzyszy, których bezpieczeństwo będzie stale zagrożone. A nawet jeżeli nie stanie im się krzywda i uciekną z wyspy, to przecież ich misja i tak będzie niewykonana, więc z wypłaty nici. Verbose potrzebuje tej doli aby wesprzeć finansowo rodzinę, Skyver ma długi, doktor Discover nadal będzie się „kurzył” na tle reszty grona naukowego, a Sharp... No, na pewno z czegoś będzie musiał zrezygnować. Daring, jak mogłaś? Osobiście rozmyślam nad taką tezą, że Sharp nigdy tak naprawdę nie chciał pozbawić Daring Do życia, co najwyżej zranić, jednocześnie odgrywając zimnego zabójcę... Chodzi mi o to, że gość ewidentnie jest żołnierzem/ najemnikiem/ survivalowcem, przecież musiał wiedzieć, że jeżeli tak się „pozbędzie” Daring, to oczywiste, że ona zaraz ucieknie. Kasa kasą, ale nie uważam, żeby był to morderca. Tak jak wspominałem, najpewniej umarli podążali za figurką, więc grupa i tak wiele ryzykowała trzymając ją przy sobie. Poza tym, osobiście mi się wydaje, że strzała którą został zraniony Skyver mogła być zatruta i biedak mógł tego nie przeżyć, jako że na końcu, kiedy Verbose wymienia towarzyszy,akurat jego pomija... Ale tutaj nie jestem pewien. No i wielki logistyczny cudotwórca, który wsparł Rainbow i popłynął po Daring! Come on, musiał zasięgnąć języka co się może znajdować na Wyspie Wilczego Kła, przekalkulować sobie co się dla niego długoterminowo opłaci i wówczas podjąć decyzję: „Aha. Ja ją teraz uratuję, ale będę obserwować i ewentualnie odwołam emeryturę.” No i zastanawiające jest to ostatnie znalezisko na wyspie... Coś czuję, że Daring nie wytrzyma i jakoś sama tamwyruszy z powrotem bo nie będzie mogłą ścierpieć myśli, że ktoś inny miałby na tym położyć kopyta. Di end, gejm ołwer! Wydaje mi się, że o niczym nie zapomniałem. Fanfik przemyślany i ciekawy, masa rozrywki i satysfakcji, bardzo przyjemny klimat oraz świetne postacie, których losy śledziłem z zaciekawieniem aż do samego końca. I które cholernie polubiłem. Kawał dobrej roboty, do którego pewnie powrócę nie raz. Instant Classic. Uwielbiam. Polecam
×
×
  • Utwórz nowe...