Skocz do zawartości

Tablica liderów

Popularna zawartość

Pokazuje zawartość z najwyższą reputacją od 10/09/24 w Posty

  1. Regulamin forum został zmodyfikowany; Punkt 4.2; Usunięto adres email jako metodę kontaktu (poczta nie działa od dawna, utrzymanie jest zbyt kosztowne). Dodano wzmiankę o discordzie.
    8 points
  2. Czołem, pierniczki! Ponieważ godzina jest słuszna, a z jakiegoś dziwnego powodu w większości fików konkursowych pojawiła się Luna i nawet miała jakąś w miarę istotną rolę, to chyba nawet adekwatna. Bo przychodzę z wynikami. Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim za uczestnictwo. Szczególnie radują mnie nowe nicki, które spróbowały swych sił w pisarskich szrankach. Muszę też zaznaczyć, że ciężko było mi zdecydować, kto powinien zająć, które miejsce na podium. Mieliście różne mocne i słabe strony, ale poziom wyszedł dość równy. Najbardziej klasyczny i retro fanfik należał do Krisa07, choć Sun również trzymał się mocno klasyki, choć z pewnym twistem. Pozostali uczestnicy woleli eksplorować mniej znane (przynajmniej w naszym fandomie) oceany prozy. I miejsce Nepaxor II miejsce Darth Evill III miejsce Sun Dokładne wyniki i minirecenzje: https://docs.google.com/document/d/1gjfjgUW51gmZjF_L-xaT0ShO3OBEE56szSmNHo7RvFA/edit?usp=sharing Gratulacje, Panowie! A co do nagród - zgłoście się na PW.
    4 points
  3. Od autora: Spin-off do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu". Miała być historia Cadance... I może kiedyś będzie historia Cadance. Ale nie w tym temacie Korekta: @Hoffman Starlight Glimmer kradnie lalkę małej klaczce. "Nowoczesna lalka" Rozdział 1
    4 points
  4. Nigdy nie sądziłem, że pastelowe kucyki i wyznaczony deadline będą katalizatorem do ukończenia pierwszego pełnego opowiadania w moim życiu, no ale cóż. 1000 lat samotności Pewnie jest wiele do poprawy, ale czas i tak już na to nie pozwoli.
    4 points
  5. Od autora: Po pewnej przerwie postanowiłam kontynuować to opowiadanie. Fanfik jest głównie historią [Slice of Life], ale z różnych powodów posiada tag [Mature]. Korekta, dobra rada, wsparcie: @Hoffman Księżniczka Cadance obchodzi swoje dwusetne urodziny. "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Epilog Epic: 4/10 Legendary: 4/50
    4 points
  6. Heja, pragnę dzisiaj podzielić się z Wami artem jaki otrzymałem od samego @Hoffman! Mamy tutaj nikogo innego jak główną postać, Mid! Dziękuję za tak fajny arcik, niech zdobi wątek opowiadania
    3 points
  7. Od autora: Miałam sporo pomysłów na opowiadanie o tej postaci, głównie w świecie [Equestria Girls]. Niestety nie dałam rady. Próbowałam też napisać opowiadanie Sci-Fi, nie podołałam również. Może kiedyś się uda. Tymczasem, postanowiłam, że napiszę coś, co - chyba - lepiej mi wychodzi, czyli [Slice of Life]. Ważne: Mało [Violence]. Ale mimo wszystko jakaś przemoc jest. Korekta, dobra rada, pomoc: @Hoffman Bo moja dusza - jeżeli jakąś mam - jest stracona w czeluściach Tartaru. Lecz nadzieja błyszczy, jak światełko w tunelu, podczas ostatniej podróży. "Nadzieja, która błyszczy" ROZDZIAŁ 1 ROZDZIAŁ 2 ROZDZIAŁ 3 ROZDZIAŁ 4 ROZDZIAŁ 5 ROZDZIAŁ 6
    3 points
  8. Od autora: Króciutkie opowiadanko. Korekta: @Hoffman Applejack ma problem. Rodzina jest najważniejsza
    3 points
  9. Dobra, lepiej nie będzie. Co gorsza, tytuł średnio pasuje, ale nic lepszego mi nie przyszło do głowy Powrót na ścieżkę dobra Może zrealizuję inne pomysły, które przyszły mi do głowy, a nie spełniłyby warunków konkursu
    3 points
  10. The world of Equestria is ruled by princesses, princes, kings, queens and other rulers with magnificent titles from times long past. Would you like to stand by their side for a moment? Not only ponies, but also other Equestrians have their rulers, who meet together from time to time, whether as planned events or under unexpected circumstances. The next Czequestria will definitely be a planned event and will take place in the theme Of Kings and Queens from times, when there was no shortage of adventure, magnificent performances and fun Come and look behind the walls of castles and chateaux and experience the magical atmosphere that reigns not only in Canterlot! The whole weekend filled with fun, fellow brony fans, VIP and community guests, plus entertainment of all kinds - starting with traditional MLP-themed 'LARP', followed by panels, workshops, unforgettable musical performances at the party, to the grand finale of a charity auction. When: 21. - 23. August 2026 ('LARP' on Friday, venue program on Saturday and Sunday) Where: KD Krakov, Prague, Czech Republic Event language: English Tickets: https://www.czequestria.cz/tickets/ (Standard 31€, Sponsor 70€, Super-sponsor 181€) Detailed info: www.czequestria.cz/en Curious about what Czequestria looks like? Check out the Photos and videos from 2024! Join the Discord server to meet other Czequestrians! For actual info and news, you can follow us on BlueSky (@Czequestria, @MissLibussa), Mastodon (@Czequestria, @MissLibussa) and/or Twitter/X (@Czequestria, @MissLibussa). In case of any questions, please let us know here in this thread or send us an e-mail to [email protected]. We look forward to seeing you in Prague, Czequestrians!
    2 points
  11. Jak to jest żyć w Equestrii? Powiedzmy, że to zależy od tego kim jesteś. Urodziłeś się kucykiem ziemnym? Zapewne masz wielką siłę, potrafisz dbać o ziemię, po której chodzisz, nie interesuje cię magia czy to, co się dzieje nad twoją głową. Najważniejsze, by pogoda była dobra i było co zjeść. Być pegazem, powiadasz? Latać, spać na chmurkach, osiągać niesamowite prędkości, kontrolować pogodę… Ma padać? Nie ma problemu! Załatwimy to! Jedna chmura tutaj, druga tam, trochę deszczu, trochę śniegu! I możesz próbować dołączyć do najbardziej elitarnej i prestiżowej ekipy lotników: Wonderbolts! Żyć nie umierać! A jeśli posiadasz róg na głowie? Jesteś jednorożcem. Magia to twój, hehe, konik! Robisz wszystko, czego nie potrafią kuce ziemne czy pegazy. Nie musisz brudzić swoich kopyt - od tego masz telekinezę. Chcesz latać jak pegaz? Wystarczy, że znasz zaklęcie lewitacji. Możesz wszystko, o ile chcesz się uczyć… chyba, że od urodzenia masz talent i potężne zasoby magiczne. Inaczej możesz jedynie podnosić pączka do ust… A jeśli, dajmy na to, poszczęściło ci się na tyle że jesteś alikornem? Cóż, przyjacielu - zapomnij. Na taką nagrodę trzeba sobie dziś zasłużyć. Dodatkowo zostajesz księżniczką, co oznacza, że tylko klacz może być alikornem, o ile przeznaczenie mocno kopnie cię w zadek. Ogier? Nie… od mileniów takowego nie było. Takie są zasady tego świata… Ale zasady można złamać, nieprawdaż? Roku 975 Ery Celestii, dnia 25 grudnia, podczas najgorszej w dziejach śnieżycy rodzi się pierwszy od tysięcy lat ogier niebiańskiego alikorna… Chronologiczne historie świata uniwersum Prequele Equestrian Pie Główny wątek Gdyby Słońce miało syna Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Wersja poniżej to ten stary akt I fiku, z szacunku dla innych i do wglądu. Mało wspólnego z wersją V2 Stara wersja
    2 points
  12. Krople deszczu miarowo wybijały rytm uderzając o szybę. Mrok wieczoru powoli wkradał się do biura, które zdążyło już zapomnieć widoku miotły. Ostatki światła zza nieosłoniętych okien przemykały po blacie drewnianego biurka, muskając jeszcze retro-lampę i ramkę z fotografią dwóch klaczy w futurystycznych strojach. Jeszcze niedawno spowijało też kieliszek bezalkoholowego cydru z pływającymi w nim dwoma kostkami lodu, niczym góry lodowe czekające na swojego Titanica. Teraz jednak grube szkło spoczywało w kopytach fioletowej klaczy jednorożca, która zmęczonym wzrokiem obserwowała długi proces topnienia. Dwie kostki dryfujące po złocistej powierzchni płynu przypominały jej ostatnią sprawę nad jaką pracowała ze swoją wspólniczką. Może i była po niej zmęczona, ale zdecydowanie czuła, że żyje... i mogła ponosić swoje cybernetyczne skrzydła, które teraz zalegały w szafie obok... Z zadumy wyciągnął ją odgłos otwieranych drzwi, z których z gracją wyłoniła się kremowa pegazica w czerwonej, powłóczystej sukni: - Więc to jest Twoje biuro, organizatorko Gallant Fop? - powiedziała - Organizatorko? Jak ja dawno nie słyszałam tego określenia... Co cię do mnie sprowadza, droga Flash Hope? - odrzekła jednorożec - Czy nie wypada takich spraw omawiać na siedząco, przy biurku? - W takim razie zapraszam - Gallant Fop wskazała na krzesło naprzeciwko, przesuwając przy tym szklankę ze słonymi paluszkami. Flash Hope skinęła głową, usiadła i z elegancją godną damy w kiecce za 50 bitsów wzięła do ust jednego, zalotnie go podnosząc. Jednocześnie popatrzyła się lekko przymrużonymi oczami o ogromnych, przykuwających uwagę rzęsach. Gallant znała to spojrzenie i czekała na propozycję, której nie będzie mogła odmówić... - Nie nudzi Ci się Gallant w tym pustym biurze? Kiedyś potrafiliśmy zatrząść tym miastem... - Nie narzekam, Flash. Mam tu dobre towarzystwo - tani cydr i paluszki. - Oh, faktycznie - spojrzała z politowaniem pegazica - ale wiesz, że polscy bronies też są równie dobrzy. A nie widzieli nas od 2023 i już zdążyli się stęsknić... - Mhm, oszczędź mi słodkich słówek, ptaszku. Z czym przychodzisz? - Z propozycją. Wielki powrót, Ty, ja, setki Bronies i największe wydarzenie kucykowe w Polsce, już po raz trzeci. Dziesiątki godzin prelekcji, warsztatów, konkursów, gier i innych atrakcji. Do tego goście specjalni, artyści i sprzedawcy z kucykowymi gadżetami. A to wszystko w dwa majowe dni. - pegazica wyciągnęła pogiętą kartkę spod skrzydła i położyła na biurku - Interesujące... A kiedy to wydarzenie się odbędzie? - 23 i 24 maja 2026 roku, w Warszawie. I jak, gotowa? - Eh, Flash. Ty zawsze potrafisz na mnie podziałać, jestem gotowa - głosem powoli wracającym do żywych odpowiedziała Gallant Fop. Na pyszczku Flash Hope pojawił się uśmiech, po czym ruszyła powoli w stronę drzwi. Zanim zniknęła za matowym szkłem odwróciła się jeszcze raz do przyjaciółki: - Do zobaczenia więc na Kucykonie 2026, Gallant! Gallant Fop została ponownie sama w biurze, tym razem jednak z już jaśniejszą od pomysłów głową i kartką zostawioną przez Flash Hope z informacjami: Data: 23 i 24 maja 2026 Miejsce: Warszawa Przydatne linki (będzie więcej!): Facebook - facebook.com/events/2377557725979681/?active_tab=discussion Telegram - t.me/Kucykon (Polski), t.me/kucykon_en (Angielski), t.me/kucykon_vostok (Rosyjski)
    2 points
  13. Myślałem, że jak zacznę coś pisać, to jakiś ciekawy pomysł sam przyjdzie, ale nic ciekawego nie przyszło. Pierwszy kontakt [Oneshot][SoL][Human]
    2 points
  14. Zgłaszam mój tekst do konkursu. Chciałem coś spróbować napisać z nadzieją że nie będzie tragiczne. Niespotykane Zdarzenie
    2 points
  15. Dobra, nic więcej nie wyczaruję. Ten tekst szedł mi ciężko i nawet chciałem go porzucić, ale nic lepszego mi nie przychodziło do głowy, a nie chciałem się poddawać. Może następnym razem pójdzie mi lepiej. Anomalia przestrzenna [Oneshot][Stalker][HiE]
    2 points
  16. O proszę! Aż ciekaw jestem - jak Kolega na to trafił po takim czasie? Ktoś tutaj zajrzał, po tych wszystkich latach! Cóż mogę rzec... Jak to zaczynałem pisać, byłem licealistą z kartą dużej rodziny - a teraz też mam KRD, ale, że tak powiem, z drugiej strony. Czasem myślałem o dokończeniu tego dzieła (prócz niego miałem jeszcze w głowie pomysł na chyba ze trzy spinoffy), ale cóż... w którymś momencie stwierdziłem, że lepiej stworzyć coś, co będę mógł normalnie wydać pod swoim nazwiskiem - acz oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, tego nie zrobiłem. Ostatecznie moje aspiracje twórcze największy upust znalazły w... planszowych grach (historyczno-wojenno-politycznych) - jakby kogoś ciekawiło, mogę rozwinąć temat (jedna jest bliska wydania). Również tematyka Rewolucji Francuskiej gdzieś tam zeszła u mnie na dalszy plan - z jednej strony, zwłaszcza pod koniec studiów, dużo więcej uwagi (w tym przynajmniej jeden artykuł naukowy - mogę podrzucić) poświęciłem liberalnej koncepcji umowy-społecznej i wynikającego z niej państwa-Lewiatana. Z drugiej i ten wątek nie doprowadził mnie nigdzie gdzie chciałem, i jeśli coś teraz rozpala moją wyobraźnię, to raczej okres przełomu XV i XVI wieku, w którym właśnie są te gry które - póki co raczej do szuflady - tworzę. Ale przejdźmy do rzeczy - dziękuję za miłe słowa! Czy po lekturze kolejnych fragmentów również będę mógł na nie liczyć? Pozwolę sobie odnieść się do kilku kwestii: Niewątpliwie tworzenie ustroju Equestrii było w tym wszystkim najprzyjemniejsze! Nie wiem czy Kolega widział, ale w tym wątku wrzuciłem małą rozpiskę jak to widzę. Chętnie mogę to rozwinąć! To w sumie bardziej złożone - jednorożce również w dużej mierze straciły władzę na rzecz wąskiego aparatu samej korony. Wątek ten jest rozwijany w bodaj trzecim rozdziale, w którym, że pozwolę sobie na spoiler, rewolucja dociera do Canterlotu i bynajmniej nie organizują jej lokaje. Zresztą w którymś miejscu (nie już w I rozdziale?) chyba wspominam o tym, że jakieś 100 lat przed akcją zlikwidowano radę baronów - w której skład istotnie wchodzili głównie jednorożcowie, ale która za to miała realne kompetencje, w tym akceptowała podatki. W jej miejsce powołano trójkątną radę, która jest organem tylko doradczym. W tym, o czym piszę powyżej, oczywiście chciałem nawiązać do bliskiej mi (przynajmniej wtedy jak pisałem, acz wciąż wydaje mi się, że jest w niej sporo racji) teorii o Rewolucji Francuskiej jako, przynajmniej w I fazie, buncie arystokracji odsuniętej od realnej władzy (i przez to zdegenerowanej w "złotej klatce") przeciwko absolutyzmowi. To zagrożenie nie jest jakieś substancjalne, zwłaszcza dla terenów innych niż oba pogranicza. Z drugiej strony wydaje się, że koncentracja wojsk jest pewną okazją do wzmożenia. Trudno mi teraz podać dobry przykład z historii, ale widzę tutaj pewne podobieństwo do choćby niesławnego zwołania Stanów Generalnych. Tutaj chodziło mi raczej o, w ramach pewnego, jak Kolega zauważył już na początku, skoncentrowania czasowego, pokazania różnych oblicz rewolucji. I tak - w Manehattanie rewolucja jest burżuazyjno-liberalna, w Cloudsdale militarystyczno-faszystowska, w Canterlocie arystokratyczno-libertyńska - a w Ponyville - ludowo-socjalistyczna. Zresztą wszędzie jest wymierzona w tego, kto jest największą podporą Korony - a w Ponyville to właśnie te najstarsze i zarazem największe rody. Wreszcie - lud tutaj w istocie jest wszak narzędziem w rękach demagoga, który już jak najbardziej wywodzi się z klasy średniej! I egzotyczność sojuszu rewolucjonistów - i wynikająca z tego nieufność i brak należytego wsparcia w działaniu - jest wątkiem pojawiającym się w dziele. Istotnie w serialu tak to wygląda (a zwłaszcza najgorzej - w filmie kinowym), ale muszę jednak powiedzieć, że miałem tutaj nieco inne intencje. Postać Celestii akurat nie ma u mnie znaczenia politycznego, lecz... teologiczne. Akurat przyznaję - z tego wątku byłem chyba najmniej zadowolony i był on najmniej przemyślany, ale szukając odpowiedzi na pytanie - czemu tak potężny, w zasadzie odwieczny władca nie rozwiąże od ręki wszystkich problemów, postanowiłem wykorzystać ten wątek by spróbować zarazem odpowiedzieć na pytanie: Dalej - Po pierwsze - oczywiście problem z silną magia byłby taki, że musiałaby zdominować opowieść, a tego nie chciałem. Po drugie - w mojej wersji tego Świata magia jest jednak mocno ograniczona. W którymś rozdziale wspominam o inkwizycji i o ograniczeniach w jej stosowaniu. Ograniczeniach niearbitralnych: Co do teleportacji - akurat taki pomysł nie przeszedł mi jakoś przez głowę. Czy w ogóle zdolności Twillight w ogóle obejmują teleportowanie osób trzecich (w kolejnych rozdziałach postaci używają teleportacji, ale na bardzo krótki dystans i tylko na sobie)? Jeśli tak, to na jaki dystans? Dodam, że oba domy (Rarity i Applejack) były otoczone, więc wyteleportowanie z nich niewiele by dało. Nie będę zresztą ukrywał, że na Twillight nie miałem jakiegoś wielkiego pomysłu - z Mane 6 główne role miały odgrywać obie moje ulubione bohaterki, wspominane wyżej. Plus fanfik powstawał na długo przed tym, jak Twillight została alicornem - pierwszy rozdział dzieje się dosłownie w trakcie trzeciego rozdziału trzeciego sezonu - więc nie wiem czy wtedy była aż tak potężna - a przynajmniej czy było to wiadome. Zdaje się, że dalsze rozdziały wypadają pod tym względem lepiej. Te wczesne zdarzało mi się pisać na telefonie (np. pamiętam, jak rozdział z I odsieczą Ponyville pisałem jadąc autobusem na wczasy do moich Świętej Pamięci Dziadków). Potem, zanim publikowałem, całość sprawdzał niezastąpiony GandziaBrony - acz oczywiście wciąż jakieś błędy mogły zostać, wszak nie była to profesjonalna korekta, a jedynie koleżeńska przysługa. Cóż, kwestie estetyczne zawsze były mi bliskie - swego czasu zachwycił mnie wiersz Herberta "Potęga smaku", czy później koncepcja niejakiego Plinia Correi de Oliveiry o "rewolucji w tendencjach". Ubolewałem zawsze, jak strona "reakcyjna" odpuszcza tę sferę (sam chociażby zawsze najbardziej lubiłem - i nadal lubię - muzykę dawną, zwłaszcza ze wspomnianego na wstępie XV-XVI wieku, podobnie zresztą z innymi dziedzinami sztuki). W każdym razie - raz jeszcze dziękuję. Ja raczej już nie dokończę tego dzieła. Ale gdyby jakiś szaleniec był zainteresowany - to mogę podzielić się tym, co pamiętam z tego, co planowałem. Miałem również pomysły na przynajmniej trzy prequele-spinoffy - założenia do jednego z nich (o przodku Rarity, co jakieś 300 lat wcześniej zdobył dla Equestrii ziemie koło Sułtanatu Camelu) nawet mam spisane - https://docs.google.com/document/d/1Kj7eFyRlDBTKmCEWZVQTP6_vaAHqOohb4NjHHfgWLKI/edit?usp=sharing Tutaj zaś coś co kiedyś zacząłem i nie wiem, czy tutaj wrzucałem - wstęp do Historii Equestrii, pisany a'la dzieło historyczne autorstwa... ojca Twillight - https://docs.google.com/document/d/1qQqQClVo7sY_Z4I2C_Id4a9dKUm3V5a-S0rcZQWMXcA/edit?tab=t.0
    2 points
  17. Jakiś czas temu zacząłem sie zastanawiać, jak zwykłe kucyki mogą reagować na to, co się normalnie dzieje w Ponyville, od czasu pojawienia się Twilight. Regularne końce świata, cotygodniowy chaos i te sprawy. Tak myślałem i postanowiłem to napisać. Trochę z perspektywy Cloudchaser, która w Ponyville mieszka i trochę z perspektywy Flitter, która właśnie skończyła studia i postanowiła odwiedzić siostrę. Akcje zaś osadziłem niedługo po reformacji Discorda. Domyślam się, że powstało trochę fików w tym stylu (zapewne nawet lepszych), ale będąc całkiem szczerym, żadnego nie czytałem (albo już nie pamiętam). Tak czy siak, zachęcam do swojego, średniego fika. Zwyczajny dzień w Ponyville
    2 points
  18. Nie spodziewałam się, że przeczytam kiedyś dobrego fika (i do tego wielorozdziałowca) o przeszłości Crazy Glue. Nie spodziewałam się też, że kiedykolwiek ta postać w ogóle będzie mnie obchodzić. Bo nie oszukujmy się - serialowa Cozy Glow jest tak niesympatyczna jak to tylko możliwe i jej próby zaprzyjaźnienia się z Tirekiem i Chrysalis wyglądają bardziej na próby manipulacji i kontroli przez "przyjaźń". Ba, w serialu, najbardziej szczera pod względem przyjaźni... w sumie chyba była Chrysalis. I generalnie, to nie zgodzę się, że końcówka była gorsza. Właśnie w dużej mierze przez Chrysalis. Bo sądzę, że tak jak Cozy widziała w Tireku siebie - fatalna relacja z ojcem i bratem, dobra z matką, tak Tirek nie był jak Cozy. Ale Chrysalis w sumie to trochę tak. Nawet jak spojrzymy na przeszłość tych postaci, to ma to więcej sensu. Tirek albo działał sam, albo zdradzał sojuszników. Chrysalis zawsze miała swój rój, który z jej punktu widzenia ją odrzucił. Ciekawym jest też to, że ostatecznie, to Chrysalis w pewnym sensie staje po stronie Cozy i ją ochrania. Ba, ochraniała ją już wcześniej. Trochę jak jej matka i trochę jak jej matka, Chrysalis też wchodzi w rolę nieco dysfunkcyjnego opiekuna, bo prawdopodobnie lepiej nie umie. W ogóle cała ta rodzina... Nie pamiętam, czy to było napisane, od której strony są ci dziadkowie, ale chyba jednak od matki, bo nie wiem jak ci od ojca, by ją tolerowali. Ojciec w ogóle jest nieco dziwny - matka Cozy twierdzi, że jest okropny, ale jak na typa, który wychowuje dosłownie bękarta, to mógłby być o wiele gorszy. Szczególnie, że własnych źrebiąt chyba nie spłodził. Długo się zastanawiałam, czy matka Cozy w ogóle się faktycznie puszcza, czy chodzi o coś innego - np. Cozy jest z gwałtu bądź jej rodzice skorzystali z banku spermy, bo ojciec jednorożec był zwyczajnie bezpłodny. Trochę dziwna jest postać babci, która chyba przynajmniej stara się nie być okrutna, ale też trochę zagoniona przez rodzinną tradycję. Nie będę próbować zgadywać, co siedziało w głowie matki, która się puszczała i ilu ich naprawdę było, bo po prostu za mało wiemy. Zwłaszcza, że Cozy jest jedynaczką. Czemu w ogóle ożeniła się z tym jednorożcem? Ok, on chciał jakiegoś tam jednorożca, a ona? I skoro nie zrobił własnego dzieciaka, to czemu nie rzucił niewiernej kobyły? Jakaś część mnie chciałaby się przyczepić do otoczenia szkolnego. Ale niestety ono potrafi takie być, choć zdziwiła mnie nieco ta akcja z Sandstonem. Nie dlatego, że się wydarzyła, tylko dlatego, że Cozy musiała mieć wtedy 12-13 lat, a on z 16 (?). Trochę wątpię, by to Onyx zaczęła rozsiewać te pogłoski, raczej on sam lub Angel. Szczególnie, że z reakcji rówieśniczej wiemy, że rzekomo to on dał kosza napalonej Cozy, a nie wiem jaki tam mają wiek zgody w Equestrii, ale obawiam się, że za coś takiego mogliby go wywalić ze szkoły i wsadzić do ciupy. A sama Onyx... Nie jestem pewna, czy Cozy dobrze ją odczytała. Postąpiła okropnie (szczególnie, że Cozy nic jej nie zrobiła), ale odezwała się dopiero wciągnięta do tej konwersacji. Moim zdaniem ona nie chciała oberwać rykoszetem. Przecież pewnie połowa z tych dzieciaków wie, że to bzdury, a Sandstone to typ, które takie akcje odwala regularnie i nie zdziwiłabym się, gdyby wcześniej wywinął podobny numer Onyx. Przecież nie bez powodu upatrzył sobie jakąś zahukaną nową, podczas gdy miał dostęp do klaczy, których nawet nie musiałby uwodzić. Myślę, że połowa durnych małolat z kółka szachowego, by mu sama wskoczyła do wyra, tylko nie dałyby się zaszczuć gdyby coś poszło nie tak. A gdzie w tym wszystkim są dorośli? Nigdzie. Już w pierwszej szkole młoda jest ignorowana, a nauczyciel prawdopodobnie podciągnął jej ocenę i dał nagrodę na koniec za keks z jej matką. Która prawdopodobnie sama tę nagrodę kupiła. Wracając do matki - okej, wiemy, że ona kochała Cozy, ale sposób w jaki to robiła... No jakoś wcześniej nie spędzała z nią chyba za dużo czasu. I co ona tak naprawdę robiła w życiu? Wiemy, że nie jest biedna - stać ją na te drogie naszyjniki i suknię. Czy to wszystko pieniądze jej męża? No dobra, chodzi do pracy, ale czy nie utrzymałaby Cozy sama? Najlepiej w innym mieście? A do tego to sanatorium? Gdzie ona naprawdę jeździła, bo jednak wątpię, by to naprawdę było sanatorium... Wiemy też, że ostrzegała córkę, że ogiery myślą tylko o jednym, ale nie wiem, czy w tym momencie miała podstawy, by wysnuwać takie wnioski - zwłaszcza w tym wieku i w kontekście kółka szachowego. Nawet jakby lepiej ostrzegła Crazy Glue, to raczej nic by to nie zmieniło... Jakby no... Co ona miałaby zrobić inaczej? Pozbawiać się wszystkich hobby i interakcji z ogierami, bo na pewno chcą ją tylko wykorzystać? Nic co do tej pory zrobił Sandstone nie było szczególnie niepokojącego. On równie dobrze mógł wszystkich namawiać na kółko szachowe i dawać wielu kucykom jakieś korki z szachów. Jedyne co Cozy mogłaby zrobić lepiej, to w ogóle nie wychodzić z nim z tej dyskoteki, żeby np. jej gdzieś nie zgwałcił w kiblu. Ale po jej reakcji wiemy, że ona była wówczas zwyczajnie spanikowana i zszokowana. Wątpię, by przygotowanie teoretyczne wiele jej tu dało. A parszywa plotka? Pewnie i tak, by powstała, przecież to oczywista zemsta, w której wyzywa się od kurtyzan tą co nie dała. Jakby dała też byłaby kurtyzaną, wiadomo. Nie obwiniałabym natomiast Twilight Sparkle i nie doszukiwałabym się czegoś więcej, że zapomniała o tamtym liście. Dostała ich pewnie setki, jeśli nie tysiące. Cozy siłą rzeczy stała się kropelką w tym systemie. Fakt, Księżniczka Przyjaźni poradziła sobie z tym źle - już ta pierwsza wiadomość powinna ją poważnie zaniepokoić i być może spróbować jakiejś większej interwencji. Ale Twilight raczej autentycznie nie ogarnia, że żeby dziecko wysłało jej coś takiego, to musi być mocno zaszczute i prawie nie mieć nikogo. Mogłaby dyskretnie nasłać jakąś opiekę społeczną, by sprawdzili co się dzieje. Albo zapytać Celestii. Cozy w sumie dobrze podsumowała Twilight. Twilight była w życiu niesamowicie uprzywilejowana. Dlatego Twilight nie ma pojęcia o przemocy równieśniczej. Luna pod tym względem wypada lepiej, znacznie lepiej. Ba, myślę, że gdyby Luna dopadła Cozy wcześniej, to może by coś z tego było. Na tym etapie, to myślę, że prędzej mogłyby sobie poradzić Cadance i Celestia, bo po prostu miały w życiu więcej kontaktów z młodzieżą. Nie obwiniam ich zbytnio, że nie dały Cozy kolejnej szansy. Gorzej, że dały ich za dużo Discordowi. A przy tym położenie lagi na czternastolatce (a wcześniej chyba trzynastolatce), to śmiech na sali. Bo odrzuciła 2 rozmowy jak większość małolat z problemami. Inna sprawa, że w tym fanfiku my znamy Cozy, jej prawdziwe pragnienia, potrzeby, perspektywę. I ta Cozy już nie jest tak groźnym mastermindem jak serialowa. Pytanie brzmi jak w tym opowiadaniu przebiegały rzeczy, które pokazano w serialu, bo mimo wszystko... Nie wydaje mi się, że identycznie. Natomiast Tirek był uroczy jako zmyślony przyjaciel. Bo wszystko zaczęło się od tego, że gnębiciele młodej nagle stracili swoją przewagę. Dziwny wybór modela życiowego, ale hej, on przynajmniej jej nie zlewał. Z drugiej strony z nim Cozy w ogóle próbowała się komunikować najbardziej. A nie chociażby z własną matką czy nawet babcią. Bo może jakby to zrobiła, to coś by się zmieniło. Np. wcześniej zostałaby wysłana do innej szkoły, może nawet jakiejś dla pegazów żeby mogła popróbować pegazich rzeczy? Matka też mogłaby chociaż próbować nakłamać, że jej córka jest adoptowana. Czy nawet ona sama jest i jej prawdziwy ojciec był pegazem. Bo jednak dla wszystkich tajemnicą poliszynela było, że Cozy to bękart. To, że Tirek Cozy raczej po prostu wykorzystuje było pewne. Najgorzej, że było mu bardzo łatwo, bo wszyscy zawiedli... Trochę mam nadzieję, że Cozy z tego fanfika dostanie kiedyś kolejną szansę, bo teraz wydaje się dobry moment, by faktycznie coś do niej dotarło. Że nie ma i nie miała nigdy prawdziwych przyjaciół. Może mogłaby ich mieć w Szkole Przyjaźni. Może. Ale czy na jej miejscu uwierzyłabym, że tym razem to naprawdę? Może po paru latach. Czy byłaby szczęśliwa? Może, znajdując to szczęście w czymś innym, niekoniecznie w relacjach z innymi. Cóż, dziecięce przyjaźnie często są fałszywe i kończą się tak sobie. Ale to co spotkało bohaterkę Nadziei? To było grubo ponad normę. Dobrze się to czyta, fajne, serio polecam jeśli chcecie coś nostalgicznego, bez wybuchów i laserów. W czasach, kiedy pisało się fanfiki poświęcone villainom od tej bardziej tragicznej i smutnej strony. Bo ten fanfik to w rzeczywistości dramat obyczajowy o systemie, który zawiódł.
    2 points
  19. Przeczytałam. Ostrzegam przed spoilerami. Przede wszystkim, podoba mi się dwuwątkowa fabuła, to znaczy, jest wątek Venus Throw i Heart Rate’a oraz wątek Celestii i Luny. Relacja między pierwszą dwójką też jest ciekawa, podoba mi się, jak się kłócą. Z czego Heart Rate’a chyba polubiłam bardziej, za taki, hmm, optymizm? Chociaż nie powiem, Venus też ma swoje teksty, Dobrze skonstruowane postacie. Bardzo ciekawy syn Celestii. Podoba mi się ten motyw, z chęcią przeczytałabym o nim więcej (na przykład o relacji Celestii z jego ojcem). W ogóle, co sobie myślał ten ojciec o tym dziecku, kiedy jeszcze żył. Czyżby o nim nie wiedział, skoro według Celestii była to chwila słabości? A może dla Celestii chwilą jest ileś-tam lat, skoro jest długowieczna/nieśmiertelna? A plany Luny bardzo zabawne, rozumiem jej podejście, co nie zmienia faktu, że bawią. Dowiedziałam się, że są jakieś nawiązania, do polityki, że tak powiem, ale ja się nie interesuję polityką na tyle, by je wyłapać. Ale napisane jest solidnie. Dobre domknięcie wątków. Tylko mam mieszane wrażenie co do zakończenia, to znaczy, nie wiem, czy ono miało być zabawne z tym wytykaniem „błędów” i „słabości” Celestii? Mnie nie rozbawiło. Wyglądało trochę jak fanowska analiza serialu. Serial niestety nie jest zbyt spójny i sama nieraz głowię się, jak to pogodzić (szczególnie to wznoszenie Słońca i Księżyca, które raz się unoszą z udziałem a raz bez udziału księżniczek). Nie podejrzewałabym Twilight o to, że pomyśli w ten sposób na poważnie. Już prędzej spodziewałabym się tego po każdym, tylko nie po niej. Ale może to różnica w postrzeganiu postaci. Tak czy inaczej, podobało mi się.
    2 points
  20. Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej
    2 points
  21. Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach narodził się pomysł na ten fik. Prawdopodobnie, jak wiele innych, przyszedł w nieodpowiednim momencie i nie dawał się zapomnieć tak długo, aż wreszcie postanowiłem go zrealizować. Pewnie wyszło średnio, ale muszę przyznać, że świetnie się bawiłem przy pisaniu. Dobra, ale o czym to jest? W nowym, kryształowym zamku Twilight zalęgły się podmieńce. Przy czym, nie są to klasyczne, serialowe podmieńce, a zauważalnie mniejsze i mniej inteligentne istoty, żywiące się w zasadzie wszystkim. Takie mole spożywcze tylko w formie podmieńców. I tak samo jak mole (i inne robactwo) są zwalczane. Operacja Raid [Oneshot][Dark Comedy]
    2 points
  22. Witajcie! Napisałem fanfik, kilka rozdziałów - na ten moment mam gotowe około 200 stron. Na bieżąco będę korygował i wstawiał resztę. Nie jestem biegły w pisaniu , ale chciałem się trochę pobawić tym tekstem i w sumie o to mi najbardziej chodziło, więc udostępniam go dalej , a może komuś również się to spodoba. Tutaj krótkie wprowadzenie: Świat wierzy w prostą bajkę: zła Nightmare Moon została pokonana, a dobra Księżniczka Luna – uzdrowiona przez Elementy Harmonii. Equestria pławi się w złotym blasku idealnego dnia, a cienie przeszłości zostały zepchnięte w niepamięć. Ale historia pisana przez zwycięzców ma to do siebie, że lubi pomijać niewygodne rozdziały. Green Light, generał dawnej Nocnej Straży, budzi się po tysiącu lat stazy w ruinach Zamku Dwóch Sióstr. Zostaje wyrwana ze snu przez Lunę, która wcale nie jest tak „uzdrowiona”, jak wszyscy myślą. W świecie, gdzie prawda została ocenzurowana, a lojalność jest mierzona w watach słonecznego blasku, największym aktem buntu jest pamiętać o tym, co zostało wypalone. Prolog Rozdział 1
    2 points
  23. 8.11.2025 – 9.11.2025 Gdańsk Orunia Nie moje wydarzenie, podrzucam tutaj opis z FGE/FB bo nie wiem jak opisać samemu. Sssszzzz... bzyyyt! Uwaga! Nadajemy z przyszłości, w której odbywa się Ambermeet 2025! Początek listopada to zawsze rocznica pierwszego trójmiejskiego ponymeeta. Dlaczego nie połączyć tej okazji z kolejnym Amberem? Co planujemy? Tradycyjnie: mnóstwo kucykowych atrakcji, okazji do tworzenia wspomnień oraz poszerzania fandomowych horyzontów. Spotkania z ciekawymi prelegentami, możliwość rozbudowy swoich gadżetowych kolekcji, okazję do podziwiania najwspanialszych pluszaków XXI wieku, a także trochę niespodzianek. A z praktycznych rzeczy, to tradycyjnie nocleg z soboty na niedzielę. Zapraszamy zatem ponownie na Pomorze, aby przeżyć wspaniałe przygody na już 6 edycji naszego zlotu! Zapiszcie datę! Widzimy się się na Amberze 2025! Przydatne linki rejestracja, regulamin, zgoda rodzica, zgłoszenie pomocy, zgłoszenie stoiska, zgłoszenie atrakcji, wydarzenie na fejsiku.
    2 points
  24. Czego mi brakuje do zrozumienia, to - chociaż może to wyjaśni się w kolejnym rozdziale. Ale rozumiem, że bez przeczytania TSwNBoK zabraknie mi kontekstu, żeby zrozumieć, Na marginesie, początkowo zgubiłem się i myślałem, że Ale to mogło być moje niewyspanie.
    2 points
  25. Hmm… tak jak kolega wyżej zauważył tekstu jest na razie niewiele, więc i ciężko się na razie bardziej rozwinąć. Jak na razie mogę powiedzieć, że jest to solidne 9 stron opowieści i nie ma szans, że nie będę czekał na rozwinięcie historii o mojej ulubionej klaczy, której kreacja w tym rozdziale mi się jak na razie bardzo podobała. Mam też pytanie do autorki, jak na razie bowiem tego nie odczułem, ale czy nieznajomość oryginalnej historii będzie jakoś mocno wpływać na dalszy odbiór? Niestety dość wolny ze mnie czytacz i nie byłem jeszcze w stanie zajrzeć do ,,Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", która chwilowo dzielnie czeka na swoją kolej w kucykowym TBR
    2 points
  26. Witam serdecznie! Ciężko mi upichcić komentarz do jednego rozdziału, jeszcze tak krótkiego, no ale czego się nie robi, gdy ulubiona autorka wstawia nowy fik na forum, i jeszcze jako odsłona poboczna do już przeczytanego tekstu. Tekst przeczytany, muzyka włączona, można pisać. Zacznijmy od oczywistości. Lubię je mieć za sobą, bo wnoszą niewiele wartości merytorycznej w takich przypadkach. Bo zwyczajnie nie mam na co narzekać. Strona techniczna jest dobra, nie zauważyłem błędów. Tekst ma bardzo przyjemny, przejrzysty styl. Całość czyta się płynnie. Dialogów było mało, ale oddawały co miały oddać. Tempo jest akurat (chociaż ja osobiście lubię takie wolniejsze teksty, więc być może jestem skrzywiony pod tym względem). Fabularnie historia nie jest bardzo mocno zakorzeniona w oryginale, chociaż ma pewne odniesienia. Bez czytania oryginału tekst byłby mimo to zrozumiały - w tym sensie, że stanowi, jak na razie, oddzielną całość, jedynie połączoną pewnymi wydarzeniami i jedną, główną zresztą, postacią. Poznajemy tu pewne nieznane nam wcześniej fakty/domysły/poszlaki dotyczące ważnej w Nowoczesnej Baśni sprawy, w dodatku od strony bardzo osobistej. Nie mogę powiedzieć, że samo w sobie stanowi to spójną całość. Nie dlatego, że nie jest to spójne, po prostu nie jest to całość - jak już wspomniałem, jeden rozdział ;p. Jest pewien element mocnej sugestii co dalej się będzie działo (chociaż autorka potrafi zaskakiwać, być może się zdziwię). Postać Starlight (główna) została tu dobrze (roz)budowana (względem oryginału [no wybaczcie, nie mogę się cały czas do niego nie odnosić]). Względem serialu zaś... hm, musiałbym znów obejrzeć. Może jest to jakiś pretekst na powtórkę serialu? Mniejsza. W każdym razie, poznajemy część, drobniutką, jej dzieciństwa, a także losy jej matki i ojca. O ile ojciec w serialu był, o tyle matka... no nie mogę powiedzieć, że poszła po mleko, to bardziej do starego by pasowało. Skończmy na tym, że jej nie było w serialu i tu poznajemy wizje tego co się z nią stało (a raczej, co mogło się stać i idzie się domyślić, że będzie tego więcej). Ogólnie rozdział skupia się na Starlight i tym co jest wkoło niej i wychodzi to dobrze. Podsumowanie? Jest pozytywnie i zachęcająco. Kibicuje szczerze autorce, by udało jej się dokończyć ten tekst. Na razie nie oceniam tego jakoś bardziej szczegółowo, bo całość dopiero się rozkręca (chociaż, jak to u Niki, w bardzo charakterystycznym, niezbyt spiesznym tempie, ale dla mnie jest to plus). Pozdrawiam.
    2 points
  27. Przeczytałam do końca trzeciej części dziewiątego rozdziału, więc pomyślałam, że zostawię jakiś komentarz. Styl jest bardzo przyjemny. Najbardziej podobały mi się opisy. Były bardzo obrazowe, klimatyczne i nieprzesadzone. Moje ulubione wątki to Alikorngard i klasztor. To pierwsze jest ciekawe ze względu na traumy, jakie wszyscy stamtąd przynieśli. Tajemnica jest bardzo dobrze napisana, czuć ją, czuć to zagubienie, czuć mrok. Natomiast w to drugie wciągnęłam się autentycznie, przeczytałabym o tym całe opowiadanie. Jestem na tyle ciekawa, co się dalej wydarzy, że aż przeczytałabym starą wersję, żeby tylko się dowiedzieć. Myślę, że to mówi samo przez się. W ogóle, podoba mi się ta religia, te przemyślenia głównej bohaterki. Podobał mi się też motyw, że ta ucieczka z zamku nie udała jej się za pierwszym razem. Wątki polityczne są dla mnie za trudne, chociaż na razie mało ich było (albo ja jestem nieuważna, co też jest prawdopodobne). Co do bohaterów, Night Shadow jest całkiem w porządku. Ale chyba najbardziej lubię Dark Mane’a, Bastard Spella i Javelina. I domyślam się, że to się zmieni Dark Mane wydaje się być… Hmm, miły. Bastard Spell szalony, a Javelin rozsądny. Ale pewnie jeszcze się zaskoczę. Trochę jeszcze mieszają mi się niektórzy z łowców, bo trochę ich jest, ale mniej więcej się orientuję. To, że ich imiona nie są prawdziwymi imionami było dość oczywiste. Ogólnie, ciekawie się to rozwija. Cóż, muszę się dowiedzieć, co będzie dalej, więc czekam na ciąg dalszy
    2 points
  28. Witajcie Kucyki! Czy wiecie, że w Equestrii znajduje się jedno takie miejsce, w którym każdy może poczuć się równie ważny? Gdzie nie ma miejsca na zazdrość, rywalizację i popisywanie się swoimi talentami za to pełno jest współpracy, przyjaźni i szczerych uśmiechów Jeżeli czujesz się smutny, niepotrzebny, niedoceniony bądź po prostu pragniesz odnaleźć swoje miejsce wśród zgranej i pomocnej społeczności, to nie musisz szukać już dłużej - Wioska Równości gorąco zaprasza wszystkich! Zwłaszcza teraz nadarza się świetna okazja do odwiedzenia naszej przyjacielskiej osady - oto bowiem przygotowujemy wydarzenie, które rozsławi nas na całą Equestrię - I Dubbingowy Starlightmeet! Razem pokażmy światu nasze szerokie uśmiechy przygotowując wspólnie materiały ukazujące jak wspaniale żyje się w naszej wiosce Czego możecie się spodziewać na I Dubbingowym Starlightmeecie? Przede wszystkim atrakcji związanych z kreatywnością i głosem, w tym kolejnej już edycji warsztatów fandubbingowych podczas których wcielicie się w swoje ulubione postacie. Poza nimi będziecie mogli przysłuchiwać się prelekcjom, uczestniczyć we wspólnych zabawach, zagrać w planszówki jak i po prostu spotkać starych znajomych i poznać nowych. Wszystko to w przyjaznej atmosferze Miejsce: SDK „Jowisz” Warszawa, ul.Chodecka 4 Cena wejściówki: Standardowa - 40 zł Wspierająca - 120 zł Rejestracja: https://starlightmeet2025.sticzu.pl/ Poradnik dojazdu (ta sama lokacja, ten sam dojazd co na Znaczkowym i Nuklearnym): https://docs.google.com/.../1-0SjqhNiMsDfWCYMuyU.../edit... Do zobaczenia w naszej Wiosce! PS. Zachęcamy do śledzenia nas na Telegramie: t.me/BroniesTwilightWarszawa I discordzie: https://discord.gg/4aZmC5xmnB
    2 points
  29. Słońc milionami karuzela nocy lśni - Dokumenty Google Ledwo ledwo. Jeszcze dzisiaj rano miałem połowę tego, ale obiecałem sobie, że zrobię coś na ten konkurs no i jakoś dobrnąłem. Od lat nie napisałem słowa po Polsku i cóż. Wyszło jak wyszło. No, ale od czegoś trzeba zacząć. Apropos tytułu. Tak, to z pewnej piosenki z bo brzmiało ładnie xD
    2 points
  30. Ten fik ssie w ciul. Anyway, i tak musisz go przeczytać Cahuś, CIERP! Agent Drops i Wróg z Księżyca Tagi: [Oneshot] [Adventure] [Alternate Universe] Zadałem sobie parę pytań, „a co jeśli”, a potem zdałem sobie sprawę, że mam za mało słów, żeby to odpowiednio zeksplorować. Przykładowo w ogóle nie miałem czasu nawet wspomnieć o Twilight, planowałem więcej scen Rarity i oczywiście chciałem dodać gdzieś z tyłu Flutkę ale... Oh well. Może zrobię z tego serię, może nie, zapewne nie, w każdym razie próbowałem zostać bardziej w temacie mlp jako serii, ale też trochę to spoważnieć, ale nie iść nigdzie za daleko w sci-fi... Może się udało, może nie? Cza pomyśleć, znaczy, ktoś musi przeczytać i mi powiedzieć. Tak czy siak, nikt nie ginie, nie ma jakiś wielkich strzelanin w kosmosie czy coś, więc powinno być git. Miłego czy tam niemiłego czytania życzę każdemu, kto poświęci temu swój czas. Widzimy się za dwa lata jak Cahuś oceni każdy z fików.
    2 points
  31. Na początek małe ostrzeżenie. Nietypowe, gdyż rzecz nie tkwi w spoilerach zdradzających fabułę - tej nie zamierzam zbytnio zgłębiać, najpewniej ograniczę się do oceny postaw poszczególnych postaci, o czym zresztą też będę ostrzegać - lecz w oczekiwaniach, albowiem jeśli przybywacie tu spodziewając się kolejnej historii kalibru "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" czy też czegoś a'la "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", to najprawdopodobniej będziecie zawiedzeni. Tym razem, chciałoby się rzec rekreacyjnie, autorka pozwoliła sobie na coś krótszego - coś, przy czym nie będzie trzeba szukać wskazówek, uważać na drugie dna, to nie będzie wielka tajemnica do rozwikłania, okraszona gęsto pytaniami, na które być może otrzymamy odpowiedzi albo i nie. To po prostu niezobowiązujący przerywnik, krótka obyczajówka, mimo ogólnie niewesołego wydźwięku i w gruncie rzeczy poważnej tematyki (zdaje się, że ta jedna rzecz tylko pozostaje niezmienna), lekka lektura utrzymana w dość "klasycznym" tonie. Bo istotnie, czytając "Rodzina jest najważniejsza", miałem wrażenie, jakbym wkroczył na pokład wehikułu czasu, ustawił najaktywniejsze lata naszego fandomu i przeniósł się akurat w porę konkursu literackiego; czas płynie beztrosko, do zakończenia rywalizacji pozostało jeszcze trochę czasu, ale wciąż spływają nowe prace i jedną z nich jest właśnie ów tekst. Ponieważ lubię, gdy nowe fanfiki potrafią pobudzić u mnie małą nostalgię, muszę uznać to za plusik. Opowiadania autorki zazwyczaj są zwięzłe i nie grozi przy nich wrażenia dłużyzny, nie ma miejsca na nudę czy jakiekolwiek fragmenty, o których zastanawiamy się, czy aby na pewno są potrzebne. A mimo to "Rodzina jest najważniejsza" wydaje się jeszcze oszczędniej gospodarować słowami, tak przy opisach, jak i dialogach. Wypowiedzi bohaterek zwykle są krótkie, zwięzłe, na temat, chociaż zdarzy się niekiedy jakaś dłuższa wypowiedź, a opisy koncentrują się głównie na podejmowanych czynnościach, w przypadku Applejack, czyli głównej bohaterki, otrzymujemy jeszcze pewną dawkę jej przemyśleń i emocji. Co ważne, nie odnotowałem wrażenia niedosytu - oczywiście, z pomysłu można wyciągnąć znacznie, znacznie więcej, ale pytanie czy byłoby warto? Gdyż zagłębiając się w lekturę odkryjemy, iż w gruncie rzeczy... to wszystko już gdzieś było. Niekoniecznie w kucykowej fanfikcji, ale pewno kojarzycie podobne wątki z książek, seriali (zwłaszcza seriali, telewizyjnych) czy filmów, a niewykluczone, że może i z gier wideo, wszakże czasy, w których wyłącznie idziemy w prawo/lewo, skaczemy i strzelamy minęły. Motyw nie jest świeży i stąd wydaje mnie się, że z próby jego rozwinięcia prędzej wyszłoby zbędne rozwleczenie, toteż całe szczęście, że został opisany oszczędnie. Dzięki temu mamy takie właśnie niezobowiązujące i dosyć lekkie "przeżyjmy to jeszcze raz", zamiast "o nie, znowu". Umiar odznaczam jako kolejny plusik. Poszczególne bohaterki zostały w moim odczuciu oddane dobrze, oczywiście na ile pozwala forma. Powiedziałbym, że przez większość czasu jest dosyć serialowo, za wyjątkiem paru momentów, w których z ust tych kolorowych, kreskówkowych postaci padają brzydkie słowa (ale nie wulgaryzmy, tych tu nie uświadczymy w ogóle), ale nic poza tym. Siostrzana więź między Applejack a Apple Bloom wypadła wiarygodnie, zwłaszcza w chwilach, w których młodsza usiłuje bronić starszej, a gdy problem protagonistki zostaje ujawniony, ta nie odwraca się od niej, ale z nią rozmawia, zadaje pytania, próbuje zrozumieć. Innym razem czuje się, że Apple Bloom również ma swój własny dramat, z którym trudno jest jej sobie poradzić, gdyż nie wie, o co może chodzić. A gdy zostaje przelana czara goryczy, ucieka się do rozwiązania siłowego i wkroczyć musi Cheerilee - nie ma jej tu wiele, ale gdy już jest, pozostaje aktywna. Cóż, musi - jest nauczycielką i to ona jest odpowiedzialna za swe uczennice, wewnątrz szkolnych murów. W ogóle, mimo oszczędności w formie, czuć też wewnętrzne rozdarcie Applejack - wie, że to, co robi, nie jest dobre, ale chwilowo nie wie jak z tej drogi zawrócić, miota się, dusi w sobie swe rozterki, wszystko to zostało napisane bez zarzutu. Zwięźle, ale wiarygodnie. Przyznam też, że jak na tę bohaterkę, to dość nietypowa rola. Widać, że autorka próbowała wykreować przy niej paralelę do Pear Butter, w sensie, że córka powtarza błędy matki, aczkolwiek w przypadku Pear Butter nie powiedziałbym, że zostawiła rodzinę dla Bright Maca; prędzej to oni zostawili ją, każąc jej wybierać w sytuacji, gdzie nie było żadnej ostateczności, zamiast podejść do sprawy dojrzale. Applejack też nie wydaje się być postawiona przed takim wyborem, lecz szkopuł tkwi w czym innym. I uwaga, tutaj będą spoilery! Ale ostatecznie, o ile idzie Applejack... zrozumieć, oczywiście w pewnym stopniu, o tyle nie można powiedzieć, że zachowała się dojrzale. Co w sumie jest pewnym zaskoczeniem, bo kto jak kto, ale ona, przynajmniej dla mnie, sprawiała wrażenie twardo stąpającej po ziemi, zbyt zajętej pracą, ale zawsze szanującej rodzinę tak swoją, jak i cudzą, i rozumiejącej, że pewnych granic się po prostu nie przekracza. Podsumowując ten punkt, motyw paraleli między Applejack, a Pear Butter, był sam w sobie ciekawy, ale nie sądzę, by miał tu szansę zaistnieć, bo w gruncie rzeczy mamy do czynienia z dwiema kompletnie innymi sytuacjami; jedyne, co wydaje się wspólne to to, że i w jednym, i w drugim przypadku ktoś zachował się niedojrzale. Skromny komentarz odnośnie różnic społecznych także wydaje się tu ciekawym dodatkiem i moim zdaniem działa lepiej niż wymieniona przeze mnie paralela. Oczywiście, sam motyw wybrzmiewa dość naiwnie, ale to przez to, że wypowiada się na ów temat Apple Bloom, zatem mamy poważny skądinąd problem opisany z perspektywy dziecka. Applejack schodzi do jej poziomu, ale w sumie nie mówi wiele, w tym punkcie historii jest jeszcze na etapie... samooszukiwania się? Są oczywiście pewne rzeczy, przy których trzeba użyć wyobraźni - chociażby jak to się zaczęło konkretnie, kiedy, jak się wówczas czuła protagonistka, więc jakiś obszar do pogłówkowania mimo wszystko pozostał. Akcja fanfika jest jednostajna, chociaż wydaje się sprawnie zmierzać do przewidywalnej konkluzji, to cały czas lektura jest raczej spokojna. Jak mogło być inaczej? Wszakże to [Slice of Life] - wciąga, nie wymaga ani zbyt wiele czasu, ani tytanicznego skupienia, ma opowiedzieć pomysł, umilić nieco czas i dokładnie to robi. Ostatecznie wygląda na to, że każdy wraca tam, gdzie był, życie toczy się dalej, czas niby leczy rany, ale każdy wie, że już zawsze będzie budzić się każdego dnia ze wspomnieniami tego, co zaszło i świadomością tego, co mogłoby być, ale nie zaistniało. I to, samo w sobie, jest dosyć życiowe. Zdecydowanie - czyta się o magicznych kucykach, ale pod powłoką tych kolorowych postaci kryją się ludzie ze swoimi ludzkimi problemami, obarczeni typowo ludzkimi niedoskonałościami. Nie da się tego ukryć. Ostatecznie tekst można polecić, lecz jako krótką obyczajówkę, bardziej na przerywnik, aniżeli na coś, co może skłonić ku głębszym refleksjom, choć oczywiście potencjał ku temu tutaj jest. Opowiadanie jest krótkie, ale zwięzłe, zostało zrealizowane sprawnie, oszczędność formy służy fabule, a bohaterów oddano dobrze, wiarygodnie, jednych bardziej wyraziście od drugich, czuć tutaj melancholię, złość, smutek, ale także i nostalgię, zważywszy na ogólne wrażenie, jakie pozostawia po sobie fanfik. Można współczuć, można karcić, a można przejść obok problemu bohaterki obojętnie, ale nie można zaprzeczyć, że autorka chciała to napisać. Historyjka nie szokuje oryginalnością czy przewrotnością fabuły, ale nie zawsze o to chodzi; czasem wystarczy wciągnąć na kilka minut, opowiedzieć coś i zapewnić tym samym rozrywkę. A jeśli ktoś poczuje się zdopingowany do czegoś więcej, to tylko kolejny plusik Czasem taka oszczędność w formie potrafi wzbudzić więcej emocji niż epopeja - a już na pewno sprawia, że tekst zostaje w głowie na dłużej. Warto było przeczytać.
    2 points
  32. Przeczytałem wreszcie całość i... o mamo, ale to było dobre. Cały tekst idzie nieco chaotycznie, ale to, jak już pisałem, jest dobre (w tym wypadku). Wydarzenia toczące się na księżycu przeplatają się ze wspomnieniami Twilight. Mogłoby się wydawać, że jedne i drugie są pokazywane chronologicznie, ale mówiąc szczerze, nigdy nie miałem 100% pewności, że są po kolei. Zwłaszcza co do wspomnień. To sprawia, że czytało się tym ciekawiej i uważniej, zastanawiając co chwilę, czy postacie kłamią, mylą się i co w zasadzie wynika z tego, co mówią albo myślą. I ile można przy tym teorii wymyślać. Takich, które mogą albo polec szybko, albo ewoluować. Cudownie. Już wcześniej chwaliłem rozwój postaci i dalej to podtrzymuję. Im dalej w fanfik, tym więcej się o nich dowiadujemy. Głównie o Twilight, ale pozostałe też potrafią zaskoczyć i wywrócić spojrzenie na nie. No może poza Flurry, która pojawia się raptem kilka razy i staje się raczej motorem do zmiany w innych postaciach, albo źródłem ciekawych informacji. Na przykład to stwierdzenie Flurry, że Cadance śmierdzi podmieńcem i nie jest jej matką. Początkowo myślałem, że to ostatnie stwierdzenie jest czymś w rodzaju focha za zaistniałą sytuację. A potem sprawa robi się coraz jaśniejsza, aż wreszcie prawda okazuje się być... zaskakująca. Przyznaję, na tamtym etapie bym się jej nie spodziewał co odwaliła Cadance. Za to gdy już dostałem rozwiązanie, okazało się, że wszystkie elementy faktycznie pasują a poszlaki są właściwymi poszlakami. A wszystkie, dziwne teorie, które powstawały w trakcie lektury są zbyt proste, albo zbyt zakręcone. Bardzo fajna robota. Dużo więcej czasu dostają Celestia i Luna (no i Twilight, ale o niej za chwilę). Ta druga budzi sympatię. Biedna siostra, zamknięta ponownie na księżycu, z kucykami, które nie są dla niej zbyt miłe. Cały czas uznaje Twilight za przyjaciółkę, mimo, że ich relacje bywają burzliwe. Jak chociażby wtedy, gdy Twilight roztrzaskała gramofon. Plus też za język, którym posługuje się Luna. MA on dużo sensu w kreacji postaci. Bo skoro spędziła setki lat na księżycu, nie dostosowała się do zmian językowych, zachodzących w Equestrii. A jej krótkotrwały (relatywnie) pobyt po powrocie mógł być za krótki by się przestawiła na nowy język. O ile w ogóle chciała. Dopiero na koniec okazuje się... no właśnie. Czy to wszystko było tylko grą pozorów? Czy może rozbicie ukochanego instrumentu Luny przegięło pałę goryczy? Osobiście skłaniam się do tego drugiego, ale to tylko przeczucie. A i ostatnia kwestia, co do Luny, czyli jej zazdrość do Cadance, która odebrała jej wszystko Równie ciekawa Celestia. Przynajmniej z punktu widzenia swoich działań i słów. Mam dziwne wyrażenie, że ona się bawi pozostałymi klaczami. Trochę je na siebie napuszcza, rzuca kilka słówek i obserwuje ich działania i frustracje. Zwłaszcza Twilight. To wydzielanie jedzenia, podpierane pytaniami, czy aby na pewno, podrzucenie książki z kwiatkami, albo izolowanie Luny. To ostatnie miałoby wprawdzie chyba więcej sensu, gdyby uznać, że Celestia jest Change i trochę mści się za tortury. Nie do końca tylko wiem, czemu Celestia by taka była. No chyba, że po prostu tak kocha manipulować innymi, że robi to zawsze i wszędzie. Jak skuteczny władca, rządzący właśnie przez intrygi. Kto wie, może nawet jest odpowiedzialna za powstanie Nightmare Moon (raczej nadinterpretacja) No i Twilight. Główna bohaterka i narrator w jednym. To jej losy śledzimy i patrzymy, jak odjeżdża jej peron, dworzec i cała Equestria. I muszę powiedzieć, że obserwacja jak jej odwala i jak inne księżniczki na to reagują był w pewien sposób przyjemne. To oznacza, że tekst był dobrze napisany. Poza tym, to pasuje do postaci, która często za dużo myślała. Jej wybuchy i zachowanie pasują do tego, co znamy z serialu a przy tym są fajnie pogłębione i rozbudowane w tym tekście. Spodobał mi się również pomysł by zrobić z niej nową królową roju i żonę Thoraxa. To pozwoliło świetnie ukazać postępujące szaleństwo Twilight, która tak się zafixowała na chęci bycia jak stara Crysalis (zamiast przekonać podmieńce, że pora na nowe), że naprawdę stała się Chrysalis. /to w sumie trochę dowodzi teorii, że Ceśka uwielbia intrygować. To ona nakłoniła Twi i Thoraxa do ślubu. I jeszcze kwestia Trixie i Starlight, które możliwe, że odegrały dużą rolę w wygnaniu Twilight. Co do Starlight, to już od jej pierwszego pojawienia się, miałem wrażenie, że niespecjalnie lubi Twilight i zgadza się z jej naukami. Zdawała się być bardziej indywidualna i krytyczna (co być może się potwierdza). A Trixie? Trixie mam wrażenie jest taka jak z serialu. Plus jej ciągła chęć pokonania Twilight i przybieranie różnych tożsamości. Ciekawy pomysł. Taki, pasujący do postaci i opowiadania. A czemu to robi? Moim zdaniem, pamięta, że zamieniły się miejscami i mogła zostać księżniczką. Dlatego początkowo próbowała udowodnić, że jest lepsza od Twilight. Później, mam wrażenie, że jej się to po prostu spodobało. Choć nie wiem jak komuś mogłoby się spodobać to kombinowanie ze szklankami. i na koniec: Czy fik ma jakieś wady? Możliwe, choć ja nie zauważyłem niczego poważnego. Podsumowując, polecam gorąco i myślę, że mogę, a nawet powinienem dać głos na Epic. Co też czynię. Bo to kawał świetnego i świetnie napisanego tekstu.
    2 points
  33. Widok kompletnej historii, to znaczy dostępnych wszystkich rozdziałów wraz z epilogiem, jest szalenie satysfakcjonujący. Jest to najdłuższe jak do tej pory opowiadanie Niki i zarazem najbardziej złożone, co widać zwłaszcza teraz, gdy mamy już pełen obraz tego, co sobie wymyśliła autorka. Rozpoczynając nietypowo, bo od małego podsumowania. Historia ta musiała być wymagająca w pisaniu i pewnie wiele razy się zmieniała, być może na etapie samych koncepcji, a może w trakcie powstawania, jedno jest pewne - podjęte zostało niemałe ryzyko, które moim zdaniem się opłaciło. Żadnym rozwiązaniem czy tajemnicą nie czuję się rozczarowany, wątki absorbowały od samego początku i trzymały w napięciu, a pod koniec, gdy tego napięcia zrobiło się najwięcej, gdyż przyszedł czas skonfrontowania się w prawdą, niekiedy człowiek nie wiedział co się zaraz stanie, co się okaże i dało się w tym wszystkim odczuć... Nie wiem czy szaleństwo jest tu najodpowiedniejszym określeniem, lecz to, jak realizowane były ostateczne interakcje między bohaterkami, jak wyglądała dynamika poszczególnych rewelacji i jak odpowiedziały one na postawione przed nami pytania dużo wcześniej, zdecydowanie, było to coś szalonego. A przy tym niezmiennie klimatycznego, zastanawiającego i niekiedy bardzo życiowego, nacechowanego silnymi emocjami, które towarzyszą każdemu i które najtrudniej, mam wrażenie, opanować. Jak zazwyczaj, tak i teraz, PRZESTRZEGAM PRZED SPOILERAMI DOTYCZĄCYMI PEŁNEGO ZAKOŃCZENIA HISTORII! Jeśli jeszcze nie czytaliście fanfika, gorąco zapraszam do lektury, a dopiero potem do niniejszego komentarza. Nie zapomnijcie, by zostawić własny A teraz przyjrzyjmy się rozdziałowi opatrzonemu dumnie siedemnastym numerkiem, który wieńczy dzieło i ukazuje nam o co chodzi z tym odbiciem Chrysalis, co jest grane z tą Imagination Dominą, co się stało z Twilight i kto jest odpowiedzialny za rzeczy, o których czytamy w opowiadaniu. Towarzyszący podczas czytania nastrój miał w sobie pewne vibe'y "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", lecz przede wszystkim był to znajomy z pierwszych rozdziałów, mroczny, tajemniczy klimat, który uczynił ten finał niezapomnianym. Jednocześnie, nawet gdy czytelnik wiedział już o co chodzi, trzymał on w napięciu; była przy tym niezdrowa ciekawość wobec tego jak to się stało. Przyznam, że sam nie spodziewałem się tego, jak autentycznie Twilight pragnęła poznać tajemnice Chrysalis i stać się idealną następczynią, doskonałą królową roju. Może moje wrażenie jest mylne, ale w rozdziale siedemnastym nabrałem przekonania, iż owszem - wiele stało się za sprawą wstawiennictwa Celestii, plus uczucie, jakie Twilight żywiła do Thoraxa, lecz tutaj wydawało mnie się, że ona jednak nie robi tego dlatego, że taką role przewidziała dla niej Pani Dnia, ani po to, by w jakimkolwiek sensie być w pełni godną Thoraxa. Teraz faktycznie wyglądało to, jakby chciała tego... dla samej siebie. Jakby sądziła, że nie będzie kompletna, póki nie odkryje tego, jak być niemalże perfekcyjną kopią Chrysalis - taką, którą pokocha rój, ale zarazem taką, która rzuci cień na poprzedniczkę. Nie dla Thoraxa, nie po to, by uznał ją Pharynx, nie po to, by zabłysnąć przed Celestią, lecz dlatego, że tego chciała. Oczywiście późniejsza scena z Celestią zadaje kłam temu wrażeniu, ale pomyślałem, że o tym wspomnę. Zatem Twilight ostatecznie dostąpiła tajemnicy, nawiązała kontakt ze swoją prawdziwą, idealną formą - tak mnie się zdaje, że ten głos, który wewnątrz siebie usłyszała, pochodził od Imagination Dominy - i otworzywszy się, przeszła przemianę, a jej początkowe szczęście na tamtym etapie scementowało moje wrażenie, że ona chyba faktycznie tego pragnie. Ogółem wątek tej przemiany, to, jak Twilight próbowała się odnaleźć w swojej nowej, doskonałej formie - lepszej, silniejsze, piękniejszej i bezwzględniejszej - jakie pytania sobie zadawała, a także jakie nosiła w sercu obawy, to było jak dla mnie najbardziej absorbujące. Przez cały czas wydawała się przy tym bardzo opanowana i spokojna, no prawie jak nie ona. Rzeczywiście, to musiała być ta "lepsza" forma. I tutaj drugie moje wrażenie, które później zostało zniszczone przez scenę z Celestią - przez moment sądziłem, że gdyby Twilight miała to opanowanie, ten stonowany mindset Imagination Dominy dużo wcześniej, to masy problemów by nie było, wiele przykrości nie wydarzyłoby się w ogóle, pewnie asertywnie odmówiłaby Celestii i to nie jeden raz. Więc w tym sensie uwierzyłem, że to faktycznie musi być forma doskonalsza od Twilight. I moooże faktycznie, Celestia zorientowała się, że traci kontrolę nad swoją uczennicą, jakby nie było, na własne życzenie - okazało się, że nawet te czerwone skarpety, które jej podarowała, one już były dla Imago, a nie Twilight - więc skoro "stworzyła potwora", no to pora tego "potwora" gdzieś odesłać - tam, gdzie zwykle. To oczywiście nie tłumaczy tego, co robiły tam pozostałe bohaterki, ale znów - w tamtym momencie coś takiego sobie wyobrażałem. I ów czar Twilight, nawet jako Imago, chłodno kalkulującej, spokojnej, wyważonej, zadającej sobie trudne pytania i próbującej jakoś przewidzieć to, co się może wydarzyć, ostatecznie prysł, gdy ta odwiedziła Celestię. Poszczególne sceny ujawniły nam, iż to rzeczywiście ona stoi za kolejnymi zesłaniami na srebrny glob, podobnie jak w przypadku Cadance, a zwłaszcza Luny, poznajemy jej punkt widzenia oraz motywy, przez co idzie ją w takim czy innym sensie zrozumieć. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, nawet po wszystkim, że przez cały czas bardzo się bała, wszystkiego, co robiła. Wyobrażam sobie, jak prowadzi kolejne działania, jak wysyła na Księżyc jedną, drugą, trzecią księżniczkę, będąc przez cały czas przerażoną, może samą sobą, może świadomością wagi swego czynu. A może sama nie mogła tak do końca uwierzyć w to, do czego jest zdolna. Albo nie była niczego pewna, pewnie liczyła się z tym, że ktoś ją może zobaczyć. Ale! Z drugiej strony, to, że z Cadance, Flurry i Luną poradziła sobie w taki sposób, że wykorzystała swoją moc, by podkraść się blisko gdy te były pogrążone w śnie, może także świadczyć o dość tchórzliwym podejściu. No bo co? Nie miały jak zareagować. Z jednej strony jest to zapewnienie sobie potrzebnej przewagi, ale z drugiej wydaje się nie fair. Ale jak teraz o tym myślę, to mogły zajść naraz oba te scenariusze. Tchórzliwie zaczekała, aż jej "konkurentki" zasną, po czym zesłała je na Księżyc - wiedziała, jak to uczynić, gdyż zaklęcie pokazała jej Celestia - a gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła i do czego jest zdolna, ogarnęła ją panika. I dlatego gdy przyszła pora na Celestię, zachowała się inaczej. Może tę chłoną, kalkulującą Imago na chwilę przebiła ta niestabilna, niezrównoważona, kierująca się emocjami Twilight Sparkle, która nie potrafi się postawić, popełnia głupie błędy, których potem nie potrafi rozwiązać w zdrowy sposób, ale o wszystko obwinia otoczenie. Bo to wyglądało tak, jakby chciała zostać powstrzymana. I wybuchła. I wygarnęła Celestii, co o niej myśli. A potem użyła zaklęcia. Tylko, że zbyt późno. Dała Celestii szansę, którą ta wykorzystała. W sumie, jeżeli Celestia wie jak kogoś zesłań na Księżyc, to chyba powinna też wiedzieć jak z niego "zejść", co nie? Jeżeli byłaby to prawda, to by oznaczało, że Celestia świadomie siedzi tam z nimi. A skoro tak, to z pewnością o coś jej chodzi. I tutaj przychylam się do twierdzenia Cahan: A jeszcze co do Twilight - chciała stać się Chrysalis, idealnym Podmieńcem. A wyszło na to, że nawet nie potrafiła być idealną... sobą. No przepraszam, jak ona sobie to wyobrażała? Stąd, jak wcześniej podejrzewałem, że to Celestia okaże się "tą złą", że będzie odpowiedzialną za to, co się stało... No i wyszło na to, że odpowiedzialna była, lecz za zupełnie inne rzeczy. I teraz, to zaczęła mi wyglądać na ofiarę Twilight Sparkle, która otrzymała możliwości, otrzymała "narzędzia", ale wszystko to zaprzepaściła, bo nie myślała w tym wszystkim o sobie, tylko o Celestii. I w tym sensie, poza tym, że to Twilight okazała się być tą, która zesłała większość księżniczek na Księżyc, to ona wydaje mnie się teraz "antagonistką". Kolejne świadectwo tego jak autorka potrafi umiejętnie bawić się emocjami czytelnika, wodzić go za nos, kreować zwroty akcji, szokujące rewelacje oraz zachowywać intrygujący klimat oraz emocje, przez które ciężko o tekście zapomnieć i przejść do porządku dziennego. Ale serio, Celestia z pewnością z nich wszystkich jest najstarsza - najwięcej widziała, najwięcej wie i najwięcej może. Ale i najwięcej wycierpiała. To jest totalnie inne wrażenie niż to, które miałem rozpoczynając lekturę. Chociaż... zastanawiam się jak przebiegły zaklęcia podczas ich konfrontacji. No bo scena sugeruje, że obydwie rzuciły zaklęcie zesłania, ale nie zrobiły tego jednocześnie. Może Celestia szybciej zakończyła rzucanie czaru i zrównała się z oponentką, ale wciąż... coś mi tutaj nie gra. Bo chyba żeby czar został doprowadzony do końca, to któraś z nich musiała być pierwsza i zostać na Ziemi, żeby ta druga mogła trafić na Księżyc. Czy nie? Bo inaczej nie powinny się te zaklęcia "nałożyć na siebie" i wzajemnie rozproszyć? W ogóle, skąd wiemy, że Celestia użyła tego samego zaklęcia? Może pod wpływem chwili rzuciła cokolwiek, o czym wiedziała, że będzie skuteczne i zadziała szybciej, zanim Twilight dokończy swój czar? A co jeżeli Celestia - pewnie niechcący - naprawdę pozbawiła Imago/ Twilight życia, tam w pałacu? I niedługo po tym zdała sobie sprawę, że pozostałych księżniczek już nie ma i domyśliła się, że są na Księżycu? Że to zaszło za daleko? Ale przecież Twilight nadal była dla niej ważna, była jej bliska, więc nie mogła tak po prostu jej zostawić... A zarazem wiedząc, że miała w tym swój udział, postanowiła przywrócić jej życie i wraz z nią udać się na Księżyc, gdzie już były pozostałe księżniczki (minus Starlight), by miały szansę przepracować relacje między sobą zanim mogłyby powrócić? Myślę, że Celestia miałaby taką moc. Może nawet potrafiła wpływać na wspomnienia. Albo je kreować. Ja tak teraz o tym myślę, ona masę rzeczy potrafi. Musi być z nich najpotężniejsza, chociaż niezbyt to okazuje. Lecz mimo całej swej potęgi, poniosła porażkę w tym, że jeżeli naprawdę pragnęła dla Twilight tego, by była najlepszą sobą, no to jej uczennica chyba znalazła się tak daleko założonego celu, jak to tylko możliwe. Nikt nie jest idealny. No i okazuje się, że Cadance jednak mogła ją widzieć, gdy brała kąpiel jako Chrysalis. To wciąż creepy, ale rzeczywiście, Cadance musiała coś podejrzewać. A może za dużo wypiła i udzieliła jej się jakaś przedziwna... perwersja? Ale o co konkretnie mi chodzi? Wczytajcie się dokładnie - Cadance w poprzednich rozdziałach wspomina, że bez arcordii nie może się przemienić w Podmieńca, który nie potrzebuje żywić się miłością, a nie, że nie mogę się przemieniać w ogóle. Więc to ona mogła być tym motylkiem No ok, ale skoro tak, to nie mogła chociaż przybrać formy takiego dobrego Podmieńca? Może nie miałaby jego "właściwości", ale mogłaby chociaż wyglądać jak on? No cóż, Cadance wspomina o swoim wybrakowaniu i podejrzewam, że taka zabawa tylko pogrążyłaby ją w przekonaniu, że jest "wadliwa", że jest "niesprawna", że jest w jakimś sensie "imitacją". Trochę jak Twilight, która pragnie być Chrysalis - sam wygląd nie wystarczy, forma to też nie to, bo Chrysalis jest jedna. Tylko że Twilight ma większy problem z tym, by uznać swoje braki. Cadance z kolei ma problem, by je zaakceptować. Czy w tym sensie są siebie warte? Zdecydowanie. Teraz to widzę. Twilight zniszczyła gramofon, a Cadance rozwaliła biedną szałamaję. Niemalże jak lustrzane odbicie. To wydaje mnie się fascynująca teorią. Może nie sama szałamaja, jako taka, ale "Sonata Lunarna"? A może po prostu jest to muzyka, na którą reagują Podmieńce? W ogóle, może tak oddziałuje na nie muzyka, jako taka? Twilight ostatnio zareagowała tak, jak zareagowała, bo wtedy była przekonana, że na pewno nie jest Podmieńcem, na pewno nie jest Chrysalis. A Cadance mogła zareagować podobnie, gdyż przypomniało jej to o tym, kim naprawdę jest. Możliwe, że był to bait ze strony Luny. Po prostu poprzednim razem Twilight zniosła to... mniej beznadziejnie. Widać Pani Nocy nie lubi udawanych rzeczy i zależy jej na prawdzie. Ale miło, że szałamaja została odratowana Podobnież, chociaż to akurat o ostatnim rozdziale, miło, że podczas ratowania rannej Cadance, Flurry otrzymała swój znaczek. Taki ciepły, serialowy akcent, światełko w tunelu, coś na rozluźnienie i pokrzepienie. Fajna rzecz, jak dla mnie bardziej ubogacająca klimat, aniżeli w niego godząca. Wracając, podobały mnie się dwa creepy motywy w ostatnim rozdziale. Mianowicie, Imago otwierająca wrota i znajdująca martwą Cocoon, lecz jak się okazuje, jeszcze do niedawna mogła żyć. Zastanawiam się jak wyglądały jej ostatnie chwile. Co porabiała przez ten czas? Co sobie myślała? Jak się czuła? Jak przebiegała ta, w moim domyśle, powolna i wyjątkowo przygnębiająca śmierć w samotności? Po drugiej stronie szali - Change, która powinna być tam, gdzie Nightmare Moon ostatnim razem ją zostawiła, aczkolwiek, gdy chce pokazać ją Twilight (znakomicie budowane napięcie, swoją drogą), okazuje się, że jej tam nie ma. Może Luna ją sobie wymyśliła, a może jednak nie? Co jeżeli Change wydostała się i była gdzieś tam, z nimi na Księżycu? I obserwowała? Co czuła, czy zdawała sobie sprawę, że powstała z przeistoczenia? A może na satelicie, gdzie nikt nie pała do siebie szczególną miłością, zaczęła zmieniać się w coś... innego? Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, bardzo, ale to bardzo podoba mnie się to, że NIE WIADOMO Tyle niełatwych rzeczy pozostawionych zostało wyobraźni czytelnika, a z racji kontekstu, niekiedy w głowie pojawiają się nie tyle mroczne, co straszne scenariusze. Uwielbiam to ^^ Epilog był krótki i treściwy. Miał w sobie coś pokrzepiającego, gdyż był to swoisty kalejdoskop możliwych scenariuszy i marzeń, o tym jak wszystkie mogłyby wrócić na Ziemię. Wydaje się, że mimo trudnych chwil, rzeczy nareszcie zaczynają zmierzać ku... spokojowi. Względnemu. Lecz na samo zakończenie mamy pytanie o to, ile już minęło czasu od wygnania, skoro to wcale nie były dwusetne urodziny Cadance. Załóżmy, że Celestia jednak nie potrafi wraz z nimi powrócić na planetę dzięki magii, ale któryś z wymienionych scenariuszy mógłby naprawdę zaistnieć. Pytanie tylko - kiedy? Jeżeli minęło o wiele mniej czasu niż te dwieście lat, wówczas może to oznaczać, że okres długiego, trudnego w związku ze swoim towarzystwem oczekiwania na cud dopiero przed księżniczkami, ale z drugiej, jeżeli upłynęło go więcej, to być może... Gdyby jakiemuś marzeniu było pisane się spełnić, to najprawdopodobniej już by się to stało. Jeżeli nie, wówczas... może zostaną tam już na zawsze? Zatem mimo pewnego ciepła i pokrzepiającej nadziei, pozostaje nuta niepewności, wręcz groźba, że już tam zostaną. I być może nigdy nie przepracują swoich relacji, nie zakończą spraw, nie wyjaśnią sobie przeszłości. A Celestia będzie się temu wszystkiemu bezradnie przyglądać. OK, mają wielką moc, choć nie wystarczającą, by móc wrócić do domu, ale mają wszelki czas we wszechświecie, by usiąść i załatwić między sobą niesnaski z przeszłości. I mimo tego, nie mogą tego uczynić. Taka wizja współgra z ogólną tajemniczością i na swój sposób przytłaczającą świadomością ciemnoty królewskich serc. Nawet jeżeli nie są aż tak kochane przez kucyki, może mogłyby pokochać siebie nawzajem, w sensie, zaakceptować się takimi, jakimi są, docenić siebie i się zmienić. Może to by coś zmieniło. Ale na to się nie zanosi. Ale ostatecznie wszystko jest kwestią czasu. Czasu, który leczy rany. Ogółem było to bardzo ładne zakończenie, godnie wieńczące historię. Podobało mnie się, zapadło w pamięci i dostarczyło materiału do refleksji, pola do interpretacji oraz powodów do zaskoczenia. Cieszyło klimatem, satysfakcjonowało sposobem konstrukcji poszczególnych rozdziałów, gdzie autorka bez wzbudzania zagubienia u czytelnika ani mącenia przekazu, swobodnie żonglowała wydarzeniami na księżycu i retrospekcjami, zachwycało bezkompromisowością i odwagą w kreowaniu bohaterek, nie obawiając się dotykać kwestii bardziej intymnych czy zmysłowości. Elementy te są odpowiednio stonowane, więc czytelnik nie powinien czuć się nimi "atakowany", wszystko współgra ze sobą bardzo dobrze, nie można oprzeć się wrażeniu wykonanej pracy w sposób przemyślany, kompletny, jest tu intrygujący koncept, jest serce, jest zamysł, by opowiedzieć coś więcej, coś innego; bo teoretycznie można to sprowadzić do kolejnego fanfika, w którym ktoś okazuje się Podmieńcem bądź do historii o miłości. Ale nawet w tym wypadku, wszystko jest napisane inaczej, więc opowiadaniu nie można odmówić oryginalności. Ma mnóstwo walorów, którymi się broni, a które sprawiają, że historię tę, w całości mogę POLECIĆ każdemu, kto szuka czegoś innego. Czegoś wciągającego. Czegoś, co okaże się podróżą z nagrodą na końcu. Nie jest to chowaniec w pudełku, ale nowe, świeże spojrzenie na Twilight Sparkle oraz relacje między księżniczkami, przyprawione ciekawym światotworzeniem ukierunkowanym na społeczność Podmieńców, co stwarza wrażenie, że jest coś poza Equestrią i kucykami. Historia ta okazała się absolutnie FAN-TAS-TYCZ-NA i mimo kilku wątków, które określiłbym mianem "niewystarczająco wykształconych", jak np. wspomniana przez moją przedmówczynię Arcordia, chciałbym, powołując się na ten, jak i na poprzednie moje komentarze, oddać głos na tag [EPIC], gdyż uważam, że jest to kolejny "modern classic" od Niki, który zasługuje na uwagę oraz to wyróżnienie Na zakończenie, kilka odpowiedzi z mojej strony Bardzo mi miło, zadanie to nie było straszne ani trochę, to była ogromna przyjemność i cieszę się, że mogłem pomóc Jak wspominałem, ta historia zasługuje na uwagę, w tym na najlepszą możliwą formę, aczkolwiek bez zbytniej ingerencji w stylistykę, gdyż tę uważam za element Twojego stylu, rozpoznawalnego stylu. Jednocześnie żałuję, że nie mogę okazać się zbyt skuteczny w materii tłumaczenia na język angielski, ale ile będę w stanie, tyle postaram się pomóc, ale tak czy inaczej życzę wytrwałości oraz powodzenia w tłumaczeniu Co do rysunku - nie ma za co, cieszę się, że Ci się spodobał. Jednakże prawdopodobnie to jeszcze nie koniec Opowiadanie posiada klimat nacechowany pewną mrocznością oraz typowe dla tego tagu elementy, lecz osobiście miewam kłopoty z oceną "czy już starczy". Więc wybacz, ale musze to pozostawić do Twojego uznania, gdyż bez niego może być, z nim również. Nie czuję przekroczenia bądź nieprzekroczenia granicy. Tu najlepiej podpowie ktoś, kto regularnie korzysta z FimFiction, ale wydaje mnie się, że [Mature] będzie tu obowiązkowy. Plus/ Albo jakieś [+16], jeżeli coś takiego mają. Jeżeli zagraniczna publika jest wrażliwsza, to [Dark] może być bardziej na miejscu, aniżeli w przypadku publiki rodzimej. Może [Violence]. [Slice of Life]/ [SoL] jak najbardziej. [Romance] również. Moooże jeszcze [Sad]? No i może tagi odnoszące się do występujących postaci, jeżeli takie tam są? Główna historia jest kompletna, ale chciałbym przeczytać jakieś opowiadania poboczne, więc jak najbardziej jestem na TAK Mnie się bardzo podobało, starałem się wszystko opisać w moich komentarzach. Warto było przeczytać, świetne opowiadanie, podobnie jak pozostałe Twoje dzieła. Także, jeżeli masz chęć, jeżeli masz lub będziesz miała ciekawy pomysł... Jasne! Ja bym chciał bardzo Pozdrawiam serdecznie! Zapraszam do lektury!
    2 points
  34. Myślę, że tak. Bo [Dark] pasuje do mrocznego, tajemniczego i depresyjnego klimatu Księżyca. Oni to w ogóle są nadgorliwi z tagami, więc tak. To co oni biorą za gore, to u nas by często-gęsto przeszło na luzie w ogólnym. Tak samo jak [Sex] - co często oznacza, że clopa tam wcale nie ma, po prostu temat seksu się pojawia. Czy chcemy? Tak, chętnie. Ogółem Epilog pozostawił pewien niedosyt i dalsze pole do popisu. Ale to Ty jesteś autorką i Ty wiesz jakie tajemnice ostatecznie chcesz nam zdradzić. Tak i tak. Fajne, pisz dalej, kiedy Fallout?.
    2 points
  35. Dobra, skoro nadchodzi epilog, to może powinnam nadgonić komentarze. Szczególnie, że dużo się działo. Nie spodziewałam się, że dostaniemy od Niki odpowiedzi tak bardzo wprost. Nie żeby mi się to nie podobało, bo podoba się bardzo, po prostu to dość nietypowe dla autorki. Ogółem, choć myliłam się co do wielu rzeczy, to sądzę, że odgadłam i tak całkiem sporo (Cadance żyje bardzo długo, a Cocoon spełniała się cieleśnie). A wyłożyłam się głównie na Lunie. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że Luna może być dalej Nightmare Moon, choć raczej jest jednocześnie Luną i Nightmare Moon. I lubię ją taką bardziej niż sztucznie grzeczną i miłą Lunę, która brzmiała dla mnie nieco irytująco. Sam beef Luny i Cadance i jego rozwiązanie jest ciekawy, choć mam wrażenie, że w ich relacji Cadance jest dużo, dużo gorsza. Oczywiście, że Luna jest o nią zazdrosna, bo ta ją tak łatwo zastąpiła i dostała miłość Celestii. Do tego Luna wiedziała czym naprawdę Cadance jest, co na swój sposób musiało ją drażnić, bo nie do końca wiedziała jaki jest cel tej szarady, poza tym, że jej siostra czuła się samotna. Mogła łatwo odebrać to jako policzek wymierzony właśnie w nią. Czy mogła rozwiązać całą sytuację lepiej? Tak, jeszcze w Equestrii, a nie na Księżycu. Mogła się z Cadance i Celestią otwarcie pokłócić i powiedzieć z czym ma problem. Ale wtedy nie byłaby Luną, prawda? Natomiast Cadance jest na swój sposób wręcz bezczelnie głupia. A raczej, ma wielki ból rzyci, że jej życie to kłamstwo. Nienawiść do Luny to w rzeczywistości projekcja nienawiści do siebie samej. Bo Luna wróciła, jest blisko Celestii i jej nie loffcia. Jakby, Cadance, gurl, naprawdę myślałaś, że alikorn, który ma ponad 1000 lat na karku się nie skapnie, że jest z Tobą coś nie tak? Celestia zrobiła to od razu, czemu z jej siostrą miałoby być inaczje? Szczególnie, że prosiłaś, by ci bachorka zalikornizowali. I to bękarta Shininga, na dodatek. Cadance, pls. Czarę goryczy przelała akcja na urodzinach. Bo mam wrażenie, że w rzeczywistości, Luna chciała jakiegoś pojednania. Chyba że szałamaja ma jakąś moc dręczenia podmieńców, o której nie wiemy. Na pewno ciekawy jest dobór melodii, który wybrała. Czyżby jako znak, że przeszłość jest skomplikowana, ale ona wie? Ze wszystkich rzeczy, które Cadance mogła zrobić - przyjąć dar, pogadać szczerze i jakoś sobie wybaczyć po latach albo po prostu wyprosić Lunę, ta zdecydowała się zranić ją tak bardzo jak można w tych warunkach. Zrobiła to specjalnie i perfidnie. Zarówno zniszczenie szałamaji jak i wyciągnięcie tego pamiętnika. Jak na kogoś, kto próbował zamordować Celestię, to czytanie wstydliwych wspomnień Luny i jakikolwiek brak refleksji nad sobą trochę trąci tu hipokryzją. Cadance chciała po prostu upokorzyć Lunę tak bardzo jak tylko się da. I została za to słusznie ukarana. Nightmare Moon bardziej chciała udzielić jej lekcji niż naprawdę zabić. I o tym świadczy zarówno rozmowa z Twilight w ostatnim rozdziale jak i to, że jej nie dobiła. Ba, mam wrażenie, że skomplikowane i sprzeczne emocje NMM nie dotyczą tylko Celestii. Wiemy, że Luna kocha Twilight. I pewnie dlatego przemieniała się w Thoraxa - by poczuć się kochaną. Swoją drogą, ciekawe kogo szukała w przeszłości i kto śnił wtedy o Lunie? ...czyżby Shining Armor? Może Shining o niej wiedział i fantazjował, może był nią zauroczony, może Luna wyczuła to z Księżyca? A potem, kiedy po raz pierwszy przeszukiwała sny po powrocie, w jego snach znalazła Cadance. Okres czasu się zgadza, A. jak Armor się zgadza. Rasa się zgadza. Później dowiadujemy się, że Cadance też wiecznie siedziała w księgozbiorze. Więc kimkolwiek ten on jest i był, jest szansa, że ją znał i się w niej zabujał. Niektórzy powiedzieliby, że Luna miała kogoś przed wygnaniem, ale wtedy nie mogłaby tak łatwo wrócić dla niego - ten ktoś też musiałby być nieśmiertalny, poza tym nie mieszkały wcześniej w Canterlocie, tylko Everfree. I moglibyśmy zadać pytanie, czemu Celestia odpowiedziała Flurry, by najlepiej zapytała Luny o co jej chodzi. Z prostego względu - Celestia jest w rzeczywistości najważniejszą klaczą na Księżycu, ale o tym później. Celestia doskonale wie o co chodzi. O to jak bardzo toksycznie Luna zabiega o miłość innych. Jak bardzo zazdrości jej innym. Dowiedzieliśmy się też sporo o Twilight, Chrysalis, Cocoon i Starlight. O tym jak Twilight coraz bardziej odjeżdżał peron i jak bardzo traciła wszystkich PRZEZ SIEBIE i SWOJE OBSESJE. Ba, Twilight pod koniec swojej konfrontacji z Celestią, podczas zesłania sama przez chwilę to pojmuje. Ale chyba nigdy tego nie zaakceptowała. Ba, przez cały rozdział 17 i teraz, i dawniej cały czas obwinia innych. Bo powinni piać z zachwytu nad jej cudowną przemianą. A w ogóle, to na pewno Trixie chciała zrobić z niej wariatkę, wcale Twilight nie robiła jej z siebie sama. Jeśli ktoś już jej w tym pomógł, to prędzej Luna. Jestem bardzo ciekawa jaką rolę w tej historii mieli jeszcze Thorax i Luna. Thorax ewidentnie zorientował się, że z Twilight stało się coś nie tak, ale przynajmniej na razie nie wiemy by zareagował. Ale może zareagował, a Twilight o tym nie pamięta? Może to doprowadziło Twilight do stanu "muszę się pozbyć innych księżniczek"? Poza tym: Wiedziałam, że ona wtedy miała problem z piciem jego miłości xD Jestem pewna, że on wiedział, że ona wcale nie wyczytała tego w książce i dowiedział się w końcu, że buszowała w tamtej komnacie. Ale myślę, że to, co go przeraziło wydarzyło się dopiero po rozmowie z Luną. Tej, w której Luna pośrednio ostrzega Twilight przed czarną magią. Twilight użyła czarnej magii do swojej przemiany. Ale na początku jeszcze nie była tak psychicznie niestabilnie, nie była jeszcze Nightmare wersją Imagination Dominy. Tak jak Luna może przybierać formę NMM, ale nie być w pełni NMM. I myślę, że przybierała ją przed swoją pamiętną przemianą. Bo Luna podczas ich wspomnianej rozmowy w rozdziale 16 doskonale wiedziała, co Twilight robi. To co jej powiedziała, było zarówno ostrzeżeniem jak i czymś w rodzaju "gratuluję, jesteś tak samo zgubiona jak ja, lol". Ironią jest to, że Twilight, która pije miłość Thoraxa czuje się osamotniona. Dosłownie przynajmniej Thorax ją kocha. Ba, podejrzewam, że jakby w odpowiednim momencie powiedziała komukolwiek i go posłuchała, to nie doprowadziłaby do tej całej kaskady. Świadczą o tym nawet pożegnalne słowa Starlight Glimmer - żeby choć raz w życiu to Twilight kogoś posłuchała. No i Cadance też wiedziała/podejrzewała. Musiała już wtedy czuć od Twilight zapach, ale mogła myśleć, że to przez Thoraxa. Poza tym, naprawdę widziała ją wtedy w łazience, z jakiegoś powodu ją szpiegowała, w jaki sposób użyła do tego motyla, tego nie wiem. Może tak naprawdę może się przemieniać, tylko zazwyczaj tego nie robi? Swoją drogą ciekawe, że spotkały się w Ponyville. W kwestii Starlight, bardziej interesujące jest to, co Luna o niej opowiedziała ustami Thoraxa i to, co faktycznie zrobiła Twilight. Sądzę, że Luna to zmyśliła, wyciągając obawy i lęki Twilight. Prawdziwa Starlight wydawała się... niechętna do robienia krzywdy Twilight. Czy ona po prostu Twilight nienawidziła, czy bardziej miała do niej ostry żal przemieszany z nienawiścią? W końcu Twilight, księżniczka przyjaźni i jej przyjaciółka zupełnie ją olała, kiedy ta najbardziej potrzebowała jej pomocy. A mimo wszystko, dała jej sensowną radę, powiedziała, że nie chce jej więcej oglądać i poszła się spełniać życiowo wśród swoich prawdziwie kochających bliskich. Brzmi zdrowo. Inna rzecz, co faktycznie zaszło z jej ojcem. Z kontekstu brzmi jakby zabił Chrysalis udającą kucyka i za to poszedł siedzieć. Choć Celestia i Luna nie zgadzały się co do kary. Ale czemu zabił Chrysalis udającą kucyka? Bo zrobiła coś Fortune Wheel, zabiła ją albo udawała Fortune Wheel? Bo zagrażała Starlight i innym? Skąd miał pewność, że to nie jest Fortune Wheel? Jestem w stanie zrozumieć czemu ojciec Starlight poszedł za to do więzienia. Jestem w stanie pojąć, że Twilight mogła się zgodzić się z tym wyrokiem. Ale mimo wszystko mogła coś zrobić. I to coś więcej niż zaopiekować się Starlight w tym czasie. Mogła wsadzić jej ojca do lżejszego więzienia czy nalegać na łagodniejszy wyrok. O to, by miał regularne widzenia z córką. W końcu chłop nie zamordował niewinnej, przypadkowej osoby, tylko z punktu widzenia kucyków DOSŁOWNIE POTWORA, KTÓRY PRÓBOWAŁ ICH PODBIĆ PARĘ RAZY I NA NICH ŻEROWAŁ. Dyplomacja dyplomacją, Thorax relacja Thorax relacją. Ale Twilight robi to co zawsze w tym fiku - unika odpowiedzialności. Wciąż, jaki udział miała Cadance w śmierci Chrysalis? I o co kłóciła się z Luną na stypie? Swoją drogą, zabawne, że z rozdziału 5 dowiedzieliśmy się kto jest kotem. Martwy kot w pudełku. Jak to co zostało z Chrysalis. Dopiero teraz do mnie dotarło, że Trixie chyba była zabujana w Twilight. Okej, jeśli chodzi o romansy i zarywanie, to nie jestem najostrzejszą kredką w piórniku, raczej pastelą suchą w bloczku. W sumie, zabawne byłoby jakby Trixie i Starlight w końcu ściągnęły je z tego Księżyca, właśnie dlatego. I również dlatego, że Starlight nie ma problemu z akceptacją odrzucenia. Swoją drogą, Cadance, Luna i Twilight dzielą ten sam typ wybrakowania - wszystkie trzy są głodne miłości jak cholera, zazdrosne i niemal oszalałe na jej punkcie. A wszystkie trzy ją mają. Od Celestii, Shininga, Thoraxa. I tu mamy kolejne wskazówki - Luna pamięta, że stworzyła Change i kazała jej przybierać postać Celestii i wydobywać miłość z siebie, by potem malować nią na ścianach. Okej, Change w takiej formie jak mówi Luna nigdy nie istniała, ale Luna mogła sama wydobywać z siebie miłość i faktycznie malować nią po ścianach. Przemieniona Twilight dawała do picia miłość zarówno Cadance jak i Lunie, żadna nie skomentowała. W przypadku Luny nie wiemy, czy próbowała. I tu wchodzi Celestia, cała na biało, cała przemieniona. Celestia przyznała się, że to ona była Change i wiemy, że to ona opowiedziała Lunie historię przed pierwszym zesłaniem. Z drugiej strony, notatki pisała Cadance. Moglibyśmy założyć, że Celestia: a) kłamie b) miała inny udział w sprankowaniu Twilight Ale nie sądzę, że Celestia odniosła się do czegoś innego. Co takiego wiemy o Celestii? 1. Zna czar przemiany w alikorna. 2. Była jedynaczką o imieniu Filomina. 3. Była Change. 4. Wiedziała niemal o wszystkim co się działo i dzieje. 5. Wyprodukowała Flurry. 6. Przeniosła Twilight na Księżyc. 7. Wie zadziwiająco wiele o miłości. I o klatkach. 8. Śmierdzi. 9. Mówi, że Księżyc sprawiedliwie karze. 10. Używała czarnej magii. A co Luna mówiła o czarnej magii... Właśnie. Czyżby Celestia też była spaczona, ale lepiej to ukrywała lub poszła z tym dalej, dokonując dalszej przemiany? W końcu była Filominą, Change i Celestią. 11. Twierdzi, że Cadance ma 200 urodziny - Cadance i Luna się nie zgadzają. Ale Cadance nie wie ile ma lat i kiedy ma urodziny, a Luna siedziała na Księżycu, po prostu nie rozumie jakim cudem Celestia może to wiedzieć. Tu chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz - ile czasu minęło. Na pewno dość by Flurry dorosła. Niby Flurry dorastała bardzo wolno, ale skąd Twilight mogła też o tym wiedzieć? Przecież Twilight w ogóle nie wiedziała jak płynął tu czas. Ale czas na Księżycu trwa inaczej. 1 doba księżycowa to ziemski miesiąc. Rok ma 12 miesięcy. Nie wiemy ile lat ma Flurry, ale załóżmy, że może równie dobrze mieć ok. 20. Załóżmy, że na Księżycu upłynęło 20 lat. Czyli 240 miesięcy. Jakby to były miesiące ziemskie. Ale paradoks jest taki, że na Ziemi nie minął rok. Wszyscy ich bliscy mogą żyć, mogą zastanawiać się gdzie oni są i jak ich ściągnąć. I ok, może i doba księżycowa trwa miesiąc, ale wtedy Celestia nie byłaby w stanie wyznaczyć dokładnej daty urodzin Cadance. Po prostu oznaczałoby, że Cadance ma urodziny w tym miesiącu. I normalnie może by tak było, a może i jest, ale w magicznym świecie to może odnosić się do tego, że czas tam trwa dosłownie inaczej. A nie że doba ma inną długość. Nawet 20 lat takiego wyroku na pewno odczułoby się jak nieskończoność. Poza tym, gdyby chodziło o zwykłe zjawisko astronomiczne, to Twilight by się chyba zorientowała. Coś mi się wydaje, że Luna powstała w podobny sposób co Flurry. Tylko niekoniecznie zrobiła to Celestia, tylko ktoś, kto zrobił to również jej. Sądzę też, że Celestia doskonale wie jak wydostać się z Księżyca, ale nie chce tego zrobić. Przynajmniej nie dopóki nie odpokutują za swoje grzechy, nie zostaną ukarane i nie oczyszczą się ze swoich kwasów. Do tego pytanie o szkatułkę dotyczyło tego, czy chowaniec jest żywy, czy martwy. A nie, czy jest kotem, czy chowańcem. Poza tym Nemesis w tej wersji ma zarówno Chrysalis jak i Imago. Twilight zapytała Celestię, czy ta jest Nemesis, a ta jej powiedziała, że to jej pytanie i odpowiedź. Interesujące jest też to, że Chrysalis i Cocoon wiedziały o rozłamie Celestii z Luną i cieszyły się, że tak nie skończyły. Imagination Domina, próbując wygnać Celestię myślała, że umiera. Ale w ciemności przemieniła się w Twilight. Dlatego jest jednocześnie żywa i martwa, bo znalazła się w pudełku jakim jest Księżyc. Pytanie więc brzmi, czy jest żywa czy martwa. Tak jak Nightmare Moon. Tak jak Filomina w klatce. Celestia sama przeniosła się na Księżyc, by ich nie zostawiać. I myślę, że robiła to już wcześniej. Odwiedzała Lunę jako Change, by ta miała się na kim wyżyć. I umie wyciągać miłość. Bo w istocie jest Change. I właśnie dlatego trzymała to wszystko w sekrecie - kłamiąca przed wszystkimi Cadance, Twilight, której odwaliło i je zesłała oraz przemieniła się w to, co uważała za Chrysalis 2.0. Choć absolutnie nie znała Chrysalis. I tak się teraz zastanawiam, czy może nigdy nie było Fortune Wheel. Może to zawsze była Chrysalis. Chrysalis, która chciała zacząć nowe życie, a przerażony ojciec GlimGlam po odkryciu z kim chodzi zareagował na ostro? Bo w końcu była zdolna do miłości. Ale czemu wyrwała Cadance acordię? I tu powiem, że ten wątek pojawił się za późno. Nie jest to duży problem, ale naprawdę, lepiej by było jakbyśmy wcześniej wiedzieli, że coś takiego istnieje. Celestia jest autorką tej legendy. Sama powiedziała, że jest Change. I że to jej zamek. Tak samo jak była autorką opowieści o jedynaczce Filominie. >tworzyli z tego, co oferował im Księżyc Celestia potrafi stworzyć tort z błota. Zapomniała dokładnej inkantacji, bo dawno tego nie robiła. Myślę, że to prawda. Pytanie kto był pierwszy... Change czy Filomina? Ogółem, z całego fika chyba najbardziej utożsamiam się właśnie z Celestią, która tam siedzi z nimi i znosi ich ciągłe fochy, boczenie się i problemy. A jednocześnie ma wyrzuty sumienia, że nie rozwiązała tych problemów wcześniej. Bo chciała utrzymać iluzję szczęścia. I sama chciała być kochana. Ale żałuje, że Twilight stała się czym się stała. Myślę, że Celestia chciała, by Twilight kogoś miała, by nie skończyła jak Luna. By po prostu była szczęśliwa. Problem w tym, że Twilight, nawet jeśli Celestia sugerowała jej dobre decyzje, to była niezadowolona, bo robiła je po to, by ją zadowolić. Nawet jeśli nie było w tym prawdziwej presji. Szczególnie, że Celestia nie sądziła, że Twilight faktycznie postanowi przemienić się w Imagination Dominę. Ba, mam pewne wrażenie, że Celestia czekała aż Twilight powie jej to ostre "nie". Celestia odmówiła też uleczenia Cadance, bo ta nie chce być uleczona. Może o to w tym wszystkim chodzi? Że one muszą najpierw się same pokochać i zaakceptować zanim pozwoli im wrócić? Bo póki co są zwyczajnie toksyczne. Celestia zleciła Twilight zagadkę po to, by ta mogła się ze sobą skonfrontować, przestać użalać nad sobą i nad całym światem i zmierzyć wreszcie z problemami. I choć była wściekła na urodzinach Cadance - ponieważ wiedziała, że będzie przypał, to koniec końców wyszła i dała im to rozwiązać między sobą. I myślę, że to mogło zadziałać. Bo Luna wydaje się być teraz dużo, dużo lepsza niż była. Ba, rozmowa z Twilight wskazuje, że do Luny dociera jej poziom własnego delulu, kiedy patrzy na to od Imago. I czy Celestia jest Nemesis? W sumie myślę, że niekoniecznie. To Cadance podsunęła Twilight, że stanie się nową Chrysalis i napędziła całą spiralę nieszczęścia. I podejrzewam, że powodem była tu nienawiść do innych podmieńców. I zawiść, że te mogły się zmienić. Pytanie czemu Cadance się oślepiła.
    2 points
  36. Dziękuję za komentarz. Przyznaję, że pewne rzeczy mogłam zrobić lepiej. Z drugiej strony chciałam, by każdy rozdział dostarczał nowych wrażeń. Najwyraźniej przesadziłam. Uwaga, uwaga, Rozdział 17 Epilog jutro
    2 points
  37. Wielka chwila, wielki rozdział, ale czy takie wielkie zaskoczenie? Rozdział szesnasty w całości został poświęcony urodzinom Cadance, do których nieuchronnie zmierzała cała fabuła i przed którym autorka konsekwentnie budowała napięcie. Mając za sobą tenże odcinek "Nowoczesnej baśni o Księżycu", trudno mi oprzeć się wrażeniu, że opisana "celebracja" ma w sobie coś realistycznego, coś życiowego, z czym niejeden odbiorca mógłby się utożsamić. Oczywiście nie mam na myśli tego w sposób dosłowny, chodzi mi o schemat - zbliża się jakaś okazja, za sprawą której w jednym miejscu gromadzi się pula osób, z których część ma ze sobą na pieńku, część ma jakieś tajemnice, początkowo nie wygląda to źle, ale z czasem złość wychodzi na wierzch i spotkania nie da się już spędzić spokojnie, cały nastrój, pominąwszy ogólne napięcie/ dyskomfort, pryska i ogółem jest nieprzyjemnie. Tu w roli takiego krewnego, który mimo wszystko się zjawia, chociaż miało go nie być, a z którym solenizantka ma problem, wystąpiła księżniczka Luna. Twilight natomiast, obsadzono w roli tej, która początkowo jest dobrej myśli, ale bardzo szybko spotyka ją szok, rozczarowanie, a Celestia jest tą, która zorganizowała większość przyjęcia, ale po tym jak wybucha awantura, wychodzi zażenowana. A Flurry jest tą gościnią, która siedzi i patrzy jak się rodzinka żre między sobą i milczy jak mumia. Wszystko poszło nie tak. Goście, włącznie z solenizantką, bardzo szybko zapomnieli o tym, że to miały być urodziny. Także co by nie mówić, nastrój był typowo rodzinny. Generalnie rozdział spełnił moje oczekiwania wobec zapowiadanych przez cały fanfik urodzin. Obawiałem się, że te wielkie zapowiedzi mogą okazać się częściowo daremne (no, że w całości okażą się puste to fanfika nie podejrzewałem) w sensie, że cokolwiek, co się na tym etapie stanie, nie sprosta budowanym u czytelnika oczekiwaniom. Wątek najzwyczajniej w świecie mógł "nie dowieźć" potencjału. Ale "dowiózł". Długo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że największym zaskoczeniem jest fakt, iż autorka wyjątkowo wyjawiła rozwiązania większości zagadek tak prosto z mostu, głównie ustami Pani Nocy, chociaż Cadance także wiele nam zdradzi. Zwykle wysyłane są nam znaki, tekst pisany jest w taki sposób, by nic nie było pewne, by czytelnik musiał użyć wyobraźni, poszukać wskazówek, popatrzeć na rzeczy pod innym kątem i wysnuć własne wnioski odnośnie tego, co się wydarzyło i jakie było znaczenie poszczególnych scen. Chyba najbardziej enigmatycznym pod tym względem opowiadaniem było "W oczekiwaniu na Solarną księżniczkę". W "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" jest inaczej; otrzymujemy odpowiedzi na większość pytań, a przywołane głównie w retrospekcjach wydarzenia dostają ten prawdziwy kontekst, w którym należy je rozumieć. Zaprezentowane rozwiązania zagadek nie okazały się rozczarowujące, ani zbyt zakręcone, zważywszy na mnogość szalonych teorii, z jakimi można by wyjść w trakcie lektury, jednocześnie nie okazały się aż tak szokujące. A dlaczego? Trudno mi powiedzieć; podejrzewam, że na tym etapie, po piętnastu rozdziałach, czytelnik powinien mieć już własne mniej lub bardziej śmiałe teorie o tym, o co tu chodzi i co się stało, a jednocześnie powinien nie tylko oczekiwać, a wręcz spodziewać się, że [coś] lada moment zostanie ujawnione, więc kiedy ów moment wreszcie następuje, przyjmuje to z ciekawością, może chęcią zweryfikowania tego jak wiele udało mu się odgadnąć, ale niekoniecznie z szokiem. Bardziej jest to: "O, to ciekawe!", aniżeli: "Wow, kto by pomyślał?". Także w moim przypadku wyszło pozytywnie. Rozdział ilością stron nie odstaje zbytnio od poprzedników, tempo ujawniania po sobie kolejnych tajemnic jest imponujące, ale nie czułem, że łapie mnie zadyszka, właściwie, wraca to do tego, od czego zacząłem ten komentarz - przejście od względnie miłych urodzin do awantury, to jest moment, a gdy emocje ośmielą gości, słowa po prostu się wylewają z ich ust, a my jesteśmy bombardowani rzeczami, których po wszystkim chyba wolelibyśmy nie usłyszeć. Jednakże o ile zagadki miały swój build-up, o tyle nie wszystkie dotyczące ich szczegóły (wskazówki) zgrały się idealnie ze sobą. Niektóre mogą wydać się wprowadzone zbyt późno, może nawet wyciągnięte nagle. Ale prześledźmy sobie to, co pada podczas tych nietypowych urodzin. UWAGA NA SPOILERY - ROZDZIAŁ SZESNATY ROZWIĄZUJE WIĘKSZOŚĆ WĄTKÓW W FANFIKU, A DALSZA CZĘŚĆ KOMENTARZA BĘDZIE OMAWIAĆ JEGO TREŚĆ, CZYLI BĘDZIE ZAWIERAĆ SZCZEGÓŁY DOTYCZĄCE FABUŁY! ZDRADZI WIELE, POPSUJE NIESPODZIANKI! ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI! Zaczyna się niewinnie, bo od życzeń. Cadance wydaje się zaskoczona, ale nie sprawia wrażenie pocieszonej. Właściwie, odtrąca od siebie Celestię, dość gwałtownie. Więc od początku nie jest za wesoło. A potem zjawia się Luna, wystrojona elegancko, acz niekoniecznie wedle kanonów obecnej epoki. A przynajmniej tak nakazuje sądzić wyobraźnia. W każdym razie, jest przesadnie ubrana, zwłaszcza w porównaniu z pozostałymi bohaterkami. Chociaż ta zachowuje się spokojnie, a nawet taktownie, od razu czuć, że awantura wisi w powietrzu. Już jest niekomfortowo, Celestia już zaczepia Twilight i pyta co to ma znaczyć, jest nerwowo. Czytelnik czuje, że chwila nieuwagi i postacie "pojadą po bandzie". Ciekawa jest informacja, jakoby Celestia tak naprawdę nie wiedziała kiedy urodziła się Cadance. W sumie, to najwyraźniej sama Cadance nie wie. Niby nic wielkiego - skoro nie wiadomo, wystarczy przyjąć jakąś datę i się jej trzymać, prawda? No tak, ale jest problem - skoro nie wiadomo kiedy, to skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, że to akurat dwusetne urodziny? Mamy zatem pierwszy sygnał, że być może jesteśmy zwodzeni nawet co do tego, ile upłynęło czasu. Owszem, Flurry jest doroślejsza, ale nadal nie wiadomo konkretnie ile ma lat. Zresztą równie dobrze może zachowywać się dojrzale jak na swój wiek. Czyli niekoniecznie jest "stara". Twilight nawet nie zdążyła dać Cadance przygotowanego prezentu. W sumie, to Celestia chyba też. Ale Luna nie przyszła z niczym i ona tak dla odmiany swój podarek zdołała przekazać. Jak się okazuje, przybyła z muzyką. Domyślam się, że zagrała bardzo ładnie. A potem Cadance pyta, czy może wziąć szałamaję w kopyta. Luna się zgadza. Ale widać, że niechętnie. I od razu wiadomo jak to się skończy. Szałamaja nie przeżyła 😞 Jeden z elementów nawet został połknięty przez Cadance. A potem rozpoczyna się istny wieczór zwierzeń. Dowiadujemy się dlaczego obie tak się nienawidzą, okazuje się też, że Luna zna sekrety Cadance. Jeżeli ktoś z Was spekulował, że to Cadance jest Podmieńcem, to gratuluję - bo faktycznie nim jest. Początkowo zaprzecza, lecz kiedy Celestia zdradza, że ona także to wie i wiedziała od początku, księżniczka Miłości odpuszcza i mówi wszystko. Dowiadujemy się o co chodziło ze zwracaniem ciastek, a także dlaczego tak obficie się perfumowała. Ze zwracaniem pokarmu wszystko w porządku, bo otrzymaliśmy tę wskazówkę niemalże na samym początku fanfika, w taki sposób, że siedzi to w głowie, więc tu jest spójnie. Z zapachem natomiast... jest pół na pół. Tak, odpowiednio wcześnie otrzymaliśmy informacje o tym, że Podmieńcy posiadają swój charakterystyczny zapach, który pozwala ich zidentyfikować. I interakcje Twilight z Flurry nakazują sądzić, że to ta pierwsza ukrywa przed pozostałymi swoją prawdziwą formę. Tu wszystko w porządku. Ale jest druga połowa, czyli nawyki Cadance dotyczące higieny. Informację o tym, że zawsze miała mnóstwo perfum, których sobie nie szczędziła, pada jednak zbyt późno i domyślam się, że autorka chciała odpędzić od niej podejrzewania, coby domyślenie się, że to o nią chodzi, nie nadeszło w głowach czytelników zbyt łatwo, zbyt wcześnie. Z drugiej strony, myślę, że byłoby lepiej, gdyby jednak zarzucić małą podpowiedzią jakoś wcześniej, zwłaszcza, że w rozdziale czwartym było mnóstwo idealnych ku temu okazji. Na przykład: Jest to cytat z rozdziału czwartego. A teraz dodajmy mały hint: Na przykład. Jest to jedno z wielu miejsc, w których możnaby coś podobnego wstawić. I tyle. Reszta historii zostaje tak jak jest. Więc kiedy czytacie rozdział piętnasty, przypominacie sobie ten fragment z rozdziału czwartego i dodajecie jeden do jednego w Waszej głowie, że faktycznie, Twilight już za młodych lat zwracała na to uwagę, bo to było dla Cadance bardzo charakterystyczne. Idąc dalej, chociaż Luna nie wymienia jej z imienia, wspomina o "bieluchnej klaczy", którą najpewniej jest Constans, o której dowiedzieliśmy się "przed chwilą". Podczas gdy wcześniej były idealne okazje ku temu, by o niej wspomnieć. Około rozdziału czwartego chociażby. Znów, jest trochę pół na pół, gdyż odpowiednio wcześnie dowiadujemy się, że Flurry nie nazywa Cadance matką, wręcz jest pewna, że nią nie jest. Ale jest ta druga strona medalu - jeżeli już mamy poznać możliwą matkę z imienia, dowiedzieć się o jej związkach z Shiningiem, mogliśmy otrzymać wskazówki ciut wcześniej. Chociaż w tym wypadku pewnie natychmiast szłoby się domyślić, że skoro matką Flurry nie jest Cadance, to na 99% jest nią Constans, ale... nie wydaje mnie się, by akurat ta zagadka była aż tak istotna. Poza tym, nawet gdybyśmy wiedzieli, to nadal pozostają pytania - jak to się stało, że mała Flurry ostatecznie trafiła do Cadance, czy Constans nie miała nic do powiedzenia, czy Cadance wiedziała o "skoku w bok" męża, a może wręcz miała z nim taki układ, a jeżeli owszem, to dlaczego? W rozdziale szesnastym dostalibyśmy odpowiedzi - Cadance nie mogła mieć dzieci, a Shining chciał źrebaka, a że ona najwyraźniej kochała go aż tak... Lecz zwracam uwagę na to, tak czy inaczej, Nika zrobiła całkiem dobrą robotę z foreshadowingiem i podpowiedziami do zagadek, zrobiła to zupełnie inaczej, niż ja zazwyczaj robię, gdyż osobiście ciężko mi złapać balans między podpowiadaniem, dawkowaniem wskazówek, a atakowaniem odbiorcy zwrotem akcji nagle, coby mieć pewność, że nie będzie się tego spodziewać. Stąd masa rzeczy w mojej twórczości nierzadko wyskakuje jak z kapelusza. Bo przede wszystkim obawiam się, że zdradzę zbyt wiele, zbyt wcześnie, więc wolę w ten sposób. Ale tutaj mamy odpowiednio stonowane podpowiedzi, jest element zwodzenia (w który nie bardzo umiem, ale staram się), jest plan i całość jest wykonana z sercem, toteż nadal oceniam to pozytywnie - po prostu chodzi mi o to, że niektóre elementy, skoro już są, to mogły pojawić się wcześniej i byłoby to dla nich odpowiedniejsze miejsce w historii. No i faktycznie okazuje się, że Luna jednak nie jest taka niewinna, taka biedna, jak mogliśmy sądzić. Po ostatnim rozdziale trochę się tego spodziewałem i trochę obawiałem (w sensie, że reveal nie wyjdzie), ale ostatecznie wyszło to całkiem zgrabnie. Głównie dzięki słowom Cadance, jakoby Luna specjalnie przegrywała w karty, specjalnie ustawiała się w roli ofiary, by wzbudzić u Twilight współczucie - postawiły tę postać w zupełnie innym świetle, zmieniło kontekst jej relacji z pozostałymi księżniczkami, a dzięki odpowiednim nacechowaniu emocjonalnym moment ten naprawdę mi podszedł i został w głowie. Reakcja Luny nie zawiodła. Oj, nie zawiodła. Bardzo dobrze, że między tym fragmentem, a jej "wybuchem", dostaliśmy krótką retrospekcję. Z której dowiadujemy się trochę więcej o tym, czym była, jako byt, Nightmare Moon i jakie jest jej znaczenie w kontekście postaci, której "dotyka". Mianowicie, wedle Luny, jest to "ja idealne", które "nie umiera nigdy". Jest to nowe, lepsze, wymarzone ciało, pozwalające postaci prawdziwie zaspokajać swe pragnienia. Tak w ogóle, to patrząc na to z perspektywy Luny, można mieć wrażenie, iż miała swe powody, by żywić do Cadance te, a nie inne uczucia, można nawet częściowo rozumieć jej zawiść. W ogóle, zarówno w tej scenie, jak i po powtórnej przemianie w Nightmare Moon i ataku na Cadance, mamy masę interesujących, drobnych detali, sugerujących różne rzeczy, co dodatkowo rozbudowuje kreację Luny/ Nightmare Moon, czyniąc z niej... chyba moją ulubioną postać w tym fanfiku. Co aż do tej pory nie było dla mnie takie oczywiste, gdyż cały fanfik pełen jest znakomicie napisanych postaci, ciężko tu kogoś jednoznacznie wskazać. W każdym razie, Nika doprowadziła do sytuacji, w której da się współczuć zarówno Lunie, jak i Cadance, chociaż w pewnym sensie obie są siebie warte - powstały problem "rozwiązują" między sobą w najbardziej toksyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Podobnie jak z Twilight i jej uległością wobec Celestii, masa rzeczy w ogóle nie miałaby miejsca, gdyby cokolwiek spróbowały rozwiązać inaczej. Oczywiście nie mogło zabraknąć podmieńcowego światotowrzenia. Wiedzieliście, że Podmieńce mają arcordię? To teraz już wiecie. Za co arcordia odpowiada? Między innymi za możliwość przemieniania się. Dlaczego Cadance nie mogła się zmieniać? Odsyłam do poprzednich rozdziałów, które sugerowały, że Chrysalis, po tym jak ją uwięziła, zrobiła jej coś okropnego. Ponownie, elementy układanki satysfakcjonująco lądują na swoich miejscach. Mam jednak pewien niedosyt, związany z pamiętnikiem, który wpada w Twilight w kopyta. Co tam było? Ależ intryga Nie jestem pewien czy będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w kolejnym rozdziale, zważywszy na to, jak kończy się ten, który omawiam teraz. Swoją drogą, kończy się perfekcyjnie. Jest to idealny cliffhanger i zarazem powrót do jeszcze jednej, szalenie ważnej tajemnicy, o której mogliśmy trochę zapomnieć. Sprawdźcie sami Napięcie przed urodzinami chyba przegrywa z napięciem przed rozdziałem siedemnastym po tej końcówce. Nie mogę. Się. Doczekać. Z innych rzeczy - Thoraxa istotnie nie było na Księżycu, ale była na nim Change. I to ona "korzystała" z machin tortur, które wcześniej znalazła Twilight. Przemieniona w Celestię, co było symboliczną formą zemsty ze strony Luny. Jak widać nie tylko nie jest biedna ofiarą, ale wręcz... jest zła do szpiku kości! Flurry otrzymuje też znaczek i zmienia swoje nastawienie do Cadance, co było bardzo miłym, ciepłym akcentem po tym, co zaszło. Naprawdę przyjemny moment. Ogółem, jest to bardzo ważny rozdział, punkt kulminacyjny, który wyjaśnił wiele, ale po którym zostało jeszcze parę niezałatwionych spraw. I jak niemalże przez cały czas do tej pory, tak i teraz jestem niepewny wobec tego czy poradzę sobie z prawdą, o której wiem, że nadejdzie i to już niebawem. Moment, w którym kreacje bohaterek naprawdę lśnią, w którym wiele się dzieje, dzieje się szybko i w sposób całkowicie bezkompromisowy, barwny i emocjonalny, w mrocznej otoczce z kilkoma cieplejszymi przebłyskami. Wciąga od pierwszego zdania, a po wszystkim zmusza do powrotu do poprzednich rozdziałów i ujrzenia opisywanych rzeczy w nowym świetle. Maski, które przywdziały postacie, stają się niewidoczne; wiemy kim są i widzimy jakie są, więc powtórna lektura staje się niby podobnym, lecz nowym doświadczeniem. I tym większa jest radość z wyszukiwania detali na nowo. Autorka wiele zaryzykowała, lecz sądzę, że opłaciło się; jest to finał satysfakcjonujący, klimatyczny, generalnie spójny z tym, co wydarzyło się do tej pory, ukazujący prawdziwe "ja" pewnych postaci, ale nie zdradzający wszystkiego od razu, niezmiennie trzymający w napięciu przed konkluzją. Postacie, do tej pory napisane bardzo dobrze, w pełni rozwijają swe skrzydła i wchodzą w interakcje, w ramach których wychodzi na wierzch ich prawdziwy potencjał, a czytelnik, chcąc nie chcąc, zastanawia się za kim byłby w stanie się wstawić, gdyż mimo wszystko tło bohaterek jest niejednoznaczne, jest wielowymiarowe, chociaż pozostaje wrażenie, że wszystkie problemy między sobą mogły rozwiązać lepiej. Zatem to nie tylko pewna przywara Twilight, a Celestia nie wydaje się już taka "zła". Może to jakaś cecha księżniczek, a może przypadek, zrządzenie losu - nie wiadomo. Z drugiej strony, sytuacje, w których się znalazły, zapewne nie pozwalały na bądź nie dawały dość czasu, by na chłodno rzeczy przemyśleć, przekalkulować i wyjść z adekwatnym, zdrowym rozwiązaniem. Albo po prostu są aż tak emocjonalne, że nie potrafią. Teraz dopiero w pełni uświadamiam sobie, że pomysł, by z księżniczek uczynić główną obsadę, był kapitalny. Nie wyobrażam sobie teraz w tych rolach jakichkolwiek innych postaci. Niezmiennie gorąco polecam cały fanfik - mimo wszystko, mimo jego zalet oraz wrażeń, jakie mi dostarczył, nie jestem pewien czy pobije w moim osobistym rankingu "Ewolucję gwiazd typu słonecznego", bo nostalgia jest przepotężna, niemniej jest to tekst godzien Waszego czasu, skonstruowany w nietuzinkowy sposób, bawiący się percepcją i niekiedy emocjami odbiorcy, ale zarazem zmuszający do pewnych przemyśleń oraz pobudzający wyobraźnię. Ze znakomitym klimatem. Czekam za zakończenie! Pozdrawiam!
    2 points
  38. Bardzo dziękuję za komentarz W rozdziale 15 raczej mało było [Slice of Life] gdyż wydaje mi się, większe zainteresowanie jest zagadkami. A teraz wielka chwila: Rozdział 16
    2 points
  39. Rozdział piętnasty raczy nas paroma nowymi, może nawet szokującymi informacjami, choć niespecjalnie popycha akcję do przodu; nadal znajdujemy się na etapie "ciszy", zaś pora urodzin Cadance już się nie zbliża, a jest tuż za rogiem, toteż księżniczki zaczynają się przygotowywać. Jakby tematyka opisywanych rzeczy nie realizowała [Slice of Life] dostatecznie dobrze, tempo opowiadania pozostaje stonowane, typowe dla kawałków życia. W treść udało się wpleść parę szczegółów dotyczących postaci Cadance, do fabuły powróciła także Celestia! Scenka otwierająca rozdział nie traci czasu i z miejsca próbuje wprawić czytelnika w pewne zakłopotanie. Do tej pory spokojna, wycofana Luna, zapytana o możliwość pogodzenia się z Cadance, zaczyna szaleńczo się śmiać, czyli nagle zaczyna zachowywać się niepokojąco. Ale za moment do bohaterek zagląda Celestia, której to nie było dosyć długo (Co przez ten czas robiła?) i Luna momentalnie się uspokaja. Coś tu ewidentnie jest nie tak i być może jednak nie chodzi o Celestię, ani o Twilight. W sumie, Luna, do tej pory będącą "ofiarą" pozostałych postaci, wydaje się tu najmniej podejrzana o cokolwiek. Więc gdyby jednak to ona miałaby mieć najwięcej za uszami, to byłoby zaskoczenie. Wszakże Celestia za coś konkretnego ją karała, czyż nie? Z drugiej strony, jej dotychczasowe zachowanie nakazuje podejrzewać, że równie dobrze mogła to robić, bo taki miała kaprys, więc ostatecznie ciężko powiedzieć. Ale tak czy owak, zaskoczenie byłoby. Ale podkreślam - byłoby. Bo otrzymaliśmy już pierwszy znak, że Luna również może nie być tak do końca szczera, więc efekt nie będzie już tak potężny, jak mógłby być. Wiecie, o co mi chodzi? Z drugiej strony, może to być potrójna gra ze strony autorki - najpierw kreuje postać Luny na biedną ofiarę, cobyśmy z góry uznali, że co złego, to nie ona, by potem wysłać nam sygnał, że jednak może się okazać tą złą, podczas gdy do tej pory najłatwiej byłoby wskazać chociażby Celestię, po to, by ostatecznie pokazać, że nie, to była jakaś przedziwna chwila słabości i Luna naprawdę jest niewinna, świętsza od papieża Uwielbiam gdy tekst bawi się czytelnikiem. Oczywiście wiele się przy tym ryzykuje, głównie frustracją odbiorcy czy poczuciem zmarnowanego czasu, ale przy "Nowoczesnej baśni o Księżycu" tego nie uświadczyłem, bo fabuła robi to ze smakiem, w sposób stonowany, potencjalnie sprzeczne ze sobą sygnały nie następują zaraz po sobie, czytelnik nie jest nimi bombardowany do takiego stopnia, że już kompletnie nic nie wie, kto jest kim i co jest czym, więc jest jak najbardziej w porządku. Ale gdyby to Luna miała się okazać tą złą... Może jakiś sygnał jest nam potrzebny? Jak w tym przykładzie, na czym polega szok, a na czym napięcie: siedzi rodzina przy stole, nagle wybucha bomba, to jest szok, ale jeżeli pokaże się nam tę samą rodzinę przy stole i uprzedzi, że w pomieszczeniu jest bomba, która zaraz wybuchnie, no to zaczynamy odliczać, mamy napięcie. Wydaje mnie się, że autorka raczej chciałaby na tym etapie zbudować napięcie, aniżeli zszokować, bo z reguły szok realizuje na inne sposoby, tak, by umocnić klimat dzieła, potrząsnąć, może i wstrząsnąć czytelnikiem, lecz po to, by zaczął zadawać sobie pytania o to, o czym właściwie było wszystko to, co do tej pory przeczytał. Ale znowuż, sygnał tak "na chwilę" przed finałem, a nie wcześniej...? Przechodząc dalej, dowiadujemy się co Celestia zamierza ofiarować Cadance z okazji urodzin. Twilight swojego prezentu wprawdzie nie ukończyła, ale Pani Dnia twierdzi, że nic nie szkodzi. No, skoro tak twierdzi, to pewnie tak jest. To może zanim przejdę do rzeczy, dwie sprawy. Pierwsza, wzmianki o byciu wrakiem kucyka tudzież o zaprzestaniu mycia się przywiodły mi na myśl "Pedantkę". Tak odrobinkę. Głównie za sprawą jego tagline'u, który brzmiał: "Wszystko jest brudne." Te trzy słowa trwale związały się z moimi wspomnieniami po treści tamtego opowiadania. Druga sprawa - gdy Celestia uniosła te nożyce, przez moment obawiałem się, że zaraz tej Twilight coś zrobi, cały czas ze szczerym, szerokim uśmiechem na pyszczku. Ostatecznie do tego nie doszło, ale... był to niepokojący moment. Zrealizowany w bardzo prosty sposób, w punkt. Przy okazji, Celestia z nożycami kogoś mi przypomniała, chociaż potrzebowałem chwili, by pojąć kogo konkretnie: A teraz sedno, czyli co nieco o Cadance. Oraz o osobach z jej otoczenia, jak się okaże niedługo potem. Dowiadujemy się, że księżniczka ta, prócz tego, że zawsze musiała być szykownie uczesana, nienagannie umalowana, drobiazgowo wypielęgnowana, to jeszcze nie szczędziła sobie najznakomitszych perfum, toteż którędykolwiek by się nie przechadzała, zapach po niej musiał utrzymywać się w okolicy dosyć długo. Ktoś powie - i co w tym dziwnego? No tak, jest to coś, czego należałoby się spodziewać po księżniczce miłości, chyba nawet niespecjalnie powinien dziwić fakt, że według fanfika Cadance miała mieć całe szafy pełne flakonów. Mamy tutaj graczy w "Tekkena"? Kojarzy ktoś najnowsze zakończenie Kazuyi Mishimy, gdzie otwiera się za nim ta wielka sala z kolekcją sneakersów? No to wyobrażam sobie, że Cadance miała coś podobnego xD Niemniej wydaje się, że szczegół ten ma nawiązywać do wątku z zapachem Podmieńców, a który to zapach ma pozwalać na definitywne zidentyfikowanie Podmieńca. I tutaj również do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza, to dlaczego fanfik tak mocno koncentruje się akurat na zmyśle węchu. Podejrzewam, że dlatego, iż wzrok można oszukać - Podmieniec może się przemienić - słuch można oszukać - nawet bez przemieniania się można głos zniekształcić albo naśladować cudzy - smakować kucyka czy Podmieńca chyba za bardzo nikt nie chce, przy dotyku powinno być podobnie jak przy doświadczeniach wzrokowych, czyli da się to oszukać. Ale węch? Niekoniecznie. Nie wiemy czy przemieniając się, istota zaczyna wydzielać inny zapach, właściwy dla tego, w kogo się przemienia czy też nie. Ale z drugiej strony - i tutaj przechodzę do kolejnej kwestii - po namyśle zdałem sobie sprawę, że węch też można oszukać. Właśnie przy pomocy perfum, które mogą zamaskować naturalny zapach rozpatrywanego osobnika. Co do pozostałych księżniczek, o ile nie ma wątpliwości, że wypadało im o siebie dbać, jakoś tylko w przypadku Cadance mamy mocno podkreślone, że obficie się perfumowała. Ale Celestia czy Luna? Raczej nie aż tak. Ale wiemy też, że Cadance rozstała się ze swymi nawykami i kompletnie się zaniedbała. Więc jej naturalny zapach powinien już "wyjść na wierzch" i gdyby miał się okazać podejrzany, to z pewnością ktoś już by ją "wyczuł". Chociażby Flurry Heart. No chyba, że tak od niej śmierdzi (od Cadance, nie Flurry), że literalnie nie da się niczego od niej "wywęszyć", poza fetorem spoconego, zabrudzonego ciała, który nie wskazuje na nic konkretnego ani podejrzanego. Z trzeciej strony, fanfik niekiedy podejmuje wątki romantyczne, dotykając tematów wrażliwych, a zapach, w tym kontekście, przynajmniej moim zdaniem, to coś bardzo intymnego, więc możliwe, że jest to kolejny element realizowania określonego nastroju, jaki autorka przewidziała na ten fanfik. A może znowu nadinterpretowuję. Ale dużo ciekawsza wydaje się tu wzmianka o postaci Constans, czyli pierwszej dziewczyny Shining Armora. O której Cadance najwyraźniej zawsze wiedziała. I z którą miała dobry kontakt. Sama Constans jest biała, w grzywie ma barwę fioletową, wpadła nawet na przyjęcie w Kryształowym Imperium, jakoś na rok przed narodzinami Flurry. No to nie może być przypadek Spójrzmy teraz na design Flurry. I przypomnijmy sobie jej słowa, jakoby Cadance jednak nie była jej biologiczną matką. Wszystko pasuje. W sumie, Flurry Heart faktycznie zachowuje się inaczej niż pozostałe księżniczki, coby się zbytnio nie rozpisywać, przede wszystkim wydaje się stabilna. Nie wiemy co prawda jaki charakter miała Constans, ale coś mi mówi, że swoje usposobienie zaczerpnęła prędzej od matki aniżeli od ojca. Nie jestem pewien czy jakieś wzmianki o Constans nie powinny pojawić się wcześniej. Skoro najwyraźniej była z Shiningiem gdy Twilight była mała i tekst sugeruje, że się znały (młodsza siostrzyczka chłopaka musiała jaśnie pannę irytować), to chyba powinniśmy już coś o niej wiedzieć? Nie sugeruję, że została wrzucona do fabuły po namyśle, ale mimo wszystko wydaje się wprowadzona dosyć późno. Dalej widzimy jak Celestia i Twilight szykują się na wielkie wydarzenie. Ta pierwsza wciela się nawet we fryzjerkę, by Twilight również mogła wpaść odstrzelona jak jak ona. Solenizantkę także planują zrobić na bóstwo. W międzyczasie mamy pogaduchy, w których trakcie przewija się parę ciekawych detali. Między innymi, Celestia przyznaje się, że to ona była Change. Co nie wydaje mnie się zbytnio szokujące. Zdaje się, że już wcześniej ją o to podejrzewałem: Ale mamy inne kąski. Otóż Celestia nazywała się kiedyś Filomena. Brzmi znajomo, prawda? Ach, te sentymenty Zamek, który znajduje się na Księżycu, został na satelitę wysłany dla Luny, ale należał on do Celestii, stąd ta zna go doskonale. Zresztą dawno temu przetrzymywał ją w nim zły czarnoksiężnik. Dlatego też Pani Dnia jest w stanie jednoznacznie zaprzeczyć istnieniu jakichkolwiek lochów. Luna ma znać zaklęcie iluzji, którego ofiarą najwyraźniej padła Twilight. I oto mamy drugi sygnał, że Luna być może nie jest tak niewinna i niewykluczone, iż niejeden już raz oszukała lawendową klacz. Ale potem powraca motyw kwiatów dla siostry dobrodziejki, jak również pamiętników Luny, które z jakichś powodów wydają się wzbudzać u Celestii konsternację (Narracja tego nie sugeruje wprost, jedynie zdziwienie, ale ja osobiście odniosłem takie wrażenie.). Jakby czytanie ich było... nieprzyzwoite co najmniej, ale bardziej niedozwolone. Co natychmiast rozbudza wyobraźnię - co tam może być? Może jakaś straszna prawda, a może pewne tabu, na myśl o którym sama Celestia ma się nieswojo. To także wydaje się motywem niepokojącym. Pada też pytanie o to, dlaczego rzeczy zostały sporządzone na czerwono. Barwnik? A może krew? Autorka nie traci czasu i już po chwili Twilight pyta Celestię czy możliwe jest to, że gdy Luna była zsyłana na Księżyc... jakby to ująć, czy mogła trafić na srebrny glob z "niespodzianką". Kontekst jest dosyć mroczny, bo pada pytanie o to, czy jeśli miałyby tu istnieć lochy i machiny tortur, to kto kogo miałby torturować. Co gorsza, Celestia najwyraźniej nie wie sama. Inaczej - nie wyklucza tego, gdyż sama nazywa to "ciekawą teorią". Uff... Zbierając to wszystko do siebie - znów mam wrażenie, że co najmniej część z tych rzeczy przewija się w tekście odrobinę za późno. Szczególnie ta rzekoma ciąża. Z tego wszystkiego, wydaje mnie się, że to było tym, co powinno, jeżeli już, pojawić się wcześniej, a co z kolei miałoby doprowadzić do interakcji między Twilight a Luną, w której ta pierwsza żądałaby odpowiedzi. Chyba, że uwierzyłaby w to bez dowodu. I sama kreowała scenariusze przeszłości. Pewnie nieprawdziwe. Podobnie jak te rewelacje. I tutaj strzelam - najwyżej przestrzelę - że wszystko to jest nieprawdziwe i jest albo od początku do końca wytworem wyobraźni Twilight albo jej nadinterpretacją wynikającą z niepełnych informacji. Lochy wydają się być na "standardowym wyposażeniu" typowego zamku księżniczki, narzędzia tortur również powinny tam być. Luna nie miała dziecka, gdyby było inaczej, coś byśmy wiedzieli. Za to Luna z pewnością jest siostrą Celestii. Młodszą. Może był to czerwony barwnik, a jeżeli nie, to krew mogła należeć do Luny. Skąd pomysł, że miałaby to być cudza krew? Pozyskana drogą tortur? A nie mogła malować własną? Byli tacy, co kontrakty swoją krwią podpisywali, a ona co, pisać by nie mogła? I tak dalej, i tak dalej. Nie zdziwię się, jak Twilight, przez te swoje kreacje i urojenia, popsuje te urodziny. Aha, jeszcze jedno - fragment z jej rozmowy z Celestią sugeruje, że Twilight może mieć niekompletne wspomnienia. Jakby to wcale nie była "ta" Twilight? I przez to nie pamiętała rzeczy, które pamięta prawdziwa Twilight? Może to tak znakomicie wytrenowany Podmieniec, że już nie wie, że jest Podmieńcem, ale naprawdę uważa samego siebie za prawdziwą Twilight, lecz nie może posiadać pewnych wspomnień? A może ta "Twilight" została dosłownie stworzona (poprzez zaklęcie przeistoczenia) przez Celestię, tak jak prawdziwa Twilight była latami kształtowana wedle jej wizji? Albo zadziałał jakiś czar zmieniający pamięć? Ależ tu jest możliwości! Ale najprawdopodobniej, na tym etapie historii, można sądzić, że tak jak Luna była Nightmare Moon, a Celestia mogła być Daybreaker, może Twilight także ma "drugą postać", lecz z jakichś powodów te dwie postacie nie dzielą wszystkich wspomnień. W sensie, jeżeli "Twilight B" coś zrobi, to po powrocie do postaci "Twilight A", już tego nie pamięta. Nie wiem jak miałoby to działać, ale jeżeli cokolwiek jest na rzeczy, liczę, że zostanie to... podpowiedziane. W ostatnich scenach będziemy mieli więcej Flurry Heart, która w jakiś sposób - oby nie torturami, chociaż infrastruktura zapewne na Księżycu jest - wyciągnęła z Cadance, dlaczego ta uważa Twilight za Podmieńca. I to jest trochę creepy, ale Cadance miała podglądać Twilight i w ten sposób zobaczyć, jak ta wchodzi do kąpieli nie jako Twilight, ale jako... Chrysalis! Ale nie taka "niby-Chrysalis", przemieniona jak Podmieniec, ale jako autentyczny Podmieniec, który zarąbiście dobrze imitował Chrysalis! Dziwne. Jeżeli miałoby dojść do czegoś podobnego, to wydaje mnie się, że Cadance musiałaby już dawno podejrzewać Twilight o niecne zamiary. Albo o to, że nie jest Twilight. Bo jak inaczej to wytłumaczyć? W środku nocy musiała siusiu i pomyliła łazienki, akurat w momencie, w którym Twilight zamierzała się wykąpać? I zamiast pójść sobie to została i patrzyła? Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, sam byłbym mocno zaskoczony gdyby o trzeciej w nocy w mojej łazience kąpała się jakaś Chrysalis, ale wiecie... Bez przesady. Twilight twierdzi, że Cadance to zmyśliła. Jeżeli jednak nie, to Cadance musiała ją od dłuższego czasu śledzić. Dlaczego? Czy Trixie sama była Podmieńcem? A kto ją tam wie? W sumie, ciekawe, że na Księżyc trafiły wszystkie Księżniczki, poza Starlight Glimmer. To czyni ją pierwszą podejrzaną. Ale równie dobrze mogłoby być tak, że ktokolwiek, kto za to odpowiada, po prostu "nie zdążył" zesłać i jej. Albo... Starlight nie dała się tak łatwo podejść i w samoobronie "kropnęła" sprawcę. Ale gdzie w tym wszystkim miałaby być Trixie? Nie wiem. Może Starlight widziała jak bardzo Thorax był nieszczęśliwy bez Twilight i ulitowała się nad nim, angażując w to Trixie, by "zastąpiła" mu żonę? Sprzedając bajeczkę, że: "Hej, cudem odnalazłam Twilight!"? A Trixie zgodziła się, wcale nie dla Thoraxa, ale dla swojej przyjaciółki? Swoją drogą, Thorax zniknął i w tym rozdziale też go brak. To cementuje moje przekonanie, że jego tam nigdy nie było. Konkluzja - Twilight nie ma informacji, ma jedynie poszlaki i luki w pamięci, ażeby je wypełnić, wymyśla coraz to nowe, nieprawdopodobne scenariusze, najwyraźniej w przeświadczeniu, że ktoś musi chcieć jej krzywdy. Ergo, większość jej spekulacji to urojenia. Przyznam, że to też byłby fajny twist - kucyki, które według niej knuły przeciw sobie nawzajem w rzeczywistości próbowały sobie pomóc, a ci, którzy według niej usiłowali jej zaszkodzić, próbowali załagodzić sytuację. Ale biedaczka sama nie panuje nad swoją wyobraźnią. Rodzi się pytanie - a na ile możemy jej wierzyć my, jako czytelnicy? W tym wszystkim pocieszające były słowa Celestii, zarówno te o zmianach, jakoby te miały nadawać życiu sens, jak i te, że prędzej czy później ktoś znajdzie je wszystkie na Księżycu, bo kiedyś przestanie on być "niedostępny". Nika umie swoimi tekstami potrząsać czytelnikiem, wie jak zmusić go do myślenia czy kwestionowania tego, co przeczytał, ale potrafi także pocieszyć. To także należy docenić. Generalnie rozdział okazał się dużo bogatszy w stosunku do swych nowszych poprzedników; pojawiło się w nim więcej postaci, przewinęło się wiele wątków, otrzymaliśmy parę podpowiedzi i detali, w ogóle, było więcej scen, niemniej wydaje mnie się, że jesteśmy już gotowi na finał. Czy będzie ciekawie, tego jestem pewien, czy "uciągniemy" prawdę, tego już niekoniecznie, jednakże wątpię, że będę rozczarowany. Niezmiennie tekst przyciąga do siebie klimatem, stylem, jak również różnorodnością możliwości odnośnie tego, jak mogła potoczyć się fabuła naprawdę. Co się tam wydarzyło? Co zaszło między księżniczkami? I jak się to skończy? Zacieramy ręce i czekamy
    2 points
  40. Coś czuję, że rozczarujecie się tym fanfikiem. Ale komentarze i teorie piękne, bardzo dziękuję. Wstawiam Rozdział 15
    2 points
  41. Jak dla mnie nowy rozdział tym bardziej sugeruje, że Thoraxa tam nie ma. Twilight o nim śni (trochę beka, że tak marudziła jak to Celestia ją do ślubu zmusiła, a teraz jest "mężu, wróć, potrzebuję cię"). Czasami i na jawie. Wydaje mi się też, że tej sali tortur tam nie ma. Bo czemu miałaby być na Księżycu? Oczywiście, jest opowieść o podmieńcach z księżyca i Change... Ale czy podmieńce w ogóle budują komnaty tortur? Szczególnie, że ich kultura jest różna od kucykowej, a z tego co wiemy, takie miejsca znaleźć można w Zamku Dwóch Sióstr i w Canterlot. Czyli to element kultury kucyków. Podmieńce raczej wyglądają na istoty, które wolą tortury psychiczne i magiczne. Ciekawe, że kucyki w tym świecie mają takie wynalazki i to za czasów królewskich sióstr - najwyraźniej im to nie przeszkadzało. Nie żeby to było moralnie niewłaściwe, po prostu tortury są dość nieskuteczne, torturowany w końcu powie wszystko, to co chce od niego usłyszeć kat. Przyzna się do win, których nie popełnił. Dlatego w cywilizowanym świecie ich stosowanie jest mocno ograniczone i robione po cichu zabronione. Swoją drogą, część z wymienionych w tym rozdziale urządzeń do ćwiczeń agonizujących nigdy nie była stosowana w praktyce. Istniały jako sensacje z wieków późniejszych do szokowania okrucieństwem wieków ciemnych. Ciekawe, czy w świecie kucyków też tak jest. Inna sprawa, że żelazna dziewica (która prawdopodobnie nigdy nie była używana) jeśli już, to służyła za narzędzie egzekucji, a nie tortur. Swoją drogą, zastanawiające jest to jak Celestia karała Lunę. I ciekawe za co. Oczywiście, rozważania Twilight, że Celestia Luny nie kocha wyrzuciłabym do wora "brednie". Bądźmy poważni, Celestia wiedziała, że Luna umila sobie karę, to raz. Udawanie psa czy ścięcie grzywy to zwykły głupi dowcip do jakiego zdolne jest rodzeństwo/bliscy przyjaciele. Tak sobie myślę, że chyba wiem czemu Flurry twierdzi, że Twilight cuchnie podmieńcem. I czemu Twilight ma schizy. Na przebierankach się nie skończyło. Twilight próbowała przemienić się w królową podmieńców. Tak jak przemieniła się w alikorna czy jak przemieniła szczura czy co to tam było. To by wyjaśniało jej księżycową amnezję. I wątek z magią przemiany. Do tego mamy symbolikę imion. Twilight oznacza zmierzch, czyli czas zmiany z dnia na noc. Imagination Domina - wyobraźnia prowadzi do wprowadzania zmian w życie, Twilight jest królową wyobraźni, a więc i zmian. I zmieni się w imago. W formę dorosłą. Change chyba nie muszę tłumaczyć. Za to Kryształowa Alicja - Crystal Alice - okej, w zagadce niby chodzi o Chrysalis, ale czy tylko i wyłącznie? Cadance jest księżniczką Kryształowego Imperium. Twilight i Chrysalis są do siebie podobne, bo obie oznaczają przemianę. I to że obie są do niej w pewnym sensie niezdolne. Chrysalis nie zmieniła się w tęczożuka, a Twilight w Chrysalis. Jak to poskładać do kupy, by miało najwięcej sensu... Szczególnie, że przypominam - według Flurry Twilight pachnie podmieńcem, a Cadance nie jest jej biologiczną matką. A Flurry wydaje się być z nich wszystkich dość normalna. Jednocześnie jest bardzo młoda i nie pamięta zbytnio życia przed Księżycem i nigdy nie wąchała 100% podmieńca. Dostaliśmy trochę informacji o zwyczajach reprodukcyjnych podmieńców. I o tym, że podmieńce inne niż królowa też się rozmnażają i lubiły podrzucać swoje młode królowej. Cadance, Luna i Celestia pachną podobnie, są raczej z tego samego gatunku. Flurry wyczuwa, że Twilight jest inna, czyli albo Twilight jest jedynym kucykiem albo jest kucyko-podmieńcem po eksperymentach magicznych. Obie wersje mogą być w sumie jednocześnie prawdziwe. Przypatrzmy się linii czasowej: 1. Legenda o Change. 2. Rządy Celestii i Luny. 3. Wygnanie Luny. 4. Tu skądś się bierze Cadance. 5. Dzieciństwo Twilight. 6. Powrót Luny. 7. Alikornizacja Twilight. 8. Rodzi się Flurry Heart. 9. Twilight hajta się z Thoraxem. 10. Wygnanie. Śmierć Chrysalis wydarzyła się gdzieś pomiędzy 7 a 9. Nie wiemy za to kiedy zginęła siostra Chrysalis. Ani czy na pewno zginęła. Co jeśli tylko została wygnana? Alikorny jakie znamy podległy przemianie, by nimi zostać - jest to prawdziwe przynajmniej przy Twilight. Ale czy wszystkie startowały z poziomu kucyków? W końcu wygnanie jest łaską, by nie cierpiały braku miłości w Equestrii. A młoda Cadance nie mogła jeść normalnego żarcia. Cadance, księżniczka miłości, księżniczka tego, co najbardziej pożądają podmieńce. Istnieją opowieści, że księżyc jest z sera. Księżyc jak ser jakoby miałby mieć dziury. Księżyc też ciągle zmienia fazy, choć tak naprawdę to nie. Zmienia się to jak na niego patrzymy. Konkluzja: Podmieńce faktycznie pochodzą z Księżyca, ale pokolenie Change było odmienne od pokolenia Chrysalis. Podmieńce od Change opuściły Księżyc w poszukiwaniu miłości - nie dlatego, że musiały ją żryć, po prostu życie na Księżycu to nuda. Nic tam się nie dzieje. Change paradoksalnie była tą, która nie potrafiła się zmienić. Ale od tych podmieńców wywodzą się zarówno Chrysalis i jej siostra, jak Celestia i Luna. Tylko przybrały inne formy dorosłe. Dwie pary sióstr. I obie pary zaliczyły rozstanie. Tak jak Luna zmieniła się w Nightmare Moon, tak Cocoon zmieniła się w Cadance/Cadance jest z jej linii. I została wygnana przez swoją siostrę. Ale kiedy Luna na wygnaniu otrzymała samotność, Cadance dostała miłość i została przygarnięta przez Celestię. Luna wróciła i wygrałaby tym razem z Celestią gdyby nie Twilight. Chrysalis znowu starła się z Cadance i wygrałaby gdyby nie Shining Armor. Ostatecznie Chrysalis została zabita i wydaje mi się, że zrobiła to Cadance. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to ona to zleciła. Cadance ma wąty do Luny, bo po pierwsze zazdrości jej miłości Celestii i tego, że Lunie wybaczono i mogła wrócić do domu, nawet jeśli według Cadance ta na to nie zasłużyła. Cadance nie mogła mieć dzieci z Shiningiem, bo ona nie jest kucykiem. Dlatego poprosiła o pomoc Celestię, a ta załatwiła jej jakoś Flurry. Możliwe, że odebrała ją Chrysalis i przemieniła na ich modłę i podobieństwo. Ponieważ wszystkie, poza Twilight, nie są kucykami, tylko formą ewolucyjną podmieńców, formą, która nie może się już tak łatwo zmienić, to mają lepiej rozwinięty węch. Dlatego według nich podmieńce mają jakiś inny zapach. I pewnie mają inny od nich. Różne formy rozwojowe wydzielają różne związki zapachowe. A kto je wygnał? Myślę, że zgodzę się z teorią @Suni zaryzykuję, że Celestia lub Twilight. Po tym co Twilight odwaliła ze swoimi eksperymentami z przemianą i po ujawnieniu czym są księżniczki, uciekły z Equestrii, by nie cierpieć braku miłości od swoich kucyków. Borze, napisałam to na trzeźwo ._.
    2 points
  42. Najwyższa pora powrócić do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", poprzednim razem historia posiadała jedenaście odcinków, a teraz ma ich czternaście. Sprawdźmy zatem co przyniosły nam najnowsze trzy odcinki tejże fabuły - co się wyjaśniło, co się zagmatwało, czy otrzymaliśmy jakieś nowe poszlaki, a może to, co sądziliśmy do tej pory, okazało się znaczyć coś zupełnie innego? Ostrzegam jednak, że oznacza to, iż w komentarzu pojawi się mnóstwo istotnych spoilerów, a zważywszy na to, że poszczególne nowe rozdziały wnoszą do historii niejedną rewelację, a nawet można uznać je za przełomowe, czytając tego posta narażacie się na zepsucie sobie radości samodzielnego odkrywania losów postaci w ramach lektury, toteż rekomenduję najpierw przeczytanie fanfika, a potem niniejszego komentarza. Rozdziały nie są długie, czyta się je wartko, więc co Was powstrzymuje? Już po lekturze? No to jedziemy! Ostatni rozdział, który miałem przyjemność komentować - odznaczony numerem jedenastym - cechował się tym, że wyhamowywał tempo akcji, zgodnie z duchem fanifka żonglując przeszłością i teraźniejszością, dotykając tematyki podmieńczej, acz koncentrując się na relacjach między księżniczkami zarazem. Rozdział dwunasty podobnie pozwala sobie na spowolnienie akcji, nieco chętniej powraca do przeszłości, z tą różnicą, że, odwrotnie od swego poprzednika, skupia się na wątku królestwa Podmieńców oraz Twilight próbującej się odnaleźć w nowej roli - królowej roju, matki roju i żony króla roju. Ciekawym detalem jest to, że jak w poprzednim rozdziale protagonistka usiłowała wykazać, że na pewno nie jest Chrysalis, a kto uważa inaczej, to bzdury plecie, tak w tym odcinku zaczyna myśleć o tym co mogłaby zrobić, by nią być; może nie w sensie dosłownym, lecz jak stać się królową, którą pokochają i zaakceptują Podmieńcy. I te fragmenty, podobnie jak wymienianie tysiąc razy powodów, dla których Twilight nie jest Chrysalis (A może to było tysiąc powodów? Już nie pamiętam.), są przeurocze. Chociaż na inny sposób. Należy pochwalić styl, w jakim autorka wplotła do treści trochę światotworzenia, poświęcając uwagę głównie podmieńczej kulturze. Ale po kolei. Fabularnie, znajdując się w teraźniejszości, tkwimy na etapie pisania opowiadania urodzinowego dla Cadance. Bohaterce towarzyszy księżniczka Luna, z którą to konsekwentnie wydaje się mieć najzdrowszą relację, zatem Pani Nocy wydaje się idealną powierniczką wszelkich wątpliwości i trosk byłej już księżniczki przyjaźni. Natomiast będąc w przeszłości, śledzimy losy Twilight, która stara się wpasować tam, gdzie, jak ona sądzi, nie pasuje i gdzie jej nie chcą. I tak dowiadujemy się, że o ile Thorax rzeczywiście darzy ją uczuciem, o tyle Pharynx wręcz nią gardzi, przy okazji oskarżając brata o uległość wobec woli Celestii. Jeżeli owszem, wówczas królewska para już ma coś wspólnego - oboje nie potrafią się oprzeć podpowiedziom Pani Dnia, która przecież musi mieć rację, bo jest najmądrzejsza. Ciekawe. Ale tak czy inaczej, z rozdziału jasno wynika, że tych dwoje autentycznie ma się ku sobie, po prostu cała ta królewska otoczka sprzyja przykrym sytuacjom i nieporozumieniom. Zastanawiam się jakby to było, gdyby - może w międzyczasie się pobierając, a może nie - nie byli razem jako para królewska, ale jako alikornia księżniczka i odmieniony Podmieniec, i żyli sobie gdzieś daleko, mając tylko siebie. Taki obraz wydaje mnie się czymś ładnym i przyjemnym. Gdyby tylko oboje mieli w sobie więcej asertywności i odwagi, naprawdę mogłoby być... może jak w bajce. Nie jak w baśni, ale jak w bajce właśnie. Twilight najwyraźniej tak czy inaczej nie zostanie pokochana przez swych nowych poddanych tak, jak Chrysalis, a Pharynx wydaje się oddalać od brata, więc... Koniec końców Twilight i Thorax mają tylko siebie. Tylko na sobie mogliby polegać. Im dłużej o tym myślę, tym ciekawsza wydaje mnie się ta relacja. I wielka szkoda, że ich życie potoczyło się tak, jak się potoczyło. Co więcej, o ile oczywiście Twilight, a ramach całej "Nowoczesnej baśni o Księżycu", daje odbiorcy powody, by ją lubić, by jej nie lubić, rzadko kiedy świeci racjonalnością i spokojem, pomimo wszystkich nietypowych sytuacji, także momentów, w których wybucha, o tyle wydaje mnie się, że nie zasłużyła na to, co ją spotkało. I co spotyka ją teraz. W każdym razie nie na wszystko. No bo nadal mam z tyłu głowy to, że tyle razy wystarczyłoby powiedzieć "nie" i odebrać swój los z kopyt Celestii, ale wciąż - bywają momenty, kiedy mnie osobiście jest jej trochę szkoda. To z kolei cecha wspólna z księżniczką Luną - patrzymy, a raczej czytamy o tym, czym ją raczą towarzyszki niedoli i ciężko otrząsnąć się z wrażenia, że klacz sobie na to nie zasłużyła, naturalną reakcją na te rzeczy wydaje się zwyczajne współczucie. Zatem wchodząc głębiej, daje się dostrzec punkty wspólne, analogie między losami poszczególnych postaci. Odkrywanie tych szczegółów niezmiennie satysfakcjonuje, dodaje ekstra spójności całemu fanfikowi i po prostu wydaje się pasować, ogólnie. Prócz tego protagonistka zaczyna zadawać sobie pytania o to, co właściwie czuła/ czuje wobec postaci Chrysalis, zastanawia się jak mogłaby - nie będąc Podmieńcem - zastąpić nowym poddanym ich poprzednią królową, w międzyczasie odkrywając w głębinach gniazda grotę, która jest zamknięta, a którą otworzyć może tylko prawdziwa królowa Podmieńców, gdyż do zamku wchodzi nie konwencjonalny klucz, a odpowiednio zakrzywiony, podziurawiony, podmieńczy róg. Jest to chyba pierwszy moment w fanfiku, w którym słyszymy o tajemniczej Cocoon - siostrze bliźniaczce Chrysalis, która miała ponieść śmierć z łap stwora, który zalągł się w tych podziemiach, a którego zgładziła późniejsza królowa Podmieńcow. Jest to kolejna tajemnica w fabule - dla nas i dla Twilight - do późniejszego rozwiązania. Bo nie wydaje mnie się, by cokolwiek, co dotyczy kogoś, kto jest bliźniaczką samej Chrysalis, zostało dodane do historii po to, by być. A teraz wspomniane światotworzenie - autorka umiejętnie powplatała szczegóły dotyczące kultury Podmieńców i ich zwyczajów, budując wokół nich sytuacje, krótkie scenki, niekiedy też mini-wątki (jak chociażby miłość jako fizyczna forma pożywienia, która ma swoją barwę i smak), unikając zbytnich ekspozycji czy dalej idącego spowalniania akcji po to, by coś wytłumaczyć czytelnikom. Wszystko wydaje się wprowadzone naturalnie, po to, by rozszerzyć podmieńcze tło i zarazem uatrakcyjnić lekturę. I tak dowiadujemy się chociażby tego, jakie są typowe barwy miłości, jako fizycznego pożywienia, i do czego mogą one nawiązywać, nabieramy pojęcia jak silny jest wśród Podmieńców kult Chrysalis, okazuje się też, że Podmieńcy, ogólnie, często spluwają. Chyba ostatecznie nie dowiadujemy się dlaczego, więc może to być zwykły nawyk, a może coś, co niesie ze sobą znaczenie, w zależności od sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc, choć rozdział ten nie wyróżnił się długością, miałem wrażenie, że wydarzyło się w nim dużo. Od samego początku prezentowana przez autorkę przeszłość występujących w "Nowoczesnej baśni o Księżycu" postaci bardzo mnie intryguje, toteż nie przeszkadza mi ani trochę zwolnienie, a wręcz zatrzymanie akcji, po to, by raz jeszcze zerknąć przez okno na minione wydarzenia, które ukształtowały te postacie i które w mniejszym lub większym stopniu mogły doprowadzić do tego, że wylądowały na Księżycu. Niezmiennie tekst czyta się zaskakująco lekko, jak na podejmowaną tematykę, nie uświadczyłem żadnych dłużyzn ani fragmentów, które wydają się nie pasować; poszczególne sceny zawsze wydają się ze sobą powiązane w ten czy inny sposób, a motywem, który towarzyszy nam ciągle podczas lektury, jest zagadka - co się tak naprawdę stało, w jakiej kolejności i kto jest tutaj winowajczynią. Zajmująca intryga, w połączeniu z czasem ponurym, czasem groteskowym, ale zawsze tajemniczym klimatem, skutecznie przyciąga do fanfika i nie pozwala się od niego oderwać, ani tym bardziej przestać myśleć o fabule. Rozdział trzynasty nie marnuje czasu i już na początku udziela nam ważnej lekcji - wygląd to nie wszystko. W swych staraniach, by być bardziej jak Chrysalis, Twilight uciekła się do zmiany swego designu, co wprawdzie uczyniło ją bardziej podobną do poprzedniej królowej... Lecz Pharynx nie szczędzi jej cierpkich słów i trudno się z nim nie zgodzić. Przynajmniej w kwestii bycia podróbką. Jasnym staje się, że Chrysalis to więcej niż wygląd zewnętrzny. W ogóle, przy tym rozdziale zacząłem zauważać, że autorka między wierszami porywa się na eksplorację tejże postaci. Z biegiem czasu Chrysalis przestaje się jawić jako ofiara niefortunnego wypadku, nawet jej reputacja złoczyńcy jest w "Nowoczesnej baśni na Księżycu" podmywana. Chociaż nie bierze fizycznego udziału w fabule, post mortem poznajemy ją jako ukochaną władczynię, nie do podmienienia, a także matkę, pragnącej miłości. Eksploracja ta odbywa się zwykle poprzez narrację czy też z perspektywy Thoraxa, który to... w tym rozdziale zjawia się na Księżycu! Informacja ta wprawdzie niezupełnie spada na czytelnika nagle, niemniej osobiście było to dla mnie małe zaskoczenie. Jednakże to jego rewelacje stanowią największy (jak do tej pory) szok, ale i wątpliwości, albowiem dowiadujemy się kto był tak uprzejmy wysłać księżniczki na Księżyc, jak również dlaczego król Podmieńców tak długo nie zorientował się, że u jego boku brakuje Twilight Sparkle. No właśnie - dwusetne urodziny Cadance. Wprawdzie nie wiemy od jak dawna księżniczki siedzą na srebrnym globie, jednakże jeżeli ktoś już spekulował, że trwa to od dawna, to w rozdziale trzynastym otrzymuje potwierdzenie: Zatem to faktycznie dosyć dziwne, na chwilę odstawiając na bok rolę Trixie - Thorax nie zauważyłby, te ponad sto lat temu, że Twilight gdzieś zniknęła? I przez cały ten czas nie próbował jej odnaleźć? A pozostałe księżniczki? Ich zniknięcia też nikt nie zauważył? Nikt nie dociekał, co się z nimi stało? Nikt ich nie szukał? Właściwie to, co zdradza nam Thorax, również wydaje się grubymi nićmi szyte. Bo załóżmy, że było tak, jak sam powiedział. Czyli była przy nim "Twilight". Niby-Twilight. Nadal pozostaje pytanie o Celestię, Lunę, Cadance czy Flurry Heart. Nawet jeśli przyjąć, że Starlight Glimmer była w stanie wszystkim się zająć sama, nadal nie rozwiązuje to tajemnicy tego, co się z nimi wszystkimi stało. No bo Starlight coś musiała powiedzieć poddanym kucykom, co nie? Ktoś musiał widzieć, że większości księżniczek brakuje. Musiała przedstawić jakieś wytłumaczenie... Albo i nie - skoro stała się księżniczką, to mogła zrobić inaczej. Raczej by się nie przyznała... Ale tu rodzi się pytanie o to, jak była potężna. Może miała idealne możliwości, by poddanych zastraszyć i wybić im z głowy chociażby wątpliwości. A może stało się coś jeszcze innego. Oczywiście jeżeli to, co mówi Thorax, jest prawdą. Bo prawdą wcale być nie musi. I po namyśle, a także wielokrotnym przeczytaniu/ przeanalizowaniu tekstu, ilekroć wyobrażam sobie jak musiała wyglądać Equestria przez te ponad sto lat, nie potrafię się pozbyć dziwnego wrażenia, jakoby miejsce to było wrogie kucykom, niepokojące, obce w stosunku do tego, co było, w jakimś sensie puste. Bez znanych księżniczek, z tą najnowszą na czele, co do której nie wiadomo jak będzie rządzić ani jak się będzie zachowywać, a która najwyraźniej przeszła pewną transformację w związku z opisanymi w fanfiku wydarzeniami. Kiedy na Ziemi nadal były księżniczki, a jej pogodzenie się z Twilight najwyraźniej nie było szczere... Skoro zrobiła to, co zrobiła. Sam nie wiem. Jakbym opuścił miejsce, które znałem od zawsze i dla którego byłem istotny, przeniósł się daleko i sobie żył, mając świadomość, że tamto miejsce nadal istnieje. I zastanawiał się w jakiej postaci przetrwało beze mnie, bo przetrwać jakoś musiało. A może nie? Perspektywa powrotu i samodzielnego sprawdzenia kusi... No właśnie - gdyby księżniczki nagle powróciły, jaką zastałyby Equestrię? A może to wszystko nieprawda? Nawet pomijając to, że wersja Thoraxa, przynajmniej na etapie rozdziału trzynastego, brzmi naciąganie, trudno przeć się wrażeniu, że coś tu jest nie tak. Tutaj zarazem muszę sprostować jedną rzecz, o której pisałem wcześniej: Okazuje się zatem, że źle to sobie wyobraziłem. Sprawdziłem czy tekst mógł zostać napisany mało zrozumiale, ale nie, przyczyna leży gdzie indziej - tekst nie sugerował niczego konkretnego, zabrakło kontekstu. Był to element zagadki, a może małej "pułapki" przemyślanej przez autorkę, by mało rozgarnięty odbiorca myślał, że tak to wyglądało. Ale teraz faktycznie zza tej mgły tajemnicy wyłania się prawdziwy obraz - wszystkie księżniczki trafiły na Księżyc wbrew swej woli, zesłane przez osobę trzecią, a na satelicie najwyraźniej musiały być już jakieś rzeczy, w tym żywność, którą w komentowanej wcześniej scenie rozdzieliła Celestia. Teraz, mając pełniejszy kontekst, wygląda na to, że był to jeden z ostatnich, desperackich momentów normalności, jakie usiłowała wykreować Celestia. Zastanawiam się co ona sobie wówczas myślała. Nie wiem czemu, ale teraz cała ta scena z "pakowaniem się" wydaje mnie się nie tyle groteskowa, co surrealistyczna. Oderwana, zawieszona gdzieś pomiędzy, niby zrozumiała, możliwa do wytłumaczenia, ale jest w niej coś dziwacznego. "Pakowanie się" na wycieczkę do miejsca, na którym już się było, wydzielanie racji żywnościowych z żywności, która najwyraźniej była tam od dawna, chociaż alikorny nie muszą jeść, pozbywanie się rzeczy z kuferka, rzeczy wziętych nie wiadomo skąd i tak dalej. Tekst z czasem przynosi brakujący kontekst i odpowiedzi na różne pytania, ale im dalej - mam wrażenie - tym więcej pełzającej grozy się tu udziela. Pełzającej, bo wiele zależy od tego jak dany czytelnik zinterpretuje sobie te sceny i co sobie wyobrazi. A wyobraźnia, to potężna rzecz. Kto wie? Może obecność Thoraxa na Księżycu i jego opowieść to kolejna "pułapka"? Jak uczy dotychczasowa lektura, wyciąganie wniosków zbyt szybko może zwieść na manowce, toteż warto po prostu czytać dalej. Mieć teorie i podejrzewania, ale weryfikować je na bieżąco. Wracając do samego rozdziału - konstrukcyjnie jest to istny kalejdoskop; sceny z teraźniejszości mieszają się z retrospekcjami, które to retrospekcje wydają się swobodnie porozrzucane po osi czasowej. I tak znów czytamy o małej Twilight, powróci wątek z czarną magią, ale będzie także spotkanie z przyszłą pewną bardzo potężną czarodziejką, padnie nawet, chyba po raz pierwszy w fabule, nowe imię dla Twilight, które wymyśliła - a jakże - Celestia. Brzmi ono Imagination Domina. Jak dla mnie postać, która nosi takie imię, może być zarówno najodważniejszą bohaterką, która nie bacząc na nic rzuci się na ratunek, pokona wszelkie zło ku chwale, jak i kimś, kto zdolny jest dla własnej uciechy złamać każdego i czerpać satysfakcję z każdej jednej chwilki spędzonej na pochodzie po zgliszczach tego, co stało na jej drodze. Imię brzmi podniośle, dumnie, ale ma w sobie coś mrocznego. I to również mnie się podoba Będzie także scenka ukazująca nam pierwsze chwile Twilight na Księżycu, zaraz po zesłaniu. I ze wszystkiego, co przewinęło się w rozdziale trzynastym, to właśnie ona ma jak dla mnie najluźniejszy... Inaczej - najmniej napięty nastrój. Tam jest najmniej tajemnicy. Ba, to w niej jest rozwiązanie niejednej wątpliwości po poprzednich odcinkach. Widać bowiem jak to było i że to nie była ani zaplanowana, ani tym bardziej skoordynowana z pozostałymi zesłanymi wojaż. A jeszcze wracając na moment do Chrysalis – ten rozdział sprawił, że zacząłem się zastanawiać, jak to się właściwie stało, że stała tam wtedy przy torach, dostatecznie blisko, by ktoś mógł ze skutkiem śmiertelnym wepchnąć ją pod pędzący pojazd, w ogóle, co się musiało stać, by komukolwiek przyszło do głowy uczynić coś podobnego, w biały dzień, pośród kucyków. Pierwsza myśl? Dzień jak co dzień, Chrysalis w kogoś się przemieniła, by karmić się czyjąś miłością - miłością do tego kogoś, kogo postać przybrała. Najwyraźniej popełniła błąd i ktoś się zorientował. Ale jak było naprawdę? Ogółem rozdział ciekawy, powiedziałbym wręcz, że dla paru wątków może to być przełomowy rozdział, gdyż przynosi nam kilka odpowiedzi, zapewnia brakujący wcześniej kontekst, ale zarazem zadaje kolejne pytania i w ten sposób pogłębia tajemnicę. Dosyć dynamiczny, za sprawą wielu scenek, może nawet nieco chaotyczny, ale zrozumiały dla odbiorcy; jeżeli ktoś do tej pory czytał uważnie, to bez problemu ogarnie co się kiedy dzieje i o co chodzi. Klimat niezmiennie intrygujący, tekst śledzi się z niegasnącym zainteresowaniem, losy poszczególnych postaci nie są obojętne i po skończonej lekturze zawsze pozostaje chęć ciągu dalszego. Stąd rozdział czternasty może zdziwić. W materii bieżącej fabuły nareszcie idziemy do przodu... aczkolwiek nie dzieje się w nim wiele. Twilight najwyraźniej robi postępy w pisaniu opowiadania urodzinowego dla Cadance. Thorax na początku jeszcze jej towarzyszy, ale już po chwili znika z fabuły. I to jest bardzo dobrze napisany fragment; dobrze kreuje tego Thoraxa na Księżycu jako postać enigmatyczną, która tak samo, jak się nagle pojawiła, równie dobrze może nagle zniknąć, chociaż jego obecność może nadal być wyczuwalna. No i podobały mnie się rozkminy Twilight, choć ja osobiście... jestem pewien, że tak naprawdę go tam nie ma. Pytanie zatem czy Thorax kiedykolwiek na tym Księżycu był? Może Twilight go sobie wymyśliła, a może... użyła czaru przeistoczenia? A może przemieniła się w niego Change, która jednak istnieje i cały czas tam jest? A może był to Podmieniec udający którąś z księżniczek? Mamy tu parę możliwości. Skoro mowa o Change, to jej motyw tu wraca. Bohaterka natrafia bowiem na salę tortur znajdującą się w zamku, za przejściem, którego najwyraźniej wcześniej nie zauważyła... A które w rzeczywistości wydaje się prowadzić donikąd. Czy ten zamek ma jakieś podmieńcze właściwości? On też umie się zmieniać, bawić się swymi bywalcami? Ale po co? Musiałby chyba wtenczas posiadać swoją świadomość, czyż nie? Wszystko to nakazuje mi sądzić, że możliwości są dwie. Albo Twilight Sparkle - jak przystało na miano Imagination Dominy - może mimowolnie, a może nie, może w sposób niekontrolowany, chociaż niekoniecznie, sama kreuje sobie postacie, z którymi wchodzi w interakcje i lokacje, które zwiedza, co zapewne wypływa z silnego pragnienia zobaczenia się z ukochanym albo po prostu spędzony na Księżycu czas zaczyna odciskać na niej swoje piętno. Albo... ktoś chce, by Twilight tak myślała; że na Księżycu jest Thorax, że na Ziemi zastąpiła ją Trixie, że za zesłanie odpowiedzialna jest Starlight, a w zamku było przejście do sali tortur, z której z pewnością ktoś kiedyś korzystał. Pytanie tylko, kto taki? Zapewne ta sama osoba, która pisała z nią jako Change. Celestia? W obu scenariuszach Thoraxa tak naprawdę tam nie ma. Nie tylko w tym rozdziale - jego nigdy nie było na Księżycu. Chyba nie jest dziełem przypadku, że Celestia została wspomniana po tej scenie. Jako ostatnia trafiła na Księżyc, ale zarazem to właśnie ona tchnęła w swe towarzyszki niedoli trochę energii, a nawet pozytywnych emocji. Tak opisuje to rozdział. Może dalej to robi? Sonata Lunarna (szkoda, że autorka nie postanowiła użyć tu "Sonaty Księżycowej" ("Moonlight Sonata"), zawiązanie byłoby zacne ), która w pewnym momencie dociera do uszu bohaterki zdaje się sugerować, że ta jednak zaczyna wariować... ale jednak nie - po niedługiej wędrówce Twilight znajduje Lunę, która wygrywa tę melodię na swej szałamai. Po raz kolejny przekonujemy się o dwóch rzeczach: pierwsza, czyli przeszłość Pani Nocy i jej relacje ze starszą siostrą, jak się okazuje, nie było kolorowo, kto wie o czym jeszcze nie wiemy, a dwa, to właśnie z nią Twilight ma najzdrowsze relacje. Scena z nimi, poza tym, że była bardzo miła i przyjemna, wydawała się nawiązywać do ich tańca na weselu byłej już księżniczki przyjaźni. W gąszczu scen nacechowanych tajemnicą, mrokiem, groteską i smutkiem, takie ciepłe, serialowe momenty są bardzo w cenie - ubogacają całość, dają czytelnikowi coś pocieszającego, taki moment wytchnienia, w którym bohaterkom nic nie grozi; ani napastnik, ani rozczarowanie, ani przykrość. Jednocześnie nie wolno zapominać o drobnym światotworzeniu, chociaż tu głównie jest to dalsze rozwijanie podmieńczej kultury, poprzez narrację; które zwyczaje są dla nich naturalne, a które zaadaptowali z czasem, po swojej przemianie, od kucyków. Plus wstydliwość Luny, wynikająca ze staromodnych zwyczajów i pojęcia obyczajności, do którego nadal jest przywiązana - zawsze uroczo się to czyta. Podobnie robi się uroczo, gdy odbiorca zda sobie sprawę, że postępy w pisaniu opowiadania dla Cadance nastąpiły dopiero, gdy u boku Twilight znów pojawił się Thorax. Jakby bez niego naprawdę nie była sobą, bo była niekompletna, a obecność ukochanego ją dopełniała, na tyle, że mogła się skupić i ruszyć z tworzeniem podarku dla bratowej. Bardzo ładny motyw. Może tak bardzo zależy jej na bratowej, tak bardzo chce stworzyć dla niej piękny prezent, że wyobraziła sobie męża, bo wiedziała, że bez niego nigdy tego nie dokona? Prócz Luny, która faktycznie jawi się jako jedyna prawdziwa przyjaciółka, zasługująca na jej szczerość, to chyba na Thoraxie i Cadance najbardziej jej zależy. W sensie, to są jedyne bliskie jej osoby, które tutaj z nią są; jedna duchem, druga ciałem. Och, znowu zapomniałem o Flurry Heart. Oj tam, oj tam W ogóle, jakby się nad tym zastanowić, Twilight z biegiem fabuły wydaje się uspokajać. Możliwe, że to również w związku z pozytywnym wpływem, jaki ma na nią mąż (to znaczy, jego wyobrażenie, ale takie bardzo, bardzo realne), a może sytuacja wymogła to na niej. Nie wiem. Tak czy inaczej, Twilight na tym etapie historii to nie do końca ta sama Twilight, co na jej początku. Zatem... czy możemy mówić o przemianie postaci? A może jest to efekt tego, że nie ma w jej pobliżu Celestii? Wciąż nie odrzucam scenariusza wedle którego to ona okaże się... może nie "tą złą", ale tą najbardziej odpowiedzialną za to, co spotkało/ spotyka te postacie. Pomijając brak asertywności Twilight. I jej naiwność. Ogółem postrzegam ten rozdział jako "ciszę przed burzą". Coś czuję, że jest to moment wyciszenia, nim na bohaterki spadnie coś... dużego. Urodziny Cadance zbliżają się wielkimi krokami (poważnie, teraz to oczekiwanie jawi się bardziej jako odliczanie) i napięcie rośnie. Mam nadzieję, że szałamaja przeżyje Zaskakująco przyjemny rozdział. Nawet jeżeli wydarzyło się niewiele, to sporo uwagi poświęcono relacjom między poszczególnymi postaciami, pogłębiono nieco kreację Twilight i widzę tutaj detale świadczące o tym, jak złożona może to być w tejże historii postać. Detale, które zgrabnie łączą się ze wszystkim tym, o czym opowiadały poprzednie rozdziały. Niewątpliwie coś się szykuje. Podobają mnie się konsekwentne kreacje bohaterek, sposób w jaki zostają ukazane relacje między nimi, odpowiada mi zwięzłość opisów, dialogi brzmią w porządku, bywają mocniejsze, bardziej emocjonalne momenty, a także bardzo ładne, nawet romantyczne motywy, które ocieplają nieco nastrój. Czuję się usatysfakcjonowany nowymi rozdziałami. Otrzymałem parę odpowiedzi, zostałem w paru aspektach sprowadzony na Ziemię (), ale nie poddaję się i atakuję kolejnymi teoriami, mam kolejne wątpliwości i niezmiennie trzyma się mnie napięcie - co będzie dalej, co być może odgadłem i jak szokujące okaże się rozwiązanie zagadek. Cieszy też koncentracja wokół Podmieńców i ich zwyczajów, próby eksploracji postaci postaci Chrysalis również zatrzymuje mnie przy lekturze. Ostatecznie pragnę z całego serca polecić tę historię, jak również najnowsze rozdziały, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście. Wiedząc już, że rozdziałów będzie siedemnaście (oficjalne info od autorki, post wyżej), zastanawiam się czy nie warto będzie... zaczekać, aż ciąg dalszy zostanie opublikowany, już do końca, wraz z epilogiem. Opowiadanie czyta się wartko i ciężko się od niego oderwać, więc może najlepszym sposobem na jego doświadczenie będzie przeczytanie go od razu w całości... Na co już się nie kwalifikuję, ale myślę, że może to być jakaś opcja Wygląda na to, że może to być kolejna z tych historii, których najpoważniejszą - o ile nie jedyną - wadą jest to, że nie można ich przeczytać ponownie po raz pierwszy Zatem pozdrawiam serdecznie i polecam!
    2 points
  43. 2 points
  44. Dziękuję za komentarz. Ale jedną rzecz chcę sprostować: właściwie to Celestia nie kazała im się spakować na Księżyc. One spakowały jedzenie (które zostało po banicji Luny; straszne, ale nic lepszego do jedzenia nie było) do kuferka dopiero, kiedy już się na Księżycu znalazły.
    2 points
  45. Nowy rozdział, w którym Twilight ma urojenia. Zacznijmy od tego, że komentarz Pharynxa, że wygląda jak dziwka, choć chamski, to raczej był trafiony - no nie oszukujmy się, musiała wyglądać idiotycznie i to w sposób wskazujący raczej na brak respektu wobec Roju i Chrysalis. A czemu Thorax nie dopuszczał jej do ważnych sprawTM? Nie wiem, może dlatego, że ewidentnie była niekompetentna i jednocześnie zbyt dumna oraz zakompleksiona, by to nadrobić, na co wskazuje jej chęć papugowania Chrysalis i brak umiejętności rozwiązania najprostszych problemów związanych z byciem kucykiem w roju. Ba, ona nawet sama nie wie czego chce, jak może nadawać się do rządzenia? Mamy też cykl wspomnień z Celestią, z których po pierwsze, dowiadujemy się dlaczego magia przemiany jest niebezpieczna i czemu Celestia niekoniecznie chciała tłumaczyć młodej Twilight dlaczego. Z jakiegoś powodu strasznie zszokowało to dużą Twilight i choć mam pewne powody, by podejrzewać dlaczego, ale z drugiej strony uważam jej tok rozumowania za błędy. Twilight oczywiście chodzi o alikornizację i nieśmiertelność, która może być efektem ubocznym. Jednakże... Obawiam się, że Twilight się myli, a alikornizacja jest jednak czymś innym. W końcu Twilight po przemianie dalej pozostaje Twilight. No i efekty uboczne mają to do siebie, że trudno je kontrolować. W przypadku alikornizacji wydaje się nie mieć to sensu. Oczywiście, może jej też chodzić o przemianę podmieńców, ale to ma mniej sensu - te zrobiły sobie to same i to przy użyciu swojej wewnętrznej, podmieńczej magii. I, czy w takim wypadku, zarówno alikornizacja jak i przemiana podmieńców nie są porównywalne do zdobycia Uroczych Znaczków przez kucyki. Tam też jest magia. I jest przemiana, która wpływa na życie. I tak jak pozostałe wymienione tu procesy... Przebiega z wnętrza. Celestia nie zmieniła Twilight na siłę w alikorna (chyba, może w tym fiku tak, ale w serialu nie). Kanonicznie jej tam nawet nie było. Także, podejrzewam, że Twilight ma paranoję i bujną wyobraźnię. Wspomnienie z portretem też mówi wiele o mentalności Twilight. Ona po prostu za dużo myśli i wszystko bardzo bierze do siebie. Wyraźnie widać, że Celestia z tą tabliczką żartowała i pozwoliła sobie na parę złośliwości (nawiązania do Twilight, która desperacko próbuje być Chrysalis, która ma bujną wyobraźnię i nadinterpretuje wszystko, co sprawia, że jeśli ktoś pozbawia ją własnej tożsamości, to jest to ona sama). I być może jednocześnie nawiązała do pewnej księżniczkowej tradycji. Ba, mam wrażnie, że nie sądziła, że Twilight potraktuje to poważnie. W końcu nie bez powodu miała przygotowaną drugą wersję i potraktowała wszystko bardzo lekko, bez jakichkolwiek form nacisku. A jeśli o wyobraźnię chodzi, to nie sądzę, by Thorax był prawdziwy. Ani to co mówił o Starlight i Trixie. Nie bez powodu ten rozdział wielokrotnie wskazuje na to jak bujna jest wyobraźnia Twilight i jej odloty. To raczej umysł Twilight i jej paranoja ją do tego miejsca doprowadziły. Twilight nigdy nie lubiła Trixie i wspomnienie historii o imionach przypomniały jej we śnie o dawnej rywalce. Poza tym, przecież to się wydarzyło we śnie... I nie zgadza się z resztą tekstu. Przecież wcześniej była historia o tym jak Celestia kazała im się na ten księżyc spakować. Do tego cały motyw, że ich tam po prosu nie chcą. Alikrony trafiły na Księżyc razem. Twilight nigdy się tam sama i przerażona nie błąkała. Historia Thoraxa też nie trzyma się kupy - Trixie robiła za Twilight, a co z Celestią, Luną, Cadance, Flurry? Je też podstawiła? Uśmierciła w wypadku, który wszystkich przekonał? No na pewno^^ Sam Thorax może nie jest jakiś wybitnie bystry, ale Pharynx by to wyczuł bez trudu, nawet jeśli miłość Trixie/Twilight smakowała tak samo. A Shining Armor? Mane Six? No Starlight musiałaby ostre kucobójstwo ogarnąć, bo z całym szacunkiem do Trixie, Trixie może mogłaby wyglądać jak Twilight, ale nie zachowywać się jak Twilight i dysponować mocą jak Twilight. Poza tym, Thor... podświadomość Twilight zabrania jej o tym mówić reszcie, niby dlatego, że się boi... Ale czego? Wyśmiania tego steku bzdur? Przypomnienia okrutnej prawdy, którą Twilight wyparła?
    2 points
  46. Bardzo dziękuję za komentarze rzadko odpowiadam, ale naprawdę cieszę się z każdego. Wstawiam kolejny Rozdział 13 Rozdziałów będzie 17 lub 18.
    2 points
  47. Nie sądziłem, że to nastąpi. A jednak, fizyczne wydanie Crisisa Equestrii stało się faktem. 3 grube, ponad 500 stronnicowe tomy z kolorowymi okładkami i masą tekstu w środku: Zdjęcie 1 Zdjęcie 2 Monumentalne dzieło Ganona, w tłumaczeniu aTOMa, fik naprawde dobry, słynny (choć nie tak jak fallout) może być wasz już za 125zł za komplet (wysyłka dodatkowe 17zł) Formularz zamówień Regulamin i numer konta Zachęcam do zamawiania i zadawania pytań. Ilośc egzemplarzy ograniczona. I mały edit: W zasadzie, powinienem byłto zrobić już dawno. Przy poprzednim wydaniu, albo jeszcze wcześniej nawet. To było ostatnie Nie będzie więcej fików, dodruków czy coś. Cieszę się, że mogłem tyle zrobić, tyle ludzi uszczęśliwić Tym niemniej, chyba 4 miesiące rzeźbienia po pracy w tekście Crisisa, dopasowywania, ustawiania itepe przypomniały mi, jak ciężkie jest to zajęcie. A raczej, jak czasochłonne. I po prostu mi już wystarczy. Poza tym, aktywność fandomowa spada i mam wrażenie, że coraz mniej chętnych na takie coś. To tyle. Dziękuję
    2 points
  48. Za oknem coraz zimniej, w sklepach zaczyna przygrywać "Last Christmas" a to oznacza, że wielkimi krokami zbliżają się Święta! Czy może być lepsza okazja do spotkania się i spędzenia czasu z innymi fanami kolorowych kucyków w miłej i przyjaznej atmosferze? Warszawskie Bronies Twilight serdecznie zaprasza wszystkich do wspólnej zabawy na I Świątecznym Fluttermeecie w Warszawie, 7 grudnia 2024 roku. W planach jest moc atrakcji nastawionych na integrację, a to wszystko zakończone wspólną wigilią! Garść informacji: Adres i czas: Klub Lira, Warszawa, ul. Łojewska 3; godz. 15:00 - 22:00 Cena wejściówki: 20 zł Rejestracja: https://fluttershymeet.sticzu.pl/ (rejestrując się możesz wybrać grafikę, która ozdobi Twój własny, wyjątkowy IDk) Plan atrakcji: https://fluttershymeet.sticzu.pl/plan/ Plan dojazdu: https://drive.google.com/file/u/0/d/16DaYJr_I4iCZSBn5cepvmUU4No9Fwixy/view?usp=sharing&pli=1 Więcej informacji znajdziecie na naszym wydarzeniu na Facebooku: https://fb.me/e/4SeGgsyjC Gorąco zachęcamy do przyniesienia jedzenia lub napojów na wspólną wigilię. Do zobaczenia
    2 points
Tablica liderów jest ustawiona na Warszawa/GMT+02:00
×
×
  • Utwórz nowe...