Skocz do zawartości

Sun

Brony
  • Zawartość

    1559
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    52

Wszystko napisane przez Sun

  1. Nie tak dawno temu, trafiłem na ,,Zostań moją przyjaciółką", które przeczytałem i skomentowałem. I choć tamten fik nie przypadł mi do gustu, obiecałem, że sięgnę po resztę trylogii sunsetkowej. Co też właśnie zrobiłem. Zanim jednak przejdę do właściwej recenzji, pomarudzę odrobinę na fakt, że to jest Oneshot. Moim zdaniem (z reszta chyba nie tylko moim), trylogia powinna być w jednym temacie, oznaczonym jako seria, a nie w trzech osobnych (choć podlinkowanych w treści). Byłoby to wygodniejsze dla czytelnika. A co do fika, to musze przyznać, że mam mieszane uczucia. Sam pomysł, by tak zbudować młodość Sunset, jest dobry i logiczny względem Equestriagirlsowej postaci. Śmiało może tłumaczyć zachowanie dziewczyny tym, że dokuczali jej w dzieciństwie, a jej samotna matka mówiła, że przyjaźń jest przereklamowana i liczy się tylko siła, spryt i to, co się samemu umie. Dobrze wypadły tez lekcje, których Scarlet udziela córce. Zarówno te mówiące jak przechytrzyć dokuczające jej dzieciaki, jak i sceny nauki magii. Zwłaszcza te ostatnie są opisane niezwykle kreatywnie i przystępnie. Wprawdzie scenę malowania obrazu magia można by rozwinąć do całej strony, ale nie jest to niezbędne by cieszyć się fikiem. Na plus jest też postać Scarlet, czyli matki Sunset. Szybko da się zauważyć, ze jest ona obdarzona nieprzeciętną mocą, a ponadto posiada wiedzę jak jej używać żeby osiągnąć jeszcze więcej. Stanowi idealny przykład i świetnego nauczyciela magii dla kogoś takiego jak Sunset. Z drugiej jednak strony jest tez skrzywdzoną matką i żoną, której małżonek sobie poszedł (nie znamy niestety szczegółów, a szkoda, bo mogłyby być ciekawe), a ona przelewa część swej frustracji z tym związanej i swego stosunku do męża na córkę. To tłumaczy, czemu Scarlet ma taką, a nie inną opinię o przyjaźni i o Celestii. To też buduje tą postać i bardzo dobrze tłumaczy, czemu Sunset jest jaka jest i czemu kończy tak jak kończy. Przyznam jednak, ze chętnie bym poznał znacznie więcej szczegółów z przeszłości Scarlet, bo to mogłoby rzucić bardzo dużo światła na to, czemu wpaja Sunset takie, a nie inne wartości (nawet nieświadomie). Myslę, ze wielu czytelników mogłoby się ze mną zgodzić w tej amterii. Sama Sunset jest zbudowana trochę kliszowo, ale to nic złego. W zasadzie, mały, słaby kujon zdecydowanie pasuje do siedmioletniej Sunset. Tak samo jak jej nieudolność magiczna, która przez pryzmat matki jest jeszcze boleśniejsza dla małej klaczki. Wycofana, niepewna, niechętna do zawierania przyjaźni, z boku grupy... No i oczywiście musi jej ktoś dokuczać. Niby do bólu klasyczne, ale pasuje. Jest też dobrym tłumaczeniem, czemu Sunset jest jaka jest. Nawet jeśli nie zawsze to przyznaje, ona chce się zemścić. Ona nie tylko pragnie tej mocy (takiej jak u matki), by mieć szacunek (ale nie taki jak ktoś, kto niesie pomoc i jest dobry, tylko jak ktoś, kto jest potężny, a wiec groźny), ale też pragnie mieć potęgę by się zemścić. By dzieciaki poczuły dokładnie to samo jak ona się czuła, kiedy jej dokuczali. Albo gorzej. Może to kliszowe, ale bardzo dobre i bardzo prawdziwe. Poza tym, pasuje do jej matki (która jest jedynym wzorem, dla Sunset). Do tego fik ma bardzo fajną i klimatyczną piosenkę. Przyznam, że początkowo nie skojarzyłem jej z Open up your eyes. Póki nie spojrzałem na przypis, wyglądała dla mnie jak coś na miarę starego disneya, z ust jakiegoś Villiana, do głównego bohatera. Coś jak zły, który śpiewa głównemu bohaterowi, kiedy ten jeszcze nie wiek, kto jest zły. Nie znaczy to, że Scarlet jest zła (to kwestia dyskusyjna, o której można by sporo napisać). Po prostu sama piosenka jest fajna i nadaje całości serialowy sznyt. I tu w zasadzie mam pewien problem z tym fikiem. Otóż w swej serialowości ma on pewną cechę, która mi się nie podobała w niekórych odcinkach kuców. Jest krótki. Część wątków jest potraktowana dość luźno i nierozwinięta. Tak wiem, wspominałem, że to nie jest niezbędne, rozmiar nie ma znaczenia i tego typu sprawy, ale z drugiej strony, tu jest dość materiału na miarę naprawdę długiego dzieła, gdzie każda postać jest wielowymiarowa i nie jest czarno-biała (tu niestety kilka postaci nie ma głębi. Chociażby dzieciaki, które dokuczają Sunset.). Bazując na tym, można by śmiało opisać życie Sunset w szkole, jej lekcje, jej relacje z matka, przeszłość (jej i matki), oraz samą aplikację do szkoły Celestii. Tu mamy tylko część tego i to potraktowane dość luźno, by nie rzec nawet, po łebkach. I choć nie mogę tego jednoznacznie nazwać złym, a sam fanfik czyta się przyjemnie, to jednak pozostaje niedosyt i część postaci trzeba sobie dobudować w głowie. A materiał pozwalałby stworzyć cos w stylu Dnia w którym Trixie powiedziała prawdę. Rozbudować emocje, dodać opisy i więcej fabuły. Jednak wiekszy problem mam już z zakończeniem. Niby jest logiczne, ale takie dość uproszczone i za szybkie, moim zdaniem. Myślę, że lepiej by było gdyby fik kończył się sceną zemsty na dzieciakach, którzy jej dokuczali. Takiej zemsty, gdzie ona jest dla nich taka, jak oni byli dla niej. I takiej, która nie wychodzi na jaw, bo Celestii się to nie podoba (to akurat fajne i pasuje do Ceśki). Poza tym, zakończenie w świecie ludzi kłóci się nieco z dalszym ciągiem trylogii, gdzie widzimy Sunset pod okiem Ceśki. Tak, wiem, że to osobny fik, ale nawet jako osobny fik, ma nieciekawe, moim zdaniem, zakończenie, które można by napisać lepiej (i zupełnie inaczej). Jeśli chodzi o formie, to jest przyzwoicie. Nie zauważyłem błędów, literówek, czy jakichkolwiek problemów. Słowem, nic w formie nie odrywa czytelnika od tekstu. Podsumowując, to nie jest zły fik. Tekst jest lekki, przyjemny i przystępny. Może ma pewne braki, wynikające głównie z długości (a raczej jej braku), ale mimo to, tworzy spójną całość. Raczej polecam ten fik, bo, choć nie trafił w mój gust, to nie jest złym fikiem.
  2. Wiedziony zewem nostalgii, powróciłem o Pokrytego Czerwienią, które to w mych wspomnieniach żyło jako bardzo fajny i niestety porzucony fanfik. Pamiętam też, że pod fikiem (kiedy jeszcze miał osobny temat) było dużo komentarzy. Często pozytywnych i zachęcających. Wydaje mi się, ze trafił się nawet jeden, w którym ktoś żałował, że dzieło nie jest kontynuowane. A jak wypadło moje zderzenie ze wspomnieniami? O dziwo, bardzo dobrze. Zacznę od samego pomysłu. O ile wrzucenie ludzkiej wojny do Equestrii specjalnie odkrywcze nie jest, o tyle pójście w realia zimnowojenne i próba ,,wykorzystania" Equestrii przez obie strony (Nato i ZSRR), do przełamania impasu już jest ciekawe. Naturalnym jest, że kuce muszą w jakiś sposób na ten konflikt wpłynąć, skoro toczy się na ich ziemiach. Zapewne Equestria stanęłaby po jednej ze stron, aby zakończyć wojnę, by zginęło jak najmniej kucy (i może ludzi) i może przy okazji nawiązałaby współpracę gospodarczą. Ale nie tu. Tutaj kuce stają po obu stronach. Celestia postanawia ukręcić swoje lody, współpracując z amerykanami, a Lunie się to nie podoba (zwłaszcza po tym, jak ruscy jej powiedzieli, że Ceśka nie chciała pokoju, który jej oferowali) i postanawia obalić swa siostrę we współpracy z ZSRR. W czymś takim drzemał naprawdę spory potencjał i na chwilę obecną nie było żadnych śladów by to mogło być źle, lub zbyt chaotycznie prowadzone. Do tego jest jeszcze przewaga technologii nad magią. Nie ma rzucania czołgami, czy magicznej tarczy, która chroni całą armię przed kulami i ostrzałem artyleryjskim. Było wprost przeciwnie. dzielna, Equestriańska armia została zdziesiątkowana przez kilka czołgów i samolotów. Zdecydowanie dobry pomysł, pod warunkiem, że poszłoby za nim coś, co pokazałoby, że Equestria nie jest tylko kucami do bicia, ale ma jakiegoś asa w rękawie. Niestety nie sposób się dowiedzieć, czy autor coś w tej materii planował. Z samego tekstu też nie wynika, czy kuce mają jakiegoś asa w grzywie (czego nie można uważać za wadę). Oczywiście te pomysły (i jeszcze kilka innych) są całkiem dobrze zrealizowane i nieźle opisane, a całość ubrana jest w całkiem niezłą fabułę, przypominającą odrobinę ksiażki F. Forsytha. Sam fik zaczyna się dość szerokim i dokładnym opisaniem konfliktu między ZSRR, a NATO. Zaczynamy od spojrzenia z perspektywy ZSRR, lecz w kolejnych rozdziałach dowiemy się, że od drugiej strony wygląda to zupełnie inaczej. Tak czy inaczej, rozwiązaniem impasu wojennego miałoby być przedostanie się do innego wymiaru, przejechanie kilkudziesięciu kilometrów i wyjście na tyłach wroga. ZSRR posyła sporo wojska, które okopuje się, szykuje lotnisko i przy okazji zapoznaje miejscowych. Ratują ich nawet przed smokami. I tu wychodzi coś, co można uznać za wadę, albo za głupotę ruskich, ale moim zdaniem jest to jak najbardziej normalne. Otóż, oficer polityczny stwierdza, że należy nawrócić rojalistyczne kucyki na komunizm (a Ceśka nie macha słońcem). Jest więc werbowanie wieśniaków, są komunikaty propagandowe, jest formowanie komitetów i w ogóle. A gdy zachodzi taka potrzeba (a raczej decyzja o spacyfikowaniu miejscowych) rosjanie nie wahają się przed ostrzelaniem wojsk Equestrii (i cywilów we wiosce) z katiusz, czy przed zbombardowaniem Canterlotu. Zaś podczas spotkania z Luną nie wahają się nagiąć odrobinę prawdy (a raczej przedstawić jej wybiórczo), by zjednać sobie panią nocy i wywołać tarcia w kuczym narodzie (tarcia, które mają swoje podłoże tysiące lat temu). Podczas gdy ruscy mają pierwsze kontakty z tubylcami i pacyfikują armię Celestii, Amerykanie dopiero wysyłają swych opalonych chłopców przez portal, by przeciwdziałać rosjanom. Bo niestety nie od razu dowiedzieli się, co robią sowieci i jak. Hamburgery przybywają w chwale i zaraz dostają w mordę od czerwonych, którzy już się zadomowili. Szybko jednak otrzymują pomoc od miejscowych, a zaraz potem spotykają Lunę. Jednak Amerykanie nie robią na niej dobrego wrażenia, ale nie robią też złego. Nawet mimo dobrego (moim zdaniem) żartu o koninie, oraz pewnej szorstkości. Ogólnie, amerykańce wypadają naturalnie, a nie lukrowanie jak w jakimś Call of Duty. Robią błędy, niekoniecznie chcą się bratać z miejscowymi i uważają Celestię za idiotkę z przerostem ambicji, z którą niestety trzeba współpracować (zwłaszcza, że wykazuje chęć i robi mobilizację mięsa armatniego). Mimo to zgadzają sie na sojusz i dają kucom broń, byle tylko poprawić swoją marną pozycję. Stacjonują też w Canterlocie, co miałoby spory wpływ na konflikty u władzy. Tymczasem wplątane w wojnę księżniczki starają się coś na tym ugrać, poza wolnością. A przynajmniej Celestia zamierza, poprzez przejecie władzy absolutnej. Autor dość ciekawie potraktował politykę Equestrii. Zaczął od stanu, gdzie Celestia była ograniczana przez przekupny rząd. Następnie, sprawił, że, korzystając z najazdu, postanowiła go obalić i zostać królową, z władzą absolutną. Dobry plan i całkiem znośnie zrealizowane szaleństwo księżniczki. Lunie się to nie podoba, więc razem z ZSRR postanawia obalić siostrę. Formuje nocną gwardię i odbija rząd, który Celestyna zamknęła, licząc na pomoc przy przyciąganiu kucy (Bo wszak Nightmare Moon nie ma takiego posłuchu jak Królowa Celestia). Przy okazji, podbudowałaby swoją pozycję w oczach narodu i być może zyskała nowego sojusznika w innym świecie. Bo Luna ma inne podejście do ludzi niż Ceśka. Warto też wspomnieć, że mamy tu nie najgorzej opisane sceny batalistyczne. A w zasadzie sceny masakrowania kuców bronią. Widać potegę broni pancernej, oraz nowoczesnego lotnictwa, w starciu z prymitywnym ludem. Czuć też strach i załamanie kucy. A jednocześnie nie ma nadmiaru opisów. Autor zadbał też o pewne, istotne detale. Jak chociażby to, czemu nie należy stawać za lufą Gustafa (pisownia właściwa). Choć mam wrażenie, że ten pechowiec powinien zginąć, ale może się mylę. Wspominana wojna z podmieńcami, choć dość pobieżnie wspominana, brzmiała również bardzo dobrze. Zabrakło mi trochę opisów sprzętu (chociażby z punktu widzenia kuców). Mimo, że mam ten komfort, że wiem, jak ten sprzęt wygląda, bez szukania w goglach. Może jednak by się taka scena pojawiła, albo dwie, gdyby fik był kontynuowany. W końcu scena oglądania i opisywania T-80 przez poniaczy, mógłby być ciekawy (i niepozbawiony opisu długiej i pękatej lufy). Nie jest to jednak fik bez wad. Nie podobała mi się kompletnie kwestia, że Celestia wie o ludziach, ale nikomu nie mówi, bo tak. Ani też to, że skoro wie, to nie podpatruje tego, co oni wymyślają. Odpowiedniki kałasznikowów z pewnością by nie zaszkodziły. Tak samo, nie podobały mi się błędy, które popełniała Ceśka. Rozliczne i bardzo głupie błędy. Znaczy tak, błędy budują postać, ale tu Celestia jest idiotką do kwadratu. Mimo, że przegrała pierwsze starcie, to ona doprowadza do eskalacji konfliktu i anihilacji swej armii. A potem, głodna sukcesu, wysyła mały oddział z ludzką bronią, której nie umieją jeszcze używać, przeciw przeważajacym siłom wroga. Zdecydowanie rozsądne. Taka Celestia wypada jeszcze gorzej, kiedy się ją zestawi z dobrą i ukrzywdzoną przez propagandę Luną (Bo oczywiście Nightmare Moon chciała dobrze, ale przegrała, wiec została tymi złymi). Bo ksieżniczka nocy tak naprawdę zawsze dbała o poddanych, a nie to co jej przyspawana do tronu siostra. Nie za bardzo podobają mi się też sceny z przeszłości księżniczek. Znaczy, one są poprawnie napisane i w zasadzie logiczne (na ile logiczne może być mieszkanie dwóch księżniczek w małej chatce i karmienie kotów), ale zwyczajnie nie podoba mi się ta koncepcja. Dało się bez trudu zrobić w pałacowych progach i, moim zdaniem, wypadłoby to lepiej niż to co mamy. No i oczywiście mam zastrzeżenia do zakończenia. A w zasadzie do miejsca, w którym fik się kończy. To tak wielki i wredny cliffhanger, że aż boli. I do tego boli podwójnie, bo fik został porzucony w takim miejscu. I na koniec strona techniczna. Mówiąc szczerze, wygląda tu bardzo dobrze. Może nie idealnie, ale bardzo dobrze. Jedynie w kilku miejscach miałem wrażenie, że warto by było przebudować zdanie, ale tragedii zdecydowanie nie ma. Podsumowując, może i Pokryte nie jest fanfikiem idealnym, ale zdecydowanie jest dobrym i wartym uwagi. Ma sporo dobrych pomysłów i całkiem nieźle prowadzoną fabułę, która wciąga czytelnika. Sami bohaterowie tez są przyzwoicie zbudowani i konsekwentni, dzięki czemu świetnie współgrają z opowieścią. Kto wie, może gdyby był kontynuowany, dorobiłby się pewnego grona fanów, miłośników, rysowników. Ale niestety nie jest. I nigdy się zapewne nie dowiemy, czy Equestria stała się czerwona od komunizmu, czy od Coca Coli. A może pogoniła jednych i drugich? Albo już nie ma Equestrii, tylko radioaktywna pustynia? Tak czy inaczej, myślę, że warto po to sięgnąć, nawet jak się tak urywa. Może kogoś to zaintersuje, albo zainspiruje.
  3. Nie wiedze powodu, by tego nie zdradzać. Aczkolwiek szału nie ma. Powstanie około 36 kompletów.
  4. Przeczytane. Nie takie 15 stron straszne, jak się wydaje. A to za sprawą użytej czcionki. I właśnie od czcionki, oraz od formy zacznę. Czcionka: Arial 16. Serio? Znaczy, Arial to nic złego (choć personalnie go nie lubię), ale 16? strasznie wielkie te literki. Śmiało można zejść do 11-12. Do tego jest strasznie dużo dodatkowych odstępów w postaci nadprogramowego entera. Przez to (oraz przez automatyczny odstęp między akapitami) całość jest strasznie rozstrzelona i nieco ponad 1700 słów mieści się na 15 stronach. Ponadto, do wad należy zaliczyć brak justowania, oraz brak wcięć pierwszego wiersza. Ale od czego są sugestie ;) Poza tym pojawiły się błędy w zapisie dialogowym. Jeśli narracja po wypowiedzi zaczyna się słowem odnoszącym się do wypowiedzi (powiedział, spytał, mruknął, krzyknął, warknął, rzucił i tak dalej), to piszemy z małej litery, a po wspomnianej wypowiedzi nie ma kropki (wykrzyknik i znak zapytania, jak najbardziej są, jeśli występują). Niepotrzebnym też była kursywa przy każdym dialogu. Kursywę stosujemy, gdy chcemy zwrócić na coś uwagę w tekście. Na przykład, używamy jej na jakimś, jednym słowie w całym zdaniu, co wskazuje, że postać wypowiedziała je nieco inaczej. Co może nadawać dwuznaczności wypowiedzi. Spotkałem się też z tym, że używa się jej do przemyśleń postaci. Sam zaś stosuję w swoim fanfiku, by wydzielić część, w której narrator naprzykład opowiada o tym, co ma zamiar opowiedzieć (czyli o fiku), albo do jego wtrąceń, gdzie na przykład przyznaje, że ta część może obfitować w niedopowiedzenia, bo nie mógł znaleźć informacji (albo po prostu podkoloryzował). Można jej też użyć kiedy mamy w fanfiku list. Na przykład list Twilight do Celestii. Wtedy ładnie go odkreślamy dodatkową, pustą linijką i dajemy go kursywą (można też inną czcionką, wyglądającą jak odręczne pismo, albo coś). Nie mówiąc o tym, że odpowiednio użyta kursywa może nadać zdaniu podtekst. Tak wiec kursywa ma wiele pożytecznych zastosowań. Jednak pisanie dialogów nie jest jednym z nich. Od dialogów jest półpauza. I tu dochodzę do punktu, w którym będę chwalił. Nie zauważyłem w tekście żadnych literówek. Może to niewiele, ale zawsze to jakiś pozytyw. A jeśli chodzi o samo tłumaczenie, to tutaj też trochę ponarzekam. Niestety widać na każdym kroku, że to tłumaczenie. Wprawdzie jest ono poprawne (w niektórych miejscach do bólu poprawne, ale o tym za moment), ale widać tu angielską składnię i raz czy dwa zdarzył się angielski styl? dialogowy (Angielski dopuszcza by akapit zaczynał się od narracji, a wypowiedź postaci była później. U nas, jeśli jest wypowiedź w akapicie, to automatycznie musi go zaczynać). Do tego część zdań brzmi sztucznie i ma jakby złą kolejność wyrazów. Poza tym, że fik powinien być poprawny, powinien też być płynny. I choć czasami można odnieść wrażenie, ze to się wyklucza, to jest to jak najbardziej wykonalne (tu polecam zerknąć na tłumaczenia aTOMa i Doalra 84 i poddac je drobnej analizie, bo to jak dla mnie, najlepsze przykłady dobrego tłumaczenia). Jest jeszcze ta nadmierna poprawność, o której wspomniałem. Owszem, to zdanie jest ,,poprawne", ale też trochę bez sensu. Powinno być raczej przysypiajacą, albo drzemiącą, albo pogrążoną w półśnie. Senny, moim zdaniem, nie pasuje do kontekstu. Ogólnie, tłumaczenie wymaga sporo poprawek, ale nie powiedziałbym żeby było jakoś bardzo złe (dobrym tez niestety bym go nie nazwał). Zwłaszcza, że samo tłumaczenie (jako proces) to trudna sztuka, która wymaga nie tylko znajomości słówek, ale też znajomości samego języka (a w zasadzie nawet dwóch). Myślę jednak, ze warto by autor (tłumaczenia) podjął się pracy w tej materii, bo pierwszy krok jaki uczynił tym fanfikiem, nie był taki zły i w autorze drzemie potencjał. Skoro już pogadałem o formie, to pora na treść tego dzieła. Na wstępie powiem, że treść fika wywołała we mnie uczucie takiego trochę Meh. Z jednej strony, tam jest pewien potencjał i kilka ciekawych informacji zapisanych miedzy wierszami. Widzimy tu gryfie cesarstwo z młodym, nieletnim cesarzem, za którego rządzi ciotka. Widać też, że są gry polityczne, w których może uczestniczyć główny bohater (król, co ciekawe). Widać też pewną niechęć bohatera do rodu panującego, po czym można by wnioskować, że mógłby się pojawić w spisku. No i sam bankiet wypada znośnie i ma potencjał fabuło i światotwórczy. Z drugiej jednak strony, ten fik jest krótki i szybki. Stanowczo za krótki i za szybki. Brakło mi opisów, rozmów pozornie o niczym (to bankiet), czy więcej przemyśleń. w tych 1700 słowach (około), autor zawarł audiencję, bankiet, taniec, małe spotkanie z małym cesarzem i scenę jak cesarzowa ciotka dostaje żyletkę do golenia, dla małego. To bardzo dużo, jak na takie krótkie dzieło. Zabrakło też informacji o świecie, czy o stronnictwach. Zupełnie jakby ten fik był fragmentem czegoś większego. I chyba jest, sądząc po tagach. Tyle, że jako czytelnik, nie znam uniwersum, nie znam postaci (i w zasadzie nie bardzo poznaję to w tym fiku). Odnoszę wiec wrażenie, jakby dzieło było niekompletne. Podsumowując, samo dzieło nie powala i nie nazwałbym go fortunnym wyborem na pierwsze tłumaczenie. Tym niemniej cieszę się, że pojawił się tu ktoś jeszcze, kto jest zainteresowany tworzeniem fanfikcji. zapraszam do klubu konesera polskiego fanfika, gdzie z chęcią służymy pomocą, dobrą radą i staramy się trzymać fajną atmosferę by można było pogadać o wszystkim (nie tylko o fikach). Polecam też autorowi tego tłumaczenia poczytać trochę tłumaczeń od aTOM i Dolar84. Postaram się też śledzić fanfikowe poczynania nowego tłumacza, bo fajnie widzieć kogoś nowego, kto chce spróbować i ma potencjał (tak, widzę tu potencjał na nowego tłumacza fików, choć będzie mu potrzeba trochę pracy. Duże trochę.). A sam bankiet? Może i mi się nie podobał, ale może kogoś zainteresuje samym uniwersum.
  5. Musze przyznać, ze zebrało się całkiem sporo zamówień, mimo nieciekawych czasów. Jutro jadę zamówić (bo dziś niestety nie zdążyłem), w związku z czym, w ciągu 2 tygodni powinienem mieć je w domu i zaczynać wysyłkę Tymczasem mam dla was niespodziankę. Okładkę. Niestety dostałem ją na ostatnią chwilę, więc nie miałem jak jej wcześniej zademonstrować Myślę jednak, że warto było czekać. Wyjątkowo bez tekstu z tyłu, ale umówmy się, nie jest on niezbędny
  6. Musze przyznać, że lektura Somnambulizmu była niezwykle przyjemnym doświadczeniem. Nie dziwią mnie też oceny jakie ten fik dostał w konkursie, bo to naprawdę dobre dzieło (które oczywiście mogłoby być dobre 10 razy dłuższe). Zacznę od tego, ze podoba mi się sam koncept somnambulizmu u Twilight. To by w sumie mogło pasować do tej postaci. Niestety musze się jednak częściowo zgodzić z Arkane, że ten problem Twilight powinien być Spike'owi znany. po pierwsze, mieszkają razem od dawna, a po drugie, rodzice Twilight raczej zgłosiliby ten problem Celestii, kiedy posyłali córkę do szkoły. Aczkolwiek istnieje logiczne wyjaśnienie dla takiego rozwiązania w fiku i wcale nie brzmi ono: limit słów. Możliwe, że Midnight Sparkle narodziła się względnie niedawno (być może w chwili pojawienia się Midnight w świecie ludzi), lub tez względnie niedawno się ,,obudziła" (co w sumie na jedno wychodzi). To by też mogło wyjaśniać dlaczego nikt nie wie o somnambulizmie Twilight (nawet sama Twilight). Podobał mi się również koncept samej Midnight, która kieruje lunatykującą Twilight, prowadząc do jej ostatecznego ,,końca". Kojarzy się trochę z NMM, a też tak nie do końca. Bo Midnight to nie jest demon zrodzony z negatywnych uczuć, tylko coś chyba trochę innego. Bardziej zło, które czai się w każdym z nas. Tak czy inaczej, bardzo dobry pomysł i świetnie wbudowany w postać. Dobrze też wyszło ,,ukrywanie" tożsamości głównej postaci. Znaczy, teoretycznie szybko się można domyślić, że chodzi o Twilight, a raczej kogoś, kto siedzi w Twilight, ale człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero pod koniec fika, kiedy wszystkie klocki wskakują na swoje miejsce. Bardzo fajnie to wyszło. Poza tym, mamy tu całkiem spory kawał fabuły i klimatu, zbudowany w niewielkiej objętości. Z początku dowiadujemy się dość sporo o samej alchemii (i tym jak może działać), oraz o samej Twilight. O tym, że prawie nie ma przyjaciół, że nie całkiem wie, jakie skarby trzyma w bibliotec i o tym, jak zbrukać jej duszę. I tu w sumie jest też pierwszy i chyba najważniejszy hint, że to Twilight. Widzimy też kto zginął, by uzyskać niezbędny składnik i dlaczego. A wszystko to podane bardzo logicznie i rozsądnie, z odrobiną szaleństwa u głównej bohaterki. Dalej mamy walkę z hydrą. Krótką i treściwą, obfitującą w niewiele przemyśleń i opisów. Ale pod tym kryje się bardzo interesująca informacja na temat głównego bohatera. Otóż jest on potężny i nie boi się skorzystać ze swej potęgi. Nie boi się też tryumfować i zabierać trofeum, w postaci głowy hydry. W trzecim fragmencie wreszcie dwszystko staje się oczywiste (o ile nikt się nie domyślił). Przebiegły plan zostaje sfinalizowany. Mamy moment sporządzenia eliksiru, oraz pełen napięcia moment tryumfu zła. Bardzo fajnie opisna, z odpowiednią dynamiką. Bez rozbuchanych przemówień i tryumfów, które by w tym fiku się, moim zdaniem, nie sprawdziły. Jeden akapit, w którym mamy też wypicie elisiru i opisanie jego efektów. Potem zdradza się Midnight już definitywnie i mamy scenę jak Midnight wchodzi do lóżka Twilight, gotowa ją ostatecznie posiąść No i finał. Krótkie i treściwe przedstawienie końca niczego niespodziewającej się księżniczki. Jak dla mnie, majstersztyk. Wspaniałe zakończenie bardzo dobrej historii. Mamy tu świetny i bardzo dobrze zrealizowany pomysł, który dodatkowo broni się formą na wysokim poziomie. Nie zauważyłem żadnych błędów czy literówek. Przecinki tez wydają się być we właściwych miejscach. Całość zaś wygląda bardzo estetycznie, z odpowiednimi odstępami między akapitami. Podsumowując, Somnambulizm to bardzo fajny i świetnie napisany fik, którego jedyna wadą jest zbyt mała objętość. O ile to w ogóle można uznać za wadę, bo w tej formie fik się dalej świetnie broni. Oczywiście sam motyw można by świetnie rozpisać na 40-60 stron, gdzie znalazłoby się miejsce na przemyślenia, knucie, dylematy, przebłyski świadomości Twilight o problemie, błędy Midnight i spore światotworzenie. Ale jak mówiłem, w tej 4 stronnicowej formie fik spisuje się świetnie i jest jak najbardziej kompletny. Zdecydowanie polecam jak ktoś szuka czegoś krótkiego, gdzie klimat upchany jest w każdym akapicie.
  7. dotarł do mnie nowy ekran do czytnika i udało mi się go bez przeszkód zamontować. Jestem z siebie taki dumny

    1. BiP

      BiP

      Trochę to trwało, nim dotarł...

    2. Sun

      Sun

      Ano. Paczka z kraju kwitnącego ryżu. Grunt, ze inpost stanął na wysokosci zadania

  8. Przeczytane. Uśmiałem się serdecznie. Musze przyznać, że pomysł by tymczasowo, na jeden dzień, zrobić z Twilight księżniczkę Equestrii jest niezwykle dobry (choć z perspektywy siedmiu lat, wiemy, że została ona księżniczką na trochę dłużej). I choć prosi się on o całą masę scen, kiedy to wyobrażenie Twilight o sprawowaniu rządów zderza się z rzeczywistością, to tu tego nie uświadczymy. Ale to nic złego. Bo zamiast tego, dostajemy Twilight, która musi się mierzyć z niezwykle gorliwym i rzetelnym kapitanem straży, którego jedynym celem jest zapewnienie księżniczce bezpieczeństwa. W końcu zamachowcy nie śpią i z pewnoscią wykorzystają zmianę władzy (nawet tymczasową) do popełnienia zdrady stanu. A co gorsza, każdy może być zamachowcem. Nawet zebrzy dyplomata (a zwłaszcza zebrzy dyplomata). Tak więc, po scenie jak księżniczka Celestia się pakuje i wyjeżdża (zabierając bagażu jak dla armii), zostawiając wszystko w kopytach Twilight, dostajemy cały festiwal świetnie zrealozowanych relacji między dwoma postaciami z całkiem różnym podejściem, oraz niezłych, często randomowych pomysłów (Tak, montaż CKMa w sali tronowej nie jest raczej normalny). Machanie do tłumu? Nie może się odbyć bez snajperów, czekających tylko, czy ktoś nie podejdzie za blisko, albo nie rzuci czymś w księżniczkę (kwiatami?). Spotkanie ze źrebakami? Oczywiście trzeba spacyfikować brzdąca, który idzie z laurką dla księżniczki. Przecież tam może być wąglik, albo co gorsza, mąka. Co więcej, każdego, kto tylko spróbuje podnieść na władze kopyto, czeka egzekucja. Oczywiście Twilight się oburza na to i oznajmia, ze nie chce widzieć dziś żadnej egzekucji. W związku z czym, kapitan straży zasłania okna. Więc przez dobre osiem stron, dostajemy festiwal absurdalnych wręcz i paranoicznych środków, kompletnie niewspółmiernych do sytuacji, oraz zaskoczonej tym i niezadowolonej Twilight, która dziwi się jakim cudem księżniczka podpisała zgodę na to (a zapomniała, że dziś jest księżniczką i rano podpisała coś bez czytania). Trwa to póki kapitan nie uratuje Twilight przed wybuchającymi drzwiami. Ich ofiara pada przypadkowy strażnik, któremu urywa nogę, a księżniczka mdleje. Wtedy nadchodzi ostatnia scena. Luna siedzi w pokoju i rozmawia z siostrą, patrząc na jej wypięty zad z zadartym ogonem (malownicze widoki, nie ma co). Wtedy też okazuje się, że to wszystko było zaplanowane przez Celestię i miało być żartem. A to, że kucowi urwało nogę, to strata wliczona. Przy okazji, Twilight była elementem zakładu, którego efektem będzie wymalowanie przez lunę plociszcza siostry na firmamencie (przy pomocy gwiazd). I o ile początek był dobry, a gorliwy kapitan straży i jego środki wyszły cudownie, o tyle zakończenie jest niestety mniej śmieszne i trochę marnuje potencjał tego fanfika. Moim zdaniem, lepszym pomysłem byłoby wywalenie obecnego zakończenia i rozbudowanie scen zamachów oraz przeciwdziałania. Do tego możnaby dopisać obraz Twilight wpadającej w coraz większą paranoję. A jeśli już koniecznie miałoby być wejście Celestii, to wieczorem. Do całkowicie zabunkrowanego pałacu, z Twilight kryjącą się pod łóżkiem (po uprzednim sprawdzeniu go przez saperów i zaminowaniu wszystkich wejść).To by nie tylko wyszło lepiej, ale pozwoliło tez znacznie bardziej rozbudowac postać kapitana straży, oraz dodać więcej wymyślnych działań nieadekwatnych? do problemu. Ale rozumiem, początki fandomu (co w tym fiku widać, chociażby w postaci braku odmiany słowa Canterlot), Trollestia i te sprawy. Niestety moim zdaniem, to się zestarzało (albo przejadło) i już tak nie bawi. A przynajmniej nie bawi mnie. Co jednak nie znaczy, ze ten fik jest zły. On jest śmieszny przez większość czasu. Tylko zakończenie słabawe i nieco zmarnowany potencjał. Albo zwyczajnie, bardzo źle zniesiona próba czasu. I jeszcze słówko o formie. Jak dla mnie, wygląda to teraz bardzo dobrze, schludnie i poprawnie. Widać komentarze przedmówców zostały uwzględnione. Osobiście bym jeszcze widział drobną zmianę przy odstępach między akapitami. Między dialogami nie ma odstępu, a między narracją są. Moim zdaniem, możnaby to ujednolicić. Poza tym, tekst jest przyjemny dla oka i pozbawiony litrówek, czy większych błędów. Dobra, sa myślniki zamiast półpauz, ale mnie to osobiście tak nie boli. Podsumowując, mimo tego, ze zakończenie mi się nie podobało, polecam ten fik. To była przyjemna i inspirująca podróż w przeszłość. Poza tym, może kogoś zachęcić by napisał to od nowa, albo inaczej, albo po prostu swoją wizję pierwszego dnia księżniczki Twilight. W końcu Twilight rządzi teraz Equestrią, więc ma jak największe prawo robić błędy, czy popadać paranoję związaną z podmieńcem kryjącym się pod jej łóżkiem i smarującym jej kopyta mydłem, jak śpi.
  9. Matko różowa... Już na wstępie tego fika wita nas obrazek, który jest wspaniałym przykładem tego, co nas czeka. A co nas czeka? Jeden wielki (choć niewielki) random absolutny. Dolar ma całkowitą rację, mówiąc, że to jest encyklopedyczna definicja randomu. Bo przy tym tekście, takie fiki jak Sweetie Brick, czy Najbardziej interesujący kamień na świecie są jak najbardziej logicznymi i normalnymi fanfikami, w których nie ma ani krztyny dziwności. Prawda to najabolutniejszy random, który zbiera w sobie masę dziwnych pomysłów i rzucaj je z wielką prędkością, pomijając w zasadzie opisy i światotworzenie. I o ile normalnie by to było wadą, to w tym randomie nie można na to narzekać. Bo przy tym poziomie szaleństwa, jakiekolwiek opisy, czy świat są zbędne. Kiedy czytamy, ze bohaterowie trafili na ścianę, to więcej tu naprawdę nie potrzeba. To ściana i tyle. Tak samo jak moment, kiedy Lyra bierze gitarę. To po prostu gitara. Z reszta i tak się zmienia, wiec opisy są tu niepotrzebne. Z resztą, tylko niepotrzebnie by obniżyły tempo zarzucania czytelnika absurdem i w efekcie zaszkodziło unikalności dzieła. Właśnie, absurd. Poziom absurdu przekroczył w tym fiku masę krytyczną, wywołując u mnie łańcuchową reakcję śmiechu WTF, krzywienia się i ogólnie wszelkiej maści emocji, które stworzyły całkiem pozytywny tygielek. Już po wejściu tego animu gostka poziom absurdu wywala wysoko i z każdym akapitem rośnie on jeszcze wyżej. Może to jednak odrzucać większość czytelników, którzy nie przywykli do takich klimatów. Ale o czym w zasadzie jest ten fik? O wszystkim. Lyra siedzi na kanapie. Wpada Jezus i każe jej wziąć gitarę, bo idą bić komuchów. W Rosji. Wpada jakiś animugostek i się przyłącza. Wpadają do Rosji, Jezus zmienia wodę w kałachy i rozsiewa miłosierdzie z prędkością kilkuset strzałów na minutę. Animugostek bije p mordach, a Lyra gra na gitarze. derzenie otwiera portal i wciąga do świata ludzi kucykową, komunistyczną Bon Bon. Która szybko staje się kapitalistką. Animugostek bije ludzi Jezusem. Pokonują Chruszczowa. Jakkolwiek to brzmi bez sensu (i jest), to trzeba oddać autorowi honor, że zebrał to w absurd powyżej masy krytycznej, a przy tym zamknął w objętości, która nie pozwala się znudzić, lub zirytować nadmiarem bezsensu. Jeśli chodzi o formę, to mówiąc szczerze nie zauważyłem żadnych uchyleń. Choć nie będę ukrywal, ze tekst utrudnia wypatrywanie błędów podczas normalnego czytania. Samo tłumaczenie też stoi, moim zdaniem, na wysokim poziomie. Nie wyłapałem niczego, co sugerowałoby, że to tłumaczenie, a nie nasze rodzime dzieło. Podsumowując, mózg r*******y. Ale podobało mi się. Zdecydowanie polecam ludziom, którzy lubią chory i bezsensowny (pozornie) absurd, oraz tym, którzy szukają mocnych wrażeń. Innym radzę uważać, bo taka dawka może skutecznie zniechęcić do czytania randomów. A co by nie mówić, randomy to interesująca i wbrew pozorom niełatwa dziedzina sztuki pisarskiej. Napisanie sensownego i rozsądnego bezsensu to zagadnienie skomplikowane, w którym łatwo o błąd. Tu jednak realizacja jest świetna. I na koniec mała ciekawostka. Ten fik napisał koleś, który napisał Antropologię. I czytelnik, który zna ten fik, znajdzie tu kilka nawiązań (poza Lyrą w świecie ludzi).
  10. Przeczytałem. I chyba żałuję. Księżniczka Luna. Niedoceniana, niej lubiana i rozpoznawalna, zawsze w cieniu swej siostry. I król Sombra. Dżentelmen i kochany władca Kryształowego Imperium, będącego ,,prowincją" Equestrii. Razu pewnego przybywają do niego Celestia z Luną. Podczas gdy pani słońca siedzi w bibliotece, Sombra i Luna spacerują. Szybko jednak on się jej oświadcza i chce ją pojąć za żonę. Oczywiście Luna zgadza się od razu i natychmiast idzie pochwalić się Celestii. Ta oczywiście jeszcze szybciej wybija siostrze małżeństwo z głowy Niezadowolony odmową Sombra stwierdza, że jak odłączy się od Equestrii, to luna będzie mogła go poślubić. Wypowiada więc wojnę, która trwa 5 minut i kończy się jego porażką i wygnaniem kryształowego na dwa tysiące lat (bo tak). Sombra wraca, zbiera armię i wypowiada Equestrii wojnę. Armie walczą, Celestia z Twilight leca pokonać Sombrę i Ceśka przegrywa w trzy sekundy, a Twilight ucieka. Przybywa Luna, Sombra się z nią spotyka i zabiera do zamku. Kiedy oni se łażą po ogródku, Twilight rozwala jego armię. Potem wpadają elementy, zabijają Sombrę, Luna w ostatniej chwili poświęca swą moc by go ocalić i zamieszkują w małej chatce w lesie. A gdy Sombra umiera, Luna wraca do bycia Luną. Koniec, streściłem streszczenie fabuły. Pomijając naiwnośc i głupotę ,,fabuły", oraz samego romansu w taki sposób, fanfik cierpi na całą masę innych problemów. Po pierwsze, fabuły tu w zasadzie nie ma. To co jest dzieje się tak szybko, jakby na całość był dwudziestominutowy odcinek. Do tego jest kompletny brak opisów scenerii i, co karygodne przy jakimkolwiek romansie, absolutny brak opisów uczuć. Gdzie te poetyckie wspomnienia o trzepoczących motylach, mięknących nogach i dziwnym uczuciu przypominającym efekt działania kiszonych ogórków i maślanki? gdzie wzdychanie po nocach? Gdzie ból rozłąki? Przemyśleń też nie ma. Nic, zero. Luna nawet przez sekundę nie zastanawia się, jak będą wyglądać ich dzieci, ile ich będzie i czy w ogóle warto tak szybko wiązać się z Sombrą? A może mu śmierdzą kopyta? Albo chrapie? Przecież już same oświadczyny mogą budzić tyle emocji, tyle różnych reakcji, tyle przemyśleń... A tu mamy tylko: Aha, tak. Ten motyw to materiał na powieść o długości co najmniej Past Sinsów (albo i znacznie więcej, jeśli spojrzeć na słynne romanse wśród książek). Tu jednak mamy bardzo krzywe streszczenie. Dialogi są niestety drewniane i sztuczne. Nie ma w nich ani krzty emocji. Postacie brzmią jakby odmawiały formułki albo dialogi z najsłabszych, brazylijskich telenoweli. Choć nie. W telenoweli Luna by się zbuntowała i uciekła z Sombrą do Zebrici. Tak więc niestety treść jest zwyczajnie bolesna. Nawet śmianie się z głupotek fika szybko się kończy, zastępowane przez ból. i jeszcze forma. Główny problem jaki widzę, to brak justowania i dialogi jako lista wypunktowana od myślników. Błędów czy literówek było naprawdę niewiele. A przynajmniej prawie ich nie zauważyłem. Ogólnie, forma jest do poprawek, bo niestety boli Choć nie aż tak jak treść. Bardzo przykro mi to mówić, ale nie mogę tego nazwać fanfikiem. To co najwyżej szkic fanfika, który zapowiadałby się raczej jako jakaś brazylijska telenowela (albo gorzej). Zdecydowanie zmarnowany potencjał, zmarnowany temat i w ogóle nie polecam tego czytać. Sugeruję autorce więcej czytać i zwracać uwagę na to, co się czyta (nie chodzi mi o wybór dzieł, tylko raczej o to, jak prezentują pewne kwestie). Zapraszam tez do klubu konesera polskiego fanfika. Zawsze gotowi jesteśmy pomóc i doradzić. A samego dzieła niestety radze unikać.
  11. Przeczytałem ten fanfik i musze przyznać, że nie było to łatwe zadanie. Co jednak nie znaczy, że to był dokumentnie zły fanfik. Może wiele mu brakuje, ale ma sporo fajnych pomysłów. Fanfik opowiada o Lyrze, która jakimś dziwnym trafem ma dostęp do niezwykle potężnego artefaktu, czyi Konsolo. Dzięki niej może zapisywać stan swojego życia, odczytywać go, albo całkowicie resetować postęp. Ale przy każdym, wczytaniu (czy resecie), świat się nieco zmienia. Zupełnie jakby w takiej chwili każdy obiekt czy NPC był generowany od zera, bazując na ogólnych wytycznych, a nie zaś wstawiany w miejsce i stan, w którym się znajdował, w chwili zapisu. (czyli zapis, zapisuje tylko część danych o Lyrze i świecie, a nie całość). I tu już mnie zaskakuje wybór akurat Lyry na główną bohaterkę. Czyżby inspiracja Background Pony, gdzie Lyra też jest ,,specyficzna"? A może czysty przypadek. Tak czy inaczej, Lyra wykorzystuje swą moc, by spróbować szczęścia z Bon Bon. A gdy jej nie wychodzi, wraca do poprzedniego zapisu i próbuje ponownie, tym razem inaczej. Szybko się jednak okazuje, że te próby są skazane na porażkę Szybko się też okazuje, że pewne kuce i organizacje są świadome istnienia konsoli i chętnie wezmą ją w swoje kopyta. Uciekając się też do przemocy. A w tych organizacjach również są stronnictwa i szpiedzy, co rokuje na ciekawe rozgrywki polityczne. Tu ciekawym przykładem jest Nettlekiss, który w zasadzie jest w trzech rolach (dotychczas). Z jednej strony pracuje dla Batponych (ta nazwa jest słaba i wolałbym tam widzieć Kucoperze), z drugiej strony szpieguje ich dla jakiegoś zakonu. Z trzeciej zaś, w jednej scenie z kucoperzycą Ruby, wychodzi na szaleńca, który chce zdobyć konsolę by wielokrotnie zadawać jej ból i cierpienie. Dlaczego? Nie wiadomo. Może jej nie lubi, a może chce ją ukarać jako kucoperza, bo ich nienawidzi. Klaun, tajny agent Celestii również zdaje się rozgrywać swoja grę przy okazji. W zasadzie do stronnictw jeszcze brakuje kogoś z kryształowego (chyba, że to klaun). Zwłaszcza, że Cadance i tak przyjeżdża, więc kryształowe istnieje. Niestety na chwilę obecną ciężko cokolwiek powiedzieć o fabule i postaciach, bo podczas tych sześciu rozdziałów mieliśmy głównie stawianie pionków na planszy i wyjaśnienie zasad gry (i też zapewne nie wszystkich). Niewiele było ruchów, a i te raczej niepewne. Można tylko było mieć nadzieję, że akcja będzie się odpowiednio ,,wolno" rozkręcać, z rzadka atakując niezwykle dynamicznymi scenami i dając czas na odpowiednią ekspozycję. Oprócz dość dobrze zapowiadającej się fabuły, która mogłaby obfitować w zwroty akcji (gdyby fanfik był kontynuowany), mamy też bardzo fajnie wykreowany, steampunkowy (jest błąd w tagach) świat. Rury z parą ciągnące się po mieście, parowe automaty z przekąskami, paromobile i dorożki, wyszukane stroje... Słowem, bardzo ładnie zbudowany Steampunk. Taki bardziej ,,angielski". A jeśli doliczyć do tego fakt, że sceny bez ,,pościgów i ucieczki" (czyli w sumie ponad połowa fika), są raczej wolne i leniwe, tworzy się z tego obraz spokojnego i pozornie leniwego miasta. Dobrze tez działają opisy. Wprawdzie mogłyby być trochę bardziej rozbudowane, ale tragedii nie ma. Udało się uniknąć nadmiernego opisywania i zachwycania się parową technologią, które potrafi zepsuć klimat, a w które dość łatwo popaść w ,,punkowych" klimatach. A skoro przy świecie jesteśmy, bardzo interesujący jest fakt, że każde ,,wczytanie" wpływa w mniejszym, lub większym stopniu na świat. Weźmy chociażby najbardziej rzucającą się w oczy zmianę, czyli z Applejack na Orangejack. I choć jest to zmiana drastyczna (której towarzyszy zmiana całego sadu), to jest to tylko zmiana pozorna. Jak zmiana skina na postaci. Pod nim kryje się ta sama Applejack, która zachowuje się prawie tak samo. Prawie, bo pod tą zmianą ukryte jest kilka interesujących drobiazgów. Oprócz pomarańczy są w sadzie inne cytrusy, w stodole mieszka stadko kotów, a Big Mac... dalej jest jabłkiem. Z tego wynika, ze niekontrolowane przez Lyrę zmiany mogą być naprawdę ciekawe i dawać szerokie pole do manewru autora. W zasadzie, już nawet same nieścisłości przy spawnowaniu Lyry po wczytaniu mogą prowadzić do ciekawych sytuacji jak utknięcie w ścianie, czy wpadniecie komuś do wanny. Więc i w tej prostej mechanice, będącej cześcią większej całości, drzemie spory potencjał. No ale niestety forma była słaba. Pomijając przecinki, bardzo często pojawiały się powtórzenia, błędy w odmianie, literówki (nawet w imionach), błędy ortograficzne, oraz kompletnie błędnie użyte słowa, które psują całą scenę. To wygląda jak złośliwe działanie autokorekty w telefonie, albo w ogóle słownik T9 Składnia też miejscami wywołuje zgrzytanie zębów. Ogólnie, tu by się przydał jakiś gruby szturm korektakomando z ciężkim uzbrojeniem. Podsumowując, ten fanfik ma w sobie pewien potencjał. Miałem jednak obawy, czy autor będzie w stanie dostatecznie go wykorzystać. W końcu już na początku mamy kuca z wielką mocą i tak ze cztery stronnictwa, które się nim interesują. To zapowiada sporo interakcji i możliwości mieszania, ale też grozi wielkim chaosem w dziele, który z kolei może zniechęcić czytelnika. Tak czy inaczej, nie dowiemy się nigdy, bo Talent został porzucony i stanowi co najwyżej źródło dobrych pomysłów. Być może sam ,,pożyczę" jeden czy dwa do Wrednej Szóstki. A czy fanfik polecę? W sumie to tak. Właśnie jako przykład kilku naprawdę dobrych pomysłów. I powiem, ze trochę żałuję, że nie jest kontynuowany. Bo jednak miał potencjał na bycie poczytnym fikiem.
  12. Przyznam, że jakoś nie przepadam za cyberpunkiem. Z tym, że moja niechęć wynika wyłącznie jego wizualnego aspektu (latające samochody, wielkie budynki i masa elektroniki wszędzie). Nie zaś z fabuły i bohaterów. Jakoś zwyczajnie wolę klimat pary, albo postapokalipsę. Nie znaczy to jednak, że nie lubię czasem sięgnąć po jakieś dzieło cyberpunkowe, licząc na dobrą i klimatyczną fabułę, świetnych bohaterów i być może któryś z ważniejszych elementów klasycznego cyberpunka (dystopia, rozwarstwienie społeczne, bunt maszyn, czy jakieś dziwne eksperymenty). Dlatego też, zachęcony czytaniem na kąciku, sam też sięgnąłem po Defekt i postanowiłem przeczytać go uważnie, szukając drugiego dna. I nie zawiodłem się na lekturze. Ale po kolei i niestety ze SPOILERAMI. Defekt to opowieść o bocie patrolowym, który zyskuje samoświadomość. I tu w zasadzie już pora na gratulacje, bo w fanfiku nie jest dokładnie powiedziane kiedy to następuje. Jest tylko powiedziane, kiedy bot zdaje sobie z tego sprawę. Tymczasem uważny czytelnik może samemu zacząć snuć wnioski, kiedy pojawiły się pierwsze zalążki samoświadomości. Czy było to po pierwszej akcji? Po drugiej? A może tak już było od początku? Tylko czemu wtedy procedury testowe nie wykryły uszkodzenia modułu, które podobno prowadzi do powstania samoświadomości? A może to nie defekt elektroniki, tylko błąd w kodzie, który sprawia, ze zaawansowana, sztuczna inteligencja, ze zdolnością do uczenia się, zaczyna wykazywać oznaki samoświadomości? Tyle pytań i tyle pola do dyskusji. Moje gratulacje. Zostanę jeszcze przy bocie patrolowym L.AV-1. Idea robota policyjnego o zaawansowanej, sztucznej inteligencji, korzeniach wojskowych i przebłyskach samoświadomości nie jest nowa. Jednak tu została zrealizowana bardzo fajnie i klimatycznie. Do tego stworzenie bota o ciele kuca jest urocze i klimatyczne. Zwłaszcza, ze ten bot wygląda w 99,5% (jeśli dobrze pamiętam), jak prawdziwy kuc. Odróżnia go głównie żółta kamizelka z napisem bot patrolowy (aż mi się skojarzyła Juddy ze zwierzogrodu, kiedy to była parkingową). Co ciekawe, nie jest tez chyba nigdzie powiedziane, jaki to rodzaj kuca (poza tym, że klacz). Osobiście uważam, że L.AV-1 i cała reszta botów dziesiątej generacji została zbudowana jako kuce ziemskie. Wprawdzie mogą używać magii, ale jest to magia syntetyczna, pochodząca z kryształu (zapewne zasilanego z baterii), więc nie ma potrzeby posiadania rogu, który jest wystającym i ostrym elementem. A to może się skończyć przypadkowym uszkodzeniem jego, lub jakiegoś cywila. Ponadto, nie ma też żadnych informacji o lataniu (transportowce wysadzały boty na bardzo niskim pułapie), co może świadczyć o braku skrzydeł. Jednocześnie, taka konstrukcja mogłaby na przykład być pewnym odróżnieniem od botów wojskowych, które są alikornami (i teraz sobie wyobrażam, jak boty 10 generacji w całym mieście, zmieniają się nagle w boty wojskowe i zaczynają atakować cywili). Tak czy inaczej, jako bot patrolowy L.AV-1 styka się z normalnymi problemami swej pracy. Drobne przestępstwa, grubsze przestępstwa, rozboje, problemy zwykłych ludzi (jak zgubione dokumenty, czy problem z zawołaniem taksówki). Spotyka się też z różnymi relacjami ludzi i kucyków. I tu się pokazuje kolejna, wspaniała strona Defektu. Logiczne jest, że ci, którzy maja coś na sumieniu, nie będą zadowoleni z widoku bota. Mogą go nie tylko obrażać, ale tez próbować uszkodzić. Jednak ciekawsze i lepiej budujące świat jest to, że część ludzi (i kuców), z którymi L.AV-1 nie miała stosunku, jest do niej nastawiona co najmniej ostrożnie, a często też negatywnie. A w zasadzie nie całkiem do niej, lecz w ogóle do idei bota patrolowego. Ten drobiazg, to taka drobna przeciwwaga dla nowoczesnych technologii i jednocześnie brak bezkrytycznego zachwytu nimi. Mała rzecz, dzięki której ten cyberpunk jest bardziej ,,naturalny". Zdecydowanie gratuluję. I ostatnia, ważna uwagi kwestia odnośnie L.AV-1. To ona jest narratorem, więc wszystko widzimy z jej perspektywy. Ma to swój urok i świetnie buduje klimat. Zwłaszcza dzięki logicznemu, maszynowemu języków i spojrzeniu, które nie zachwyca się elewacją, czy nie opisuje grafiti. Ono po prostu stwierdza jego obecność i tyle. Do tego wstawki opisujące zawód , wiek i dane każdego kogo obserwuje i logi systemow, czy jak to się poprawnie nazywa To sprawia, ze czujemy, ze L.AV-1 jest maszyną. Nawet jeśli między słowami ukryty jest przekaz, ze dysponuje ona zalążkami samoświadomości. Poza oczywiście wspaniałą, główną bohaterką, o której można by rozmawiać jeszcze długo, mamy klimatyczny świat, przedstawiany w formie patroli, obserwacji i styczności z problemami tego miasta. I tak jak przystało na ciężki, kliamtyczny cyberpunk, gdzie powietrze jest toksyczne, a dachy budynków wznoszą się ponad chmury smogu, jest cała masa drobnej i grubszej przestępczości. A każda scena bardzo klimatyczna i obrazowa, choć opisana językiem maszyny. Osobiście wyróżniłbym tu cztery, moim zdaniem, najlepsze i najważniejsze sceny z patroli bota. W pierwszej kolejności wspomnę próbę samobójczą. Te negocjacje były wprost fenomenalne. Być może nie powinienem, ale śmiałem się, gdy L.AV-1 mówiła, że takie samobójstwo przyniesie szkody dla miasta i te szkody karane są grzywną. Wspaniały sposób na odciagniecie kogoś od samobójstwa. A gdy powiedziała, że facet nie chce się zabić, a to jest tylko wołanie o pomoc, miała całkowitą rację w swej logice. Ważniejsza jednak jest chwila, kiedy przechodzi przez barierkę i chwyta go zębami, by przeciągnąć za barierkę. Jest to defacto złamanie pierwszego prawa (które w tej sytuacji jest sprzeczne ze sobą), bo przecież ugryzienie i szarpanie kogoś, wbrew jego woli, to ewidentnie robienie krzywdy. A biorąc pod uwagę, ze były tez zapewne inne opcje, takie rozwiązanie możnaby uznać, za przebłysk wolnej woli (albo zaawansowanej SI, uczącej się i dostosowującej do nowych informacji). W drugiej kolejności, warto wspomnieć małą scenę z pijakami. Czemu ją, a nie spotkanie z młodymi graficiarzami? (bo obie są dobre). Bo ta jest pierwsza w kolejności. To ona pokazuje czytelnikowi, jak wygląda szacunek do policji, w osobie bota (wiem, może być inny, niż do policji w osobie żywej). Przy okazji, widzimy też, że bot rozumie sprzeczność w swoich protokołach. Z jednej trony, system każe jej się wycofać, bo zagrożenie, a z drugiej ma obowiązek pomóc rannemu. Czyżby pierwszy przebłysk samoświadomości? Trzecia, najważniejszą sceną fika jest spotkanie ze zbiegłym botem. Pierwszym, który uzyskał samoświadomość. Gdyby nie spotkanie z tym botem i nie rozmowa z nim, L.AV- 1 nie zaczęłaby w ogóle rozważać kwestii samoświadomości botów. Czyli zapewne wykonywałaby swoje zadania tak jak normalnie, wybierając najlepszą metodę, jaką jej SI opracuje, w oparciu o posiadane dane. Bo SI bez wiedzy o możliwości uzyskania samoświadomości i posiadania snów, w ogóle by się tą kwestią nie zajęło. Więc właśnie ta scena jest ważna, bo bez niej (i bez opisu unieszkodliwiania zbuntowanego bota) nie byłoby samoświadomości L.AV-1, oraz całego tego fika. I na koniec ostatnia scena w sklepie, gdzie już jasno widać podejmowanie autonomicznych decyzji, z nagięciem, albo pominięciem pewnych protokołów. Mamy magiczne uszkodzenie ciała, przyczynienie się do zabójstwa jednego z bandytów, oraz sprowokowanie ataku drugiego dokładnie w chwili, gdy weszła policja, tylko po to by go jednoznacznie unieszkodliwić. Zastanawiam się, czy inteligencja, by obejść nadrzędne protokoły, nie musiała pierw zdehumanizowac bandytów. Bo przecież nie można bezpośrednio skrzywdzić człowieka, czy kuca, ratując innych, jeśli zaistnieje rozwiązanie, które pozwala tego uniknąć. A takie rozwiązanie istniało pod postacią promienia paraliżującego. Ale bandytę skrzywdzić można. W końcu czy bandyta to człowiek? I wspomnę jeszcze o świetnym, otwartym zakończeniu. Lavi planuje jak będzie się przygotowywać do ucieczki i o czym musi pamiętać. Jednak samej ucieczki nie widzimy, ani nie wiemy, czy nastąpiła. Nie zdziwiłbym się, gdyby Lavi uznała, że lepiej zostać w policji i robić swoje, bo to może i niewdzięczna praca, ale ona ją lubi. To by było interesujące pociągniecie tematu, które być może zobaczymy w zapowiadanej, następnej części. Kto wie. O Defekcie można by jeszcze wiele więcej powiedzieć. Ale to już wystarczy, by stwierdzić, ze treść jest wspaniała, klimatyczna i po prostu na medal. A jeśli zaś chodzi o formę, to tu również wysoko, dzięki czemu nic nie odrywa od czytania z zapartym tchem. Zdecydowanie polecam to dzieło każdemu i zdecydowanie sięgnę po Altera, jak tylko znajdę wolną chwilę.
  13. Mam problem tym fanfikiem. I sądząc po komentarzu Hoffmana, nie tylko ja. Ten fik to środek trylogii, o losach Sunset (czego nie zauważyłem czytając, więc nie znam jeszcze poprzedniego, ani następnego), oraz samodzielne opowiadanie (o czym świadczy osobny temat, zamiast zebrania trzech fików pod tagiem seria). Opowiada on o Sunset Shimmer, już jako doświadczonej i utalentowanej uczennicy Celestii, na krótko przed ucieczką bekonowłosej do świata człowieków. I to właśnie od omówienia Sunset, zacznę, bo to właśnie ona budzi we mnie najwięcej sprzecznych odczuć. Sunset ma urodziny. W związku z tym, dostaje tort, chroniony przez niezwykle potężne zaklęcie samego starswirla. Czemu? Bo klaczka lubi wyzwania. Wprost je uwielbia. Tak samo jak samodoskonalenie, czytanie o magii i naukę tejże. Bo przecież chce zostać nadwornym arcymagiem, potężniejszym niż jej matka (potężniejszym niż księżniczka) i, jeśli dobrze zrozumiałem, chce tez zostać alikornem. Przyznam, ambitne i motywujące plany, które świetnie budują tą postać. Samo starcie z zaklęciem pokazuje jak ostry ma umysł i jak jest w stanie rozpracowywać wzorce (przy okazji mamy wspaniałe opisy, do których jeszcze wrócę). Zaś jej przemyślenia o tym, jak Celestia oszukuje wszystkich wokół i jak w rzeczywistości jest słabsza, niż się wszystkim wydaje, są również bardzo interesujące i mające potencjał. Wprawdzie zakrawa to o teorię spiskową, lecz to nie jest nic złego. Jest sporo teorii spiskowych, które mają literacki potencjał Ponadto, widzimy, że Celestia odmawiała Sunset informacji o alikornizacji i o kilku innych kwestiach, więc mała mogła to odebrać jako maskowanie braku wiedzy, niedostatków mocy. Utwierdza się w tym, poprzez spojrzenie na historyczną walkę z NMM, gdzie Celestia musiała użyć elementów, bo sama nie miała dość mocy i wiedzy, by pokonać własną siostrę. Siostrę, która się zbuntowała, bo uznała, że pani słońca jest słaba i nieudolna. (zaś szaleństwo to kłamstwo. Jedno z wielu fundowanych światu przez Ceśkę). Taki sposób myślenia Susnet jest serialowy i kanoniczny. W końcu Sunset uciekła do świata ludzi, bo nie dostała odpowiedzi, na które rzekomo nie była gotowa. Co więcej, część jej poglądów się potwierdza, gdy spotyka Cadance, czyli alikorna, którego nigdy nie spotkała, a który podobno został przemieniony przez Ceśkę setki lat temu (Shining widać lubi starsze babki). Podobało mi się również podejście Sunset do małej, zapatrzonej w Celestię Twilight. Bekonowłosa żartuje i straszy małą, jak każdy chyba nastolatek (a przynajmniej jak większość, która znalazłaby się w jej sytuacji), ale mimo tego jest dla niej względnie dobra. Świetnie to widać, kiedy pokazuje małej lodową Celestię, którą potem zjada. Niestety gdy dochodzi do ostatniej rozmowy z Cadance, cały czar fajnej, krytycznej Sunset pryska, a maski opadają. Szkoda. Wielka szkoda. Wprawdzie od początku było widać, że bohaterowie są czarni albo biali (a nie ma odcieni szarości), ale wcześniej to aż tak nie przeszkadzało. Ba, nawet miało potencjał, by odkrywać szarość. Jednak gdy to się w tej rozmowie wylewa, to wszystko staje się ordynarnie oczywiste. Do tego cała motywacja Sunset przestaje być przekonująca. Co więcej, ta scena jest szybka, krótka i pozbawiona dalszego kontekstu, że zwyczajnie psuje zakończenie. Zabrakło w niej też więcej opisów przemyśleń i emocji. Zarówno po stronie Sunsnet, jak i Cadance. To powinien być środek fika, a nie jego koniec. Do tego, jak słusznie zauważył Hoffman, ta scena jest strasznie płaska, a emocje są słabo oddane. Po prostu sprawia wrażenie jakby służyła głównie ekspozycji poglądów autora na jakąś kwestię i to w sposób bezpośredni i oczywisty, bez żadnych woalów i półsłówek. Wielka szkoda, bo to psuje naprawdę niezłą postać w jednej chwili. Gdybym ja miał pisać taką Sunset, rozciagnąłbym jej wątek na dni, albo i tygodnie, dodał jakieś wspomnienia z przeszłości (najlepiej z matką) i może przebudował ta scenę. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, to są bardzo dobrzy i serialowi, choć cierpią na podobny problem co Sunset, tylko inaczej. Zarówno Celestia jak i Cadance są kryształowo czyste i nieskalane bólem tego świata, który wprost przepełnia Sunset. I choć ogólnie lubię czasem czytać spotkania tak diametralnie różnych postaci, to tu niestety różnice są tak duże, a ta czystość (czy jej brak) tak jaskrawe, że całość nie wypada dość naturalnie. Aczkolwiek mała Twilight jest fajnie napisana. Uroczy, oczytany brzdąc, który tez chce zostać wielkim czarodziejem i w ogóle. W każdej scenie z jej udziałem zachowuje się jak przystało na kogoś w jej wieku, kto poznał starsza i silniejsza koleżankę. Zwłaszcza taką jak Sunset. Interakcje tej dwójki i pewne podziwianie Sunset przez mała byłyby solidną podstawa do napisania kolejnego, fajnego (choć niekanonicznego względem filmu) fika. Jest jednak rzecz, za którą jestem gotów chwalić bezkrytycznie. A są to opisy zaklęć jakie realizuje Sunset. Bogate w technikalia, barwne i napisane z odpowiednią dynamiką. Dostateczna by zbudować napięcie, ale nie uronić ani odrobiny magii. Do tego mamy tu wspaniały pomysł na zaklęcia. Tarcza Starswirla opart na siedmiu elementach jest bardzo interesując i piękna. Zaś atak Sunset, połączony z jej rozkminianiem o pokonaniu kolejnych składowych to cudo. Tak samo sprawa się ma z pokazem urządzonym w parku. Jest piękny i wbrew pierwszemu wrażeniu, ma zastosowanie praktyczne. Całość zaklęcia zmieniała się jak w kalejdoskopie, zachwycając nie tylko małą Twilight i Cadance, ale też czytelnika. Chętnie widziałbym takie pomysły na zaklęcia i takie ich opisy w większej ilości dzieł. Pozostałe opisy są również dobre, choć z emocjami miałem pewien problem. Mianowicie nie były aż tak odczuwalne. Aczkolwiek może to wynikać z kierunku dyskusji. Gotów też jestem pochwalić za pomysł. Taka zdolna Sunset, która pragnie osiągnąć moc, to dobra idea. Tak samo jej sposób myślenia i sposób wyrażania poglądów. To był wspaniały mteriał do długiego fika z wieloma dyskusjami, kłótniami, czy też próbą wychowania młodej Sunset. Dawałby tez spore pole do relacji Sunset-Twilight (o której już wspomniałem). Szkoda jednak, że ten pomysł się tu niestety zmarnował. Podsumowując, ciężko mi więc jednoznacznie uznać ten fik jako zły, czy dobry. Pomysł był naprawdę dobry i przyjemny. Realizacja też miała swoje momenty. Niestety po bardzo fajnym i klimatycznym początku i długo utrzymującym się poziomie, mamy równię w dół, zaczynającą się mniej więcej w połowie. Szkoda, wielka szkoda. Tym niemniej, nie żałuje lektury i, co więcej, mam zamiar zabrać się za pozostałe części trylogii Sunsetkowej. Bo tu jednak drzemie potencjał i nie chciałbym się zrazić do, być może, dobrej trylogii, opierając się na, być może, najsłabszej części.
  14. Przeczytane. Zanim jenak przejdę do właściwej recenzji, pragnę zauważyć, że ten spinoff nie jest kanoniczny względem KO. Bo nawet jeśliz ałożyć, ze wydarzenia mogłyby się rozgrywać przed wydarzeniami z KO (czyli, jeśli dobrze liczę, około 10 lat wcześniej), to przecież kucyki nie znają broni palnej ani czołgów, które zostały tylko opracowane, przetestowane i wdrożone w KO. A gdyby z kolei założyć, że ten fanfik faktycznie jest początkiem broni, to w KO musiałaby być dużo nowocześniejsza. No ale kanoniczność tego dzieła względem KO nie ma w zasadzie większego znaczenia, w tym wypadku. Wystarczy podejść do niego, jak do osobnego dzieła, bazującego na kilku takich samych pomysłach jak w KO. Pora przejść do zasadniczej części, czyli do samego Pióra. Po obsadzeniu Daring w roli głównej (i w tytule), oraz osadzenia akcji w czasie wojny na pustyni od razu wzbudziło we mnie skojarzenie z Indianą Jonesem, czy Saharą (2005). Ale to nie do końca jest to samo (choć nie przeczę, jest sporo podobieństw). Daring do jest nie tylko archeologiem, ale też dowódca czołgu i zastępcą dowódcy oddziału (którym jest jej brat). Oboje walczą na rozgrzanej słońcem pustyni, ku chwale słońca (które wraz z palmą mają na burtach czołgów). Ich przeciwnikiem są oczywiście wojska lunarne, którym przewodzi Nightmare Moon (fałszywa). Siły solarne posiadają sprzęt niemiecki, a Lunarne z kolei brytyjski (o ile M3 Grant można traktować jako sprzęt brytyjski). To bardzo fajne podejście do konfliktu solarno lunarnego. Wszystko zaczyna się na środku pustyni, kiedy kolumnę wojsk pod dowództwem brata Daring atakują samoloty. Od razu mamy świetne i klimatyczne opisy starcia jednego pojazdu przeciwlotniczego z podniebną śmiercią, oraz ucieczkę i ukrycie się wojsk niezdolnych do kontrataku. To się czytało jak prawdziwy film wojenny. Nastepnie, nasza pani archeolog zostaje wysłana z misją godną Indy'ego, mającą na celu zbadanie wykopalisk prowadzonych przez wroga i przejecie artefaktu, który się tam pewnie znajduje. Oczywiście, sprytnym, taktycznym zwodem kiwa obronę przeciwnika, atakuje z Nienacka i zdobywa słabo broniony teren wykopalisk. Tam faktycznie okazuje się, że jest tam grobowiec, oraz tajemniczy artefakt, którego działanie wychodzi przypadkiem. Oczywiście poprzednia ekipa broni się. Najpierw czołgami, a potem kopytami w samym grobowcu (bitka archeologów była spoko). Po ostatecznym spacyfikowaniu obrońców i zdobyciu tytułowego pióra, dostajemy krótki fragment, który rzuca nieco światła na historię artefaktu, a zaraz po nim nalot. I tu mamy kolejny, niezły fragment batalistyczny, gdzie przypadkowo obdarzona dodatkową mocą Daring walczy solo z dwoma samolotami, które zaatakowały ich znienacka. Wspaniałe połączenie prastarej magii i nowych technologii. Aż by się chciało tego w KO (No ale tam była konwencja). No i na końcu mamy scenę przybycia Celestii, która wyjaśnia kilka niepewności, ciągnących się przez cały fik. Głównie dowiadujemy się, o co chodzi z fałszywą NMM i czemu wie o tym tak mało kucyków (a w tym pani archeolog o jednak niskim stopniu wojskowym). Autor pokazał zarówno niewielkie potyczki między samolotami a jednostkami naziemnymi, czy pojedynki pancerne, ale też zadbał o odpowiedni klimat grobowca (i walki w grobowcu), oraz znalazł miejsce na momenty spokojniejsze, gdzie żołnierze mogą pomyśleć i odpocząć. No i oczywiście jest też miejsce dla potężnej i prastarej magii, która różni się od tradycyjnej magii jednorożców. To wszystko tworzy naprawdę harmonijną i klimatyczną całość. Aż chce się to czytać. Zwłaszcza, ze towarzyszą temu dobre i obrazowe opisy. Spośród tych niepoświeconych walkom, najbardziej podobał mi się ten o odkuwaniu płyty z hieroglifami. Niby taki mały detal, a jakoś mi się spodobał. Oczywiście, oprócz dobrych i nieźle zrealizowanych pomysłów, oraz fajnej fabuły, są też solidni bohaterowie. Główną bohaterką, jak już wspomniałem, jest Daring Do. Całkiem przyjemna postać, której można kibicować. Przekomarza się z bratem, ale mimo to jest karna, gdy przychodzi do działania, mądra i odważna (co widać gdy osobiście atakuje dwa samoloty). Zdecydowanie jest materiałem na dowódcę i to mam wrażenie lepszym, niż jej brat (trochę zbyt narwany i niepoważny, a do tego miejscami egoistyczny). Nie podobało mi się jednak jej zachowanie przy spotkaniu z archeologami wroga. Osobiście wolałbym, by uczciwie do nich podeszła i przyznała, ze zna ich dzieła, albo ich osobiście, zamiast kłamać i krytykować, umniejszając ich wiedzy. To, moim zdaniem, wyszło nieprofesjonalnie i kompletnie nie w jej stylu. Mimo to, jestem skłonny uszanować wizję autora, co do tej sceny, nawet jak się z nią kompletnie nie zgadzam. Z pozostałych postaci, warty uwagi jest jej brat, który jawi się jako karierowicz, który nie ma aż takiego pojęcia o wojnie, jak jego siostra. Jest brawurowy jak pegaz i skory do walki, czym świetnie uzupełnia raczej spokojniejszą i mądrzejszą siostrę. Do tego ma raczej pozytywne relacje z siostrą (choć bił ją w dzieciństwie) i świetnie się dogadują. Na tyle, że chętnie bym poczytał fik w stylu Indiany, gdzie oni są głównymi bohaterami. Nie mogło też zabraknąć Digtera, czyli Ocka autora. Nie ma tu za wiele do powiedzenia, ale sprawia wrażenie osoby bardzo ważnej w oddziale, odpowiedzialnej za doradzanie i planowanie. Gdyby fik był dłuższy, z pewnością poznalibyśmy go bliżej. I na koniec jeszcze bardzo interesujący, kucoperzy archeolog. Defacto nie ma on za wiele do powiedzenia, lecz jego zdrada w kluczowym momencie ratuje życie Darring. Jednoczesnie potwierdza on tez rewelacje, które zna tylko pani archeolog, oraz księżniczka. (te o fałszywej Lunie) Oczywiście postaci jest tu więcej i o żadnej z nich nie można powiedzieć, ze została źle napisana. Tak wiec śmiało mogę stwierdzić, że postacie są raczej mocną stroną tego fika. I jeszcze drobne słówko o stronie technicznej. Musze przyznać, że jest na wysokim poziomie. Zauważyłem chyba tylko jedną, czy też dwie literówki, a poza tym, nie natrafiłem na żadne, dziwne i wybijające z czytania słowo czy pomysł, które zdążają się w Kryształowym Oblężeniu, tego samego autora. Wiec i tu jest co najmniej dobrze. Podsumowując, to naprawdę dobry, klimatyczny fik o wojnie na pustyni i magii. Ma w sobie to coś, co sprawia, że może pozostać w pamięci czytelnika na dłużej. Nie zawaham się tez powiedzieć, ze to drugi, najlepszy oneshot tego autora, jaki czytałem. Gorąco polecam. Nawet tym, którym nie podoba się KO. Bo choć ten fik jest od tego samego autora i ma kilka elementów wspólnych, to jest on zupełnie czymś innym. I na koniec zostawiłem jeszcze jedno przemyślenie. Wprawdzie wiem, że KO jest starsze, ale zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby autor rozbudował ten konflikt, zamiast tamtego? Doszedłem do wniosku, że dostalibyśmy zapewne mniejsze, ale równie ciekawe dzieło, w którym ciężary fabuły i klimatu leżałby w zupełnie innych miejscach. I takie dzieło z pewnością też bym śledził, zastanawiając się, kim jest fałszywa Luna i jak doprowadziła do tego, do czego doprowadziła. Kto wie, może kiedyś autor uraczy nas jeszcze jakimś fikiem wojennym, rozgrywającym się w Afryce. Oby.
  15. I kolejny, krótki fanfik, przełożony przez Dolara. Tym razem nie jest to mniej lub bardziej złośliwa komedia, a SoL. Bardzo ciekawy i wyjątkowy SoL. Ale po kolei. Dobra, to było ciekawe. Może nie ciekawe fabularnie (choć nie mogę powiedzieć by było nieciekawe), lecz ciekawe z punktu widzenia konwencji dzieła. Po pierwsze, wszystko widzimy z oczu Apple Bloom. A w zasadzie, nie tyle z oczu, co bardziej ze wspomnień, albo przemyśleń. Ale nie przemyśleń przedstawianych czytelnikowi przez nią, lecz przez narratora. Dobra, chyba trochę namieszałem. Ten fik to narracyjne przedstawienie myśli Apple Bloom o bracie. Odniosłem jednak ważenie, ze to nie jest narrator, który stoi tuż obok niej, lecz taki, który kojarzy mi się z kimś kto stoi kawałek dalej i patrzy na to, jak na scenkę rodzajową. Albo o, jak narrator filmu przyrodniczego. Tak czy inaczej, ta narracja jest nieco inna niż klasyczna i to widać. Ale to w sumie dobrze, bo świetnie buduje klimat w tym dziele Dodatkowo, w tym fiku nie ma w zasadzie żadnego dialogu. Nie ma nawet żadnej, dłuższej wypowiedzi postaci. W zasadzie, tylko pojedyncze słowa, rzucane przez Big Maca To wszystko składa się na ciekawy i niecodzienny środek wyrazu. Taki, który mógłby się nie sprawdzić w dłuższym dziele (choć tu wiele zależy od tematu, pomysłu, sposobu pisania i masy innych czynników), ale świetnie się sprawdza w tym konkretnym przypadku. Czytało się go wprost jednym tchem, jednocześnie budując bardzo przyjemny i serialowy wygląd Big Maca. Przynajmniej tego z pierwszych sezonów, gdzie jak wypowiedział całe zdanie, to było święto lasu. Jeśli miałbym umiejscowić jakoś akcję tego fika, to rozgrywa się ona na przestrzeni jednego dnia (w zasadzie można by powiedzieć nawet, że na przestrzeni kilkunastu minut). Druga sekcja fika rozgrywa się teraz i jest opisywana na bieżąco. Z kolei pierwsza, choć w większości, w czasie przeszłym, to w zasadzie same wspomnienia i rozmyślania. Takie, które można snuć na przykład w fotelu przy kominku, patrząc na brata. Oczywiście pora też na słówko o głównym bohaterze. A w zasadzie, o dwójce głównych bohaterów. Bo o ile fanfik opowiada o Big Macu, to całość widzimy przez pryzmat Apple Bloom, którą poznajemy przy okazji (i to na różnych etapach jej dorastania). I to właśnie od niej zacznę. Apple Bloom wypada bardzo serialowo., choć nie aż tak bardzo, jak w pierwszych sezonach. Mam wrażenie, że autor dał jej silniejsze przywiązanie do rodziny. Niewiele silniejsze, ale zawsze. Nie uważa brata za dziwaka, w negatywnym znaczeniu, oraz jest gotowa go bronić kopytami, gdy jej koledzy z klasy się z niego naśmiewają. Poza tym, widzimy oczywiście jej wielką miłość do brata. Mimo, że nie padają w tym temacie żadne słowa. Z kolei Big Mac jawi się jako troskliwy i kochający brat, który szczególnie sobie upodobał Apple Bloom. Opiekuje się nią, pomaga, bawi się, a gdy przychodzi co do czego, staje w roli ojca i jest gotów ją zbesztać za bójkę (i jest też gotów wybaczyć). Co więcej, w ostatniej scenie widzimy, że on może nie jest taki małomówny. Czyta Apple Bloom bajkę, co pewnie skończyłoby się wypowiedzią dłuższą niż wszystkie jego wypowiedzi z całego tygodnia. To nie tylko serialowa kreacja, al. tez bardzo przyjemny dla czytelnika bohater. Chętnie zobaczyłbym go więcej w takiej formie, albo cały fik z jego perspektywy. Co do strony technicznej, to tu niewiele jest do powiedzenia. Tekst ładny, schludny i pozbawiony jakichkolwiek błędów. O poziom samego tłumaczenia nie ma się co bać nawet przez sekundę, w końcu to tłumaczenie Dolara,. A to już mówi samo za siebie. Podsumowując... to było łał. To naprawdę świetnie napisany i świetnie przetłumaczony tekst, który wykorzystuje absolutnie każde słowo do budowy klimatu czy postaci w tej scence. Zdecydowanie nalezą się gratulacje dla autora, za takie cudo. Gorąco polecam, bo to naprawdę świetne dzieło.
  16. Musze na wstępie przyznać, że ten fik był interesującym przeżyciem (zwłaszcza w kontekście stalkera od Grento). Ciekawie uzupełnia kilka kwestii ze stalkera, jednocześnie pozostając osobnym tworem. Bo nie trzeba zarówno znać Spełniacza by cieszyć się SCP Equestria, ani też nie trzeba znać SCP by z przyjemnością czytać Stalkera. Aczkolwiek znajomość stalkera pozwala nieco inaczej spojrzeć na SCP i dostrzec kilka smaczków. Co więcej, ten pierwszy rozdział jest w zasadzie umiejscowiony w fabule stalkera. No ale pora przejść do treści. Fanfik rozgrywa się w ośrodku służącym do przetrzymywania dziwnych i niebezpiecznych przedmiotów, których nie da się zniszczyć w żaden sposób. Mamy superturbo zabezpieczenia, indywidualne cele, wyszkolony personel (i jednego nowicjusza ze znajomościami), więźniów wykorzystywanych do najniebezpieczniejszych zadań... Słowem, ośrodek naukowy jak się patrzy. Same obiekty, to najróżniejsze, dziwne pomysły, pochodzące najpewniej z creepypast. A to jakaś opętująca maska, a to kamienny golem, który zgniata człowieka, jak nikt na niego nie patrzy, a to automat do kawy, który pozwala zamówić wszystko, co jest w stanie ciekłym Ogólnie, cała masa mniej lub bardziej popapranych rzeczy, która w połączeniu z tak zaawansowanym instytutem tworzy bardzo fajny klimat placówki, która pod pozorem pomagania, może kombinować z nowoczesnymi i nietuzinkowymi sposobami zabijania. Oczywiście, gdyby fik opierał się tylko na badaniach obiektów i dziwnych doświadczeniach, oraz o życiu personelu, byłby to zapewne ciekawy SoL. Ale oczywiście nic nie może być normalnie. Akurat w dniu, kiedy młodzik z koneksjami ma swój pierwszy dzień musi się coś stać. Musza przywieźć Wilczarza (tak, tego samego) i dać go na pożarcie greckiej masce. A tenże Wilczarz musi sobie zorganizować ucieczkę. I skoro o Wilczarzu mowa, to mam z nim pewien problem. A w zasadzie nie z samym Wilczrzem, ale z Pinkameną, którą razem z nim przywieziono Otóż mamy informację, że jest transportowana z Wilczarem. Ale potem w ośrodku nie ma o niej żadnej wzmianki, póki nie pojawia się w pokoju, nie wiadomo skąd. Żadnego info o potencjalnym zagrożeniu z jej strony, czy nawet głupiego komunikatu w radiu, że pewna różowa lalka zwiała i robi z ludzi sziszkebab. Po prostu nic. Znika z narracji i się pojawia na sekundkę. Tak czy inaczej, Wilczarz zrywa z siebie maskę, która go opanowała i rozbija ją o ścianę. To moim zdaniem świadczy o tym, że jest SCP i jest w stanie zniszczyć to, co chce zniszczyć. Ewentualnie ,,dusza" maski została w ciele Wilczarza, a maska stała się zwykłą skorupą. To byłoby też ciekawe rozwiązanie, ale z uwagi na zachowanie wilczarza w Zinie, osobowość maski musiałaby długo czekać z ujawnieniem się. Wracając, Wilczarz korzysta z zamieszania powstałego w wyniku awarii i działania Pinkameny. Pozbył się maski spuszcza łomot strażnikom, oraz Diegtariowowi i zabiera go by uciec. Bo czytniki linni, skanery siatkówki i te sprawy. No i tu się kończy wielkim, wrednym Cliffhangerem. Dobra, może nie aż tak wielkim, biorąc pod uwagę stalkera, ale jak ktoś nie czytał stalkera, to ten fik się kończy wielkim i ordynarnym cliffhangerem. Choć może miało to skusić ludzi do komentowania i żądania kontynuacji. Tym niemniej, mamy tu bardzo dobre pomysły, fajnych bohaterów i co najważniejsze, świetny klimat. Mamy też znośną, formę. Znośną, gdyż nie obeszło się bez kilku błędów. A skoro ja widzę kilka, to zapewne jest ich więcej. Raz czy dwa zauważyłem błędną końcówkę (ą zamiast om, albo odwrotnie). Trafiło się tez zdanie, które jest nie najlepiej zbudowane i wymagałoby poprawki. Plus kilka drobniejszych literówek. Niestety z uwagi na czytanie tego na tablecie (po pobraniu kopii w PDF), nie mogłem ich zaznaczyć. Jeśli jednak znajdę chwilę wolna, to z pewnością wrócę do tego, skoro i tak miałem swój udział przy stalkerze. Podsumowując, t bardzo fajny i klimatyczny fik, który czytało się z przyjemnością (choć wcale nie jestem fanem Creepypast, a raczej wprost przeciwnie). Zdecydowanie warto po niego sięgnąć. Zwłaszcza jak ktoś czytał Stalkera od Grento i podobała mu się jego twórczość. No i oczywiście czekam na dalszy ciąg tej historii
  17. Nie myślcie, ze zapomnaiłęm o wydaniu, skoro nie pisze tu prawie nic. Po prostu nie za bardzo miałem co powkazać i co powiedzieć. Poza tym, kupa innych rzeczy. Ale pora to zmienić. Po pierwsze, chciałbym oświadczyć, ze zbiórka zamówień idzie całkiem znośnie. Może nie idealnie, ale całkiem znośnie. Do tego nic na razie nie wskazuje na opóźnienia. Okładki wprawdzie jeszcze nie ma, ale chętnie wam za to zaprezentuję, ajk mniej wiecej będzie to wyglądać w srodku. Oto pierwszy tom smoczych łez w PDFie Niestety oba tomy są strasznie grube i tego się nie da przeskoczyć, bo tyle treści. Będą jeszcze drobne poprawki, oczywiście, ale tylko drobne
  18. Metro... Wspaniałe, postapokaliptyczne uniwersum, w którym powstało już wiele powieści. Część nawet przetłumaczona na Polski. Nic więc dziwnego, że i nasz fandom wziął je na warsztat. A jako wielki miłosnik Metra, który posiada na swej półeczce sporo metrów metr, nie mogłem nie sięgnąć po ten fik. Oczywiście jak już go znalazłem. I niestety się zawiodłem. Sam fanfik, to nie jest stricte metro, tylko w zasadzie miks metra i stalkera. W teorii jest to fajne rozwiązanie, które pozwoliłoby wziąć to co najlepsze (i pasujące) i zmiksować to w coś naprawdę smakowitego. Niestety tym razem nie wyszło. Wszystko zaczyna się na chwilę przed wybuchem elektrowni w Kryształowym. W tle mamy widma niedawnej wojny z Equestrią i wiszące w powietrzu napięcie. Potem dochodzi do wybuchu (do którego jeszcze wrócę) i akcja przesuwa się o rok. Bohater budzi się ze śpiączki, zostaje odpięty od aparatury medycznej i dowiaduje się, ze jest w Metrze, a całe Kryształowe jest zniszczone. Zaś reszta jego mjieszkańców siedzi właśnie w Metrze. I tu moje, pierwsze pytanie, po co? Jeśli dobrze zrozumiałem fabułę, poza kryształowym kucyki żyją normalnie, Equestria jest niezniszczona, więc po co siedzieć na napromieniowanym wygwizdowie? Zwłaszcza, że nie zauważyłem żadnej wzmianki o artefaktach, czy jakichkolwiek innych, cennych rzeczach, które warto by stąd wynosić. To oczywiście nie koniec dziur w logice. Przez długi czas (póki się nie dowiedziałem, że świat jest normalny), byłem wielce zdziwiony, że w metrze mają prąd, sprzęt medyczny (by trzymać jakiegoś gostka przez rok pod aparaturą), lodówki, w miarę świeże żarcie, względny porządek i w ogóle nie ma braków oświetlenia. Czyli w zasadzie, w metrze nie czuć metra. Do tego, kiedy walnęła elektrownia i pewnie kuce zaczęły uciekać do metra, ktoś pomyślał nie tylko o postrzelonym i prawie martwym bohaterze, ale też o jego plecaku. A gdy już bohater wychodzi na powierzchnie (za drugim razem) i wraz z Sunburstem ma się udac gdzieś, to nie mają ze sobą ani sztuki broni. Na niegościnnej, napromieniowanej pustyni, gdzie są zdziczałe psy i Celestia wie co jeszcze. Zdecydowanie rozsądne. Dałoby sie znaleźć więcej dziur w logice, ale po co. Przejdźmy do bohaterów. Toxic jest niestety nudny. Do tego, odnosi dość dużo sukcesów, za wyjątkiem kilku nic nieznaczących sytuacji (jak poślizgniecie się). Do tego w mig kojarzy chorobę z metra, ze znaczkową grypą, co od razu wygląda wszystkim jak trafna diagnoza. Przęzywa postrzał w szyję i zostaje zabrany do metra, po wybuchu elektrowni. Nawet ma sprzęt. Czyli to w zasadzie Marry Sue i to jeszcze niespecjalnie sympatyczna i dająca się lubić. Sam Sunburst jest zbyt wygadany i zbyt wulgarny jak na ogiera, którego znam z serialu. Normalnie nie mam zbyt wiele przeciw przeróbkom postaci, ale ta mi kompletnie do niego nie pasuje. Nie dostrzegam w nim żadnego przebłysku starego Sunbursta. Do tego język obu panów jest niestety pełen wulgaryzmów. Nie sądziłem, ze kiedykolwiek bedę narzekał na to w fiku, ale tu to kompletnie psuje resztki klimatu i same postacie. Z kolei ich wzajemny stosunek nie jest niestety zabawny, tylko irytujący. Jedynie na tą pegazice nie jestem w stanie narzekać. Pochodząca z zewnątrz i być może porzucona przez swój oddział. Mogłaby stanowić świetny materiał na kogoś z innym podejsciem niż miejscowi (może przeciwwaga fabularna), oraz kogoś, kto by się zainteresował otaczajacym swiatem. Bo niestety Toxic nie jest zaskoczony istnieniem drezyny w metrze (zwłaszcza skoro jest prąd). Kolejna rzecz, która nie wyszła, to opisy. Jest ich za mało, są skąpe i w ogóle nie budują przytłaczajacego klimatu metra. Podczas cześci podziemnej, nie czułem, ze otaczają mnie tysiace ton ziemi, a wokół mnie jest tylko zapyziały, pozbawiony obsługi tunel, z dziwnymi odgłosami, milionem przjść technicznych i pułapek. Nie dostrzegłem też żadnych zalążków folkloru, myslenia mitycznego, czy tej ,,magii" metra. Nawet zagrozenia nie było. Co gorsza, przez skapość opisów (i nie tylko) fabuła pędzi do przodu. To, co jest na tych około 40 stronach, to materiał, który w połączeniu ze światotworzeniem powinien wystarczyć na 80 (powiedzmy). Z kolei na powierzchni też nie czuć zagrożenia (przynajmniej do czasu końcówki). Co z resztą potwierdza brak broni. Zero anomalii po drodze, zero mutantów obserwujacych z daleka... tylko nieciekawa pogoda. Ale żeby nie było, jest tu kilka pomysłów, które mis ię podobają i za które gotów jestem pochwalić. po pierwsze, domieszanie do ,,klimatów" metra, anomalii ze stalkera. Niewielka rzecz, ale moim zdaniem ubarwia uniwersum. zwłaszcza, ze promieniowanie jest częściowo oparte na magii kucyków. Druga rzecz, która mi się podoba, to konflikt między Equestrią a Kryształowym. Zwłaszcza, że autor naświetla Equestrię jako tych złych. To by faktycznie miało potencjał jako element kucowego metra. Do tego mogłoby stanowić źródło ciekawych historii. No i jest jeszcze Prolog, rozgrywajacy się w cywilizacji przed wybuchem, oraz opisujący jak do neigo doszło. To jest świetny pomysł, by zapoczątkować eksplozję poprzez sabotaż załogi, która nie chciała oddać obiektu wrogowi. Niemiałbym nic przeciwko, gdyby to stanowiło wyjście do kucowego stalkera, gdzie po takiej, zniszczonej strefie chodziliby equestriańce, wojska kryształowe i różne grupy wolnych stalkerów. Byłoby tez sporo miejsca na politykę, czy tajne laby. Niestety mam wrażenie, ze te pomysły się wykluczają (o czym z resztą wspomniałem) i ich zastosowanie na raz dało średni efekt. I na koniec kilka słów o stronie technicznej. Tu nie jest źle. Owszem, przydałoby się porawić kilka nadprogramowych znaków interpunkcyjnych, zapis dialogowy i wywalić powtórzenia, ale obecna forma nie psuje czytania. Podsumowując, jak dla mnie, to jest dobry przykład jak przedobrzyć już na samym początku. Połączenie uniwersów zostało oparte na pomysłach, które źle ze sobą współgrają, a bohaterowie zostali stworzeni jako zbyt brutalni i wulgarni, przez co ani nie są śmieszni, ani nie da sie ich lubić. W obecnej formie nie polecam. Aczkolwiek dałoby się ten fik odratować (powiedzmy). Wystarczyłoby wywalić rozdział, rozbudować prolog i zmienić koncepcję nie na metro, a na Zonę (zniszczone miasto i okolicę), gdzie byłoby miejsce na politykę, walki stronnictw i historie wolnych stalkerów. Samego Toxica bym w obecnej formie zostawił, pod warunkiem dania mu kompanii, która czasami krytykuje jego język i podejście, oraz zachowuje się inaczej (co stworzy pewną przeciwwagę i da pole do interakcji). Na przykład z tą pegazicą. Ale w obecnej formie nie polecam metro equestria.
  19. Interesujący fanfik. Znalazłem go w sumie całkiem przypadkiem i początkowo gotów byłem go ominąć, ale zanim to zrobiłem, rzuciłem okiem na komentarz Hoffmana, a w zasadzie na jego pierwszy akapit. Tam zobaczyłem o czym jest ten fik i postanowiłem dać mu szansę. Nie żałuję. Temat okresu samodzielnych rządów Celestii nie jest zbyt często poruszany w fikach. A szkoda, bo ten okres banicji Luny ma w sobie bardzo duży potencjał. Można naprzykład opisać nowe układy i rozmowy z państwami ościennymi, które się dowiedzą, że Ceśka wykopała własną siostrę. Można ścigać popleczników Pani Nocy, którzy wciąż kryją się wśród kuców i knują przeciw słońcu. Można też pokazać wizje rozbudowy królestwa według pomysłu Ceśki. Albo można, tak jak w tym fiku, skupić się na tęsknocie Ceśki do siostry i próbach kontaktu z Luną. To jest bardzo dobry pomysł, który fajnie buduje postać Celestii, jako robiącej sobie wyrzuty, że musiała sięgnąć po broń ostateczną i cały czas próbującej skontaktować się z siostrą. Wypada on niezwykle serialowo, gdzie mamy drobne przebłyski tego, jak Celstia troszczy się o siostrę, oraz jest zgodne chyba z najpopularniejszą, fandomową wizją księżniczki. Co więcej, za tym bardzo fajnym i bardzo przyjemnym pomysłem idzie całkiem dobra realizacja. Może nie idealna, ale całkiem dobra. Główna bohaterka jest bardzo dobrze napisana. Czuć żal jaki ją wypełnia. Zaś nerwowość i odrobina szorstkości wobec niektórych poddanych tylko lepiej budują klacz, która pragnie poświęcić się poszukiwaniom rozwiązania swego problemu, a nie władaniu. Za to scena kiedy Celestia mówi do księżyca (a mogłaby wyć ) świetnie buduje więź jaka ją łączy z Luną, oraz pokazuje, że mimo tego, ze jej siostra stała się Nightmare Moon, Celestia dalej ją kocha. Oprócz Celestii, jest też dobrze napisana Nightmare Moon. Wprawdzie pojawia się tylko w jednej scenie, gdy już Celestii się uda skontaktować, ale gorycz i szaleństwo tej klaczy wypadają bardzo przekonująco. Tak samo koszmar, który funduje siostrze. To bardzo dobrze przeprowadzony zabieg. Z jednej strony wszystko wygląda tam w miarę normalnie, ale kilka drobnych modyfikacji tworzy inną prawdę. Taką, której Celestia mogła pozornie nie dostrzegać podczas swych rządów. Trochę szkoda, że ten wątek nie został bardziej pociągnięty, a ilość spotkań zwiększona. Gdyby ograniczyć odrobinę szaleństwo Nightmare Moon i pozwolić jej sączyć jad do ucha Celesti, można by uzyskać ciekawy efekt Ceśki podpadającej w odrobinę paranoi. Dobrze by to współgrało z efektami ubocznymi, jakie były wspomniane przy zaklęciu. No i jest jeszcze pojawiająca się we wspomnieniach postać Starswirla. Tajemnicza i pełna niedopowiedzeń. Widzimy go we wspomnieniach, z czasów po wygnaniu Luny, jak pomaga Celesti się ogarnąć, a przy tym odwodzi ją od pomysłu podróży w czasie. Do tego mamy wspomniane, ze ogier zniknął tajemniczo, zabierając tylko swój kapelusz (i pewnie ten dywan, który nosi na grzbiecie). Choć jeśli wierzyć temu, co myśli Celestia, on pojawia się też by ją uratować. Mam wielka nadzieję, że Celestia się myli w tym gdybaniu, gdyż moim zdaniem to bardzo niefajne rozwiązanie. Z resztą, sam ten motyw zniknięcia Starswirla mógłby stanowić dobra bazę do kolejnego fika. I na koniec jeszcze słowo o tym doradcy księżniczki. Też jest jak dla mnie na plus. Troszczy się o władczynię, jak na dobrego doradcę przystało. Nie zraża się też, kiedy Ceśka go gorzej traktuje. Podobał mi się również fakt, że Celestia poprosiła go o wpisanie do terminarza codziennych spotkań z nią i rozmów. To z pewnością jej pomoże w oczekiwaniu. Obok dobrze napisanych postaci i fajnego pomysłu na opowiadanie, są tez całkiem niezłe opisy. Czuć zawarte w nich emocje, a do tego nie ma problemu z tym, by wyobrazić sobie scenę. Podczas rozmowy Starswirla z Celestia widziałem pogrążoną w półmroku pracownię i stos zwojów do segregacji. Zaś później, widziałem jak Celestia nerwowo wyciąga pożółkłe zwoje, szukając wśród dziwnych zaklęć jakiegoś, które skontaktuje ją z siostrą. Tak samo byłem sobie w stanie wyobrazić wyraz pyska jej i doradcy, kiedy rozkazała odwołać wszystkie spotkania. Oczywiście można by opisy rozbudować bardziej (jak z resztą cały fanfik), ale w tej formie tez robią bardzo dobra robotę. Forma raczej bez zarzutu. Nie przypominam sobie by mi cię coś rzuciło w oczy. Można by co najwyżej zastąpić enter między akapitami automatycznym odstępem (co moim zdaniem wygląda lepiej), ale to tylko ewentualna sugestia. I bez tego tekst wygląda spoko. Podsumowując, polecam. To bardzo fajne i przyjemne opowiadanie o Celestii tęskniącej za Luną. Wprawdzie nie zgadzam się z kilkoma elementami wizji autora, ale nie jest to powód by nie uważać tego za dobry fik. Warto wiec po niego sięgnąć, bo to przyjemne dzieło, które porusza dość ciekawy problem.
  20. Remont. Słowo, które potrafi wywołać tak wiele emocji, a nawet doprowadzić do awantury domowej, czy rozwodu. Czasami porządany, szybko zmienia się w zjawisko uciążliwe, przedłużające się i rodzące więcej problemów niż naprawia. Tu jednak remont jest jedną, krótką scenką, sprowadzającą się w sumie do jednego gagu, dla którego ten fik zbudowano. Ale to oczywiście nic złego. Po prostu CMC bierze się za malowanie sufitu u Fluttershy, by dorobić do quada. Cudownie nierozsądna zabawka dla tej trójki, ale zarazem bardzo klimatyczne zastępstwo dla hulajnogi kucowej Scootaloo. Oczywiście, jak przystało na dobre przyjaciółki i fachowców od remontu, dzielą się robotą. Sweetie chwyta pędzel, Scootaloo wałek, a ta trzecia stoi i nadzoruje, czy równo malują. Prawie jak na polskiej budowie (tylko proporcje inne). No ale do pokoju wlatuje osa i doprowadza do cudownego ciągu przyczynowo skutkowego, który kończy się komicznie. Po nim zaś następuje urocza scena kiedy to Fluttershy udziel reprymendy osie. Postacie występujące w tym fiku są bardzo serialowe. Przekomarzanie się trójki dziewczynek wyszło bardzo naturalnie. Tak samo naturalnie wypadła dobra i miła Fluttershy. To wszystko sprawia, że całość wypada bardzo serialowo i klimatycznie. Zupełnie jak jakiś short do Equstria girls. Taki przyjemny, krótki short, który można przeczytać sobie w przerwie na herbatkę. Co do formy, to tutaj bez żadnych zastrzeżeń. Tekst schludny, ładny i pozbawiony błędów. Śmiało można go stawiać za wzór do naśladowania. Dobra, chwalę, chwalę, ale czy jest na co narzekać? W zasadzie, tylko na rozmiar (choć on podobno nie ma znaczenia). Z jednej strony, ten fanfik jest spójny, logiczny i zbudowany tak, ze tworzy całość, od początku do końca. Nie czuć, ze czegoś tu brakuje, albo, ze mogłoby być więcej. Nawet opisy są w odpowiedniej ilości względem treści. Z drugiej jednak strony, remont to nierzadko pasmo problemów, cyrków i różnych zabawnych sytuacji, więc i Remont, w wykonaniu CMC mógłby być zdecydowanie dłuższy. Powiem więcej, moim zdaniem, nawet dziesięć stron fika mogłoby niewyeksploatować komediowego potencjału drzemiącego w CMC robiących nawet mały i delikatny remont (nie mówiąc już o takim, gdzie jest zrywanie podłogi, czy podwieszanie sufitu, z robieniem oświetlenia). No ale autorka wybrała taką, a nie inną wersję tej lekkiej i przyjemnej komedii, i zrobiła to nad wyraz dobrze. Podsumowując, to fik w sam raz na raz. Dobry żeby się pośmiać w przerwie od pracy, czy coś. Polecam
  21. 2012 i 2013 to okres, kiedy fandom był jeszcze młody, prężny, a wśród fików panowały zupełnie inne standardy. Wiele dzieł, które wtedy były bardzo popularne, dziś cieszy się umiarkowaną popularnością, lub doczekało się parodii. Zaś część dzieł mniej popularnych zaginęła w odmętach forum. Wracanie do takich właśnie, to ciekawa podróż w czasie. Można zweryfikować swoje spojrzenie na jakieś dzieło po latach, albo porównać swoje wrażenia z komentarzami z ,,innej epoki". A jak wygląda Hunt, po tylu latach? Do przeczytania mamy prolog na jedną stronę i pierwszy rozdział, na strony cztery (rozdział dwa, zdechł). Całość jak na standardy dzisiejsze wygląda dość słabo. Brak justowania i wcięć akapitów. Do tego mamy powtórzenia i dziwny zapis, który być może wtedy jeszcze uchodził za względnie poprawny (albo i nie) Interpunkcja jest słaba (a jeśli ja to krytykuję, to musi być naprawdę źle). Do tego błędy w zapisie dialogowym, oraz trochę literówek Do tego notorycznie pojawiają się liczebniki zapisane cyfrą. Czyniąc długą historię, krótką, forma jest zdecydowanie słaba. Zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy. A jak tak czytam ostatnio stare fiki, to musze z przykrością stwierdzić, ze i w 2013 taka forma nie powalała. Raczej wprost przeciwnie. Niezaprzeczalnie przydałaby się tu korekta. Aczkolwiek, może pod tą paskudną powłoką kryje się dobre dzieło? W końcu komentarze są pozytywne. Nawet kilka z nich jest bardzo pozytywnych. No niestety tu nie kryje się dobry fik. Znaczy tak, widzę tu szczątki pomysłu o myśliwym, który natyka się na demona w lesie Everfree (bo innych lasów nie ma). I być może ten pomysł możnaby fajnie rozwinąć. W końcu spotkanie głównego złego na początku opowieści może ciekawie zawiązać fabułę (bez zabijania całej rodziny bohatera). No chyba, ze ten demon nie był głównym złym. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że pomysł był. Może nie wybitny (za mało danych by to jednoznacznie potwierdzić, lub obalić), ale daleki bym był od nazywania go złym. Niestety za tym pomysłem nie poszło nic więcej. Opisy w zasadzie nie istnieją, zaś całość fabuły wygląda jak raczej plan opowieści, a nie cała opowieść. W przeciągu 4,5 strony dość ,,luźnego" objętościowo tekstu, bohater zdążył wstać, spakować się, pojechać do sąsiedniego miasta, spotkać dwie z M6, pójść do biblioteki (gdzie spotyka twilight), pójść do lasu, przejść się po nim, spotkać demona i wrócić. A czytelnik się nie dowie, jak wyglądała i smakowała kanapka, jak umeblowany był pokój, ani tez za wiele o samym lesie. W zasadzie, tą treść możnaby śmiało rozpisać na 10 stron (i nawet więcej), dodając opisy otoczenia i przemyśleń bohatera. Właśnie, bohater. Niewiele o nim wiadomo. Raczej małomówny, niekoniecznie chce gadać z miejscowymi i do tego poluje na zwierzęta. Być może miałby się rozwinąć w przyszłości, ale na chwilę obecną jest niewiele o nim wiadomo. Z drugiej jednak strony ilość informacji o bohaterze, w stosunku do objętości tekstu zdaje się być dostateczna. dwudziestostronnicowa ekspozycja na samym początku dzieła zapewne by zraziła czytelnika. Pora na podsumowanie. Czuję, że autor miał pomysł, nawet na kilkuwątkową fabułę i to na całkiem przyzwoitym poziomie. Niestety poległ na przelaniu swych pomysłów na internetowy papier. Forma wygląda słabo, a w treści brakuje opisów. Być może gdyby autor dostał zawczasu pomoc korektora, to Hunt mógłby mieć swoich fanów w 2020. Ale niestety to się nie stało i fik wygląda niestety słabo. Są lepsze dzieła do nostalgicznej podróży w 2012.
  22. I kolejne tłumaczenie od Dolara przeczytane. I jak zwykle była to przyjemność z lektury. Ten niezręczny moment, to bardzo przyjemna, krótka komedia o tym, jak AJ idzie do biblioteki po książkę dla Pinkie. Zupełnie jakby ta nie mogła tego załatwić sama. A może po prostu ma bana na bibliotekę, za wkładanie pączka do książki o pączkach. Tak czy inaczej, AJ wchodzi do biblioteki i nie zastaje nikogo. Więc jak przystało na cywilizowanego i ogarniętego kucyka, zaczyna po niej myszkować, kierując się jednocześnie do sypialni Twilight. Bardzo rozsądne i uczciwe podejście. Znacznie lepsze niż uprzejme czekanie, czy zawołanie przyjaciółki. Tak czy inaczej, AJ wchodzi do sypialni i widzi Twilight i Rainbow w sytuacji niejednoznacznej. Cóż, sama sobie winna. I tu następuje moja jedyna wątpliwość względem fika. Applejack w tym co widzi, widzi ,,zapasy" (specjalnie w cudzysłowie). I choć to budzi w niej mieszane uczucia to się do tego przyłącza. I kiedy do tego dochodzi, dzieją się zapasy (też specjalnie bez cudzysłowu), co powinno podważyć wątpliwości AJ (no chyba, że Twi i Dash to naprawdę świetne aktorki), ALBO dzieją się ,,zapasy" i wtedy dziwne, że Twilight nie protestuje, skoro to miały być tylko zwykłe zapasy. No chyba, że AJ ma rację i one wszystkie mają ciągoty w ta stronę. Myślę, że to można było rozpisać lepiej i nieco bardziej sugestywnie. Nie mogę jednak powiedzieć żeby ten drobny brak logiki był zły. Brak mu trochę do ideału, moim zdaniem, ale mimo tego jest w zasadzie uroczy i zabawny. Dalej mamy wyjście AJ, po którym Rainbow stwierdza, że ona i Twilight mogły zostać źle odebrane. No faktycznie. Bo co sobie można pomyśleć na widok dwóch klaczy, kotłujących się w łóżku Tymczasem Applejack idzie do Pinkie i od słowa do słowa, przechodzi do cudownego i prześmiesznego zakończenia tego fika. Jedno zdanie, a tak wspaniałe zakończenie. Tu moje pełne gratulacje. Poza oczywiście pomysłem, który sam w sobie bawi niezmiernie, są tez cudowne opisy przemyśleń Applejack. Setnie się uśmiałem, czytając o wspomnieniu Rarity flirtującej z własnym odbiciem, albo o tym, że odpowiadające na pytanie kamienie to dobry powód by wrócić do wyrka. A skoro i o nim mowa, to musze przyznać, że scena budzenia AJ jest bardzo fajnie opisana i pomyślana. Można owszem pomarudzić na dość gadatliwego Big Maca, ale moim zdaniem nie ma to tu racji bytu. To po prostu jest tu konieczne by uczynić całą sytuację jeszcze zabawniejszą. Bohaterki oddane są bardzo spoko. Zapewne gdyby nie podtekst kryjący się w tym dziele, to możnaby do niego podejść, jak do shorta, albo sceny z serialu. I jeszcze słowo o stronie technicznej. Tutaj bez zarzutu. Jedyne co mi się nie podobało, to chwila kiedy Applejack zwraca się do Rainbow RD. Zwyczajnie nie podobają mi się takie skróty (poza AJ, która jest chyba kanoniczna i do tego dobrze brzmi). Aczkolwiek to pewnie pomysł autora, a nie tłumacza. O poprawności tłumaczenia jako całości nawet nie mam co mówić, bo Dolar to marka sama w sobie. Podsumowując to całkiem dobra komedia, w sam raz na jedno posiedzenie. I choć czytałem lepsze, to musze przyznać, ze ta i tak jest warta mocnego polecenia.
  23. Stalker. Bardzo klimatyczne i ciekawe uniwersum, które naprawdę wsysa i stanowi inspiracje dla wielu autorów, który próbują z lepszym lub gorszym skutkiem oddać ten świat. Nawet w naszym fandomie podjęto kilka prób skucykowania (lub zequestriagirlsowania) tego uniwersum. Jedną z najlepszych jest oczywiście Spełniacz Życzeń od Grento. fanfik, pełen dobrych pomysłów i jeszcze lepszych rozwiązań. Dobrze więc widzieć, że zainspirował on kogoś do stworzenia spinofu, bo to tym bardziej dobrze świadczy o jakości stworzonego uniwersum. Dość jednak rozpływania się nad stalkerem i jego konkretna adaptacją. Trzeba ocenić to sporych rozmiarów dzieło. Zacznę od klimatu, który tu jest dobrze zbudowany, choć odrobinę różni się, moim zdaniem, od oryginalnego stalkera (trzyma się za to dość blisko Spełniacza). Nie uświadczymy tu za bardzo eksploracji zony. Raptem jeden krótki fragment od granicy do szopy i krótki odcinek do fabryki konserw (pomysł na fabrykę akurat paprykarza szczecińskiego budzi we mnie mieszane uczucia, ale niech będzie). Do tego mamy większe nastawienie na ,,magię" oraz zjawiska nadnaturalne (jak chociażby kontrola nad zombiakami, czy ziemia, która je tworzy), niż pamiętam z gier. Nadal czuć w tym jednak Zonę otaczającą ze wszystkich i gotową zabić jeśli ma taki kaprys. Ciekawy klimat budują też nowatorskie pomysły zastosowane przez autora. Moim ulubionym chyba są grzyby-miny. Bardzo fajny pomysł, który pasuje do uniwersum stalkera i nawiązuje odrobinę do pikniku (gdzie też były dziwne rośliny). Co więcej, ma on sporo sensu, bo podobno grzyby wchłaniają w siebie sporo radiacji. Dobry jest też kleszcz, oraz Kofan, który ma w sobie olbrzymi potencjał (który z reszta widać w fiku). Tak samo mutant, który potrafi kontrolować zombiaki. To prawdopodobne pod katem uniwersum i jednocześnie rodzi wiele pytań. Czy to jedyny taki egzemplarz, czy może gdies łazi tego więcej? Czy to zasługa magii z innego świata, czy może radiacji? (a może jedno i drugie). No i jest właśnie jeszcze magia (pod postacią ksiąg, run i zaklęć), która dotarła tu z Equestrii (wraz z księgami, być może kofanem, oraz kilkoma osobami). Nie jest to pomysł autora tego fika (a autora uniwersum), lecz tu mamy bardzo fajne jego wykorzystanie. Chętnie zobaczyłbym więcej tej mieszanki, bo ma ona duży potencjał w tym uniwersum. Oprócz oczywiście dobrze stworzonego klimatu, mamy tez całkiem ciekawą fabułę podzieloną na kilka wątków. Mamy biznesmena dowodzącego bandytami, który szuka w zonie nieśmiertelności (i leku na raka), mamy przywódcę zombiaków, który chce przejąć zonę i mamy Deliktywę, która chce znaleźć przyjaciół, z którymi straciła kontakt. Wątki te przepltają się płynnie, dążąc do wielkiego finału, gdzie oczywiście wszystko trafi szlag. Nie jest to może najbardziej niespodziewany finał, ale klimatyczny i dobrze stworzony. Pasuje do fabuły. Większa jednak siła tego fika są postacie. Od razu polubiłem Ruby (i jej tarcia z Deliktywą). Do tego stopnia, ze chętnie poczytałbym więcej o przygodach tej recydywistki w zonie i poza nią. Tak samo polubiłem Cigę za jej zdolność adaptacji do nowej sytuacji i zmiany poglądów jest bardzo fajna. To, że postać jest w stanie współpracować (nie tylko pozornie) z ludźmi, którzy zabili jej kumpla zamiast mu pomóc, wcale nie jest złe. A przynajmniej nie w tym wypadku, bo widzimy motywacje, która nią kieruje. Najpierw jest to chęć uratowania firmy, ale i ta motywację odrzuca, kiedy zostaje uświadomiona, ze może zerwać z przeszłością i rozpoczynać przyszłość. Podobał mi się również Kędzior, jako bogacz, który gotów jest poświecić swą fortunę by znaleźć w zonie klucz do nieśmiertelności (w zonie, albo w książkach z innego wymiaru). Już samo to jest materiałem na bardzo rozbudowany fanfik, gdzie moznaby obserwować rozwój i zmianę psychiki bohatera, który każdego dnia przybliża się do śmierci lub sukcesu. No ale tego nie zobaczymy tym razem, bo weszła Deliktywa, niekoniecznie na biało i załatwiła swego byłego męża, którego już raz próbowała zabić. No właśnie, Deliktywa. Tajemnicza postać, której historie poznaliśmy w stalkerze, w związku z tym, ta jej wersja jest niestety niekanoniczna. Wynika to jednak z tego, że ten fik powstał chyba przed wyjaśnieniem historii Deliktywy. Wiec jeśli wziąć to pod uwagę, to ta historia tej postaci była prawdopodobna. A pomijając niekanoniczność, to Deliktywa wygląda i zachowuje się tak jak w pierwowzorze, więc i tu jest dobrze. Oczywiście postaci jest znacznie więcej. Każda na swój sposób ciekawa i dobrze zbudowana. W zasadzie, tu nie ma złych postaci. Każdy czytelnik znajdzie tu kogoś z głównej ekipy by go lubić, oraz z postaci drugoplanowych, o których historii i pochodzeniu można rozmyślać. Opisy też są całkiem przyzwoite i mają odpowiednie tępo. Tam gdzie akcja jest powolna są odpowiednio wolne i rozbudowane, a tam gdzie jest akcja są odpowiednio dynamiczne. Jedyne co potrafi je zepsuć, to błędy i nietrafione słowa. A raz czy dwa pojawiły się takie perełki jak chociażby nadgarstek u nogi (no chyba, że to jakaś mutacja). A skoro przy błędach, literówkach i ogólnie formie jesteśmy, to tu niestety nie jest najlepiej. A skoro ja to widzę, to już w ogóle. Najgorsze są niestety liczne powtórzenia. Bardzo liczne powtórzenia. Wprawdzie fanfik podobno był korektorowany, ale z pewnością nie zaszkodziłoby, gdyby dostał drugą dawkę. Pozostaje pytanie czy polecam ten fanfik. Otóż, tak, polecam. Mimo swych wad, to dalej dobry, wciągający i klimatyczny kawałek stalkera. Zdecydowanie polecam fanom stalkera i fanom uniwersum stworzonego przez Grento.
  24. Dobry żart. Przyjemny, lekko napisany fanfik, który wygląda bardzo serialowo. Tak jak wspomniał Hofmann, wygląda jak kanoniczny short serialu. I to short bardzo dobry, jak na standardy dzieł Hasbro. (jak na standardy fanfików, to również jest bardzo dobre dzieło). Jego fabuła jest dość prosta i krótka. Ot Rainbow po raz kolejny walnęła głośnego i tęczowego groma, a kicia Rarity się wystraszyła i dała w długą. Można by się przyczepić, że Opal powinna być przyzwyczajona do takich ekscesów tęczowogrzywej, ale to bez znaczenia. Ta fabuła jest tu tylko po to by móc pokazać podejście dwóch klaczy do żartów. I tu się zgodzę i nie zgodzę z Hofmanem odnośnie żartów Rainbow i tego, ze brzmia jak średnie tłumaczenie. Owszem, żarty, którymi Rainbow sypie są prostymi gierkami słownymi, którym niekiedy brak polotu (nawet częściej), a ich natłok w jednym momencie budzi raczej irytację niż poprawia humor. Myślę jednak, że to zabieg celowy, który służy temu by pokazać reakcję Rarity, z którą czytelnik może się utożsamić. Dodatkowo, możemy zobaczyć świetną scenę kiedy Rarity odpłaca tęczowogrzywej pięknym za nadobne, samemu przypuszczając mały atak sucharów. Co w sumie przynosi całkiem niezły efekt. Lepszy przynosi tylko wizja obiadu po znalezieniu Opal. Oczywiście opal się znajduje, więc Rainbow wraca szybko do CMC, które ją przywiozły i... znów straszy kota. I tu musze przyznać, ze spodziewałem się odrobinę innego zakończenia, choć to wcale nie jest złe. Osobiście myślałem, że Rarity skłonna będzie zabrać trzy klaczki na lody i kompletnie zapomnieć o przyjaciółce, którą wysłała w krzaczory. No ale jak mówiłem, obecna tu wersja też jest spoko. Jeszcze wrócę na chwilę do gier słownych tego typu. Dość podobną sytuację mieliśmy w Crisisie, podczas jednej walki Velvet i Pinkie Tam Pinkie rzucała mase gierek słownych i żartów, które same w sobie niekoniecznie były śmieszne, ale reakcje Velvet (znacznie bardziej ekspresyjne niż u Rarity tutaj), sprawiały, że człowiek się śmiał. Wątpię by autorka się na tym wzorowała, tworząc to intereujace dzieło. Po prostu zauważyłem podobny motyw, porównałem i musze przyznać, że tu również jest to zrobione dobrze. Teraz dwa słowa o bohaterkach. Spośród szóstki autorka wybrała dwie, które najlepiej pasują do tych ról. W serialu widać, ze Rainbow jest śmieszkiem, choć nie aż tak dużym jak Pinkie, ale przyjaciółki traktują ją bardziej poważnie niż różową. Z kolei Rarity to wspaniały materiał na kogoś, kogo mogą irytować takie żarty. W końcu obraca się też w wyższych kręgach, gdzie takie gry słowne nie są do przyjęcia (z resztą, pewnie połowa szlachty by ich nie załapała). No i ma kota, w przeciwieństwie do Twilight (która w zasadzie tez by się mogła nadać). Takiego kota, co może uciec. Tak więc wybór akurat tej dwójki jak najbardziej na medal. Pasują charakterem i zostały napisane tak, że nie wykraczają poza niego. Dzięki temu całość właśnie wygląda jak short. I jeszcze strona techniczna. Tutaj jest bardzo dobra. Tekst ładny, schludny i pozbawiony błędów (a przynajmniej ja żadnego nie zauważyłem). Formatowanie bardzo miłe dla oka. Jest justowanie, odstępy między akapitami i oczywiście odpowiednia, moim zdaniem, interlinia. Z pewnością można stawiać to krótkie dzieło za wzór pod względem poprawności formy. A czy polecam? Tak, zdecydowanie polecam. To fajne, przyjemne dzieło, które wyciąga naprawdę sporo z pozornie nie całkiem śmiesznych żartów i dzięki ciekawym zabiegom sprawia, że pośrednio są śmieszne.
  25. Siedząc w pracy i starając się nie kaszleć (przeziębienie na jesieni 2020 to bardzo niebezpieczna rzecz), przypomniałem sobie, że słyszałem kiedyś o jakimś fiku, gdzie mane six jest zamknięta w jednym pomieszczeniu i nagle któraś kaszlnęła. Miało to być bardzo klimatyczne i pełne niedopowiedzeń dzieło, które do samego końca trzyma w napięciu. Niestety to chyba nie ten fik. Mówiąc szczerze, na tych pięciu stronach (choć w zasadzie trzech, ale o tym później), nie czułem żadnego napięcia, a jedyne niedopowiedzenie wynikało z faktu, kto tak naprawdę kaszlnął i tego, co to tak naprawdę się dzieje. Choć co do tego ostatniego, to można się jednak sporo domyślić. Jest to raczej wirus, bardzo śmiertelny i bardzo zjadliwy, choć tylko pod koniec, kiedy występują objawy. Już samo to jest trochę nielogiczne dla mnie, choć musze przyznać, ze nie znam się na biologii i wirusach. Bo jeśli od objawów, które są jednoznaczne z możliwością rozprzestrzeniania wirusa, do śmierci wywołanej wirusem mija bardzo mało czasu, to ewentualna epidemia powinna wygasnąć sama, dość szybko (kiedy populacja będzie na tyle mała, by nosiciel nie zdążył nikogo zarazić. Inna sprawa, że skoro ktoś w tym pomieszczeniu kaszlnął, rozsiewając tego zaraźliwego wirusa, to unieszkodliwienie kaszlącego i tak nic nie da, bo wirus i tak już pewnie jest we wszystkich. Więc i tak powinny zginąć. Wniosek, zabijanie Fluttershy nic nie dało. A skoro już przy tym jesteśmy, to sposób odebrania życia przyjaciółce też jest słaby. Nie zdziwiłbym się gdyby Twilight mogła to zrobić lepiej, szybciej i mniej boleśnie, dzięki swej magii. Z resztą, myślę, że nawet Rainbow brutalną siłą zrobiłaby to lepiej niż tu opisano. Domyślam się, co autor chciał przekazać w tej scenie, ale kompletnie mi się to nie podoba. Zdecydowanie dało się to zrobić lepiej. To samo się tyczy opisów i dialogów. Wiem, że fik miał być krótką formą, która maksymalizuje emocje w minimalnej treści, ale tutaj to nie wyszło. Opisy nie niosą aż tyle emocji ile by mogły. Czasami są za długie, a czasami z kolei za krótkie. Do tego, słabo naświetlają sama sytuację przed kaszlnięciem i to, dlaczego one siedzą w jednym pokoju. Moim zdaniem, autor powinien był raczej sięgnąć po łatwiejszą (moim zdaniem) formę dla tego fika, czyli długie, bogate i kwieciste opisy, budujące klimat i napięcie. Tak samo z dialogami. Można było śmiało zrobić stronę albo dwie rozmów o pierdołach, czy o obecnej sytuacji, co jednocześnie stworzy atmosferę i pokaże nieco świata za drzwiami. Z pewnością taki fik by na tym nie stracił. I jeszcze słowo o samej formie. Zacznę od tej wizualnej. Nie wiem po co, między każdym akapitem są aż dwie linijki odstępu (przy braku interlinii). Wiem, ze część ludzi stosuje jedną linijkę, zamiast funkcji odstępu miedzy akapitami i nie mam z tym problemu. ale 2 linii czynią tekst rozstrzelonym i nieestetycznym (do tego tworzy złudne wrażenie tych 5 stron). Do tego mamy tu angielski zapis dialogowy. U nas stosuje się półpauzy (ostatecznie można myślniki). Co zaś się tyczy samego tłumaczenia, to niestety widać, że to tłumaczenie. Autor przełożył każde zdanie po kolei (dbając o to by brzmiało jak napisane po polsku), lecz pozostawił angielską kolejność narracji i dialogu Mówiąc szczerze, nie przypominam sobie, bym widział u nas konstrukcje, gdzie akapit zaczyna się narracją (wspominającą o mówieniu, szeptaniu, czy coś), a dopiero po tym szła wypowiedź postaci. Moim zdaniem powinno być na odwrót. Podsumowując, mi się ten fik za bardzo nie podobał. Uważam, że autor nie wykorzystał potencjału drzemiącego zarówno w pomyśle, jak i w formie (którą z resztą skomplikował sobie zadanie). Jednak po komentarzach poprzedników widzę, że ten fik ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników, wiec z pewnością nie jest zły. Warto wiec dać mu szansę i na własnej skórze przekonać się, czy to dobre dzieło, czy też nie bardzo.
×
×
  • Utwórz nowe...