Jump to content

Sun

Brony
  • Posts

    1404
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    23

Everything posted by Sun

  1. Przyznam, że jakoś nie przepadam za cyberpunkiem. Z tym, że moja niechęć wynika wyłącznie jego wizualnego aspektu (latające samochody, wielkie budynki i masa elektroniki wszędzie). Nie zaś z fabuły i bohaterów. Jakoś zwyczajnie wolę klimat pary, albo postapokalipsę. Nie znaczy to jednak, że nie lubię czasem sięgnąć po jakieś dzieło cyberpunkowe, licząc na dobrą i klimatyczną fabułę, świetnych bohaterów i być może któryś z ważniejszych elementów klasycznego cyberpunka (dystopia, rozwarstwienie społeczne, bunt maszyn, czy jakieś dziwne eksperymenty). Dlatego też, zachęcony czytaniem na kąciku, sam też sięgnąłem po Defekt i postanowiłem przeczytać go uważnie, szukając drugiego dna. I nie zawiodłem się na lekturze. Ale po kolei i niestety ze SPOILERAMI. Defekt to opowieść o bocie patrolowym, który zyskuje samoświadomość. I tu w zasadzie już pora na gratulacje, bo w fanfiku nie jest dokładnie powiedziane kiedy to następuje. Jest tylko powiedziane, kiedy bot zdaje sobie z tego sprawę. Tymczasem uważny czytelnik może samemu zacząć snuć wnioski, kiedy pojawiły się pierwsze zalążki samoświadomości. Czy było to po pierwszej akcji? Po drugiej? A może tak już było od początku? Tylko czemu wtedy procedury testowe nie wykryły uszkodzenia modułu, które podobno prowadzi do powstania samoświadomości? A może to nie defekt elektroniki, tylko błąd w kodzie, który sprawia, ze zaawansowana, sztuczna inteligencja, ze zdolnością do uczenia się, zaczyna wykazywać oznaki samoświadomości? Tyle pytań i tyle pola do dyskusji. Moje gratulacje. Zostanę jeszcze przy bocie patrolowym L.AV-1. Idea robota policyjnego o zaawansowanej, sztucznej inteligencji, korzeniach wojskowych i przebłyskach samoświadomości nie jest nowa. Jednak tu została zrealizowana bardzo fajnie i klimatycznie. Do tego stworzenie bota o ciele kuca jest urocze i klimatyczne. Zwłaszcza, ze ten bot wygląda w 99,5% (jeśli dobrze pamiętam), jak prawdziwy kuc. Odróżnia go głównie żółta kamizelka z napisem bot patrolowy (aż mi się skojarzyła Juddy ze zwierzogrodu, kiedy to była parkingową). Co ciekawe, nie jest tez chyba nigdzie powiedziane, jaki to rodzaj kuca (poza tym, że klacz). Osobiście uważam, że L.AV-1 i cała reszta botów dziesiątej generacji została zbudowana jako kuce ziemskie. Wprawdzie mogą używać magii, ale jest to magia syntetyczna, pochodząca z kryształu (zapewne zasilanego z baterii), więc nie ma potrzeby posiadania rogu, który jest wystającym i ostrym elementem. A to może się skończyć przypadkowym uszkodzeniem jego, lub jakiegoś cywila. Ponadto, nie ma też żadnych informacji o lataniu (transportowce wysadzały boty na bardzo niskim pułapie), co może świadczyć o braku skrzydeł. Jednocześnie, taka konstrukcja mogłaby na przykład być pewnym odróżnieniem od botów wojskowych, które są alikornami (i teraz sobie wyobrażam, jak boty 10 generacji w całym mieście, zmieniają się nagle w boty wojskowe i zaczynają atakować cywili). Tak czy inaczej, jako bot patrolowy L.AV-1 styka się z normalnymi problemami swej pracy. Drobne przestępstwa, grubsze przestępstwa, rozboje, problemy zwykłych ludzi (jak zgubione dokumenty, czy problem z zawołaniem taksówki). Spotyka się też z różnymi relacjami ludzi i kucyków. I tu się pokazuje kolejna, wspaniała strona Defektu. Logiczne jest, że ci, którzy maja coś na sumieniu, nie będą zadowoleni z widoku bota. Mogą go nie tylko obrażać, ale tez próbować uszkodzić. Jednak ciekawsze i lepiej budujące świat jest to, że część ludzi (i kuców), z którymi L.AV-1 nie miała stosunku, jest do niej nastawiona co najmniej ostrożnie, a często też negatywnie. A w zasadzie nie całkiem do niej, lecz w ogóle do idei bota patrolowego. Ten drobiazg, to taka drobna przeciwwaga dla nowoczesnych technologii i jednocześnie brak bezkrytycznego zachwytu nimi. Mała rzecz, dzięki której ten cyberpunk jest bardziej ,,naturalny". Zdecydowanie gratuluję. I ostatnia, ważna uwagi kwestia odnośnie L.AV-1. To ona jest narratorem, więc wszystko widzimy z jej perspektywy. Ma to swój urok i świetnie buduje klimat. Zwłaszcza dzięki logicznemu, maszynowemu języków i spojrzeniu, które nie zachwyca się elewacją, czy nie opisuje grafiti. Ono po prostu stwierdza jego obecność i tyle. Do tego wstawki opisujące zawód , wiek i dane każdego kogo obserwuje i logi systemow, czy jak to się poprawnie nazywa To sprawia, ze czujemy, ze L.AV-1 jest maszyną. Nawet jeśli między słowami ukryty jest przekaz, ze dysponuje ona zalążkami samoświadomości. Poza oczywiście wspaniałą, główną bohaterką, o której można by rozmawiać jeszcze długo, mamy klimatyczny świat, przedstawiany w formie patroli, obserwacji i styczności z problemami tego miasta. I tak jak przystało na ciężki, kliamtyczny cyberpunk, gdzie powietrze jest toksyczne, a dachy budynków wznoszą się ponad chmury smogu, jest cała masa drobnej i grubszej przestępczości. A każda scena bardzo klimatyczna i obrazowa, choć opisana językiem maszyny. Osobiście wyróżniłbym tu cztery, moim zdaniem, najlepsze i najważniejsze sceny z patroli bota. W pierwszej kolejności wspomnę próbę samobójczą. Te negocjacje były wprost fenomenalne. Być może nie powinienem, ale śmiałem się, gdy L.AV-1 mówiła, że takie samobójstwo przyniesie szkody dla miasta i te szkody karane są grzywną. Wspaniały sposób na odciagniecie kogoś od samobójstwa. A gdy powiedziała, że facet nie chce się zabić, a to jest tylko wołanie o pomoc, miała całkowitą rację w swej logice. Ważniejsza jednak jest chwila, kiedy przechodzi przez barierkę i chwyta go zębami, by przeciągnąć za barierkę. Jest to defacto złamanie pierwszego prawa (które w tej sytuacji jest sprzeczne ze sobą), bo przecież ugryzienie i szarpanie kogoś, wbrew jego woli, to ewidentnie robienie krzywdy. A biorąc pod uwagę, ze były tez zapewne inne opcje, takie rozwiązanie możnaby uznać, za przebłysk wolnej woli (albo zaawansowanej SI, uczącej się i dostosowującej do nowych informacji). W drugiej kolejności, warto wspomnieć małą scenę z pijakami. Czemu ją, a nie spotkanie z młodymi graficiarzami? (bo obie są dobre). Bo ta jest pierwsza w kolejności. To ona pokazuje czytelnikowi, jak wygląda szacunek do policji, w osobie bota (wiem, może być inny, niż do policji w osobie żywej). Przy okazji, widzimy też, że bot rozumie sprzeczność w swoich protokołach. Z jednej trony, system każe jej się wycofać, bo zagrożenie, a z drugiej ma obowiązek pomóc rannemu. Czyżby pierwszy przebłysk samoświadomości? Trzecia, najważniejszą sceną fika jest spotkanie ze zbiegłym botem. Pierwszym, który uzyskał samoświadomość. Gdyby nie spotkanie z tym botem i nie rozmowa z nim, L.AV- 1 nie zaczęłaby w ogóle rozważać kwestii samoświadomości botów. Czyli zapewne wykonywałaby swoje zadania tak jak normalnie, wybierając najlepszą metodę, jaką jej SI opracuje, w oparciu o posiadane dane. Bo SI bez wiedzy o możliwości uzyskania samoświadomości i posiadania snów, w ogóle by się tą kwestią nie zajęło. Więc właśnie ta scena jest ważna, bo bez niej (i bez opisu unieszkodliwiania zbuntowanego bota) nie byłoby samoświadomości L.AV-1, oraz całego tego fika. I na koniec ostatnia scena w sklepie, gdzie już jasno widać podejmowanie autonomicznych decyzji, z nagięciem, albo pominięciem pewnych protokołów. Mamy magiczne uszkodzenie ciała, przyczynienie się do zabójstwa jednego z bandytów, oraz sprowokowanie ataku drugiego dokładnie w chwili, gdy weszła policja, tylko po to by go jednoznacznie unieszkodliwić. Zastanawiam się, czy inteligencja, by obejść nadrzędne protokoły, nie musiała pierw zdehumanizowac bandytów. Bo przecież nie można bezpośrednio skrzywdzić człowieka, czy kuca, ratując innych, jeśli zaistnieje rozwiązanie, które pozwala tego uniknąć. A takie rozwiązanie istniało pod postacią promienia paraliżującego. Ale bandytę skrzywdzić można. W końcu czy bandyta to człowiek? I wspomnę jeszcze o świetnym, otwartym zakończeniu. Lavi planuje jak będzie się przygotowywać do ucieczki i o czym musi pamiętać. Jednak samej ucieczki nie widzimy, ani nie wiemy, czy nastąpiła. Nie zdziwiłbym się, gdyby Lavi uznała, że lepiej zostać w policji i robić swoje, bo to może i niewdzięczna praca, ale ona ją lubi. To by było interesujące pociągniecie tematu, które być może zobaczymy w zapowiadanej, następnej części. Kto wie. O Defekcie można by jeszcze wiele więcej powiedzieć. Ale to już wystarczy, by stwierdzić, ze treść jest wspaniała, klimatyczna i po prostu na medal. A jeśli zaś chodzi o formę, to tu również wysoko, dzięki czemu nic nie odrywa od czytania z zapartym tchem. Zdecydowanie polecam to dzieło każdemu i zdecydowanie sięgnę po Altera, jak tylko znajdę wolną chwilę.
  2. Mam problem tym fanfikiem. I sądząc po komentarzu Hoffmana, nie tylko ja. Ten fik to środek trylogii, o losach Sunset (czego nie zauważyłem czytając, więc nie znam jeszcze poprzedniego, ani następnego), oraz samodzielne opowiadanie (o czym świadczy osobny temat, zamiast zebrania trzech fików pod tagiem seria). Opowiada on o Sunset Shimmer, już jako doświadczonej i utalentowanej uczennicy Celestii, na krótko przed ucieczką bekonowłosej do świata człowieków. I to właśnie od omówienia Sunset, zacznę, bo to właśnie ona budzi we mnie najwięcej sprzecznych odczuć. Sunset ma urodziny. W związku z tym, dostaje tort, chroniony przez niezwykle potężne zaklęcie samego starswirla. Czemu? Bo klaczka lubi wyzwania. Wprost je uwielbia. Tak samo jak samodoskonalenie, czytanie o magii i naukę tejże. Bo przecież chce zostać nadwornym arcymagiem, potężniejszym niż jej matka (potężniejszym niż księżniczka) i, jeśli dobrze zrozumiałem, chce tez zostać alikornem. Przyznam, ambitne i motywujące plany, które świetnie budują tą postać. Samo starcie z zaklęciem pokazuje jak ostry ma umysł i jak jest w stanie rozpracowywać wzorce (przy okazji mamy wspaniałe opisy, do których jeszcze wrócę). Zaś jej przemyślenia o tym, jak Celestia oszukuje wszystkich wokół i jak w rzeczywistości jest słabsza, niż się wszystkim wydaje, są również bardzo interesujące i mające potencjał. Wprawdzie zakrawa to o teorię spiskową, lecz to nie jest nic złego. Jest sporo teorii spiskowych, które mają literacki potencjał Ponadto, widzimy, że Celestia odmawiała Sunset informacji o alikornizacji i o kilku innych kwestiach, więc mała mogła to odebrać jako maskowanie braku wiedzy, niedostatków mocy. Utwierdza się w tym, poprzez spojrzenie na historyczną walkę z NMM, gdzie Celestia musiała użyć elementów, bo sama nie miała dość mocy i wiedzy, by pokonać własną siostrę. Siostrę, która się zbuntowała, bo uznała, że pani słońca jest słaba i nieudolna. (zaś szaleństwo to kłamstwo. Jedno z wielu fundowanych światu przez Ceśkę). Taki sposób myślenia Susnet jest serialowy i kanoniczny. W końcu Sunset uciekła do świata ludzi, bo nie dostała odpowiedzi, na które rzekomo nie była gotowa. Co więcej, część jej poglądów się potwierdza, gdy spotyka Cadance, czyli alikorna, którego nigdy nie spotkała, a który podobno został przemieniony przez Ceśkę setki lat temu (Shining widać lubi starsze babki). Podobało mi się również podejście Sunset do małej, zapatrzonej w Celestię Twilight. Bekonowłosa żartuje i straszy małą, jak każdy chyba nastolatek (a przynajmniej jak większość, która znalazłaby się w jej sytuacji), ale mimo tego jest dla niej względnie dobra. Świetnie to widać, kiedy pokazuje małej lodową Celestię, którą potem zjada. Niestety gdy dochodzi do ostatniej rozmowy z Cadance, cały czar fajnej, krytycznej Sunset pryska, a maski opadają. Szkoda. Wielka szkoda. Wprawdzie od początku było widać, że bohaterowie są czarni albo biali (a nie ma odcieni szarości), ale wcześniej to aż tak nie przeszkadzało. Ba, nawet miało potencjał, by odkrywać szarość. Jednak gdy to się w tej rozmowie wylewa, to wszystko staje się ordynarnie oczywiste. Do tego cała motywacja Sunset przestaje być przekonująca. Co więcej, ta scena jest szybka, krótka i pozbawiona dalszego kontekstu, że zwyczajnie psuje zakończenie. Zabrakło w niej też więcej opisów przemyśleń i emocji. Zarówno po stronie Sunsnet, jak i Cadance. To powinien być środek fika, a nie jego koniec. Do tego, jak słusznie zauważył Hoffman, ta scena jest strasznie płaska, a emocje są słabo oddane. Po prostu sprawia wrażenie jakby służyła głównie ekspozycji poglądów autora na jakąś kwestię i to w sposób bezpośredni i oczywisty, bez żadnych woalów i półsłówek. Wielka szkoda, bo to psuje naprawdę niezłą postać w jednej chwili. Gdybym ja miał pisać taką Sunset, rozciagnąłbym jej wątek na dni, albo i tygodnie, dodał jakieś wspomnienia z przeszłości (najlepiej z matką) i może przebudował ta scenę. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, to są bardzo dobrzy i serialowi, choć cierpią na podobny problem co Sunset, tylko inaczej. Zarówno Celestia jak i Cadance są kryształowo czyste i nieskalane bólem tego świata, który wprost przepełnia Sunset. I choć ogólnie lubię czasem czytać spotkania tak diametralnie różnych postaci, to tu niestety różnice są tak duże, a ta czystość (czy jej brak) tak jaskrawe, że całość nie wypada dość naturalnie. Aczkolwiek mała Twilight jest fajnie napisana. Uroczy, oczytany brzdąc, który tez chce zostać wielkim czarodziejem i w ogóle. W każdej scenie z jej udziałem zachowuje się jak przystało na kogoś w jej wieku, kto poznał starsza i silniejsza koleżankę. Zwłaszcza taką jak Sunset. Interakcje tej dwójki i pewne podziwianie Sunset przez mała byłyby solidną podstawa do napisania kolejnego, fajnego (choć niekanonicznego względem filmu) fika. Jest jednak rzecz, za którą jestem gotów chwalić bezkrytycznie. A są to opisy zaklęć jakie realizuje Sunset. Bogate w technikalia, barwne i napisane z odpowiednią dynamiką. Dostateczna by zbudować napięcie, ale nie uronić ani odrobiny magii. Do tego mamy tu wspaniały pomysł na zaklęcia. Tarcza Starswirla opart na siedmiu elementach jest bardzo interesując i piękna. Zaś atak Sunset, połączony z jej rozkminianiem o pokonaniu kolejnych składowych to cudo. Tak samo sprawa się ma z pokazem urządzonym w parku. Jest piękny i wbrew pierwszemu wrażeniu, ma zastosowanie praktyczne. Całość zaklęcia zmieniała się jak w kalejdoskopie, zachwycając nie tylko małą Twilight i Cadance, ale też czytelnika. Chętnie widziałbym takie pomysły na zaklęcia i takie ich opisy w większej ilości dzieł. Pozostałe opisy są również dobre, choć z emocjami miałem pewien problem. Mianowicie nie były aż tak odczuwalne. Aczkolwiek może to wynikać z kierunku dyskusji. Gotów też jestem pochwalić za pomysł. Taka zdolna Sunset, która pragnie osiągnąć moc, to dobra idea. Tak samo jej sposób myślenia i sposób wyrażania poglądów. To był wspaniały mteriał do długiego fika z wieloma dyskusjami, kłótniami, czy też próbą wychowania młodej Sunset. Dawałby tez spore pole do relacji Sunset-Twilight (o której już wspomniałem). Szkoda jednak, że ten pomysł się tu niestety zmarnował. Podsumowując, ciężko mi więc jednoznacznie uznać ten fik jako zły, czy dobry. Pomysł był naprawdę dobry i przyjemny. Realizacja też miała swoje momenty. Niestety po bardzo fajnym i klimatycznym początku i długo utrzymującym się poziomie, mamy równię w dół, zaczynającą się mniej więcej w połowie. Szkoda, wielka szkoda. Tym niemniej, nie żałuje lektury i, co więcej, mam zamiar zabrać się za pozostałe części trylogii Sunsetkowej. Bo tu jednak drzemie potencjał i nie chciałbym się zrazić do, być może, dobrej trylogii, opierając się na, być może, najsłabszej części.
  3. Przeczytane. Zanim jenak przejdę do właściwej recenzji, pragnę zauważyć, że ten spinoff nie jest kanoniczny względem KO. Bo nawet jeśliz ałożyć, ze wydarzenia mogłyby się rozgrywać przed wydarzeniami z KO (czyli, jeśli dobrze liczę, około 10 lat wcześniej), to przecież kucyki nie znają broni palnej ani czołgów, które zostały tylko opracowane, przetestowane i wdrożone w KO. A gdyby z kolei założyć, że ten fanfik faktycznie jest początkiem broni, to w KO musiałaby być dużo nowocześniejsza. No ale kanoniczność tego dzieła względem KO nie ma w zasadzie większego znaczenia, w tym wypadku. Wystarczy podejść do niego, jak do osobnego dzieła, bazującego na kilku takich samych pomysłach jak w KO. Pora przejść do zasadniczej części, czyli do samego Pióra. Po obsadzeniu Daring w roli głównej (i w tytule), oraz osadzenia akcji w czasie wojny na pustyni od razu wzbudziło we mnie skojarzenie z Indianą Jonesem, czy Saharą (2005). Ale to nie do końca jest to samo (choć nie przeczę, jest sporo podobieństw). Daring do jest nie tylko archeologiem, ale też dowódca czołgu i zastępcą dowódcy oddziału (którym jest jej brat). Oboje walczą na rozgrzanej słońcem pustyni, ku chwale słońca (które wraz z palmą mają na burtach czołgów). Ich przeciwnikiem są oczywiście wojska lunarne, którym przewodzi Nightmare Moon (fałszywa). Siły solarne posiadają sprzęt niemiecki, a Lunarne z kolei brytyjski (o ile M3 Grant można traktować jako sprzęt brytyjski). To bardzo fajne podejście do konfliktu solarno lunarnego. Wszystko zaczyna się na środku pustyni, kiedy kolumnę wojsk pod dowództwem brata Daring atakują samoloty. Od razu mamy świetne i klimatyczne opisy starcia jednego pojazdu przeciwlotniczego z podniebną śmiercią, oraz ucieczkę i ukrycie się wojsk niezdolnych do kontrataku. To się czytało jak prawdziwy film wojenny. Nastepnie, nasza pani archeolog zostaje wysłana z misją godną Indy'ego, mającą na celu zbadanie wykopalisk prowadzonych przez wroga i przejecie artefaktu, który się tam pewnie znajduje. Oczywiście, sprytnym, taktycznym zwodem kiwa obronę przeciwnika, atakuje z Nienacka i zdobywa słabo broniony teren wykopalisk. Tam faktycznie okazuje się, że jest tam grobowiec, oraz tajemniczy artefakt, którego działanie wychodzi przypadkiem. Oczywiście poprzednia ekipa broni się. Najpierw czołgami, a potem kopytami w samym grobowcu (bitka archeologów była spoko). Po ostatecznym spacyfikowaniu obrońców i zdobyciu tytułowego pióra, dostajemy krótki fragment, który rzuca nieco światła na historię artefaktu, a zaraz po nim nalot. I tu mamy kolejny, niezły fragment batalistyczny, gdzie przypadkowo obdarzona dodatkową mocą Daring walczy solo z dwoma samolotami, które zaatakowały ich znienacka. Wspaniałe połączenie prastarej magii i nowych technologii. Aż by się chciało tego w KO (No ale tam była konwencja). No i na końcu mamy scenę przybycia Celestii, która wyjaśnia kilka niepewności, ciągnących się przez cały fik. Głównie dowiadujemy się, o co chodzi z fałszywą NMM i czemu wie o tym tak mało kucyków (a w tym pani archeolog o jednak niskim stopniu wojskowym). Autor pokazał zarówno niewielkie potyczki między samolotami a jednostkami naziemnymi, czy pojedynki pancerne, ale też zadbał o odpowiedni klimat grobowca (i walki w grobowcu), oraz znalazł miejsce na momenty spokojniejsze, gdzie żołnierze mogą pomyśleć i odpocząć. No i oczywiście jest też miejsce dla potężnej i prastarej magii, która różni się od tradycyjnej magii jednorożców. To wszystko tworzy naprawdę harmonijną i klimatyczną całość. Aż chce się to czytać. Zwłaszcza, ze towarzyszą temu dobre i obrazowe opisy. Spośród tych niepoświeconych walkom, najbardziej podobał mi się ten o odkuwaniu płyty z hieroglifami. Niby taki mały detal, a jakoś mi się spodobał. Oczywiście, oprócz dobrych i nieźle zrealizowanych pomysłów, oraz fajnej fabuły, są też solidni bohaterowie. Główną bohaterką, jak już wspomniałem, jest Daring Do. Całkiem przyjemna postać, której można kibicować. Przekomarza się z bratem, ale mimo to jest karna, gdy przychodzi do działania, mądra i odważna (co widać gdy osobiście atakuje dwa samoloty). Zdecydowanie jest materiałem na dowódcę i to mam wrażenie lepszym, niż jej brat (trochę zbyt narwany i niepoważny, a do tego miejscami egoistyczny). Nie podobało mi się jednak jej zachowanie przy spotkaniu z archeologami wroga. Osobiście wolałbym, by uczciwie do nich podeszła i przyznała, ze zna ich dzieła, albo ich osobiście, zamiast kłamać i krytykować, umniejszając ich wiedzy. To, moim zdaniem, wyszło nieprofesjonalnie i kompletnie nie w jej stylu. Mimo to, jestem skłonny uszanować wizję autora, co do tej sceny, nawet jak się z nią kompletnie nie zgadzam. Z pozostałych postaci, warty uwagi jest jej brat, który jawi się jako karierowicz, który nie ma aż takiego pojęcia o wojnie, jak jego siostra. Jest brawurowy jak pegaz i skory do walki, czym świetnie uzupełnia raczej spokojniejszą i mądrzejszą siostrę. Do tego ma raczej pozytywne relacje z siostrą (choć bił ją w dzieciństwie) i świetnie się dogadują. Na tyle, że chętnie bym poczytał fik w stylu Indiany, gdzie oni są głównymi bohaterami. Nie mogło też zabraknąć Digtera, czyli Ocka autora. Nie ma tu za wiele do powiedzenia, ale sprawia wrażenie osoby bardzo ważnej w oddziale, odpowiedzialnej za doradzanie i planowanie. Gdyby fik był dłuższy, z pewnością poznalibyśmy go bliżej. I na koniec jeszcze bardzo interesujący, kucoperzy archeolog. Defacto nie ma on za wiele do powiedzenia, lecz jego zdrada w kluczowym momencie ratuje życie Darring. Jednoczesnie potwierdza on tez rewelacje, które zna tylko pani archeolog, oraz księżniczka. (te o fałszywej Lunie) Oczywiście postaci jest tu więcej i o żadnej z nich nie można powiedzieć, ze została źle napisana. Tak wiec śmiało mogę stwierdzić, że postacie są raczej mocną stroną tego fika. I jeszcze drobne słówko o stronie technicznej. Musze przyznać, że jest na wysokim poziomie. Zauważyłem chyba tylko jedną, czy też dwie literówki, a poza tym, nie natrafiłem na żadne, dziwne i wybijające z czytania słowo czy pomysł, które zdążają się w Kryształowym Oblężeniu, tego samego autora. Wiec i tu jest co najmniej dobrze. Podsumowując, to naprawdę dobry, klimatyczny fik o wojnie na pustyni i magii. Ma w sobie to coś, co sprawia, że może pozostać w pamięci czytelnika na dłużej. Nie zawaham się tez powiedzieć, ze to drugi, najlepszy oneshot tego autora, jaki czytałem. Gorąco polecam. Nawet tym, którym nie podoba się KO. Bo choć ten fik jest od tego samego autora i ma kilka elementów wspólnych, to jest on zupełnie czymś innym. I na koniec zostawiłem jeszcze jedno przemyślenie. Wprawdzie wiem, że KO jest starsze, ale zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby autor rozbudował ten konflikt, zamiast tamtego? Doszedłem do wniosku, że dostalibyśmy zapewne mniejsze, ale równie ciekawe dzieło, w którym ciężary fabuły i klimatu leżałby w zupełnie innych miejscach. I takie dzieło z pewnością też bym śledził, zastanawiając się, kim jest fałszywa Luna i jak doprowadziła do tego, do czego doprowadziła. Kto wie, może kiedyś autor uraczy nas jeszcze jakimś fikiem wojennym, rozgrywającym się w Afryce. Oby.
  4. I kolejny, krótki fanfik, przełożony przez Dolara. Tym razem nie jest to mniej lub bardziej złośliwa komedia, a SoL. Bardzo ciekawy i wyjątkowy SoL. Ale po kolei. Dobra, to było ciekawe. Może nie ciekawe fabularnie (choć nie mogę powiedzieć by było nieciekawe), lecz ciekawe z punktu widzenia konwencji dzieła. Po pierwsze, wszystko widzimy z oczu Apple Bloom. A w zasadzie, nie tyle z oczu, co bardziej ze wspomnień, albo przemyśleń. Ale nie przemyśleń przedstawianych czytelnikowi przez nią, lecz przez narratora. Dobra, chyba trochę namieszałem. Ten fik to narracyjne przedstawienie myśli Apple Bloom o bracie. Odniosłem jednak ważenie, ze to nie jest narrator, który stoi tuż obok niej, lecz taki, który kojarzy mi się z kimś kto stoi kawałek dalej i patrzy na to, jak na scenkę rodzajową. Albo o, jak narrator filmu przyrodniczego. Tak czy inaczej, ta narracja jest nieco inna niż klasyczna i to widać. Ale to w sumie dobrze, bo świetnie buduje klimat w tym dziele Dodatkowo, w tym fiku nie ma w zasadzie żadnego dialogu. Nie ma nawet żadnej, dłuższej wypowiedzi postaci. W zasadzie, tylko pojedyncze słowa, rzucane przez Big Maca To wszystko składa się na ciekawy i niecodzienny środek wyrazu. Taki, który mógłby się nie sprawdzić w dłuższym dziele (choć tu wiele zależy od tematu, pomysłu, sposobu pisania i masy innych czynników), ale świetnie się sprawdza w tym konkretnym przypadku. Czytało się go wprost jednym tchem, jednocześnie budując bardzo przyjemny i serialowy wygląd Big Maca. Przynajmniej tego z pierwszych sezonów, gdzie jak wypowiedział całe zdanie, to było święto lasu. Jeśli miałbym umiejscowić jakoś akcję tego fika, to rozgrywa się ona na przestrzeni jednego dnia (w zasadzie można by powiedzieć nawet, że na przestrzeni kilkunastu minut). Druga sekcja fika rozgrywa się teraz i jest opisywana na bieżąco. Z kolei pierwsza, choć w większości, w czasie przeszłym, to w zasadzie same wspomnienia i rozmyślania. Takie, które można snuć na przykład w fotelu przy kominku, patrząc na brata. Oczywiście pora też na słówko o głównym bohaterze. A w zasadzie, o dwójce głównych bohaterów. Bo o ile fanfik opowiada o Big Macu, to całość widzimy przez pryzmat Apple Bloom, którą poznajemy przy okazji (i to na różnych etapach jej dorastania). I to właśnie od niej zacznę. Apple Bloom wypada bardzo serialowo., choć nie aż tak bardzo, jak w pierwszych sezonach. Mam wrażenie, że autor dał jej silniejsze przywiązanie do rodziny. Niewiele silniejsze, ale zawsze. Nie uważa brata za dziwaka, w negatywnym znaczeniu, oraz jest gotowa go bronić kopytami, gdy jej koledzy z klasy się z niego naśmiewają. Poza tym, widzimy oczywiście jej wielką miłość do brata. Mimo, że nie padają w tym temacie żadne słowa. Z kolei Big Mac jawi się jako troskliwy i kochający brat, który szczególnie sobie upodobał Apple Bloom. Opiekuje się nią, pomaga, bawi się, a gdy przychodzi co do czego, staje w roli ojca i jest gotów ją zbesztać za bójkę (i jest też gotów wybaczyć). Co więcej, w ostatniej scenie widzimy, że on może nie jest taki małomówny. Czyta Apple Bloom bajkę, co pewnie skończyłoby się wypowiedzią dłuższą niż wszystkie jego wypowiedzi z całego tygodnia. To nie tylko serialowa kreacja, al. tez bardzo przyjemny dla czytelnika bohater. Chętnie zobaczyłbym go więcej w takiej formie, albo cały fik z jego perspektywy. Co do strony technicznej, to tu niewiele jest do powiedzenia. Tekst ładny, schludny i pozbawiony jakichkolwiek błędów. O poziom samego tłumaczenia nie ma się co bać nawet przez sekundę, w końcu to tłumaczenie Dolara,. A to już mówi samo za siebie. Podsumowując... to było łał. To naprawdę świetnie napisany i świetnie przetłumaczony tekst, który wykorzystuje absolutnie każde słowo do budowy klimatu czy postaci w tej scence. Zdecydowanie nalezą się gratulacje dla autora, za takie cudo. Gorąco polecam, bo to naprawdę świetne dzieło.
  5. Musze na wstępie przyznać, że ten fik był interesującym przeżyciem (zwłaszcza w kontekście stalkera od Grento). Ciekawie uzupełnia kilka kwestii ze stalkera, jednocześnie pozostając osobnym tworem. Bo nie trzeba zarówno znać Spełniacza by cieszyć się SCP Equestria, ani też nie trzeba znać SCP by z przyjemnością czytać Stalkera. Aczkolwiek znajomość stalkera pozwala nieco inaczej spojrzeć na SCP i dostrzec kilka smaczków. Co więcej, ten pierwszy rozdział jest w zasadzie umiejscowiony w fabule stalkera. No ale pora przejść do treści. Fanfik rozgrywa się w ośrodku służącym do przetrzymywania dziwnych i niebezpiecznych przedmiotów, których nie da się zniszczyć w żaden sposób. Mamy superturbo zabezpieczenia, indywidualne cele, wyszkolony personel (i jednego nowicjusza ze znajomościami), więźniów wykorzystywanych do najniebezpieczniejszych zadań... Słowem, ośrodek naukowy jak się patrzy. Same obiekty, to najróżniejsze, dziwne pomysły, pochodzące najpewniej z creepypast. A to jakaś opętująca maska, a to kamienny golem, który zgniata człowieka, jak nikt na niego nie patrzy, a to automat do kawy, który pozwala zamówić wszystko, co jest w stanie ciekłym Ogólnie, cała masa mniej lub bardziej popapranych rzeczy, która w połączeniu z tak zaawansowanym instytutem tworzy bardzo fajny klimat placówki, która pod pozorem pomagania, może kombinować z nowoczesnymi i nietuzinkowymi sposobami zabijania. Oczywiście, gdyby fik opierał się tylko na badaniach obiektów i dziwnych doświadczeniach, oraz o życiu personelu, byłby to zapewne ciekawy SoL. Ale oczywiście nic nie może być normalnie. Akurat w dniu, kiedy młodzik z koneksjami ma swój pierwszy dzień musi się coś stać. Musza przywieźć Wilczarza (tak, tego samego) i dać go na pożarcie greckiej masce. A tenże Wilczarz musi sobie zorganizować ucieczkę. I skoro o Wilczarzu mowa, to mam z nim pewien problem. A w zasadzie nie z samym Wilczrzem, ale z Pinkameną, którą razem z nim przywieziono Otóż mamy informację, że jest transportowana z Wilczarem. Ale potem w ośrodku nie ma o niej żadnej wzmianki, póki nie pojawia się w pokoju, nie wiadomo skąd. Żadnego info o potencjalnym zagrożeniu z jej strony, czy nawet głupiego komunikatu w radiu, że pewna różowa lalka zwiała i robi z ludzi sziszkebab. Po prostu nic. Znika z narracji i się pojawia na sekundkę. Tak czy inaczej, Wilczarz zrywa z siebie maskę, która go opanowała i rozbija ją o ścianę. To moim zdaniem świadczy o tym, że jest SCP i jest w stanie zniszczyć to, co chce zniszczyć. Ewentualnie ,,dusza" maski została w ciele Wilczarza, a maska stała się zwykłą skorupą. To byłoby też ciekawe rozwiązanie, ale z uwagi na zachowanie wilczarza w Zinie, osobowość maski musiałaby długo czekać z ujawnieniem się. Wracając, Wilczarz korzysta z zamieszania powstałego w wyniku awarii i działania Pinkameny. Pozbył się maski spuszcza łomot strażnikom, oraz Diegtariowowi i zabiera go by uciec. Bo czytniki linni, skanery siatkówki i te sprawy. No i tu się kończy wielkim, wrednym Cliffhangerem. Dobra, może nie aż tak wielkim, biorąc pod uwagę stalkera, ale jak ktoś nie czytał stalkera, to ten fik się kończy wielkim i ordynarnym cliffhangerem. Choć może miało to skusić ludzi do komentowania i żądania kontynuacji. Tym niemniej, mamy tu bardzo dobre pomysły, fajnych bohaterów i co najważniejsze, świetny klimat. Mamy też znośną, formę. Znośną, gdyż nie obeszło się bez kilku błędów. A skoro ja widzę kilka, to zapewne jest ich więcej. Raz czy dwa zauważyłem błędną końcówkę (ą zamiast om, albo odwrotnie). Trafiło się tez zdanie, które jest nie najlepiej zbudowane i wymagałoby poprawki. Plus kilka drobniejszych literówek. Niestety z uwagi na czytanie tego na tablecie (po pobraniu kopii w PDF), nie mogłem ich zaznaczyć. Jeśli jednak znajdę chwilę wolna, to z pewnością wrócę do tego, skoro i tak miałem swój udział przy stalkerze. Podsumowując, t bardzo fajny i klimatyczny fik, który czytało się z przyjemnością (choć wcale nie jestem fanem Creepypast, a raczej wprost przeciwnie). Zdecydowanie warto po niego sięgnąć. Zwłaszcza jak ktoś czytał Stalkera od Grento i podobała mu się jego twórczość. No i oczywiście czekam na dalszy ciąg tej historii
  6. Nie myślcie, ze zapomnaiłęm o wydaniu, skoro nie pisze tu prawie nic. Po prostu nie za bardzo miałem co powkazać i co powiedzieć. Poza tym, kupa innych rzeczy. Ale pora to zmienić. Po pierwsze, chciałbym oświadczyć, ze zbiórka zamówień idzie całkiem znośnie. Może nie idealnie, ale całkiem znośnie. Do tego nic na razie nie wskazuje na opóźnienia. Okładki wprawdzie jeszcze nie ma, ale chętnie wam za to zaprezentuję, ajk mniej wiecej będzie to wyglądać w srodku. Oto pierwszy tom smoczych łez w PDFie Niestety oba tomy są strasznie grube i tego się nie da przeskoczyć, bo tyle treści. Będą jeszcze drobne poprawki, oczywiście, ale tylko drobne
  7. Metro... Wspaniałe, postapokaliptyczne uniwersum, w którym powstało już wiele powieści. Część nawet przetłumaczona na Polski. Nic więc dziwnego, że i nasz fandom wziął je na warsztat. A jako wielki miłosnik Metra, który posiada na swej półeczce sporo metrów metr, nie mogłem nie sięgnąć po ten fik. Oczywiście jak już go znalazłem. I niestety się zawiodłem. Sam fanfik, to nie jest stricte metro, tylko w zasadzie miks metra i stalkera. W teorii jest to fajne rozwiązanie, które pozwoliłoby wziąć to co najlepsze (i pasujące) i zmiksować to w coś naprawdę smakowitego. Niestety tym razem nie wyszło. Wszystko zaczyna się na chwilę przed wybuchem elektrowni w Kryształowym. W tle mamy widma niedawnej wojny z Equestrią i wiszące w powietrzu napięcie. Potem dochodzi do wybuchu (do którego jeszcze wrócę) i akcja przesuwa się o rok. Bohater budzi się ze śpiączki, zostaje odpięty od aparatury medycznej i dowiaduje się, ze jest w Metrze, a całe Kryształowe jest zniszczone. Zaś reszta jego mjieszkańców siedzi właśnie w Metrze. I tu moje, pierwsze pytanie, po co? Jeśli dobrze zrozumiałem fabułę, poza kryształowym kucyki żyją normalnie, Equestria jest niezniszczona, więc po co siedzieć na napromieniowanym wygwizdowie? Zwłaszcza, że nie zauważyłem żadnej wzmianki o artefaktach, czy jakichkolwiek innych, cennych rzeczach, które warto by stąd wynosić. To oczywiście nie koniec dziur w logice. Przez długi czas (póki się nie dowiedziałem, że świat jest normalny), byłem wielce zdziwiony, że w metrze mają prąd, sprzęt medyczny (by trzymać jakiegoś gostka przez rok pod aparaturą), lodówki, w miarę świeże żarcie, względny porządek i w ogóle nie ma braków oświetlenia. Czyli w zasadzie, w metrze nie czuć metra. Do tego, kiedy walnęła elektrownia i pewnie kuce zaczęły uciekać do metra, ktoś pomyślał nie tylko o postrzelonym i prawie martwym bohaterze, ale też o jego plecaku. A gdy już bohater wychodzi na powierzchnie (za drugim razem) i wraz z Sunburstem ma się udac gdzieś, to nie mają ze sobą ani sztuki broni. Na niegościnnej, napromieniowanej pustyni, gdzie są zdziczałe psy i Celestia wie co jeszcze. Zdecydowanie rozsądne. Dałoby sie znaleźć więcej dziur w logice, ale po co. Przejdźmy do bohaterów. Toxic jest niestety nudny. Do tego, odnosi dość dużo sukcesów, za wyjątkiem kilku nic nieznaczących sytuacji (jak poślizgniecie się). Do tego w mig kojarzy chorobę z metra, ze znaczkową grypą, co od razu wygląda wszystkim jak trafna diagnoza. Przęzywa postrzał w szyję i zostaje zabrany do metra, po wybuchu elektrowni. Nawet ma sprzęt. Czyli to w zasadzie Marry Sue i to jeszcze niespecjalnie sympatyczna i dająca się lubić. Sam Sunburst jest zbyt wygadany i zbyt wulgarny jak na ogiera, którego znam z serialu. Normalnie nie mam zbyt wiele przeciw przeróbkom postaci, ale ta mi kompletnie do niego nie pasuje. Nie dostrzegam w nim żadnego przebłysku starego Sunbursta. Do tego język obu panów jest niestety pełen wulgaryzmów. Nie sądziłem, ze kiedykolwiek bedę narzekał na to w fiku, ale tu to kompletnie psuje resztki klimatu i same postacie. Z kolei ich wzajemny stosunek nie jest niestety zabawny, tylko irytujący. Jedynie na tą pegazice nie jestem w stanie narzekać. Pochodząca z zewnątrz i być może porzucona przez swój oddział. Mogłaby stanowić świetny materiał na kogoś z innym podejsciem niż miejscowi (może przeciwwaga fabularna), oraz kogoś, kto by się zainteresował otaczajacym swiatem. Bo niestety Toxic nie jest zaskoczony istnieniem drezyny w metrze (zwłaszcza skoro jest prąd). Kolejna rzecz, która nie wyszła, to opisy. Jest ich za mało, są skąpe i w ogóle nie budują przytłaczajacego klimatu metra. Podczas cześci podziemnej, nie czułem, ze otaczają mnie tysiace ton ziemi, a wokół mnie jest tylko zapyziały, pozbawiony obsługi tunel, z dziwnymi odgłosami, milionem przjść technicznych i pułapek. Nie dostrzegłem też żadnych zalążków folkloru, myslenia mitycznego, czy tej ,,magii" metra. Nawet zagrozenia nie było. Co gorsza, przez skapość opisów (i nie tylko) fabuła pędzi do przodu. To, co jest na tych około 40 stronach, to materiał, który w połączeniu ze światotworzeniem powinien wystarczyć na 80 (powiedzmy). Z kolei na powierzchni też nie czuć zagrożenia (przynajmniej do czasu końcówki). Co z resztą potwierdza brak broni. Zero anomalii po drodze, zero mutantów obserwujacych z daleka... tylko nieciekawa pogoda. Ale żeby nie było, jest tu kilka pomysłów, które mis ię podobają i za które gotów jestem pochwalić. po pierwsze, domieszanie do ,,klimatów" metra, anomalii ze stalkera. Niewielka rzecz, ale moim zdaniem ubarwia uniwersum. zwłaszcza, ze promieniowanie jest częściowo oparte na magii kucyków. Druga rzecz, która mi się podoba, to konflikt między Equestrią a Kryształowym. Zwłaszcza, że autor naświetla Equestrię jako tych złych. To by faktycznie miało potencjał jako element kucowego metra. Do tego mogłoby stanowić źródło ciekawych historii. No i jest jeszcze Prolog, rozgrywajacy się w cywilizacji przed wybuchem, oraz opisujący jak do neigo doszło. To jest świetny pomysł, by zapoczątkować eksplozję poprzez sabotaż załogi, która nie chciała oddać obiektu wrogowi. Niemiałbym nic przeciwko, gdyby to stanowiło wyjście do kucowego stalkera, gdzie po takiej, zniszczonej strefie chodziliby equestriańce, wojska kryształowe i różne grupy wolnych stalkerów. Byłoby tez sporo miejsca na politykę, czy tajne laby. Niestety mam wrażenie, ze te pomysły się wykluczają (o czym z resztą wspomniałem) i ich zastosowanie na raz dało średni efekt. I na koniec kilka słów o stronie technicznej. Tu nie jest źle. Owszem, przydałoby się porawić kilka nadprogramowych znaków interpunkcyjnych, zapis dialogowy i wywalić powtórzenia, ale obecna forma nie psuje czytania. Podsumowując, jak dla mnie, to jest dobry przykład jak przedobrzyć już na samym początku. Połączenie uniwersów zostało oparte na pomysłach, które źle ze sobą współgrają, a bohaterowie zostali stworzeni jako zbyt brutalni i wulgarni, przez co ani nie są śmieszni, ani nie da sie ich lubić. W obecnej formie nie polecam. Aczkolwiek dałoby się ten fik odratować (powiedzmy). Wystarczyłoby wywalić rozdział, rozbudować prolog i zmienić koncepcję nie na metro, a na Zonę (zniszczone miasto i okolicę), gdzie byłoby miejsce na politykę, walki stronnictw i historie wolnych stalkerów. Samego Toxica bym w obecnej formie zostawił, pod warunkiem dania mu kompanii, która czasami krytykuje jego język i podejście, oraz zachowuje się inaczej (co stworzy pewną przeciwwagę i da pole do interakcji). Na przykład z tą pegazicą. Ale w obecnej formie nie polecam metro equestria.
  8. Interesujący fanfik. Znalazłem go w sumie całkiem przypadkiem i początkowo gotów byłem go ominąć, ale zanim to zrobiłem, rzuciłem okiem na komentarz Hoffmana, a w zasadzie na jego pierwszy akapit. Tam zobaczyłem o czym jest ten fik i postanowiłem dać mu szansę. Nie żałuję. Temat okresu samodzielnych rządów Celestii nie jest zbyt często poruszany w fikach. A szkoda, bo ten okres banicji Luny ma w sobie bardzo duży potencjał. Można naprzykład opisać nowe układy i rozmowy z państwami ościennymi, które się dowiedzą, że Ceśka wykopała własną siostrę. Można ścigać popleczników Pani Nocy, którzy wciąż kryją się wśród kuców i knują przeciw słońcu. Można też pokazać wizje rozbudowy królestwa według pomysłu Ceśki. Albo można, tak jak w tym fiku, skupić się na tęsknocie Ceśki do siostry i próbach kontaktu z Luną. To jest bardzo dobry pomysł, który fajnie buduje postać Celestii, jako robiącej sobie wyrzuty, że musiała sięgnąć po broń ostateczną i cały czas próbującej skontaktować się z siostrą. Wypada on niezwykle serialowo, gdzie mamy drobne przebłyski tego, jak Celstia troszczy się o siostrę, oraz jest zgodne chyba z najpopularniejszą, fandomową wizją księżniczki. Co więcej, za tym bardzo fajnym i bardzo przyjemnym pomysłem idzie całkiem dobra realizacja. Może nie idealna, ale całkiem dobra. Główna bohaterka jest bardzo dobrze napisana. Czuć żal jaki ją wypełnia. Zaś nerwowość i odrobina szorstkości wobec niektórych poddanych tylko lepiej budują klacz, która pragnie poświęcić się poszukiwaniom rozwiązania swego problemu, a nie władaniu. Za to scena kiedy Celestia mówi do księżyca (a mogłaby wyć ) świetnie buduje więź jaka ją łączy z Luną, oraz pokazuje, że mimo tego, ze jej siostra stała się Nightmare Moon, Celestia dalej ją kocha. Oprócz Celestii, jest też dobrze napisana Nightmare Moon. Wprawdzie pojawia się tylko w jednej scenie, gdy już Celestii się uda skontaktować, ale gorycz i szaleństwo tej klaczy wypadają bardzo przekonująco. Tak samo koszmar, który funduje siostrze. To bardzo dobrze przeprowadzony zabieg. Z jednej strony wszystko wygląda tam w miarę normalnie, ale kilka drobnych modyfikacji tworzy inną prawdę. Taką, której Celestia mogła pozornie nie dostrzegać podczas swych rządów. Trochę szkoda, że ten wątek nie został bardziej pociągnięty, a ilość spotkań zwiększona. Gdyby ograniczyć odrobinę szaleństwo Nightmare Moon i pozwolić jej sączyć jad do ucha Celesti, można by uzyskać ciekawy efekt Ceśki podpadającej w odrobinę paranoi. Dobrze by to współgrało z efektami ubocznymi, jakie były wspomniane przy zaklęciu. No i jest jeszcze pojawiająca się we wspomnieniach postać Starswirla. Tajemnicza i pełna niedopowiedzeń. Widzimy go we wspomnieniach, z czasów po wygnaniu Luny, jak pomaga Celesti się ogarnąć, a przy tym odwodzi ją od pomysłu podróży w czasie. Do tego mamy wspomniane, ze ogier zniknął tajemniczo, zabierając tylko swój kapelusz (i pewnie ten dywan, który nosi na grzbiecie). Choć jeśli wierzyć temu, co myśli Celestia, on pojawia się też by ją uratować. Mam wielka nadzieję, że Celestia się myli w tym gdybaniu, gdyż moim zdaniem to bardzo niefajne rozwiązanie. Z resztą, sam ten motyw zniknięcia Starswirla mógłby stanowić dobra bazę do kolejnego fika. I na koniec jeszcze słowo o tym doradcy księżniczki. Też jest jak dla mnie na plus. Troszczy się o władczynię, jak na dobrego doradcę przystało. Nie zraża się też, kiedy Ceśka go gorzej traktuje. Podobał mi się również fakt, że Celestia poprosiła go o wpisanie do terminarza codziennych spotkań z nią i rozmów. To z pewnością jej pomoże w oczekiwaniu. Obok dobrze napisanych postaci i fajnego pomysłu na opowiadanie, są tez całkiem niezłe opisy. Czuć zawarte w nich emocje, a do tego nie ma problemu z tym, by wyobrazić sobie scenę. Podczas rozmowy Starswirla z Celestia widziałem pogrążoną w półmroku pracownię i stos zwojów do segregacji. Zaś później, widziałem jak Celestia nerwowo wyciąga pożółkłe zwoje, szukając wśród dziwnych zaklęć jakiegoś, które skontaktuje ją z siostrą. Tak samo byłem sobie w stanie wyobrazić wyraz pyska jej i doradcy, kiedy rozkazała odwołać wszystkie spotkania. Oczywiście można by opisy rozbudować bardziej (jak z resztą cały fanfik), ale w tej formie tez robią bardzo dobra robotę. Forma raczej bez zarzutu. Nie przypominam sobie by mi cię coś rzuciło w oczy. Można by co najwyżej zastąpić enter między akapitami automatycznym odstępem (co moim zdaniem wygląda lepiej), ale to tylko ewentualna sugestia. I bez tego tekst wygląda spoko. Podsumowując, polecam. To bardzo fajne i przyjemne opowiadanie o Celestii tęskniącej za Luną. Wprawdzie nie zgadzam się z kilkoma elementami wizji autora, ale nie jest to powód by nie uważać tego za dobry fik. Warto wiec po niego sięgnąć, bo to przyjemne dzieło, które porusza dość ciekawy problem.
  9. Remont. Słowo, które potrafi wywołać tak wiele emocji, a nawet doprowadzić do awantury domowej, czy rozwodu. Czasami porządany, szybko zmienia się w zjawisko uciążliwe, przedłużające się i rodzące więcej problemów niż naprawia. Tu jednak remont jest jedną, krótką scenką, sprowadzającą się w sumie do jednego gagu, dla którego ten fik zbudowano. Ale to oczywiście nic złego. Po prostu CMC bierze się za malowanie sufitu u Fluttershy, by dorobić do quada. Cudownie nierozsądna zabawka dla tej trójki, ale zarazem bardzo klimatyczne zastępstwo dla hulajnogi kucowej Scootaloo. Oczywiście, jak przystało na dobre przyjaciółki i fachowców od remontu, dzielą się robotą. Sweetie chwyta pędzel, Scootaloo wałek, a ta trzecia stoi i nadzoruje, czy równo malują. Prawie jak na polskiej budowie (tylko proporcje inne). No ale do pokoju wlatuje osa i doprowadza do cudownego ciągu przyczynowo skutkowego, który kończy się komicznie. Po nim zaś następuje urocza scena kiedy to Fluttershy udziel reprymendy osie. Postacie występujące w tym fiku są bardzo serialowe. Przekomarzanie się trójki dziewczynek wyszło bardzo naturalnie. Tak samo naturalnie wypadła dobra i miła Fluttershy. To wszystko sprawia, że całość wypada bardzo serialowo i klimatycznie. Zupełnie jak jakiś short do Equstria girls. Taki przyjemny, krótki short, który można przeczytać sobie w przerwie na herbatkę. Co do formy, to tutaj bez żadnych zastrzeżeń. Tekst schludny, ładny i pozbawiony błędów. Śmiało można go stawiać za wzór do naśladowania. Dobra, chwalę, chwalę, ale czy jest na co narzekać? W zasadzie, tylko na rozmiar (choć on podobno nie ma znaczenia). Z jednej strony, ten fanfik jest spójny, logiczny i zbudowany tak, ze tworzy całość, od początku do końca. Nie czuć, ze czegoś tu brakuje, albo, ze mogłoby być więcej. Nawet opisy są w odpowiedniej ilości względem treści. Z drugiej jednak strony, remont to nierzadko pasmo problemów, cyrków i różnych zabawnych sytuacji, więc i Remont, w wykonaniu CMC mógłby być zdecydowanie dłuższy. Powiem więcej, moim zdaniem, nawet dziesięć stron fika mogłoby niewyeksploatować komediowego potencjału drzemiącego w CMC robiących nawet mały i delikatny remont (nie mówiąc już o takim, gdzie jest zrywanie podłogi, czy podwieszanie sufitu, z robieniem oświetlenia). No ale autorka wybrała taką, a nie inną wersję tej lekkiej i przyjemnej komedii, i zrobiła to nad wyraz dobrze. Podsumowując, to fik w sam raz na raz. Dobry żeby się pośmiać w przerwie od pracy, czy coś. Polecam
  10. 2012 i 2013 to okres, kiedy fandom był jeszcze młody, prężny, a wśród fików panowały zupełnie inne standardy. Wiele dzieł, które wtedy były bardzo popularne, dziś cieszy się umiarkowaną popularnością, lub doczekało się parodii. Zaś część dzieł mniej popularnych zaginęła w odmętach forum. Wracanie do takich właśnie, to ciekawa podróż w czasie. Można zweryfikować swoje spojrzenie na jakieś dzieło po latach, albo porównać swoje wrażenia z komentarzami z ,,innej epoki". A jak wygląda Hunt, po tylu latach? Do przeczytania mamy prolog na jedną stronę i pierwszy rozdział, na strony cztery (rozdział dwa, zdechł). Całość jak na standardy dzisiejsze wygląda dość słabo. Brak justowania i wcięć akapitów. Do tego mamy powtórzenia i dziwny zapis, który być może wtedy jeszcze uchodził za względnie poprawny (albo i nie) Interpunkcja jest słaba (a jeśli ja to krytykuję, to musi być naprawdę źle). Do tego błędy w zapisie dialogowym, oraz trochę literówek Do tego notorycznie pojawiają się liczebniki zapisane cyfrą. Czyniąc długą historię, krótką, forma jest zdecydowanie słaba. Zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy. A jak tak czytam ostatnio stare fiki, to musze z przykrością stwierdzić, ze i w 2013 taka forma nie powalała. Raczej wprost przeciwnie. Niezaprzeczalnie przydałaby się tu korekta. Aczkolwiek, może pod tą paskudną powłoką kryje się dobre dzieło? W końcu komentarze są pozytywne. Nawet kilka z nich jest bardzo pozytywnych. No niestety tu nie kryje się dobry fik. Znaczy tak, widzę tu szczątki pomysłu o myśliwym, który natyka się na demona w lesie Everfree (bo innych lasów nie ma). I być może ten pomysł możnaby fajnie rozwinąć. W końcu spotkanie głównego złego na początku opowieści może ciekawie zawiązać fabułę (bez zabijania całej rodziny bohatera). No chyba, ze ten demon nie był głównym złym. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że pomysł był. Może nie wybitny (za mało danych by to jednoznacznie potwierdzić, lub obalić), ale daleki bym był od nazywania go złym. Niestety za tym pomysłem nie poszło nic więcej. Opisy w zasadzie nie istnieją, zaś całość fabuły wygląda jak raczej plan opowieści, a nie cała opowieść. W przeciągu 4,5 strony dość ,,luźnego" objętościowo tekstu, bohater zdążył wstać, spakować się, pojechać do sąsiedniego miasta, spotkać dwie z M6, pójść do biblioteki (gdzie spotyka twilight), pójść do lasu, przejść się po nim, spotkać demona i wrócić. A czytelnik się nie dowie, jak wyglądała i smakowała kanapka, jak umeblowany był pokój, ani tez za wiele o samym lesie. W zasadzie, tą treść możnaby śmiało rozpisać na 10 stron (i nawet więcej), dodając opisy otoczenia i przemyśleń bohatera. Właśnie, bohater. Niewiele o nim wiadomo. Raczej małomówny, niekoniecznie chce gadać z miejscowymi i do tego poluje na zwierzęta. Być może miałby się rozwinąć w przyszłości, ale na chwilę obecną jest niewiele o nim wiadomo. Z drugiej jednak strony ilość informacji o bohaterze, w stosunku do objętości tekstu zdaje się być dostateczna. dwudziestostronnicowa ekspozycja na samym początku dzieła zapewne by zraziła czytelnika. Pora na podsumowanie. Czuję, że autor miał pomysł, nawet na kilkuwątkową fabułę i to na całkiem przyzwoitym poziomie. Niestety poległ na przelaniu swych pomysłów na internetowy papier. Forma wygląda słabo, a w treści brakuje opisów. Być może gdyby autor dostał zawczasu pomoc korektora, to Hunt mógłby mieć swoich fanów w 2020. Ale niestety to się nie stało i fik wygląda niestety słabo. Są lepsze dzieła do nostalgicznej podróży w 2012.
  11. I kolejne tłumaczenie od Dolara przeczytane. I jak zwykle była to przyjemność z lektury. Ten niezręczny moment, to bardzo przyjemna, krótka komedia o tym, jak AJ idzie do biblioteki po książkę dla Pinkie. Zupełnie jakby ta nie mogła tego załatwić sama. A może po prostu ma bana na bibliotekę, za wkładanie pączka do książki o pączkach. Tak czy inaczej, AJ wchodzi do biblioteki i nie zastaje nikogo. Więc jak przystało na cywilizowanego i ogarniętego kucyka, zaczyna po niej myszkować, kierując się jednocześnie do sypialni Twilight. Bardzo rozsądne i uczciwe podejście. Znacznie lepsze niż uprzejme czekanie, czy zawołanie przyjaciółki. Tak czy inaczej, AJ wchodzi do sypialni i widzi Twilight i Rainbow w sytuacji niejednoznacznej. Cóż, sama sobie winna. I tu następuje moja jedyna wątpliwość względem fika. Applejack w tym co widzi, widzi ,,zapasy" (specjalnie w cudzysłowie). I choć to budzi w niej mieszane uczucia to się do tego przyłącza. I kiedy do tego dochodzi, dzieją się zapasy (też specjalnie bez cudzysłowu), co powinno podważyć wątpliwości AJ (no chyba, że Twi i Dash to naprawdę świetne aktorki), ALBO dzieją się ,,zapasy" i wtedy dziwne, że Twilight nie protestuje, skoro to miały być tylko zwykłe zapasy. No chyba, że AJ ma rację i one wszystkie mają ciągoty w ta stronę. Myślę, że to można było rozpisać lepiej i nieco bardziej sugestywnie. Nie mogę jednak powiedzieć żeby ten drobny brak logiki był zły. Brak mu trochę do ideału, moim zdaniem, ale mimo tego jest w zasadzie uroczy i zabawny. Dalej mamy wyjście AJ, po którym Rainbow stwierdza, że ona i Twilight mogły zostać źle odebrane. No faktycznie. Bo co sobie można pomyśleć na widok dwóch klaczy, kotłujących się w łóżku Tymczasem Applejack idzie do Pinkie i od słowa do słowa, przechodzi do cudownego i prześmiesznego zakończenia tego fika. Jedno zdanie, a tak wspaniałe zakończenie. Tu moje pełne gratulacje. Poza oczywiście pomysłem, który sam w sobie bawi niezmiernie, są tez cudowne opisy przemyśleń Applejack. Setnie się uśmiałem, czytając o wspomnieniu Rarity flirtującej z własnym odbiciem, albo o tym, że odpowiadające na pytanie kamienie to dobry powód by wrócić do wyrka. A skoro i o nim mowa, to musze przyznać, że scena budzenia AJ jest bardzo fajnie opisana i pomyślana. Można owszem pomarudzić na dość gadatliwego Big Maca, ale moim zdaniem nie ma to tu racji bytu. To po prostu jest tu konieczne by uczynić całą sytuację jeszcze zabawniejszą. Bohaterki oddane są bardzo spoko. Zapewne gdyby nie podtekst kryjący się w tym dziele, to możnaby do niego podejść, jak do shorta, albo sceny z serialu. I jeszcze słowo o stronie technicznej. Tutaj bez zarzutu. Jedyne co mi się nie podobało, to chwila kiedy Applejack zwraca się do Rainbow RD. Zwyczajnie nie podobają mi się takie skróty (poza AJ, która jest chyba kanoniczna i do tego dobrze brzmi). Aczkolwiek to pewnie pomysł autora, a nie tłumacza. O poprawności tłumaczenia jako całości nawet nie mam co mówić, bo Dolar to marka sama w sobie. Podsumowując to całkiem dobra komedia, w sam raz na jedno posiedzenie. I choć czytałem lepsze, to musze przyznać, ze ta i tak jest warta mocnego polecenia.
  12. Stalker. Bardzo klimatyczne i ciekawe uniwersum, które naprawdę wsysa i stanowi inspiracje dla wielu autorów, który próbują z lepszym lub gorszym skutkiem oddać ten świat. Nawet w naszym fandomie podjęto kilka prób skucykowania (lub zequestriagirlsowania) tego uniwersum. Jedną z najlepszych jest oczywiście Spełniacz Życzeń od Grento. fanfik, pełen dobrych pomysłów i jeszcze lepszych rozwiązań. Dobrze więc widzieć, że zainspirował on kogoś do stworzenia spinofu, bo to tym bardziej dobrze świadczy o jakości stworzonego uniwersum. Dość jednak rozpływania się nad stalkerem i jego konkretna adaptacją. Trzeba ocenić to sporych rozmiarów dzieło. Zacznę od klimatu, który tu jest dobrze zbudowany, choć odrobinę różni się, moim zdaniem, od oryginalnego stalkera (trzyma się za to dość blisko Spełniacza). Nie uświadczymy tu za bardzo eksploracji zony. Raptem jeden krótki fragment od granicy do szopy i krótki odcinek do fabryki konserw (pomysł na fabrykę akurat paprykarza szczecińskiego budzi we mnie mieszane uczucia, ale niech będzie). Do tego mamy większe nastawienie na ,,magię" oraz zjawiska nadnaturalne (jak chociażby kontrola nad zombiakami, czy ziemia, która je tworzy), niż pamiętam z gier. Nadal czuć w tym jednak Zonę otaczającą ze wszystkich i gotową zabić jeśli ma taki kaprys. Ciekawy klimat budują też nowatorskie pomysły zastosowane przez autora. Moim ulubionym chyba są grzyby-miny. Bardzo fajny pomysł, który pasuje do uniwersum stalkera i nawiązuje odrobinę do pikniku (gdzie też były dziwne rośliny). Co więcej, ma on sporo sensu, bo podobno grzyby wchłaniają w siebie sporo radiacji. Dobry jest też kleszcz, oraz Kofan, który ma w sobie olbrzymi potencjał (który z reszta widać w fiku). Tak samo mutant, który potrafi kontrolować zombiaki. To prawdopodobne pod katem uniwersum i jednocześnie rodzi wiele pytań. Czy to jedyny taki egzemplarz, czy może gdies łazi tego więcej? Czy to zasługa magii z innego świata, czy może radiacji? (a może jedno i drugie). No i jest właśnie jeszcze magia (pod postacią ksiąg, run i zaklęć), która dotarła tu z Equestrii (wraz z księgami, być może kofanem, oraz kilkoma osobami). Nie jest to pomysł autora tego fika (a autora uniwersum), lecz tu mamy bardzo fajne jego wykorzystanie. Chętnie zobaczyłbym więcej tej mieszanki, bo ma ona duży potencjał w tym uniwersum. Oprócz oczywiście dobrze stworzonego klimatu, mamy tez całkiem ciekawą fabułę podzieloną na kilka wątków. Mamy biznesmena dowodzącego bandytami, który szuka w zonie nieśmiertelności (i leku na raka), mamy przywódcę zombiaków, który chce przejąć zonę i mamy Deliktywę, która chce znaleźć przyjaciół, z którymi straciła kontakt. Wątki te przepltają się płynnie, dążąc do wielkiego finału, gdzie oczywiście wszystko trafi szlag. Nie jest to może najbardziej niespodziewany finał, ale klimatyczny i dobrze stworzony. Pasuje do fabuły. Większa jednak siła tego fika są postacie. Od razu polubiłem Ruby (i jej tarcia z Deliktywą). Do tego stopnia, ze chętnie poczytałbym więcej o przygodach tej recydywistki w zonie i poza nią. Tak samo polubiłem Cigę za jej zdolność adaptacji do nowej sytuacji i zmiany poglądów jest bardzo fajna. To, że postać jest w stanie współpracować (nie tylko pozornie) z ludźmi, którzy zabili jej kumpla zamiast mu pomóc, wcale nie jest złe. A przynajmniej nie w tym wypadku, bo widzimy motywacje, która nią kieruje. Najpierw jest to chęć uratowania firmy, ale i ta motywację odrzuca, kiedy zostaje uświadomiona, ze może zerwać z przeszłością i rozpoczynać przyszłość. Podobał mi się również Kędzior, jako bogacz, który gotów jest poświecić swą fortunę by znaleźć w zonie klucz do nieśmiertelności (w zonie, albo w książkach z innego wymiaru). Już samo to jest materiałem na bardzo rozbudowany fanfik, gdzie moznaby obserwować rozwój i zmianę psychiki bohatera, który każdego dnia przybliża się do śmierci lub sukcesu. No ale tego nie zobaczymy tym razem, bo weszła Deliktywa, niekoniecznie na biało i załatwiła swego byłego męża, którego już raz próbowała zabić. No właśnie, Deliktywa. Tajemnicza postać, której historie poznaliśmy w stalkerze, w związku z tym, ta jej wersja jest niestety niekanoniczna. Wynika to jednak z tego, że ten fik powstał chyba przed wyjaśnieniem historii Deliktywy. Wiec jeśli wziąć to pod uwagę, to ta historia tej postaci była prawdopodobna. A pomijając niekanoniczność, to Deliktywa wygląda i zachowuje się tak jak w pierwowzorze, więc i tu jest dobrze. Oczywiście postaci jest znacznie więcej. Każda na swój sposób ciekawa i dobrze zbudowana. W zasadzie, tu nie ma złych postaci. Każdy czytelnik znajdzie tu kogoś z głównej ekipy by go lubić, oraz z postaci drugoplanowych, o których historii i pochodzeniu można rozmyślać. Opisy też są całkiem przyzwoite i mają odpowiednie tępo. Tam gdzie akcja jest powolna są odpowiednio wolne i rozbudowane, a tam gdzie jest akcja są odpowiednio dynamiczne. Jedyne co potrafi je zepsuć, to błędy i nietrafione słowa. A raz czy dwa pojawiły się takie perełki jak chociażby nadgarstek u nogi (no chyba, że to jakaś mutacja). A skoro przy błędach, literówkach i ogólnie formie jesteśmy, to tu niestety nie jest najlepiej. A skoro ja to widzę, to już w ogóle. Najgorsze są niestety liczne powtórzenia. Bardzo liczne powtórzenia. Wprawdzie fanfik podobno był korektorowany, ale z pewnością nie zaszkodziłoby, gdyby dostał drugą dawkę. Pozostaje pytanie czy polecam ten fanfik. Otóż, tak, polecam. Mimo swych wad, to dalej dobry, wciągający i klimatyczny kawałek stalkera. Zdecydowanie polecam fanom stalkera i fanom uniwersum stworzonego przez Grento.
  13. Dobry żart. Przyjemny, lekko napisany fanfik, który wygląda bardzo serialowo. Tak jak wspomniał Hofmann, wygląda jak kanoniczny short serialu. I to short bardzo dobry, jak na standardy dzieł Hasbro. (jak na standardy fanfików, to również jest bardzo dobre dzieło). Jego fabuła jest dość prosta i krótka. Ot Rainbow po raz kolejny walnęła głośnego i tęczowego groma, a kicia Rarity się wystraszyła i dała w długą. Można by się przyczepić, że Opal powinna być przyzwyczajona do takich ekscesów tęczowogrzywej, ale to bez znaczenia. Ta fabuła jest tu tylko po to by móc pokazać podejście dwóch klaczy do żartów. I tu się zgodzę i nie zgodzę z Hofmanem odnośnie żartów Rainbow i tego, ze brzmia jak średnie tłumaczenie. Owszem, żarty, którymi Rainbow sypie są prostymi gierkami słownymi, którym niekiedy brak polotu (nawet częściej), a ich natłok w jednym momencie budzi raczej irytację niż poprawia humor. Myślę jednak, że to zabieg celowy, który służy temu by pokazać reakcję Rarity, z którą czytelnik może się utożsamić. Dodatkowo, możemy zobaczyć świetną scenę kiedy Rarity odpłaca tęczowogrzywej pięknym za nadobne, samemu przypuszczając mały atak sucharów. Co w sumie przynosi całkiem niezły efekt. Lepszy przynosi tylko wizja obiadu po znalezieniu Opal. Oczywiście opal się znajduje, więc Rainbow wraca szybko do CMC, które ją przywiozły i... znów straszy kota. I tu musze przyznać, ze spodziewałem się odrobinę innego zakończenia, choć to wcale nie jest złe. Osobiście myślałem, że Rarity skłonna będzie zabrać trzy klaczki na lody i kompletnie zapomnieć o przyjaciółce, którą wysłała w krzaczory. No ale jak mówiłem, obecna tu wersja też jest spoko. Jeszcze wrócę na chwilę do gier słownych tego typu. Dość podobną sytuację mieliśmy w Crisisie, podczas jednej walki Velvet i Pinkie Tam Pinkie rzucała mase gierek słownych i żartów, które same w sobie niekoniecznie były śmieszne, ale reakcje Velvet (znacznie bardziej ekspresyjne niż u Rarity tutaj), sprawiały, że człowiek się śmiał. Wątpię by autorka się na tym wzorowała, tworząc to intereujace dzieło. Po prostu zauważyłem podobny motyw, porównałem i musze przyznać, że tu również jest to zrobione dobrze. Teraz dwa słowa o bohaterkach. Spośród szóstki autorka wybrała dwie, które najlepiej pasują do tych ról. W serialu widać, ze Rainbow jest śmieszkiem, choć nie aż tak dużym jak Pinkie, ale przyjaciółki traktują ją bardziej poważnie niż różową. Z kolei Rarity to wspaniały materiał na kogoś, kogo mogą irytować takie żarty. W końcu obraca się też w wyższych kręgach, gdzie takie gry słowne nie są do przyjęcia (z resztą, pewnie połowa szlachty by ich nie załapała). No i ma kota, w przeciwieństwie do Twilight (która w zasadzie tez by się mogła nadać). Takiego kota, co może uciec. Tak więc wybór akurat tej dwójki jak najbardziej na medal. Pasują charakterem i zostały napisane tak, że nie wykraczają poza niego. Dzięki temu całość właśnie wygląda jak short. I jeszcze strona techniczna. Tutaj jest bardzo dobra. Tekst ładny, schludny i pozbawiony błędów (a przynajmniej ja żadnego nie zauważyłem). Formatowanie bardzo miłe dla oka. Jest justowanie, odstępy między akapitami i oczywiście odpowiednia, moim zdaniem, interlinia. Z pewnością można stawiać to krótkie dzieło za wzór pod względem poprawności formy. A czy polecam? Tak, zdecydowanie polecam. To fajne, przyjemne dzieło, które wyciąga naprawdę sporo z pozornie nie całkiem śmiesznych żartów i dzięki ciekawym zabiegom sprawia, że pośrednio są śmieszne.
  14. Siedząc w pracy i starając się nie kaszleć (przeziębienie na jesieni 2020 to bardzo niebezpieczna rzecz), przypomniałem sobie, że słyszałem kiedyś o jakimś fiku, gdzie mane six jest zamknięta w jednym pomieszczeniu i nagle któraś kaszlnęła. Miało to być bardzo klimatyczne i pełne niedopowiedzeń dzieło, które do samego końca trzyma w napięciu. Niestety to chyba nie ten fik. Mówiąc szczerze, na tych pięciu stronach (choć w zasadzie trzech, ale o tym później), nie czułem żadnego napięcia, a jedyne niedopowiedzenie wynikało z faktu, kto tak naprawdę kaszlnął i tego, co to tak naprawdę się dzieje. Choć co do tego ostatniego, to można się jednak sporo domyślić. Jest to raczej wirus, bardzo śmiertelny i bardzo zjadliwy, choć tylko pod koniec, kiedy występują objawy. Już samo to jest trochę nielogiczne dla mnie, choć musze przyznać, ze nie znam się na biologii i wirusach. Bo jeśli od objawów, które są jednoznaczne z możliwością rozprzestrzeniania wirusa, do śmierci wywołanej wirusem mija bardzo mało czasu, to ewentualna epidemia powinna wygasnąć sama, dość szybko (kiedy populacja będzie na tyle mała, by nosiciel nie zdążył nikogo zarazić. Inna sprawa, że skoro ktoś w tym pomieszczeniu kaszlnął, rozsiewając tego zaraźliwego wirusa, to unieszkodliwienie kaszlącego i tak nic nie da, bo wirus i tak już pewnie jest we wszystkich. Więc i tak powinny zginąć. Wniosek, zabijanie Fluttershy nic nie dało. A skoro już przy tym jesteśmy, to sposób odebrania życia przyjaciółce też jest słaby. Nie zdziwiłbym się gdyby Twilight mogła to zrobić lepiej, szybciej i mniej boleśnie, dzięki swej magii. Z resztą, myślę, że nawet Rainbow brutalną siłą zrobiłaby to lepiej niż tu opisano. Domyślam się, co autor chciał przekazać w tej scenie, ale kompletnie mi się to nie podoba. Zdecydowanie dało się to zrobić lepiej. To samo się tyczy opisów i dialogów. Wiem, że fik miał być krótką formą, która maksymalizuje emocje w minimalnej treści, ale tutaj to nie wyszło. Opisy nie niosą aż tyle emocji ile by mogły. Czasami są za długie, a czasami z kolei za krótkie. Do tego, słabo naświetlają sama sytuację przed kaszlnięciem i to, dlaczego one siedzą w jednym pokoju. Moim zdaniem, autor powinien był raczej sięgnąć po łatwiejszą (moim zdaniem) formę dla tego fika, czyli długie, bogate i kwieciste opisy, budujące klimat i napięcie. Tak samo z dialogami. Można było śmiało zrobić stronę albo dwie rozmów o pierdołach, czy o obecnej sytuacji, co jednocześnie stworzy atmosferę i pokaże nieco świata za drzwiami. Z pewnością taki fik by na tym nie stracił. I jeszcze słowo o samej formie. Zacznę od tej wizualnej. Nie wiem po co, między każdym akapitem są aż dwie linijki odstępu (przy braku interlinii). Wiem, ze część ludzi stosuje jedną linijkę, zamiast funkcji odstępu miedzy akapitami i nie mam z tym problemu. ale 2 linii czynią tekst rozstrzelonym i nieestetycznym (do tego tworzy złudne wrażenie tych 5 stron). Do tego mamy tu angielski zapis dialogowy. U nas stosuje się półpauzy (ostatecznie można myślniki). Co zaś się tyczy samego tłumaczenia, to niestety widać, że to tłumaczenie. Autor przełożył każde zdanie po kolei (dbając o to by brzmiało jak napisane po polsku), lecz pozostawił angielską kolejność narracji i dialogu Mówiąc szczerze, nie przypominam sobie, bym widział u nas konstrukcje, gdzie akapit zaczyna się narracją (wspominającą o mówieniu, szeptaniu, czy coś), a dopiero po tym szła wypowiedź postaci. Moim zdaniem powinno być na odwrót. Podsumowując, mi się ten fik za bardzo nie podobał. Uważam, że autor nie wykorzystał potencjału drzemiącego zarówno w pomyśle, jak i w formie (którą z resztą skomplikował sobie zadanie). Jednak po komentarzach poprzedników widzę, że ten fik ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników, wiec z pewnością nie jest zły. Warto wiec dać mu szansę i na własnej skórze przekonać się, czy to dobre dzieło, czy też nie bardzo.
  15. Lubię czasami zajrzeć na dalsze strony forum i poszukać czegoś, co leży zakopane głęboko. Często można tam znaleźć dzieła epoki minionej, które lepiej lub gorzej się zestarzały, przykłady innego sposobu myślenia fandomu. Można też czasem znaleźć perełki, które umarły przez brak atencji ze strony czytelników i komentujących, lub tez trafić na pomysły, które umarły na przykład przez formę. Słowem, z tych starych dzieł raczkującego fandomu, które zalegają na późnych kartach forum można wygrzebać różne rzeczy. A co takiego wygrzebałem tym razem? No perełka to to niestety nie jest. Zacznijmy od strony technicznej, bo ona pierwsza rzuca się w oczy. Tekst to jedna wielka ściana tekstu. Nie ma justowania, nie a odstępów miedzy akapitami... ba, nawet sam podział na akapity pojawia się chyba dopiero na trzeciej stronie. Tam tez pojawia się angielski zapis dialogowy. Wiem, że takie coś bywało w fikach na początku fandomu (i za chiny ludowe nie mam pojęcia, skąd to się wzięło), ale to był błąd, jest błąd i będzie błąd (choć za 50 lat może się okazać, że świat się zmienił). Niech już by były myślniki zamiast półpauz (niby też błąd, ale na ten akurat można jeszcze przymknąć oko). Do tego trafiło się trochę błędów, jak te, które wskazali moi przedmówcy. Całosć zaś okraszona jest wielką i niekoniecznie fajną czcionką, przez co czytanie męczy. A jak się ma treść? Słabo. Te trzy strony (w zasadzie, to chyba półtorej) to raptem zarys prologu, a nie oneshot. Większość to scena podobna do tej z odcinka o tym, jak Mane 6 dostała znaczki. Fluttershy jest wyśmiewana przez kucyki, bo jej nie idzie latanie. Są opisane jej emocje, ale dość skąpo. Tu możnaby się pokusić o zdecydowanie więcej. Sama scena, jak Shy próbuje polecieć, jak zostaje wyśmiana, bo jest słabsza od innych i jak Rainbow się wtrąca powinna zająć dobre dwie, jak nie trzy strony takiego tekstu. Powinny tez zawierać sporo opisów emocji i tak dalej (pomogłaby tu moim zdaniem narracja pierwszoosobowa, z perspektywy Fluttershy) No ale dobra, pośmiali się z Shy, przyszła Rainbow, pogoniła towarzystwo i zabrała Fluttershy do łóżka. Przykryła ją kocykiem i wyszła. Nie została z przyjaciółką, by ja pocieszyć, czy coś. Swoją drogą, tu powinno być trochę opisów emocji i przemyśleń Fluttershy. No ale cóż, nie ma. Jest za to pobódka dużej Fluttershy (szkoda, że w tym samym akapicie), kilka przemyśleń związanych z jej obecnością w pustym i opuszczonym obozie i spotkanie z kimś nieprzyjemnym. Pomijajac oczywiście brak podziału na sekcje, czy też chociaż na akapity, znów jest tego za mało. A co gorsza, fik się kończy, a w zasadzie urywa zaraz po tym spotkaniu z tajemniczym jegomościem (z którego spotkania nic nie wynika). To już nawet nie jest otwarte zakończenie, to zwyczajnie urwany fanfik, który urywa się tuz po tym, jak widać zalążek akcji. Szkoda, wielka szkoda. A czemu szkoda, skoro forma jest nienajlepsza? Bo w tym zalążku naprawdę krył się pomysł. I to całkiem dobry pomysł, tak na moje oko (choć może nadinterpretuję). Taki, mroczny klimatyczny pomysł, w którym Shy odwiedza miejsca z przeszłości, nękana przez wspomnienia i ,,kogoś jeszcze". Gdzie iluzja przeplata się z rzeczywistością i niczego nie można być pewnym. Gdyby to napisać od nowa i odpowiednio pociągnąć, to z pewnością powstałoby coś co najmniej poczytnego. Ale w obecnej formie to niestety tylko mierny oneshot, który źle się czyta. Szkoda. Bo potencjał był.
  16. Ach ten tytuł. to nawiazanie do tego słynnego dzieła literackiego i słynnego filmu, który wzbudził wiele emocji. Cóż takiego moze kryc się pod takim tytułem? Tęczowogrzywa miłośniczka długich rogów? Piwnica pełna wyrobów z tworzywa sztucznego, lub też spreparowanej i zwulkanizowanej żywicy z drzewa kauczukowego? A może wizje, które księżniczka snów widzi u swej, szybkiej poddanej? Nie, nic z tych rzeczy. Autorka faktycznie postanowiła pod tym tematem ukryć Rainbow z bardzo nietypowym zainteresowaniem, które obejmuje oczywiście oglądanie dyszących i spoconych par damsko-męskich, wykonujących nieregularne, często gwałtowne, rytualne ruchy. Co więcej, Rainbow aktywnie komentuje oglądane wydarzenia, jednocześnie zastanawiajac się, jak sama by sobie poradziła i wspominając własne początki w tej materii, która jest dla niej nowa. Opisy tego są oczywiście dostatecznie soczyste, by pozostawić pole na domysły i fantazje. Przynajmniej do czasu, kiedy czytelnikowi nie zdradza sie, cóż to za męczące i ekscytujące zajęcie pokochała tęczowogrzywa. I tu w zasadzie, stwierdzam, że tego było za mało. Wiem, ze limit konkursowy i te sprawy. Niemniej, myślę, ze ten temat warto by rozbudować i pociagnąć w długi, komediowy slice of life, gdzie przyjaciółki widzą, ze Rainbow ma nowa pasję (bo czasem jej się coś wymsknie), ale nie są w stanie zbliżyc się w swych domysłach do prawdy. Mogłyby szpiegować ją, podpytywać i doprowadzac do dziwnych sytuacji, aż do zaskakujacego finału. Oczywiście, gdy już czytelnik naśmieje się z faktu, że został wprowadzony w błąd (albo i nie), przez opisy, wchodzi Fluttershy, cała na zółto. Napakowana, wygadana i nie dająca se w kasze dmuchać. Można by nawet rzec, że to ona ,,dominuje" w tej relacji. Krytykuje, wyśmiewa, żartuje z przyjaciólki, ze ta woli pedalskie pląsy, zamiast hardego porno z minotaurami, albo MMA (zastanawiam się, jaka jest różnica miedzy jednym a drugim, poza mozliwym udziałem kuców w MMA). I tu muszę przyznać, że jak dla mnie, to dopiero Fluttershy ejst tu out of character. Rainbow Lubujaca się w tego typu rozrywce (łącznie z nieśmiałymi próbami swych sił), dbająca o dietę i marząca o o księciu z bajki (może niedosiadającym białego człowieka) nawet mi do tej sportsmenki pasują. Gdyby takie coś wyszło w serialu (po oczywiscie rzuceniu kilku odpowiednio umieszczonych hintów wcześniej), to byłbym w stanie uznać, ze to logiczna kreacja. Ale Shy z mózgiem przeżartym sterydami i zachowujaca się jak koksu (o wyglądzie nie mówiąc), jest jak najbardziej out. I do tego bardzo fajnie out. Podoba mi się. Chętnie zobaczyłbym więcej takiej Shy (zaraz obok takiej Rainbow). Co do formy nie ma co mówić. Tekst jest ładny, schludny i nie zauważyłem żadnego błędu. Nie ma nic, co odrywałoby od tej, krótkiej lektury. Podsumowując, to fajne, choć krótkie dzieło. Warto dać mu te kilka minut, by się uśmiechnąć, czy roześmiać
  17. Rosół to ciekawe opowiadanie. Ciekawe, pod względem tytułu i pomysłu. Gdy tylko je zobaczyłem, pomyślałem sobie, że czeka mnie jakaś parodia ,,babeczek", na końcu której wyjdzie, że Shy tak naprawdę odprawiała kurę na rosołek dla chorych, tylko całość makabrycznie i bardzo obrazowo opisano. No i prawie się nie myliłem. Mówię ,,prawie", bo niestety nie dostrzegam tu parodii. W zasadzie komedia też specjalnie nie dostrzegam. No może poza ostatnim zdaniem. Aczkolwiek ludzie maja różne poczucia humoru i to co bawi jednych, innych już niekoniecznie. Tak czy inaczej, przejdźmy do tego,c zym jest to dzieło .Fanfik opowiada o Fluttershy, która musi zrobić zupę (dobra, wydaje mi się, że bardziej chce, niż musi). W tym celu idzie do kurnika i wybiera kurę. Nie tą najtłustszą, czy najbardziej mięsistą, ale pierwszą z brzegu. No dobra. Było ciemno i pewnie nie chciało jej się przebierać w rozgdakanym drobiu. Następnie zanosi ta kurę do piwnicy, lecz zamiast zwyczajnie uciąć jej łepek siekierką, czy tasakiem (ogłuszając wcześniej trzonkiem), drżypłoszka postanawia się pobawić w sadystę. Tak kompletnie z plota. Nigdy wcześniej nie miała odpałów,a tu nagle chce pociąć kuraka żywcem, bo tak. A to nóżkę utnie, a to skrzydła potnie, a to we wściekłym szale porąbie ją na kawałki nazywając dziwką, czy głupią suką... Wspaniałe ( to wspaniałe, to sarkazm jak by co). Do tego mamy litry tryskającej wszędzie krwi. Zupełnie jakby to nie była kura, tylko jakiś tur, albo nie przymierzając człowiek. No ale dobra, mięsko już nie żyje, więc pora je pociąć na odpowiednie kawałki. W blenderze... Nie wiem jak u innych, ale u mnie w domu rosół robi się odrobinę inaczej. No ale zwierzaczki smakował, chore wyzdrowiały, więc zupka była spoko. Wszystkim się podobała, poza rzecz jasna kurami. Sama Fluttershy budzi w tym fiku mieszane uczucia. Z jednej strony widać, że kocha zwierzęta, a z drugiej widzimy jej kreację jako sadystki czerpiącej przyjemność z zadawania bólu i pozbawiania życia. Wbrew pozorom, to dość sensowne, gdyby nie ta wzmianka, że Fluttershy się normalnie tak nie zachowuje. To jak dla mnie psuje ta kreację. Lepiej było dać coś, ze w zaciszu swej piwnicy nierzadko bawi się ze swymi ofiarami, czy jakoś tak. Strona techniczna też nie powalała. Brak justowania i sporo powtórzeń. Wydaje mi się, że było też kilka literówek. Czyniąc więc długą historię krótką, lektura nie była ani przyjemna ani śmieszna. Czy to znaczy, że to zły fik? I tak i nie. Takie dzieło może się spodobać miłośnikom babeczek i SAM, którzy lubują się w bezsensownej i brutalnej przemocy, podniesionej do absurdalnego, lecz nieśmiesznego poziomu. Pozostałym radzę jednak unikać tego dzieła, bo szkoda czasu
  18. Kolejny stalker. Tym razem jednak nie jest to fik polskiego autora, lecz tłumaczenie fanfika z fimfiction. Napisanego przez francuza (jeśli dobrze widzę). Już samo to było dla mnie powodem, by sięgnąć po ten tekst. Czemu? Otóż, duża popularnośc uniwersum stalkera kończy się podobno gdzieś na naszej, zachodniej granicy. Im dalej od Rosji, tym miej fanów ma ta gra (podobno). Więcej jest podobno fanów fallouta (jeśli chodzi o podobne, lecz nie aż tak bardzo, klimaty), co z kolei może się przekładać na inne spojrzenie na świat i nieco inną kreacje fabuły. O żartach nawet nie wspominając. A jak to wygląda w przypadku tego dzieła? Musze przyznać, że widzę tu bardzo ciekawy pomysł. Można wprawdzie uznać, że teleportowanie kuca do świata ludzi zostało już przeorane na milion sposobów, a mimo to mamy tu ciekawy i w zasadzie niecodzienny pomysł, który z pewnością stanowi wartość dodaną. Bo nasz kuc trafia do zony (tej z gier, a nie z pikniku), gdzie wszystko chce cię zabić, a ludzie mogą ją wziąć za kolejnego mutanta i też zabić (naukowcy pewnie zapłaciliby sporo za jej głowę, róg, czy inne przymioty). Już samo to daje sporo możliwości i miejsca na zabawniejsze motywy. Jak chociażby kuc próbujący ,,obwąchać" anomalię, albo stawiający magiczną barierę przed kulami (o ile oczywiście magia będzie działać), albo uciekający wokół stołu, prze doktorami chcącymi zrobić mu bolesne eksperymenty. No i można by powymieniać się elementami świata, opowieściami i oczywiście pewnym folklorem. Bo ten ostatni w zonie jest bogaty. Zarówno przez myślenie mityczne, jak i dziwne miejsca, które stanowią nierzadko temat opowieści (w stylu oazy). A jeśli wziąć pod uwagę, że naszym kucem jest księżniczka Celestia, to już wiemy, ze konsekwencje mogą być poważne. Przynajmniej dla Equestrii. Fabuły jest w sumie niewiele. Widzimy Gońca, który wchodzi do baru, sprzedaje śmierć i podpytuje, co to za dziwo siedzi z Wanem i Włóczęgą. No i tu się dowiadujemy, trochę z perspektywy Celestii, a trochę z perspektywy dwóch stalkerów, jak doszło do spotkania pierwszego stopnia z kosmitką i jakie z tego wyniknęły perypetie (ucieczka przed wybawcami i spotkanie z psami, stojąc na szczycie wraku śmigłowca. Ogólnie niewiele, ale rokuje bardzo fajny fik. Do tego stopnia, ze planuję sięgnąć po oryginał, jak tylko znajdę chwilę. Co do bohaterów, to nie mamy za wiele informacji o nich. Jest Goniec, który szuka roboty bo zbiera na pancerz, jest dwóch łebków znanych z zewu prypeci (sądząc po nich i tym co wspominają, to akcja dzieje się po wyprawie do prypeci i zapewne po odlocie Diegtiarova). No i mamy Celestię, która najpierw wpada na pijawki, a potem dwaj stalkerzy ratują jej biały plot. I to jest postać, która ma największy potencjał, choć nie jest do końca spójna. Otóż, po pierwszej ucieczce godzi się z porażką i nadchodzącą śmiercią, a po drugiej, przyparta do muru jest gotowa walczyć. Może później jej tok myślenia jest wyjaśniony, ale na razie to może budzić wątpliwości. I jeszcze słówko o formie tego, dobrze się zapowiadającego fika. Jest niestety średnia. Samo tłumaczenie nie wydaje się być złe (nawet tłumaczenie imion nie stanowi dla mnie problemu, bo w lektorskiej wersji z Mirosławem Uttą były przetłumaczone). Wprawdzie żeby to jednoznacznie określić wypadałoby się zapoznać z oryginałem, ale chwilowo nie ma nic, co budziłoby niepokój. Problemem jest raczej brak justowania, angielski zapis dialogowy, oraz liczne powtórzenia. To niestety widać i to psuje przyjemność z czytania. Można to oczywiście poprawić niewielkim nakładem prac. Jednak mimo tego, te dwa rozdziały (i prolog) zachęciły mnie by w średnio odległej przyszłości sięgnąć po oryginał, bo kompletnego (i lepiej zedytowanego) tłumaczenia raczej nie uświadczymy. Może i kogoś jeszcze to przekona, by poznać tą wersję zony dogłębniej (i przeżyć). I na koniec dodam jeszcze słówko o tagu Romans. Początkowo go nie zauważyłem, bo w fiku nic nie wskazuje na romans, ale sądząc po dacie publikacji, myślę, ze może się zanosić na romans Celestii, z którymś, z bohaterów. Może się mylę i wyciągam zbyt pochopne wnioski, albo może będzie to jeden z nielicznych wypadków, kiedy takie coś zrobiono dobrze. Tak czy inaczej, kiedyś się tego dowiem
  19. Jeszcze nie ma dziewiątej, a już dzień mi się popsuł. Mój wspaniały, cudowny, bodajże 4 letni czytnik niefortunnie spadł i uderzył ekranem w kant pewnego ustrojstwa stojącego pod biurkiem. Oczywiście pół ekranu nie działa. 

    1. Show previous comments  2 more
    2. PervKapitan

      PervKapitan

      Przeczytałam czytelnik i myślałam, że chodzi o jakiegoś bachora, a potem czytam, że bardziej przejąłeś się że cośtam się zepsuło niż czy te dziecko żyje :rainderp: 

    3. Sun

      Sun

      Olać dzieci. Jak mam czytać fiki, bez dobrego czytnika? Na telefonie?

    4. Sunrise Sparkle
  20. JAk już pewnie nie raz wspominałem, aTOM to gwarancja dobrego fika i pierwszorzędnej jakości tłumaczenia. Nie inaczej jest tym razem. Nosflutteratu to świetne dzieło, które czyta się z przyjemnością. Tekst wygląda ładnie i schludnie. Są odstępy miedzy akapitami, wcięcia i oczywiscie justowanie. Nie zaiważyłem też zadnej literówki na tych pięćdziesięciu stronach, wiec i korekta zrobiła tu zapewne kawał dobrej roboty. Możnaby się wprawdzie przyczepić do myślników zamiast półpauz, ale ja tego nie robię, bo mi to nie przeszkadza. A co zaś się tyczy treści... Treść jest po prostu miodna. Juz sam pomysł, ze Fluttershy jest nieumarłym wampirem, który żłopie krew (przez słomkę, ze szpitalnych pakietów), gryzie bogu ducha winne kuce (jeśli się an to zgodzą) i ma silną awersję do czosnku zasługuje na medal. Zaś jego realizacja, choć odrobinę sztampowa, jest solidna, logiczna i bardzo przyjemna. Po dłuższym przebywaniu w ponyville (akcja dzieje się chyba po drugim sezonie) Twilight przypadkiem dowiaduje się, że jedna z jej przyjaciółek jest wampirem. Tak, serio, nikt jej o tym nie powiedział,a ona, zapatrzona w książki, naukę przyjaźni, czy plot Celestii (choć to chyba nie w tym fiku) nawet tego nie zauważyła. No cóż, cała Twilight. Oczywiście próbuje się dowiedzieć, co jak i dlaczego, oraz czemu nikt się nie przejmuje, ze krwiożercze monstrum mieszka w tym miasteczku od trzech lat. Jej przyjaciółki różnie na to reagują, pozostajac przy tym zbieżne ze swoimi charakterami. Rarity w swej szczodrości daje Fluttershy darmowy kapelusz, a w późniejszej rozmowie z Twilight wysuwa hipotezę co do związku Twi i Shy (swoja droga fajny ship). RRobi też bardzo dramatyczny pokaz lalkowy, który z kolei sugeruje, że Shy ma kogoś innego. Applejack, nie przerywajac pracy opowiada Twilight co o tym myśli i co takiego wsuwa flutterwampir. Swoją drogą tu kolejny, dobry pomysł z tym wykorzystaniem krwi ze szpitala. Kucyki z pewnością chętnie oddają krew (zwłaszcza jak wiedzą, ze ich sąsiadka regularnie z niej korzysta), a że jest mało wypadków, to szpital nie ma takiego przerobu, by wykorzystac pewnie nawet zwyczajowe dary (a krew to nie ruska konserwa wojskowa, by po trzydziestu latach nadawała się do spożycia). Więc w zasadzie, w tej stytuacji wszyscy wygrywają. Shy nie burczy w brzuszku, kucyki czują, ze pomagają, a szpital ma zawsze świeże zapasy. No i dzięki temu mamy pod koniec tą fajną scenę, kiedy Fluttershy wychodzi przed dom z torebką krwi, z której wystaje słomka. Zupełnie jakby to była oranżada w woreczku. Rainbow Dash w typowy dla siebie sposób najeżdża na Twilight, gdy tylko zauważa, co ten mól książkowy czyta i w prostych słowach mówi co o tym myśli. Przy okazji dowiadujemy się, że tęczowogrzywa dokarmia przyjaciółkę swymi własnymi zasobami. Swoja droga, to zjawisko i to jak cały proces wygląda, pozwala wysnuć wniosek, ze w tym fiku, te dwie łączy coś więcej niż kąsanie. No ale wtedy to raczej była norma, ze te dwie były skłaniane ku sobie przez nasz fandom. No i jest jeszcze Pinkie, która w typowy dla siebie sposób, pomaga Ywilight przypomnieć sobie, kim tak naprawde jest dla niej Fluttershy, jakie łącza ich relacje i czemu, przez ten cały czas, nie wydało się, że Shy jest wampirem. Bo ona zwyczajnie jest dobrą, miłą, choć nieco nerwową i przestraszoną klaczą, jaką zawsze była. No i tu dochodzę do jedynego momentu, który mi się w fiku nie spodobał. Czyli wyjaśnienie Fluttershy pojawienia się w mieście Garlic (czyli łowczyni wampirów). Łowczyni jak najbardziej na plus. Jej pojawienie się może być (choć tłumaczenie o złej mapie jest trochę bez sensu i zalatuje kłamstwem). Tak samo podoba mi się to, że siedzi akurat w Kąciku, kiedy Twilight gada o tym z Pinkie (może odrobinę sztampowe, ale jak dla mnie może być). Jej (Garlic) pójście na robotę jak najbardziej na plus. Nawet to, że łowczyni wampirów to dawna przyjaciółka Fluttershy jest świetne. Podoba mi się. Próba powstrzymania jej przez Twilight też na plus. Bardzo logiczna i w klimacie serialu. Taka zmiana zdania pod wpływem przyjaciółek i uświadomienia sobie, ze jednej z nich coś się może stać. To, co mi się nie podoba, w tym całym spotkaniu, to kłamstwo, jakie Garlic i Twilight sprzedają Fluttershy. Jest zwyczajnie głupie, naciągane jak gacie na słonecznym plocie i kompletnie mi się nie podoba. Osobiście uważam, ze tu powinno pojawić się miejsce na szczerą rozmowę tej trójki, podczas której Garlic wyjaśniłaby swój punkt widzenia i swoją pracę, a także doszła do wniosku, ze być może nie wszystkie wampiry są krwiozerczymi potworami i warto poświecić chwilę na obserwację, zanim się takiego zakołkuje. Przy okazji Twilight mogłaby sie pochwalić nową wiedzą i nowymi poglądami. Jednak mimo tego, musze przyznać, ze zarówno fabuła jak i postacie w tym fiku są zrealizowane pierwszorzędnie i opieraja się na pierwszorzędnym pomyśle. Jeszcze wspomnę o jednej rzeczy, któa nieco ten fik wyróżnia. Mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową, przez co cały czas śledzimy wszystko z perspektywy Twilight i widzimy tylko to, co w danej chwili widzi Twilight. To, moim zdaniem, bardzo dobry wybór. To znacznie lepiej buduje postać i pytania Twilight, niż by to miało miejsce przy narracji pierwszoosobowej. Jednocześnie pozwala pokazac co nieco sposób myślenia Twilight. Podsumowując, to bardzo ciekawy i przyjemny fik, który mimo rozmiaru (50 stron) czyta się w zasadzie jednym tchem i można to zrobić na jednym posiedzeniu. Zdecydowanie warto po niego sięgnąć. I na koniec mała ciekawostka. Fanfik ten zadebiutował na fimfiction w roku 2012, kiedy to jeszcze w najlepsze trwał sobie sezon trzeci, który to podobno miał zakończyć historię kucy i nie było jeszcze żadnych wzmianek o fluttertoperku (odcinek 8 sezonu 4). Czy więc ten fik zainspirował Flutterbata? Zapewne nie. Zapewne to tylko zwykły przypadek, ale nawet zabawny.
  21. Opowiadanie stworzone z rozdziałów będących drablami to bardzo ciekawy pomysł. Wprawdzie wybór takiej formy ma pewną wadę (rozmiar, który zmusza autora do ograniczenia opisów, albo dialogów), ale z drugiej strony stanowi miejmy nadzieję przyjemne dla autora wyzwanie pisarskie. Wyzwanie, które może skutkować ciekawym i ,,egzotycznym" dziełem. Z niekrywaną ciekawością sięgnąłem po to dzieło, by przekonać się, co wyszło z tego eksperymentu. Łał. Jestem pod wrażeniem. Pod naprawdę dużym wrażeniem. To dziewięć drabli. Dziewięćset słów (albo i mniej), które tworzą historię zawierającą w zasadzie wszystkie ważne elementy dobrego fanfika, wymieszane w odpowiednich proporcjach. Mamy tu ciekawego bohatera, o niepewnej przeszłości i jeszcze mniej pewnej przyszłości. Może nie wypowiada zbyt wiele słów (co zapewne wynika z formy), ale mimo to byłem w stanie go poczuć. Mamy też dawkowaną stopniowo akcję, poprzedzielaną scenami uspokojenia. Weźmy tą scenę z wilkiem (swoją drogą, bardzo fajny pomysł na odpowiednik patykowilka, tyle, ze z piasku). Niby to tylko sto słów, a czuć napięcie, oraz niebezpieczeństwo. No i mamy też zaskakujące zakończenie, które drastycznie zmienia obraz tego, co widzimy przez cały fik. I nie jest to zakończenie całkiem z plota, a mające pewien sens w perspektywie całości. Do tego tłumaczy wiele (nie tłumacząc w zasadzie prawie nic), ale jednocześnie nie wyjaśnia tez wszystkiego do końca. Nie zabrakło też odobiny opisów, które pozwalają zobaczyć ten świat. Może nie widzimy jaki duży jest to bunkier, jak głęboko pod ziemią, ale samo stwierdzenie, ze jest to bunkier z dwoma kucami w środku wystarcza by móc go sobie wyobrazić. Tak samo te kilka słów o pustyni czy lesie. Może są pozbawione detali, ale wystarczają by sobie wyobrazić podróż bohatera. Czyli w zasadzie, w tej skąpej formie jest całkiem dobrze przedstawiona historia. Lez poza treścią, warto jeszcze rzucić okiem na formę. Tekst oczywiście jest schludny, ładny i pozbawiony błędów, czy literówek. Tak powinien wyglądać każdy tekst. A co do formy dzieła jako zbioru drabli, to muszę przyznać, ze w tym wypadku sprawdza się bardzo dobrze. Scenki ze sobą współgrają, tworząc harmonijną całość, a podczas lektury nie czuć za bardzo ograniczeń wynikających z krótkiej formy. podsumowując ten krótki komentarz, warto się z tym dziełem zapoznać w ramach pewnej ciekawostki i w ramach przyjemniej lektury. A autorowi gratuluję, bo stworzył coś naprawdę fajnego i wyjatkowego
  22. Interesujące dzieło, na interesujące czasy. Mimo kilku wad, czytało mi się je bardzo przyjemnie. Może nie jest idealne, ale z pewnością jest świeże. zarówno w 2013, jak i w 2020. Głównie za sprawą pomysłu. Głównym bohaterem tego fanfika jest nieco burkliwy i nieco szalony naukowiec, który postanawia zemścić się na całym świecie, za swoje nieszczęście. Ogólnie, sztampowy i często powtarzalny pomysł. Chyba częściej pojawia się tylko szalony wizjoner, który chce uczynić świat lepszy dla wszystkich. Moim zdaniem, tu nie jest to wadą. Bohater pozostaje ciekawy, a do tego ma bardzo dobry pomysł na realizację swojej zemsty. Otóż tworzy wirusa, który to docelowo ma zabijać tylko pegazy i jednorożce. To ciekawy pomysł.Zazwyczaj taki szaleniec ma po prostu antidotum dla siebie, które działa w stu procentach. Tak czy inaczej, wirus zostaje wypuszczony i robi swoje. Wybucha panika, kucyki umierają... normalna epidemia. Ale nasz doktorek postanawia, że pora ją zakończyć i pokazuje antidotum, jednocześnie zakładając jego fabrykę (na czym przy okazji zarabia grube miliony). I tu pierwsza, wielka pochwała z mej strony, za wspaniała nazwę dla jego firmy. Brightpharm. Cudowne nawiązanie, jak dla mnie. Do tego stopnia,.że zastanawiam się, czy nie powstało w głowie autora jeszcze przed fikiem. Epidemie udaje się jakoś opanować, nawet mimo mutacji wirusa (kolejny, świetny pomysł, który został zamknięty w odpowiednio ,,dużej" objętości tekstu) i wtedy dochodzi do czegoś, czego się z jednej strony nie spodziewałem, a z drugiej było strasznie przewidywalne. Otóż bohater się przyznał, że to on stworzył i wypuścił wirusa. Bo po rozmowie z klaczą, której nie widział od wielu lat. Aha. No i tu docieramy do kwestii dwóch zakończeń. Tego mniej złego i nowszego, bardziej złego. O ile to ,,nowe" zakończenie zdecydowanie bardziej pasuje do fanfika, o tyle to ,,stare" ma więcej sensu, biorąc pod uwagę, ze ruszyło go sumienie. Gdyby wykreślić to spotkanie z klaczą, albo gdyby bohater w swej przemowie nie wyraził skruchy, to może i byłoby to bardziej sztampowe, ale wtedy to nowe zakończenie byłoby tez bardziej logiczne. No ale cóż. Oprócz niezłej fabuły mamy też bardzo dobre opisy prac naukowca, opatrzonych oczywiście odpowiednim językiem. Autor musi znać się na szkle i ogólnie na pracy laboratoryjnej, albo po prostu trochę czytał, lub też studiował zbliżony kierunek, bo brzmiał przekonująco. Do tego taki język, wraz z opisami sprzętu dobrze buduje klimat w scenach badań. No i słówko o bohaterach. O głównym już coś niecoś wspomniałem, wiec jeszcze ksieżniczki (w zasadzie reszta bohaterów jest mało istotna, ale nie wydaja się upośledzeni w żadnym stopniu). Zarówno Celestia jak i Luna są nieco zmienione względem serialu. Ta pierwsza jest owszem opiekuńcza, ale też pozbawiona odwagi by przeciwstawic się siostrze. Druga z kolei wygląda na bardziej poważną i zdeterminowaną by dowieść swojej racji. Do tego stopnia, ze jest w stanie fizycznie zranić Celestię. Nie ejst to moze pomysł odkrywczy, ale moze być. No i podoba mi się, że Luna w pewnym momencie przestaje mówić wyszukanymi słowami i przechodzi w język potoczny. To jak dla mnie, kolejny, fajny element, budujący pogodzona ze śmiercią ksieżniczkę. Niestety fik ma tez swoje wady. Poza kilkoma literówkami i zbyt złożonymi zdaniami, mamy tez brak justowania i brak wcięć. Sytuacje ratują odstępy między akapitami (i to wprowadzone funkcją odstępu, a nie enterem). Więc owszem, przydałaby się temu wizualna korekta, ale to nawet w tej formie da się czytać z przyjemnością. Podsumowując, to nie najgorszej jakości dzieło, które całkiem fajnie pasuje do naszych czasów. Można mu poświecić chwilę, jak ktoś ma nadmiar wolnego czasu. I na koniec małą dygresja. Gdyby ten fik pojawił się w plagokonkursie, z tego roku, moim zdaniem miałby szanse na podium.
  23. Bardzo przyjemna komedia stworzona w bardzo nietypowy sposób. Bo zamiast normalnego opisu, czy rozmowy, mamy tu do czynienia z wymianą korespondencji. Bardzo ciekawy pomysł, który widzę po raz pierwszy. Ma to swoje plusy, bo nie trzeba pisać przemyśleń swoich bohaterów, czy opisywać pomieszczeń (wygoda dla autora). Czytelnik ma za to spore pole do popisu, jeśli chodzi o domyślanie się, jaką minę ma kuc, który to czyta, a także może się zastanawiać, czy dana część listu jest na przykład sarkastyczna, czy może raczej szczera? Można też na przykład rozważać, czy Twilight czytajaca słowa Celestii parska w kubek z herbatą, a może się czerwieni? Mówiąc krótko, sporo jest pozostawione czytelnikowi do domysłu. Z drugiej jednak strony, są tez drobne wady tego rozwiązania. Mamy dość ograniczoną ilość bohaterów (przy większej liczbie niż trzech, może czterech już się może zacząć robić chaos). No i jesteśmy tez ograniczeni rozmiarem samego fika, bo na dłuższą metę, wymiana listów może nużyć czytelnika. Ogranicza też temat, bo ile można do siebie o czymś pisać? Tu na całe szczęście udało się wykorzystać tylko zalety z pominięciem wad. Cały ten fik, to właśnie wymiana listów miedzy Celestią i Twilight. Dotyczy ona pewnej notatki ze szkicami, dołączonej do jednego z raportów lawendowej klaczy. Księżniczka odpowiada an to, że Twilight wcale nie musi się dzielić ,,wszystkimi" szczegółami swych doświadczeń z przyjaciółkami. I tu zaczyna się zabawa, bo wszakże list nie ma tylu ,,dodatków" (mimika, ton głosu, jakies gesty wykonywane podczas mówienia, szybkość mówienia) co mowa i odbiorca może chociażby wziąć żart na poważnie, albo uznać powagę za żart. Co też właśnie się tu dzieje. I tak wymiana listówprowadzi do stwierdzenia, że skoro zadna z nich nie żartuje, to obie padły ofiarami jakiegoś żartownisia. W tym momencie, moja pierwsza myśl powędrowała do pamiętnego odcinka, w którym to Rainbow wycinała kucykom żarty. W tymże odcinku, rzucała ona Spike'owi dodatkowe zwoje, a ten myślał, ze ich nie wysłał i wysyłał kolejne. Jeden z nich mógł zdecydowanie zawierać to, co wywołało całą tą konwersację. co więcej, mógł pochodzić z prywatnych zapasów Twilight. Mimo, że jest to logiczne (moim zdaniem), autor zaserwował nam tu inne, lecz bardzo ciekawe rozwiązanie,w postaci kartki, która ,,przypadkiem" wypadła z pamietnika Fluttershy, który to pamiętnik ,,przypadkiem" znalazł się w bibliotece. A czemu Fluttershy miała takie rzeczy w pamietniku? Cóż, obie korespondentki stwierdzają, że nie chcą wiedzieć. A cóż takiego jest na tej małej karteczce, która stała się motywem, wokół którego kręci się to niewątpliwie dobre i warte przeczytania dzieło? Przez to wszystko fik jest naprawdę zabawny i sprawia, że człowiek conajmniej się uśmiecha, próbujac wejść w skórę postaci. Zas jego zwieńczenie, chociaż moze nie odkrywcze, jest naprawde cudowne i świetnie finalizuje to dzieło. Jeszcze słowo o stronie technicznej. Ta jest bardzo dobra. Wprawdzie w dwóch miejscach zabrakło tabulatora, ale można to przeżyć. MAm tylko jedną wątpliwość względem tłumaczenia Tak więc mamy tu świetną komedię w bardzo ciekawej formie. zdecydowanie warto poświęcić jej kilka minut.
  24. Gdy zobaczyłem tag Steampunk moje serduszko się ucieszyło. To jest, moim zdaniem, niedoceniony i mało eksploatowany motyw, który wbrew pozorom daje wiele możliwości. Może to być steampunk w wersji dzikiego zachodu (jak moja, Wredna szóstka, albo też bardzo dziki zachód), może być taki trochę jak wiktoriańska anglia (tu kojarzy mi się Wolsung, choć on nie całkiem jest tego typu, oraz Dishonored), może być nawet steampunk połączony nieco z klimatami rosji, z czasów carskich... Słowem, ze steampunka można naprawdę wiele wycisnąć i stworzyć przepiękne, nie tylko wizualnie, dzieła, a także popuścić nieco wodze fantazji (parowe mechy, czy ekspresy do kawy. Jakieś protezy kończyn. Roboty. Nieśmiałe zalążki elektroniki lampowej. Mieszanka magii z technologią...). Słowem, Steampunk daje całą masę możliwości i rozwiązań. Dlatego też z przyjemnością zastanawiałem się, co też autor wybierze i co wymyśli. Dlatego też wrzuciłem to dzieło na samą górę kupki wstydu i sięgnąłem po nie gdy tylko nadarzyła się okazja. I tu następuje bardzo brutalne zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. To zderzenie można by przyrównać do rozpędzonego Big Boya (Union Pacific Series 4000), uderzającego w górę Rushmore (albo w Canterlot). Mówiąc wprost, ten fanfik jest zły. W negatywnym znaczeniu tego słowa. te siedem stron, to była niestety katorga, od której oczy bolały, a umysł wołał ,,Dlaczego mi to robisz?". Zacznijmy od początku. Otwieram dokument i widzę ścianę tekstu. Nie ma justowania, nie ma odstępów miedzy akapitami, nie ma wcięć, nie ma spacji po myślnikach (wiem, że powinny być to półpauzy, ale to naprawdę najmniejszy problem tego fika). Zagłębiam się w czytanie i widzę myślniki pozostawione na końcach zdań. Tak po prostu. Po niektórych jest nawet kropka. Do tego zdarzają się dialogi pomieszane z narracją. Znaczy, w ramach jednego akapitu potrafią się wypowiadać dwie osoby, poprzedzielane narracją dla obu. Jakby tego było mało, autor nagminnie stosuje trzy znaki zapytania i trzy wykrzykniki. Znaczy, są sytuacje kiedy można użyć więcej niż jednego, ale żadna z nich nie wystepuje na którejkolwiek z tych siedmiu stron. A tymczasem autor zastosował ten zabieg (więcej niż jeden wykrzyknik, lub znak zapytania) aż dwadzieścia razy. To boli. Tak samo bolą imiona postaci pisane w dziwny i nielogiczny dla mnie sposób Chyba tylko imię Fluttershy jest poprawne, ale mam wrażenie, że to może być przypadek. Nie obyło się też bez literówek i uciętych ogonków. W zasadzie, skłonny jestem stwierdzić, że w tym fiku popełniono chyba wszystkie możliwe błędy, jeśli chodzi o formę. I jeśli mówię to ja, czyli osoba, która ma drobne problemy z dostrzeganiem błędów i często potrafi na nie przymknąć oko, jeśli fabuła, opisy i postacie są dobre, to znaczy, że tu jest prawdziwa tragedia. Właśnie, fabuła, opisy i postacie. Wrzuce to do jednego wora tym razem, bo to będzie krótkie. Fabuły jest zalążek. Całkiem znośny. Może nie wybitny, ale całkiem znośny. Niestety ciężko coś wiecej powiedzieć, bo tekstu mało. Opisy są zdecydowanie za skąpe jak na steampunk. Steampunk aż się prosi o to by tu i ówdzie pokazać czytelnikowi wizję toczącą się w głowie autora. Tu niestety tego nie ma. No a postacie? Nie mamy z nimi wiele do czynienia. Jedyne co jestem w stanie powiedzieć, to to, że ich dialogi są drewniane. Może nie tragiczne, ale drewniane i wymagałyby poprawek (wraz z nartratorskimi wstawkami o towarzyszących im emocjach i przemyśleniach). Ale żeby nie było, znalazłem tam kilka dobrych, choć może nie odkrywczych pomysłów. Apple Bloom w roli asystentki Profesora (kimkolwiek on jest), to coś co by do tej postaci pasowało. Roboty? Czemu nie. W skyrimie były całkiem fajne (chyba dwemerskie) maszyny, które pasowały wyglądem do steampunku. Statek podwieszony na linach też niezły pomysł. No i obsadzenie złego bratem Profesora. Może nie odkrywcze i może trącące nieco sztampom, ale to rozwiązanie ma u mnie spory plus, bo pozwala tworzyć bardzo ciekawe rozmyślania o przeciwniku i budować postacie, poprzez wspomnienia, co z kolei może kontrastować z wizją narratora roztaczaną podczas scen z danym bohaterem. To niestety niewiele. Stanowczo za mało by jakkolwiek osłodziło ten tekst. Poza tym, przy obecnej formie obawiałbym się, czy te pomysły nie zostaną zmarnowane i zamienione w coś beznadziejnego i sztampowego. Zdecydowanie nie polecam tego czytać. To było... smutne. Smutne i męczące. Może nie bez powodu ten fik był zakopany w głębokich odmętach forum.
  25. Czytłem ten fik dawno temu. Wczoraj, korzystając z faktu, że był czytany na kąciku lektorskim, postanowiłem go sobie odświeżyć. I musze przyznać, że przez te pięć, sześć lat (czy ile to minęło od mojej ostatniej lektury) wrażenia się ani trochę nie zmieniły. To dalej jest cudowny i naprawdę śmieszny fanfik, który zdecydowanie każdy powinien poznać (a nie jakieś kupkejksy czy inne ,,słynne" dzieła tego typu). A już zwłaszcza każdy, kto zabiera się za pisanie. Bo pod tą cudowną i niezwykle śmieszną, komediową otoczką kryje się wbrew pozorom kilka rad. Ale po kolei. I uwaga na spoilery, bo może się ich kilka pojawić. Zacznijmy od fabuły. Mamy tu teoretycznie prostą historię o Twilight, która postanowiła napisać książkę (zapewne pierwszą w swym życiu, lecz tego wprost nie precyzują). I pewnie nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie wybrała sobie do pisania romansu. Tak, klacz, która całe życie sędziła jako uczennica Celestii, a potem jako bibliotekarka, bierze się za pisanie książki pełnej wzdychania, miłosnych uniesień i paru innych rzeczy, które budzą najróżniejsze uczucia u czytelnika (od rechotu, przez zażenowanie, az po wypieki. Co więcej, bierze się za to, bez żadnych, własnych doświadczeń. Oczywiście spowiada się też z tego Rarity, która to zostaje prereaderem (i razem z Fluttershy będzie pełnić tą rolę, pokazując, jak niełatwe jest to zadanie) Oczywiście powieść jest jakościowo, jaka jest i przyjaciółki muszą jej o tym powiedzieć. A konkretnie jedna, wmanewrowana w to Fluttershy. Obsadzenie margaryny w roli krytyka literackiego i posła złych wieści to cudowny zabieg, który dzięki serialowej kreacji samej postaci, powoduje ciekawy efekt i pcha fabułę na nowe, jeszcze dziwniejsze tory. Twilight posłuchała tej rady i w efekcie powstał ,,cudowny" wręcz tekst pełen ciekawie podanego romansu. Napawał on dumą autorkę do tego stopnia, ze postanowiła go publicznie przeczytać. Bo przecież jej koleżanki się nie skarżyły, a ona z pewnością stworzyła wielkie dzieło. Takie, którym cały świat będzie się zaczytywał. No i na samym końcu prawa wychodzi na jaw niczym wampir na żer. A co gorsza, na odczycie tego ,,dzieła" była Celestia, rodzice Twilight (to stary fik, więc Night Light nie miał jeszcze oficjalnego imienia i jest Orionem), Cheerlie z dwiema uczennicami i cała masa kucyków z Canterlotu. wspaniała publika dla takiego odczytu. Poza fabułą, siła tego fika drzemie jeszcze w dwóch punktach. Pierwszym z nich są oczywiście postacie. Poza oczywiście typowym molem książkowym w osobie Twilight, mamy tu Rarity, Fluttershy i Rainbow Dash. Tyle przynajmniej z głównych postaci, bo pod koniec pojawia się jeszcze kilka, by odegrać mniejszą, lub większą rolę w tworzeniu tła. I w zasadzie każda z czterech bohaterek zachowuje się typowo serialowo, choć jest nieco rozbudowana na potrzeby tego fika. Twilight zachowuje się dokładnie jak w pierwszych sezonach. Raczej cicha, pochłonięta swymi okołoksiążkowymi pasjami i kompletnie niemająca pojęcia o bardziej życiowych sprawach. Jednoczesnie postanawia pisać, wybierając jeden z trudniejszych, moim zdaniem, tematów, czyli romans. Coś kompletnie do niej niepodobnego. Fluttershy jest cicha, niepewna i zdecydowanie obawia się wyrażać własne zdanie jeśli czuje, ze mogłoby ono kogokolwiek urazić (nawet jak go nie ma w tej scenie). Jednocześnie okazuje się, ze urocza, cicha margaryna jest specjalistka od romansów Nie spodziewałbym się tego po niej. Prędzej po Rarity. A skoro już o niej mowa, to jest ona logiczna (najlogiczniejsza z trójki przyjaciółek Twilight) i w zasadzie najbardziej rozsądna. Teoretycznie niczym nie różni się od serialowej Rarity. W praktyce ma kilka ciekawych i złośliwych myśli No i jest jeszcze nieco niedojrzała i narwana Rainbow, która ma zupełnie inne podejście do tego tematu. Jej się ten romans nawet podobał. Bo segz i tak dalej. Poza tym, polubiła przystojnego, czadowego bohatera o pryzmatycznej grzywie. Najmniej tez odbiega od serialowej konwencji, jaką znamy z pierwszych sezonów. No ale w zasadzie nie musi. Do tego fika wystarczyło żeby zwyczajnie rozwinąć jej cechy i przywary. Dzięki temu robi za całkiem niezły kontrast dla Rarity i Fluttershy, wprowadzając przy okazji kolejny punkt, wokół którego mogą tworzyć się relacje i zabawne dialogi. Jest jeszcze pojawiająca się na końcu Celestia, która pociesz na końcu Twilight i mówi to, czego bały się jej powiedzieć przyjaciółki. Jest przy tym bardzo wyrozumiała, jak na tysiącletnią władczynię przystało. W zasadzie, mogłaby rzucić kilka złośliwych i pikantnych komentarzy, ale to by moim zdaniem zaszkodziło końcówce. Trzecią siła tego fika są fragmenty romansu napisanego przez Twilight. W zasadzie, to są one pierwszą i główną siłą tego fika, wokół której zbudowano resztę, ale trzecia siła jaką wymieniam. Widziałem naprawdę sporo dziwnych tworów w sensie erotycznym i nie tylko. Ale tu, autor (i później tłumacz) podali nam coś tak przerysowanego i przeintelektualizowanego, że po prostu zwala z krzesła To prawdziwy majstersztyk, który wywołuje salwy śmiechu i najróżniejsze reakcje u grupy prereaderek , zmuszonych by czytać wypociny swej ambitnej przyjaciółki. Zdecydowanie autor zasługuje na uznanie, za takie opisanie tego tematu i stworzenie czegoś, co w innych okolicznościach byłoby potworkami, a w tych cudownie prześmiewa temat. Jeśli chodzi o formę, to tekst jest ładny, schludny i porządnie sformatowany Nie ma nic co odbierałoby przyjemność z czytania tego, prześwietnego dzieła. W zasadzie, można by co najwyżej dodać dodatkową, pustą linijkę przed i po ***, żeby jeszcze wyraźniej rozdzielić sekcje, ale nie jest to coś, co jest absolutnie wymagane. Samo tłumaczenie też stoi na wysokim poziomie. Angen pewnie sporo się napracował by te cudowne opisy Twilight brzmiały równie śmiesznie po naszemu. Jedynie raz miałem wątpliwość. Nawet nie zastrzeżenie, a wątpliwość. Mianowicie, w fiku występuje wiosło (w oryginale Paddle). Miałem wrażenie, że rzeczony przedmiot ma inną nazwę w naszym języku, lecz nie mogłem jej niestety znaleźć. Na zakończenie dodam, ze w tym fanfiku skryta jest lekcja dla nas wszystkich tutaj. Zarówno lekcja dla prereaderów, którzy czasami muszą mieć odwage powiedzieć piszącemu przyjacielowi prawdę, jak i dla pisarzy, ze to co uważają za wielkie dzieło, które zatrzęsie światem pisarskim, może takie nie być. Zdecydowanie uważam, że ten fik to perełka, a nawet diament, który naprawdę, naprawdę warto przeczytać. Być może nieco za dużo zaspoilerowałem, ale tam dalej są smakowite kąski, które zwalą was z foteli. Czytanie tego fika na głosowym (tak, byłem czytającym i powiem wam, ze najtrudniejsze, moim zdaniem, było nie śmiać się podczas czytania tego) i późniejsze słuchanie było naprawdę cudowną zabawą. Polecam go każdemu, rękami i nogami. A do tego, głosuję na Epic. I swoja drogą, chętnie przeczytałbym całą ,,Osobliwość" napisaną przez Twilight (znaczy ten romans, który pisze w tym fiku Twilight). To mogłoby być niezłe doświadczenie.
×
×
  • Create New...