Skocz do zawartości

Sun

Brony
  • Zawartość

    1599
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    63

Wszystko napisane przez Sun

  1. Kolejny kawałek kresów za mną, to pora i na komentarz. Tym razem trochę inaczej, bo każdy z tych kilku fików doczeka się krótkiego komentarza. Piątek trzynastego Niewiele poprzednim razem wspomniałem o Fenrirze najemniku, bo pisząc poprzedni komentarz już czytałem to dzieło i postanowiłem się wstrzymać. Tak czy inaczej, w Equestrii Fenrir trafił szczęśliwie. Jako kuc bez szkoły, zawodu, rodziny czy kasy, mógł skończyć na kilka sposobów. Adept najemników to na pewno lepsza opcja niż trup czy ogier negocjowalnego afektu. Trochę jednak szkoda, że tych scen z życia najemnika tak relatywnie niewiele. Rozumiem, że ideą było raczej pokazanie, że Fenrir nie realizuje się jako najemnik, bo ma mało zleceń i słabe, oraz degradującego wpływu Spicy. Swoją drogą, to dobrze napisana postać, służąca do bawienia czytelnika i irytowania głównego bohatera, choć jej finałowa motywacja faktycznie jest nieco dziwna. Fenrir ma rację, że ona ma coś nie ten teges pod grzywą. Z drugiej strony, nie mogę powiedzieć by Spicy była źle napisana. Jest konsekwentna w swych poglądach, a jej motywacja nie kłóci się z zachowaniem. To faktycznie jest dobrą motywacją by zostawić najemników i szukać szczęścia gdzie indziej. Osobiście wolałbym jednak zobaczyć zdecydowanie więcej Fenrira jako najemnika. Jak zaczyna szkolenie, jak musi po raz pierwszy sprać dłużnika i jak się z tym czuje. Jak, dajmy na to, okrada gościa, którego wcześniej widział w rodzinnej sytuacji. Druga rzecz, co do której mam w tym fiku wątpliwości, to wielkie szczęście Fenrira. Pomijając już, że jako najemnik wychodzi cało z zasadzki (i chyba bez ran), to gdy tylko zaczyna myśleć o zmianie swojego zawodu, trafia się oddział łowców, a do tego w mieście pojawiają się pogromcy najemników, skłaniający go do podjęcia decyzji. Wprost idealna sytuacja dla pegaza. Z drugiej jednak strony, nie widzę powodu by nie dać mu trochę tego szczęścia. Wszak początek życia miał kiepski. To nie jest zły fik. Wprost przeciwnie, jest nawet dobry. Na solidnym, wysokim poziomie Kresów. Spodziewałem się jednak czegoś innego. Ale cóż, może jeszcze dostanę jakieś wspomnienia Fenrira z czasów jak był najemnikiem. Takiego Fenrira opowiadajacegosynkowi o swoim pierwszym dniu w pracy... To tylko sekret. Wreszcie Gelgia dostaje czas antenowy. Czekałem na to, bo od pierwszych rozdziałów zdawała się być klaczą inteligentną, która może co nieco zmienić, niekoniecznie będąc na pierwszej linii fabuły. I oczywiście nie zawiodła. Nie dość, że poznajemy ją bliżej i nieco więcej jej matkę, to jeszcze mamy w fajny sposób wprowadzone zebry i fragment ich kultury, oraz magii w postaci szkatuły. Fajny koncept i fajny artefakt. Nie szkoda mi jednak, że Gelgia nie potrafiła o niego zadbać. Bohaterowie nie zawsze muszą sobie dobrze radzić z tym, co rzuca im los. Zwłaszcza, że ta szkatułka dawała sporą władze temu, kto odpowiednio jej użyje, ale też wymagała pewnej odpowiedzialności. Ani na jedno, ani na drugie Gelgia zdaje się być nie gotowa. Same sekrety ze szkatułki były trochę niepokojące. Zwłaszcza ten drugi, bo pierwszy to świetna okazja by zademonstrować moc artefaktu i pokazać kawał świata zebr. Zastanawiam się też, gdzie się podziała szkatułka i co z tego wyniknie. I czy jeszcze się w ogóle pojawi. Sam fik mi się podobał i czytało mi się go rpzyjemnie. Tajemnica Białego Bazyliszka Przyznam, to był trochę dziwny fik. Nie zły, tylko po prostu trochę dziwny. A przynajmniej dziwna jest ta część, w której Fenrir musi się wydostać z jaskini. Wydaje mi się to kompletnie nie pasować ani do dotychczas czytanej fabuły, ani do świata. Zupełnie jakby to była część innego fika. Wędrówka po tej dziwnej jaskini (czy to fizyczna, czy duchowa) również jest jak dla mnie trochę zbyt chaotyczna i po prostu… no, nie czułem by była całością z resztą kresów. Scena końcowa, kiedy Fenrir przypadkiem spotyka kogoś, kto przeżył to samo też budzi moje wątpliwości. Głównie dlatego, że jest, moim zdaniem, za szybko. Gdyby była kilka rozdziałów później, przy okazji przypadkowej rozmowy i innego wątku a do tego gdyby ją kawałek pociągnąć, byłoby to lepiej. Za to fragmenty rozgrywające się poza jaskinią to świetne sceny z życia łowców. Rozmowy, dyskusje… i oczywiście wspaniałe przechwałki i docinki Bottomless Poucha. Muszę przyznać, że bawią mnie jego rozmowy z Fenrirem, co to on nie może i co to nie robił z klaczami. Pewnie część tego to nieprawda, ale co z tego. Wspaniały erotoman-gawędziarz. Trochę irytujący dla innych bohaterów, ale dobrze rozładowujący napięcie. W sumie nawet bym chciał żeby wrócił i podrażnił Fenrira, że se wreszcie kogoś znalazł, ale tylko jedną i skoczyłby w bok, albo namówił ją by zaprosiła koleżanki do domu… Walkę opisano całkiem spoko. Z odpowiednią dynamiką i wyważeniem. Tu też dobrze było widać pewne wady magii jednorożców, pod postacią konieczności przygotowania zaklęcia. To fajnie równoważy trzy rasy. Ogólnie, to dobre. Aczkolwiek, moim zdaniem jedno ze słabszych, spośród tych, które dotychczas przeczytałem (winię wysoki poziom kresów ). Wolałbym tu widzieć więcej tropienia, poszukiwania i może dyskusji o stworach (bo to co kupiec nazwał bodaj bazyliszkiem, wcale nie musiało nim być), a mniej tej jaskini. Ołowiany Gleipnir Klasyczna (tak myślę) fabuła rozgrywająca się w liceum. On ciamajda, nie najlepiej się uczy, jest pośmiewiskiem. Podkochuje się oczywiście w jakiejś klaczy (nie jest to jednak samica alfa, albo beta aspirująca do alfy, lecz szara myszka z dołu hierarchii szkolnej), ale nie bardzo wie jak zagadać, jednak w końcu daje radę. I zapewne gdyby nie ten wypadek na lekcji alchemii, to byłby to całkiem zwykły fik o relacji dwóch kucy w szkole. To, co wyróżnia ten fik spośród podobnych fabuł (poza tamtym wypadkiem), to ponadprzeciętna gamoniowatość Glejpnira. Momentami byłem nawet skłonny uznać ją za irytującą, ale z drugiej strony, nie jest ona pozbawiona sensu. W końcu to przybysz z obcego kraju który nie miał chyba żadnych znajomych i przyjaciół, żadnej miłostki, a jego edukacja też była raczej ograniczona. Zastanawiam się nawet, czy on się bawił z innymi dziećmi w Neighfordzie? Poza tym, ta gamoniowatość fajnie działa w jego rozmowach z bardziej ogarniętym kumplem i samą Wise Glance. Wyróżnia go też ten wypadek i jego efekty. Spodziewałem się, że Glejpnir nie będzie specjalnie chciał używać nowej zdolności, ale nie spodziewałem się, że tak zostanie do końca, ani, że ogier nie będzie nawet próbował powtórzyć wypadku, by mieć moc i móc ewentualnie w przyszłości bronić swojej ukochanej, czy jej zaimponować. Fajne rozwiązanie. Postać Wise Glance też bardzo spoko. Dobrze napisana i całkiem przyjemnie się obserwuje jej losy. Ogólnie, fik OK, trzyma poziom. Nikt nie jest doskonały Wreszcie jakieś spotkanie Fenrira z kimś z rodziny. W odpowiednim, zdaje mi się momencie. Widać jaka zmiana w nim zaszła i w sumie jaka zmiana zaszła w Glejpnirze. Zwłaszcza ten pierwszy wygląda jakby postarzał się dwa razy ponad wiek i niekoniecznie kroczy właściwą drogą. Przynajmniej według kuzyna. Ogólnie, co tu dużo mówić, fajny przerywnik, konfrontujący dwóch pozytywnych bohaterów i splatający dwie idące równolegle linie fabuły. Samotny pegaz na rozdrożu Z miejsca polubiłem w tym fiku Silkflake, za jej bezpośredniość, otwartość i kilka ciętych uwag. Dobrze dla Fenrira, że ona nie ma aparycji Doris z drugiej części Shreka. Z drugiej jednak strony, to co zrobiła było jednak bardzo nieodpowiedzialne. Zaprosiła obcego, śmierdzącego pegaza do własnego domu. Odnoszę wrażenie, że zrobiła to nie tylko dlatego, że jest altruistką, ale też dlatego, że zrobić na złość rodzicom (a w zasadzie samej matce). W końcu Fenrir jest przeciwieństwem tych wszystkich, których matka jej przysyłała. Ogólnie, ich relacje śledziło się całkiem przyjemnie. Chyba lepiej niż podchody Glejpnira do Wise Glance, choć tamta wersja pierwszego kontaktu wydaje mi się bardziej realistyczna. Tym niemniej, ta dwójka do siebie pasuje i tworzy okej relację. W każdym z tych opowiadań dostałem to, czym Kresy mnie tak ujęły i zachęciły do siebie. Mianowicie dobrze stworzony, żyjący świat, dobrze napisane, kilkuwarstwowe postacie i przyjemną, całkiem logiczną fabułę, a nawet trochę zabawnych sytuacji. Wciąż polecam i czytam dalej. A czy na coś czekam? Tak, na wspomnienia Fenrira najemnika, może coś z przeszłości Alberta i więcej tego samego. I może aktualizacja pliku z chronologią
  2. O matko, przegapiłem komentarz. I to jeszcze od Dolara. W zasadzie, korzystając z okazji chciałbym ci tu @Dolar84podziękować. Nie tylko za komentarz, ale też za to, że to dzięki tobie ten fik powstał. Nie pamiętam czy kiedykolwiek to mówiłem publicznie, ale inspiracją do wrednej Szóstki był fik, który zacząłem (i niestety nie skończyłem) pisać na jeden z konkursów. Konkretnie na edycję Punk (ten na 100k słów). Wprawdzie był on o czymś zupełnie innym i trochę bardziej w stylu Bardzo dzikiego zachodu, ale miał te trzy najważniejsze elementy (czyli anthro, steampunk i western). Gdzieś go nawet mam, więc może kiedyś się pojawi. Cieszę się również, że fik się spodobał. Mam też nadzieję, że reszta trzyma podobny poziom. Tak w zasadzie, to już ro zrobiłeś, bodajże przy okazji dwóch konkursów.
  3. Nareszcie nadeszła pora, że zabrałem się za lekturę Kresów. Nie będę ukrywał, długo się przed tym wzbraniałem. Niesłusznie, jak widzę, bo Kresy to naprawdę dobry fik. Swój komentarz ograniczę do pierwszych czterech opowiadań, które dotychczas przeczytałem. Na pozostałe przyjdzie pora później. Pierwsze co mnie urzekło w tym fiku i urzeka dalej, to wspaniale wykreowany świat, który żyje i ma swoje własne problemy, a które oczywiście bezpośrednio lub pośrednio dotykają bohaterów. Weźmy chociażby biedę i niestabilność Neighfordu. Dlatego Albert musi trzymać wszystkich twardo, by mieszkańcy mogli powoli poprawiać swój byt i budować lepsze państwo. Wpływa to też na to, jak traktuje własną rodzinę i jak wiele od niej wymaga. Z tego samego powodu Equestria jawi się bohaterom jako wspaniała kraina mlekiem i miodem płynąca. Ale z biegiem czasu i wydarzeń nasi bohaterowie odkrywają jak złożony i nie aż tak spokojny jest to świat. Już na początku widać też, że kucyki mają uprzedzenia do innych ras, czy swoje własne poglądy na daną sytuację. Albert ma na przykład dość niskie mniemanie o pegazach (których tam nie ma zbyt wielu), podszyte może stereotypami, a może własnymi doświadczeniami. I to wpływa na to, jak traktuje Fenrira. Zaś w rozdziale poświęconym szkole Glejpnira czuć niechęć do niego, ze strony innych uczniów. To wszystko sprawia, że ten świat wydaje się być realistyczny i ma głębię, co tylko przydaje bohaterom. A skoro o bohaterach mowa, to w zasadzie pierwsze cztery rozdziały, to przedstawienie bohaterów, oraz ich umieszczenie na początku ich drogi. Pierwsze skrzypce gra tu raczej Fenrir. Na początku widzimy jak mu ciężko od samego początku, jak musi pracować od młodych lat i jak jego wujek go nie lubi. Nic dziwnego, że chłop zwiewa i postanawia szukać szczęścia w ,,mlekiem i miodem płynącej" Equestrii. I oczywiście trafia w tylko teoretycznie lepsze miejsce, czyli do najemników. Przyznaję, ma chłop kiepski start, ale to fajnie buduje tą postać, a poza tym, naprawdę wpływa na jeog decyzje i w sumie będzie się za nim ciągnąć. Jego kuzynostwo, czyli Gelgia i Gleipnir są w trochę lepszej sytuacji. Startują z wyższego miejsca i mają łatwiej. Choć też nie łatwo. Młody Glejpnir uzyskuje nawet szansę edukacji w dziedzinie magii, za granicą. Swoją drogą, całkiem fajny, klimatyczny rozdział o tym, jak ktoś z innego kraju może się czuć przyjeżdżając za granicę na studia. No i Silkflake. Początkowo zdaje się ona niezbyt pasować do historii o mieszkańcach Neighfordu, ale po jej relacjach z rodziną, marzeniach i zakończeniu jej historii można się domyślić jaka odegra rolę. Przyjemna postać marzycielki (zaradnej), którą od razu da się lubić. I jeszcze na koniec, poboczna postać, której też chcę poświecić kilka słów. Mianowicie Albert. To dobrze wykreowany wódz miejsca, którym przyszło mu zarządzać. Jest twardy i trochę despotyczny, ale jestem skłonny zrozumieć jego motywację, bazujacą na jego wiedzy i pragnieniach. Nawet jego stosunek do dzieci wynika z troski (źle wyrażonej) i własnej wiedzy o świecie. Można owszem się przyczepić, ze z pragmatycznego punktu widzenia źle rozegrał relacje z Fenrirem (niekoniecznie źle z własnym bratem), ale fakt, że uprzedzenia i poglądy Alberta biorą górę nad zimnymi kalkulacjami tym lepiej kształtują tą postać. Przyznam nawet, że ten despota ujął mnie na tyle, że chciałbym zobaczyć jego własny fik. Może taki, w którym widzimy jak zdobył władzę w Neighfordzie i jak założył rodzinę. Co do opisów, to są one moim zdaniem akuratne. Wystarczająco rozbudowane by zbudować klimat, oraz pozwolić by czytelnik sobie wyobraził co się dzieje wokół. Doskonale też współgrają z rytmem opowieści, zajmując jak dla mnie tyle miejsca ile powinny. Dało się poczuć zarówno klimat raczej surowego i niebogatego Neighfordu, jak i szkoły magii w Equestrii, czy rodzinnego domu Silkflake. Świetnie też oddawały emocje i atmosferę otoczenia. Podczas rozmowy Glejpnira z tym jego kolegą ze szkoły dało się wyczuć niechęć do przyjezdnego jednorożca, wynikającą z jego pochodzenia i rodziców. Kolejny plus jak dla mnie. I na koniec dwa słowa o formie, bo to też wypadałoby skomentować. Tu również jest bardzo dobrze. Tekst czyta się przyjemnie, bez żadnych zgrzytów, błędów, czy literówek. Powiedziałbym wręcz, że się przez niego płynie. Gorąco polecam i czytam dalej. Bo to naprawdę dobry fik, który ma to, co trzeba. Świetny świat, i wspaniałych bohaterów.
  4. Gdybym miał podsumować tego fika jednym zdaniem, powiedziałbym: za krótki. Stanowczo za krótki. Jest tu kilka ciekawych pomysłów i rozwiązań, ale niestety nie są one rozwijane. Są po prostu wrzucone, jakby w nadziei, że samo coś z nich wyjdzie. Weźmy chociażby ten gigantyczny statek. On sobie jest i tyle. Owszem, jego komputer gada, ale jakoś nikt nie pyta, jak to lata, nikt nie marudzi, że zasłania słońce, nikt nie panikuje jak takie wielkie coś zawiśnie nad miastem i żaden pegaz nie robi sobie z tego legowiska. Nie ma nawet przypadków, że komputer zidentyfikuje pegaza (albo smoka) jako zagrożenie i ostrzela. Przecież tu jest olbrzymi potencjał dla budowania statku, czy relacji. Kolejne zastrzeżenie mam do wszystkich problemów jakie napotyka główny bohater (poza głównym). Otóż rozwiązuje je w trymiga. Zostaje kucem i od razu zaczyna chodzić. Latać się uczy w trymiga (po znalezieniu nauczycielki) i nie popełnia potem problemów. Co więcej, ma kondycję by przelecieć spory kawał Equestrii kiedy mu się zachce. Kryształ też zdobywa dość łatwo. Relacje miedzy postaciami też niestety są bardzo spłycone. Sunset bardzo szybko ufa przybyszowi (jak z resztą wszyscy) i bardzo szybko się w nim zakochuje. A jeszcze szybciej mu wybacza, że ściągnął ją z innego świata i naraził na prawne nieprzyjemności. Celestia też za łatwo mu powierza los Sunset. Nie ma też nikogo, kto byłby źle nastawiony. Poza Celestią, która się wnerwia, gdy ta istota atakuje, bo twierdzi, że to ten człowiek ją sprowadził. Wracając jeszcze do Sunset, przez cały fik nie jest poruszana kwestia świata, z którego została sprowadzona. Przez cały fik bohater nawet nie myśli o tym, ze może łatwiej jemu przenieść się do jej świata, niż ściągnąć ją do siebie. W ogóle kwestia tego, że przybyła z jeszcze innego świata nie była poruszona. Żadnych pytań, co tam robiła, jak się tam znalazła, czy coś. Niepowalające są też opisy. Owszem, na początku sporo technikalii, ale potem robi się opisów coraz mniej i mniej. Zwłaszcza w miejscach gdzie jest czas i okazja by się rozwinąć w tej materii. Ale żeby nie było, że tylko narzekam, są fajne rzeczy. Sam koncept jest spoko (szkoda, że niewykorzystany). Początkowe opisy technologii nawet dają radę. No i jest jeszcze Norman (statek), którego nawet da się lubić . Wprawdzie jego zyskiwaniu świadomości też brakuje opisów i czasu antenowego, ale mimo to, jako komputer pokładowy jest spoko. Nie wiem nawet, czy nie jest najciekawszą postacią w fiku. I jeszcze zdanie o stronie technicznej. Źle nie jest, ale mogłoby być trochę lepiej. Są błędy i niekiedy słownictwo mogłoby być trochę bogatsze. Czy polecam? Jako źródło kilku ciekawych pomysłów na HiE, to może trochę, ale jako fanfik sam w sobie, to nieszczególnie. To, maksymalnie, średnie dzieło. Wprawdzie z potencjałem, ale zabitym przez wspomniane braki.
  5. Odkopuję po raz kolejny, bo też uważam, że warto. To prosta, krótka, randomowa komedia. Żarty nie są wysokich lotów, a do tego opisy istnieją najwyżej szczątkowe i tylko do tego by bawić. Ale przecież tego tu nie trzeba. Mamy trochę poryty, ale cudowny humor, żarty wynikają jeden z drugiego, a do tego, dzięki pędzącej akcji wszystko jest jeszcze bardziej szalone. Polecam, to naprawde modelowy kawał randomu i do tego świetny HiE
  6. Musze przyznać, że to nawet całkiem ciekawy kawałek fika. Wprawdzie jeszcze niewiele się dzieje ( po tej objętości nie wymagałbym cudów), ale można tu wyczuć jakieś podwaliny klimatu i wielkich wydarzeń, w które wpleceni są początkowo niepozorni bohaterowie. Jest jakiś konflikt, jakaś wojna, o której niespecjalnie coś wiadomo i jest grupka kucy, które spotykaja się po drodze, zmierzając na front. Przyznam, że początkowo zaśmierdziało mi to Achają, zwłaszcza, że od pierwszej strony widzimy czarnego alikorna płci żeńskiej, ale na całe szczęście dalszy ciąg nie zapowiada jakiejś przeróbki tegoż dzieła. Swoją drogą, podoba mi się, że ta alikorn nie przepada za magią. Fajna, negatywna cecha bohaterki, nad którą może pracować i z którą może walczyć. Z pozostałych bohaterów rzuca się w oczy jeszcze podmieniec, ale to dlatego, że miał swoją dłuższą sekwencję, podróżował ze swoimi oficjalnymi wrogami i nazywał inne podmieńce zdrajcami. Pozostali nie zapadają w pamięć, ale może z czasem się to zmieni. Wracając do świata i fabuły, to niewiele tu mogę powiedzieć ponad to, że jest tu wizja czegoś epickiego z kilkoma wątkami. Ambitnie. I bardzo ryzykownie. Łatwo jest się zaplątać, albo stworzyć za dużo wątków. Ale jestem dobrej myśli. Są też wady niestety Forma nie jest najlepsza. Owszem, błędów nie zauważyłem zbyt wielu (aczkolwiek w tym jestem kiepski), ale odniosłem wrażenie, że jest sporo powtórzeń. Język też nie jest zbyt bogaty. Miejscami nawet za prosty, co burzy klimat. Czasami brakowało mi również szerszych opisów. Na przykład scena walki mogłaby być bardziej rozbudowana z szerszymi opisami i większą ilością rozważań bohaterki. Akcja podmieńca też się prosiła o większe rozbudowanie i może rozwinięcie jego interakcji z tym drugim. Ogólnie, debiut spoko, chętnie będę czytał dalej, bo jest tu potencjał na coś przyjemnego.
  7. I kolejny rozdział wpada Rozdział XL⠭ : Immortalizacja Tym razem akcja dzieje się już po zakończeniu Crisisa. Jednak, moim zdaniem, nie spoileruje nic z fabuły oryginalnego Crisisa. A jeśli ktoś się zastanawia, co to za dziwne oznaczenia numerów rozdziałów, to spieszę z wyjaśnieniem. Są to rzymskie ułamki (o podstawie 12). Przynajmniej jedna z wersji zapisu, jeśli dobrze mi się udało wyszukać w internecie. Chciałem zachować system numeracji zgodny z oryginałem Crisisa.
  8. Kolejna aktualizacja fika. Wiem, ze trwało to długo, ale w połowie pisania wywaliłem koncepcję do kosza, bo stwierdziłem, że motywacja antagonistów mi się nie spina. Dlatego zmieniłem koncept i przeciwników. Dalej nie jestem do końca zadowolony, ale po ponad roku pisania i narzekania nie jestem w stanie nic lepszego wymyślić. Appleloosa[Anthro][Steampunk][Western]
  9. Sun

    Cześć jestem nowy

    Był to fik konkursowy, więc nie ma własnego wątku. ale jest tu: https://mlppolska.pl/topic/13424-sunowe-fanfiki-konkursowe-gradobicie-iiseria
  10. Ech ta skleroza. Chyba już dobrze. Tak, rozdziały bonusowe wyszły względnie niedawno (styczeń 2020) i są osobnym fikiem na fimfiction. Swoją drogą, Ganon mocno rozbudował swoje uniwersum od swojego powrotu
  11. To są bonusowe rozdziały do fanfika Crisis Equestria. Sam fanfik można znaleźć w dziale MLN (stąd brak linku do forum), czy na FGE. Zawierają pewne spoilery z fików: Crisis: Equestria, oraz Crisis: a Royal Affair. Jednak niewielkie. Fanfik skupia się na losach Królowej Blackburn oraz Lockwooda i trochę je rozbudowuje. Nie zabraknie też kilku innych, znanych z Crisisa postaci. Rozdział XXVIIIS: Interludium Rozdział XL⠭ : Immortalizacja Rozdział XLS⠂: Inamoracja Rozdział XLS:·: : Idol Oryginał
  12. Ach, pingwiny... Trzeba przyznać, że Dream Works stworzył naprawdę fajne i klimatyczne postacie, które nasz dubbing świetnie udźwiękowił. Nic dziwnego więc, że powstał crosover kuców z pingwinami. I to całkiem dobry (szkoda, że niedokończony). Jeśli chodzi o fabułę to jest klasycznie. Wynalazek Kowalskiego zawodzi i szóstka pingwinów (tak, mamy dwóch dodatkowych, do których wrócę) trafia do Equestrii, gdzie panuje miłość, pokój i nie ma komu przyłożyć. Słowem, mimo braku lemurów, nuda. Oczywiście są powitani przyjęciem id alej mamy klasyczną akcję, jakiej można się spodziewać. Pingwiny chcą wrócić, Mane6 chce im pomóc, a w międzyczasie pojawia się problem (w postaci Discorda), który wspólnie rozwiązują i lepiej się poznają.Choć niezbyt podobał mi się ostatni rozdział. Znaczy, napisany był poprawnie, przyjemnie, z odpowiednią dawką pingwiniej przemocy, ale sam koncept mi osobiście nie leży. Jedyny problem polega na tym, że całość rozgrywa się za szybko. Sama walka z Discordem, któa jest materiałem na dobrych kilkadziesiąt stron, zamyka się chyba w piętnastu. Nie mówiąc o tym, że ekipie kuczo pingwiniej idzie stanowczo za łatwo. Tak samo próby odesłania pingwinów idą za szybko. Tak czy inaczej, jest spoko, ale zdecydowanie prosiło się by to rozbudować. Co do postaci, to mane 6 było ok, tak jak w serialu. Ale są one tam tylko po to, byśmy mogli oglądać pingwiny w ilości sztuk sześciu. Bo oprócz klasycznej, dobrze znanej (i dobrze opisanej) czwórki, autor dodał dwóch nowych: Szkota i Polaka, którzy są agresywni, skorzy do bicia i picia i nierzadko się kłócą. Ekipa Skippera opisana jest bardzo dobrze i realistycznie. Dobrze oddano ich cechy charakteru, znane z serialu i filmów. Zaś dwóch dodatkowych ładnie wpasowuje się w klimat i nie odstaje od pozostałych. Ich relacje z innymi postaciami też nie wypadają sztucznie. Zastrzeżenie miałbym do opisów. Myślę, ze można by je jeszcze bardziej rozbudować i fik by zyskał. Poza tym, z powodu dość skąpych opisów, fabuła rozgrywa się trochę za szybko. Strona techniczna wymagałaby trochę poprawek, ale naprawdę, tragedii nie ma . Jak najbardziej da się to czytać i czerpać z tego radochę. Ogólnie, polecam. Nie jest to fik idealny, ale przyjemny. Ma prostą fabułę i prosty humor, ale to wszystko dobrze ze sobą współgra.
  13. Ciekawa scenka, nie powiem. Przyjemnie napisana, z całkiem realistycznymi, moim zdaniem relacjami miedzy kucami i dobrym budowaniem postaci kanonicznych. Zreformowana Tempest zostaje zaproszona na herbatkę i poznaje tam innych, zreformowanych przeciwników Twilight, którzy opowiadają jej pokrótce, czemu byli źli, jak byli źli i co ich zmieniło. Całość zgrabnie i uroczo opisano (oraz przetłumaczono), tak, zę aż czuć klimat serialu. Niestety tylko scenka. A szkoda, bo temat aż się prosi o rozbudowę i okraszenie kilkoma żartami i niedopowiedzeniami. Takie coś jak spotkanie AA, gdzie byli przeciwnicy mogą sie lepiej poznać, podogryzać sobie i może podrażnić Twilight. Mogliby się też zaprzyjaźnić i na przykład zostawić Twilight, przenosząc się z imprezą w ciekawsze miejsce. Było wiele opcji jak to naprawdę szeroko rozbudować. Ogólnie, to całkiem uroczy i nawet przyjemny fik, ale zdecydowanie widać, że autor nie wykorzystał w pełni tematu. Szkoda.
  14. Tajemnicza istota w Equestrii, Mane 6, tag Human i fandom łupany to często przepis na niesmaczny, nieestetyczny i mdły, odgrzewany kotlet. Choć nie przeczę, zdarzają się takie perełki jak Equetrip, ale to trochę inna sprawa. A jak wyszło tutaj? No właśnie, tak średnio. Nasz bohater oczywiście zostaje zamieniony w kuca (o dziwo to nie jest stały punkt takich fików) i przy tym zyskuje specjalne zdolności, i jest wręcz unikatem na skalę obu światów. Może ,,zmieniać" swoją rasę jak mu się podoba. Dobrze chociaż, że jeszcze nad tym nie panuje, ale i tak klasycznie zdradza, że jest niezwykle zdolny, opanowuje lekcje szybciej niż robiła to Twiight, zachwyca wszystkich i w ogóle. Pewnie gdyby fik się rozwinął, to sam pokonałby Discorda, dzięki mocy kamienia... Poza tym, klasycznie nasz bohater stracił pamięć, ale tak nie do końca, bo wie co nieco o swoim świecie i przypomina mu się to i owo. Na przykład pamięta, że był serial o kucykach i oglądał go w piwnicy. Klasycznie też nasz bohater trafia najpierw do Canterlotu, a potem do Ponyville, zaprzyjaźnia się z mane 6 tak od razu i świetnie się z nimi dogaduje. Choć jego relacje są jak dla mnie płytkie strasznie. Brakuje mi tu roztrząsania bardziej różnic między światami, reakcji na fakt, że oglądał Twilight i resztę w serialu, klasycznej dyskusji o mięsie I jakoś nie czuć by to się miało z czasem zmienić. Nawet kwestię grzybowego stolika podsumować można poprzez aha. Nie ma dyskusji o blacie, ani nawet myślenia bohatera czy nie skubnąć. Skoro kwiatki takie smaczne, to może grzybki też. Albo chociaż smoki by po nich było widać... Same bohaterki są w sumie napisane poprawnie, ale nieciekawie. Wybija się tu tylko Applejack, której tłumacz dał język Śląski. Szanuję za tę decyzję bardzo. Mógłbym ją nawet pochwalić, ale nie zrobię tego z dwóch powodów. Dość błachych w sumie. Po pierwsze, nie ma żadnej reakcji bohatera, przyjaciółek, czy świata na ten fakt. Wiem, ze to bardziej w gestii autora niż tłumacza, ale aż się prosi by ktoś co jakiś czas tłumaczył z Applejackowego na normalny, albo zwracał uwagę, że ona dziwnie mówi. A po drugie, moim zdaniem, do kogoś zajmujacego sie sadownictwem bardziej pasowałby Kaszubski, albo, jak ktoś jest hipsterem, to Kociewski. Tym niemniej, szanuję za tą decyzję, bo wprowadza pewien powiew świeżości do postaci. W kwestii treści, Hoffman chyba wyczerpał temat. Mi pozostaje się z tym tylko zgodzić, że jest kiepsko i brakuje ataku korektakomando. Aczkolwiek, z czasem Arjen się wyrobił i w innych fikach jego tłumaczenia wygląda to dużo lepiej. Podsumowując, to nawet dobrze, że ten fik się kończy na trzech rozdziałach, bo nic nie wskazuje by mógł być jakiś specjalnie wybitny. Obecnie fabuła jest najwyżej średnia, światotworzenie nie powala, a forma sprawia, że ciężko się to czyta. Śmiało można go sobie darować i sięgnąć po inne, lepsze, tłumaczenia Arjena. Na zakończenie, zastanawiam się, czy aby na pewno ten fik powinien mieć tag Z. Bo owszem, przetłumaczono wszystkie istniejące rozdziały i jest 99,9% pewność, że więcej nie będzie, ale jakby nie patrzeć, na fimfiction jest status incomplete, a sam fanfik ewidentnie nie jest ukończony. Moim zdaniem, mimo wszystko powinno pozostać NZ, bowiem historia jest nieukończona.
  15. Mam za sobą cztery Shadenowe Oneshooty i muszę przyznać, że autor jest naprawdę genialnym człowiekiem. On nie tylko stworzył wrednego, złośliwego dupka, on doprowadził tą postać do poziomu absolutnie przecudownego. Ba, zakrawającego nawet na sztukę. Nigdy bym nie pomyślał, że stworzyć tak wspaniałego i tak naturalnego ,,potwora". Do tego całość okraszona jest naprawdę dobrymi i komicznymi opisami reakcji na Shadena, oraz cudownymi pomysłami i gagami. Dzięki temu całosć jest naprawdę cudowną komedią, przy której serdecznie się śmiałem. Zwłaszcza podobał mi się ten o graniu w RPGa. Marszczone Majtasy były wspaniałe. No i oczywiście gratulacje dla Dolara za ten świetny przekład, który cudownie się czyta. Mam nadzieję, że szybko skończy tego wielorozdziałowca.
  16. Ale fajną rzecz wykopałem Muszę przyznać, że to bardzo przyjemna, krótka i lekka komedia, oparta na dość klasycznym motywie w postaci opornego słoika. Bo kto z nas nie mocował się z oporną zakrętką, używając ręcznika, kulania, łomu, czy innych, tajemnych technik prababci? Całość ubrana w dość serialową otoczkę i bardzo zmyślne i zabawne, choć krótkie opisy. Śmiałem się serdecznie, widząc oczami wyobraźni jak AJ okłada słoik szpadlem, czy rzuca nim o ziemię. Bohaterki są oddane serialowo prawie przez cały czas bardzo dobrze. Jedynie miałem zgrzyt, gdy Rarity mówi o Rainbow: Dash. Moim zdaniem, to akurat nie pasuje do tej postaci Ale to tylko malutki zgrzyt w bardzo klimatycznym przedstawieniu bohaterek. Więc i tu zdecydowanie na plus. Co zaś do zakończenia... spodziewałem się czegoś innego. Na przykład tego, że słoik ma lewy gwint, albo że Fluttershy polała wieczko wrzątkiem, a potem wzięła przez ręcznik, albo skrytego za drzewem Discorda, z klejem kropelka w łapie. Nie mogę jednak powiedzieć, że mi się nie podobało, by było na swój sposób fajne. Ładnie buduje tu pozycje Fluttershy, pasuje do serialu i jest urocze. Jednocześnie nie rzuca na sam koniec jakąś bombą w stylu: słoik wydmuchany w czeluściach smoczego wulkanu, a pokrywka wykuta przez jaki w podziemnych kuźniach. Po prostu jest takie akurat. Gorąco polecam to odprężające dzieło i cieszę się, że je znalazłem. To przyjemna, lekka komedia na raz.
  17. Witajcie moi drodzy. Dawno niczego nie organizowałem (od czasu 3 tomu KO) i pora to zmienić. Dlatego dziś mam dla was coś specjalnego: Wielkiego i potężnego Fallouta. Oczywiście po angielsku. Tym razem nastąpiła jednak pewna drobna zmiana. Otóż, tym razem książki są dostępne już. Leżą tylko i czekają aż je kupicie. Ma to jednak pewną, drobną wadę. Mianowicie ograniczoną ilość egzemplarzy. Z drugiej strony, dzięki temu wysyłka będzie następować dużo szybciej, bo może nawet w tym samym tygodniu, w którym pojawi się płatność. A i może pamiętacie (albo słyszeliście), że poprzednie wydanie miało okładki ze skrzydełkami. To nie ma. Poza tym, okładki i zawartość są identyczne z poprzednim wydaniem. A teraz pytanie najważniejsze, jak zakupić tą słynną na cały fandom sagę (złożoną z 4 fizycznych ksiąg i zawierającą też rozdział specjalny)? Już mówię. W formularzu zamieszczonym poniżej: Formularz Powinien działać poprawnie. Zapisy zbieram do wyczerpania zapasów. Numer konta podany jest w regulaminie. Wysyłka nastąpi jak tylko otrzymam książki. Czyli najpewniej na początku grudnia. Cena Fallouta to tym razem niestety 200zl za komplet. Dlaczego aż tyle? Zmartwię was, ale to i tak dobra cena. Z powodu Covida ceny zwykłego papieru poszły kosmicznie w górę, nie mówiąc o innych kosztach (jak paliwo chociażby). Ceny wysyłki też poszły w górę. Tym razem to 16zł za paczkomat i 15 za pocztę. Regulamin Zachęcam do zamawiania i zadawania pytań. Jakbym zapomniał czegoś powiedzieć, jakaś, dobra dusza zaraz mi przypomni.
  18. I kolejny rozdział za mną. Przyznam, ze oczekiwanie trwało długo, ale w zamian dostałem sporych rozmiarów rozdział. Rozdział z jednej strony wypełniony treścią, a z drugiej taki trochę pusty. Ale po kolei. Zacznę od scen i elementów, które mi się w tym rozdziale podobały. Zdecydowanie szermierka z kucharzem. To chyba jedna z najlepszych jakie się tu pojawiły. Oglądanie Obsidian próbującej pokonać kucharza w szermierce było cudowne. Aż trochę czułem tą jej narastającą frustrację. Podobało mi się również to jak Obsidian zaczęla rozbierać magię przyjaźni na składowe. To jej analityczne podejscie jest urocze i mam wielką nadzieję, że będzie dalej rozwijane i zostanie jednym z głównych wątków (bo to niestety nie jest pewne, biorąc pod uwagę kilka innych wątków obecnych w fiku). No i Obsidian plus Joy. Ciekawy wybór na pierwszą przyjaciółkę, ale podoba mi się. Ale mam też kilka uwag. A w zasadzie jedną, tyczącą się kilku scen. Mianowicie jest tu kilka fragmentów kompletnie do niczego niepotrzebnych. Chociażby ta akcja z biletami, czy rozmowa Prosceniona i tego drugiego o obsidian. Owszem, są całkiem spoko, ale mam wrażenie, ze nic w sumie nie wnoszą i tak trochę zapychają fabułę. No chyba, że Ghator jakoś je wykorzysta (na przykład Ambrosia zapraszająca jednak obsidian). Chwilowo jednak, trochę to meh. Ogólnie, przyjemny rozdział, choć nie pchnął fabuły aż tak bardzo do przodu. Czekam na więcej
  19. Dawno nie miałem tak mieszanych odczuć odnośnie fika. Bo są w nim zarówno momenty godne pochwały jak i chwile, gdzie człowiek miał ochotę zjeść klawiaturę. Ale po kolei. Zacznę od chwalenia. W tym fiku jest trochę ciekawych pomysłów światotwórczych. Scena w kuźni bardzo spoko, pojawienie się Twilight, niezgorsze, przemyślenia na temat działania magii w equestrii też całkiem fajnie opisane. Nawet wielofunkcyjny ogon mi się podoba. do tego w kilku moemtnach pojawiają się ładne, duże opisy z akurat odpowiednią ilością technikaliów. Słowem, są momenty, w których chłonąłem tekst. Podoba mi się też sama idea, że Twalot wyrusza do innego świata po pomocnika, bo sobie nie radzi. To rodzi wiele możliwości światotwórczych, a także pozwala rozbudować ideę wieloświatów. Pochwalę też za zawiązującą się historię. Nie jest może wybitna, ale wydaje się solidnym początkiem i ma w sobie trochę klimatu. Jest jednak wiele rzeczy, które mi się nie podobają. Na sam początek główny bohater. Istota, która może prawie wszystko, wszystko wie, ogarnia co trzeba, zmienia kształt, ma jakieś magiczne wymiary z przydasiami i w ogóle robi wszystko. Nie lubię tego konceptu, choć nie przeczę, że można go fajnie napisać. Dlatego liczę trochę, że noga mu się powinie i dojdzie do sytuacji, w której jego moce nie zdadzą się na nic. Jak na razie jedyny moment, w którym mnie nie drażnił, to ten, kiedy zmienił się w wilka, zamiast w kuca. To wydaje mi się bardziej rozsądne i przy tym ogranicza go w sferze samego kontaktu. Druga sprawa, mi się nie podobała, to niestety forma. I widać to, porównując rozdziały z prologiem, który Grento korektował. O ile ortografia i interpunkcja wyglądają spoko, o tyle konstrukcja zdań i podział na akapity wypadają słabo. Apropo, wielokrotnie brakowało wcięcia pierwszego wiersza, albo było ono zbyt małe. Przez to wszystko czytało się ciężko i trudno mi było wczuć się w klimat. A szkoda. Podsumowując, ten fik nie jest zły. Ba, widzę w nim nawet dość spory potencjał na całkiem pcozytne dzieło. Niestety wymaga olbrzymiej ilości korekty i w sumie głównie tego.
  20. Przeczytałem i nie powiem żebym był zachwycony. Powiem szczerze, że mam nawet pewne wątpliwości, czy można to nazwać fanfikiem. Wygląda to raczej jak ogólny szkic dzieła, a nie samo dzieło. Niewiele tu emocji, zawiązania akcji, rozwoju bohaterów i opisów. Choć dobra, mając narrację pierwszoosobową, teoretycznie można sobie darować opisy, tworząc bohatera mało spostrzegawczego i nierozmyślającego o wszystkim, ale to z kolei, moim zdaniem, warto ratować innymi postaciami Tu niewiele wiemy o bohaterze, poza tym, że chce do Equestrii za wszelką cenę. Sporo się za to dowiadujemy o naszym świecie, innych światach, oraz portalach miedzy nimi. Szkoda, że wszystko w postaci skondensowanej pigułki, którą obrywamy już na samym początku. Nie mówiąc o tym, że to chyba 1/4 fika (licząc z obrazkiem zajmującym 1 stronę). Gdyby to był wstęp do fika mającego dwadzieścia, trzydzieści, albo i czterdzieści stron, to bym jeszcze zrozumiał, ale przy trzech stronach tekstu... Później mamy scenę budowy portalu, a raczej informacje, że został zbudowany. Bohater się zadłużył, zdobył części, poskładał i skok do środka. Nic specjalnego. Za to za scenę z klaczami będę chwalił. Fajnie napisana, z humorem. Postacie oddane całkiem spoko. Zwłaszcza Rarity, która z troską interesuje się pożyciem przyjaciółki i ploteczkami. Sensownie też reaguje na przybysza w stanie surowym. Applejack też daje radę, traktując wścibstwo Rarity bardzo osobiście. Poza tym, scena napisana jest z humorem. Kilka razy nawet się zaśmiałem. Szkoda tylko, że jest jej tak mało. Gdyby zachować taki prosty i lekki humor, oraz opisać całe długie i mozolne budowanie relacji, oraz odnajdywanie się bohatera w nowym świecie... to by było fajne. Chętnie bym poczytał. Zaś ostatnia scena wygląda raczej jak koniec rozdziału a nie całego fika. Razem z całym dziełem pozostawia wielki niedosyt, a jednocześnie sprawia, ze całość można podsumować jako: aha i pójść dalej. Co do strony technicznej, to też nie jest najlepiej, choć źle też nie. Głównym problemem jest tu podział na akapity. Początkowo wydawało mi się, że w ogóle go nie ma, bo zostałem zaatakowany ścianą tekstu. Później jednak wyszło, że jednak jest, ale jakiś taki nieśmiały i niepewny. A akapity nie służą tylko temu by oddzielać narrację od dialogów. Służą też, zwiększeniu czytelności tekstu. Poza tym, pojawiło się kilka źle użytych, dużych liter i parę drobiazgów, które pewnie bym zaznaczył, gdyby były włączone komentarze. Podsumowując, to wygląda raczej jak szkic fika, a nie całe dzieło, ale sam pomysł, choć nie odkrywczy, ma potencjał na coś dużo, dużo dłuższego. Zaś w obecnej formie, cóż, nie urywa.
  21. Łoł, bardzo dziękuję za komentarz do tego dzieła. Naprawdę nie spodziewałem się, że ktoś to odkopie. Na wstępie powiem, że wybrałeś bardzo zły fanfik na początek swojej przygody z TCB. Pisząc dawniej to dzieło (które zaczynało jako fik na konkurs), zakładałem, że potencjalny czytelnik będzie się jednak orientował choć odrobinę o co w tym świecie chodzi. Z resztą, ja sam się niespecjalnie orientuję, więc bazując na ogólnych założeniach, dopisałem sobie resztę. Postanowiłem stworzyć grupę terrorystów, ale takich trochę bardziej na wesoło. Przy okazji nawiązując tu i ówdzie do stawki większej niż życie, asterixa czy kilku żartów politycznych, które z pewnością się już zdezaktualizowały. Dlatego jeśli chcesz poznać lepiej TCB, to niestety musisz poszukać innych fanfików. Niestety niespecjalnie umiem jakiś polecić, bo czytałem tylko kucyk orła nie pokona, które było fajne, pomijając formę. A wracając jeszcze do braku pewnych informacji fabularnych, to poczatkowo nie planowałem wyjaśniać wszystkiego, a później, z biegiem opowiadań zaczęło mi brakować weny i chęci i zostało to jak zostało. Tak czy inaczej, cieszę się niezmiernie na komentarz i cieszę się również, że choć cześć opowiadań z tej serii ci się podobała.
  22. Przyciągnęło mnie do tego dwie rzeczy. Mianowicie szanta i podmieńce. I w sumie nie żałuję, że do tego doszło, bo to bardzo przyjemny kawałek tekstu. Tekst składa się tu z trzechh scen. W pierwszej mamy opis zwykłego, nudnego miasteczka gdzieś w Equestrii, w którym dzieje się raczej niewiele. Jednym z elementów krajobrazu jest pomylony żebrak, który czasem dostaje jabłko, a czasem doniczką. To właśnie z nim ucina sobie pogawędkę przyjezdny i od niego słyszy tytułową szantę o podmieńcach. Przyznam, że podoba mi się to wprowadzenie. Spokojne, klimatyczne, typowo slice of lifowe, z nutką niepewności. Oczywiście bohater mu nie dowierza i na tym scena się kończy. I trochę szkoda, bo można by zrobić troszkę więcej rozmowy z żebrakiem. Druga scena to noc i wynoszenie worka Bardzo fajnie i klimatycznie opisana. Dobrze współgra też z poprzednią, pokazując, ze nasz żebrak miał oczywiście rację i w mieście dzieje się coś niedobrego. Same podmińce, choć ukazane głównie pośrednio, jawią się jako potężne i niebezpieczne istoty, które powoli zajmują miasto. Zaś ich królowa sprawia wrażenie wyrachowanej złośliwej i przebiegłej. Również pochwalę za tą kreację. Podoba mi się też wizja Mistreli. A w zasadzie tego jednego, konkretnego. Wygląda jakby został złamany i skłoniony do służby w zamian za własne, marne życie. Przy okazji jego pozycja sprawia, ze wszyscy biorą go za wariata, gdy próbuje innych ostrzegać. A kto wie, może jest trochę wariatem, który oszalał ze strachu i ze swej biedy. Tak czy siak, jest spoko. I scena ostatnia, z perspektywy dziecka. Świetne, bardzo klimatyczne domkniecie całości. Od strony technicznej było chyba całkiem nieźle. Owszem, natknąłem się na kilka błędów, ale nic specjalnie irytującego. W zasadzie, ponarzekać mogę tylko na jedną rzecz. Mianowicie, nna szantę. Kompletnie nie czułem w niej rytmu. Owszem, miała sens, ale nikaj nie mogłem jej zaśpiewać. Nawet mając wspomniany utwór jako pomoc, nie potrafiłem tego wyczuć. Oczywiście samego tekstu mogłoby być zdecydowanie więcej. Ba, nawet można by na tym motywie stworzyć przyjemnego wielorozdziałowca, ale w postaci oneshotu to dzieło też się całkiem fajnie sprawdza. Czy polecam? Tak, to bardzo przyjemne dzieło z dobrą końcówką.
  23. Przeczytałem i muszę powiedzieć, że to było... średnie. A może nawet nie tyle średnie dzieło, co raczej nierówne. Mamy całkiem dobry pomysł z naprawdę poważnym dylematem moralnym. Mamy bohatera, który ewidentnie jest przytłoczony tym wszystkim i próbuje uciec myślami, korzystając z pomocy alkoholu. Mamy też całkiem dobrze opisany bar (przynajmniej jak na tak małą objętość tekstu), oraz narrację pierwszoosobową, która moim zdaniem, jest idealna do takiego tekstu. Swoją drogą, za narrację szanuje podwójnie, bo uważam, że jest trudniejsza niż klasyczna, trzecioosobowa i z pewnością rzadziej spotykana. Słowem, ten fik miał wszystko by być naprawdę dobrym, ciężkim fikiem, który pozostawia w człowieku ślad. Niestety mam wrażenie, że drzemiącego tu potencjału nie wykorzystano do końca. Bohater sprawia niestety wrażenie przeciętnego, smęcącego nad swym losem, ogiera. Nawet gdy poznałem jego problem, to jakoś nie zyskał mojej sympatii czy współczucia. Pity przez niego alkohol tez zdaje się nie wpływać na jego myśli. Owszem, skarżył się na to sam sobie, że wódka go nie zamracza, ale myślę, że mimo wszystko można było to lepiej opisać. Rozszerzyć temat i sprawić, ze jego myśli stają się troszkę mniej składne a on sam częściej skacze między tematami. Właśnie, sam fik wydaje mi się być też za krótki i zbyt ubogi w opisy i wspomnienia jak na taki temat. Aż się prosiło o rozbudowanie zarówno przemyśleń jak i wspominków. Nie mówiąc nawet o rozważaniu większej ilości opcji niż dwie. Ale w tej formie bohater mnie nie przekonuje i nie tworzy dla mnie potężnie przytłaczającego klimatu. Szkoda trochę Ogólnie, to nie jest zły fik. Jest raczej OK i tyle. Czy polecam? Mi się niespecjalnie podobało, ale widzę, że fik miał swoich fanów. Tak więc można dać mu szansę.
  24. Jest, wreszcie jest kolejny rozdział jednego z najlepszych fików jakie czytałem. Co więcej, jest to jeden z chyba moich ulubionych fragmentów. B o ile nie lubię Pinkie to tu jest najlepsza kreacja Pinkie jaką w życiu widziałem. Jej potencjalne szaleństwo zostało tak zmodyfikowane i ukierunkowane, że aż wspaniale się to czyta. Ponadto, autor odrobił zadanie z historii techniki i historii elektrycznosci na szóstkę z plusem, tworząc soczysty klimat steampunku i wspaniałe widowisko dla czytelnika. Sama Twilight też jest tu świetnie opisana. Razem ze swoimi przemyśleniami, wątpliwościami i zaskoczeniem związanym z dziełami Pinkie. Bo nawet tak tęgi i wszechstronny umysł, jak ten, należący do nadwornego filozofa księżniczki Celestii i amatora wszelkiego rodzaju nauki, potrzebuje chwili by uświadomić sobie to z czym obcuje w warsztacie Pinkie Pie. Do tego całość spotkania okraszona jest naprawdę dobrymi opisami. Zarówno otoczenia, jak i przeżyć i przemyśleń Twilight. Świetnie współgrają z treścią i tworzą wspomniany już przeze mnie klimat. Ciężko mi tu powiedzieć coś, by nie zaspoilerować nawet odrobiny i nie zepsuć zabawy czytelnikom. A nie chciałbym tego robić, bo ten rozdział jest naprawdę sążnisty. Pamiętam nawet, że gdy pierwszy raz czytałem ten rozdział (jeszcze w oryginale), czułem prawdziwe ciarki na plecach i pełne podekscytowanie. Czekam na więcej tego cuda.
  25. Przeczytane. Przyjemna, lekka, lecz nie wybitna komedyjka na raz. Ot taki tekst dobry by się odstresować. Oparty na dość klasycznym, lecz nie aż tak wyeksploatowanym motywie jakim jest nauka małej Twilight. W tym odcinku ta klaczka chce spędzić więcej czasu z Celestią. Postanawia więc zorganizować zamach stanu i przejąć władzę. Co może pójść nie tak. Oczywiście prowadza swój plan w życie, poprzedzając go odpowiednimi studiami, udaje jej się, następnie wszystko idzie nie tak i na końcu mamy lekcję przyjaźni i szczęśliwe zakończenie. Może i to schematyczne, ale poprowadzone całkiem przyjemnie i poczytnie. Sam humor też daje radę. Może nie będzie człowiek tarzał się ze śmiechu, ale z pewnością nastrój mu się poprawi. Mnie na ten przykład najbardziej rozbawiła scena powrotu Celestii, a raczej jej słowa Całkiem dobrze są też zrealizowane rządy nowej władczyni. Ta prostota w rozwiazywaniu problemów, pomijanie obaw i konsekwencji, oraz skłonność do wykorzystywania innych... (Twilight chyba była skłonna zrobić z Rarity niewolniczkę), przyznaję, bardzo przyjemnie zrobione i bawi. I w zasadzie, w swej zabawności nie odbiega chyba od sposobu myślenia dzieci. A przynajmniej, czytelnik cały czas ma wrażenie, ze obcuje z dzieckiem na tronie. Co do postaci, to wydają mi się być jak najbardziej poprawne i typowe. Nie robią absolutnie nic, czego bym się nie spodziewał i w tym tekście to się chwali. Twilight jest typowym, oczytanym dzieckiem, które chce spędzać więcej czasu z Ceśką a Ceśka jest typową, wyrozumiałą nauczycielką jaką znamy z serialu. Nic zaskakującego, ale przecież nic tu zaskakiwać nie musi No i kwestia tłumaczenia, o której wspomnieli moi poprzednicy. O ile mi osobiście nie przeszkadza użycie wstrząsu, zamiast wstrząśnienia, bo Twilight mogła nie znać różnicy, o tyle zgodzę się, że w kilku miejscach można było troszkę lepiej zbudować zdania. Aczkolwiek nie ma tego zbyt wiele i nie przeszkadza to szczególnie w lekturze. Osobiście, jestem skłonny polecić, ale nie jakoś szczególnie mocno. Ot dobry tekst na chwilę odprężenia między jednym zajęciem a drugim.
×
×
  • Utwórz nowe...