Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Verlax

Koło Historii [NZ] [Political] [Alternate Universe] [Seria]

Jaki kolejny rozdział chcielibyście otrzymać w pierwszej kolejności? (Liczą się tylko głosy użytkowników, co minimum raz opowiadanie w dziale skomentowali)  

9 members have voted

  1. 1. Jaki kolejny rozdział chcielibyście otrzymać w pierwszej kolejności? (Liczą się tylko głosy użytkowników, co minimum raz opowiadanie w dziale skomentowali)

    • C'tis - o jaszczurach
    • Mieć Imię - o magii


Recommended Posts

Cieszy mnie, że póki co jak najbardziej seria ci się podoba. Odpowiadając niejako na podniesioną kwestię, spróbuję jakoś na ten temat coś powiedzieć możliwie spoilerując nic, albo prawie nic. 

 

Dnia 25.07.2020 o 23:41, Dolar84 napisał:

Wcześniej wspomniano iż w Caracie nie występowały pegazy. A tu się okazało, iż Rimstuar ma moc wpływania na pogodę. Czy nie byłoby sensowne, skoro w Equestrii wiele z nich zajmuje się jej regulacją, by niejako uznały wielkiego niedźwiedzia za swojego patrona? Myślę, iż można byłoby spodziewać się fal imigrantów z innych państw, które chciałyby żyć w kraju rządzonym przez Nieśmiertelnego, który dzięki swym mocom może uchodzić za wzór dla nich. A może to pojawi się później, nie wiem, w każdym razie takie wydarzenie byłoby dla mnie logiczne.


Związki między poszczególnymi elementami reprezentowanymi przez Nieśmiertelnych nie muszą implikować, że rasa która jest w tym elemencie automatycznie będzie go darzyć większą czcią. Z tego samego powodu jednorożce nie wyznają automatycznie Kairosa, Tego Który Widzi, bo pomijając to, że jego aspektem jest magia, to Kairos jest związany z elementami i wartościami, które przeciętny kucyk raczej nie chce wyznawać, a sam Kairos ze względu na legendy i podania o nim ma fatalną reputację. Modlenie się do Kairosa to oznaka desperacji, a respekt wobec Tego, Który Widzi jest bardziej pochodną strachu niż miłości. 

I tu wracając do pegazów, to że Rimstuar może zmieniać pogodę nie sprawia, że pegazy miałyby darzyć go szacunkiem i respektem. Należy też dodać, że spośród trzech głównych ras kucyków (kucyki ziemskie, jednorożce, pegazy), to właśnie pegazy mają niejako najbardziej stałe, kulturowe dziedzictwo wynikające ze stanowienia głównego filaru Cesarstwa Cirrańskiego (o czym w fanfiku póki co nie wspomniałem, ale to nie jest żaden spoiler - z samej nazwy stolicy i imperium to wynika). Cesarstwo Cirrańskie zaś nigdy nie sięgnęło Ursuatu i kulturowe dziedzictwo pegazów jest tam właściwie całkowicie nieobecne. Wreszcie, ostatnia kwestia to dostosowanie klimatyczne - pegazy co do zasady bardzo nie lubią mroźniejszych klimatów i preferują klimat suchy, śródziemnomorski, jako najbardziej komfortowy. Jest jeszcze pewien aspekt kulturowy pegazów, o którym wolę narazie nie wspominać, ale możesz sobie na spokojnie o nim doczytać i jeszcze później ten wątek pewnie rozwinę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytany rozdział IV.

 

Beware the spoilers!

 

No i w końcu dotarłem do Celestii, ale poświęcony jej rozdział mówiąc szczerze średnio przypadł mi do gustu. Już dam spokój kwestiom batalistycznym, bo staje się oczywiste, iż w tym fiku porządnie opisanej bitwy się nie doczekam. Opisy całościowe kampanii są nieco lepsze, ale i tak nazbyt skąpe. Jednak to, co podobało mi się najmniej to zwyczajne przeładowanie informacjami. O ile w poprzednich częściach utrzymywano to w ryzach, to tutaj już Veralx puściły Ci wszystkie hamulce. Oczywiście z punktu widzenia światotworzenia jest to dobre, ponieważ mamy masę nowych danych. Niestety cierpi na tym i to poważnie przyjemność z lektury. Co chwilę musiałem wracać do wcześniejszych akapitów by nie pomylić kto, co, kogo, dlaczego, z kim i dlaczego nie każdy z każdym. I tak dalej, i tak dalej.

 

Sama kreacja Białej Rury jest zdecydowanie najsłabsza z dotychczas poznanych Nieśmiertelnych. Nie dlatego, że nie używa mocy do spalania wrogów, wręcz przeciwnie, jej sposób na przejęcie władzy to była jedna z najlepszych stron rozdziału. Jednak sama postać została praktycznie wykastrowana z jakiegokolwiek charakteru. W życiu bym się nie spodziewał spotkać w tym opowiadaniu tak mdłej kreacji bohaterki. I to jakiej! Jednej z Top 5!

 

Dodatkowo po lekturze po raz kolejny doszedłem do wniosku, że religia to trucizna, bo większość burdelu w pre- i wczesno-celestiańskiej Equestrii wzięła się z tych dziwnych wierzeń, które doprawiły standardowe powody takie jak ambicja, polityka i ogólne schadenfreude kuców. Cieszy mnie jednak, iż wątek został dogłębnie przedstawiony i na dodatek stworzył podłoże do nieuniknionego starcia sióstr.

 

Podsumowując - za dużo informacji jak na taką ilość tekstu, słaba kreacja tytułowej bohaterki, świetny sposób na przejęcie władzy, rozwinięcie kwestii tak politycznych jak religijnych. Dobry. Na szynach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z Dolarem mogę się zgodzić co do niepotrzebnych informacji na temat królów i władców, mogli być sobie ważni polityczno i historycznie, ale w takim stężeniu  niczego nie wnoszą i nawet nie chciało mi się wracać, by sprawdzać, który był od czego. 

Za to nie zgodzę się co do Celestii, jej nijakość jest cechą samą w sobie, mało wyrazista, nijaka polityka może nie jest zbyt pasjonująca, ale jest w niej jakiś cel i sens. Poza tym ta ugodowa polityka jest podszyta sporą dozą cynizmu i przewrotności co zostało pokazane w prologu z jej udawanym "niepoparciem" wyprawy Luny. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytany rozdział V.

 

Beware the spoilers!

 

No i mamy wyraźną tendencję wzrostową. Chociaż Luna również nie została przedstawiona tak dogłębnie jak pierwsza trójka Nieśmiertelnych, to jednak wypada zdecydowanie lepiej od Białej Rury. Jednak, chociaż jej losy w dziejach świata przedstawionego są zarówno ważne, jak i bardzo ciekawie przedstawione, to dla mnie stanowią część rozdziału, która jest zdecydowanie mniej... ważna? Atrakcyjna? Interesująca? W sumie obojętnie jak to nazwać, a przechodząc do rzeczy, to o ile druga część jest dobra, to pierwsza, przed pojawieniem się Luny jest zwyczajnie fantastyczna! Nawiązań legion, opisy wciągające, historia nakreślona jednocześnie szczegółowo jak i przejrzyście, no i nie mamy tu przeładowania informacjami, tak jak w poprzednim rozdziale. Oczywiście na moją ocenę może wpływać fakt, iż bardzo lubię ten rejon kulturowy.

 

Wspomnę jeszcze, iż wyjaśnienie skąd wzięły się Królewskie Siostry było przezabawne i świetnie pomyślane. Zastanawiałem się jak Verlax z tego wybranie i jak się okazało zrobił to z prawdziwym przytupem. Również idea Luny będącej żelaznym kopytem Mandatu przemawia do wyobraźni i jakby nie patrzeć pasuje do niej. Koniec końców Luna jawi się czytelnikowi jako wspaniała, majestatyczna choć groźna postać. I to mimo faktu, że je owies. Ocena celująca!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytany O'n.

 

Beware the spoilers!

 

To było dobre. I ciekawe. I zajmujące. I wciągające. Wspaniały przykład na to, iż fanfik może być świetnie napisany i stanowić przyjemną lekturę, jeżeli prawie nic się w nim nie dzieje. Jedynym przysłowiowym trzęsieniem ziemi była tu wizyta kupców i chociaż dla fabuły miała wręcz kolosalne znaczenie, to też nie dałbym jej opisu "akcja".

 

Bardzo przypadła mi do gustu idea fanatycznych zebr modlących się do proto-menhira. Tym bardziej, że dodano do ich religijności sporo przemyśleń społeczno-cywilizacyjnych. No i, co mnie samego post factum zdziwiło, ucieszyłem się, iż rozstanie młodego wolnomyśliciela z zaskorupiałym betonem przebiegło praktycznie bezkrwawo i zgodnie. A jeżeli nawet ktoś się tam kłuł dzidą, to zostało to tym razem czytelnikowi oszczędzone. I bardzo dobrze - zepsułoby klimat.

 

Kolejnym plusem są gadające welociraptory i o nich dowiedziałbym się chętnie więcej, wyglądają na dosyć ciekawe zjawisko cywilizacyjne. Byle nie za bardzo egipskie... choć wszystko na to wskazuje. Swoją droga zastanawiałem się też czy akurat ta kultura zebr z ich specyficznymi zachowaniami (przekazywanie imion to fenomenalny zabieg) jest nawiązaniem do jakiejś faktycznie istniejącej kultury, czy przed pisanie kolego autorze pokąsałeś kogoś (jako nasz etatowy wampir), kto za mocno przyćpał jakieś LSD czy inne SLD (w tym wypadku proszę o namiar na źródło dostaw :D)? Niezależnie od odpowiedzi, cieszę się, że miałem okazję O'n poznać. Bardzo dobry. Plus.

 

PS: Czy śmierć od gnijących zębów to przemożny wpływ Cahan? Czy po prostu chciałeś być wyjątkowo sadystyczną mendą?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cieszy mnie, że się podoba Dolar84, pozwolę się odnieść do pewnych uwag. Pozwolę sobie zacząć od kwestii charakteru Celestii, gdyż fundamentalnie się tu nie zgadzam. Jak Dolar zwykł pisać : "Beware the spoilers!"
 

Kiedy wszyscy Nieśmiertelni rzucają swoimi mocami i popisują się swoją wielką potęgą, Celestia jest tą, która zachowuje się najbardziej jak ziemski władca. Czy to jest wada? Niezależnie od tego czy jest się zwolennikiem humanitaryzmu czy nie (bo Celestia przejęła władzę w Equestrii bez rozlewu krwi), jest to na pewno rzecz unikatowa. To co jest też szczególnie charakterystyczne, jeśli szczególnie weźmie się pod uwagę prolog (tytułowe "Koło Historii") które jest pisane przede wszystkim z POV Celestii. Nie wiem czy podzielasz moje zdanie, ale jednak z prologu można wyczuć, że w Celestii są bardzo duże pokłady cynizmu oraz wyrachowania. Patrząc na to szeroko, z charakteru Celestia jest prawdopodobnie najbardziej podobna do... Kairosa. To co charakterystyczne jest dla obydwu to to, że są to postacie bardzo niebezpośrednie, które się nie zdradzają z tym co naprawdę mają na myśli oraz co planują. Różnią się tylko jak ukrywają swoje realne motywy - Kairosa dwie głowy i nieustanna pół-szalona gadanina ukrywa jego prawdziwy cel, podczas gdy u Celestii są to łagodne zdania, które kryją za sobą prawdziwą treść (prawdopodobnie kompletną odwrotnością jest Rimstuar, który jest absolutnie bezpośredni). Chociaż to nie przychodzi jako pierwsze na myśl, Celestia w Kole Historii jest bardziej intrygantną i dalekosiężną planistką - która swoje ruchy, decyzje polityczne planuje na przestrzeni wieków. Można też zwłaszcza z prologu wyczuć, że Celestia ma pewne bardzo konkretne plany dla Equestrii - plany, które polegają nie tylko na tym by "panować" (jak Saoshyant) ale by transformować Equestrię zgodnie z jej marzeniami (o których narazie dużo nie wiemy, ale wątek na pewno będzie rozwinięty). Podsumowując, chociaż nie będę próbował przekonywać na siłę, że Celestia ma "najlepszy i najciekawszy" charakter wśród Nieśmiertelnych, tak zwyczajnie nie mogę się zgodzić ze zdaniem, że jej charakter jest słaby, bądź że go nie ma.

Co zaś do kultury zebr z opowiadania "O'n", od razu mówię, że jeśli chodzi o tradycję przekazywania imion to nie inspirowałem się żadną ziemską kulturą, choć pewnie gdybym mocniej researchował, to pewnie znalazłbym taką kulturę trybalistyczną, która taką tradycję miała. Jeśli chodzi zaś o "gnijące zęby", to nie - to nie wpływ Cahan, po prostu śmierć od zepsutego zęba była dosyć popularnym sposobem zejścia ze świata w prymitywnych kulturach oraz przy złym stanie medycyny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Od dłuższego czasu nie było żadnego tekstu. Powód jest dosyć specyficzny - jak wspomniałem, zajęty byłem opowiadaniem "Władcy Wiatru", które było na konkurs pisarski "Czarna Śmierć" w dziale Cahan, który - co niezwykłe (bo Malvagio nie startował) wygrał. Niestety, korekta to potworna bestia, a tłumaczenie z verlaxowego na polski nieco zajmuje - w wypadku Władcy Wiatru wręcz korektę tę wygrałem z konkursem, ale efekt był taki, że przez bardzo długi czas nie mogłem niczego publikować, a zobowiązałem się, że kolejny etap Koła Historii (wybrany w ankiecie) będę pisać dopiero po opublikowaniu Władców Wiatru tutaj. Jako pisarz jednak kompletnie nie wytrzymałem i ignorując ten fakt, jak i obecne wyniki w ankiecie napisałem ten rozdział o gryfach. Jest to rozdział, na który miałem olbrzymią presję by napisać i z tego powodu - możecie go dzięki korekcie jakże wytrwałego Gandzii przeczytać już teraz.

 

W rezultacie ankieta zostanie zmodyfikowana by mieć tylko dwie opcje, te co ostatnio - sequel do "O'n", bądź też one-shot o magii dziejący się nieco dalszej przyszłości. Przypominam, że za głosy ważne uznaję tylko głosy osób co minimum raz skomentowały to opowiadanie na tym dziale.

 

Zanim wreszcie przedstawię wam kolejny rozdział, ostatnia mała niespodzianka. Dzięki Magfenowi, Koło Historii ma swój pierwszy art, powiązany właśnie z tym nowo opublikowanym rozdziałem:

 

Spoiler

spacer.png

 

..acz co on właściwie znaczy i jaki jest jego kontekst, to już opowieść na inny czas - acz ten Rozdział VII może wam w tym kontekście dać do myślenia:

 

Rozdział VII - Grzech Supremacji

 

Standardowo, życzę miłego czytania i jak największej przyjemności z lektury. Liczę, że w niedługim czasie będę w stanie opublikować tutaj też Władców Wiatru gdy dzieło to zostanie już skorektowane. 

Pozdrawiam

 

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobry,

 

Władcy Wiatru *wciąż* są korektowani, niestety nic na to nie poradzę w obecnej chwili. Póki co zaś mogę wam nieco osłodzić ten brak - chciałbym zaprezentować wreszcie mapę tego uniwersum!

 

spacer.png

 

Liczę, że pomoże ona nieznacznie w waszej orientacji po uniwersum Koła Historii i zwiększy przyjemność z lektury. Jak coś, ankietę co do kolejnego dzieła w tej serii zakończę tydzień po publikacji Władców Wiatru, których liczę, że rzeczywiście w najbliższym czasie uda mi się opublikować.

Pozdrawiam

 

 

  • Thanks 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

...Jak tak sobie myślę, to Nieśmiertelni są marksistami tego uniwersum. Mają jasno zarysowaną wizję dziejowej ścieżki, w którą bezwarunkowo wierzą, i która ma jasno (przynajmniej, jak to na razie wygląda, dla nich) jasno określony cel. Nawet przy braku wiedzy na temat konkretnych  detali (np. kto kogo, gdzie i po co) widzą narastające w  ten sposób trendy w większej skali. Do tego gdy niezbędna jest interwencja to działają zgodnie z interesami Planu - niektórzy mniej (pan miś) lub więcej (Celestia), tym samym przejmując przewodnią rolę Partii.

Świat "Koła Historii" to uniwersum teokratycznego materializmu historycznego.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Miałem pewną zagwozdkę odnośnie tego, za co zabrać się po dosyć długiej przerwie, jako że w czasie tym autor zdążył wypuścić całkiem sporo nowych rzeczy, związanych z jego najnowszym dziełem. Nie tylko kolejne rozdziały, tematycznie wpisane w segment o podniosłej, dźwięcznej nazwie „Pax Imperios Immortales”, ale także dwa Oneshoty, aczkolwiek na dzień dzisiejszy jednego z nich próżno szukać w niniejszym temacie, gdyż owe opowiadanie znajduje się w trakcie odbierania nagrody konkursowej.

 

Przyznam, że z perspektywy czasu, czuję się średnio usatysfakcjonowany moimi poprzednimi komentarzami, ale tłumaczę to sobie tym, że po prostu zostałem wykształcony w innym kierunku, mam zupełnie inne zainteresowania, co przekłada się na (w moim domyśle) niedostrzeżenie różnych nawiązań i analogii do okresu od późnej starożytności do początku Oświecenia, wymienionego w poście otwierającym niniejszy watek jako najdokładniejszy odpowiednik historyczny do naszego świata. Możecie się domyślić jak jest ze znajomością moją różnych alternatywnych historii, nie tylko wspomnianego „Look to the West”.

 

A wspominam o tym dlatego, że pierwotnie zamierzałem przeczytać rozdziały I-V jeszcze raz, tym razem dokładniej, nawet notując sobie różne rzeczy, lecz po namyśle, a także czytaniach najnowszych elementów cyklu na Kąciku Lektorskim postanowiłem, że jednak tego nie zrobię... teraz. Dlaczego? Okazało się, że to, co zdołałem wynieść z wymienionych rozdziałów, w pełni wystarczyło do dalszego czytania, aczkolwiek wciąż jestem nie do końca zadowolony z popełnionych komentarzy, więc pewnie kiedyś do tego dojdzie, że zasiądę do tego jeszcze raz.

Wspominam o tym również dlatego, że jest to dowód na to, że nie trzeba być historiofilem, by móc cieszyć się opowiadaniem, aczkolwiek poszczególne jego elementy mogą okazać się trudne do spamiętania/ odebrania. Niemniej, nie warto się poddawać, zwłaszcza, że autor przewidział „zwykłe” Oneshoty, nie pisane w kronikarskim stylu, ale takim zwyczajnym. Wiecie o co chodzi.

 

Stąd, myślałem o tym, by rozpocząć dalsze czytanie od „O'n” właśnie, jednakże, po głębokim namyśle, zdecydowałem, że na tapetę wezmę to, czego na razie brakuje w temacie, a co ze wszystkich niedawnych czytań przewidzianych w ramach "Koła Historii" utkwiło mi w pamięci najbardziej i co na dzień dzisiejszy uznaję za najmocniejszą odsłonę cyklu, czyli „Władców Wiatru”.

„O'n” oraz rozdziały VI i VII też odsłuchałem, więc liczy się ;P

 

 

Gdy wspominałem, że opowiadanie jest w trakcie odbierania nagrody konkursowej („Władcy Wiatru” powstali w ramach plagokonkursu w dziale Zecory), miałem na myśli korektę, która bez wątpienia jest czymś, czego „surowa” wersja opowiadania potrzebuje. Stąd, może od razu napomknę to i owo o formie, acz nie chciałbym poświęcać na nią zbyt wiele czasu, skoro i tak zostanie ona poprawiona, a to przecież treść jest tu gwoździem programu i to ona zapewnia najszersze pole do dyskusji czy spekulacji.

 

Ujmując rzecz krótko – opowiadanie w wersji konkursowej nie jest w żadnym wypadku aczytalne, przyznam szczerze, że to, co się dzieje w fabule, co robią postacie oraz to, co się z czasem okazuje, zwraca uwagę czytelnika na tyle, że udaje się przymykać oko na błędy wszelkiej maści. Fanfik tak absorbuje, a w kilku miejscach wręcz zachwyca, że aż szkoda zatrzymywać się i przerywać czytanie, bo akurat jakiś błąd się napatoczył. To nie jest ten typ historii, gdzie czynione błędy anty-komplementują nieciekawą, pełną dziwności oraz dziurawą treść. Powiedziałbym, że fabuła oraz postacie toczą zażartą walkę z brakami formy, o uwagę, koncentrację czytelnika. Ale z radością mogę oznajmić, że ową batalię wygrywają ;) W przedbiegach :D

 

No dobrze, ale jakie to błędy, zapytacie? Braki w interpunkcji, występujące często i gęsto, dywizy zamiast półpauz, zgrzytający szyk wielu, wielu zdań, tudzież występujące w tekście anglicyzmy, które sprawiają wrażenie, jakby część kwestii została dosłownie przełożona z tegoż języka przy pomocy translatora. Przykłady? Wykrzykiwane przez Irę „Bezużyteczne!” w trakcie walki, przywodzące na myśl „Useless!”, czyli szlagier niejednego growego bossa, niekoniecznie finałowego. Innym razem, czytamy o czyichś „akcjach” co z pewnością wzięło się z „my actions”, co po naszemu powinno zostać przełożone na „czyny”. Pragnę zaznaczyć, że problemy z interpunkcją byłem w stanie przyuważyć poprzez ponowne zapoznanie się z tekstem w sposób tradycyjny, podobnie było z konstrukcją zdań, aczkolwiek co nieco dało się usłyszeć również w trakcie czytań na Kąciku. Anglicyzmy także było doskonale słychać. Ale jak dla mnie, popełnione błędy nie okazały się aż tak poważne, w mojej opinii największym problemem okazała się wadliwa interpunkcja, powtórzenia oraz anglicyzmy, szyk zdań nie dawał się we znaki aż tak, a co najważniejsze, żadna z tych rzeczy nie zrujnowała klimatu opowiadania. Bo nie odwracała uwagi w dostatecznie dużym stopniu.

 

Natomiast to, co jest w formie interesujące, przynajmniej w wersji konkursowej, jest podział opowiadania na prolog, właściwą fabułę oraz epilog, przy czym zaglądając do „Władców Wiatru” odkryjemy, że tekst został podzielony na krótsze rozdziały, korzystając z googlowskiego konspektu, co znacząco ułatwia nawigację... No, poniekąd. Kolejne nagłówki wydają się w pewnym stopniu powybierane losowo – dziura między rozdziałami III, a VII, a także między VIII, a XII, czy brak rozdziału XIV, a także losowe kwestie, powrzucane między rozdziałami. Nie wygląda to zbyt dobrze i o ile pozwala na skakanie po treści jednym klikiem, pomija wiele rozdziałów, więc ostatecznie możliwości konspektu nie zostały w pełni wykorzystanie, przez co zastanawiam się, czy to niedopatrzenie autora (tzn. zawarcie poszczególnych nagłówków w konspekcie, podczas gdy konspekt nie miał być wykorzystywany w ogóle), czy też brak czasu spowodował nienależyte sformatowanie tekstu pod kątem konspektu. Wciąż, troszkę szkoda.

 

W każdym razie, przypomina to formę pośrednią pomiędzy tradycyjnym Oneshotem, a wielorozdziałowcem, co samo w sobie jest interesujące i szczerze, chętnie poczytałbym więcej opowiadań z „Koła Historii”, podzielonych wedle takiego właśnie schematu. Małe odświeżenie, coś charakterystycznego, godne urozmaicenie struktury serii, ogólnie. Myślę, że warto się nad tym pochylić.

 

 

W porządku, co zatem znajdziemy w opowiadaniu? Sporo rzeczy. Masa wątków, dość dużo postaci, no i zapadających w pamięć zwrotów akcji, dzięki którym czytelnik, w miarę rozwoju fabuły, angażuje się coraz bardziej i czyta z rosnącym napięciem, z czasem docierając do zakończenia oraz konkluzji, po której trudno oprzeć się wrażeniu, że miało się do czynienia z historią zaplanowaną co do najdrobniejszego szczegółu, przemyślaną na każdym szczeblu, począwszy od postaci oraz ich ról, relacji między nimi, poprzez stosunki międzynarodowe oraz znaczenie tytułu fanfika w odniesieniu do całokształtu fabuły, na zakorzenieniu w podstawach świata przedstawionego, omówionych w ramach „Ery Nieśmiertelnych” kończąc. Dodatkowo, opowiadanie radzi sobie znakomicie jako samodzielny utwór i znajomość rozdziałów składających się na wspomnianą „Erę...” nie jest w żadnym wypadku wymagana. Zatem obojętnie jak do niego podchodzić, za każdym razem okazuje się absolutnie świetne i zapada w pamięć.

 

Imponuje to, jak wszystko, co zostało zawarte w ramach tekstu, ma mocne powody ku temu, by tam być i jak poszczególne rzeczy zazębiają się, tworząc razem spójną historię, która absorbuje czytelnika praktycznie od samego początku i nie pozwala się oderwać aż do końca. Odkrywanie prawdy, znaczenia poszczególnych scen (choć tu głównie mam na myśli prolog), motywacji postaci czy po prostu samo brnięcie naprzód, jest tym, co niekiedy potrafi zainspirować i zaskoczyć. W ogóle, spodobało mi się to, jak w kluczowych momentach opowiadanie potrafi być nieprzewidywalne. Pamiętam, że w trakcie czytania fanfika na Kąciku próbowałem zgadywać, czy być może niektóre pojedynki opisane w ramach fabuły zostały ustawione, czy baron Luco ma w tym wszystkim jakiś ukryty cel, czy niespodziewanie stanie się coś, co odmieni losy turnieju, no i jaka w tym wszystkim rola Celestii, jako Tej, Która Lśni. W ogóle, co będzie z wątkiem zarazy, który zdaje się miał być w jakimś sensie motywem przewodnim, zważywszy na zasady konkursu.

 

No to już teraz przyznam, acz dopiero po powtórnym zapoznaniu się z tekstem – uważam, że wątek zarazy jest we „Władcach Wiatru” zrealizowany dosyć "skromnie" (tzn. ciągle miałem wrażenie, że choroba ta mogła być rozpatrywana jako pewien symbol i tak o niej raz po raz myślałem) i o ile faktycznie jest szalenie istotny, o tyle nie wydaje się grać pierwszych skrzypiec, a autor najwięcej wysiłku przeznaczył... No właśnie – niekoniecznie na stosunki międzynarodowe czy politykę, czego moglibyśmy się spodziewać, ale właśnie na przemyślenie postaci oraz ról, które mają wypełnić, co gdzie opisać, w jaki sposób skonstruować zwroty akcji oraz rewelacje, jak poprowadzić turniej oraz jak zrealizować zakończenie. Odniosłem wrażenie, że to dopiero w drugiej kolejności (acz nie tak daleko) Verlax zajął się kwestiami Wielkiego Planu (co bardzo mi się spodobało), tudzież kwestiami politycznymi. Łącznikiem między tymi rzeczami jest ogólne światotworzenie, doskonale nam znane z poprzednich odsłon cyklu. Wplótł to w tekst wręcz doskonale, toteż wszystko współgra ze sobą znakomicie i tak też jest z motywem trądu, który „wystąpił” w charakterze zarazy, aczkolwiek nieszczególnie zwraca na siebie uwagę, chociaż w tym samym czasie nie daje o sobie zapomnieć. Jak się to udało? Myślę, że to swego rodzaju fenomen. Wydaje mi się, że na wrażenie to składa się kilka czynników, do których przejdę później, przy omawianiu wątku fabularnego. A może po prostu ów tajemniczy trędowaty okazał się tak sprawnym zawodnikiem, że szło zapomnieć, iż trawiła go choroba?

 

Ale czy w jakimkolwiek punkcie opowiadania przyszło mi do głowy, że było ono napisane nie na temat? Nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie. Byłem pod wrażeniem innego podejścia do tematu, gdyż nie było to opowiadanie stricte o zarazie pojmowanej jako epidemia/ pandemia, atak jakiegoś patogenu, ani żaden eksperyment, który przebiegł niewłaściwie, aczkolwiek owszem, znajdziemy w nim wątek medyczny. Zabrakło grozy, zwątpienia, w sumie, nawet trup nie ściele się gęsto, powiedziałbym wręcz, że sprawy toczą się zaskakująco zwyczajnie. A jednak trąd pozostaje istotnym elementem fabuły opowiadania, znajdziemy do niego mnóstwo odniesień, czy to w narracji, czy wypowiedzianych ustami poszczególnych postaci, choć w tekście jest tyle elementów, że niekiedy przestaje się zwracać uwagę na chorobę. Kolejny dowód na to, jak pieczołowicie autor to sobie zaplanował i rozpisał. Lekturę kończy się ze świadomością, że koncept po prostu został zrealizowany dobrze, że każda scena miała cel i że utworowi niczego nie brakuje.

 

Natomiast, do końca byłem ciekaw, czy na dokładkę nie okaże się, że w tle od początku przewijała się jeszcze jakaś choroba, podobna do trądu, ale autentycznie zaraźliwa, co doprowadziłoby do wystąpienia autentycznej epidemii, która to rozlałaby się najpierw wśród elit, a ostatecznie przeskoczyła na zwykłych poddanych, już grubo po turnieju. Tak się nie stało i chyba to dobrze. Ale niejednokrotnie snułem takie spekulacje, gdy jeszcze nie znałem zakończenia.

 

 

Prolog okazuje się nie tylko klimatycznym, ale dosyć nietypowym wprowadzeniem i uważam, że powinien przypaść do gustu każdemu, kto uważa, iż otwarcie tekstu jakąś akcją, czymś nagłym, zagadkowym, jest tym, co najlepiej zachęca do lektury, bo od razu daje znak, że w tle chodzi o coś więcej i jednocześnie zachęca do czytania – by poznać kulisy zdarzenia, jego skutki, dowiedzieć się więcej o postaciach oraz ich motywacjach, no i przekonać się, czy pozostawione tu i ówdzie szczegóły zapowiadały kluczowe momenty w historii. Nie oznacza to jednak, że ta część fanfika sprowadza się do dwóch zaledwie pojedynków, jednego opisanego w ramach retrospekcji oraz drugiego, już w czasie teraźniejszym, kiedy to poznajemy barona Luco oraz Venię, no i otrzymujemy kilka odniesień, czy to do konfliktu między dwiema republikami, do turnieju, któremu (między innymi) zostali poświęceni „Władcy Wiatru”, czy też do poszczególnych rozdziałów „Koła...”, w postaci napomknięciu o ptakach Kairosa. Jest to pierwsza połowa prologu.

Druga jest już znacznie spokojniejsza i jeżeli ktoś nie trawi prologów napisanych w stylu, o którym wspomniałem wcześniej, to tutaj znajdzie to, czego szuka – ekspozycję, klimat, a także przedstawienie kolejnych postaci, no i zajawienie głównego wątku. Jest to też pierwszy raz, gdy mamy okazję „skosztować” trądu, bowiem zapodane opisy choroby, stanu na Lazara (tak każe się nazywać ów tajemniczy nieznajomy) do przyjemnych nie należą, aczkolwiek pozostają stonowane. Smród przepoconych łachmanów i co nie tylko da się odczuć niedługo potem, co pokazuje, że mimo braków w formie, są to opisy obszerne, klimatyczne, co jak widać nie zawsze jest przyjemne w odbiorze, ale to ok, chyba można powiedzieć o swego rodzaju immersji ;)

 

Tak oto przechodzimy do właściwej zawartości „Władców Wiatru”, gdzie na dzień dobry możemy zapoznać się z co ważniejszymi personami, których będzie dotyczyć niniejsza historia. Odbieram to jako swego rodzaju wyciągnięcie pomocnej dłoni przez autora, najwyraźniej wziął on pod uwagę, że ktoś mógłby poczuć się zagubiony tytulaturą oraz kto jest kim i jakie reprezentuje stronnictwo, zatem wszystko, co w tej materii ważne, mamy w jednym miejscu gdzie możemy w każdej chwili powrócić i przypomnieć sobie określone informacje. W ogóle, przyznam, że podobają mi się te imiona, głównie dlatego, że są dość mało kucykowe. Coś innego, jakieś urozmaicenie. Mamy Nieśmiertelną, różnych oficjeli i możnych, a także gryfiego kanclerza, zatem mamy pewność, że obsada została należycie zróżnicowana i pomimo zdecydowanej dominacji niepatrzytokopytnych, jest w tym podejściu coś świeżego. Widzą Państwo, jeden gryf, a jaka różnica :D

 

Początkowe rozdziały fanfika to konsekwentne wprowadzanie czytelnika w panujące w tym świecie realia, tło stojące za nadchodzącymi wydarzeniami, a także uchylenie rąbka temu, co to za turniej i o co chodzi z tym konfliktem pomiędzy Ligurą, a Altiną. Nie zabraknie światotworzenia najwyższej próby, a także satysfakcjonujących introdukcji kolejnych postaci, czemu będą towarzyszyć różne interakcje, w trakcie których poznamy konkretne cechy charakteru niektórych z nich, aczkolwiek na tym polu najbardziej wybijają się Rosa, Ira, w dalszej kolejności Jopaz oraz Siegfried, ale pozostałe postacie również polubiłem.

 

Gabaryty kolejnych rozdziałów oraz tempo akcji nie mogły być lepiej dobrane. Konsekwentnie i stopniowo zagłębiamy się w szczegóły, począwszy od przybycia do ówczesnej stolicy Equestrii – do Everfree – poprzez spotkanie barona Luco z państwem Torta i wyjawienie, iż to Lazar będzie walczyć w imieniu reprezentanta republiki Ligurii, na przybliżeniu jak ów trędowaty sobie radzi kończąc. Autor nie szczędził mniej lub bardziej obszernych wyjaśnień np. odnośnie tego, jak go dopuścili do turnieju, czy jak prezentuje się arena zmagań. Znów – jestem pod niemałym wrażeniem przejrzystości oraz lekkości, z jaką wyłożone zostały zasady pojedynków turniejowych, na czym to polega, a także tego, jak zostały opisane manewry, które wykonują uczestnicy. Dzięki temu wątek ten zyskuje na wiarygodności, gdyż łatwiej jest sobie wyobrazić to jako autentyczny turniej, coś, co naprawdę mogłoby się wydarzyć. Wiarygodne, ściśle przestrzegane zasady, wyjaśnienia odnośnie technik czy uprawnień arbitra, pozwalają na bezproblemowe wyobrażenie sobie kolejnych starć oraz ruchów postaci, co także należy pochwalić. Czyta się to z wypiekami na twarzy, tym bardziej, że autor zawczasu zadbał o zbudowanie napięcia, tj. omówienie strategii, czyli ilości pojedynków, których potrzebuje wygrać Lazar, by spotkać się z Venią, w ogóle, by przejść dalej w „drzewku” i odnieść sukces.

 

Co również jest imponujące, światotworzenie, różne informacje dotyczące zasad rządzących turniejem, ceremonii z tym związanej, nastrojów zgromadzonych, a także szczegóły taktyki oraz możliwych zagrożeń, wszystko to jest nam przekazywane na różne sposoby – nie tylko w zwykłej narracji, ale także poprzez poszczególne dialogi między postaciami, tudzież komentarze widowni. Jest klimat, jest napięcie, jest niepewność, co jeszcze się wydarzy i czy naszym bohaterom się powiedzie. Jak już pisałem, opowiadanie absorbuje i trudno wyjść z podziwu dla tego, jak autor skomponował ze sobą wszystkie te elementy, nie zapominając o interakcjach między postaciami oraz wątkach politycznych.

 

No tak, lecz nie samym turniejem człowiek żyje, toteż w odpowiednim momencie otrzymujemy do czytania zupełnie nowe rzeczy, więc fanfik ani przez moment się nie nudzi. Rozdział VII jest kluczowy w tym sensie, iż poznajemy bliżej Jopaza oraz kanclerza Siegfrieda, a także ojca tego pierwszego, Ametyna Platinum, obecnego arcyksięcia Unicornii. Jakie to ma przełożenie na fabułę? Ano takie, że odkrywamy ambicje arcyksięcia, związane z sukcesją oraz przyszłością Unicornii, jak również dowiadujemy się jakie znaczenie ma retrospekcja zawarta w prologu i kim były przedstawione w nim postacie, w ogóle, co się wtedy stało. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to nie koniec rewelacji. Autor nie omieszkał dorzucić nowych wątków, które zostają wyjaśnione później, w miarę jak czytelnik zbliża się do zakończenia.

 

Mógłbym pisać dalej o fabule i rozpływać się nad poszczególnymi szczegółami, sposobem, w jaki splatają się kolejne wątki oraz jak świetnie było towarzyszyć bohaterom aż do zakończenia, ale powstrzymam się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie chciałbym, aby była to recenzja spoilerowa, a po drugie, najważniejsze rzeczy zdążyłem omówić w Klubie Konesera Polskiego Fanfika oraz przy okazji czytania VII rozdziału „Koła Historii” na Bronies Corner, stąd nie chciałbym przedłużać, a po prostu nie aż tak spoilerowo zwrócić uwagę na kilka rzeczy, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Są to:

 

  • Wątek Iry Auranti, warto zapamiętać scenę, w której zostaje on wspomniany po raz pierwszy i co zobowiązał się uczynić na turnieju, by dowieść, iż jest kogoś godzien... A także usiąść wygodnie i uważnie czytać starcie Lazara z tym właśnie zawodnikiem. Są to nie tylko emocje i akcja, ale także garść rewelacji oraz momentów, w którym lśni kreacja nie tylko Iry, ale również... Tej, Która Lśni ;)
  • Rozmowa Celestii z Ametynem oraz nawiązanie do tytułu opowiadania, podkreślenie jego znaczenia, co jednak musimy odnieść do kontekstu wydarzeń oraz fabuły sami. Jest pewne pole do interpretacji, nie aż tak szerokie, lecz w zupełności wystarczy, by pobudzić wyobraźnię czytelnika. Sama kreacja Celestii lśni jak nigdy dotąd i ubolewam nad bolesnymi powtórzeniami, które psują tę bądź co bądź inspirującą mowę. Głównie uwiera mnie to „kontrolowanie”, ale wierzę, że po korekcie również i tego typu problemy znikną. W każdym razie, znakomita scena rozmowy Nieśmiertelnej ze zwykłym śmiertelnikiem, który sądził, że ma wpływ na Wielki Plan (w ramach upatrzonego przez niego obszaru), podobnie jak pegazy, które, wedle słów Celestii sądzą, że mogą władać wiatrem. Interesujące, że słowa te płyną z ust jednej z Nieśmiertelnych, przy czym, o ile Celestia przyznaje, iż zna już rezultat turnieju, nie oznacza to, że jest wszechwiedząca. Nie wie kto konkretnie zwycięży, ani co będą oznaczać nadchodzące przemiany dla poszczególnych możnych, personalnie. Stąd, Celestia jest wiarygodna – wie aż za dobrze, że istnieją w tym świecie rzeczy, na które nie ma się wpływu (dla niej, choć sama jest Nieśmiertelną, będzie to Wielki Plan), choć można próbować cokolwiek zmieniać... Co zdaje się nawiązuje do wstępu do „Ery Nieśmiertelnych” i pytania o to, czy było to nieuniknione.
  • Kolejna retrospekcja, rozwijająca wątek braci bliźniaków, których po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć w akcji w ramach prologu. To znaczy, w pierwszej retrospekcji. W połączeniu z rozwiązaniem wątku, a także wyjawieniem prawdy przez Siegfrieda, jak również jego motywów, uzyskuje się nie aż tak skomplikowaną, ale złożoną historię, kilka scen musimy ułożyć sobie chronologicznie i chociaż nie jest to arcytrudna zagadka, mimo wszystko czytelnik czuje się dobrze, docierając do prawdy. Napisałbym coś więcej, lecz wiązałoby się to z istotnymi spoilerami.
  • No i samo zakończenie opowiadania – ostatnia potyczka oraz jej przebieg, rezultat, zwieńczony chyba najistotniejszym zwrotem akcji, z czym poniekąd powiązany jest wątek Siegfrieda, o którym wspominałem w powyższym punkcie. Ale mnie chodzi o motyw trądu oraz wyjawienie tego, że... No cóż, owszem, jest to kara za grzechy, lecz pytanie brzmi: za CZYJE grzechy. Oprócz tego, jest to domknięcie fabuły oraz wynik turnieju, który, zgodnie z zapowiedzią autora, zmienił Equestrię. Znakomite i satysfakcjonujące zakończenie, dla którego warto było czytać i angażować się w poszczególne rozdziały oraz zmagania postaci.

A zatem, zaczyna się niepozornie – ot, mamy retrospekcję, potem trochę akcji oraz następstwa ataku, w wyniku którego miał zostać zgładzony baron Luco, do czego jednak nie dochodzi, lecz on sam jest niezdolny do walki, w związku z czym, będąc pod wrażeniem jego umiejętności, prosi swego wybawiciela, aby ten zajął jego miejsce. Tak bohaterowie docierają do Everfree, gdzie ma się odbyć turniej, drogą którego ma zostać rozstrzygnięty konflikt między dwiema republikami. Ironicznie, choć turniej ten wymyślono po to, by zapobiec wzajemnemu mordowaniu się obu stron oraz rozlewowi krwi, Liguria i Altina, nie chcąc kolejnego remisu, postanowiły zetrzeć się ze sobą przed turniejem i to nie jeden raz. Wszystko po to, by nie dopuścić do tego, by ci drudzy pojawili się na arenie. Czyli kolejne próby pozbycia się konkurencji i tak doprowadziły do śmierci, rozlewu krwi. Bardzo interesujące, zważywszy na przywołaną mowę Celestii. Zdaje się, że ktoś tu próbował coś kontrolować, co z góry skazane było na porażkę. Ale chyba powinna wiedzieć, że takie rzeczy i tak się wydarzą? Pytanie zatem – po co w ogóle ta heca z turniejem? Może w ten sposób udało się zmniejszyć liczbę ofiar oraz ograniczyć skalę konfliktu, ale wciąż, jak to się ma do wiedzy Nieśmiertelnych oraz do Wielkiego Planu? Może po prostu nie wszystko jest wedle niego sztywnie ustawione, a może ja coś źle zrozumiałem (nie zdziwiłbym się) ;)

 

Ale oddalam się od tego, o czym chciałem napisać. Kolejne klimatyczne opisy, przybliżające nam szczegóły tworzonego przez Verlaxa świata (i to od podstaw), przeplatane są z wyjaśnieniami dotyczącymi turnieju oraz kreacjami coraz to nowych postaci, przy jednoczesnym prowadzeniu wątków politycznych. A gdy ród Platinum oraz ich gryfi kanclerz otrzymują swój rozdział, na scenę wkraczają nowe wątki, między innymi rodzinne spory krążące wokół sukcesji, kolejne gry polityczne, a także tajemnice, które zostaną odkryte w miarę rozwoju fabuły oraz grzechy przeszłości, które teraz zrodzą śmiertelnie poważne konsekwencje. Rośnie napięcie, rośnie ciekawość czytelnika i o tym muszą Państwo przeczytać sami ;) Naprawdę warto. Myślę, że niejeden raz poczujecie się zaskoczeni.

 

Jednakże nie myślcie sobie, że zabraknie innych smaczków. Czy to wstawki z języka włoskiego (drobniejsze elementy budowania świata oraz kultur – rozróżnienie między językami: fralski, a equestriański), czy skromny wątek kulinarny (wspomnienie o paście jako urozmaiceniu każdego dania świetne), czy rozterki Lazara, odnośnie jego choroby i nieuchronnej śmierci. I jeszcze ta metalowa maska, taka drobnostka, a jak pamiętna, jak ciekawie wyjaśniona... Masa drobniejszych szczegółów, które urozmaicają całość, no i nadają jeszcze lepszego smaku. Autentycznie czuć, że to przemyślany od podstaw, żyjący świat ze swoją historią i przyszłością, a rzeczy dzieją się w sposób organiczny i większość z nich ma swoje skutki, albo natychmiastowe, albo odłożone w czasie. Świetna sprawa.

 

 

Chciałbym jeszcze przez chwilę pochylić się nad kreacjami postaci. Nie ukrywam, lubię, gdy mam okazję śledzić losy ciekawych, zarysowanych z pomysłem postaci, dowiadywać się o ich celach, nawykach oraz problemach, obserwować interakcje między nimi, te rzeczy. Z przyjemnością stwierdzam, że w tym fanfiku świetnych, charakterystycznych postaci mamy naprawdę sporo. Moją ulubioną zdecydowanie jest Król Celestia – znakomita i konsekwentna kreacja, inna niż serialowa, odpowiadająca osobie boskiej, nieśmiertelnej, kompetentnej. Po prostu autentyczna, potężna władczyni, która oprócz tego, że zna Wielki Plan (tzn. na ile jest to możliwe, wszak nie jest wszechwiedząca), wzbudza respekt oraz wypowiada się tak, jak należałoby tego oczekiwać od króla z prawdziwego zdarzenia. Sprawia przy tym wrażenie mądrej i doświadczonej. Jej mowa o próbach zapanowania na wiatrem, analogie do pegazów, wszystko to brzmiało niezwykle inspirująco, głęboko. Forma nieco zbiła te wrażenia, ale koncentruję się na przekazie. Fantastyczna Celestia. Znakomita. Autentyczna. Naturalna. Poważna i poważana władczyni z krwi i kości.

 

Na drugim miejscu uplasowali się ex aequo Ira Auranti oraz Siegfried. Dlaczego? Po pierwsze, ich tło. Wprawdzie nie otrzymaliśmy zbyt wielu szczegółów, ale to, co był łaskaw zdradzić nam autor, w pełni wystarczy, by się wkręcić i polubić tych bohaterów. Po drugie, ich role w opowiadaniu oraz charaktery, tak różne i zapadające w pamięć zarazem. Ira, jako góra mięśni, jest impulsywny, świadomy swojej siły, a przy tym sprawia wrażenie ambitnego i idącego własną ścieżką, uwielbiającego walczyć z silnymi oponentami. Jego występy nie należą do najdłuższych lecz jeżeli już pojawia się w fanfiku, wypada znakomicie, ikonicznie wręcz i nie daje o sobie zapomnieć. Z kolei Siegfrieda cenię za to, że jest to gryf wielu talentów, do których zalicza się także medycyna. Wykorzystując zaistniałe okoliczności, zgłębił zagadnienie trądu, dzięki czemu w jakiś sposób oświeca poszczególne postacie oraz nas, czytelników, na końcu. Jednocześnie od początku miał swoje powody, by kontynuować pewną maskaradę i trzymać pewne kucyki w niewiedzy, utrwalając tajemnicę. Jest także opanowany, ale wiarygodny w tym, co robi, no i ma poważny interes, by pozostać na Dworze i nie wracać do ojczystej krainy. Co cieszy w przypadku obu tych postaci, ich historie pozostają otwarte, a potencjał do ich rozwijania wydaje się spory.

 

No i trzecie miejsce na podium, które wędruje do Rosy Torta. Z jednej strony, jej postać wydaje się być jakby wyciągnięta z innej bajki, może nawet z serialu animowanego, aż czytelnik się zastanawia, z której choinki się urwała, co ona tam robi? :D Ale z drugiej, klacz ta pełni bardzo ważną rolę w opowiadaniu, ukazując nam, czytelnikom, że stosunek kucyków do trędowatych, o ile w większości negatywny, nie jest jednoznaczny i że owszem, istnieją jednostki otwarte, ciepłe i serdeczne, które nie wahają się nieść pomocy dotkniętym zarazą, starając się przy tym otworzyć ich oczy na to, że poza chorobą jest coś więcej i że można to życie przeżyć godnie, obojętnie ile jeszcze go zostało. Ilekroć Rosa występuje na łamach fanfika, człowiekowi robi się cieplej, przyjemniej, czuje się nastrojony pozytywnie, zaczyna odczuwać nadzieję, co bardzo pozytywnie wpływa na wrażenia. Chyba największe zaskoczenie fanfika. Nie sądziłem, że autor zdecyduje się na podobną kreację i że nie tylko nie zepsuje nią klimatu (czyniąc niektóre momenty aż zbyt cukierkowymi/ naiwnymi), ale wręcz go umocni, doda do całości jeszcze coś, co zapadnie w pamięci na dłużej.

 

Na wyróżnienie zasługuje także Lazar, który był ciekawym protagonistą, dość złożonym, z interesującą historią oraz przejściami, no i baron Luco. Ich losy śledziło się świetnie, w sumie ciekawie wypadli także Jopaz oraz Ametyn – rzekłbym, że ostatecznie okazali się bohaterami w jakimś sensie skonfliktowanymi, usiłującymi wpłynąć na losy swoje oraz swoich włości, ukształtować przyszłość według siebie, co ostatecznie okazało się niemożliwe, a wydarzenia z przeszłości powróciły, nadając historii takiego biegu, jak zapewne zostało to zawarte w ramach Wielkiego Planu.

 

W skrócie – sporo zapadających w pamięć, rozwiniętych w satysfakcjonującym stopniu kreacji postaci, przy czym każda z nich miała w sobie coś swojego, dzięki czemu obsada okazała się całkiem zróżnicowana, barwna, co udowadnia, że Verlax nie tylko potrafi znakomicie światotworzyć, ale również pisać postacie. Szczere gratulacje ode mnie, bo to były naprawdę dobrze wykreowane postacie, których poczynania chciało się śledzić i które, mam nadzieję, jeszcze zobaczymy (taa, udaję, że nie wiem o ujawnionych przeciekach, ale shhh...) ;)

 

 

Nawiązując luźno do dyskusji w Klubie Konesera Polskiego Fanfika – ciekawe, że te wielkie zmiany, a także iście szalone zwroty akcji w ramach turnieju, zostały nakręcone przez, bądź co bądź, zbieg okoliczności. A może po prostu to również był element Wielkiego Planu? Gdyby Kairos posłał na miejsce swoje ptaki, być może obserwowałby kto konkretnie przeszkodzi w zabójstwie reprezentanta Ligurii, w związku z czym turniej będzie się mógł odbyć, przynosząc rezultat przewidziany w Planie?

 

W ogóle, ciekawi mnie scena, w której Celestia karmi ptaki, jednocześnie rozmawiając z Ametynem. Nadal jestem przekonany, że ich konwersacji, poprzez swych skrzydlatych posłańców, przysłuchiwał się Kairos, tylko co to może oznaczać? Czy wiedząc o rezultacie turnieju, chciałby coś z Celestią omówić? A może wie coś więcej, odnośnie rezultatów innych wydarzeń, które mogłyby dziać się równolegle, lecz w innym miejscu na świecie? A może to zwykła ciekawość? Kto wie, może kiedyś się przekonamy. Albo powstanie fanowski spin-off. Albo scenariusz „What if...” Nie wiadomo. W sumie, to by było ciekawe – alternatywna historia do „Koła Historii” :D

 

Najbardziej zastanawia kwestia władania wiatrem, w kontekście Wielkiego Planu. Ale w sumie, do przemyśleń skłania także motywacja Iry, w sensie, dlaczego na własne kopyto rozstrzygnął swój pojedynek. Domyślam się, że po tym, jak trędowaty okazał się jedynym przeciwnikiem, który mógł rzucić mu wyzwanie i walczyć jak równy z równym, być może zaczął postrzegać cały turniej jako niuans niegodny jego osoby, więc (również by przy okazji zdenerwować matkę), odbębnił dziesięć mieczy, coby dowieść, że był godzien pewnej damy, po czym odpuścił sobie resztę turnieju, skoro de facto nie było to dla niego żadne wyzwanie. Możliwe, że bardziej od stawki, interesowała go walka z godnym przeciwnikiem. Albo walka sama w sobie. Coś mi się zdaje, że teraz to spróbuje zmierzyć się z gryfem w sile wieku. Przeczytałbym podobny pojedynek. Albo jakiś morderczy trening, gdzie jego partnerami byliby gryfi wojownicy.

 

A tak poza tym, zastanawia mnie także to, że pod koniec, w ogóle, po otwarciu fanfika, nie otrzymaliśmy żadnej dłuższej sceny z Venią, nawet żadnego istotniejszego dialogu, czy interakcji... O ile dobrze zapamiętałem. Wydaje mi się to trochę dziwne, wprawdzie na tym etapie wiemy już, że to jednak nie on jest tutaj tym głównym mącicielem, ani złoczyńcą, lecz nadal, zastanawia jego nieobecność w fabule... To znaczy, jest obecny, ale po prostu jest i tyle, od czasu do czasu przewinie się gdzieś w tle, spróbuje sprowokować, ale to tyle. Wprawdzie przez moment wydaje się, że zaraz wkroczy na tę arenę i zabierze z niej Lazara, lecz wówczas zdaje sobie sprawę, że bynajmniej nie jest bez grzechu i nie powinien rzucać tym przysłowiowym kamieniem. A może powstrzymało go coś innego? Czy Wielki Plan może w ten sposób oddziaływać na jednostki, a mowa o grzechach jest jedynie przykrywką? A może, wiedząc już jak działa trąd, jako kara za grzechy, czy w przyszłości zaraza spadnie na kogoś z rodziny Venii? Albo kogoś innego, jakkolwiek z nim powiązanego? Zresztą, skoro nikt nie jest bez grzechu, czy to znaczy, że kucyki będą chorować jeszcze długo, aż nastąpi... ja wiem, jakiś przełom? Że to fatum ciążące nad możnymi, gdzie za ich grzechy będą cierpieć ich następcy? Sporo możliwości na ciąg dalszy.

 

Coś jeszcze? Mimo wszystko, zastanawiają mnie dalsze losy poszczególnych krain, może nawet do kilku pokoleń w przyszłości. Jak długo będą się rozgrywać podobne turnieje (no chyba, że była na końcu informacja, że było to ostatnie takie wydarzenie, to przepraszam, ostatnio mam sporo na głowie :twilight6:)? Czego będą dotyczyć przyszłe konflikty między dwiema republikami? Osobiście jestem sobie w stanie wyobrazić możnych, wysuwających jakieś roszczenia, tudzież nowe zagrożenie, które zatrzęsie Pax Imperios Immortales. Wszakże koło historii miało się zatrzymać, ale rozumiem, że jeżeli Wielki Plan stanowi inaczej, wówczas nadal będzie się toczyć i w końcu wszystko zostanie obrócone wniwecz, a dzieje niejako rozpoczną się od nowa. Może. Nie wiem tego. Cały czas rozmyślam o tym w kategoriach tego, czy to, co się wydarzyło, rzeczywiście było nieuniknione i czy nad Nieśmiertelnymi stoi jakiś wyższy byt. Może powrót do najnowszych rozdziałów cyklu da mi jakieś podpowiedzi, przekonamy się.

 

 

A póki co, gorąco polecam „Władców Wiatru” i niecierpliwie wyczekuję, aż opowiadanie pojawi się w wątku w swojej skorygowanej formie. Chętnie rzucę okiem na to, co uległo zmianom w zakresie formy, no i pewnie napiszę o tym ze dwa słowa, czyniąc z tego wstęp do oceny kolejnych elementów cyklu, których jeszcze nie skomentowałem :D Jestem nakręcony na kolejne rozdziały oraz oneshoty i zżera mnie ciekawość jak daleko jeszcze zabrnie kreatywność autora.

 

„Władcy Wiatru” jest to niezwykle wciągający, klimatyczny i znakomicie przemyślany tekst, który trzyma w napięciu i od którego ciężko się oderwać, zważywszy na znakomite światotworzenie oraz świetną obsadę, dzięki której historia po prostu nabiera rumieńców i się podoba. Po prostu chce się to czytać, chce się dać porwać i zobaczyć na własne oczy jak się to skończy. Znakomity fanfik, wart wszelkiego zachodu ;)

 

 

Pozdrawiam!

 

 

PS: Komentować i głosować w tej ankiecie, goddammit!

Edited by Hoffman
  • Upvote 3

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chciałbym bardzo gorąco podziękować @Hoffman za komentarz i pozwolę na niego odpowiedzieć, mimo że niespecjalnie mogę chociaż trochę dorównać ci w długości i przenikliwości w komentarzu - chciałem konkretnie zwrócić uwagę tylko na dwie drobne kwestie:

 

Te "nieszczęsne rozdziały". Zacząłbym od tego, że można nazywać ten zabieg różnie, ale na pewno nie są to rozdziały. Można to nazywać "sceny" (też nieprecyzyjnie) czy po prostu "fragmenty", ale na pewno nie rozdziały. Nie wziąłem to też znikąd - zainspirowałem się konkretnie tutaj Sapkowskim, który w taki sam sposób rozdziela swoje opowiadania:

 

spacer.png

 

Dodatkowo jeśli chodzi o ten wątek, nie rozumiem komentarza o "losowych nagłówkach" - przejrzałem opowiadanie i jeszcze przed korektą wszystkie były poprawne jeśli chodzi o kolejność i numerację, od " I " do " XVI ". Jestem więc tym ociupinkę zdziwiony.

 

Druga kwestia tyczy się wspomnienia, że Venia d'Oriago chociaż miał wielką rolę w prologu, to ostatecznie jego obecność w fabule była niewielka. Osobiście uważam, że nie jest to wada czy zaleta, tylko pytanie o autentyczną rolę postaci czy rolę "plot pointów". Główny wątek fabularny tyczy się przede wszystkim skomplikowanych relacji w ramach rodziny Platinum, a konflikt między Ligurią i Altiną choć jest, nie jest głównym wątkiem. Powodem tego stanu rzeczy jest po pierwsze "misdirection" (odwracanie uwagi czytelnika i zajmowanie go czymś innym by nie dostrzegł o co realnie toczy się gra by go zaskoczyć), a po drugie - zajmowanie czasu czytelnika póki "prawdziwa intryga" dopiero się rozwija i by on się nie nudził. Shaffrilas Productions zrobił swego czasu film o "twist villainach" w filmach animowanych i szczególnie poleciłbym ci fragment o tym jak robi to Pixar w Monster Inc. On sam wyjaśnia to dużo lepiej niż ja - ale w skrócie - póki nie jest ujawniony prawdziwy antagonista czy prawdziwe wyzwanie dla bohaterów, musi istnieć jakieś inne wyzwanie, inny antagonista by zajął czas oglądającego aż do "revealu". Gdy reveal już następuje - jego rola w fabule jest nieistotna. Dlatego też notabene Venia nie dostał opisu swojego pojedynku z Lazurem. Bo w praktyce z przyczyn fabularnych, nie miało to już znaczenia i w tym momencie opowiadania było już oczywiste, że głównym wątkiem Władców Wiatru jest skomplikowana relacja w ramach rodziny Platinum, a nie konflikt dwóch miast.

 

Link do tego filmu

 

W każdym razie - bardzo ci jeszcze raz dziękuję za przeczytanie i skomentowanie. A skoro o tym mowa, Władcy Wiatru w skorektowanej formie zawitają na forum lada chwila...

 

I wreszcie, prezentuję wam:

 

Zwycięzcę konkursu pisarskiego "Czarna Śmierć"

Władcy Wiatru

[Slice of Life] [Violence] [Political]

spacer.png

 

Prolog

 

Władcy Wiatru

 

Epilog

 

Opis Opowiadania: Do Everfree, stolicy Equestrii, przybywają rycerze dominium Królewskich Sióstr by wziąć udział w turnieju z okazji święta Dies Triumphi Solis Invicti. Baron Luco d’Sarisolla z Fralii reprezentujący miasto Ligurii zostaje jednak po drodze napadnięty przez bandytów i okaleczony. Od śmierci ratuje go interwencja tajemniczego nieznajomego. Nie będąc w stanie dalej walczyć - baron Luco prosi by ten go zastąpił. Choć nie może tego jeszcze wiedzieć, prośba ta zmieni Equestrię w sposób jaki nigdy nie mógłby sobie wyobrazić.

 

 

 

Dla osób co czytały opowiadanie w wersji konkursowej bądź lektorskiej - co jest zmienione? Została dodana jedna drobna scena (słownie dwie strony) oraz dodano drobny szczegół do jednego opisu. Korektorem opowiadania był SoulsTornado za co mu bardzo dziękuję.

 

Życzę przyjemności w trakcie lektury i skoro Władcy Wiatru wreszcie zostali opublikowani - ogłaszam, że za tydzień od teraz zamykam ankietę i na jej podstawie zdecyduję jakiego one-shota do serii pisać dalej. Możecie też osobno zasugerować czy macie ochotę bym zajął się jakimś konkretnym obszarem czy tematem w ramach świata. Jednocześnie też został ogłoszony konkurs na Gradobicie. Pomijając rezultaty ankiety, prawdopodobnie coś na to Gradobicie napiszę, acz nie mogę zdradzić szczegółów.

Pozdrawiam

Edited by Verlax
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mam bardzo mieszane uczucia co do Grzechu Supremacji. Treść super, ale forma... Miejscami wygląda to jakby oryginał był po angielsku, a potem został wrzucony w google translator. Mnóstwo anglicyzmów, kreatywna składnia, bezsensowne zdania, bardzo złe powtórzenia, a nawet Indiana Jones i poszukiwacze zaginionej deklinacji. Baty dla korekty, baty i dwie dodatkowe siostry za karę!

 

A co do samego rozdziału... Bardzo podobało mi się przedstawienie gryfów. Może i wydają się być miejscami aż zbyt op - kwestia działania ich magii. Ale zarówno one jak i hipogryfy są bardzo interesujące, zwłaszcza erynizm i ich mit rasowy.

 

Zacznę od mitu rasowego, bo koncepcja, że gryfy i hipogryfy prawdopodobnie naprawdę przyleciały z kosmosu jest ciekawa. Choć nie aż tak odjechana jakby się mogło wydawać - w końcu skoro są Nieśmiertelni, to czemu i nie Król Burzy oraz Izar? Może Król Burzy sam był Nieśmiertelnym lub czymś więcej, prawdziwym bóstwem. W tym świecie to raczej możliwe.

 

Osobiście uważam, że Luna faktycznie wyświadczyła im przysługę, paląc te księgi i tępiąc erynizm. Znaczy, uważam, że erynizm byłby fajnym systemem, gdyby nie dziedziczenie grzechów oraz metody egzekwowania kar. Za to sam król jako sędzia i całe społeczeństwo jako kaci? To jest całkiem fajne. Niestety, ale jako całość erynizm posiada za dużo luk, które prowadzą do wymienionych w rozdziale absurdów.

 

Co jeszcze rzuciło mi się w oczy... Że gryfy, które są obiektywnie lepsze od taboretów, są od nich również mniej rasistowskie. Zwróciłam uwagę na jedno zdanie, które padło na sali wykładowej. To o tym, że to nie wina gryfa czy kucyka, że miał pecha się urodzić tym, kim się urodził. No bo czemu niby współcześnie urodzenie się gryfem miałoby być pechowe, a nie wprost przeciwnie? Poza tym... w Grzechu nie znalazłam niczego, co wskazywałoby na to, że gryfy źle traktują kuce. Ba, raczej traktują je jako istoty równe - ponieważ u nich pozycję w hierarchii zdobywa się według zasług i siły, a nie urodzenia. Stosunek kucykowych poddanych do gryfich panów zdaje się to potwierdzać - sprawiedliwość, ochron, etc.

 

To tym bardziej pokazuje jakimi dupkami są Nieśmiertelni. Choć podtrzymuję zdanie, że Luna wyświadczyła im sporą przysługę - co zresztą zauważyły same gryfy.

 

Część o magii i jej działaniu wydaje się być tu wyjątkowo interesująca. A także dalsze losy Iry Auranti. I to, że gryfy mają tu grzywy i małe skrzydła - w serialu zdecydowanie nie miały grzyw, a ich skrzydła były zdecydowanie większe od pegazich.

 

 

Natomiast jeśli chodzi o Władców Wiatru, to fika czytałam i oceniałam w ramach konkursu literackiego "Czarna Śmierć". Wybitny tekst, gorąco polecam. Gdyby był samodzielnym opowiadaniem, to przyznałabym mu głos na [Epic]. Myślę nad tym by w ogóle przyznać go KH.

 

I jeszcze czas na dyskusję :crazytwi:

Dnia 18.09.2020 o 04:39, Hoffman napisał:

A tak poza tym, zastanawia mnie także to, że pod koniec, w ogóle, po otwarciu fanfika, nie otrzymaliśmy żadnej dłuższej sceny z Venią, nawet żadnego istotniejszego dialogu, czy interakcji... O ile dobrze zapamiętałem. Wydaje mi się to trochę dziwne, wprawdzie na tym etapie wiemy już, że to jednak nie on jest tutaj tym głównym mącicielem, ani złoczyńcą, lecz nadal, zastanawia jego nieobecność w fabule... To znaczy, jest obecny, ale po prostu jest i tyle, od czasu do czasu przewinie się gdzieś w tle, spróbuje sprowokować, ale to tyle. Wprawdzie przez moment wydaje się, że zaraz wkroczy na tę arenę i zabierze z niej Lazara, lecz wówczas zdaje sobie sprawę, że bynajmniej nie jest bez grzechu i nie powinien rzucać tym przysłowiowym kamieniem. A może powstrzymało go coś innego? Czy Wielki Plan może w ten sposób oddziaływać na jednostki, a mowa o grzechach jest jedynie przykrywką? A może, wiedząc już jak działa trąd, jako kara za grzechy, czy w przyszłości zaraza spadnie na kogoś z rodziny Venii? Albo kogoś innego, jakkolwiek z nim powiązanego? Zresztą, skoro nikt nie jest bez grzechu, czy to znaczy, że kucyki będą chorować jeszcze długo, aż nastąpi... ja wiem, jakiś przełom? Że to fatum ciążące nad możnymi, gdzie za ich grzechy będą cierpieć ich następcy? Sporo możliwości na ciąg dalszy.

 

Imo Venia nie jest po prostu zbyt ważny. Zarówno on jak i Luco od początku byli siebie warci. Tak jak Liguria i Altina - od lat obie strony odwalały to samo. Ba, uważam, że jako czytelnicy wręcz nie powinniśmy kibicować Luco, bo on i jego rywal są w gruncie rzeczy równie niegodziwi. Nie znamy też całego konfliktu Altina-Liguria.

 

A jeśli Venię coś powstrzymało, to pewnie to by Luco nie wygadał kto go napadł. Podejrzewam, że obie strony nie chciały by Celestia oficjalnie dowiedziała się o ich akcjach.

 

Odnośnie Wielkiego Planu, to osobiście od początku uważam go za przykrywkę. Nawet jeśli śmiertelnicy zapytają o niego Nieśmiertelnych, to ci mogą powiedzieć, że takie drobnostki są nieważne lub że ich małe rozumki nie są w stanie tego pojąć. Poza tym słaby ten Wielki Plan, skoro aitokratia w końcu upadła, ewolucja jest faktem,

Spoiler

a gryfy najwyraźniej przyleciały z kosmosu. Poza tym jeden fragment Grzechu Supremacji wskazuje na to, że Luna wcale nie panuje nad kosmosem, w co wierzyli niektórzy w czasach Pax Imperios Immortales.

Dlatego sądzę, że trąd powodują po prostu prątki Mycobacterium leprae. A nie jakieś grzechy. Od paru rozdziałów widzimy jak bardzo Celestia forsuje swój Kościół i jak bardzo Nieśmiertelnym zależy na tym by ich poddani byli zacofani i ogłupieni.

Dnia 18.09.2020 o 04:39, Hoffman napisał:

Wszakże koło historii miało się zatrzymać, ale rozumiem, że jeżeli Wielki Plan stanowi inaczej, wówczas nadal będzie się toczyć i w końcu wszystko zostanie obrócone wniwecz, a dzieje niejako rozpoczną się od nowa. Może. Nie wiem tego. Cały czas rozmyślam o tym w kategoriach tego, czy to, co się wydarzyło, rzeczywiście było nieuniknione i czy nad Nieśmiertelnymi stoi jakiś wyższy byt. Może powrót do najnowszych rozdziałów cyklu da mi jakieś podpowiedzi, przekonamy się.

 

Skoro Wielki Plan zakładał zatrzymanie koła historii jako jedną ze swoich podstaw, to raczej wątpię by stanowił inaczej. Tylko że jest jedną wielką ściemą. Ponieważ z tego co pamiętam, to Wielki Plan był czymś nieuniknionym. Nie Planem do wykonania, tylko raczej zapisanym przeznaczeniem. Tylko że Nieśmiertelni w końcu upadli, koło historii ruszyło i śmiertelnicy wyzwolili się z okowów. A co do wyższego bytu lub bytów, to sądzę, że jak najbardziej.

 

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Na wstępie zaznaczę, że ostatnio cierpię na brak wolnego czasu (spowodowany między innymi kilkoma nowymi obowiązkami), toteż jeszcze nie miałem przyjemności sprawdzić skorektorowanej wersji „Władców Wiatru”, ani na spokojnie przeczytać najnowszych rozdziałów, aczkolwiek najprawdopodobniej i tak powrót do świata „Koła Historii” rozpocznę od lektury „O'n”. W każdym razie, pojawił się nowy post w wątku, a ja czuję się zobowiązany odpowiedzieć ;)

 

Aha, jeszcze jedna rzecz – do odpowiedzi Verlaxa ustosunkowałem się w ramach Klubu Konesera Polskiego Fanfika. Wiem już, że numerki w fanfiku nie oznaczają rozdziałów, to nie są rozdziały, ale coś innego i myślę, że jednak będę stosować określenie „fragmenty”, jeżeli kiedykolwiek w przyszłości autor zdecyduje się na powtórne zastosowanie tej formy.

 

Wyjaśniłem też kwestię losowości nagłówków, tzn. nie chodziło mi o numerację fragmentów w tekście, ale to, co znalazło się w konspekcie Dokumentu Google – że wyglądało to tak, jakby w ramach nagłówków zostały dodane do konspektu losowe fragmenty, co najpewniej wynikło z tego, jak niekiedy działa Google i że sam lubi sobie „odhaczać” elementy tekstu jako nagłówki i umieszczać je w konspekcie, za plecami autora. Zasugerowałem, aby przyjrzeć się temu narzędziu, gdyż gdyby je zastosować, bardzo ułatwiłoby to nawigowanie w fanfiku, tym bardziej, że został on rozpisany na kilkadziesiąt stron. To wygoda dla czytelnika oraz ułatwienie w powracaniu do określonych fragmentów, np. do ulubionych scen czy dialogów.

 

 

Natomiast, rozpoczynając jednocześnie odpowiedź na post @Cahan, kwestia roli Venii w opowiadaniu również została mi wyłożona, otrzymałem także materiał filmowy, tłumaczący owe zjawisko, odpowiedź ta mnie satysfakcjonuje i w tym sensie wątek uważam za wyczerpany ;)

W sumie, to o Venii, było moim luźnym przemyśleniem, które przewinęło mi się w myślach, zdecydowałem się zawrzeć je w swoim komentarzu, aby było o czym rozmawiać, no i aby ubarwić jakoś ten mój poprzedni post.

 

Jednakże za ciekawą uważam uwagę, że Luco i Venia są siebie warci, i de facto żadnemu z nich nie powinno się kibicować. Myślę, że rozumiem ten punkt widzenia, no i jeżeli oceniać sprawę chłodnym, obiektywnym okiem, to jest to trafne spostrzeżenie, jednak sposób, w jaki Verlax napisał postać barona Luco, nie pozwolił mi pójść tą drogą i jemu nie kibicować, aczkolwiek myślę, że określenie to w tym kontekście bardziej pasuje do Lazara. Nawet, gdy występował i wypowiadał się Luco, i tak myślałem o Lazarze oraz kolejnych pojedynkach, o turnieju. No i cóż, jednak to baron Luco został napadnięty, a poza tym spodobało mi się to, w jaki sposób podszedł do trędowatego Lazara, no i mimo wszystko, przynajmniej dla mnie, ostatecznie wypadł na „przyzwoitego gościa”. Ale prawdziwie chce się kibicować Lazarowi, nawet niekoniecznie wyłącznie z powodu choroby czy wykluczenia, ale zwłaszcza poznając całą jego historię i co się wydarzyło w przyszłości.

 

Aha, jeszcze coś – o ile jakoś trudno mi myśleć o nim (o Luco) jak o kimś równie niegodziwym w stosunku do kogoś, o tyle bardzo łatwo mogę sobie wyobrazić sytuację odwrotną, tj. napad Barona Luco na Venię, który zostaje uratowany przez Lazara i w którego imieniu ów Lazar ostatecznie walczy w turnieju. Chyba to stąd napisałem, że jakby spojrzeć na to obiektywnie, to najpewniej znak równości między tymi postaciami jest w jakimś sensie słuszny. Zwróciłbym też uwagę na to, że obaj bohaterowie reprezentują bardzo konkretne strony, które z kolei mają bardzo konkretne interesy, również w tym, aby rozstrzygnąć turniej na swoją korzyść. Domyślam się, że to prędzej Liguria i Altina – fakt, nie znamy całego konfliktu między nimi – można rozpatrywać jako byty równie niegodziwe, które mają sporo za uszami. W tym sensie, Luco i Venia wydają się być „żołnierzami”, którzy „tylko” wykonują rozkazy.

 

Podsumowując, o ile rozumiem myśl, jakoby obaj od początku byli siebie warci, o tyle trudno mi się z nią zgodzić i utożsamić, zważywszy na to, jak został napisany Baron Luco, jaką pełni rolę w fabule oraz tło obu bohaterów tzn. strony, które reprezentują oraz ich interesy. To Liguria i Altina oszukują, usiłują fizycznie wyeliminować swoich reprezentantów przed turniejem, fakt, że ich własnymi kopytami, ale jednak, to prędzej je uznałbym za byty równe sobie w materii niegodziwości. Natomiast, bez problemu jestem sobie w stanie wyobrazić odwrotny scenariusz i Venię w roli Luco.

 

Dnia 10.10.2020 o 16:05, Cahan napisał:

Dlatego sądzę, że trąd powodują po prostu prątki Mycobacterium leprae. A nie jakieś grzechy. Od paru rozdziałów widzimy jak bardzo Celestia forsuje swój Kościół i jak bardzo Nieśmiertelnym zależy na tym by ich poddani byli zacofani i ogłupieni.

 

Poza tym, co to za kara za grzechy, którą można zbadać, leczyć/ spowalniać jej działanie, skutecznie maskować i wytłumaczyć w sposób naukowy? :rdblink: Chodzi mi o wątek Siegfrieda. Po krótkim namyśle, powiem w ten sposób – ano, pewnie trąd jest powodowany właśnie przez to, ale czy to przeczy myśli, jakoby była to forma kary za grzechy? Jest to dosyć szerokie pojęcie i na tej samej zasadzie można by uznać grypę za skaranie boskie. Wiadomo czym jest powodowana, czym się charakteryzuje i jak ją leczyć/ jak się uodparniać, ale karą jest samo to, że i tak w ogóle się ją przechodzi. Nawet, gdyby chorować przez jeden dzień, taka kara, co poradzisz.

 

Zgodzę się, że w interesie Celestii (i nie tylko) pewnie jest to, by poddani byli zacofani, stąd zaczynam się zastanawiać, jak długo może się utrzymywać taka narracja, że ok, wiemy już skąd bierze się trąd, na czym polega i jak przebiega choroba, jak to leczyć itd. Ale to i tak kara za grzechy. Wyobrażam sobie powolny upadek/ rozkład takiej oto narracji w miarę ogólnego rozwoju nauk, a'la to, co się obserwuje w naszym świecie, tj. stopniowe odchodzenie od światowych religii, nie tylko w sensie koncepcji świeckiego państwa, ale także w sensie kolejnych grup społecznych, dla których wiara zaczyna odgrywać w ich życiu coraz mniejsza rolę.

 

Dnia 10.10.2020 o 16:05, Cahan napisał:

Skoro Wielki Plan zakładał zatrzymanie koła historii jako jedną ze swoich podstaw, to raczej wątpię by stanowił inaczej. Tylko że jest jedną wielką ściemą. Ponieważ z tego co pamiętam, to Wielki Plan był czymś nieuniknionym. Nie Planem do wykonania, tylko raczej zapisanym przeznaczeniem. Tylko że Nieśmiertelni w końcu upadli, koło historii ruszyło i śmiertelnicy wyzwolili się z okowów. A co do wyższego bytu lub bytów, to sądzę, że jak najbardziej.

 

Tutaj zastanawiałem się, czy Wielki Plan i Koło Historii to przypadkiem nie jedno i to samo. No bo skoro Wielki Plan jest czymś nieuniknionym, to Koło będzie się toczyć zawsze i próby wpłynięcia na nie w jakikolwiek sposób są bezsensowne. Ale skoro tak, to czy w takim razie nie można uznać, że Wielkim Planem JEST Koło Historii? Wówczas faktycznie, narracja o tym, że istnieje jakiś plan, mogłaby być ściemą Nieśmiertelnych, a w rzeczywistości dzieje po prostu się toczą, imperia powstają i upadają, tak się to toczy i nie ma w tym niczego boskiego w tym sensie, że wszystko to nie zostało przez nikogo z góry zaplanowane.

 

Oj, mam trudności z precyzyjnym opisaniem tego, co mam na myśli...

 

Chodzi mi o odpowiedź na pytanie, czy było to nieuniknione. Odpowiedź brzmi: tak, ale nie dlatego, że istnieje jakiś plan, ale dlatego, że historia kołem się toczy i wszystko to, co się dzieje, włącznie z ewolucją itd. po prostu się... dzieje. Natomiast, kim są Nieśmiertelni i po co ta narracja, że istnieje jakiś Wielki Plan... Nie wiadomo (na razie). Na pewno są to istoty o nadzwyczajnej mocy, ale nie o mocy ostatecznej. Chociaż, jak sobie przypomnę Tego, Który Płonie...

W każdym razie, stąd uważam właśnie, że jak najbardziej mogą istnieć byty stojące wyżej od nich. Tylko co z tego wynika? A może istnieje Wielki Plan, tylko to nie jest taki plan, jak przedstawiają to Nieśmiertelni? I może jest to coś do wykonania, a owymi wykonawcami są właśnie oni, o czym jednak posiadają ograniczoną wiedzę, a działają w imieniu tych wyższych bytów?

 

Widzę dwie możliwości. Albo Wielki Plan to rzeczywiście ściema, przykrywka i to tak nie działa, albo on istnieje i działa, a Nieśmiertelni są jego wykonawcami (a poddani - ich narzędziami), a rzeczy zostały zdeterminowane przez kogoś/ coś, o czym jeszcze nie mamy pojęcia. I to, że współcześnie świat wygląda, jak wygląda, jest efektem tego, że owe byty na to pozwoliły/ tak chciały. Tylko jaka w tym rola Koła... A może to ono jest czymś nieuniknionym, a Wielki Plan, już abstrahując od tego, czy istnieje i czy działa, to coś innego i jest odwrotnie, że to Koło oddziałuje na jego przebieg?

 

Ale już chyba plączę się w zeznaniach. No nic, może ktoś znajdzie w tych przemyśleniach coś, do czego warto się odnieść i sformułuje własną teorię, która sprowadzi mnie na ziemię. Niemniej, jest to bardzo intrygujący aspekt „Koła Historii”.

 

 

Natomiast, zahaczając o „Grzech Supremacji” – jako, że byłem obecny na czytaniu rozdziału na Kąciku Lektorskim i na jego temat też się wypowiadałem.

 

Dnia 10.10.2020 o 16:05, Cahan napisał:

(...) koncepcja, że gryfy i hipogryfy prawdopodobnie naprawdę przyleciały z kosmosu jest ciekawa.

 

Ja rzuciłem czymś takim, że skoro jest to świat, w którym działa i funkcjonuje magia, to być może Gryfy kiedyś przybyły na tę planetę przez „portale”? W sensie, nie istnieje technologiczna, ale magiczna sieć łącząca różne światy, ale to Gryfy i Hipogryfy kiedyś mogły się nią poruszać i to właśnie zrobiły... A może serio istnieje jakiś wyższy byt, który kiedyś przeniósł je z jednego miejsca w drugie.

 

W skrócie – myślę nad sposobem, w jaki istoty te mogły przybyć do tego świata. Mogły przylecieć z kosmosu, a mogły też dostać się przez jakąś bramę łączącą różne planety/ światy.

 

W sumie, jak tak o tym myślę, zwłaszcza w kontekście dyskusji o istnieniu Wielkiego Planu, przychodzi mi do głowy pewna teoria... Ale to świetny temat na dodatek do mojego komentarza do „Grzechu Supremacji”. Oby tylko nie upadła w trakcie.

 

 

Coś jeszcze? Polecam fanfik, no i zachęcam do czytania, wypowiadania się na jego temat oraz dyskutowania o tym, co wydaje się Wam szczególnie interesujące ;)

 

 

Pozdrawiam!

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytani Władcy Wiatru

 

Beware the spoilers!

 

To było świetne. I to pod praktycznie każdym liczącym się względem. Światotworzenie, jak zawsze u Verlaxa stało na najwyższym poziomie. Dowiedzieliśmy się kolejnych rzeczy o tym jak popier... znaczy zagmatwane są stosunki arystokracji w dominium Celestii. Włączenie odpowiednika włoskich miast-państw i ich wiecznych konfliktów uważam za pyszny pomysł, który doskonale się sprawdził w opowiadaniu. A pomysł Białej Rury by musieli rozwiązywać swe spory bez użycia wojsk i ogólnej krzywdy jest wspaniałym, boskim wręcz pokazem złośliwości - zakładając, iż tamtejsze kuce posiadają temperamenty takie jak ich realni odpowiednicy. 

 

Mniejsza jednak o italo-kuce. Sednem fanfika jest Lazar. Doskonale wykreowana postać, o której stopniowo dowiadujemy się coraz więcej. Świetnie włada mieczem, jest obyty w eleganckiej mowie i mimo zżerającej go choroby będącej "karą za grzechy" (tfu!) nadal ma pewien autorytet. Jednocześnie mimo swojego cierpienia i postępującego zmęczenia wegetacją (bo życiem nazwać to trudno) nie zatracił do końca szlachetnych odruchów, co najlepiej widać w prologu. A kiedy w końcu zostaje ujawniona jego tożsamość... no to dopiero zaczyna się dziać. Właśnie dzięki jego prawdziwemu imieniu i pochodzeniu dostajemy wgląd w polityczne machinacje Unicornii. Jej stereotypowo nadambitny i przekonany o własnej słuszności władca jest idealnym obrazem zadufanego, przekonanego o własnej nieomylności arystokraty, który najlepiej wyglądałby jako wkład do gilotyny. Aż dziw, że przy takim <tu wstaw dowolną, mocną obelgę> jego obaj synowie nie wyrośli na rozkapryszone księciuniów, których głównym zajęciem (A przynajmniej jednego z nich) byłoby marnotrawienie rodzinnej fortuny i zadzieranie nosa.

 

Widać Verlaxie, że wyciągnąłeś wnioski ze złośliwych komentarzy jakimi obdarzano Cię (no dobra, głównie ja obdarzałem) po lekturze pojedynków w KS. Tutaj walki, chociaż czasem dosyć długie absolutnie nie nużą. Są napisane zarówno z pomysłem jak i ze stosowną dynamiką. Fakt, iż są to nawalanki turniejowe, gdzie krew nie ma prawa się polać, tylko dodaje smaku opisom. Czytałem z przyjemnością, bez znudzenia i pewnie kiedyś raz jeszcze rzucę na nie okiem.

 

Samo zakończenie fanfika to przysłowiowa wisienka na torcie. Nadęty arystokrata został upokorzyny, "dobre" miasto wygrało spór handlowy, gryf nie musiał wracać do ojczyzny, bracia zyskali tytuły i ich rozłąka się zakończyła (swoją drogą plot twist z młodszym Platinumem był fenomenalny). Jedynym zgrzytem był brak kary dla przedstawiciela "złego" miasta za urządzony przed turniejem napad.

 

A do czego mogę się doczepić? Troszkę do formy, która w kilku miejscach zawierała minimalne niedociągnięcia. A bardziej do używania w niektórych sytuacjach nieco... nazwijmy to "ludowego" języka, który nijak się miał do pozycji jakie zajmowali używający go bohaterowie. Czasami to zgrzytało.

 

Ogólnie jednak to pozycja doskonale uzupełniająca uniwersum Koła Historii. Takich więcej! Celujący.

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobry, chciałbym wszystkim wam kochani podziękować za komentarze. W tym roku 2021 liczę, że będę w stanie wam dostarczyć dalej więcej ciekawych fanfików z tego uniwersum, które nie odstąpią w jakości.

 

Poniższa część stanowi spoiler do Rozdziału VII, w odpowiedzi na kwestie podniesione przez @Cahan i @Hoffman. Przyzywam też @Kredke, bo miał ciekawą teorię w tym kontekście:

 

Spoiler

Zwróciłbym tu uwagę, że jeśli decydujecie się uwierzyć, że Volkerbschaft (gryfi mit rasowy) jest prawdziwy, dalej pytanie pozostaje "jak bardzo prawdziwy?" oraz "w jaki sposób prawdziwy?". Bo jeśli przyjęte przez was zostanie, że tak - owszem - gryfy przyleciały z kosmosu, to w jaki konkretnie sposób przyleciały z kosmosu? Można technicznie założyć, że pierwsze gryfy """przyleciały""" na Terrę, ale tutaj powstaje tylko więcej pytań - czy pierwsze gryfy były nieśmiertelne i niewrażliwe na zagrożenia przestrzeni kosmicznej? Czy może gryfy przybyły na Terrę, planetę gdzie dzieje się akcja tej serii w statkach kosmicznych? Obydwie teorie, nawet jak na gryfy i fantastykę tego świata, mogą brzmieć nieco zbyt absurdalnie - zwłaszcza, że ten kto pamięta wie, że już od Rozdziału III z Kairosem "hintowałem", że abstrakcyjne teorie spiskowe i mity są dosyć popularne wśród gryfiej rasy. Teoria Hoffmana (portale między światami) jest jednym wyjściem z sytuacji. Wszystko to można interpretować też alegorycznie, bo jeśli spojrzy się na to z dystansu, to mit rasowy Volkerbschaft jest niejako dziwnie przekształconą wersją podania o Adamie i Ewie z biblii. Kluczowa różnica - i co jest znaczącą rozbieżnością między etyką gryfią a chrześcijańską - gryfy uważają, że z ich "domu" zostały wypędzone w sumie nie wiadomo za co i teologicznym celem życia jest powrót na Izar (w ten sam sposób, gryfy dosyć dziwnie traktują swoje "najważniejsze bóstwo i Stworzyciela", bo nie jako "chrześcijańskiego Pana-Stworzyciela sensu stricte", ale antagonistę, może i ojca-stworzyciela, ale dalej ojca-dupka, który ich wygnał z raju). Wreszcie, jest kilka innych różnych interpretacji jak traktować Volkererbschaft - jedną z najciekawszych podzielił się ze mną prywatnie @Kredke i stąd też go taguję by się nią podzielił. Nie będę mu zabierał przyjemności.


Co mogę potwierdzić jednak na pewno, to to, że gdy piszę coś takiego w Kole Historii i nie pozostawiam jasnej odpowiedzi na pytanie, to nie znaczy, że "nie wiem, czekam aż czytelnicy coś wymyślą i wtedy wybieram". Mogę zastrzec, że to (jak i wiele innych aspektów) w Kole Historii jest już przeze mnie obmyślone i jako autor wiem doskonale skąd gryfy się wzięły. Czy będzie to kiedyś bezpośrednio i jasno zdradzone w opowiadaniu... nie wiem. Na pewno jednak dojdą dodatkowe szczegóły, które mogą wam ujawnić nieco więcej. I skoro o tym mowa...

Skończył się konkurs pisarski na Gradobicie. Wyników jeszcze nie ma, ale możecie tam zauważyć "cztery" moje fanfiki - wszystkie z nich są do Koła Historii. Są to tak naprawdę dwa one-shoty. Pierwszy z nich - "Willensvolk" jest niejako rozszerzeniem Rozdziału VII i prequelem dla jednej z postaci co wystąpiła we Władcach Wiatru. W wątku gradobiciowym są to: "Sturmmtal", "Untertreibung" oraz "Donnerschlag und Blitz". Drugi z tych fanfików, znacząco krótszy - "Dobra Ziemia" jest... bardzo specyficzny. O ile przy właściwie całej póki co mojej zawartości w serii Koło Historii staram się bardziej odpowiadać na pytania niż je zadawać, to opowiadanie osadzone znacząco do przodu w przyszłości prawdopodobnie jedynie wam dostarczy masę pytań i pola do spekulacji. To trochę eksperyment, trochę spoiler, trochę skok w przyszłość, trochę próba dania wam większego pola do dyskusji. Cała zawartość gradobiciowa jest póki co bez korekty, więc jeśli nie zamierzacie się przebijać przez gorzej niż przeciętną verlaxową formę, poleciłbym poczekać. Jeśli nie możecie jednak wytrzymać - w tym wątku macie kolejne teksty.

Życzę miłego czytania.

 

- Verlax

 

 

  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wreszcie znalazłem czas by przeczytać Koło Historii. I nie żałuję żadnej, spędzonej z tym fikiem minuty. On jest conajmniej świetny.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, po lekturze, to fakt, że Koło to fanfik, który jest w zasadzie samym światotworzeniem. Nigdy nawet nie myślałem, że coś takiego da się zrobić, a tu proszę. I to jeszcze tak dobrze wykonane. Brawo. Pomijając prolog, fik składa się chyba wyłącznie z wykładów na uczelni (a w zasadzie, z nagrań z wykładów), starych ksiąg i wywiadów w radiu. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie, to nowa i odkrywcza forma, która dodatkowo wspaniale współgra z pomysłem na fik.

 

Sam fik zaś prezentuje nam kolejne fragmenty historii świata, ras, wojen, sojuszy, tworzenia się miast i ich upadku. W każdym rozdziale przedstawiona jest inna perspektywa, prezentująca nieco inny fragment Terry, na którym toczą się wydarzenia. W jednym rozdziale dowiemy się o plemionach gigantów, żyjących na archipelagu wysp, a w innym o arabskich koniach, czy o kryształowych kucach. Nie będzie tu jednak rozległych opisów bitew, czy intryg na dworze. One zostaną tylko wspomniane i szczątkowo opisane, jako element podręcznika historii. I... to się o dziwo sprawdza. Każdy rozdział jest inny i ciekawie dopełniający świata. Jednocześnie, żaden nie wyczerpuje tematu, dzięki czemu jest sporo miejsca na domysły i przyszłe wydarzenia. (Rozdziały nie trwają od ,,początku" do ,,teraz" tylko obejmują znacznie węższy wycinek historii).

Jedyny wyjątek od tego (pomijając spinoffy, których ten komentarz nie będzie dotyczył), to prolog.

 

Prolog to jedyna część, gdzie akcja dzieje się ,,teraz" a nie jest ,,historią". Co więcej, to jedyny fragment, w którym mamy bezpośrednią perspektywę Nieśmiertelnych. Dzięki temu można zobaczyć co nieco z ich sposobu myślenia, który różni się od analiz i wykładów z reszty tekstu. Niestety, przy tych wszystkich plusach, prolog może dawać mylne wrażenie o tym, jak skonstruowany jest cały ten fanfik. Bo na przestrzeni 7 rozdziałów, Nieśmiertelni nie odzywają się bezpośrednio ani razu. Dostajemy tylko interpretacje ich działań oraz oczywiście spory kawał historii plemienia, czy obszaru.

Z drugiej jednak strony, taka konstrukcja prologu jest dla mnie raczej na plus, nie minus. Bo gdyby prolog i cały fik składały się z tekstów historycznych i wywiadów poprzecinanych fabularnymi relacjami Nieśmiertelnych, nie byłoby takiego efektu prezentacji świata. Ponadto, autor (choć w przypadku Verlaxa bym wątpił), mógłby popaść w przesadne prezentowanie Nieśmiertelnych jako zdegenerowanych i cynicznych władców, w bardzo silnym kontraście z boskim wręcz ich obrazem w społeczeństwie. Więc jak dla mnie, konstrukcja prologu fajna. Nawet mimo, że może trochę ,,oszukiwać" czytelnika. 

 

Wracając do tematu, fik pokazuje z różnych perspektyw, pewien okres historyczny. Od jakiegoś momentu, przez zstąpienie Nieśmiertelnego, aż do przejęcia przez neigo władzy, zaprowadzenia pokoju i podbicia maksymalnej ilości ziemi. Pojawiają się też sceny z dużo później, gdzie autor pkazuje co nieco z tego, jak rządy nieśmiertelnych wpłynęły na ten świat. 

 I tu w sumie już mamy ciekawy koncept, który autor zręcznie realizuje. Mianowicie Nieśmiertelni. Cieleśni bogowie, którzy podporządkowali sobie świat (wojną, religią, lub intrygą), by zaprowadzić na nim pokój i wdrożyć Wielki Plan (czymkolwiek on jest). Władza ich pochodzi z Mandatu Niebios (czymkolwiek on jest) i jest ugruntowana przez ich działania, oraz decyzje (jak pokonanie smoków z pomocą Rimstuara, czy kościół Solarny, w przypadku Celestii). Co więcej, Nieśmiertelni nie walczą ze sobą, tylko współpracują, bo tego podobno wymaga Wielki Plan (Czymkolwiek on jest). Tu od razu narzuca się sporo pytań, jak chociażby: skąd się wzięli? i jakie są konsekwencje złamania Planu? Zwłaszcza to drugie jest ciekawe, bo z serialu pamiętamy Nightmare Moon i jej ,,rebelię". Bo, patrząc jak autor bardzo kreatywnie rozprawia się z głupotami serialowego świata (na przykład Stanowiciele, którzy odkrywają prawdziwe imię kuca, któremu wyjdzie znaczek) i jak korzysta z tego co dał serial, zastanawiam się, nie CZY, ale JAK wykorzysta i uargumentuje Nightmare Moon. Zwłaszcza, że fik mówi wprost, że pokój ustanowiony przez nieśmiertelnych nie trwa wiecznie.

A skoro mowa o samych Nieśmiertelnych, to ich kreacja jest różna. Mają różne poglądy i podejście do realizacji Planu, co bardzo fajnie wypada w praktyce i daje spore możliwości. Jak chociażby turbodiscordyzm, w odniesieniu do Kairosa. Świetny pomysł, który ma nawet trochę sensu i jakieś logiczne argumenty. Może się w kolejnych rozdziałach dowiemy czegoś więcej? Może jakiś spinoff o turbodiscordystach?

W zasadzie, Kairos stał się moim ulubionym z bohaterów już po prologu. W przeciwieństwie do stawiającego na siłę i wiarę Rimstuara, oraz nieco spokojniejszego Saoshyanta, woli chyba stawiać na przebiegłość, chaos i dobrą zabawę. Nic więc dziwnego, że jego przyjście i zapowiedzi pojawienia (z uciskanymi kozami, plagami i tak dalej) wywołało u mnie pewien przyjemny dreszczyk. A kolejne punkty dostał za sczurołaki. Bomba

Rimstuar też jest spoko. Prosty i silny. Bez kombinowania. Zdecydowanie materiał na wodza i ciekawy oponent do gry politycznej. Bo z jednej strony wygląda na takiego, który da się podpuścić, a z drugiej, swą przewidywalną prostotą może zaskoczyć oponenta. Do tego został wodzem kraju niedźwiedzi. Bardzo klimatyczne.

Szkoda tylko, że nie wszyscy nieśmiertelni wypadają tak fajnie. Dobra, w zasadzie jeden nie wypada. Celestia. Gdyby nie prolog, powiedziałbym, że jest nudna i niemrawa jako władczyni i Nieśmiertelna. Nie tak fajna i złośliwa jak Kairos, ani nie czuć u niej potęgi, jak w przypadku Saoshyanta.

Spoiler

Który najpierw pokazał światu, że ma czas na toczenie 400 letniej wojny, a potem pokazał, że ma moc, kończąc ją jednym uderzeniem.

Z drugiej jednak strony, prolog pozwala liczyć, że Celestia sie pokaże z lepszej strony. Może jako intrygantka? Albo bardziej charakterystyczny niż obecnie budowniczy? 

W zasadzie, Luna też wypada dość blado bez Prologu, choć nie aż tak jak Celestia. Z jednej strony, jest pokazana jako taki wódz, który tylko bije spiskowców, ale widać też jej wpływ na archipelag wysp oraz  zagładę Thuan De (czy jak im tam było). Niby to dalej mało (nawet mniej niż Celestia), ale mam wrażenie jakby to lepiej prezentowało samą postać, oraz pokazywało już, w jakim kierunku będzie budowana. 

Aczkolwiek jestem dobrej myśli o siostrach. Liczę, że po prostu potrzebują okazji by podbić moje serce czytelnika. 

Tyle o dobrze zrealizowanej koncepcji nieśmiertelnych, którzy stanowią świetny materiał nawet na drugi, równoległy fik, tylko fabularny. Pora na istoty śmiertelne. Verlax dodał sporo od siebie i grubo pomodyfikował istniejące rasy Equestrii. Można by o tym długo pisać, ale lepiej zwyczajnie przeczytać koło. Ja wspomnę tylko o dwóch rasach, o których najchętniej bym czytał jeszcze. Szczurołaki i kosmiczne Gryfy.

Te pierwsze jawią się niby jako barbarzyńcy, ale widać też, że są kreatywne (kopanie miasta w głąb ziemi). Z pewnością mogą mieć sporo ciekawych wynalazków i kulturę techniczną przywodzącą na myśl gobliny, albo orki. Czytałbym. Zdecydowanie bym czytał. Tam drzemie chyba większy potencjał niż w samych Nieśmiertelnych. 

Z kolei Gryfy, które przybyły z gwiazd rodzą wiele pytań i wiele materiałów. Bo zarówno można to rozwinąć jak Danikena piszącego o starożytnych kosmitach, czy też wybrać opcję magicznego portalu, lub też potraktować całość jako legendę, mit rasowy, czy element wiary (jak adam i ewa). Jest tyle opcji, a każda daje szerokie pole do dyskusji. Poza tym, gryfia kultura jest tak ,,inna", że tym bardziej wygląda interesująco i stanowi materiał dla fabularnego spinofu.

Spoiler

Ewentualnie, Gryfy mogły zostać wygnane nie w przestrzeni, a w czasie. Do przeszłości. Jako albo ratunek gatunku, albo kara.

 

Podsumowując treść, Koło Historii to niecodzienny i interesująco napisany fanfik, który nie nuży i zmusza do myślenia. Co więcej, jest tak zaprezentowany, że do czerpania z niego przyjemności nie potrzeba mapy, notesu, czy zapału do historii. On wymaga tylko otwarcia dokumentu, by wsiąknąć w lekturę. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Myślę też, że taki pomysł i wykonanie działają dzięki temu, że pisze to właśnie Verlax. Mam wrażenie jakby miał naturalny dryg do konstruowania historii w ten sposób, oraz prezentuje, jak dla mnie, dbałość o naprawdę drobne szczegóły, łącznie z nazwami własnymi (a może przede wszystkim). 

 

Na sam koniec pozostawiłem sobie kwestię techniczną tego fika. I biorąc pod uwagę, jak wyglądała konkursowa wersja Władców Wiatru, oraz TkS, muszę jak najbardziej pochwalić korektę. Zadbała by ten pełen ciekawych pomysłów fik był nie tylko zdatny do czytania, ale tez by prawie nic nie odrywało człowieka od naprawdę przyjemnej i wciagającej lektury. Owszem, zdarza się trochę ,,kreatywnego" pisania, ale nie ma tego aż tak dużo.

 

Podsumowując, polecam ten fik gorąco. Nie tylko fanom historii i światotworzenia. To świetne i inspirujące dzieło, które czyta się przyjemnie. Ponadto, skłonny jestem oddać głos na Epic, za ogrom pracy przy tworzeniu świata, historii, oraz kultury, a także za, przynajmniej dla mnie, niespotykaną wcześniej formę napisania fanfika (jako zbiór wykładów, starych ksiąg i wywiadów radiowych). Co więcej, uważam, ze całość jest przystępna nawet dla ludzi, którzy nie pasjonują się historią świata i ras. 

 

A na samo zakończenie mam jeszcze kilka pytań, które nie dawały mi spokoju, a odpowiedzi na nie nie widziałem w tekście:

Spoiler

 

Co oznacza numer na końcu każdego rozdziału tomu 1?

Co oznacza numer na końcu rozdziału 7 i czemu jest inny niż w tomie 1?

Dlaczego na końcu rozdziału 6 nie ma numeru?

 

 Wiem, że mój komentarz nie oddaje w pełni tego fika i nie wyczerpuje w pełni, ale mam nadzieję, że kogoś zachęci. 

Edited by Sun
  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zajęło to znacznie więcej czasu niż planowałem, ale wreszcie mogę zaprezentować one-shot napisany Gradobicie w wersji skorektowanej i poprawionej (przez Gandzię, praise be!). 

 

 

Willensvolk

[Adventure] [Slice of Life]

spacer.png

 

Willensvolk

 

Opis Opowiadania: Na ziemiach południowo-wschodniej Alemanni, na pograniczu między Kiefergen i Himmelgrif rycerza Zakonu św. Andrei zostali ponownie wyzwani by uwolnić lokalnych wieśniaków spod ucisku i tyranii smoka co kradnie ich dobytek. Ale dla dowodzących tą małą wyprawą nie jest nawet pewne czy on istnieje.

 

Autor rekomenduje przeczytanie Rozdziału VII i Władców Wiatru przed lekturą Willensvolk ale nie jest to niezbędne.

 

-----------

 

Po tym opowiadaniu, co teraz? Przede wszystkim, jako jeden z jury, bardzo zachęcam do zapoznania się z konkursem "Obca Kultura", w którym sędziuje wraz z Wilczke. Konkurs ma za zadanie przetestować wasze zdolności do kreatywnego światotworzenia i popisania się w tworzeniu światów będących obcych od klasycznej equestriańskiej sielanki. 

 

Po drugie, chciałbym wam również gorąco zarekomendować konkurs organizowany przez @Dolar84, "Spin-off Ultimate Edition"! Tak się składa, że jeden z fanfików do którego możecie pisać spin-offy, to akurat Koło Historii. Jeśli jesteście zainteresowani, możecie spróbować, - jestem dostępny w razie pytań o świat (natomiast serio nie pytajcie mnie o korektę bo ja takich rzeczy nie widzę). A nawet jeśli i tak nie zamierzaliście pisać spin-offa do Koła Historii to polecam zajrzeć do tego konkursu i tak - lista potencjalnych spin-offów do których możecie pisać fanfiki ogromna, konkurs o wyjątkowo luźnych zasadach - nic tylko pisać! Bardzo gorąco polecam.

 

A co z samym Kołem Historii? No cóż, jako kolejny zamierzam napisać Rozdział VII o roboczej nazwie "Idea i Wiara" . Przyznaję jednak, że ostatnio u mnie bardzo średnio z czasem wolnym i nie miałem czasu się za niego porządnie zabrać - niestety będziecie musieli na niego poczekać. Ogólnie, zamierzam napisać obecnie dwa rozdziały, one-shot o roboczej nazwie "C'tis", a następnie jedno z najważniejszych opowiadań jakie obmyśliłem w Kole Historii i jedno z najważniejszych wydarzeń w fabule całego uniwersum - jego (już pewny) tytuł to "Ostatni Argument". Potem pewnie 2-3 rozdziały a następnie, o zgrozo - zakończymy Część II Koła Historii. A co będzie dalej, to już tylko czas pokaże.

 

W każdym razie - życzę możliwie jak największej przyjemności w trakcie lektury i pozdrawiam

- Verlax

Edited by Verlax
  • Upvote 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przeczytane. Czemu dopiero teraz? Niechcący przegapiłam publikację opowiadania po jego korekcie, ale postanowiłam naprawić ten błąd. W ogóle dziwne, że nikt tego jeszcze nie skomentował (poza jury w plikach konkursowych) i to mi, po takim czasie, przyjdzie rozdziewiczyć "Willensvolk". Uprzedzam, że znajdziecie tu spoilery już od trzeciego akapitu mojego komentarza, więc jeśli nie czytaliście, to ostrzegam.

 

Zacznę od tego, że mi się podobało. I że forma jest zła, niestety. Wytrąca z czytania, czasami wręcz irytuje. No i rujnuje klimat, bo czytając "Willensvolk" cały czas widziałam jak to opowiadanie mogło wyglądać. Klimat mógłby się z niego wprost wylewać. No, ale dość tego znęcania, bo mimo wszystko bawiłam się dobrze.

 

Sama fabuła jest prosta, ale dobrze poprowadzona. Pozornie ma jeden wątek, faktycznie trzy. Niemal do samego końca nie wiadomo co się dzieje i jak potoczy się akcja. To duży plus, bo obawiałam się, że okaże się inaczej. To w końcu polowanie na smoka, nie? Zaletą jest już to, że nasi łowcy zakonni sami w tego gada nie wierzą, bo ganiają za nim od 5 lat i dowodów brak. Nie ma strachu, nie ma pogorzelisk, porwanych dziewic. Znikają krowy i świnie, tyle. Zagadka.

Przyznaję, że spodziewałam się, że smoka nie ma, a gryf prowadzi ich w zasadzkę - o czym sami bohaterowie pomyśleli, bo cały opis smoczych zwyczajów brzmiał jak farmazony. Czemu? Smoki to wielkie, skrzydlate bestie, które zioną ogniem. Jak one czysto fizycznie miałyby się kryć w gęstych lasach i do tego w nich skradać? Takie coś mógłby wymyśleć tylko ktoś, kto opiera się na przekazach kogoś, kto nie wie o czym gada lub nigdy nie łaził po lesie, zwłaszcza gęstym. 1. Smok albo by się blokował. 2. Albo las bardzo szybko przestał być gęsty i zapewniać schronienie - powalone drzewa, zniszczona ściółka, zmiażdżone krzewy. 3. Nie mówiąc o hałasie.

 

Kolejną kwestią są metody polowania na smoki -  mam mieszane uczucia. Podoba mi się, że nie ma to nic wspólnego z rycerską fantazją o dzielnym smokobójcy, tylko raczej przypomina kaźnię nad przerażoną istotą, która chce żyć. To z szyją fajne i ciekawe, ale z sercem... Nieszczególnie - gruba warstwa łusek, klatka piersiowa i potężne mięśnie. No i samo ukrwienie serca i tego rejonu, o ile nie właduje się włócznią w samo serce, nie rozwali aorty, pnia płucnego, żył płucnych czy żyły głównej, to średnio to widzę. Bo tętnice wieńcowe odchodzą bezpośrednio od aorty, a ta wychodzi z lewej komory, więc wychodzi na to,  że trzeba walnąć w samo serce, a nie okolicę. Ogólnie brzmi bardzo jak coś, co ma bardzo nikłe szanse na powodzenie - trzeba dobrze trafić - dużo trudniejszy dostęp niż u człowieka, przebić się i nie zablokować na żebrach. Jakbym miała polować na smoki, to skupiłabym się na oczach i błonach skrzydeł - z pociętymi gekon spadnie i się zabije.

 

Swoją drogą, jak z inteligencją smoków w tym uniwersum? Bo z jednej strony są rozumną rasą i to do tego stopnia, że mogą być świetnymi, mądrymi władcami, a z drugiej Ira miał być przynętą, bo dostał maskę. Smok miałby pomylić źrebaka z dorosłym gryfem? Ogółem trochę żal mi jaszczura, bo na łamach "Willensvolk" nic złego nie zrobił, po prostu się bronił, a i pewnie czasem zeżarł jakąś krowę. Zakonników rozumiem, bo religia, ale motyw gryfa mnie intryguje.

 

To wszystko sprawia, że zastanawiam się, czy to przeoczenie, czy kryje się za tym coś więcej. Wydaje mi się, że raczej to drugie.

 

Dialogi czytało się świetnie, było trochę powagi i trochę humoru. Ogółem, dobrze pokazywały charaktery bohaterów (może poza rzekomym talentem do opowiadania Jeimsa - to nie wyszło), wypadały naturalnie. To one skradły mi serce, podobnie jak kreacja postaci.

 

Dobrze znowu zobaczyć znanego nam z "Władców Wiatru" Irę, uwielbiam tego kucyka, jest cudowny, a jego występ to ZŁOTO. Dowcipny, wbrew pozorom całkiem bystry i przeuroczy. Chętnie poczytałabym o nim jeszcze więcej, bo zwyczajnie poprawia mi humor. Szczerze mówiąc, to nie spodziewałam się niektórych rzeczy, których się o nim dowiedziałam z tej części "Koła Historii" i podobały mi się te informacje.

 

O opiekunie best boya powiem jedno - jego kij w rzyci, wyprodukowano w tej samej fabryce, co tej wrednej mały z Ellenois i to na tej samej linii produkcyjnej :D. Nawet mi go jakoś specjalnie szkoda nie było.

 

A co z resztą bohaterów? Jeims i Hugo nawet wzbudzili moją sympatię, ich zmagania ze smokiem, zwykłe, ludzkie zachowania. Powiedziałabym, że po prostu są w porządku.

 

Gryf był intrygujący, tajemniczy i sympatyczny, ale ja w ogóle lubię tę rasę w Kole Historii, szczególnie, że nie przepadam za Kościołem Harmonii i całym tym Mandatoniebiosowaniem. Może nie jest on złem-złem, ale... Nie potrafię tego do końca wyrazić. W przypadku gryfów już poprzedni rozdział nam pokazał, że rządy Luny w sumie to poprawiły sytuację w Alemanii, jak bardzo kontrowersyjne i moralnie wątpliwe by one nie były.  Myślę, że osoba czytająca "Willensvolk" musi najpierw zaznajomić się z "Grzechem" jeśli chce się orientować, o co tu w ogóle chodzi.

 

Sama akcja i walka mnie nie urzekła, głównie dlatego, że to są chwile, kiedy brak pięknej formy potrafi odbić się najbardziej. Myślę, że trochę szpachli i to będzie inny fanfik. Lepszy, przyjemniejszy w odbiorze, wygładzony i ociekający klimatem.

 

Czekam na kontynuację i życzę powodzenia :D

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×
×
  • Create New...