Jump to content

W poszukiwaniu harmonii - [zabawa] sesja RPG (Drużyna Wolnej Equestrii)


kapi
 Share

Recommended Posts

Parę informacji wstępnych. Aby lepiej oddać nastrój oblężenia proponuję włączyć sobie do czytania, lub odpisywania jakiś epicki utwór. Jeśli chcecie możecie zerknąć do szkoły bardów  w moim poddzialiku RPG, gdzie jest kilka fajnych, klimatycznych utworów. Przypominam również o kwestii technicznej. Jeśli Wasza postać bierze udział w walce macie prawo tylko do 1 postu w trakcie tury (tura - czas pomiędzy moimi odpisami). Proszę przestrzegać tej zasady, aby nie było czegoś takiego, że Wasz wróg zadaje cios, a Wasza postać w tym czasie zabija 50 innych, paruje jego uderzenie i zadaje milion uderzeń w szyję oponenta.  

 

Na zegarze dochodziła godzina 3:00 czas walki się zbliżał. Kwas pod koszarami przeżerał się przez skały. Serox dalej grał w karty w pomieszczeniu przy bramie. W podziemiach kuce były w najwyższej gotowości bojowej. Paski od zbroi i tarcz były zaciśnięte, a miecze silne ściskane w kopytach. W pierwszej linii stało około 30 ogierów, większych i silniejszych. Mieli wtoczyć beczki i zniszczyć je w środku koszar, tak aby trujące opary zaczęły się rozprzestrzeniać. Każdy miał założoną maskę przeciwgazową. Nagle z góry pokazało się migoczące światło pochodni. Kuce ruszyły tocząc beczki po nierównej powierzchni. Wtem z góry rozległ się głośny krzyk chrapliwego i nieprzyjemnego głosu changelinga:

- Co do cholery... ALARM!!!

Zaraz głos zdusił się w gardle od silnego uderzenia, ale rozniósł się po korytarzach koszar. Wrzasnął jeden z odpoczywających w magazynie żołnierzy. Krzyk dobiegł nawet Seroxa i jego towarzyszy przy kartach. Tamci rzucili wszystko i paru z nich zaczęło zbiegać po schodach, a jeden podgalopował do okna, aby sprawdzić, czy aby z zewnątrz nie nastąpił atak. W pośpiechu żołnierze nie pozabierali pełnego ekwipunku i w pokoju dalej leżały zostawione pod ścianą przedmioty. W magazynach kuce zmiażdżyły beczki młotami. Zielony, nieprzyjemny gaz rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Do magazynu wpadli pierwsi strażnicy, rozpoczęła się walka, w której changelingi szybko poległy, zaskoczone tak znacznymi siłami wroga i nieprzygotowane na ich odparcie. Jednak ogłoszenie alarmu przez martwych już wrogów, może dużo kosztować. Serox słyszał jak koszary zaczęły się budzić, nie tyle z wiedzą, że zostały zaatakowane ile z przekonaniem, że coś się dzieję,a to było bardzo niekorzystne dla rebeliantów.

 

W głównej jaskini Grim poprowadził swe siły ku powierzchni. Docierając do głównego korytarza wyjściowego słyszał odgłosy walki w koszarach, które niosły się echem przez podziemie. Wiedział ,że za chwile powinien ruszyć ze swymi oddziałami do boju. Dwa tysiące żołnierzy Grima czekało w napięciu, na rozkaz do ataku, każdy był przygotowany i zdeterminowany, choć w większości oczu dało się zauważyć zrozumiały strach.

 

MT w kuźni zamachał skrzydłami. Początkowo szło to opornie, ale ale łożyska się rozruszały i po chwili ogier oderwał się nad ziemię na wysokość pół metra. Zmusił się do trochę większego wysiłku i uniósł się jeszcze metr. Teraz zaczęło go znosić w bok, a próbując skorygować lot zakręcił się w bujane szybowanie raz w jedną, raz w drugą stronę, jednak udało mu się po chwili w miarę bezpiecznie i bezboleśnie wylądować. Bolały go lekko plecy, ale postanowił próbować dalej, tym razem wzniósł się szybciej i bez przykrych destabilizacji.

 

Shadow szła szybko i skręcała zwinnie w kolejne alejki. Usłyszała pytanie niebieskiego ogiera i powiedziała:

- Cała ta akcja została rozpoczęta na wasze życzenie, więc to Ty powinieneś mi powiedzieć co potem. Jednak jeśli plan się powiedzie damy radę przejąć stolice, jeśli nie zgodnie z planem przystępujemy do odwrotu. Co do zajmowania miast, oni i tak kontrolują ich znaczną większość. Dlatego rebelia potrzebuje waszej drużyny, bo jedyną szansą na wygraną jest uwolnienie księżniczki Celestii i powierniczek Elementów Harmonii. Rebelia nie ma wystarczających sił, aby oprzeć się teraz Changeli. Teraz cicho bo wchodzimy do pałacu 

Wreszcie na końcu tunelu ukazało się mętne światło. Grupa weszła do piwnic. W pomieszczeniu stały beczki, a w oku panowała cisza. Róg shadow zabłysnął z lekka. Każdy członek drużyny usłyszał w swych myślach:

- Jesteśmy w pałacowych komnatach. Pokierujemy się teraz ku górze i wejdziemy do kuchni. Nie powinno tam być nikogo. Następnie wyjdziemy na korytarz obok sali biesiadnej. Tam mogą zdarzyć się patrole. Później boczną klatką schodową na piętro i przyjdzie pora na najniebezpieczniejsze, czyli Korytarz Sióstr, obszerna i dobrze oświetlona 300m przestrzeń, prowadząca między innymi do komnaty Nightmare Moon. Kryć się będzie można tylko za rzeźbami i arrasami. Strażnicy na pewno będą przed drzwiami. Musimy ich szybko wyeliminować. Jakieś ostatnie pytania?

 

Rozmowa Maskeda nie będzie umieszczana w dalszych postach na życzenie gracza.     

 

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

Poke podskoczyła, gdy usłyszała głos we własnej głowie. Już miała powiedzieć "Super żart, Alter..." gdy zrozumiała, że to Shadow. Szybko pokręciła głową, że nie ma pytań. Szła za klaczą kierującą atakiem i nie wychylała się. Alter śmiała się z niej, że wystraszyła się jedynie głosu w mózgu.

Link to comment
Share on other sites

Magic w spokoju szedł w swojej grupie, mentalnie przygotowany do bitwy. Wiedział, że ma nikłe szanse na przeżycie i zwycięstwo. Ale patrząc na siebie wiedział też, że jego śmierć będzie godna. Tak jak i pomszczona. Tak jak i on pomści swoich pobratymców. Nie bał się śmierci. Zawsze wyobrażał sobie ją jako wysoką, humanoidalną (to akurat dzięki ciotce Lyrze), wychudzoną postać, która zabierała kucyki gdzieś, gdzie... No właśnie. Nie miał pojęcia, gdzie zabierze go Śmierć. Nie był nawet pewien czy ona sama to wie. Ale z drugiej strony... Może uda ją mu się ominąć? W końcu to on jest tu tym, który ma dobre cele, a nie chce tylko przeżyć. Ba, nie MOŻE mu się udać. Mu się MUSI udać! Krew zaczęła w nim buzować i teraz, tuż pod powierzchnią przestał spokojnie wodzić oczami po tłumie. Teraz żądny gadziej, podmieńczej krwi, patrzył się w górę. W mrok.

Link to comment
Share on other sites

Grim przemierzał korytarze szparkim krokiem, z zaciętym wyrazem twarzy, co chwila oglądając się, czy jego towarzysze idą za nim. Czasem cofał się kilka kroków, by pokrzepić nieco cieplejszymi niż zwykle słowy kogoś, u którego widział za dużo strachu. Rozumiał ich dobrze. Sam zaczął się prędko czuć mocno niepewnie. Nie, o siebie się nie bał. Wiedział dobrze, że wcześniej lub później przyjdzie na niego czas, jak na każdą żyjącą istotę. Czas nie oszczędzał nawet martwej materii. Tylko księżniczki, za którymi nie przepadał, zdawały się umykać jego okrutnemu wpływowi. Martwił się czymś zupełnie innym. Na jego barki złożono odpowiedzialność za cudze życia, co raz po raz uderzało go niby obuchem. Uspokajał się, akceptował to,a potem znowu cios. Coraz bardziej przewidywał nadejście tego swoistego zdenerwowania i uczył się z nim walczyć, chociaż wciąż oddychał trochę ciężej, niż powinien. No, było jeszcze coś. Głowę poza walką zajmowała mu Animal Heart. Czy sobie poradzi? Jak zniesie widok poranionych jak cholera kucy? Co, jeśli będą musieli uchodzić? Pytania mnożyły się, a nikt nie mógł na nie odpowidzieć. Zwykła oziębłość ogiera teraz ledwo sobie radziła z utrzymywaniem go jak jak najbardziej niewzruszonym. Co i rusz ciemnordzawy kuc nieznacznie, prawie niewidocznie kręcił głową, by przed bitwą strząsnąć z siebie strapienia. Średnio mu to pomagało.

 

Korytarz wypełniało drżące echo walk, właśnie rozpoczynających się tam, na górze. Czas na myślenie jakby już trochę minął, teraz trzeba było się wreszcie zabierać do działania. Grim czekał na to, czekał długo. Nie miał pojęcia, jak to wszystko się skończy czy przeżyje, ale chciał coś robić i miał po temu okazję. Nakazał wszystkim ciszę, by nie zwrócić na wychodzących z podziemi do koszar rebeliantów jeszcze więcej uwagi. Bogowie wiedzą, czy Podmieńce nie śpią zaraz za cienką ścianą, czy coś. Gdy w końcu udało się dotrzeć do miejsca, z którego mieli wychodzić, odwrócił się, by ogarnąć wzrokiem idących za nim wojaków. Widział strach, to prawda, ale też gotowość i determinację, co raczej go podniosło na duchu. Pochylił się ku najbliższemu żołnierzowi.

- Niech przywódcy wyprowadzą swoje grupki. Wychodzicie zaraz po mnie i moim oddzialiku. Proszę was, zachowajcie porządek. Nie dajcie się zabić. Pamiętajcie o przydzielonych zadaniach.  W razie kłopotów pegazy robią za kurierów. Nie dajcie się zabić. Zwyciężymy, jak wszyscy będziemy się starać. Przekaż dalej - wyrzekł cicho, ale wyraźnie, by nie było pomyłek. Potem wyszeptał do siebie. - Mamo, nie martw się o mnie. Może się niedługo zobaczymy.

 

Po czym jako pierwszy podszedł ostrożnie do wyjścia z podziemi, by zorientować się w sytuacji.

Link to comment
Share on other sites

Alchemik widząc, że rozpoczęło się powstanie postanowił ruszyć za Grimem.

- Jeśli zginę to ty świadkiem, że nie dałem się tak łatwo.

Rzekł do ogiera z uśmiechem na twarzy. Nie był to jednak zwykły uśmiech co oznaczało, że mimo tego co powiedział nie zamierza pozwolić by to się wydarzyło.

Link to comment
Share on other sites

Atlantis szedł dalej za Shadow.Jednorożec miał nadzieje że zdobędą miasto i będzie mógł zostać i zacząć konstruować broń przeciw podmieńcom.Ale teraz jest ważniejsza sprawa i tą się zajął a była nią mianowicie droga do komnat NMM dlatego obserwował całą drogę.Powoli coraz bardziej odczuwał obecność NMM,a to poprzez strach który poczuł w sobie.

Edited by Wiecznie WnerwionyAtlantis
Link to comment
Share on other sites

W koszarach rebelianci początkowo dobrze wykorzystywali zaskoczenie. Większość magazynu wpadło w ich ręce, prawie bez większego oporu. Gaz ulatniał się wszędzie i krztusił, dusił oraz przeszkadzał obrońcom. Jednak oddziały wychodzące z piwnic na parter spotkały już bardziej zorganizowaną obronę. Aby przebić się przez klatkę schodową kilkanaście kucy musiało zginąć. Changelingi w większości były tylko częściowo uzbrojone, ale ich dowódcy wprowadzali pomału porządek i z szybko skleconych oddziałów tworzyli bardziej zorganizowane linie obrony. Rebelianci zdobyli magazyny z prochem, co znacznie powiększyło zasoby tego surowca. Guardian towarzyszył oddziałom rebelii. Już pierwsi ranni leżeli na ziemi i jęczeli, niektórzy odchodzili w bok dużych sal i tam byli opatrywani. Co chwila słychać było szczek oręża i brzęk cięciw rebelii, które znacząco pomagały wyeliminować wrogów. Stęknięcia bólu były wszechobecne. Dolne pomieszczenia nabrały zielonych kolorów od gazu. Przejmowanie kontroli spowolniło, co było nie na rękę planom podboju. Partyzanci zostali zmuszeni do czekania na rozprzestrzenienie się gazu, przez co tracili cenny czas...

 

Grim usłyszał szemranie, które przekazywano z ucha do ucha. Wiadomość o rozkazach pułkownika rozniosła się szybko. Wszyscy poprawili hełmy na głowach i ścisnęli mocniej broń , czekając na ruch dowódcy. Grim wyszedł na powierzchnię. Wyjście znajdowało się w dolnej dzielnicy miasta w budynkach mieszkalnych i karczmie. W okół panował względny spokój, miasto spało. Za nim kroczyli dzielni żołnierze rebelii. Zajmowali powoli ulicę i zbierali się w oddziały. Szeptem dowódcy wydawali rozkazy. W jednej z uliczek Grim zauważył blask pochodni. Jeden młody dowódca szybko wysłał swój oddział. Słychać było jakieś ciche pytanie changelinga, a później dźwięk około dwudziestu cięciw kusz, następnie krzyki bólu, które urywały się zanim rozbrzmiały z pełną mocą przy wtórze głuchych dźwięków uderzeń. W ciszy nocy Grim usłyszał dźwięki dochodzące z koszar. Niektórzy dowódcy patroli mogli zorientować się, że coś złego dzieję się w kwaterze. Nagle noc przeszył donośny i groźny dźwięk rogu. Przemknął przez miasto i powtarzał się. Dobiegał z koszar. Z okolicznych domów ozwały się szmery wstających z łóżek kucy. Zamieszanie na ulicach trzeba było zacząć jak najszybciej. Gdy niski, potężny dźwięk rozchodził się po ulicach, już pierwsze oddziały Grima biegły na stanowiska. Cała operacja nabierała tępa. Przez okna okolicznych domów zaczęły wyglądać kuce patrząc w poszukiwaniu odpowiedzi i wyjaśnienia nocnych hałasów. Niektóre wychodziły i zaczynały krzyczeć na rebeliantów, żeby robili te rozróby gdzie indziej.

 

Visionary i jej oddział przyszykowali się. Jednak front był za daleko, żeby opłacało się wychodzi z ukrycia.

 

Grupa idąca z Shadow również usłyszała róg. Klacz rzuciła tylko szybkie i zdecydowane:

- idziemy

Po czym ruszyła cicho, lecz szybko, prawie zlewając się z otoczeniem. Uchyliła drzwi i zniknęła za ich skrzydłami. Inni pobiegli za nią robiąc więcej hałasu, niżby chcieli. Gdy grupa dotarła do kuchni zgodnie z przewidywaniami Shadow pomieszczenie okazało się puste. Jednak za drzwiami słychać było brzęk metalu w rytm biegu. Shadow odezwała isę szybko

- Za wcześnie zwrócili na siebie aż taką uwagę. Teraz strażnicy biegną i blokują wszystkie nasze przejścia. Przeczekanie jest ryzykowne, bo Nightmare Moon może opuścić swe komnaty i uderzyć na rebelię, a wtedy dokona rzezi. Czekamy, aż strażników będzie mniej i idziemy.

 Po pół minuty odgłosy lekko przycichły. Shadow pchnęła zdecydowanie drzwi. Biegła w kierunku bocznej klatki schodowej. Mijali kolejny przepiękny korytarz zapełniony wazonami z roślinnością, która teraz była przyschnięta. Do schodów zostało 10m i wtedy  z naprzeciwka wybiegło kilkoro Gwardzistów z dobytą wcześniej bonią. Każdy nosił zbroję składającą się z czarnych płyt ospłaniających najbardziej odsłonięte punkty i kolczugi pomiędzy płytami. Uzbrojeni byli w miecze, choć na plecach mieli tarcze, które powoli dobywali. Jeden z nich zdziwił się i szybko zapytał:

- Hasło?

Gdy większość grupy ogarnęła chwilowa bezradność wynikająca z zaskoczenia Shadow rzuciła tylko:

- Nie mamy na to czasu.

Jej róg rozbłysł i powstała w kół niej śnieżnobiała kula, która pękła po chwili. Klacz teleportowała się za kuca, który zadał pytanie. W kopytach zabłyszczała stal i w niespełna pół sekundy szyja gwardzisty zabarwiła się na czerwono, przebita na wylot przez sztylet Shadow. Ten nie zdążył nic więcej zrobić, oczy wywinęły mu się do góry i upadł, a w okół z tętnicy szyjnej bryzgałą czerwona substancja. Klacz nie czekając wyjęła broń z martwego ciała i zaatakowała następnego gwardzistę. Ten już z racji swego wyszkolenia w błyskawicznie sparował cios mieczem i mocował się dalej z Shadow. Pozostałych siedmiu ruszyło albo na grupę agresantki, albo na nią samą i zmusili ją do wycofania pod ścianę. Tam powoli otaczali Shadow. Jednak ona nagle poczerniała i rozpłynęła się niczym mgła przelatując obok gwardzistów. Na dalsze obserwacje drużyna nie miała czasu, bowiem już błyszczące miecze królewskich rycerzy spadały na nich.       

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

Moonlight wyjęła sztylet, i choć wiedziała, że nie może on równać się z mieczami przeciwników, to próbowała się obronić. Wierzyła jednak, że tarcza, którą osłoniła się wcześniej wytrzyma, jeśli będzie taka potrzeba i jej nie zawiedzie.

Link to comment
Share on other sites

MT po wylądowaniu nieco się wygimnastykował, po czym zaczął się zastanawiać

 

<Hmm...powinienem chyba trochę poćwiczyć,ten mechanizm jest ciężkawy, ale sadzę że nie potrzebuje dużo, tylko drobne wzmocnienie pleców...uff, no nic cza się poświęcić dla nauki>

 

Jednorożec spuścił głowę po czym, bez zbytniego entuzjazmu wrócił do pracowni gdzie zamierzał trochę poćwiczyć a przy okazji znaleźć coś czym mógłby obić te części mechanizmu stykające się z jego ciałem, żeby skrzydła nie były nieznośne w upalny dzień

Link to comment
Share on other sites

Mężczyzna ucieszył się że nikt nie zauważył jego zniknięcia czy powrotu. Podążał więc cicho za resztą drużyny tak jakby nigdy ich nie opuszczał. Niestety już niedługo okazało się iż natrafili na wrogi oddział, musiał się więc nim zając. Szybko założył maskę i włączył się do boju. Wyciszał swoją magię by NMM go nie namierzała, choć ta buzowała teraz w nim jak szalona po spotkaniu którego oczekiwał, jednak zaczął wymawiać dwie inkantacje. Dwie, a każda z nich i obie razem były niczym symfonię dźwięku jego głosu, a głos jego był głęboki i ciężki, przesiąkły mocą i złowróżbną nutą. Oczy Maskeda zaświeciły czerwienią, a on sam ustawił się w pozycji obronnej. Pragnął krwi, dużo krwi by nasycić swoje pragnienie.

Edited by Jaenr Linnre
Link to comment
Share on other sites

Atlantis w pewnym momencie usłyszał róg, z doświadczenie wiedział że mogło być to tylko jedno a mianowicie alarm a to znaczyło że bitwa się zaczęła.Wtem Shadow nakazała im iść,co pewnie znaczyło że miał rację ale pewni nie miało to już większego znaczenia, choć trochę poruszyło myśli Atlantisa.

 

Następne kilkadziesiąt sekund upłynęło w cieniu i ciszy,choć niektórzy aż tak mocno nie starali się aby to utrzymać jednak szczęście nie zwrócili większej uwagi na siebie,Atlantis  się uradował tym, chociaż na początku odczuwał lekki strach tym że zwabią sobie wrogów,lecz tak jak już wspominał sobie nic się nie stało lecz szczęście krótko trwało, akurat kiedy mieli już wychodzić byli w kuchni okazało się że rozróby w mieście podniosły straże na nogi, również słowa Shadow to potwierdziły a to oznacza że będą mieli problemy.Chwilę po ucichnięciu dźwięku wydawanego zbroje straży, wyszyliśmy na korytarz i zaczęliśmy biec w kierunku schodów,w tym momencie rytm serca gwałtownie przyśpieszył,poczułem się bardzo źle a było to spowodowane tym że bardzo się bałem że tym korytarzu zginiemy więc nie mogłem oglądać tego co tu się dzieje.Gdy byliśmy bardzo blisko schodów o których mówiła Shadow z naprzeciwka wyszło kilku gwardzistów,w tym momencie zamarłem nie wiedziałem co robić,gdyż tak naprawdę nigdy nie byłem na to gotów,lecz wtem Shadow dosłownie w mgnieniu oka zabiła strażnika który zadał to swoje głupie pytanie a następnie co zapamiętał Atlantis to ze strażnicy ruszyli na nich i w tym momencie momentalnie oprzytomniał i zrobił to co z punktu taktycznego jest najlepsze.

 

A mianowicie użył dwóch zaklęć jednego po drugi najpierw użył skupił się na tym by teren przed przeciwnikami i ich samych oblać wodą a następnie użyć mroźnego wiatru by stworzyć lód.Atlantis miał nadzieje że moc go nie zawiedzie i się wszystko uda.

Link to comment
Share on other sites

Nick stał na tyle, więc mieczami wrogów się nie martwił, przeszedł jednak trochę głębiej w tył, wziął łuk, osadził strzałę, napiął cięciwę i po znalezieniu odsłoniętego miejsca, najlepiej na koptyku z mieczem, strzelił do wroga. Po zrobieniu tego był gotowy na ewentualny atak i czekał z nożem w pogotowiu aby w razie potrzeby odsunąć się spod wrogiego miecza i ewentualnie zranić wroga. 

Link to comment
Share on other sites

Serox postanowił działać szybko bo czas ataku już nadszedł. Podbiegł do kuca przy oknie i wykorzystując jego nieuwagę zatopił mu nóż w szyje, jednocześnie drugim kopytem przytrzymał mu usta by ten nie mógł za głośno cierpieć. W momencie gdy oponent wyzionął ducha wyrzucił w pośpiechu go i sprzęt przez okno.

- Dobra to pokój jest czysty czas mącić dalej.

Sprawdził czy nie jest za mocno ubrudzony krwią i wszelkie widoczne plamy wytarł, to samo zrobił z nożem chowając go na swoje miejsce. Wreszcie podszedł do drzwi i cicho wślizgnął się do następnego pomieszczenia.

Link to comment
Share on other sites

Grim z nieukrywaną dumą spojrzał na sprawność swoich oddziałów, znikających w mrokach nocy, by wykonać powierzone im zadania. Mieli motywację, broń, nawet śladowe wyszkolenie, a to już coś. Życzył im w duchu jak najlepiej, wszak zależało od nich bardzo, bardzo wiele. Odwrócił się i gestem nakazał swojemu oddziałowi udać się za nim mniej więcej w kierunku najbliższej komendy, gdy wtem przez miasto przetoczyło się niby walec niskie buczenie. Ogier pamiętał ten dźwięk aż za dobrze jeszcze ze Stalliongradu, z barykad. Kiedy obrońcy miasta ostrzegali przed szturmem. Róg. Odgłos odbijał się echem od ścian i ciskał po wąskich uliczkach. To oznaczało jedno, coś poszło nie tak i zostali wcześnie wykryci, a to sprawiało z kolei, że akcja nabierała rozpędu. Ciemnordzawy kuc przystanął pod oknami, nabrał w usta dużo powietrza.

 

- Do broni, kto żyw! Nadszedł czas na świt! Przepędzimy robactwo ogniem i mieczem! Do broni! - wykrzyczał głosem pobrzmiewającym metalicznym dźwiękiem polecenia, jakiego używał w rozmowach z przełożonymi. Stał przez krótką chwilę na lekko rozkraczonych nogach, a potem rzucił się pędem w kierunku komendy. Jak się bawić, to na całego - Oddział, za mną! Oczy dookoła głów! W razie co skakać w bramy!

Link to comment
Share on other sites

Thermal kroczył po jaskiniach, w których rozbrzmiewały echa wojny. Podziemia wydawały się puste, tylko od czasu do czasu przebiegał jakiś oddział kucy najczęściej z pakunkami. Ogier szukał czegoś do wyłożenia metalu na grzbiecie, jednak Solid Box zadbał najwyraźniej, aby wszystko było gotowe do ewakuacji. MT nie znalazł żadnego materiału, w pracowni leżały tylko jego narzędzia, części, ale nic poza tym.

 

Bitwa zbierała już swe pierwsze żniwo. Animal usłyszała wyraźny dźwięk jęków i wtedy do sali wniesiono pierwszych rannych na noszach. Jeden z nich miał przedziurawioną włócznią na wylot klatkę piersiową. Z krwawiącej rany wystawał ułamany kawał masywnego drewna z drzewca broni.  Drugi ranny  nie miał nogi. Wyglądało to tak, jakby została po prostu brutalnie oderżnięta potężnym ciosem. Z mięsa wystawała resztka połamanej kości. Oba ogiery płakały i jęczały. Pielęgniarki podały im w prawdzie leki przeciwbólowe, ale niewiele to pomogło. Doktor Breeze szybko porzucił rozmowy i rozważania i zaczął ratować życie szybko wykrwawiającym się pacjentom. Odgłosy na korytarzu świadczyły, że kolejna fala rannych nadchodziła...

 

Dakelin siedziała samotnie w celi, martwiąc się co dalej ma począć. Wtem jej oczy zasnuła mgła i poczuła, że unosi się w przestrzeni. Zobaczyła przed sobą ogromne, świecące, groźne fioletowe oczy, płonące na zielono. Usłyszała głos przypominający huczenie pożaru.

-  Idź...i zabijaj!

Wszystko trwało ułamek sekundy, Dakelin poczuła ból rozchodzący się od serca. Była zdezorientowana, ale gdy otworzyła oczy, nie była już w więzieniu. Stała na świeżym powietrzu razem z grupą żołnierzy Grima, którzy właśnie rozchodzili się do swych zadań. Miasto zaczęło się budzić i światła stopniowo zapalały się w oknach. Grim wykrzyczał słowa, które rozeszły się po okolicy niczym grom. Zobaczył, że część kucy znika z okien. Słychać było bieg po schodach. Nie czekając jednak na efekt wziął swoich ludzi i pogalopował do najbliższej komendy. Gdy galopował, zauważył, że pegazie patrole szybko rozpoznały zagrożenie i zaczęły nurkować w ulice. Słychać było powoli rozwijającą się burzę szczęków, poprzedzonych głuchymi odgłosami cięciw i strzelających bełtów.

 

Komenda straży miejskiej dolnego miasta mieściła się przy dworcu głównym. Niestety róg zbudził już strażników, gdyż ogier, który wybiegł jako pierwszy z grupy pułkownika padł jęcząc na ziemię po głośnym wystrzale. Zbroje na piersi miał przebitą, a ranę charakterystyczną dla broni palnej. Oddziały wspomagające, które za cel obrały sam dworzec już szturmowały. Słychać było głośno wykrzykiwane komendy dowódców wroga. Wynikało z nich, że obrona była dopiero formowana i panował ogólny chaos w szeregach wroga. Jednak nawet garstka changelingów, która była na warcie dawała radę zadawać ciężkie straty. Głównym problemem była broń palna. Ta, choć niecelna miała olbrzymią siłę. Obrońcy mieli także leprze pozycje, bo osłonięci ścianami, mogli o wiele bezpieczniej mierzyć do rebeliantów. Ci próbowali strzelać z kusz, jednak poza paroma wybitymi szybami nie zadano strat. Któraś z grup znalazła przejście do bramy głównej stacji wojskowej, wieżyczki w okół niej nie były jeszcze obsadzone. Kuce próbowały wyważyć stalowe drzwi, jednak bez odpowiedniego sprzętu praca szła mozolnie. Grim zauważył, że budynek komendy ma dwa piętra i dzięki temu wznosi się nad całym obszarem dworca, zajęcie go pozwoliłoby na skuteczniejszą kontrolę sytuacji i ograniczenie manewrowości wroga. Do budynku dzieliło jego oddział około 20m. Drzwi, choć drewniane i porządnie wyglądające, nie nadawały się do odpierania oblężenia i z pomocą paru silnych ogierów były możliwe do wyważenia. Problem stanowiły okna, z których prowadzono ostrzał. Nie był on skoordynowany. Dwa długie pasma szkła ciągnęły się po bokach drzwi na wysokości około 1,5m. Na piętrze występowały mniejsze okienka, które jednak wychodziły na korytarz. Na pierwszy rzut oka widać było, że w Canterlot nie zdarzały się miejskie bunty, gdyż komenda nie była przystosowana do celów militarnych, a ozdobnych. Właśnie ,gdy Grim zastanawiał się co robić z górnych pokoi wybiegło kilka changelingów. Reakcja powstańców była natychmiastowa. Od razu kilkanaście bełtów poszło w tamtym kierunku. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i huków kontrwystrzałów wroga. Rebeliancie mieli jednak tutaj przewagę liczebną i kolejne bełty strzelały do odsłoniętego wroga tak, że zmusiły go do odwrotu wgłąb budynku. Od rusznic i muszkietów dwóch żołnierzy z grupy Grima leżało na ziemi z krwawiącymi korpusami. Jednak changelingi straciły około ośmiu wojaków, którzy wyglądali niczym jeżozwierze. Powstańcy przeładowali i czekali na rozkaz dowódcy.

 

Serox szybkim ruchem poderżną gardło changelingowi. Ten próbował go odepchnąć, ale nie spodziewajac się niczego, nie dał rady. Krew trysnęła na boki, gdy ogier padał martwy na ziemię. Wszędzie słychać było szczęk broni i wołania dowódców, które jednak pomału cichły, po czym znów się nasilały. Serox poczuł dziwny zapach unoszący się w budynku. Otworzył drzwi i wszedł do następnego pomieszczenia. Okazało się ono korytarzem wychodzącym na serię drzwi po lewej stronie. Ogier zobaczył wychodzący zza zakrętu (ok 40m dalej) grupę changelingów. Wszyscy biegli i zmierzali w jego stronę. Ci byli już bardziej gotowi do bitwy. Ich oręż był w większości kompletny, choć wydawali się kompletnie zdezorientowani.

 

Wiktor rąbną wroga toporkiem. Changeling upadł raniony również dwoma mieczami rebeliantów. Kolejne pomieszczenie było czyste. Nagle zobaczył jakiegoś kuca teleportującego się. Wyglądał na maga. Zaczął coś wykrzykiwać do rebeliantów, Wiktor starał się przysłuchać, choć ciężko mu było to zrobić ze zwględu na maskę przeciwgazową, którą tamten nosił.

- Wstrzymać się! Wstrzymać atak! Wróg zdołał się zorganizować, nie możemy pozwolić sobie na takie straty. Rozkaz dowódcy naszego okręgu brzmi wstrzymać atak! Za pięć minut ruszamy dalej.

Wiktor zdziwił się na tak rozbudowaną komendę. Brzmiała zupełnie niewojskowo, ale zaraz uświadomił sobie, że ani mag, ani jego towarzysze nie mają pojęcia o karności i realiach wojny, więc mają prawo do takich tekstów. Wojsko rebeli, choć zaciekłe posłuchało rozkazu i wstrzymało dalszy atak. Jednak nikt nie tracił gotowości, ewentualny kontratak changelingów mógł nastąpić w każdej chwili.

 

Visionary również usłyszała róg. Słyszała rozpoczynającą się akcje i dźwięk pierwszych wystrzałów. Nadarzała się odpowiednia okazja. Dała znak i wybiegła na kolejny zdezorientowany oddział wrogów, który biegł blisko jej uliczki. Jej kompani razem z nią szybko uporali się z problemem. Strażnicy skupili się na klaczy i wtedy w plecy wbito im ostrza. Wywiązała się krótka walka, jednak zaskoczenie i przewaga liczebna sprawiły, że dziesięć changelingów leżało trupem u stóp Visionary. Klacz już cieszyła się ze zwycięstwa, gdy nagle stojąc przed nią ogier padł przygwożdżony włóczną do ziemi. Ta wbiła się mu prosto w czaszkę i przeszyła ciało aż do samej ziemi. Visionary zobaczyła czarnego ogiera, odzianego w zbroję. Po chwili zdała sobie sprawę, że to changeling. Spojrzała w górę i ledwo uniknęła podobnego losu. Jej oddział został wypatrzony przez jeden z pegazich patroli, który zaszarżował na nich. Około czterech ludzi klaczy padło nie ujrzawszy nawet zagrożenia. Znów polała się krew. Miecze dudniły o kolczugi. W okół słychać było stęknięcia i gulgotanie krwii w gardłach, padajacych kucy. Gdy Visionary podniosła się po uniku, zobaczyła, ze tuż przed nią wylądował jakiś czerwony pegaz. W ręku trzymał miecz i był gotowy zadać cios, miała tylko ułamki sekundy na reakcję.

 

W zamku tymczasem wywiązała się walka. Moonlight wyjęła sztylet i spróbował się nim wyparować. W pewnym momencie zobaczyła, że nie ma szans, cios wydawał się zbyt mocny, aby jej blokada zadziałała. Ta myśl ją przeraziła i stanęła w miejscu, nie mogła się ruszyć. Ogier myśląc jednak, że klacz zrobi unik, ciął inaczej i o włos miecz przeszedł od Moonlight. To ją oprzytomniło, poczuła wiatr uderzenia w grzywie i w sercu nie wierzyła w swoje szczęście, że ominął ją straszny los.

 

Ponieważ przeciwników było więcej, niż osób w drużynie, nie zważając na linię oporu, która zaczęła się cofać gwardziści za szturmowali. Pokemona odleciała w tył i dzięki temu uniknęła ataku, jednak gdy minął jej ból głowy ujrzała ogiera, który był już tuż przy niej, a jego miecz pędził na spotkanie...

 

Masked skupił się, jego płaszcz zaczął falować, a powietrze rezonowało od słów, z których każde padało na wrogów niczym niepowstrzymana fala. W okół niego zaczęła narastać ciemność W końcu czarnoksiężnik wyciągnął dłonie do przodu i wystrzeliły z nich obleczone w mrok pociski. Mknęły do celu, jakim był gwardzista biegnący na Maskeda. Seria wpadła na ogiera, Masked poczuł silną wolę, mocował się z nią przez chwilę ,aż w końcu ją przebił. Zobaczył, jak ogiera wstrząsnęło kilka razy, jednak nie zatrzymało. Z piersi leciała mu krew. W oczach miał chłodny spokój, a także znajomość sytuacji, najwyraźniej walczył już nie raz z magami. Masked lekko zaskoczony tą sytuacją, próbował jakoś uchylić się przed uderzeniem, już szykował się do odskoku, gdy nagle miecz w błyskawicznym tempie przyśpieszył i ciął mężczyznę w prawe ramię. Zaskoczony szybkością czarnoksiężnik nie zdołał utrzymać sfery ochronnej, która rozbłysła w kształcie kuli i rozpadła się pod uderzeniem miecza. Choć wyhamowała jego pęd, ten dalej mknął i ranił Maskeda w prawe ramię. Mężczyzna nie był w komfortowej sytuacji, gdyż został zmuszony do bliskiej walki z wrogiem, który w dodatku był świetnie wyszkolony.

 

Atlantis skupił się. Jego róg rozbłysnął. Przed nim otworzyła się błękitna sfera i wylała strumień wody, który utworzył jeziorko i oblał przeciwników. Wróg, który na niego szarżował nie spodziewał się tego i poślizgnął się, co dało czas magowi na rzucenie drugiego czaru. Atlantis zamachnął się kopytami i upadł na nie z dużą siłą. Z jego rogu powiał lodowaty wicher i zaczął zamrażać wszystko. Shadow, która właśnie walczyła z innym gwardzistą, nagle zniknęła, pojawiła się pod sufitem, tak ażeby zaklęcie jej nie dosięgło i gdy powiew minął spadła na wroga, który był już częściowo zamrożony, wbijając mu sztylet w kark. Zaklęcie unieruchomiło wrogów, choć było jasne, że cienka warstwa lodu nie powstrzyma ich na długo. Już słychać było pierwsze pęknięcia i widać było ruchy kończyn.

 

Arceus cofnął się, gdy Atlantis rzucał zaklęcie nałożył strzałę na cięciwę i z przerażaniem zobaczył, że nikt nie zatrzymał wroga z przodu. Jego oponent biegł na niego z obnażonym mieczem. Mimo lekkiej paniki, która go ogarnęła wypuścił strzałę. Ta poleciała prosto w kopyto, które jednak zostało odciągnięte do ciosu i dlatego strzała trafiła w głowę przeciwnika. Jednak porządny stalowy hełm odbił pocisk, który poszybował w niebo i opadł pod ścianą. Zaklęcie Atlantisa ominęło tego gwardzistę. Nick zdążył dobyć tylko nóż, próbował sparować, jednak cios wroga wyprzedził jego reakcję. Miecz wbił się ostrzem. Nick usłyszał chrupnięcie w okolicy żebra. Poczół jak stal zagłębia się w jego ciało i po chwili wycofuje, rozrywając kolejne tkanki. Krew obficie polała się z klatki piersiowej, a ogier poczuł, że o wiele ciężej jest mu teraz się ruszać.     

 

             

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

Poke chciała zrobić unik, ale jeśli widać było, że się nie uda, to zrobi coś przeciwnego. Wszyscy robią uniki w bok i w górę. To ona się prześlizgnie między nogami ogiera. Więc pobiegła w jego stronę i padła na brzuch, by na lśniącej i wyszorowanej posadzce, pchnięta siłą rozpędu, oddalić się od ogiera. Jeśli ma szczęście, to atakujący przy okazji wyrżnie łbem o ścianę, przy której wcześniej stała.

Link to comment
Share on other sites

Nick cierpiał, syknął coś po nosem, spiorunował wroga spojrzeniem, zasłonił ranę i odleciał w tył zanim przeciwnik przygotował się do kolejnego ataku. Kiedy Nick zobaczył że oponent był gotowy i z jeszcze większym przerażeniem że za min jest ścina stanął przy niej i czekał tamując krew na kolejny atak wroga, jeśli szczęście dopisze Nick może zrobić unik i zaatakować przeciwnika.

Link to comment
Share on other sites

Masked nie prze joł się ranami prawej ręki. Wiedział że jeszcze nie tak dawno temu, taka rana sprawiłaby mu nader ogromny bul i uniemożliwiła skupienie się. Teraz jednak było inaczej. Odczuł owo dziwne uczucie rozcinanych mięśni, jednak nie mógł nazwać tego bólem, było to dość dziwne, niedoświadczalne dla żywych uczucie. Teraz jednak nie miał czasu na rozwodzenie się nad owym nowym i nieznanym mu przedtem uczuciem, ani tym bardziej jak ową ranę zaleczyć. Chciał zareagować dość instynktownie, jednak powstrzymał się od tego i postanowił wykonać pewien fortel. W lewą dłoń wziął sztylet który w mgnieniu oka ruszył w bok kuca, jednak Masked wiedział że tak prosty atak nic nie da. Prawa ręka, już bez inkantacji czy zbędnego używania czarnej magii miało zaatakować kuca serią piorunów, mających zatrzymać jego serce. Jednak oba te ataki tak na prawdę były jedynie zmyłkami, bowiem teraz mężczyzna miał nową broń. Broń której nie używał wcześniej bo musiał do tego uczynić coś czego nienawidził, choć było teraz konieczne.

Maska odczepiła się od jego twarzy i zaczęła lecieć ku ziemi, tak wolno i majestatycznie, jakby cały świat zamarł. Tak się czuł teraz Masked, jednak nie było to prawdą. To po prostu dziwne uczucie zadrżało w jego sercu. Dziwne, nieokiełznane i jakże przyjemne uczucie spełnienia i dzikiej zwierzęcej satysfakcji. Poczuł się teraz jak pies spuszczony z łańcucha na wolność, by mógł polować i żywić się tym co zabije. Tak, tak właśnie czuł się teraz Mężczyzna. I nie mijało się to wiele od prawdy. Jego oczy zabłyszczały na krótko czerwienią, a jego głowa ruszyła wprost na szyję ogiera. Kły zdobiące całość jego szczęki zabłyszczały śnieżno białą barwą, lecz zaraz miały być przyjemnie czerwone od krwi. Głód w końcu miał zostać zaspokojony...

Link to comment
Share on other sites

Atlantis był dumny z wykonanych zaklęć a dodatkowo miał ubaw z tego że na świecie są głupie kuce które nie wiedzą że po mokrym się nie biega.Zadowolenie z swego czynu popchnęło Maga do kolejnego wysiłku który sprawi że wrogowie daleko nie pójdą,poczują co to chłód Północnych landów i już nigdy nie skrzywdzą żadnego kucyka ani teraz ani nigdy później.Postanowił przymrozić ich tak aby już nigdy nie wstali.Atlantis wyczarował arktyczny chłód który miał za zadanie obniżyć temperatura pancerzy i broni przeciwników.

To był jedyny pomysł jaki przyszedł mu do myśli gdyż inne zdawały się mu zbyt nieskuteczne i dlatego z nich nie skorzystał.

Link to comment
Share on other sites

Naglę pojawiła się na polu. Patrzyła na niebo. Tak długo nie widziałam nieba. Teraz mogę uciec. Nie. Nie uciekniesz od tego zła. Albo pomożesz to zło zniszczyć albo pomożesz temu złu: poprzez obojętność albo swoją wiedzą magią. I dopóki ja tu jestem z tobą będziesz ze mną i z innymi walczyć z tym złem. Oczy zmieniły kolor na fioletowy.Ten głos ma rację. Pora zabijać. Nie! Nie rób tego na moich oczach! W takim razie sobie odpocznij. Nie martw się, ja zadbam żeby zabić kilku podmieńców. Dakelin udała się za Grimem. 

Link to comment
Share on other sites

Widząc, że nie ma szans w odpieraniu przeciwnika sztyletem, postanowiła zmienić sposób walki. Jej róg owionęła mgiełka magii, kiedy szybko przygotowywała zaklęcie oślepiające, które mogłoby oszołomić kilku przeciwników naraz  . Jednak nie zrezygnowała w pełni, z obrony sztyletem. By zyskać kilka sekund na skupienie zaklęcia, pchnęła ostrzem stojącego przed nią ogiera.

Link to comment
Share on other sites

 Share

×
×
  • Create New...