Jump to content

W poszukiwaniu harmonii - [zabawa] sesja RPG (Drużyna Wolnej Equestrii)


kapi
 Share

Recommended Posts

(Aha, dziękuje Tomek za uświadomienie mnie o tym)

 

MT uznał że może a nawet musi pomóc w bitwie, więc ku swojemu zniechęceniu podszedł do Grima (którego na czas bitwy miał zamiar "tolerować") który widocznie wydawał rozkazy

Eh...mogę wam jakoś pomóc? Wiesz w końcu jestem jednorożcem, piromancja te sprawy? Od rzu mówie, nie znam się na magii leczniczej, tylko i wyłącznie piromancja, bariery też ale tylko bardzo podstawowe, chyba że to ogniste bariery ale te teraz raczej mało się przydadzą nieprawdaż?

Link to comment
Share on other sites

Alchemik odwzajemnił uśmiech Dalekin po czym zobaczył jak przebiegł do niego Magic który wyraził chęć dołączenia do jego oddziału.

- Każdy miecz się przyda a szczególnie osoby zauwanej.

Odpowiedział do kuca. Po chwili zebrała się reszta ochotników więc postanowił wygłosić przemowę:

- Nie obiecuję, że wszyscy przeżyją ale zadbam o to by tak było. Nie wiem co nas czeka w koszarach. Możemy napotkać opór ale nie poddamy się i wykonamy swoje zadanie! Pamiętajcie wróg nie zna litości i wy też nie możecie jej znać. Wiedzcie, że nie robimy tego tylko dla siebie ale także dla nowych pokoleń które będą żyć w wolnej Equestrii. Tak więc ku chwale Ojczyzny!

Po tym klasnął dłońmi i lewą rękę przesunął po prawej by stworzyć ostrze tylko tym razem nieco dłuższe.

- Ruszamy!

Krzyknął i machnął ręką na znak wymarszu.

Link to comment
Share on other sites

Nick nie czół się najlepiej, wiedział też że nie ma czasu aby coś z tym zrobić jedyne co na razie mógł to w mirę ostrożnie oderwać kopyto od rany aby nie przywarło na dobre i aby ponownie się nie wykrwawiać, gdy to zrobił sięgnął po łuk i orlą strzałę, ale nie strzelał od razu, czekał na odpowiedni moment mając cały czas na oku królową nocy, na razie nie celował w nikogo, kątem oka pilnował czy tamtych czterech nie leci w jego stronę. Tak więc Nick z łukiem i orlą strzałą w kopytku z drugim wolnym i zakrwawionym czekał na to co się stanie, aby w razie potrzeby dopilnować aby Shadow nie została od razu zabita... no w każdym razie nie przez złą królową.  

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Po zakończeniu walki Atlantisa jeszcze przepełniała adrenalina ale z każdym kolejnym oddechem powoli malała, lecz niestety jak zwykle czas goni i na odpoczynek po walce go nie ma.Musiał znowu biec za Shadow mimo iż kopyta się trzęsą od emocji,musiał to zrobić aby przetrwać i skończyć to co zaczęli gdyż w przeciwnym wypadku ci którzy walczą teraz na ulicach ucierpią z powodu ataku NMM.Kiedy wchodzili schodami wiedział że powoli droga odwrotu się zamyka że później nie będzie mógł zawrócić przez co poczuł lekki syndrom histerii tchórza które w czasie drogi opanowywał.Kiedy dotarł do drogi która miała prowadzić wprost do królowej.Oniemiał z wrażenia,była pusta niczym polana w najdalszej części świata gdzie nikt nigdy nie chodził i nikt nigdy nie będzie chodził.Uśmiechnął się bo wiedział iż przynajmniej tu nie będzie problemów,chociaż za drzwiami pewnie się już zaczną.Miał nadzieję że NMM będzie sama,lecz płonną.Kiedy dotarli do drzwi, Shodow powiedziała iż NMM jest bardzo niebezpieczna,choć to już wiedzieli bez jej słów.Wtem się drzwi otwarły a Atlantis ujrzał 4 sługusów wroga których gdyby miał czas wysłał by ich do "miejsca z którego nie można uciec nawet gdyby się chciało" zaś za nimi siedział NMM.Ona nie powinna tam siedzieć,lecz wtem zawyła swoim głosem który spowodował iż wszyscy leżeliśmy na ziemi.

 

Atlantis natychmiast się podniósł i nie zważając na nic rzucił zaklęcie zwielokrotnienia masy na żyrandole Znajduję się nad sługami wroga tak aby spadły na nich.Miał nadzieję że to co zrobi ułatwi im robotę i załatwi przynajmniej dwóch.Teraz musiał być dzielny,dlatego opór przed tchórzostwem wzrósł.Stał mimo iż mógłby uciec i więcej się nie pokazywać na oczy.

Link to comment
Share on other sites

Grim przygotowywał się już do szturmu. Wreszcie miał szansę dać z siebie wyszystko, co mógł, by pomóc w wyzwalaniu Equestrii, a przez to, co interesowało go nieco bardziej, własnej wsi z okowów okupacji. Ale daleko do tego było. Wzniósł kopyto, by dać sygnał dobranym przez Stalowego Alchemika towarzyszom. Wtedy, w sumie w ssam czas, przybiegł goniec z wiadomościami. Pułkownik wysłuchał go uważnie, opuszczając kończynę i namyślając się. Jednocześnie w miarę mozliwości starał się wciąż ogarnąć wzrokiem sytuację, by nie spotkała go jakaś smutna niespodzianka. Na wszelki wypadek kazał komuś obserwować komendę i dworzec. Potem skupił się na odpowiedzi.

- Hm. To robimy tak, słuchaj uważnie i przekazuj od razu, jak spotkasz nasze oddziały. Jak będziesz biegł, to pod dachami i w bramach, zeby uniknąć wrogich patroli. Niech rannych też prowadzą nie po otwartym terenie, ale bokami. Eskorta ma strzelać tak, by trafić, nie, by straszyć. Można podpuszczać blisko, ale poranionych zawsze ukryć! Od teraz oddziały łączą się w trzy grupy. Od dworca i komendy, tutaj będę ja, od bramy, mają pomóc Sparkowi, i od docięcia wrogów. Otoczonych żołnierzy tyranki pozabijać, broń i pancerze zdatne do użytku zabrać i rozdać ochotnikom spośród mieszkańców. Wyrżnijcie wszystkie robale na swojej drodze. Choćby błagały pardonu. Co do dworca. Wejść do środka możliwie sprawnie, jakimiś dziurami w płocie, czy coś, byle nie głównym wejściem. Nie dopuścić do odpalenia pociągów, rozdania sprzętu czy cokolwiek tam mają, ostrzelać przy najmniejszym ruchu. Wtedy wejdzie Spark i załatwi sprawę. Ci, co idą pod bramę mają tylko wystrzelać wypady idące na pomoc otoczonym. Zasadzajcie się na nich po kryjomu i strzelajcie salwami. To tyle, biegnij! - wyrzekł głośno, powoli i spokojnie, choć chciał mówić tak prędko, jak to było możliwe. Upewnił się, że goniec wszystko zrozumie, potem znowu podniósł kopyto.

 

Już miał dać sygnał do ataku na komendę, kiedy przeszkodzono mu po raz kolejny. Skrzywił się, póki był tyłem do mówiącego, znał bowiem ten głos. Nie wiązał z nim pozytywnych wspomnień. Uspokoił twarz, by nie wyglądać na przesadnie rozczarowanego tym, że MT jeszcze żyje i dopiero wtedy się odwrócił. Hm, nawet zgadł, stał tam nie kto inny a sam pan "Grim-ty-gnido". Ciemnordzawy ogier odetchnął głęboko, wypuścił powietrze nosem.

- Cokolwiek znaczy to, co powiedziałeś, przydasz się. Choć nie wiem jeszcze jak. Pójdziesz przodem, jak wywalimy drzwi i pokażesz, coś wart. Ja wchodzę razem z tobą, nie zostawię cię, nie jestem aż tak zły.

 

Potem wreszcie udało mu się dać sygnał i przystąpić do szturmu. Biegł szybko, ze stresu dostał lekkiej zadyszki, pochylił głowę i przymknął oczy. Może bełty nie bolą... może umiera się lekko, szybko... Uderzył ciałem o mur komendy. Uch, dobiegł, udało mu się. Otworzył szerzej oczy i rozejrzał się. Inni też dobiegli. Potem potoczyło się szybko. Kilka Podmieńców zebrało po łbach, bo wystawiły poza okna. Drzwi były oczywiście zamknięte.

- Wywalić, a potem ujść na boki! Ja i ten tu jednoróg z czymś na plecach idziemy przodem, reszta szybko za nami!

Link to comment
Share on other sites

-Wysoce zaawansowane technicznie skrzydła, jeśli łaska

 

MT podpalił swój róg żeby móc szybko zareagować w różnych sytuacjach mimo tego że teraz najchętniej by olał Grima zamierzał go posłuchać, nie przyznałby tego nawet sam przed sobą ale w głębi ducha czuł że ten ciemnordzawy kuc ziemny zna się nieco na wojaczce, czym nieco przewyższał jednorożca który w takich sytuacjach działał raczej logicznym myśleniem a nie taktyką

 

-Prowadź i postaraj się nas nie zabić i jak to się mówi... Niech płoną

Link to comment
Share on other sites

Zadowolony z siebie Poison wybuchną śmiechem i powiedział – i to ma być staż królewska, błagam powiedzcie że nie, ich dezorientowało każde zaklęcie tu rzucone… - urwał poczym po czasie jednego oddechu kontynuował – banda głupców byli zbyt pewni siebie zabił ich tak naprawdę strach przed tym że z taką łatwością przebijamy się przez ich bariery antymagiczne. Ich brak zaradność w trudnych sytuacjach był po prostu śmieszny, dobrze że już nie żyją przynajmniej ich Krew będzie bardziej użyteczna niż oni sami – po tych słowach Spectra usłyszał rozkaz Shadow by nie marnować czasu i się pośpieszyć, rzucił tylko szybką zaklęć by stworzyć dwie duże kule krwi ,które na pewno przydadzą się mu przy następnej potyczce i pobiegł za Shadow.

Edited by Razin
Link to comment
Share on other sites

Jak możemy nie znać litości? Przecież oprócz celu tym  powinniśmy się różnić się od naszych wrogów. Tak, ale... W tym masz trochę racji. Mam nadzieję że wie co mówi. Dakelin powoli poszła za Rebonem. Nagle poczuła ten sam ból jaki czuła podczas snu. Upadła na podłogę. Tamten sen powrócił. Tamto uczucie bólu. Jej płaszcz pokrył się ogniem który o dziwo nie spalał go. Muszę... Muszę wytrzymać... Przemogła się i podniosła ale nie miała za bardzo pojęcia gdzie iść. Gdzie iść? Kieruj się tym co wyzwoliło mnie z tego koszmaru. Dakelin powoli udała się przed siebie nie wiedząc czy idzie w dobrą stronę.

Link to comment
Share on other sites

Mężczyzna stanął na przeciw samej NMM. Nadszedł czas wielkich decyzji. Masked wiedział że użycie czarnej magii ustawi go jako najbliższy cel królowej nocy, jednak to przyciągnie jej uwagę, jak prosiła Shadow, jednak pozostanie pozostała czwórka. Jednak zdradzenie że wśród rebeliantów jest czarnoksiężnik sprawi również że Nightmare nie będzie mogła tak swobodnie używać swoich umiejętności, bowiem on będzie mógł wykorzystać je przeciw niej. Tak było wiele za, jednak pojawiają się również przeciw. Przecież ona również mogła wykorzystywać jego umiejętności przeciw niemu, oj jednak wciąż miał przewagę zaskoczenia. Tak przy pierwszym ataku jak i przy następnych. Bowiem Masked znał również nekromancję oraz od lat zgłębiał wiedze na temat demonów. Teraz również był nieumarłym więc część obrażeń nie była dla niego problemem, o czym królowa nie mogła wiedzieć. Postanowił więc.

Ustawił naprzeciw siebie swoje wcześniej naostrzone włócznie, które tylko czekały na odpowiedni moment. Te zaś stały bez niczyjej pomocy naprzeciw maga, czekając jedynie na jego sygnał. Następnie ujął w dłoń swój sztylet i rozłupał część maski zasłaniającej prawe oko. Taaak... Teraz ją widział, widział dokładnie, nie zaś przez wizjer swej maski. Ona zaś mogła dojrzeć jego przekrwione oko, o czerwonej niczym krew, pulsującej światłem tęczówce, oraz cienkiej niczym włos źrenicy. Spoglądał na nią, a każda chwila zdawała się być wiecznością, nie był to jednak koniec.

 

Mężczyzna swą prawą dłoń skierował wprost w królową, choć uczynił to z pewnym nieładem i jakby z niechcenia. Wtedy to rozbrzmiała złowroga pieśń, a jego energia rozeszła się po całej sali będąca teraz wyczuwalna dla wszystkich obecnych. Już nie ukrywał swojej obecności bo nie miał po co i dało się to odczuć.  Powietrze wokół mężczyzny stało się jakby cięższe, a po swerze jego tarczy zaczęły skakać małe wyładowania. Jego oczy zapłonęły czystym światłem, a złowrogie wersety jego zaklęcia dudniły z pełnią mocy w całej sali. Ręce mężczyzny wręcz zapłonęły od run które to w jednej chwili zapłonęły na jego skórze, wypalając ją do samej kości. Jego włosy falowały, a maska zdawała się być jego drugą twarzą. Uśmiech był nader rzeczywisty, nas zdawał się oddychać, a łzy wyglądały jak dwa krwawe potoki, a efekt ten psuło jedynie widoczne, a wpatrzone w królową nocy oko. Oko przepełnione mocą i nienawiścią. Oko pragnące jej śmierci.

 

Mężczyzna dobrze wiedział że jego inkantacja mogła zmieść nie jedną osobę z powierzchni ziemi, jednak nie NMM. W jej przypadku miał jedynie szczerą nadzieję iż poważnie uszkodzi jej tarczę, lub choć zrani któregoś z jej pomagierów, który w swej głupocie postanowi ją zasłonić. Tak, zaklęcie którego użył znał już od dawna i wiele razy je wykorzystywał. Było potężne i służyło raczej przy oblężeniach niż przy walkach, jednak Maskedowi to nie przeszkadzało. Czar ten był przez niego używany już wiele razy jednak tym razem przyłożył do niego tyle energii ile było potrzebne, nie minimalizując jego siły.

 

I dopiero teraz zdał sobie sprawę iż nie wie kim są owi strażnicy, owa czwórka znajdująca się przy prawdziwej formie Luny. Czy nie popełnia błędu używając tej formuły. Przecież wśród nich mogła być Ané, jednak teraz było za późno. Inkantacja dobiegła końca i zaklęcie ruszyło. Teraz mógł już tylko podziwiać jej dzieła zniszczenia.

Edited by Jaenr Linnre
Link to comment
Share on other sites

W komnatach Nightmare Moon wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie. Moonlight Star i Pokemona jakby zastygły w bezruchu kierowane myślami i lekko przerażone głosem władczyni. Nick uważnie zlustrował sytuację. Na cięciwie miał swą ukochaną orlą strzałę, ta była ostra i pewna w locie. Pewnym, choć płynnym ruchem zaczął naciągać cięciwę. Jego oko uważnie mierzyło w cel. Czuł, że łuk był gotowy. Wstrzymał oddech, poprawił. Nightmare Moon właśnie miała zrywać się z tronu, gdy strzała poszybowała przeszywając powietrze swym głuchym świstem. Strzał był precyzyjny, mimo bólu, który Nick czuł od swych ran.

 

Atlantis początkowo lękał się, co ich czeka, jednak teraz zaczął myśleć szybciej i działać szybciej. Emocje odpłynęły, adrenalina pobudzała serce i rozum. Przed oczami stanęła mu Blue. Piękna klacz, którą kochał. To dla niej to wszystko robił, po to, aby mogli spokojnie żyć w wolnym i szczęśliwym kraju. Ogier przypomniał sobie jej piękne błękitne, głębokie oczy, delikatny dotyk jej skrzydeł, jej ciepłe słowa i piękne serce, z oka popłynęła mu skryta łza, dlaczego teraz nie może być z nią i cieszyć się spotkaniem. Wiedział ,jednak, że nie zaznają spokoju dopóki Equestria nie będzie dawną krainą harmonii. Skupił się, jego róg rozbłysnął potężnym światłem, grzywa zaczęła falować, a z oczu popłynęło lekkie światło. Skierował głowę w stronę żyrandoli. W górze rozległ się niepokojący hałas.  Żelazne, twarde łańcuchy naprężyły się, jakby pod niewyobrażalnym ciężarem, sufit pokrył się rysami pęknięć. Spojenia trzymające poszczególne kamienie szlachetne nie wytrzymywały i urywały się. Po dwóch sekundach rozległ się potężny jęk stali i wielkie masy metalu runęły na ziemię.

 

Poison stworzył wcześniej swoje kule z krwi, lecz także stał zaskoczony całą sytuacją.

 

Masked myślał szybko, momentalnie musiał ocenić sytuacje, w końcu poddał się myślom o uwolnieniu swej mocy. Wiedział ,że ta walka nie będzie prosta. Stała przed nim jedna z najpotężniejszych istot na świecie. Jednak chciał spróbować, to był Jego czas. Z ust jak z dział wystrzeliwały słowa grozy, które uderzały w powietrze wypełnione magią. Runy płonęły żywym ogniem. Przed twarzą Maskeda formował się zapis z ognistych liter. Czarnoksiężnik czuł potęgę przeciwnika, czerpał z niej, ułatwiało mu to rzucenie czaru. W sali dało się poczuć lekki wietrzyk, wiejący w stronę Maskeda. Powietrze kumulowało się przy nim, tworząc gęstą kulę. Z ziemi zaczęły dobywać się strzępki ciemnej energii, która oplatała obszar przed czarodziejem. Czerwone oko jakby kipiało mocą, płonąc nienawiścią. W końcu wybrzmiało ostatnie słowo inkantacji. Kula wystrzeliła, ziemia momentalnie kryła się ciemnością, skały pod pociskiem kruszały, a dywan miotał się po podłodze. Czar był szybki, niepowstrzymany i potężny.

 

Shadow udało się przemknąć niepostrzeżenie na tyły komnaty serią szybkich teleportów. Na jej twarzy widniał uśmiech, właśnie znalazła się 5 m za Nightmare Moon, leciała na nią z góry. W jednym kopycie trzymała sztylet, w drugim błyszczała jakaś srebrna obręcz. Spadała szybko niczym cień, ułamki sekundy dzieliły ją od celu.

 

Jeden z klęczących niedawno przed królową ogierów podniósł się szybko. Jego róg rozbłysł. Kopytem już sięgał miecza i dobywał tarczy, w oczach widać było spokój, pewność siebie, determinację i opanowanie. Chwilę później róg rozjaśnił się jeszcze bardziej i objął blaskiem całego ogiera, który niczym ciemno niebieska błyskawica, runął w stronę drzwi wejściowych. Tor lotu zaginał się, lecz nieprzerwanie dążył do jednego miejsca. Na samym przedzie błyszczało rozjarzone ostrze. Poison widział, że to w niego jest wymierzony atak. Otrząsnął się ze zdumienia i rzucił się w bok, aby uskoczyć.

 

Druga postać w czarnym płaszczu sięgnęła po kostur z czarnej stali. Ten rozbłysnął zielonym światłem. Zaczęła dobywać się z niego jadeitowa energia, która wnikała w posadzkę, która jarzyła się mocniej z każdą chwilą. Z jego ust dobywały się złowrogie dźwięki. Nagle oczy ogiera się otworzyły, w ich wnętrzu było przerażenie. Strumieniem energii idącej do ziemi coś wstrząsnęło i momentalnie z posadzki w okół changelinga wystrzeliły czarne kolce, podbijając do góry wszystkich sługusów królowej poza tym, który mknął w błyskawicy.

 

Gdy wrogowie jeszcze lecieli podbici czarem swego własnego sprzymierzeńca, spadły na nich żyrandole. Rozległ się trzask pękającego szkła i rozlatujących się zdobień, któremu towarzyszyło jedno głuche stęknięcie. Kilka ciężkich stalowych obręczy pospadało na przeciwników, zasłaniając ich przed oczami drużyny. W tej samej chwili gwardzista, który przypuścił atak na Poisona wyprowadził szybkie, mordercze cięcie w ogiera. Dzięki unikowi, który mag krwi zdołał wykonać, nie przyjął na siebie całego impetu ciosu, jednak miecz wbił się między jego żebra. Przeciwnik był nie byle kim, gdyż pchnął na tyle mocno, że najpierw magiczna tarcza pękła, a później kolczuga rozstąpiła się przed jego ostrzem, które weszło w ciało Poisona. Ten poczuł ból i krew kapiącą z rany. Nie Po szybkim odskoku, mag stwierdził, że na razie da radę walczyć skutecznie, choć mało brakowało, a mógłby skończyć gorzej. Zaklęcie Maskeda pędziło, krusząc posadzkę. Przeszło nad żyrandolami, fragmentując kryształowe zdobienia, tak że powstał istny deszcz, czy mgła świetlnych refleksów, drobnych części, lecących w powietrzu, za kulą pędził silny wiatr, który zaraz rozwiał wszystkie te fragmenty po całej komnacie. Masked widział wzrok Nightmare Moon, był opanowany, choć pałający zemstą, ale też jakby rozbawiony. Królowa uśmiechała się nieznacznie. Rozpostarła skrzydła, a jej róg owinęła ciemność najczystszej nocy, gdy skierowała go w stronę pocisku magii, za którym lekko w tyle leciała strzała Nicka. Shadow już prawie dotarła do Pani Nocy, gdy nastąpiło zderzenie...

 

Olbrzymi wybuch magicznej energii wstrząsną posadami pomieszczenia, przez chwilę nic nie było widać. Powiał tak silny wiatr, że ze ścian zostały postrącane obrazy, zdobienia, a wcześniej skruszone resztki zdobień żyrandoli poszybowały z zawrotną prędkością na ściany i roztrzaskały się o nie. Huk powietrza rozdarł całe pomieszczenie. Gdy kłęby ciemnej energii opadły oczom wszystkich ukazała się dziwna scena. Nightmare Moon stała niewzruszona, z płonącym mroczną energią rogiem. Z jej oczu dobywała się ciemność, która rozchodziła się za powieki, choć oczy były dobrze widoczne. Chwilę potem wszyscy usłyszeli głuche stęknięcie. Za królową odlatywała w tył postać Shadow. Jej czarny płaszcz owioną ją całą, w powietrzu błyszczały świeże krople krwi. W piersi sterczała czarna, głęboko wbita strzała.

 

Nightmare Moon odwróciła głowę, jej uśmiech powiększył się. Władczyni wzleciała szybko rozkładając swe wielkie majestatyczne skrzydła i po chwili pędziła już owiana mroczna energią w stronę rannej i zdezorientowanej Shadow.

 

Tymczasem w koszarach Serox powiedział ostrym tonem do strażników, zmyśloną, choć skuteczną historyjkę. Wojskowi wyraźnie się zaniepokoili, spuścili lekko głowy. Niektórzy zasalutowali i ruszyli. Niektórzy śmielsi dalej się ociągali, ale pozostali zaciągnęli ich. Padły jakieś ciche teksty o karze, czy chęci szorowania garów po całej kompani. W końcu został jeden, który jak wytypowali stosunkowo dobrze strzelał. Zza okna dobiegł dźwięk biegu jakiś kucy.

- Alarm! atakują dolną dzielnicę, pilne potrzebne posiłki! Kapitan Wital South wzywa posiłki. Otwórzcie do cholery wejście!

Całej kanonadzie krzyków i obwieszczeń towarzyszyło głośne łomotanie do furty bramy do koszar. Mechanizm do otwierania znajdował się nieopodal Seroxa. Widział go, gdy changeling zamykał po nim i zapraszał go do gry na górze. 

 

Posłaniec wysłany przez Grima skinął głową na znak, że rozumie komunikat i pobiegł, ogłosić wszystkim plany pułkownika. Następnie nastąpiło natarcie drużyny szturmowej, po krótkiej wizji szturmu grim przywołał do siebie najroślejsze ogiery i zaczął wywarzać drzwi. Rebon przyłożył swą rękę do wrót, skupił się i rozluźnił ich strukturę. Po czwartym uderzeniu drzwi ustąpiły. Grim wraz z Magictechem wpadli do środka. Za nimi Rebon, Magic i pozostali. Część skorzystała z naładowanych kusz i ostrzelała zdziwioną straż, która znalazła się najbliżej. Szybkie spojrzenie dookoła ujawniło dużą przestrzeń administracyjną z kilkoma ladami, za którymi można było się schować, prostymi ścianami i wieloma regałami z księgowością. Wszędzie walały się odłamki szkła, trociny, czy krew. W najbliższej okolicy Grim miał przeciw sobie około 20 changelingów. Chwilowo nie padł do nich żaden rozkaz i dalej byli rozkojarzeni, zwłaszcza nieoczekiwanym wtargnięciem. Jeden już chciał się zamachnąć na jednego z rebeliantów, ale celny strzał przez okno z kuszy udaremnił jego zamiary. Grim zaczął biec do pierwszej osłony, czyli lady, gdyż wróg obracał muszkiety w stronę szturmowców. Wszyscy uczynili podobnie. rdzawy kuc wraz z Rebonem skoczyli za drewniane schronienie, jednak z przerażeniem spostrzegli, że są tam trzy changelingi, przeładowujące broń. Te zorientowały się w sytuacji, porzuciły robotę i sięgnęli do rękojeści mieczy ,czy sztyletów. Wtedy rozległo się kilka wystrzałów i parę jęków, jednak Grim i MT nie mogli myśleć o stratach, gdyż walczyli o życie. Magic miał bardziej komfortową sytuację. Schował się za jednym z regałów, przewróconych przez kompana. Zabezpieczało go to przed ostrzałem z jednej strony, ale widział już changelinga, który od drugiej szarżował na niego z ostrą włócznią w kopytach. Dakelin, gdy pomału weszła do budynku, została natychmiastowo postrzelona. Kula wbiła jej się boleśnie w tułów i upadła na ziemię. Podczołgała się do regału, przy którym leżał Magic, obejrzała pobieżnie ranę. Była głęboka, choć ominęła wszystkie ważne części ciała, raniąc tylko mięśnie. Było to uciążliwe, ale nie wykluczało z walki. Niestety musiała skończyć rozważania, gdyż na nią również szarżował inny changeling, ten z buzdyganem i mieczem.  

 

Czekam cały czas na odpis PiekielnegoCiastka. Jak odpiszesz doedytuję co tam robisz z tym smokiem :pinkie: (oczywiście będziesz mógł wykonać akcję do tego postu i normalnie do następnego, jak wszyscy)     

 

 

 

            

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

Moonlight całkowicie odwróciła się do buntowników, machnęła skrzydłami i uniosła nad podłogę, na jej twarz zawitał okrutny uśmiech, a róg rozświetliła jadowicie zielona aura, płomienie tego samego koloru zaczęły tańczyć na jej kopytach i piórach, a ona sama zaczęła ciskać nimi w stojące przy drzwiach kuce. Jednocześnie zaczęła przybliżać się do środka sali.

Link to comment
Share on other sites

(Odnośnie późniejszych postów typu : ,,skąd się tu wziąłeś" itp. , oznajmiam , iż jeden z moich postów nie doszedł , Kapi o tym wie)

Rocky strzelając przemiennie ognistymi , lodowymi i zwykłymi kulkami z rogu do plugawych Changelingów widział co stało się Dakelin , więc po następnej salwie i kròtkim zregenerowaniu magii postanowił rozprawić się z kilkoma paskudami po czym wyczarować barierę i pobiec do Dakelin i sprawdzić czy jest cała. -Tak. To dobry plan. Po czym zaczął ostrzał na nowo. Po około 5 wystrzałach rozglądnął się i wystartował w stronę Magica i Dakelin

Edited by Giercownik13
Link to comment
Share on other sites

Nick uśmiechnął się i przyjrzał się kompanom, był zbyt ranny na walkę więc korzystając z zamieszania przeleciał, resztą sił, w ciemniejszy kąt sali przy okazji miał też inny pomysł. Wyjął butelkę z gazem nasennym, miał tylko jedną i wiedział że musi trafić, w tym wypadku nie ufał sobie, a nawet miał pewność że jego ciało go zawiedzie, buteleczkę pokierował magią i zamierzał ją rozbić wśród swoich kompanów tak aby obezwładnić ich jak najwięcej.

Edited by Arceus
Link to comment
Share on other sites

Ona będzie musiała się tym zająć jak będzie mieć czas. Kiedy zauważyła że changeling na nią szarżuje i Rocky rzucił przed nią tarczę, spróbowała wyssać z podmieńca energię życiową aby pomóc sobie w leczeniu a następnie błyskawicę żeby wykończyć szarżującego wojownika.

Link to comment
Share on other sites

Atlantis był zszokowany tym co uczynił parszywiec Nick i jeszcze bardziej tym iż ta cała "moonlight" jest szpiegiem ale teraz liczyło się by uratować Shadow a później ukarać przykładnie zdrajców.Według jednorożca każda zdrada musi być ukarana solidnie w wypadku istot latających będzie to urwanie skrzydeł co też uczyni nickowi i Moonlight o ile się tak nazywają w rzeczywistości. Atlantis widząc że nie ma czasu,teleportował siebie i Shadow w bezpieczne miejsce a następnie wybrał nicka i teleportował go tuż przed NMM tak żeby zapłacił za swe zbrodnie obrywając zamiast Shadow.Miał już się zakończyć ten koszmar ale ten nieuk który powinien gnić na dnie hadesu wszystko zepsuł.Ale na pewno da się to jeszcze naprawić.

Edited by Wiecznie WnerwionyAtlantis
Link to comment
Share on other sites

Lenita czuła się niepewnie, ale ukrywała to zbyt dobrze by ktoś był w stanie to zauważyć. Dzięki naszyjnikowi mogła atakować poprzez wystrzelenie z amuletu zabójczego promienia, jednocześnie trzymając w zębach miecz. Kochała walczyć, kochała też teatr. Niestety ciężko by było połączyć jej te dwie rzeczy. Jej grzywa poruszała się z każdym uderzeniem. W takich chwilach cieszyła się, że nie jest zwykłym kucykiem. W końcu gdyby zaszła taka potrzeba to mogła jeszcze wspomóc się przemianą. Zawsze ciekawiło ją to skąd właściwie posiada taką moc. Dlaczego akurat ona? Jednak w tej chwili to nie było ważne. Najważniejsze było wytępienie wszelakiego robactwa. Gdy kolejny raz zamachnęła się mieczem, ścinając jednemu z nich głowę. Krew pojawiła się na jej policzku. Poczuła się jeszcze lepiej niż wcześniej. Jej źrenice zmniejszyły się by po chwili gwałtownie się powiększyć. Na jej twarzy pojawił się zaś uśmiech. Można by powiedzieć, że wręcz psychopatyczny. Jest inna... pod każdym względem... także jeśli chodzi o jej psychikę. 
(Przepraszam, że nie pisałam, ale Lenita nie robi w sumie nic takiego. No a ja potrzebuje mieć pomysł na posta.)

Link to comment
Share on other sites

Mężczyzna zaśmiał się szaleńczo, a moc w nim wciąż buzowała. Napełniał się bowiem energią zawisłą teraz w powietrzu. Nie był zmęczony ostatnim czarem, wręcz przeciwnie. Tak dawno nie musiał używać takiej mocy iż ta działała na niego jak narkotyk. Czuł się pobudzony, szczęśliwy i chciał powtórzyć to co zaszło przed chwilą, a swąd jego własnego mięsa sprawiał iż czuł że ból który kiedyś by tam czuł nic dla niego nie znaczy, a jedynie siła jest ważna. Chciał żeby wszystko oszalało i stanęło w płomieniach. Przecież spokój to kłamstwo, jest tylko pasja. A dzięki pasji on osiągnie siłę. Zaś dzięki sile w jego rękach znajdzie się potęga. Taak... Gdy osiągnie już upragnioną potęgę to zwycięży i zerwie łańcuchy swej słabości. Wyrwie się z okowów śmierci.

 

-Potężna jesteś, o siostro czarnej magii, o pani nocy i chylę głowę przed twą mocą, jednak ta noc będzie należała do mnie! Lecz najpierw ci śmieszni, nic nie znaczący zdrajcy...

 

Jednym ruchem palca mężczyzna wystrzelił wszystkie swoje włócznie wprost w Moonlight, jednak każda leciała z innej strony i celowały w najważniejsze organy. Jednak Masked nie mógł pozostawić tego ataku aż tak prostego, bowiem każdy byłby w stanie się przed nim uchronić, rozpalił więc naostrzone części swoich włóczni jedynie sobie znanym błękitnym ogniem, który to miał pozbyć się tarczy, o ile taka się pojawi, nim włócznie się z nią zetkną.

 

Nie był to jednak koniec, o nie... Przecież nie była to jedyna zdrajczyni. Trzeba przecież karać zdradę i to najlepiej najwyższą karą, jednak owym nic nie wartym ścierwem, niegdyś mogącym mu pełzać u nóg niczym robactwo zajął się już ten mierny magik. Masked więc postanowił przy pomocy magii uchwycić rzuconą butelkę, by zaraz wykonać pełen wdech, wypełniając swoje płuca zawartością butelki, a nie pozwalając jej rozejść po sali. Jednak przez to odrzucił swoją maskę na bok, mając nadzieję iż w ferworze walki nikt nie dojrzy jego twarzy.

 

Jednak jego czerwone ślepia, teraz w pełni odsłonięte mogły się skupić na NMM. Tak, to właśnie w nią posłał prawdziwy atak. Pocisk świetlny, jednak światło utworzył dzięki swojej starej czarnej magii, nie bawiąc się w używanie innych mocy. Wiedział przecież że czarna magia ma wszystkie czary co zwykła magia, a jedynie zmieniała sposób w jaki je rzucano oraz dodawała parę zakazanych przez księżniczki oraz pozwalała kontrolować demony. Teraz jednak jego skupienie było w pierwszej kolejności na butelkę, jednak zaraz po tym na plecach pani nocy, by trafić choćby jej tarczę. Wiedział bowiem że nie spodoba jej się obrzucanie jej pociskami światła, nie ważne jakie by ono nie było.

Link to comment
Share on other sites

Mag wycofał się parę kroków do tyłu i wypowiedział zaklęcie ,które zatrzymało krwawienie tylko ból będzie mu przeszkadzał w walce. Poison podniósł swój miecz w górę przygotował się do pozycji obronnej by mógł się bronić przed ewentualnymi atakami ze stronny kuca ,który go zaatakował. Wiedział ,że ta bitwa głównie będzie odbywać się na poziomie czysto magicznym dlatego też zmienił kule krwi w oszczepy i był pewny ,że kuc ,który go dziabną będzie posiadał barierę antymagiczną więc jedną kule sobie zostawił by cisnąć ją w swojego przeciwnika by zobaczyć czy ów bariera jest czy przypadkiem eksplozja magiczna którą jego przyjaciel wytworzył nie zniszczył albo choć nadwyrężyła jej zdolność ochronne ,a jeżeli wciąż jest Poison ma zamiar cisnąć wszystkie oszczepy w jeden punkt klatę piersiową tak dla zemsty i dla zasady.

Link to comment
Share on other sites

 Jego pytanie skupiło na sobie całą uwagę żółtego jednorożca. Ten przez chwilę bił się z swoimi myślami, co z niesłabnącą uwagą oglądał Thermal. Jego akurat interesowało, co odpowie Yellow.

- Cóż, odgłosy bitwy słychać wyraźnie, na dodatek znoszą już pierwszych rannych. W prawdzie jest szansa, że narazimy się na główne uderzenie, ale cóż, może warto zaryzykować. Dobra zaczynamy - odpowiedział w końcu, po kilku chwilach.

Róg żółtego jednorożca stał się źródłem ciepłego, niczym słonecznego, światła. Takim samym światłem, choć wiele potężniejszym, zaświeciły otaczające ich kryształy.

- Therma,l - odezwał się całkowicie rozkojarzonym głosem. Było w nim słychać skupienie nad czarem - tylko osoba mogąca skupić cały swój umysł na jednym celu mogła powiedzieć cokolwiek takim głosem. Jednocześnie rozkojarzonym i skupionym. Takim, który powodował w umyśle potrzebę skupienia się nad czymś. -, powierzam Ci sterowanie tym czymś, ja nie będę w stanie ci służyć pomocą, poza trzymaniem konstrukta, powodzenia, postaraj się nas nie zabić.

Chwilę po tym jak skończył, Thermal zauważył, że stracił z nim kontakt wzrokowy. Choć patrzył prosto w ich kierunku, wzrok Yellowa patrzył jakby na ścianę za nim. Albo nie patrzył w ogóle. Nie umiał powiedzieć. Lecz chwilę później ten wzrok znikł. Po prostu rozmazał się, stając się jakby ułudą.

Cały Yellow wyglądał, jakby zniszczył swoją materialność. Zdawało się, że powiew wiatru wywieje go na zewnątrz i rozwieje na cztery strony świata. Nawet zaczął się ruszać, a Thermal, zdało mu się, poczuł powiew. Ale wiedział, że tylko zdawało. Yellow nie leciał w stronę żadnego wyjścia tylko w bok, w stronę smoka. Wniknął w niego. Wtedy też Thermal zauważył, że w gruncie rzeczy oboje przez pewien czas wyglądali jak utworzeni z tego samego materiału - Yellow i smok. Żółty jednorożec połączony z smokiem zaczął poruszać konstruktem. Początkowo niemrawo, słabo, jednak wraz z wyostrzaniem się konturów ruchy były coraz pewniejsze i silniejsze. Pierwsza powstała łapa - uderzył tą kończyną, grubości starego drzewa, w podłoże. Szpony wbiły się w nią jak w masło, tworząc sieć pęknięć. Lecz w tym czasie cały konstrukt przybierał na wyrazistości i groźnym wyglądzie. Tułów rozpychały magiczne mięśnie, których kontur zastygał w sieci łusek. Na grzbiecie najpierw pojawiły się wybrzuszenia, które okazały się punktem zaczepienia skrzydeł. Te, po rozwinięciu, wyglądały prawie jak nietoperza. Tylko mało który nietoperz miał skrzydła z łusek. Sięgały one od ściany do ściany niemałego pomieszczenia, a po rozwinięciu ukazały sieć drobnych i gęstych łusek, które pokrywały grzbiet.

W tym czasie powstawały tylko zarysy ogona i głowy. Ale po skończeniu i na nie nadszedł czas. Ogon był długi i masywny, pokryty wypustkami. W ukrytych pod wielkimi brwiami oczach  płonął ogień. Najprawdziwszy ogień, to nie było poetyzowanie Thermala - płomyki niczym w lampce tańczyły wewnątrz oczodołów, zawieszone w środku. Yellow przetestował chyba moduł dźwiękowy, bo paszcza smoka rozwarła się, ukazując rzędy ostrych jak brzytwy zębów, i zacharczał. Działało.

Gdy już cały smok był wyraźny niczym długo naświetlane zdjęcie, pojawiły się kolce. Długie, krótkie, ostre, zakrzywione, zaostrzone na jednej stronie - Thermalowi brakowało słów by je opisać.

Podziwiając ten twór Thermal nawet nie zauważył, że unosi się w powietrze. Spostrzegł się dopiero, gdy z stałą prędkością zbliżał się w stronę jednego z kolców. Jednak coś w nim kazało mu być pewnym Yellowa.

Całe ciało smoka, razem z tak materialnym jeszcze przed chwilą kolcem, opłynęło go dookoła niczym dym. Był w środku. Zmrużył oczy, przyzwyczajając się do złotego światła, które go otaczało. Na krańcach wzroku widział ściany pomieszczenia. Zdziwiło go to, ale nie na długo. Zamknął oczy całkowicie. W tym samym momencie widział to, na co były skierowane ogniki w oczodołach bestii. Spróbował się poruszyć. Jednocześnie poczuł, że stoi nieruchomo oraz to, że się rusza. Różnica między tymi odczuciami była prawie to niezauważalna. Na próbę zrobił kilka kroków. Każdy z nich powiększał sieć pęknięć na podłodze.

Obraz stał się ciemny, a próba kolejnego ruchu okazała się nieudana. W tym samym momencie smok ryknął i rozwinął skrzydła. Thermal z wnętrza ujrzał, że cały konstrukt staje się mniej materialny.

Serce prawie wybiło mu się na zewnątrz, gdy Yellow uderzył skrzydłami smoka. Sufit był wysoko, ale dla smoka to było jak splunięcie. Zamknął oczy, gdy spotkanie z ścianą było o uderzenie kołatającego w piersi serca. Jednak nic takiego się nie stało. Wraz z smokiem przeniknął przez kamień i wyżej umieszczone pomieszczenia. W końcu zniknął otaczający ich dotychczas kamień. Thermal przejął kontrolę. Ujrzał przed sobą konstelacje gwiazd. Nigdy jeszcze nie były w takim bałaganie - widać było, że Księżycowa Wiedźma nie znała się na ich ustawianiu.

Będąc na wysokości, na którą mogły sobie pozwolić tylko najlepsze pegazy - których zresztą kilka przestraszył, zawisając w powietrzu obok nich - spojrzał w dół. Widział tysiące świateł. Słyszał szczęk oręża.

Teraz w końcu te potwory odpowiedzą za swoje grzechy. Za uśmiercenie uśmiechów, którymi dotychczas kucyki darzyły każdego i wszędzie. Za karanie niewinnych kucyków. Za uprzykrzanie życia. Za zniszczenie harmonii! Serce nadal waliło mu w piersi z siłą młota, jednak teraz kierowała nim żądza oddania wolności. Kucykom, księżniczkom. Żądza odebrania wolności tym, którzy odebrali ją niewinnym. Lecz ten smok nie nadawał się do odbierania wolności. On był do siania zniszczenia!

Ryknął, by wzbudzić strach w sercach tych potworów, a sobie dodać pewności siebie, po czym zanurkował w dół z złożonymi skrzydłami, które rozłożył tuż nad najwyższymi wieżami miasta pogrążonego w walce. Zapamiętał pozycje kilku oddziałów podmieńców i już widział trasę, którą planował przelecieć, by miotać w nich czarami. Z paszczy smoka zaczęły lecieć błyskawice, kule ognia oraz bomby ciśnieniowe - jego najnowszy wymysł. Gigantyczne ciśnienie zamknięte w kruchej bańce. W momencie uderzenia tworzy falę niczym silna bomba. 

Link to comment
Share on other sites

Magic stał plecami do regału i widział szarżującego na niego przeciwnika. Szybko spojrzał na leżąca obok Dakelin. Nie było dobrze, więc postanowił się nią zająć w drugiej kolejności. Popatrzył się lekceważąco na Podmieńca z włócznią. Bardzo nieporęczna broń do walki na małych odległościach. Ten wybór miał kosztować Changelinga życie. Na sekundę przed planowanym uderzeniem jednorożec odskoczył do ściany, wiedząc, że rywal nie zdąży zareagować i trafi w regał, prawdopodobnie łamiąc swoją broń. Kucyk już wiedział, co zrobi - wyprowadzi cios wymierzony prosto w kark przeciwnika, przecinając jego rdzeń kręgowy. Nawet jeśli jakimś cudem włócznia przetrwa w jednym kawałku, Magic zdobędzie wystarczająco dużo czasu, by wyprowadzić zabójczy cios. A przynajmniej taki był plan.

(Dopisałem jaki ten cios chcę wyprowadzić, gdy odskoczę, bo wcześniejsza wersja postu mogła być dość... niejasna.)

Edited by WładcaCiemnościIWszelkiegoZła
Link to comment
Share on other sites

  • 2 weeks later...

W sali tronowej Królowej Nocy wszystko działo się błyskawicznie. Wpierw wszyscy osłupieli i ten moment wykorzystali zdrajcy. Nick wzleciał z pełną szybkością oddalając się od niebezpieczeństwa, a skryta Moonlight wzniosła się majestatycznie.  Jej kopyta i skrzydła pokrył zielony ogień. Klacz zaczęła ciskać nim w zdezorientowane kuce. Te momentalnie otrzeźwiały w obliczu kolejnego zagrożenia. Pędziły na nich zielone płomienie. Na szczęście udało im się odskoczyć od pierwszej fali. Nick widząc zamieszanie rzucił butelkę z gazem usypiającym. Pierwszy zareagował Masked. Z zabójczym refleksem rozbrzmiały trzy mordercze słowa pierwszego zaklęcia. Wiele magicznie pchniętych włóczni poleciało w Moonlight, która zaślepiona pewnością swych pierwszych czarów nie miała szans uniku. Pociski bez najmniejszego problemu skruszyły jej tarczę, nawet nie tracąc magicznych, trupio niebieskich płomieni. Każdą włócznie osnuł przed uderzeniem całun ciemności, a za nimi pociągnęła się smuga niby czarnego dymu. Czubki zaostrzonych kijów rozświetliły się krwistą czerwienią. Blask przypominający złowrogie oczy w ciemności przeraził klacz, był zarazem ostatnim widokiem przed uderzeniem. Włócznie przebiły ciało Moonlight i rozpaliły się w środku zadając potworny ból changelingowi, który siłą impetu poleciał i zatrzymał się dopiero na końcu sali, gdzie uderzył w ścianę. Pociski przeszyły na wylot korpus klaczy i wbiły się w mur, zawieszając ją kilka metrów nad ziemią. Skóra zdrajczyni paliła się trupim płomieniem. Powietrze przeszył najpierw głuchy jęk i chrupot łamanych żeber, a później krzyk męczonej płomieniem klaczy. Nie trwał on długo, bo po krótkiej szamotaninie Moonlight opadła z sił i przestała się ruszać. Wszyscy myśleli, że zginęła, ona jednak zachowała przytomność, jednak nie była w stanie niczego robić. Cierpiała tylko, bezradnie patrząc jak jej ciało trawi pożoga i ból. 


Nessie nie opuszczasz rozgrywki i będziesz mogła ją z powodzeniem kontynuować, tyle, że teraz Twoja postać otrzymała tak poważne obrażenia, że nie może uczestniczyć w walce. 

 

Butelka Nicka już prawie upadła na ziemię, gdy Masked zadowolony z przeszycia przeciwnika złapał ją w locie i pochłonął w swe straszne płuca całą zawartość. Gaz pachniał łagodnie i kojąco, jednak czarnoksiężnikowi nie zachciało się spać, wręcz przeciwnie ogarniała go coraz większa furia i żądza potęgi. Postanowił wykonać kolejny atak wymierzony w panią nocy. Zakręcił rękami olbrzymi okrąg i ściągnął je do siebie. Pod nosem cały czas mruczał słowa ponurej inkantacji. Między rękami pojawiła się jakby ciemna przestrzeń, o nieregularnych kształtach. Powiększała się z każdą chwilą. Od środka jarzyła isę czerwienią. W końcu kula osiągnęła rozmiar 1,5m, a w okół zaczął wiać lekki wiatr, skierowany do niej. Na koniec Masked dodał kilka słów do inkantacji, zamieniając kulę ciemności, na splugawione światło. Od wewnątrz rozbłysnął mocny, choć pusty blask jasnego, zimnego światła. Po czym czarnoksiężnik posłał pocisk wprost na Nightmare Moon, a czyniąc to śmiał się z radości.

Nie mniej szybko niż Masked ocknął się z osłupienia Atlantis, który z dobroci swego czystego serca myśli skierował ku Shadow. Zaklęcia teleportacji były podstawową umiejętnością, nauczaną w pierwszych klasach szkoły magicznej i powtarzane przez kolejne lata, dlatego Atlantis bez większych problemów spodziewał się namieszać trochę w przestrzeni. Skupił się, gdyż czary musiały nastąpić szybko jeden po drugim. Jego róg ponownie rozjaśniło światło, padając na pobliskie mroczne ściany. Mag spodziewał się próby odparcia zaklęcia ze strony Nightmare Moon, jednak ta tak była pewna siebie i tak pożądała zabicia klaczy w czarnym płaszczu, że zapomniała o rzeczy tak oczywistej jak kontrola otoczenia pod kątem magicznym. W okół przywódczyni rebeliantów pojawiła się błękitna kula, która rozprysła się po chwili. Shadow zniknęła, a na jej miejsce pojawił się zdezorientowany Nick. Królowa Nocy zorientowała się co się stało i ze wściekłością, zawróciła prawie w miejscu, by zlokalizować, tego, który śmiał oddzielić ją od zdobyczy. Jednak Nick, jej nie obchodził, dlatego przez przypadek potrąciła go mocno kopytami, tak, że tamten upadł momentalnie na ziemie, jakby rażony silnym ciosem. Nick po chwili podniósł się lekko skołowany. Ponownie poczuł potężny ból, rozchodzący się na całe ciało, jednak dalej wiedział ,że może działać, choć jego sprawność była znacznie ograniczona. Nightmare Moon odwróciła wzrok ku drzwiom i wtedy wpadła na nią kula światła Maskeda. Był to potężny czar wykonany z nienawiścią i manią zabijania. Alikorna odrzuciło kilka metrów w tył. Gdy ponownie ustabilizował lot w oczach Pani Koszmarów był widoczny mrok i bezwzględność, pragnące pochłonąć wszystko. Rozbrzmiały potężne, wnikające w serca nawet nieumarłych i napawające je lękiem słowa:

- Gińcie wszyscy, którzy macie czelność sprzeciwiać się potędze Koszmaru!

Postać Królowej rozpłynęła się i zamazała w ciemnościach, które ją otoczyły. Z chmury cieni, od której bił lodowaty chłód zaczęły obywać się ostrza, które dymiły niczym wielkie parowozy bojowe. Ich dym zasnuwał je same i okolicę. Wszystkie mknęły w kierunku drzwi. Pierwszy uderzył w jedną z kolumn po boku grupy, która rozpadła się pod siłą ciosu i zaczęła przewracać się w kawałkach, kolejne uderzały we fragmenty podłogi, przebijając ją i zawalając. Szybko całą gromadę zasnuł mrok dymu, a w ich stronę pędziły kolejne mordercze pociski. Powietrze stało się ciężkie i duszące, zdawało się lepić i utrudniać ruchy. Jedynym oddalonym od tej sceny kucem był Atlantis, który teleportował siebie i Shadow w róg pomieszczenia i ukrył się w cieniu kolumny. Klacz była dalej przytomna, choć poważnie ucierpiała od strzały. 

- Magu próbuję znowu! Jeśli nie powstrzymamy zaklęć Nightmare Moon wszyscy zginiemy. Teraz już jej nie zaskoczę. Będę musiała stanąć do otwartej walki. Przegram, jeśli nie zdołacie na tyle przeszkodzić jej, abym mogła założyć je srebrne, runiczne kajdany na róg, powstrzymujące magię. Jeśli polegnę, Wy spróbujcie to zrobić.- To mówiąc podała Atlantisowi srebrne, potężne pierścienie. Mag od razu poczuł jak, jego moc jest chłonięta przez nie. Musiały być bardzo potężne i pewnie zdołałyby powstrzymać czary nawet samej Nightmare Moon. Teraz jednak to Shadow wzięła na siebie brzemię walki bezpośredniej. Szybko wyrwała strzałę z własnej piersi, przy czym nawet nie skrzywiła twarzy. trzymanym w kopycie bandażem obwiązała ranę. 

- Do roboty.

Róg klaczy znów rozbłysnął mrokiem, a kopyta chwyciły za sztylety. U jej pasa kiwało się kilka magicznych pierścieni. W oczach płonęła odwaga i determinacja. Po chwili Shadow zniknęła, a coś przez sekundę błysnęło w czarnych chmurach, tam, gdzie znajdowała się Królowa Koszmarów. Atlantis dostrzegł, że spod żyrandoli, które wcześniej zrzucił wygramoliła się postać w czarnej zbroi. Był to changeling. Dobył swego potężnego dwuręcznego topora i zaczął podążać w stronę, gdzie sypały jeszcze pociski władczyni nocy.

 

Posion nie zwrócił uwagi na działania Moonlight, gdy zaczęła miotać ogniem. Miał przy sobie znacznie poważniejszy problem. Krwawienie nie było problemem dla maga krwi, który szybko je zatamował. Miecz Poisona zabłysnął złowieszczo w świetle kuli, puszczanej przez Maskeda, gdy mag zasłaniał się przed ewentualnym atakiem wroga. Pierwsza poleciała kula zrobiona z krwi. Pocisk leciał wprost na cel. Jakie było zdziwienie Poisona, gdy gwardzista z nim walczący, rozbił kulę przecinając ją własnym mieczem. Musiała być to zatem magiczna broń, gdyż nagle mag stracił łączność z całą krwią zawartą w kuli, która upadła jak zwykłą ciecz na ziemię.  Następne poszły oszczepy. Pierwszy przeciwnik odtrącił od niechcenia tarczą. Ta także zaświeciła się od magicznych run ochronnych. Drugiego ogier uniknął zręcznie, dodatkowo odpychając go płazem miecza, a trzeci został odrzucony w górę po wypowiedzeniu kilku słów przez wojownika, które sprawiły, że miecz omiotły błyskawice i utworzyły potężne pole przed orężem. Poison skupił się i udało mu się odzyskać kontrolę nad krwią, jednak przeciwnik zdawał się kpić z umiejętności maga. Sam wyprowadził trzy morderczo szybkie uderzenia. Poison nie dał się zaskoczyć. Pierwszy z nich sparował, ale po chwili z przerażeniem stwierdził, że jego kopyto powraca wolniej, niż kopyto przeciwnika, który ranił go lekko w lewą, przednią nogę. Poison poczuł jak jakieś wstrząsy rozchodzą się po jego ciele. Zobaczył kilka błyskawic idących po skórze ku głowie. Słaby cios, zdołał go znacząco zdekoncentrować i osłabić. Przeciwnik ewidentnie władał magiczna bronią. Mag zdołał jedynie powrócić miecz do pozycji wyjściowej, co uratowało mu życie, gdyż kolejny cios był prosty, acz morderczo silny. Uderzenie odtrąciło rękę Poisona w tył, rozległ się brzęk stali, gdy miecz maga pękła na pół pod naporem broni przeciwnika. Sytuacja nie była ciekawa, lecz nagle otoczenie stało się ciemne i pierwsze pociski spadły dookoła. Jeden z nich trafił blisko miejsca walki, tak, że podłoga zawaliła się, a wraz z nią gwardzista. Pośród mroku, nawet światło jego broni zbledło i zlało się z ciemnością, a jego krzyk rozległ się w górnej komnacie. Poison nie wiedział co się z nim stało, lecz chwilę potem usłyszał galop po posadzkach niższych pięter, który początkowo oddalał się, a później zanikł. Mag sam miał teraz problem, gdyż w jego stronę pędziły kolejne pociski, spowite nieprzeniknionym mrokiem.

 

Tymczasem w budynku dworca rozgrywały się kluczowe dla zdobycia niższej dzielnicy miasta sceny. Grim ze swą bandą wleciał do środka budynku i zaczęła się rozróba. Rocky szczęśliwie bez obrażeń posłał kilka salw pocisków, które nie zdziałały zbyt wiele w stronę wrogów, a sam podbiegł do Dakelin. Ta osłonięta tarczą rzuciła się na nadciągającego przeciwnika. Wampirzyca skoczyła na przeciwnika, aby wgryźć się w niego, jednak ten nie dał się zaskoczyć i wyprowadził potężny atak w tułów dziewczyny. Najpierw Dakelin poczuła, że mostek łamie jej ostrze miecza, które boleśnie przecina organy wewnętrzne, a później ciężka kula buzdyganu wbiła jej się w żebra, łamiąc je. Prawe płuco zostało zdruzgotane, a ciało opadło na ziemię, zdjęte z miecza. Changeling odwrócił wzrok w stronę Rockiego. Dakelin upadła na ziemię, a jej oczy zasnuł mrok, czuła się fatalnie. Niezdolna do ruchu, mowy, świadomości zewnętrznej. Nie była martwa, jako wampira nie było ją tak prosto zabić, jednak jej ciało było zdruzgotane, a myśli spowijał mrok.

 

Magic wykorzystał swą przewagę i wprowadził swój plan w życie. W prawdzie changeling nie wbił broni w regał, jednak nie zareagował na tyle szybko, aby uchronić się przed ciosem w kręgosłup. Miecz wbił się głęboko i przebił twarde kręgi, kończąc żywot wroga. Z jego ust polała się krew, która obmyła Magica. Ten natychmiastowo znów schował się za regał, aby nie oberwać zabłąkaną kulą.

 

Walki przy drzwiach dobiegały końca. Tu straty były znacznie większe, ale wejście zostało zdobyte. Rebelianci ruszyli śmiało ku drzwiom. Grim zadowolony z takiego obrotu wypadków podniósł się i krzyknął:

- Dalej! Zdobyć ten dworzec! Nie zatrzymywać się! Za mną!

W tym momencie, gdy biegł na kolejne linie rozsypującej się obrony wroga, jakiś changeling wypalił z muszkietu. Rozległ się huk i kula wbiła się w pierś Grima. Pułkownik jęknął z bólu i upadł na ziemię. Zrozpaczeni żołnierze, którzy znali go krótko, choć poczuli coś do przywódcy, który sam prowadził każdy atak, rzucili się aby pomścić ogiera. Paru podbiegło do byłego farmera i z radością stwierdzili, że nie jest martwy. Opatrzyli pobieżnie jego ranę i odeskortowali poza budynek. Udali się od razu do podziemi, aby w szpitalu zajęto się pułkownikiem. Oznaczało to jednak, że teraz kto inny musiał przejąć dowodzenie w tym krytycznym momencie. Pierwsze piętro i główna izba wejściowa do dworca została opanowana. Na drugim piętrze i w pokojach jednak dalej gnieździł się wróg, który karał kulami każdego odważnego rebelianta, próbującego na własną rękę wejść do pomieszczeń przez nich obsadzonych.

 

Lenitha w ferworze walki dotarła do dworca, gdzie toczyły się główne tarcia w dolnym mieście. Zobaczyła, że rebelianci wbiegają do środka szturmując pozycję. Postanowiła dołączyć i również dostała się do przed chwilą zdobytego głównego pomieszczenia. Zobaczyła, że siły rebeliantów powoli przegrupowują się, podczas gdy pułkownik Grim z krwawiącym bokiem jest wynoszony, nawet jeden z niosących popchnął ją w bok przez przypadek, biegnąc z rannym ogierem.

 

Thermal tymczasem czuł się jak sprawiedliwa kara z niebios. Szybował najpierw nad opanowaną już prawie w całości dolną dzielnicą i zobaczył posiłki zmierzające do bramy na kolejny poziom miasta. Oddziały tłoczyły się w długich zdezorganizowanych liniach w wąskich uliczkach. Był to idealny cel. Smok zaczął pikować w dół niczym złoty orzeł. Pysk otworzył się w przeraźliwym ryku i zaczął wypuszczać płonące kule. Te wśród wtórujących im błyskawic i grzmotów rozbijały się od domy i wrogów, popieląc ich i podpalając. Gdzieniegdzie padała bomba ciśnieniowa. Ta wydawała olbrzymi huk, gdy powietrze pod ciśnieniem uwalniało się nagle krusząc ściany i roztrzaskując ciała wrogów. Smok znaczył swą drogę ogniem i śmiercią oraz zniszczeniem. W dole rozlegały się głosy przerażonych changelingów i straży miejskiej, większość rzucała się do ucieczki, niektórzy strzelali, lecz ich kule albo nie trafiały, albo Yellow dawał radę je odeprzeć. Im dalej jednak Thermal zapuszczał się w głąb terenów niezdobytych, tym wzmacniał się ostrzał z wielu stron i czasami jakaś kula przebijała barierę wbijając się w ciało smoka. Kilkakrotnie blisko ogiera świsnął jakiś pocisk i z każdą chwilą lot stawał się co raz bardziej niebezpieczny. Za złotym smokiem ciągnął się pas zniszczonych ulic pokrytych płomieniami i krwią. Thermal z tej wysokości widział także bijącą ciemność z komnat Nightmare Moon i słyszał pękające kamienne kolumny i posadzkę. Widział także koszary, z których dobywał się zielony gaz, ale także bardziej zorganizowane grupy armii changelingów ruszały na pomoc oblężonemu miastu. Widać, ze były to pierwsze siły pod twardym dowództwem i zaprawione w bojach. Bowiem nie postępowały w trwodze, lecz chłodnym rozumowaniu i dyscyplinie. Byli już w pełni uzbrojeni i pogrupowani w oddziały.       

Edited by kapi
Link to comment
Share on other sites

 Share

×
×
  • Create New...