Skocz do zawartości

Hoffman

Brony
  • Zawartość

    1171
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    47

Wszystko napisane przez Hoffman

  1. Przeczytałem opowiadanie, niezmiernie ciężko mi jest zebrać myśli i jakoś chronologicznie (?) wyrazić co myślę o tym tekście. W telegraficznym skrócie: poczułem się niezwykle rozbity. Od razu mówię, że nie w tym negatywnym sensie; nie jest to rozbicie jakiego doświadcza się po zmarnowanym potencjale, czy fatalnym zakończeniu. Mógłbym to porównać do chwili w której po raz pierwszy ukończyłem „Mafię” czy nawet „Crisis Core”, gdzie wiedziałem, że właśnie miałem do czynienia z czymś znakomitym, czułem satysfakcję i poczucie wypełnienia historii, ale przez ładunek emocjonalny na końcu, przez to jak wstrząsnęło mną zakończenie, naprawdę nie wiedziałem od czego zacząć, mówiąc o swoich wrażeniach. Dodatkowo nigdy potem jakoś nie mogłem patrzeć, myśleć o tych tytułach tak jak poprzednio. Znaczy – niby tytuł jak tytuł, ale wiedziałem już, że jeśli ktoś zabierze się za to po raz pierwszy, nie ma pojęcia co na niego czeka „Przyjaźń to magia: Ewolucja gwiazd typu słonecznego” to dosyć niepozorny tytuł, za którym jednak kryje się dużo bardziej skomplikowana, refleksyjna historia, po której nie można tak po prostu się otrząsnąć, tylko trzeba jeszcze trochę pokontemplować. Działa tutaj element zaskoczenia; smutna, refleksyjna otoczka oraz poczucie, że ma się do czynienia ze starannie zaprojektowanym utworem. I może to od tego pozwolę sobie zacząć. UWAGA NA SPOILERY! Wyzwanie „Ewolucja gwiazd typu słonecznego” jest skonstruowana troszkę tak jakby był to zbiór poszczeólnych scenek, jakichś porozrzucanych po osi czasowej wydarzeń, które mają swój wspólny mianownik i który to wspólny mianownik czytelnik ma odnaleźć, przeanalizować na spokojnie, połączyć fragmenty układanki by uzyskać nieco pełniejszy obraz tego co chciała nam przekazać autorka. Co zrobiło na mnie szczególne wrażenie, to towarzyszący podczas lektury niepokój oraz narastająca pomału posępna atmosfera, po prostu w miarę postępów w czytaniu wydawało mi się jakbym zbliżał się do czegoś... Innego. Nie chcę powiedzieć, że czeka tam jakieś zło, nawet nie szok, tylko coś czego nie chcielibyśmy zobaczyć, chociaż wiemy że najpewniej tam jest. Jest to głębsze wrażenie, które dowodzi, że autorka z powodzeniem opisała nie aż tak świeży motyw, przyciągając do ekranu i nie pozwalając się oderwać aż do końca. W każdym razie, decyzję o porozrzucaniu tych scenek, urwaniu niektórych wydarzeń, czy przekazaniu informacji w taki a nie inny sposób uznaję tutaj za ogromny plus. Jasne, gdyby były to oryginalne postacie pewnie aż tak by we mnie to nie uderzyło, ale raz, były to znane bohaterki, a dwa, mamy okienko na to jak reaguje na to otoczenie, najbliżsi. Przykładowo, druzgoczące komentarze na temat odejścia Rarity, które jednocześnie podpowiadają nam jak to się stało, że umarła. Widzimy jak się zachowuje Discord, widzimy pogrzeb i kolejne komentarze. Szczególnie emocjonalna jest jedna z ostatnich scen, gdzie Twilight nakazuje Starlight odejść. Umiejscowienie jej w tym momencie w historii, zrealizowanie jej w taki sposób, to po prostu małe arcydziełko w dziele o i tak już wysokiej klasie. Tutaj chciałbym przy okazji pochwalić styl w jakim zostało to napisane, gdyż jest to coś czego ja nie potrafię; zwykle potrzebuję pisać referaty a na końcu i tak nie zawsze ludzie łapią o co mi chodzi. W „Ewolucji...” język jest zrozumiały, a poszczególne akapity dosyć zwięzłe, nie rozciągnięte, a mimo to widzimy wyobraźnią grymasy postaci, smutne miny, wczuwamy się. Lekko, poważnie, ze stylem ale również ze zdrowym rozsądkiem przy zachowaniu pełnego przekazu. Wyzwaniem jest zarówno zmierzenie się z tematyką jak i próba zebrania przedstawionych rzeczy celem pełnego zrozumienia co się właściwie dzieje. Znaczy się, nie jest to zagadka roku, niemniej trzeba czytać uważnie, ze zrozumieniem, aby nie zakończyć opowiadania z uniesionymi brwiami i rozłożonymi rękami. Zimno mi – czyli klimat oraz postacie O stylu już trochę pisałem, ale chciałbym powtórzyć: lekki, zrozumiały, a przy tym elegancki, gdzie wszystko brzmi ładnie, spójnie, lektura biegnie bezproblemowo. W sumie, czytanie samo w sobie idzie wręcz bezstresowo, napięcie czy smutki wynikają raczej z fabuły. Postacie zostały przedstawione dosyć interesująco. Jak nie jeden raz już wspominałem, lubię kiedy poszczególne kucyki są oddane serialowo, bajkowo, ale lubię też kiedy ktoś zdecyduje się porwać na coś zgoła innego. Sam tak robię Gratuluję odwagi oraz spieszę z pochwałami dla tej zimnej, bezradnej wobec upływającego czasu oraz własnych obsesji Twilight. Osobiście, jestem zwolennikiem tezy, że ze wszystkich postaci to właśnie ona ma największe predyspozycje na odchylenia od swojego „bazowego” charakteru czy nawet zostanie antagonistką. Tutaj wydaje się raczej zagubiona, kompletnie niegotowa na starcie z nową rzeczywistością oraz własną mocą, a przy tym uzależniona od swoich obsesji, skłonna do izolowania się, paradoksalnie, chociaż stała się alikornem, słaba. Kreacja Celestii również mi odpowiada. Z jednej strony wydaje się taka jaką ją znamy z serialu, ale jednak okazuje się zupełnie inna, również dosyć zimna, obojętna, tak dla odmiany, w stosunku do Twilight, pogodzona z czasem oraz rzeczywistością. No i przypadło mi do gustu również to dolewanie ciepłej herbaty, przez cały czas. Pomaga to stworzyć kontrast: jak zwykle jest chłodno, smutno, tak ona stara się dolać do tego trochę gorącego, ale to wszystko szybko stygnie, a posępny nastrój nadal jest wszechobecny. Z innych postaci przewinął się Spike, czy Starlight. Postacie również bezsilne, ale wobec Twilight i jej zachowania. Chociaż nie było ich zbyt często, muszę przyznać, że zarówno jej jak i jego, było mi szkoda. Ale to tylko kolejny dowód na przemyślaną kompozycję oraz znakomity styl – nie ma ich często, nie poznajemy całej historii z ich perspektywy, ale i tak poszczególne sceny wywierają potężne wrażenie, potęgują to zimno, smutek, które biją opowiadania. W ogóle, atmosfera opowiadania została stworzona w taki sposób, że niemalże przez cały czas aż się zimno robi od czytania, nie można pozbyć się wrażenia, że ten świat już stracił barwy, stał się tajemniczy, posępny, ale jednocześnie sprzyjający refleksji. Wciąga jak diabli, siedzi w głowie nawet po skończeniu lektury. Doskonale! Pomysł oraz możliwości Nie mogę się doczekać na ciąg dalszy. Poważnie. W gruncie rzeczy, już to co jest na spokojnie mógłbym określić mianem „Instant Classic”, po czym zatrzeć ręce i rozpocząć oczekiwanie na kolejne opowiadania, przy okazji polecając innym „Ewolucję gwiazd typu słonecznego”. Jest to znany motyw, lecz ukazany zupełnie inaczej niż zwykle. Klimat jest gęsty i tajemniczy, z tekstu aż bije zimno które skłania do kontemplacji o co tutaj tak naprawdę chodzi, jak to się stało, co może być dalej. Za pierwszym razem potrafi rozbić, ale jednocześnie uzależnić. Historia siedzi w głowie, po przeczytaniu jej dokładnie i ze zrozumieniem wydaje się całkiem poukładana, ale wciąż mamy kilka pytań bez odpowiedzi. I tym bardziej wyczekuję ciągu dalszego Co cieszy, opowiadanie może pójść w wiele różnych kierunków, gdyż poszczególne wątki czy scenki są na tyle otwarte, na tyle dwuznaczne, że jest olbrzymie pole do różnych historii opowiadanych z perspektywy tychże postaci, „jak do tego doszło”, a także równie porywający ciąg dalszy. Po prostu idealnie, jeżeli mówimy o perspektywach na serię. Jestem pod wielkim wrażeniem tego tytułu, polecam bez dwóch zdań i życzę nieprzemijającej weny oraz powodzenia w dalszym pisaniu, bo naprawdę chciałbym poznać ciąg dalszy. I powtórzę - "Instant Classic" Pozdrawiam!
  2. Jak widzę, „Kucyk w czarnej pelerynie” jest debiutem Szonszczyka, pierwszym w pełni ukończonym opowiadaniem jakie popełnił. Nie powiem, zabierając się za fanfika byłem bardzo ciekaw na co porwał się autor i jakie ostatecznie się to wszystko okaże, zważywszy na fakt, że to debiut, a zatem jako default przyjmuję wersję, że Szonszczyk dopiero wyrusza po doświadczenie, a to jego pozycja startowa Tytuł być może nie jest przełomowy, ale w zupełności spełnia swojen zadanie i stwarza jakieś minimalne pojęcie o tym co może nas czekać na łamach opowiadania. Z kolei oceniając po dobranych tagach, można rzec, że historia ta może podążyć dosłownie wszędzie. Z napędzoną jeszcze bardziej ciekawością zanurzyłem się w opowiadaniu. Fabuła – pomysły na pierwszy fanfik Muszę przyznać, że na temat swojej pierwszej opowieści Szonszczyk wybrał zbiór interesujących pomysłów, skupionych wokół głównej postaci oraz jej specyfiki, nie zawahał się również dodać kilka wątków podpadających jakoś pod tematykę romantyczną (tzn. nie odczułem aby był to ten główny wątek, a jedynie coś idącego równocześnie z głównym wątkiem który na końcu otrzymuje swoją konkluzję), porwał się na elementy komediowe, absurdalne motywy. Wydaje się, że jedynym rezultatem może być mieszanka wybuchowa. W pewnym sensie, to właśnie otrzymujemy w gotowym fanfiku. Różne sub-wątki, różne motywy przeplatają się, a ich spoiwem jest tytułowy Kucyk w czarnej pelerynie, który jest postacią wykreowaną w sposób interesujący i bardzo szybko daje się go polubić, chociaż jego sposób bycia oraz humor to sprawa bardzo nierówna. Mam na myśli to, że kiedy jakaś drwina czy komentarz trafi, wówczas można się uśmiechnąć. Natomiast czasami żarty po prostu nie spełniają swojego zadania, w związku z czym czytelnik raz przewraca oczami, raz scrolluje dalej jak gdyby nigdy nic. Inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku żartów sytuacyjnych chociaż tutaj podziękowania należą się głównie absurdalności kolejnych zbiegów okoliczności oraz ogólnemu wrażeniu, że dzieją się rzeczy niecodzienne, niekiedy bywa to mocno przerysowane, co oczywiście ma swój komiksowy urok i co koniec końców nawet mi się spodobało. Jeśli chodzi o inne postacie, to... Po prostu są. Przeplatają się z kucykami oryginalnymi, lecz nawet w przypadku postaci kanonicznych, tych które pojawiają na dłużej, z tego wszystkiego najlepiej wypada rozbrykana Pinkie Pie, którą bardzo w tej historii lubiłem, a także Luna, głównie dlatego, że pojawia się w snach, czyli robi coś, czego moglibyśmy się spodziewać po Księżniczce Nocy. Reszta wypada średnio lub całkowicie blado, ale uważam, że to głównie za sprawą mniejszych ilości czasu fanfikowego, przez co nikt poza głównym bohaterem nie miał szansy rozwinąć skrzydeł w materii charakteru. Ale z jeszcze innej strony, czy nawet luźna, randomowa komedia z elementami przygodowymi winna mieć skomplikowane postacie oraz wielowarstwowe charakterystyki? Największy wysiłek autora poszedł w głównego bohatera i jego moc, z którą może on rozwiązywać rozmaite problemy związane z miłością. W obliczu tego faktu wydaje się dosyć oczywiste kim jest ów bohater, ale... Pojawiają się wątpliwości i znaki, że być może wcale tak nie jest jak się nam wydaje. Ta właśnie tajemnica, chęć poznania prawdy o sobie, swojej mocy i matce, oto główny motor napędowy dla wędrówki Kucyka w czarnej pelerynie, a także platforma dla różnych perypetii, absurdalnych sytuacji. Kolejne rozdziały nie są aż tak długie, a tekst jest pisany prostym językiem, toteż brnięcie przez kolejne akapity nie sprawia kłopotu. Fabuła rozwija się po swojemu, autor nie zapomina poświęcać należycie dużo czasu głównemu wątkowi, ale wrzuca też co jakiś czas kolejne poszlaki czy poboczne historyjki. Rozpoczynając od historii toksycznej, nieprawdziwej miłości między Blue i młodą Thunderówną (Autumn), chociaż nie potrwało to długo - podobało mi się. Dlaczego? A dlatego, że był to świetny sposób na wprowadzenie do historii, demonstrację możliwości głównego bohatera oraz ogólne nakreślenie klimatu opowiadania. I to wszystko udało się zrealizować bez większych zarzutów. Kolejnym sub-wątkiem były Patykowilki i choć na papierze brzmiało to fajnie, ostatecznie przebrnąłem przez to bez żadnych szczególnych emocji. Mam bardzo mieszane uczucia co do całego tego wątku z Celestią. Zaczęło się od spotkania w karczmie i chociaż wypadło to w miarę ok, a sam pomysł brzmiał szalenie ciekawie, to jednak ostatecznie, im dalej to szło, tym bardziej miałem tego... Dosyć? No nie wiem, w każdym razie były momenty, że autentycznie mnie to drażniło. I nie mam pojęcia dlaczego. Przypuszczam, że przy rozdziałach 5-6 odbyło się to za sprawą zdecydowanej przewagi dialogów nad opisami, do punktu w którym naprawdę ciągle leciały pół-pauzy i ciągle leciał dialog, i naprawdę potrzebowałem złapać oddech, zobaczyć jakiś opis, czy przerwę, chociaż na moment. Poza tym, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zdecydowanie zbyt szybko jednocześnie zostają dodane do mieszanki Tęczowe Podmieńce, a także portal do zamierzchłych czasów kiedy alikornów było na pęczki. Ogólnie jest to wszystko związane z głównym wątkiem i znów: pomysły te były ciekawe, jednak ich wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Ostatecznie wyszło to trochę tak jakby elementy te zostały wrzucone trochę na siłę. Chaotycznie. Niekonsekwentnie. Nawet jak na [Random], w tym konkretnym kontekście, to było troszkę zbyt wiele. Na szczęście kiedy historia zbliża się do końca, tekst staje się jakby spokojniejszy: powracają opisy, wydaje się, że wróciła znana z początku konsekwencja w prowadzeniu fabuły oraz proporcji między wątkami oraz ile wątków naraz prowadzić. To bardzo dobrze. Uprzednio krytykowany przeze mnie wątek znajomości Celestii i Kucykiem w czarnej pelerynie zyskuje nieco więcej sensu, gdyż jest prowadzony troszkę z innego kąta jako że na końcu – cóż za niespodzianka – czeka na nas boss. I muszę powiedzieć, że było to całkiem przyjemne w odbiorze zwieńczenie całości, które przy okazji zrealizowały zamierzone tagi. Plus fajny, komiksowy klimat Klimat historii Tutaj jest różnie. Powiedziałbym, że tam gdzie mam najmniej zastrzeżeń, a gdzie jednocześnie jest „spokojnie”, tam klimat udziela się najjaskrawiej, w postaci zwyczajnej, lekko komediowej otoczki, a także świata otwartego na różności. Nawet samo Hoofville, chociaż nieco odizolowane, ma swoje problemy i klimat. Jest to atmosfera sprzyjająca spokojnej lekturze, burzona przez aż nazbyt chaotyczne momenty, braki w opisach tudzież zbyt wiele wątków naraz bez jakiejś podstawy czy odpowiedniego tła (postacie i sytuacje po prostu się pojawiają, po prostu się dzieją). Wstęp do historii/ zlecenia dla "Kapturnika" jest w prządku, bo jednocześnie dostajemy porcję informacji o Hoofville, rodzinach występujących we wprowadzeniu oraz wiemy czym się te kucyki trudnią. Podróż do Ponyville również jest należycie ugruntowana, gdyż mamy najpierw opowieść, potem owies, umowę kupna, wreszcie drogę do Ponyville i powitanie przez Pinkie Pie. Po prostu jest to prowadzone organicznie. Podobnie jest również pod koniec, kiedy nasz bohater wreszcie poznaje prawdę, a my otrzymujemy garść wyjaśnień co się skąd wzięło. Wyjaśnienia pochodzą od finałowego bossa, więc są to bardzo wiarygodne rewelacje Klimatu brakuje bardzo jakoś w środku całej historii, kiedy właśnie mamy więcej dialogów, a mniej opisów, kiedy kolejne scenki i postacie wyskakują jak z kapelusza i nie prowadzi to do niczego konkretnego, ale nie jest to na tyle uciążliwie, bym musiał przerywać czytanie i robić sobie przerwę. Szczególnie uciążliwe jest coś zupełnie innego i to jest właściwy moment aby wziąć to pod lupę. „This game is unpolished.” Opowiadanie, właściwie w całości, zdecydowanie nie jest należycie dopieszczone. W ogóle, jest coś o czym jeszcze nie pisałem a jest to narracja pierwszoosobowa. Hm... No, ona nie jest zrealizowana tak do końca poprawnie w „Kucyku w czarnej pelerynie”. Głównie piję do narracji w dialogach i didaskaliach. Chodzi mi o to, że mamy czyjąś wypowiedź, nie są to słowa głównego bohatera, ale narracja zaraz po tej wypowiedzi wskazuje jakby to on właśnie powiedział, albo pomyślał i po prostu powstaje chaos, bo nie wiem kto teraz mówi i co mówi, o co chodzi. Ma to strukturę mniej więcej taką: - Zawsze uważałam Ubisoft za rzetelnego wydawcę, który dba o swoich developerów. - nie ukrywałem, byłem zdziwiony. Chodzi mi o to, że ktoś coś mówi i po pół-pauzie główny bohater od razu to komentuje, a te rzeczy powinny być pod spodem, w akapicie a nie w kwestii mówionej. Można dodać coś od razu po kwestii mówionej, ale niech się to odnosi do osoby wypowiadającej zdanie, aby poprawić plastyczność tekstu i ogólne flow. Mniej-więcej w taki sposób: - Zawsze uważałam Ubisoft za rzetelnego wydawcę, który dba o swoich developerów - powiedziała i uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie ukrywałem swojego zdziwienia. Bo w przeciwnym razie to się zlewa w jedno i nie tylko utrudnione jest czytanie, ale psuje też wrażenia. Po prostu wskazuje na to, jakby nie poświęcono wystarczająco dużo czasu na tekst. Z innych rzeczy, na przestrzeni kolejnych rozdziałów zdarzają się przypadki kiedy historia opowiadana w czasie przeszłym nagle zaczyna być opowiadana w czasie teraźniejszym, a za moment znowu wraca do czasu przeszłego. Nie w wypowiedziach, ale w opisach, kompozycja ta jest niekiedy zaburzana. Poza tym, fanfik cierpi z powodu powtórzeń. Są akapity napisane solidnie, bez poważniejszych błędów, ale są i takie które ociekają powtórzeniami, szyki zdań niekiedy nie brzmią dobrze i kiedy zmiesza się to razem to wychodzi coś co naprawdę ciężko się czyta, co się średnio rozumie, a co psuje wizerunek całości rozdziału. Jest jednak na to recepta – wydaje mi się, że gdyby tak usiąść jeszcze raz, na jedną rundkę po rozdziałach i sprawdzić poszczególne akapity, można by kilka rzeczy przepisać, inne poprawić i zdecydowanie byłoby dużo, dużo lepiej. I tutaj pragnę z całego serca przeprosić, że od pewnego momentu przestałem to zaznaczać, ale... Musiałem przenieść się na telefon, a z fanfikiem rozstawać się na zbyt długo nie chciałem co może świadczyć, że... Potrafi on wciągnąć, co jest zdecydowanie plusem Jest zupełnie nieźle jak na pierwszą kompletną pracę autora, jednakże jest jeszcze sporo rzeczy nad którymi powinien popracować i w mojej opinii szczególną uwagę należałoby poświęcić stylowi, aby unikać powtórzeń, lepiej składać zdania i konstruować z nich akapity. Sugerowałbym również trening nad narracją pierwszoosobową. Reszta w sumie powinna styknąć, jako że Szonszczyk zdecydowanie ma ciekawe pomysły o obiecującym potencjale, trzeba po prostu popracować nad ich wykonaniem, a więc: pisać fanfiki Odezwij się do mnie, jeżeli będziesz potrzebować pomocy. Pozdrawiam!
  3. Tekstu nie jest zbyt wiele, gdyż zaledwie cztery strony, ale warto go przeczytać i przyjżeć się co w tym jakże krótkim czasie udało mu się zrobić. Czy uraczył nas interesującym kawałkiem historii? Czy przyciągnął i narobił smaka na kolejne opowiadania z serii? I wreszcie, czy dał nam porcję mrocznego, tajemniczego klimatu, tak jak przyzwyczaił nas do tego Arkane Whisper? Opowiadanie ma formę wpisu do pamiętnika, a to oznacza narrację pierwszoosobową oraz subiektywną relację z wydarzeń którym to poświęcona została „Wędrowna Trupa”. Bohaterem jest doktor Time Turner Whooves, a akcja ma miejsce w terminie naokoło po Nocy Koszmarów. Zatem warunki w jakich będzie opowiadana historia nie są żadnym przełomem. I rzeczywiście – otrzymujemy tajemniczych przybyszy z lasu Everfree, garść przedziwnych zjawisk nadprzyrodzonych których doktor Whooves jest naocznym świadkiem, a także ofiary. Patrząc na to chłodnym okiem, nie jest to coś szokującego, ani oryginalnego, również tekstu jest troszkę za mało aby te pomysły, chociaż już nie pierwszej świeżości, w pełni rozwinęły skrzydła, a także jest to za mało dla autora, aby spróbował podejść do tego czy owego nieco inaczej. Niemniej bardzo możliwe, że wszystko o czym teraz wspominam znajdzie swój czas, ale w przyszłych opowiadaniach. I tutaj chciałbym przejść do kolejnej kwestii. Czy opowiadania robi smaka i zachęca do śledzenia nadchodzącej serii? Pewnie Starczy aby wzbudzić zainteresowanie, tym bardziej że mroczna atmosfera, jaką powinien zawierać horror, została napisana całkiem przystępnie. Mamy ogólne pojęcie z czym mamy do czynienia, a także mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Bez wątpienia jest to dobre paliwo na kolejne odcinki tej historii. Widać potencjał, a także perspektywy na to by odświeżyć znane pomysły, tylko później To co nieco mi zgrzytało, to forma. Przez większość czasu było dosyć solidnie, jednak część zdań jest po prostu zbyt długa i lepiej wyszłoby gdyby zostały one podzielone. Poza tym, tu i ówdzie natrafią się powtórzenia. Na przykład: „Może prawdą jest, że kucyk odczuwał nieokreślony niepokój rozmawiając z nimi, a w okolicy ich obozowiska czuć było dziwny chłód i nieokreśloną, nieuchwytną w swej istocie woń, zbyt słabą by zwrócić na nią uwagę, zbyt wyraźną by o niej zapomnieć.„ Wytłuszczone słowa pojawiają się troszkę zbyt blisko siebie. Podobnie bywa z takimi określeniami jak „nieuchwytna”. Po prostu czytając całość, brakuje synonimów, tu czy tam. Pomogłyby one w lekturze, uczyniłyby treść bogatszą. Ostatecznie, jest to przyzwoity przedsmak dla czegoś dużo większego i szczerze kibicuję Arkane Whisperowi, aby pisał kolejne opowiadania, rozwijał swoją najnowszą historię i z czasem nas zaskoczył. Myślę, że „Karmazynowy Księżyc” ma potencjał toteż czekam na kolejne części!
  4. Opowiadanie jest dosyć krótkie, ale muszę przyznać, że jak na ten pomysł, sprawdziło się to znakomicie. Sama historia jest ciekawa i całkiem życiowa. Ma w sobie delikatny smaczek filozoficzny, co objawia się w powiedzeniach otwierających każdy kolejny dzień. Ktoś mógłby powiedzieć, że generalnie są to truizmy, ale z drugiej strony, skoro nadal mogą okazać się bardzo aktualne i z którymi w jakimś sensie różne osoby mogą się utożsamiać, to dlaczego nie? Dodaje to stylu, dodaje czegoś charakterystycznego, co odróżnia nieco opowiadanie od reszty. Ja odebrałem fanfik nie tylko jako opowiadanie o spełnianiu marzeń, ale jako opowiadanie o przemijaniu życia, ogólnie. W tej formie nie dało się uchwycić zbyt wiele, ale najważniejszy okazał się symbolizm i myślę, że to dlatego te sześć stron sprawdziło się tak dobrze. No i wiele pozostaje wyobraźni czytelnika. Ale powracając do przemijania, bardzo podobało mi się jak dopasowano schemat życiowy do przemijającego tygodnia; że te pierwsze dni są o wczesnym dzieciństwie, kolejne dni traktują nieco o szkole, później również o dorastaniu, a kiedy nadchodzi weekend, nasz bohater jest już pradziadkiem, najstarszym mieszkańcem miasteczka. Troszkę tak jak mówi się o porach roku, czy porach dnia jak o kolejnych porach życia. Z życia bohatera poznajemy tylko te najważniejsze, przełomowe fakty, a przez całą lekturę towarzyszy nam to jedno główne marzenie, które ostatecznie zostaje spełnione. Przez ten króciutki fanfik przewijają się odpowiednie emocje, chociaż czyta się go z poważną miną, będąc świadomym ładunku emocjonalnego a niekoniecznie współodczuwając go. Ale to nie jest w żadnym wypadku ujma. Opowiadanie jest napisane zwięźle, w sposób prosty i dosyć lekki jak na swoją tematykę. Sprawa przecinków została już załatwiona przez znakomitą @karlik, toteż nie będę tutaj tego rozwijał, jako że nie mam więcej żadnych zastrzeżeń. Jest bardzo dobrze, podoba mi się. Oczywiście jest nieco kontrowersyjne to, że bohater ostatecznie związał się z Lily, niemniej nie zostało to przedstawione ani w sposób drażniący, ani jakiś gorszący, a oceniając to chłodnym okiem... No big deal. Zatem nie ma mowy bym z powodu tej decyzji miał obniżyć moją ocenę tego krótkiego opowiadanka, która ogółem jest celująca Bardzo dobry [Slice of Life], godny polecenia każdemu, gdyż nie wymaga wielkich ilości czasu, ma swój urok. Z całą pewnością będę wyczekiwać kolejnych fanfików autora.
  5. W porządku, a co mamy tutaj? Tym razem [Oneshot], traktujący o najważniejszych istotach na całym świecie. Odnoszę wrażenie, że autorka bardzo lubi księżniczki oraz królową No i ogółem, mając na swoim koncie przeczytaną „Klacz z Las Pegasus” stwierdzam, podobnie zresztą jak @OneTwo, że da się dostrzec pewną poprawę. Będąc zwolennikiem historii dłuższych, bogaciej opisanych, po raz kolejny muszę popsioczyć na krótkie (Chociaż dłuższe niż ostatnim razem!) opisy, ale jednocześnie nie mogę przemilczeć tego, że tym razem autorka owszem, dała czytelnikom nieco lepszą ekspozycję, o pochodzeniu Chrysalis oraz powodach jej zła. W sumie sam koncept mi się podobał, gdyż mówiące jezioro które w zamian za łyk daje potężną moc, ale zmusza jej użytkownika do żywienia się miłością i zmienia go w potwora, to brzmi całkiem... Bajkowo. Jak taka dziecięca opowieść, legenda. Tylko znów, wykonanie tego pomysłu nie wypada tak dobrze, bo mamy mnóstwo uproszczeń itd. Ale jest nieco lepiej niż ostatnim razem, to prawda. Niestety, muszę jeszcze ponarzekać na pojedynek między tytułowymi postaciami jak i na zakończenie. No naprawdę, dlaczego wszystko poszło tak prosto, tak szybko, tak niesatysfakcjonująco? Tym bardziej, że całe opowiadanie to naprawdę dobry pomysł z pewnym potencjałem, tylko wykonanie tego pomysłu pozostawia wiele, wiele do życzenia. Ale to zwyczajny brak odpowiedniego doświadczenia, chęć napisania czegoś wielkiego, tak na pierwszy ogień. Jestem pewien, że jeśli tylko Nightmare Princess będzie pisać więcej i ćwiczyć, wówczas mogłaby na luzie powrócić do tego pomysłu i zaserwować nam pełnoprawny remaster, który w pełni zaspokoi wszelkie oczekiwania spowodowane takim oto zarysem fabularnym Ale ogólnie, widać pewną popradę. Mniej ciągnących się całymi stronami dialogów, nieco więcej opisów/ ekspozycji, no i dużo prostsza historia, która w mojej opinii trafia do odbiorcy lepiej niż w przypadku „Klaczy z Las Pegasus”. Ostatecznie, jest to kolejne niedługie opowiadanko pełne rzeczy i grzeszków typowych dla dzieł początkujących twórców. Ale jestem dobrej myśli. Wydaje mi się, że autorka ma ciekawe pomysły i chęci, po prostu porzeba jej więcej doświadczenia i cierpliwości. To co napisał OneTwo – to nie wyścigi, to nie korpo gdzie masz deadline. Poświęć tyle czasu ile Ci trzeba, obmyśl starannie swoją historię, dopieść ją na ile tylko się da, w ramach posiadanych w danej chwili umiejętności. No i przede wszystkim, nie obawiaj się zapytać o to czy owo, na pewno Ci nie przeszkodzi, a może pomóc Powodzenia!
  6. Przeczytałem pierwszy tomik traktujący o tytułowej klaczy z Las Pegasus. Ogólnie, nie było to zadanie trudne; kolejne rozdziały są bardzo krótkie i historia zlatuje nawet w kilkanaście minut, toteż... Cóż, naprawdę ciężko jest się rozpisać. W każdym razie, przez cały czas miałem na względzie aktualny tytuł autorki: Początkująca Pisarka. W ogóle, to chyba nie jest pierwsze Twoje opowiadanie? Jedno z pierwszych chyba? No, w każdym razie, jest to dzieło początkującej pisarki i ma popełnione niemalże wszystkie grzeszki typowe dla dzieł początkujących. Postaram się je wymienić i zdać krótką relację na ich temat, doradzając jednocześnie co można by zrobić i na co zwrócić uwagę aby nastąpił ogólny progress Naiwna, uproszczona fabuła oraz konstrukcja świata Chodzi mi o to, że na jedno z pierwszych swoich opowiadań autorka zdecydowała się na historię miłosną z wielką intrygą w tle oraz księżniczkami. To był dosyć śmiały ruch. Zgodzę się, że opowiadanie ma w tle kilka dodatkowych wątków i chociaż próbuje opowiedzieć coś konkretnego, to jednak kreacja świata czy charakterów postaci została tutaj sprowadzona do minimum, w związku z czym ciężko jest znaleźć cokolwiek charakterystycznego, coś co zapadłoby w pamięć. Tak na dobrą sprawę, o głównej bohaterce mogę powiedzieć tyle, że często się czesze i ma straszliwie zaborczych rodziców. Wątek miłosny jest mocno uproszczony i nie budzi żadnych szczególnych emocji. Mamy strasznie dużo dialogów, mało opisów, a rozdziały i tak już były krótkie, na około stronki. Nie było zatem jak i kiedy rozwinąć uczucia postaci, sprawić aby czytelnik poczuł jakąś więź, czy chęć dalszego śledzenia historii, po prostu wszystko przyjmuje się "na klatę", dosyć beznamiętnie. Podobnie wypada wielka intryga i zwrot akcji, który nakręcił kilka finałowych scen, tuż przed zakończeniem, które... No, również jest mocno uproszone i właściwie nie daje zbytniej satysfakcji. Po prostu nie jest to zbytnio absorbujące, a ze strony czytelnika wiele nie da się zrobić gdyż ciężko się związać. I chociaż wszystkie te pomysły na fabułę zostały już wyczerpane do granic możliwości przez ostatnie lata, przeżute przez pop-kulturę, to jednak nigdy nie jest tak, że na starcie coś takiego skreślam, bo nawet oklepane pomysły można przedstawić porządnie, a nawet nieco inaczej. Bawić się rozmaitymi konwencjami czy motywami można bez końca. Niestety, jest to po prostu brak doświadczenia, ale pochwalam to, że ze wszystkich możliwych rzeczy o których można by napisać swoje pierwsze opowiadanie, autora wybrała wariant pozornie najambitniejszy – wielorozdziałowiec, historia miłosna, intryga i potencjalne zagrożenie dla ogólnego ładu w państwie. De facto, początkujący twórcy w ogóle relatywnie często porywają się na tę tematykę. Świetnie, jak stawiać sobie cele to jak najambitniejsze Niedoskonała forma Wbrew pozorom, nie jest tutaj wcale aż tak źle. Naprawdę. Chociaż mamy bardzo mało opisów i mało narracji, a zdania są pojedyncze, to jednak w tekście brakuje jakichś szczególnie rażących błędów ortograficznych. Za to mamy stosunkowo dużo błędów stylistycznych, na czele z mieszaniem się czasu przeszłego z teraźniejszym. Ale znowu, znaki interpunkcyjne są tam gdzie trzeba... Przynajmniej przez większość czasu. Mamy wielkie litery, akapity, entery oddzielają kolejne części tekstu więc nie wygląda to jak ściana zdań... Jasne, formatowanie: brak wyjustowania tekstu, zapis dialogów należałoby poprawić, wymienić dywizy na pół-pauzy, takie tam. Ale mając w pamięci rozmaite pierwsze fanfiki różnych autorów i autorek, nie tylko z fandomu MLP, mogło być dużo, dużo gorzej. Ale nie ma co się przejmować, bo na tym polu naprawdę wiele nie trzeba. Justowanie to kwestia jednego kliknięcia. A poprawa istniejącego już tekstu to uprzednie jego zaznaczenie, a potem jeden klik. Czym się dóżnią dywizy od pół-pauz i od pauz, jak je stawiać i kiedy, to jest dostepne w internecie, ale jeszcze lepszym pomysłem byłoby sprawdzenie jak wygląda zapis dialogowy czy sformatowany tekst w książkach, albo nawet innych fanfikach, tu na forum. Po prostu Poćwicz troszkę stawianie tych znaków, zapoznaj się z dostępnymi opcjami formatowania tekstu i bardzo szybko się nauczysz wykonywać te czynności automatycznie, kiedy zaczniesz pisać. Coś na przyszłość Problemem w „Klaczy z Las Pegasus” jest bardzo skromny opis świata. Mamy mało fragmentów opisujących czy to otoczenie, czy aktualne myśli postaci, również ekspozycje są bardzo uproszczone. Przez to o wiele trudniej cokolwiek sobie wyobrazić, czy wczuć się lepiej w treść. Jasne, są przecież króciutkie opowiadania, które mieszczą się na 6-15 stronach dlatego że mają średnio rozbudowane opisy itd. Ale one z reguły skupiają się na jednej rzeczy i nie jest to od razu wielka intryga mająca na celu jakiś przewrót, czy romans, który z uwagi na emocje, uczuciowość, potrzebuje więcej czasu na odpowiednie wprowadzenie (musimy poznać postacie, realia w jakich się obracają, jak wygląda ich życie i jak one się schodzą itd.) a potem zrealizowanie (rozwijanie się uczucia między zakochanymi i zmiany jakie się dokonują w ich życiu). Wycinki z życia, scena akcji, czy krótki epizod, te sprawy. Czasami jest to coś więcej, ale z tejże okazji serwowana jest również specjalna konstrukcja danego opowiadania. Dodajmy do tego, że kolejne rozdziały „Klaczy z las Pegasus” są i tak już bardzo krótkie, a mają dużo większe zadanie przed sobą, jako że mają tworzyć, w założeniach, dużo bardziej złożoną historię. Co do postaci, może jednak dobrze by było skoncentrować się na jednej albo dwóch? Plus jakieś postacie kanoniczne, w których skórze czujesz się najpewniej i które najłatwiej by było Tobie wykreować? No i wiesz, nie muszą to być od razu księżniczki, ale zwyczajne kucyki. Wiesz, żeby tych postaci było mniej na ekranie, ale żeby w zamian za to lepiej je nakreślić, opisać i... stworzyć wokół nich historię. W „Klaczy z Las Pegasus” jest zadziwiająco dużo postaci. Pojawiają się nowe pyszczki, nowe imiona, a my ani nie mamy zbytniego pojęcia jak one wyglądają, ani jak się zachowują, ich charaktery nie są rozwinięte w jakiś satysfakcjonujący, czy nawet pozwalający się zapamiętać sposób. Przez to naprawdę trudno się wczuć, czy czymkolwiek przejąć. Na przykład, Zupełnie podobnie jest z tłem postaci rodziców: skąd się wzięli, co osiągnęli. Wszystko wypada bardziej jak sucha relacja, a i tutaj nie udało się ustrzec od nielogiczności (np. ojciec urodził się w szlacheckiej rodzinie ale i tak był biedny). Ogólnie, przed naszą początkującą pisarką, @Nightmare Princess, jeszcze dużo pisania i czytania, dużo ćwiczeń, ale jestem pewien że dzięki konsekwencji oraz zacięciu w miarę kolejnych jej fanfików będzie coraz lepiej i lepiej Wówczas bardzo ciekawie będzie zerknąć w przeszłość, od czego się to wszystko zaczęło, a całokształt jej twórczości na pewno stanie się barwniejszy, ciekawszy, gdyż będziemy mieli doskonały, nie pomijający niczego zapis progressu jej stylu. Pozdrawiam!
  7. Tytuł ten niezaprzeczalnie posiada swój urok. Ale czy wystarczy on by pokochać opowiadanie jak Nika? Czy też sprawia jedynie ładne wrażenie o którym wspomniał Johnny? A może tekst nie okaże się niczym wyjątkowym, pomimo tego atutu? To już zależy od osobistych preferencji i czego kto się spodziewał po tytule. Jeżeli o mnie chodzi, to nie czuję się jakimś zagorzałym fanem tego opowiadania, niemniej nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, czy też że było rozczarowujące. Przede wszystkim, byłem nieco zaskoczony tym o czym ostatecznie opowiedziało. Po tytule przewidywałem wiele różnych rzeczy, ale że w to wszystko będzie wplątana Starlight Glimmer? I że w tle będzie starcie dwóch różnych systemów? Absolutnie się tego nie spodziewałem W gruncie rzeczy, motywy te zostały wplecione w tekst całkiem zgrabnie, chociaż faktycznie, brnąc przez kolejne wpisy do pamiętnika odnosi się wrażenie, że bohaterka nie używa takiego słownictwa na jakie wskazywałby jej przypuszczalny wiek, no i ogólnie jest całkiem... Poważna? Zdystansowana? Jednocześnie są tam fragmenty w których udziela się jej dziecięca naiwność, toteż otrzymujemy taką nieco zastanawiającą mieszankę, po której strasznie ciężko ocenić tę postać. Jasne, nie ma zarysowanych jakichś charakterystycznych cech osobowości, czy czegoś w tym stylu, ale akurat tutaj mi to nie przeszkadzało. Ani trochę. Tak czy inaczej, fanfik ma klimat i przyciąga uwagę skutecznie, wzbudzając zainteresowanie czytelnika, jakie też może być rozwiązanie tej historii. No, minus ten kapelusik, bo do przewidzenia było, że nasza bohaterka ostatecznie go dostanie. To co nie było do przewidzenia to to, że wewnątrz kapelusika znajdziemy zapisane marzenie jej przyjaciółki. I w sumie to, plus garść wzmianek o wojnie oraz o tym, że nastąpiły pewne zmiany, nadaje to smutnawego wydźwięku całości. Chociaż autor nie miał zbyt dużego pola do popisu, co było spowodowane ograniczeniami wynikającymi z konkursu, udało mu się nieco ożywić otaczający postacie świat, wiemy mniej-więcej co się dzieje na zewnątrz, jak to wygląda i co uważa na ten temat właścicielka pamiętnika. Akurat to, że ta wojna widziana oczami dziecka, czy jakiekolwiek rozruchy, że jest to pokazane w tak łagodny sposób, bez dramatu, bez wszechobecnego poczucia zagrożenia, uważam za plus. Zresztą hej, nawet nie ma na sto procent pewności, że to ogólnokrajowa rewolucja, czy może jakieś lokalne rozruchy, może właśnie młoda przesadza i nie do końca rozumiejąc co się tak naprawdę dzieje, używa zbyt wielkich słów? A może w ogóle wszystko pogmatwała? Jest to urocze, a zarazem jest to moment gdzie znów udziela się ta bardziej dziecięca natura narratorki. Mówiąc krótko, opowiadanie przypadło mi do gustu i uważam, że warto poświęcić mu kilka chwil. Pozdrawiam!
  8. Zajęło mi to trochę czasu, ale nareszcie przeczytałem „Bo początki bywają różne”, mając jednak w pamięci „Magiczne dolegliwości”. Dziękuję serdecznie @Lyokoheros za cynk Jest to, najogólniej rzecz biorąc, prequel zarówno do wspomnianego fanfika, jak i Equestria Girls. Aczkolwiek, jak się przyłączy do tego właśnie „Magiczne dolegliwości”, wówczas powstaje osobna oś czasowa z uwagi na zakończenie opowiadania i... No, po prostu nie da się ukryć, że autor, Flashlight, odnajduje w uniwersum EG różne możliwości dla swoich historii, koncentrując się na postaci Sunset Shimmer. Opowiadanie nie jest długie i nie wymaga pełnej koncentracji ze strony czytelnika, gdyż jest w pełni konkretne, w przekazie proste i też takim językiem napisane. Nie uświadczymy tutaj żadnego śledztwa, czy nuty tajemniczości jak w „Magicznych dolegliwościach”, ale kolejne retrospekcje przybliżające nam pierwsze dni Sunset w świecie ludzi. Podoba mi się jak historia pozostaje zgodna z „dolegliwościami” i jak uzupełnia tło Sunset. Generalnie daję okejkę na te rozwiązania. Wprawdzie widzę pewne uproszczenia, szybkie przeskoki na skróty w związku z aresztowaniem bohaterki i umieszczeniem jej w rodzinie zastępczej, tak od razu, ale z drugiej strony opisy tych sytuacji są wystarczająco zadowalające i utrzymane w dosyć serialowym klimacie, co ostatecznie nie psuje wrażeń, chociaż wielu rzeczy mi brakuje. Ale to moja specyfika; lubię długie opisy, lubię wiedzieć co sobie myślą postacie w danej chwili, jak reagują, co ich otacza. Ale tak jak już jest, też jest nieźle. W ogóle, podobają mi się takie drobne szczególiki, które nadają całości kreskówkowego uroku To jest takie cute kiedy Flash zakrada się od tyłu i zasłania Sunset oczy, jak Sunset próbuje ekspresowo przystosować się do chodzenia na dwóch nogach (aż mi się przypomniała historia Meowtha z pierwszej serii Pokemon, kiedy próbował ustać na nogach jak człowiek), czy jak znajduje w nowym pokoju gitarę, to jest tak przyjemnie znaleźć i przeczytać W zasadzie trudno napisać o atmosferze historii coś więcej niż to, że jest bardzo podobna do tej z „Magicznych dolegliwości”, troszeczkę tylko kucykowa, bardziej ludzka. Nie przeszkadza w czytaniu, ale z drugiej strony jakoś ciężko mi wydobyć z niej coś bardziej charakterystycznego. Ale jest pod tym względem dobrze, solidnie. Nie więcej, nie mniej. Generalnie, mogę ten kawałek polecić osobom zaznajomionym już z twórczością Flashlighta, jak również poszukujących fanfików dziejących się w uniwersum EG, czy po prostu, opowiadających o Sunset Shimmer. Jako suplement do "Magicznych dolegliwości", sprawdza się po prostu dobrze.
  9. Jak nietrudno się domyślić, dla mnie głównym specjałem w najnowszym numerze była recenzja jednego z moich fanfików, za którą pragnę serdecznie podziękować i wyrazić, że jest to dla mnie naprawdę niemałe wyróżnienie Dzięki! Ogółem nie mam zbyt wielu rzeczy do dodania, chociaż już w drugim akapicie znalazłem ciekawe zdanie, które przypomniało mi o czymś szalenie ważnym, a o czym zapomniałem w 2015 roku. Chodzi o umiejscowienie historii w czasie oraz jej alternatywność. Generalnie, to jest prawdą, że dzieje się ona po "Magic Duel" i przed "No Second Prances", ale również w ogóle przed sezonem piątym, a po finale czwartego, w którym Twilight dostaje swój pałac, ale jeszcze nie ma pojęcia o Starlight. Sęk w tym, że... Nigdzie nie podałem tej informacji, chociaż przysięgam, że miałem to zrobić zaraz po rozpoczęciu publikacji, w pierwszym poście. Musiałem przeoczyć, a potem zapomniałem/ myślałem, że to zrobiłem. A przeszukałem wątek z fanfikiem i garść innych moich wypowiedzi, tego tam nie ma. Mój błąd, moje zaniedbanie. Późno, ale to chyba najlepsza okazja aby to nieco naprostować. Chociaż w sumie nie wiem jaka jest przerwa w czasie między akcją czwartego a piątego sezonu, więc może i lepszym jest stwierdzenie, że jest to historia alternatywna Ale poza tym, jest mi niezmiernie miło przeczytać tyle pochwał od, bądź co bądź, wymagającej osoby, która wciąż czyta toteż ma porównanie z różnymi fanfikami I to w niezwykle zwięzłej i merytorycznej recenzji, w której znalazło się też trochę uwag krytycznych, za które również dziękuję i które także czytałem z zainteresowaniem. Jeżeli chodzi o przerysowaną wrogość otoczenia do Trixie oraz motyw z Pinkie Pie, w zasadzie odsyłam tutaj do moich odpowiedzi na posty Albericha oraz StyxDa, którzy wzięli te kwestie pod lupę i tam w zasadzie powyjaśniałem różne rzeczy. Teraz dodatkowo odpisałem też Mordoklapowi Ale generalnie, Cahan ma rację – uznałem, że te rzeczy pasują, czułem, że były mi potrzebne, chciałem je tam mieć, no i... Tak to napisałem. Jeżeli się komuś spodoba to świetnie, a jeżeli nie, naprawdę nie mam zbyt wiele do dodania ponad to, co już pisałem w temacie z fanfikiem. Ale nie ma sprawy. Najwyraźniej trzeba mi więcej praktyki, ćwiczeń, zanim nauczę się pewne motywy pisać przystępniej. Albo chociaż te moje pomysły czynić mniej kontrowersyjnymi. Zabawne jest, że w recenzji Cahan określa mój styl jako "kwiecisty", czy "poetycki". Dlaczego? Ano dlatego, że to są naprawdę duże słowa i już w trakcie pre-readingu prześwietny Johnny zwrócił mi na to uwagę, używając identycznych określeń. A serio uważam, że to są bardzo duże słowa w odniesieniu do mojego pisania. Przekombinowane, przesadzone – jasne. W sumie, chyba nawet stwierdzenie, że sam raz po raz uprawiam grafomanię będzie na miejscu. Ale żeby od razu kwieciście, poetycko? Ostatecznie, naprawdę dziękuję za polecenie, za ciepłe słowa odnośnie kreacji pewnych bohaterek, odnośnie tego, że dzięki zakończeniu opowiadanie wiele zyskuje, no i ogólnie, za cenne uwagi, krytykę. Ale szczerze myślę, że w pierwszej kolejności powinienem coś poradzić na te moje powtórzenia. Na szczęście mam już w miarę przyswojoną metodę liczenia odpowiednich wyrazów per akapit, powinno się udać Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam!
  10. Witam i od razu dziękuję za poświęcony na przeczytanie mojego fanfika czas oraz podzielenie się wrażeniami! A uwierzysz, że ja sam raz po raz sięgam do katalogu, żeby nie pisać w kółko tych samych, podstawowych barw? Serio, ja aż tak nie widzę kolorów, ale dzięki temu mam u siebie barwy bursztynowe, miodowe, seledynowe, czy malachitowe i te teksty cierpią na powtórzenia dużo mniej. No, chociaż teraz będę liczył różne "być" oraz inne rzeczy w akapitach, by powtorzeń nie było w ogóle, albo naprawdę, możliwie jak najmniej No i cóż... Dziękuję. Owszem, chciałem nadać temu infantylnego, kucykowego wydźwięku, stąd niektóre sceny są właśnie takie naiwne, czy "głupiutkie". Swoją drogą, to jest idealne określenie, nie wiem, czemu wcześniej na nie nie wpadłem. To znaczy... Może od razu doprecyzuję, bo poprzednio (odpowiadając Alberichowi) pisałem jakby coś innego, ale miałem wtedy na myśli kanoniczne charaktery/ zachowania postaci jako podstawowy budulec serialowej atmosfery. Perfekcyjne ich oddanie pochwalam, ale sam niekoniecznie do tego dążę i sam niekoniecznie w takich kategoriach postrzegam ów "głupiutki" klimat. Bardziej właśnie poprzez naiwność poszczególnych zdarzeń, zbiegów okoliczności oraz rozwiązania problemów i to właśnie na tym polu chciałem nadać fanfikowi kucykowej atmosfery. Będę teraz troszkę zahaczał o spoilery, zatem... Jeszcze raz, dziękuję za polecenie opowiadania, garść ciepłych słów, a także nieco krytyki odnośnie fabuły i poszczególnych rozwiązań Doceniam! Pozdrawiam i życzę udanego popołudnia!
  11. Hoffman

    Przyszłość Twilight

    @Cahan Znalazłem dwa wątki, które podejmowały tę kwestię. Oba trafiły do działu Mane6 i tam pozostały, kiedy powrócono do podziału na poszczególne bohaterki. Zapomniałem o nich. Przyszłość Twilight, mogłaby zostać połączona z tymi postami, a dalsza dyskusja mogłaby się spokojnie potoczyć właśnie tam. Jest też wątek Alicornikacja Twilight. W sumie, można by oba te wątki przenieść do obecnego działu Twilight Sparkle. Skoro można by, no to już przeniosłem Ale nie widzę abym miał uprawnienia by połączyć ten wątek z "Przyszłością Twilight" właśnie.
  12. Myślałem o tym przez jakiś czas, ale dopiero dzisiaj postanowiłem podzielić się swoimi uwagami oraz propozycjami odnośnie Klubu Konesera Polskiego Fanfika. Przez ostatnie miesiące starałem się przyglądać działaniu tejże inicjatywy, biorąc czynny udział ilekroć miałem okazję czy cokolwiek do powiedzenia na dany temat. Chciałbym rozpocząć od pozytywów, które w mojej opinii faktycznie poprawiły nieco kondycję fanfikowej sceny i przyczyniły się do powstania nowych opowiadań. Zdecydowanie największe laury zbiera na tym polu pomysł na mini-konkursy polegające na pisaniu dribbli/ drabbli/ droubbli. Jasne – są to króciutkie, malutkie opowiadanka, ale na tym właśnie polega ta zabawa No i ostatecznie są to przyjemne kawałki do poczytania, nie wymagają wiele czasu, a mogą nieco urozmaicić dzień. Nie każde opowiadanie musi od razu być wielorozdziałowcem czy ponad osiemdziesięcio stronicowym behemotem, ani też posiadać skomplikowanej fabuły czy całej rzeszy postaci. Czasem potrzeba takich oto miniaturek Krótko – poprawia kondycję, zwiększa ilość tytułów w dziale oraz wpływa dodatnio na ogólną różnorodność. Pragnę to pochwalić. Widzę również potencjał w nowym projekcie, który wprawdzie jeszcze nie ruszył, ale zapowiada się interesująco – nowy pokój na kanale o nazwie #analizatornia. Każdy kto miał do czynienia z moimi komentarzami na forum wie jak lubię sobie analizować różne rzeczy i doszukiwać się różnych pomysłów, furtek Cieszę się, że dla odmiany nowy pokój dostaje obszar poświęcony fanfikcji. Z całą pewnością będę tej koncepcji kibicował, będę ją obserwować, w miarę możliwości czynnie wspierać. Podobnie, widzę potencjał w wywiadach w formule Ask Me Anything. Sądzę, że wiele osób będzie zainteresowanych możliwością swobodnego zadawania pytań poszczególnym osobom i że inicjatywa ta będzie się cieszyć niemałym powodzeniem, będzie to również pewien powiew świeżości pośród pozostałych tematów oraz formuł dyskusji. Dlatego tutaj również kibicuję. W mojej opinii na pochwałę zasługują wszystkie zrealizowane do tej pory fanfikowe tygodnie – jest to obcowanie z różnymi opowiadaniami non-stop, dynamicznie zmieniająca się tematyka poszczególnych opowiadań z dnia na dzień, po prostu dużo okazji na odkrycie czegoś nowego czy powrót do poszczególnych tytułów, a co za tym idzie, dużo okazji do przedyskutowania/ porównania różnych motywów. Bardzo dobry pomysł! Niestety, jest on trwale obaczony pewnym mankamentem, do czego jednak przejdę w moich propozycjach. Cieszy również fakt, że Klub działa non-stop, na bieżąco otrzymujemy aktualizacje i ogłoszenia o nowych spotkaniach i tematach. Z całą pewnością jest to czynnik który sprzyja stwarzaniu warunków dla prężnie działającej, rozwijającej się inicjatywy. I póki co to by było tyle. Przechodząc do mniej lub bardziej krytycznych uwag, pragnę podjąć temat moim zdaniem szkodliwych dla klubu tendencji, które na dłuższą metę doprowadzić mogą do monotonni/ monotematyczności oraz ogólnie mało zachęcającego wrażenia, które bynajmniej nie przyciągnie nowych osób, pozostawiając jedynie stałą, niezbyt liczną grupę, która w końcu się wykruszy, a podstawowe idee przyświecające klubowi z czasem się zatrą, totalnie. Dobrze rozwinięte działy off-topicowe mogą być uznawane za plus, jednak kiedy off-topic otrzymuje zdecydowanie więcej uwagi oraz rozwoju niż obszary fanfikowe, wówczas można nabrać wątpliwości czy w ostatecznym rozrachunku wyjdzie to całości na dobre. Nie chciałbym się tutaj rozwodzić na temat samego faktu, że generalnie w poszczególnych pokojach wypowiadają się te same osoby, gdyż to absolutnie nie jest wina ani ich, ani klubu, gdyż jeżeli nikt z zewnątrz nie przejawi chęci do aktywnego udziału w dyskusjach, wówczas za kogoś nic się nie poradzi. Natomiast w jaki sposób czy też o czym dane osoby dyskutują i jak się to może przełożyć na ogólne wrażenie owocujące dołączeniem nowych osób bądź też nie, to już jest inna para kaloszy. No i tutaj, mówiąc o fanfikach (#kawiarenka), dostrzegam zdecydowaną przewagę tendencji ku krytyce, aczkolwiek nie zawsze konstruktywnej, nie zawsze nawet całkiem stonowanej, ale po prostu krytyce dla krytyki, bez jakiegoś konkretnego celu. Wręcz chciałoby się powiedzieć o swego rodzaju rytualnym narzekaniu na różne rzeczy. Jest to przejaw pewnej monotematyczności, gdyż przeważnie krytykowane/ obśmiewane są te same tytuły lub też te same motywy. Analogicznie jak w przypadku creepypastowego półświatka, gdzie bardziej niż na czymś pozytywnym różnym ludziom zależy na setnym wyśmianiu "Sonica.EXE", wymieniając znane już od lat (!) wady, wałkując co rusz te same argumenty, również w kawiarence częściej można przeczytać o tym, że KO ma sceny kąpielowe, czy natknąć się na wałkowanie tych nieszczęsnych Polaków co występują wszędzie. W połączeniu z faktem, że naprawdę wiele już zostało na ten temat napisane tutaj, na forum, wątki te nudzą się bardzo szybko. Dodając wrażenie, że krytyka ta nie ma na celu niczego konkretnego, ani też w poprawie czegokolwiek za bardzo nie ma jak pomóc, wrażenie intensyfikowane niekiedy przez operowanie nickami oraz niezbyt miłe uwagi personalne, człowiek naprawdę nabiera wątpliwości. Plus, ton wypowiedzi, przesiąknięty sarkazmem, cynizmem, "mhrocznością" itp. raz, że prędko się nudzi, dwa, niekiedy wypada to po prostu ponuro, trzy, nie stwarza zbyt zachęcającego wrażenia dla potencjalnych nowicjuszy, w mojej opinii. Wydaje mi się, że faktycznie może to być bariera, przez co wiele sposób decyduje się na bierne przeglądanie się, bądź też nie angażuje się w klub w ogóle. A wydaje mi się, że jest jednak wartością pewna uniwersalność oraz czymś dobrym to by klub był dla wszystkich. Czyli w skrócie - nieco więcej pozytywnego myślenia, więcej otwartości, więcej chęci do poszukiwania potencjalnych mocnych punktów różnych opowiadań, a mniej krytyki dla krytyki, mniej czepialstwa, mniej uszczypliwości. Czepianie się to jest przydatne na etapie pre-readingu i korekty. Ale przy rozmowach o fanfikach dobrze jest mieć mniej ponurą atmosferę, mniej czynników stresogennych. W sumie, mógłbym też zaapelować o większą dyscyplinę. Zbyt często mam wrażenie, że nawet dyskusje w kawiarence często schodzą na manowce. Niby na krótko, ale jednak. Zbyt często przebija się prywata, just sayin' Natomiast, przyglądając się głównemu kanałowi klubowemu, również można odnieść pewne wrażenie monotonności, a nawet minięcia się z deklaracją ideową klubu, na punkcie czego jestem szczególnie wyczulony. Na szczęście, wrażenie monotonni nie jest tu aż tak wyraźne i aż tak zniechęcające, jednak pragnę wskazać, że fanfiki, które są już doskonale znane, mocno ugruntowane w ogólnoświatowym fandomie, a nierzadko już obszernie omówione przy innych okazjach, otrzymują zdecydowanie zbyt wiele uwagi, zbyt często. Rzućmy okiem: 29 września 2017 odbyło się spotkanie poświęcone klasykom fandomu, czyli "Past Sins", "Fallout: Equestria", "My Little Dashie" itd. 8 grudnia 2017 mieliśmy spotkanie poświęcone uniwersum "Fallout: Equestria", ogólnie. 12 stycznia 2018 znowu mieliśmy spotkanie, tym razem poświęcone... "Past Sins"! Warto odnotować, że powyższe fanfiki są często przywoływane w ramach wszelkich powrotów do przeszłości i wspominek. Generalnie, uważam, że te fanfiki, te klasyki, otrzymały już wystarczająco dużo uwagi. Podobnie, poszczególne opowiadania, czy to "Kryształowe Oblężenie", czy też "Polacy są wszędzie", czy cokolwiek innego, zostały już wystarczająco skrytykowane. Enough is enough. Plus, celem klubu, wciąż wymienionym w pierwszym poście tegoż wątku, jest "popularyzacja polskich dzieł oraz pokazanie, że Polak też potrafi". Zatem jak to jest, że wciąż tak kurczowo trzymamy się, bądź co bądź, dzieł zagranicznych? Wliczam w to również tłumaczenia. Panie i Panowie, Klub Konesera miał być Polskiego Fanfika przecież A dodatkowo, nawet w materii naszych polskich dzieł, popularyzowane są jednak przeważnie znane już, dostatecznie spopularyzowane dzieła. Czy to przez regularne wymienianie ich w kontekście pozytywnym, czy też narzekanie na te cieszące się nieco gorszą sławą. Jednak wolałbym gdyby więcej czasu było poświęcanego mniej znanym tytułom, czy czemuś, co trudniej znaleźć, w ogóle. Myślę też, że gdyby więcej osób zobaczyło, że łatwiej jest zostać zauważonym, omówionym, docenionym, nie będąc również nikim szczególnym, czy znanym, ale zwykłym twórcą, wówczas więcej osób chętniej zaczęłoby pisać oraz wypowiadać się na łamach czy to forum, czy to wewnątrz klubu. I w ten sposób chciałbym przejść do moich propozycji. Powracając do fanfikowych tygodni, mankamentem którym stale obarczony jest i będzie ten koncept, to fakt, iż w ten sposób (1-2 opowiadania per dzień) ilość fanfików możliwych od poczytania i omówienia stosunkowo szybko się zmniejszy, aż wyczerpiemy całą wodę z tegoż źródełka. Ale nie można z tego rezygnować, bo to naprawdę dobry pomysł, zasługujący na uwagę i regularną realizację w ramach klubu. Zatem chciałbym zaproponować zredukowanie tego do fanfikowych weekendów, aby nie zmniejszać zbyt szybko puli możliwych fanfików, móc realizować ten schemat dłużej, a co za tym idzie, dać więcej czasu na pisanie różnym osobom nowych opowiadań, które mogłyby ukazywać się w trakcie i które mogłyby również być omawiane. Jeżeli chodzi o "duże" opowiadania, wydaje mi się że dobrze by było wybierać jedno per miesiąc i to jemu poświęcać spotkania. Dlaczego? Ano aby dać dyskutującym dostatecznie dużo czasu na zapoznanie się z tekstem, a także by móc reklamować nadchodzące spotkanie dłużej, zachęcając w ten sposób więcej osób. Oczywiście nie można zapominać o spotkaniach bardziej ogólnych, czyli nie poświęconym stricte określonym tytułom, ale poszczególnym motywom, nurtom czy pomysłom. Takie spotkania jak najbardziej powinny się odbywać. Czyli, wyglądałoby to tak, że pierwszy tydzień miesiąca to byłby zawsze fanfikowy weekend (piątek, sobota, niedziela, po jedno lub dwa opowiadania), dwa kolejne tygodnie to spotkania ogólne/ konkursy, zaś czwarty tydzień miesiąca to spotkania poświęcone na wybrany "duży" fanfik. Pragnę zaznaczyć, że #azalizatornia jeszcze nie ruszyła i nie wiem na czym będzie to polegać. Nie wiem, czy miałoby to działać jako okresowy zamiennik dla głównego kanału klubowego (w sensie, kiedy rozmawiamy w analizatornii, to główny kanał jest zamknięty), czy miałoby to iść równolegle z kolejnymi spotkaniami, czy działać przez cały czas, niczym #kawiarenka. Możliwe też, że na rzecz analizatornii można by było zrezygnować z pewnych spotkań do tej pory odbywających się na głównym kanale klubowym (to znaczy, przenieść te spotkania do analizatorni i rozszerzyć ich główne założenia) i w ten wolny slot dać coś innego. Zależy od konkretów oraz tego jak ta analizatornia będzie działać. Możnaby też zareklamować wywiady AMA: "Powód aby polubić poniedziałki – wywiady z wybranymi przez Was osobami, w Klubie Konesera Polskiego Fanfika! W każdy pierwszy poniedziałek miesiąca, zapytajcie o wszystko wybranych twórców! Zapraszamy!" Na przykład, coś takiego Kolejna rzecz. Częściej brać na tapetę mniej znane fanfiki i częściej iść "w ciemno". Naprawdę. Np. minione spotkania poświęcone fanfikom Arkane Whispera, Niki, czy Foleya – bardzo dobrze, to są bardzo utalentowane osoby, które zdecydowanie zasługują na większą uwagę. Myślę, że dobrze by było w podobny sposób pochylić się nad fanfikami Mordecza, Bestera, Madeleine, OneTwo, grupowo. Wesprzeć można początkujących, mniej znanych autorów czy autorki, chociażby Nightmare Princess. Natomiast z tytułów, sugerowałbym np. Takie fanfiki jak "Kucyk w czarnej pelerynie" autorstwa Szonszczyka, "Sprawa Pana W." autorstwa Foxtail231, czy "Save Me" autorstwa Bestera. W ogóle, tutaj na moment chciałbym zahaczyć o ostatnio ogłoszony konkurs literacki, opierający się na napisaniu spin-offa w danym uniwersum – Edycja "Save Me", to powinien być priorytet, to jest najlepszy materiał zarówno na taki konkurs, jak i nasze, polskie fanfikowe uniwersum. Tutaj mamy fenomenalny, przemyślany, zrealizowany konsekwentnie i z pomysłem fanfik, świat, tutaj mamy co omawiać w ramach klubu oraz na czym opierać przyszłe edycje spin-offowe konkursów literackich. Gorąco namawiam i zachęcam! Dodatkową sugestią ode mnie byłoby rozważenie rozszerzenia działalności klubowej, tj. Stworzenia kanału/ kanałów przeznaczonych dla artystów tworzących prace graficzne. Miejsce gdzie można by wymienić się pracami, podpromować się, zapytać o opinię, radę, czy podzielić się doświadczeniami. No i nierzadko z pracami graficznymi wiążą się jakieś historie, co niekiedy może być całkiem ciekawe. Tutaj mamy przykład. Może też tą drogą udałoby się zachęcić nowe osoby do uczestniczenia w klubowych spotkaniach oraz aktywności. Myślę, że o niczym nie zapomniałem. Tyle by było moich dotychczasowych obserwacji, wniosków i propozycji o nie opartych. Pozdrawiam!
  13. No generalnie, ja przeznaczonego na to czasu ani trochę nie żałuję. Za pierwszym razem, jeszcze w starym roku czytałem po jednym rozdziale, z nieregularnymi dosyć przerwami. To właśnie ostatnio powróciłem na druga rundę, przeczytałem pięć pierwszych rozdziałów, potem znowu zmuszony byłem przerwać. Przyczyny niezależne ode mnie. Ale zapamiętałem te kawałki całkiem dobrze. No i właśnie teraz, za jednym przysiedzeniem, poleciałem z resztą Na pewno to widziałeś, bo byłeś w danych dokumentach kiedy czytałem kolejne rozdziały. Tylko mówię - sugestie i komentarze z perspektywy czytelnika, a nie sprawdzającego, więc nie ma tego aż tak wiele, ale pomyślałem, że to tam zostawię. Tak ogółem wyglądał mój proces czytania i analizy "Krwawego Słońca". Na szybko jeszcze kilka rzeczy. Ogółem, akapit o bohaterach znajdował się w tej części gdzie rozpatrywałem rzeczy wykonane średnio, bądź umiarkowanie w jedną czy drugą stronę. Sam fakt, że mieliśmy grupę takich "główniejszych" postaci ogólnie jest dla mnie plusem. No i mogę wskazać postacie, które zdecydowanie w pamięć mi zapadły i które naprawdę polubiłem. Tylko to się trochę znosi kiedy zaczynam rozpatrywać pozostałe postaci, same w sobie i tak dalej. Pisałem o tym. Natomiast, przechodząc do spraw technicznych. Naprawdę, czytałem uważnie. Wierz mi. Najlepiej jak mogłem, bo potraktowałem to na poważnie. I tak jak pisałem - przez sporą część, mniej-więcej połowę opowiadania powtórzenia, szyki, również epitety stałe aż tak mi nie przeszkadzały i było w porządku. Po prostu później, zaczyna się to czytać jak "zwykłe" powtórzenia, a kolejne rozdziały szybciej tracą świeżość. Tak bym to określił. Nie chodzi też o to, żeby z tych epitetów rezygnować, czy że można o nich zapomnieć. Bo pamiętałem o nich, no i właśnie dlatego z czasem zaczęło mi to wyglądać jak powtórzenia. To bardziej kwestia wizualna. Po prostu znaleźć jeszcze dwa, trzy określenia/ epitety, które mógłbyś stosować zamiennie. Pomogłoby to wyobrazić sobie daną postać z wyglądu, no i rysownicy mieliby łatwiej Natomiast z tym, że nie pasuje i nie przystoi, to nie to, pomieszałeś. Mnie chodziło np. o wulgaryzmy, czy "luźniejsze" okreslenia w akapitach w których wypowiada się narrator albo pojedynczych zdaniach między nimi, które tak troszkę mniej z narracją, a bardziej z komentowaniem "zewnętrznym" się kojarzą. Jakby to narrator zaczynał przebijać się przez czwartą ścianę. Ale generalnie, takich momentów w tekście było bardzo, bardzo mało. Powtórzenia (te pospolite określenia właśnie) to moim zdaniem rzecz wymagająca największej uwagi. Bezbarwna, to jeszcze wcale nie negatywna rzecz. Pozytywna zresztą też, po prostu dla mnie była to postać ze swoją rolą, ale nie odnalazłem w nim tego, co zapewne odnaleźli jego zwolennicy. Bardzo możliwe, że to przez to, że nie patrzyłem na niego przez pryzmat tych stereotypów o których wspominałeś, ponieważ ich zwyczajnie nie znam zbyt dobrze. Dlatego już na wstępie wspomniałem o sobie jak o laiku. A o epilogu pisałem - znalazłem tam interesujące mnie rzeczy i właśnie ta rozmowa to było, między innymi, właśnie to. Oczywiście bardziej skupiłem się na Double Irisie, po prostu możliwość poznania jego punktu widzenia i nieco inny kontekst, to wydało mnie się ciekawie i podniosło moją ocenę tej postaci. Po prostu w moim akurat przypadku, skradł Rising Stormowi show Z Rozdziału VII Znaczy, męczący... Część pierwsza była bardzo dobra i nawet początek tej drugiej, czytało się to nieźle, jakoś im bliżej końca tym większe znużenie odczuwałem. No i potem przyszła pora na część trzecią. Mnie się wydaje, że po pierwsze, nadal byłem (ba, nadal jestem) pod wrażeniem poprzednich dużych, powietrznych bitew, więc takie "zejście na ziemię" już wiele zmieniło. Bitwa "tępa", jak to określiłeś, ale to nie w tym rzecz, była to ciekawa odmiana. Tu nawet nie chodzi o gore, bo nawet ten rozdział był według mnie napisany poprawnie, nie budził u mnie skrajnych reakcji. Po prostu po pierwsze, wynik starcia z góry był znany, a jednak poprzednie pojedynki były niekiedy zaskakujące, chociaż również wiedziałem jak finalnie ta wojna się zakończy. Znaczy, to nie była ta ostatnia, "brzydka" walka, była bardziej uporządkowana, podobało mi się to. Po drugie, z pola walki wybyła generał Yang, moja ulubiona postać w tej historii. Z jednej strony na szczęście, bo nic jej się nie stało, ale z drugiej... To jest sytuacja, że "tak źle, a tak niedobrze". Był wprawdzie Blackheart, jednak wciąż, brakowało mi jej. Przypuszczam, że to przez to szybciej się zmęczyłem i poszukiwałem czegoś, co mnie znowu wciągnie. Znalazłem to w Interludium bodajże - w pojedynku Rising Storma z Blackheartem właśnie. Życie tego drugiego wisiało na włosku, a ponieważ to jego bardziej lubiłem, to jemu bardziej kibicowałem. Aczkolwiek, po drodze, również później, wyskakiwały takie momenty, jak odwracający się źrebak, upuszczony granat, ka-boom! Jakbym przysypiał i nagle dostał zastrzyk kofeiny i już mogę kontynuować. Jednak owszem, zupełnie szczerze, tym rozdziałem poczułem się zmęczony. Nie całym, ale od pewnego momentu w nim. Także, to nie jest takie proste, po prostu piszę o swoich odczuciach. A ja powiem szczerze, że w ogóle nie musiałeś na to odpowiadać Bo myśmy już to poddali pod dyskusję, ja wiem jakie masz podejście, punkt widzenia, cele, ja to już przyjąłem do wiadomości. No i na siłę nie zamierzam niczego zmieniać, po prostu piszę o swoim punkcie widzenia, co ja uważam, coś sugeruję na tej podstawie, ale ostatecznie Ty będziesz dalej pisać jak uważasz. Nie jestem żadnym żandarmem. Także, nie ma problemu. Po prostu sądziłem, że będziesz ciekaw, czy cokolwiek się u mnie zmieniło po przeczytaniu całości, no to wrzuciłem to raz jeszcze. No i nie denerwuj się na ten akapit o nie działającej progresji - po prostu na moje wyczucie, według mnie, wedle moich oczekiwań, to nie zadziałało jak myślałem, że zadziała po wykresie. Ale czy może zadziałać u innego odbiorcy? Pewnie że tak i mam nadzieję, że tak będzie. Po prostu dla mnie to nie było to, w moim przypadku jakoś się to nie sprawdziło, albo sprawdziło się inaczej (niekoniecznie brutalność, nie mrok narastały, tylko rozmach bitew, liczba ofiar). O nieznajomości pewnych stereotypów, a co za tym idzie, braku pewnych układów odniesienia w stosunku do Rising Storma już pisałem. Dodam tylko, jeżeli chodzi o Rainbow Dash, jej przemiana jest również wizualna i momenty, w których ona biernie leży i nic nie może, w których myje ciało w rzece i widzi swoje zniszczone oblicze, mamy ten opis jak ona wygląda i to właśnie wtedy uderzasz mrokiem w czytelnika, jest nawet pewien szok, smutek, szarość kontrastująca z jej poprzednią, pełną energii, kolorów formą. I to jest według mnie plus. Laik, który nie odczyta przemiany Rising Storma tak jak ją domyślnie zaprojektowałeś, ze wszystkimi postawionymi sobie celami w realizacji tej postaci, z pewnością odnajdzie przemianę w Rainbow Dash. I to też plus. No, z tym kanonem to mnie tylko chodziło o to, że te znane bohaterki mogłyby zostać zastąpione oryginalnymi postaciami i w zasadzie wiele by się nie stało. Stąd wrażenie, że Rarity to bardziej taka "cameo", a Rainbow Dash, chociaż występuje częściej później, też tak troszkę na doczepkę jest. To tylko tyle. Może przesadziłem umieszczając to w części, w której opisywałem negatywy - to raczej pasuje to tych średnich cech historii. Także, koryguję to teraz, w tym poście. Może nabrałoby to znaczenia, gdybyśmy mieli obszerniejszy equestriański punkt widzenia, ale to z kolei zniszczyłoby konsekwencję i zabrało czytelnika dalej od głównych bohaterów - strony sińskiej, strony nippońskiej. Jako smaczek dodam, że sceny z Rainbow przy ognisku, pod drzewem, wędrującą Rainbow, jak mnie to strasznie przypominało scenki z końcówki "Crisis Core: Final Fantasy VII"... Kurczę, nawet wydźwięk wydaje mi się podobny. Zresztą, wspominałem o tym tytule również przy jednej ze scen z Rising Stormem (to już w dokumencie). Dla mnie osobiście to ok Z całą pewnością nie jest to tekst dla każdego, może nawet nie dla mnie, ale widzisz, wrażenia mieszane, czyli obok rzeczy które ja uważam za złe, które mi przeszkadzają, mogę wymienić wiele zalet, wiele świetnych momentów, które zapadły mi w pamięć, a które jakoś to równoważą. Po prostu. No i cóż, to w zasadzie tyle miałbym do dodania/ sprecyzowania. Jeżeli jest jeszcze coś, to pytaj, ja postaram się wyjaśnić Pozdrawiam!
  14. No, przeczytałem całą tę historię, większość rozdziałów nawet dwa razy, więc już nie możecie mi zarzucać, że nie czytałem całości i niczego nie wiem :P Mamy Sześciu Króli, jest to zatem idealna okazja na kompletną, szczerą analizę/ recenzję, która nota bene powinna ukazać się wcześniej, ale z różnych powodów jednak się nie ukazała. I ostrzegam przed spoilerami! No tak... Miała być spokojna recenzja, ale nie – nerwy na samym początku. Tak, jednak zacząłem od początku. Ja patrzę, a tu "Tylko wyświetlanie". Zabezpieczenia, super. I po co? Nawet jeżeli wpadnie jakiś troll, wystarczy jeden klik by odrzucić jego bazgroły. Nie ma bata, przez to rzeczy muszę rozpisywać w takim razie w następującym formacie. "Prolog – Stolica Orientu" Strona 4, "– Co do kwestii formalnych… – zaczął Nippończyk. – Nasza firma,zajmująca się produkcją wysokiej klasy samolotów, (...)" Brakuje spacji po przecinku. Strona 5, "Strict Hush dopił herbatę szybko zjadł to, co mu zostało i wyszedł z restauracji. Rainbow Dash dalej kończyła swoje danie. " Po "dopił herbatę" dałbym przecinek. "Rozdział I – Eskalacja" Strona 3, "Dead Eyes, który normalnie wykorzystywał te polityczne rozgrywki do zapewnienia sobie i swoim współpracowników awansów, zaczynał dochodzić do wniosku, że walki wewnętrzne w armii stają się śmiertelnie groźne dla przyszłości Cesarstwa." Jestem przekonany, że powinno być "współpracownikom" Ooo, rozdział II umożliwia już sugestię. OK, odwołuję :D Już jestem spokojny, czytam, myślę, zaznaczam co nieco, staram się być otwarty. Zostawiłem w tekście wszystko, co myślałem, że jest warte skomentowania, poprawienia, przemyślenia, ze swojej stopy. Sugestii jednak nie jest zbyt wiele, jako że czytałem opowiadanie z perspektywy zwyczajnego czytelnika, poniekąd laika, a nie pre-readera/ korektora. Wyjątkiem jest rozdział XIV. Oczywiście przeczytałem go jeszcze raz, od początku do końca, dla zasady. Ale sugestii nie zostawiałem żadnych, bo po prostu nie miało to sensu, jako iż uważam, że w obecnej formie, cały ten kawałek tak czy inaczej nadaje się do kwasu. Z epilogiem jest trochę inna historia, ale o tym później. Generalnie podszedłem do opowiadania "na nowo", ale mając w pamięci to, co widziałem w rozdziale XIV. Ogółem, z mojej poprzedniej wymiany zdań z autorem wynikło troszkę, że popsułem sobie wrażenia/ przyjemność z lektury i tak dalej... No nie, nie wiem co by musiało się stać, żebym miał mieć jakiekolwiek pozytywne wrażenia po tym zakończeniu. Jednocześnie nie żałuję ani trochę, że posłuchałem ostrzeżenia, bo to pozwoliło mi już na starcie opróżnić się z emocji, wykrzyczeć się, a potem ostygnąć i porozmawiać o pewnych rzeczach, spojrzeć na nie chłodnym okiem. Plus, autor już wie o co mi chodzi/ chodziło i generalnie to jest dla mnie najważniejsze. Natomiast, jak przeczytanie całości, od początku do końca wpłynęło na moją ocenę tego rozdziału i czy w ogóle jakoś się zmieniło moje podejście i spojrzenie na ten aspekt histori? No... nie. Wręcz przeciwnie, zostałem jeszcze bardziej utwierdzony w swych przekonaniach, a argumentacja autora jak poprzednio dotarła do mnie i rzeczywiście rzucała nowe światło na "Krwawe Słońce", tak teraz... Jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wydaje mi się, że podszedł on do swego dzieła trochę jak do czegoś co jest czymś więcej niż w rzeczywistości jest, został ofiarą własnego sukcesu, tudzież postawił sobie ambitne cele, ale troszeczkę minął się z ich realizacją i ostatecznie wyszło troszeczkę jak z Robem Zombie. Albo Patrykiem Vegą. Mało, ale jednak ci panowie pojawiają się gdzieś-tam w myślach. Jednocześnie, chociaż byłem przekonany, że tak nie będzie, na wierzch wypłynęło trochę innych rzeczy, które ja odbieram jako wady. Ale o tym później, dużo później. Na ile mieszane moje ostateczne wrażenia mogą być, mam do wypisania naprawdę sporo zalet fanfika. Zacznę zatem od nich. Aha – w mojej analizie/ recenzji powstrzymałem się od porównań z KO, bo to już jest ograne, niepotrzebne, osoby które przeczytały oba tytuły i tak wiedzą co zostało i gdzie zrobione dobrze, co niedobrze, a czego szczęśliwie nie ma KS, nie ma więc sensu po raz kolejny tego powtarzać. Bo generalnie ja się z tym zgadzam. Z jedną tylko, bądź co bądź fundamentalną kwestią nie mogę się zgodzić, a mianowicie "super tagi". Powiedziałem komuś: "To nic nie znaczy, bo to ma głosy i to ma głosy, ostatecznie żadne tagu nie ma." Usłyszałem: "No, ale jednak KS ma głosów więcej." Sprawdziłem. Ależ nie, bullshit! Państwo zapominają o szalenie ważnej rzeczy, bo patrzą na samo KO, a nie patrzą na jego genezę. "Żelazny Księżyc" ma [Epic], a głosów na [Legendary] to chyba najwięcej ze wszystkich opowiadań na tym forum ever. EVER! Oficjalnie, jest to już część KO. Poza tym, KO najpewniej by nie powstało, gdyby "Żelazny Księżyc" nie odniósł takiego sukcesu i powołuję się tutaj na słowa samego autora KO, które padły w wywiadzie dla Radia Pie. Zatem głosy te, dla mnie, liczą się. Wszystkie. Oczywiście nie do KO jako kompletnej sagi, ale jako marki, która wokół tego urosła. Czyli specjalne tagi, fakt, że coś posiada x głosów, o niczym jeszcze nie świadczy i z tego nic nie wynika. Liczy się treść, ostateczne wrażenia i efekty. Przejdźmy zatem do "Krwawego Słońca". Konstrukcja świata Coś, co bardzo mi się tutaj podoba, bo zostało zrealizowane logicznie i spójnie, wystarczająco obszernie, konkretnie. Od sponyfikowanych nazw lokacji, poprzez instytucje i politykę, na samych realiach kończąc, choć o tym napiszę jeszcze co nieco kiedy przyjdzie pora na klimat historii. W każdym razie, pasuje to, nie zgrzyta, także podoba mi się bardzo, że mamy inne istoty jak niedźwiedzie czy gryfy i te gatunki okazują się być przypisane do określonych, sponyfikowanych mocarstwach, pod co być może można podpiąć jakieś autentyczne cechy autentycznych państw i nacji, które istniały/ istnieją. Nie chcę jednak więcej o tym pisać teraz, bo to się znajdzie jak już przejdę do nowo odkrytych negatywów. W każdym razie, kolejnym elementem konstrukcji świata jest technologia oraz splecenie jej z elementami fantastycznymi, wynikającymi z natury magicznych kucyków, które w praktyce płynnie uzupełniają, doskonale współgrają z wszelkimi innymi elementami świata, co widać jak na dłoni w bitwach – rozdziałach VII i X. Dało to autorowi niezwykle szerokie pole manewru i pozwoliło na uczynienie starć wielkimi, zmieniającymi się, co sprzyjało budowie napięcia, dynamizmu, uczyniło świat bitew żywym. Jako przykłady mogę tutaj wymienić wpływanie na pogodę przez stronę sińską, co z kolei oddziałuje w sposób procentowy/ parametryczny na chmury otaczające maszyny Nippończyków, co z kolei ma swoje mniej lub bardziej tragiczne konsekwencje, co ostatecznie zmienia w sposób dynamiczny pole walki oraz możliwości. Również wykorzystanie przez pegazy chmur, samo w sobie, nadaje całości świeżości, sprzyja rozwiązaniom innowacyjnym, interesującym jak na fanfikowe standardy. Przede wszystkim, nie jest to nachalne kopiowanie uzbrojenia z tamtych czasów, wymuszone (ale przemyślane) stylizowanie kucyków na dane stronnictwa i ideologie z tamtych czasów, wyłączanie możliwości magicznych, fantastycznych podczas gdy świetnie mogłoby się one sprawdzić. I się sprawdzają! Jest to bez wątpienia mocny pozytyw, który szczerze chwalę i który mi się podoba. Klimat Jest egzotycznie, świeżo. Po prostu czuć, że nie mamy do czynienia z kolejnym, generycznym (a przynajmniej do pewnego momentu) opowiadaniem tematycznie wpisanym w historię WWII, ale czymś nowym, dopracowanym z zupełnie innych stron. Aczkolwiek faktycznie, ilość słów/ sentencji wziętych z języka chińskiego/ japońskiego (jak mniemam, proszę mnie poprawić w razie czego) w późniejszych częściach tekstu występuje trochę za gęsto i zamiast budować, potęgować klimat po prostu się je przeskakuje bo się ich nie rozumie albo już trochę macha się na to ręką bo gdzieś zagubiło się wrażenie wyjątkowości... Ale to niewielki mankament. W każdym razie, realia są kolejnym elementem ubogacającym klimat. Widać to na początku, mamy sceny gdzie Rainbow ma kłopoty z odczytaniem nazw potraw w menu, ktoś gdzieś-tam napluł komuś do posiłku przed jego podaniem, niebianin wyraża pogardę w stosunku do mody na equestriańskie imiona, mamy ryż, mamy bóstwa, mamy katany, raporty przeplatane z właściwą treścią rozdziałów, wszystko to. To służy egzotycznej, azjatyckiej atmosferze, wyjątkowemu wrażeniu, że to nie jest kolejna opowieść o III Rzeszy versus ZSRR/ USRR. Po prostu coś innego, pisanego z pomysłem, sensem, zrozumieniem nie tylko tego co już zostało ograne do bólu i czego powinno się unikać (aczkolwiek, do pewnego momentu), ale także zrozumieniem materiału źródłowego. To samo dotyczy technologii, przewagi takiej a takiej strony w danym momencie, czy również nastrojów społecznych. Należy to pochwalić. Nacisk na politykę, strategię To również wynika ze zrozumienia materiału źródłowego. Tutaj natychmiast pragnę kategorycznie nie zgodzić się z opinią, jakoby te długie bitwy były słabymi punktami opowiadania. Moim zdaniem jest wręcz odwrotnie. Znane z "One Piece" Marineford może to to nie jest, ale i tak jest fenomenalne, rozpisane obszernie, ba, więcej – to właśnie rozdziały VII i X, poświęcone głównie bitwom, bogate w opisy owych bitew, wymian ognia, manewrów, one właśnie są doskonałymi momentami, gdzie strategia, inna, bogata budowa świata, wszystko to na co czekałem i z czym wiązałem nadzieje lśni i działa po prostu bezbłędnie. Zero wrażenia dłużyzny, po prostu idealnie! I tego jest mnóstwo nie tylko w wyżej wymienionych rozdziałach, ale i wcześniej. Poznajemy realia, kulturę, wgłębiamy się w klimat i intrygi, z czasem pojawiają się również i inne strony, chociaż nie biorą one de facto udziału w walkach zbrojnych. Absolutnie uwielbiam rozdział VIII, szczególnie grę generał Yang oraz Blackhearta, całą ich rozmowę, a także fakt, że ich słowa dzwonią w głowie podczas kolejnej wielkiej bitwy, w rozdziale X. Uwagę zwracają również wewnętrzne rozgrywki w szeregach dowódców sił Nippony. Są to znakomite urozmaicenia, które uwielowarstwiają elementy polityczne i oferują dodatkowe wątki. Co jednak nie zawsze kończy się ok, ale o tym potem. Generalnie, chodzi mi o to, że ten aspekt, to co otrzymujemy od początku opowiadania i co mamy w sumie przez jego większość, to jest właśnie spełnienie moich oczekiwań, rozwianie moich wątpliwości, po prostu nareszcie coś, co jest w stanie pogodzić zwolenników i sceptyków ponyfikowania realnych konfliktów z przeszłości. Bo strategię, przemiany społeczne, zmiany układów sił na świecie, rozwój technologiczny tu i tam, ekonomię, ten system naczyń połączonych możemy badać i analizować w sposób empiryczny i przedstawiać wiarygodne konkluzje. Zresztą, nie trzeba 1:1, można się przecież wzorować. O to mi cały czas chodziło. Zrozumienie, że efekciarstwo, powielające się opisy tego samego i po prostu odrzucająca forma, czy też dodawanie zbędnych, naiwnych wątków, w ogóle, całe to podejście, że wojna to przygoda, że to fajnie, że to akcja i wszystko super, zrozumienie, że jest to droga BŁĘDNA, a że my, współcześni ludzie, guzik wiemy o autentycznych przeżyciach w sytuacjach kryzysowych. Przeczytać kilka(naście) książek, obejrzeć parę filmów, założyć mundur, pobawić się – jasne, ale czy to umożliwia nam faktyczne przeżycie wojennego zamętu na własnej skórze? Poczucia tego co autentyczni weterani, albo ofiary? Ale o tym już wiele razy pisałem wcześniej, nie ma sensu tego jeszcze raz rozwijać. W każdym razie, "Krwawe Słońce" i to widzę zwłaszcza po dwukrotnym przeczytaniu całości od początku do końca, doskonale sobie radziło, bo wiedziało czym jest, a czym nie będzie. I sprawowało się wyśmienicie. Do, a jakże, pewnego momentu. Konsekwencja Opowiadanie konsekwentnie, od początku do pewnego momentu (aczkolwiek tutaj i w sumie nie tylko do, ale również z wyłączeniem pewnych elementów), jest zupełnie poważne. I bardzo dobrze. Dzięki temu śledzenie kolejnych dialogów, tego jak formowana jest strategia, co się dzieje, wszystko to wypadało wiarygodnie, wciągało, nie pozwalało się oderwać. Zero zbędnych udziwnień, czy wymuszonych "zwrotów" w historii, skutkujących dziwnym przemieszaniem konsekwentnie poważnego, ponurego klimatu z kompletnie przeciwległym biegunem. Po prostu fanfik ma narzucony z góry klimat, który to klimat ma być realizowany odpowiednio napisanymi akapitami, stosownie dobranym słownictwem, tego się autor trzymał i to był ruch dobry. Co cieszy, akcja do pewnego momentu (niespodzianka, tutaj do końcówki rozdziału X, który i tak jest świetny, a później, niestety, od drugiej części rozdziału XIII aż do końca) toczy się w miarę stałym tempem, przewaga dialogów nad opisami pomaga zachować dynamizm i ogólnie dobre flow. Nieco potem zaczyna to kuleć a to za sprawą zbyt długich opisów w nieodpowiednich miejscach (tak, najpierw opisów niby brakowało, ale to nie było przeszkodą, potem się pojawiły i to przeszkodę potrafiło stanowić całkiem dotkliwą). Wspomniałem o tym w komentarzu w tekście, powołując się na pewnego mema – bohaterowie spadają, lecą, są coraz bliżej ziemi, zaraz się rozbiją i jak to się świetnie zaczęło, tak pod koniec... Słodka Friezo, mini wykłady, przemyślenia, jeszcze zapomnę, że to zaraz runie! Serio. Ale ogólnie, przez znaczą większość tekstu, jest pod tym względem dobrze. Służy to również atmosferze. Dobra robota. I tym sposobem, docieram do końca niewątpliwych zalet tegoż opowiadania. Naprawdę, jest tego dużo i kiedy tylko zacznie się czytać to widać to doskonale jak to jest dawkowane, jak to współgra ze sobą, jak się to sprawdza, do pewnego momentu oczywiście. Teraz czas na rzeczy, które moim zdaniem wyszły po prostu średnio, bądź też umiarkowanie pozytywnie/ umiarkowanie negatywne, w mojej opinii. Bohaterowie Ja się pokuszę o stwierdzenie, że tutaj wcale nie ma jednego głównego bohatera, tylko jest grupa głównych postaci, czy też "najgłówniejszych", które to są powiązane z daną stroną konfliktu i z których perspektywy śledzimy akcję. Generalnie jednak... Wyszło dosyć bezbarwnie, z pewnymi tylko smaczkami. Szczególnie pod koniec, nowi oficerowie zaczęli trochę wyrastać jak grzyby po deszczu, pojawiały się nowe imiona, a ja tylko się zastanawiałem "Beerusie, a ci to skąd się nagle wzięli?". Odnosząc się szybko do moich poprzednich postów, tu nie chodzi że ciężko się z nimi zżyć, w sensie zżyć. Chodzi o to, że naprawdę ciężko uwierzyć, że te postacie istotnie pełnią jakąś rolę, giną one w gronie znanych już postaci które jakkolwiek poznaliśmy, albo po prostu wylatują z głowy. Do pewnego momentu jest to w miarę ok, ale potem wydaje się to po prostu zbędne. Wspomniane jest imię, czy nie wspomniane, ostatecznie różnicy nie ma. A co do zżycia się, ja powtórzę, bo ja wcale nie sugerowałem, żeby wprowadzić więcej postaci, pozwolić się zżyć, a potem wykończyć bestialsko. Moim zdaniem najlepsza, NAJLEPSZA postać z całego fanfika, którą szczerze uwielbiam, czyli generał Yang, przeżyła. Postać z prawdziwego zdarzenia, z zarysowaną historią, charakterystycznymi gestami i powiedzeniami, umiejętnościami. Znakomicie! A dlaczego troszkę przykro mi było kiedy zginął Blackheart? Ano przez jego interakcje z panią generał właśnie. Nie przez to, że lubiłem go za charakter czy coś, ale własnie przez to. Swoją drogą, czarne pegazy z czerwonymi/ pomarańczowymi grzywami to już powinna być klisza, serio O Rising Stormie jeszcze pomówię, ale w kontekście wad. Niemniej... No, zgodzę się z Sunem – wypadł tak dosyć "meh", postać która miała potencjał, a która ostatecznie wyszła bezbarwna i w sumie nie miało dla mnie znaczenia co się z nią stanie. Inne postacie? Oficerowie, dowodzący. No są. Plus, że każdy nippoński przywódca specjalizował się w innej dziedzinie, co zresztą odzwierciedlały imiona. To było ok. Ale poza tym? Nic szczególnego. To w epilogu dopiero "Wiedźma" zostaje wreszcie nieco rozbudowany, przez co można się z tą postacią jakoś zidentyfikować. A przynajmniej zrozumieć jego punk widzenia. I to było cholernie ciekawe. I jest to postać, która przecież ocalała wydarzenia w Makinie! Co jeszcze, co jeszcze... O! Niebianin! To była dobra postać, ze swoimi charakterystycznymi cechami, mocą, odegrał on ciekawą rolę, no i... A jakże, również interakcje z generał Yang pomogły tę postać jakoś lepiej zapamiętać. Reszta oryginalnych postaci? Naprawdę, musiałbym szukać albo zmyślać. Po prostu są, pełnią swoje role, ale żeby pokusić się o coś więcej to nie, gdzie tam. Natomiast, to z kolei mały plusik, nie znalazłem ani jednej postaci, która by mnie autentycznie irytowała. Nawet bezbarwny dla mnie Rising Storm, wypadł po prostu jak wypadł. I to tyle. Pozostaje kwestia postaci kanonicznych, ale wrócę do nich w innym punkcie. Niestety, będzie to negatyw. Forma... Ale tylko momentami Generalnie, przez pierwszą połowę fanfika, powtórzenia, jakieś dziwne szyki, nie szyki, to wcale nie jest aż tak uciążliwe, ani nie razi aż tak jak możnaby się tego spodziewać. Również przed poprawkami. Nie tak, jak można by to przewidywać po poprzednich fanfikach autora, ale i po wypowiedziach moich poprzedników/ poprzedniczek, nie jest też tak źle jak to może wyglądać. Bo ja jestem świadom powtórzeń, widzę je, widzę też wstawki, które absolutnie nie przystają narratorowi i momentami wychodzi z tego trochę taka delikatnie irytująca wrzuta, psująca klimat. Widzę to, jestem tego świadom, ale nie przeszkadza mi to aż tak. Aż zostaje przekroczona pewna masa krytyczna. Ogólnie, zaliczam to do umiarkowanie negatywnych/ średniawych cech, bo ogółem to wszystko da się naprawić i bardzo długo mi to nie zgrzytało aż tak. Naprawdę. Ale niekiedy idzie już ręce załamywać kiedy czyta się trzeci czy czwarty raz o "żołnierzach" w tym samym akapicie, o "kucyku o wiedźmich oczach", bądź innych, powtarzanych do bólu cechach odnoszących się do danych postaci. Bo autor popełnia powtórzenia w dwojaki sposób. Jeden, to często spotykany, czyli to samo określenie, te same słowa powtarzające się gęsto w obrębie danego akapitu. Drugi, cechy poszczególnych postaci, a także pewne zwroty oraz sentencje, które na przestrzeni całych rozdziałów/ fanfika powtórzyły się już tyle razy, że zaczyna to kłuć i przeszkadzać. Są to pewne cechy zewnętrzne, informacje, "potępieńcze wrzaski", "budzenie się do życia", tudzież "myślenie życzeniowe", palenie żywcem i robienie żywych pochodni, itd. Bardzo często te same słowa, a nic nie szkodzi by wrzaski były pełne obłędu, przerażające, nic nie stoi na przeszkodzie by ktoś się po prostu budził czy zrywał ze snu, nie szkodzi też by zamiast myślenia życzeniowego były marzenia ściętej głowy, czy pobożne/ naiwne życzenia, cokolwiek. Albo po prostu wyciąć zbędne rzeczy, z korzyścią dla ogólnego flow. Zwłaszcza później, kiedy cierpliwość czytelnika jest szczególnie narażona na wyczerpanie, to by bardzo pomogło. Ale ogółem te powtórzenia wszelkiej maści poniekąd wiążą się z pierwszą poważną wadą opowiadania którą pragnę szerzej omówić, a jest to... Zmęczenie materiału, minięcie się z finalnym celem To jest prawdopodobnie pierwsza rzecz, przez którą to zakończenie wypada jeszcze gorzej niż po opuszczeniu właściwej treści i przeskoczeniu do rozdziału XIV, bez znaczenia czy z ciekawości (w końcu jest na czerwono nawet tu, w wątku), czy przez ostrzeżenie. Mianowicie, po rzeczy w rozdziale XIV idzie się z pewnym pojęciem, na świeżo. Po całej lekturze idzie się tam... Niesamowicie zmęczonym, może nawet znudzonym, a przede wszystkim bez oryginalnej ciekawości, podrzymywanej przecież skutecznie przez większość tekstu. Potwierdza to też to co pisałem jakiś czas temu – w być może całkiem ambitnej pogodni za jak najwierniejszym odwzorowaniem tego co się wydarzyło, nastąpił potworny przesyt gorowatych scen i po prostu powtarzanie ciągle tego samego i tego samego, w nadziei, że się uda. Już wcześniej czytanie ciągle o wiedźmich oczach, potępieńczych jękach, karmazynowych/ czerwonych deszczach, spadających ciałach, tudzież pryśnięciach/ strugach krwi mogło być uciążliwe, ale poszczególne rozdziały oferowały multum urozmaiceń. W drugiej i trzeciej części rozdziału XIII po raz pierwszy czytelnik przestaje być zaabsorbowany treścią, bardzo szybko się nudzi, bardzo szybko ma już dosyć, a to co się dzieje zaczyna być rozczarowujące. Jakby brak znanych z rozdziałów VII i X urozmaiceń nie wystarczył, tam szale siły i przewagi zmieniały się, niekiedy to było wręcz zaskakujące. Tutaj po pierwsze już od początku wiadomo, że starcie będzie przegrane i wiadomo co się będzie dziać. Śledzi się to bez zaangażowania. I właśnie w takich warunkach, powtórzenia zaczynają szczególnie przeszkadzać. Znika też klimat. Robi się z tego po prostu nudna siekanina, aczkolwiek jeszcze nie napisana tak, by autentycznie odrzucać. A pojedynek Rising Storma z Blackheartem był tym, co nareszcie znowu pozwoliło się wciągnąć. Tylko ten wybuch benzyny, tak "holiłódem" zaleciało... Ale ok, przełknę. No i bohater, który cudem przeżywa to starcie, a potem i tak sam się wykańcza... No, ale to był Rising Storm, whatever. Krótko mówiąc, rozdział XIII nie powtórzył sukcesu swych kilkuczęściowych poprzedników. Część pierwsza to bardziej spokojny opis, poznawanie otoczenia, klimat. To jest ok. Później skokowo materiał ulega zmęczeniu i czytelnik chce aby ten, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich, słaby rozdział się po prostu skończył. Do finału idzie zmęczony, ostudzony z entuzjazmu. I właśnie przez to, jak wcześniej czułem się "tylko" obrzydzony, zagniewany, tak po całości opowiadania rozdział XIV spowodował bóle głowy, krzywienie się, obrzydzenie przybrało na sile, gniew jeszcze bardziej, pomimo tego, że już przecież to czytałem i wiedziałem co tam będzie. I właśnie cała poprzednia treść, przez to ile dobrego mi dała, a jak się zaczął szybko materiał męczyć, uczyniła to doświadczenie jeszcze gorszym. Bardzo rzadko w swoim życiu miewam takie stany, kiedy chcę aby coś się po prostu skończyło, bo już taki mi z czymś źle że coś istnieje i się dzieje, że sam mam ochotę palnąć sobie w łeb i podziękować za wszystko. Odsyłam do poprzednich postów po dokładniejsze opisy co i jak. Gdyby ktoś nie zrozumiał – to nie ma nic wspólnego z tym, że chcę komuś zamknąć usta, że neguję prawdę, czy cokolwiek. Cały czas, mnie chodzi o FORMĘ. Powtarzam w całym tym moim "szaleństwie" jak Capcom w Megamanach ciągle to samo, że to FORMA zatopiła ten statek. To jest obraźliwa, obrzydliwa, niepotrzebna w tym momencie w historii siekanina, gdzie po prostu ciągle mamy to samo i to samo, i to samo, i to samo. To jest zakończenie! Ono świadczy o finalnych odczuciach jak wykończenie świadczy o efekcie! I było szalenie ważne, bo to na nim spoczywało zadanie odnowy atmosfery i przyciągnięcie czytelnika na nowo po tym jak rozdział XIII zdążył znudzić. I mówię – fakty historyczne? Ludzie zostali zastąpieni kucykami. To jest opowiadanie o kolorowych, magicznych kucykach. Troszeczkę dystansu, poważnie. My, szczyle, nigdy nie oddamy właściwie tej zbrodni, zresztą to i tak już nie ma sensu, bo to już nie jest wiedza tajemna (przynajmniej w naszej części świata), ani niczego to nie zmieni. Nie zmieni świadomości, nie zmieni wrażliwości, bo skoro to fanfik z kucykami, to jest to... Bardziej popowe, niż dokumentalne. Ba, więcej, osoba kompletnie nie mająca pojęcia o marce MLP, tym bardziej odbierze to jako mało śmieszny żart, na moją intuicję. Nie wiem tego na sto procent, ale tak mi się wydaje. Wiem na pewno, że gdybym ja przetrwał jakąś niewyobrażalną dla osób trzecich traumę, tragedię, i ktoś zrobił z tego "plot device" i jeszcze twierdził, że w ten sposób pokazuje prawdę nie przeżywszy tego, odebrałbym to za obrazę. Można badać przyczyny. Można obserwować realia przed i po zdarzeniu. To tak. Podobnie, jestem pewien, że nawet mając obszerną wiedzę o narodzinach i upadku III Rzeszy, Holocauście, historii Żydów, gdybym napisał fanfik w uniwersum Smerfów, napisał o Holocauście, tylko eksterminowanych żydów bym zastąpił Smerfami, wówczas SŁUSZNIE spotkałoby się to z powszechnym oburzeniem, zaś gdybym jeszcze był na tyle śmiały by stwierdzić, że w jakimś stopniu oddałem to co się naprawdę wydarzyło, ta FORMA zupełnie by mnie dyskredytowała. Oczywiście słusznie. Ja pisałem o tym wcześniej, ja to powtórzę jeszcze raz – zło to jest zło. Nie interesuje mnie kto był gorszy, kto realizował hańbę w jakim stylu, co było projektem biurokratycznym a co spontanicznym. Jest odrażające, paskudne zło, są potworne plamy na historii ludzkości, za które jako rodzaj ludzki, rasa przecież najbardziej zawansowana, dominująca nad innymi, powinniśmy się wstydzić. Ale że co, nie dało się tego inaczej zrealizować? A gdzie! Kto jak kto, ale to właśnie Ty (zwracam się tutaj do autora) masz materiał źródłowy, masz wiedzę, masz oczytanie, masz styl i pojęcie, które z całą pewnością pozwalały Tobie na obranie rozsądnej ścieżki, stworzenie czegoś co pogodzi wszystkich i przecież zwróci uwagę na bestialstwo jakie się dokonało, bez żadnego odrzucania czy zakłamywania czegokolwiek. I przez ten początek, większość tekstu tak było! I tutaj pragnę przejść do kolejnej rzeczy która po przeczytaniu całości wypłynęła mi na wierzch, czyli... PIT to pokazuje cały czas, pokazało i "Krwawe Słońce" – progresja nie działa Poświęciłem mnóstwo czasu i uwagi, przeczytałem całe opowiadanie dwukrotnie. Zwracałem uwagę na wszystko, o czym napisał autor w ramach odpowiedzi na moje poprzednie posty. Potraktowałem to poważnie, starając się podchodzić do tego otwarcie, na nowo. Niestety, ale jeżeli chodzi o brutalność, gore, a co za tym idzie, przytłaczający klimat oraz zło (autor przywołał "Jądro Ciemności", toteż o tym wspominam), stwierdzam, że to kompletnie nie działa tak jak zostało mi to opisane w teorii. Żadnego stopniowania nie ma. Są coraz obszerniejsze sceny batalistyczne, jest coraz więcej ofiar. To tak. I to nawet pasuje do wykresu opowiadania, jaki został wcześniej pokazany. Tylko tu jest problem – sceny batalistyczne bynajmniej nie muszą być do przesady gorowate, odpychające, z tego nie wynika żadna ostra brutalność. I wcale tak nie było! Właśnie w tych kawałkach Verlax pokazywał, że potrafi pisać o wojnie, inspirowanej historią, bez flaków, bez krwi, bez formy która mogłaby kogokolwiek odrzucić. A za to karmić czytelnika fantastycznymi pomysłami na maszyny, manewry, zwrotami akcji. A to co jest później... Cóż, nawet bestialskie mordowanie źrebaka, czy cywili, te sceny nie następowały zaraz po sobie a same były opisywane bardzo powściągliwie. A to już bodaj było blisko rozdziału XIV. Palenie wsi jeszcze. Te sprawy. Te masy uchodźców, wystrzeliwanie ich jak kaczek... Przecież to ani trochę nie pasuje formą do rozdziału XIV, w ogóle nie czuć, że to jest to najwyższe stadium przed finałem, do którego autor cały czas budował napięcie i brutalność. To jest nadal dawkowane z pewnym umiarem, powagą, zdrowym rozsądkiem, nie przemilczając niczego. I to wciąż było zrobione dobrze, chociaż rozumiem, że szczególnie wrażliwe osoby mogą już tutaj odczuwać dyskomfort. Ale nigdy w życiu się nie zgodzę, że to już prawie poziom XIV rozdziału. Mówiąc o powadze i o rozdziale XIV, co to za język? "Klepnął ją w tyłek nie przestając ani na chwilę z całej siły cieszyć się jej waginą."? Przecież to jest język jak z clopfików, czy creepypastowych fanfików z WattPada. Nie ma mowy o szacunku wobec ofiar czy godnym potraktowaniu tematu. Krytyka Socks Chaser jest niepoważna, bo nie czyta opowiadania, tylko kartkuje i wyszukuje? Jakby wyszukiwała fragmentów gdzie dowolne postacie zbierają grzyby/ gdzie w ogóle są wspominane grzyby i beształa całość, bo z jakichś powodów nie lubi jeść grzybów, to rzeczywiście, uznałbym to za obsesję i nie traktował tego poważnie. Ale ona jest uwrażliwiona na rzeczy na które my, jako społeczeństwo w środku Europy w XXI wieku powinniśmy być uwrażliwieni i w gruncie rzeczy dzieli się bardzo trafnymi spostrzeżeniami. Plus, osoby, która przeżyła dramat, tragedię, takiej to osoby naprawdę nie interesuje to czy były jakieś fakty historyczne, czy sytuacja była kryzysowa. Naprawdę. "hurr durr autor dał gwaułty" – ja naprawdę, proszę z wyczuciem. Szlag, system często wypuszcza katów na wolność, a dla ofiar które często długo nie mogą powrócić do społeczeństwa i normalnie funkcjonować to nie są "hurr durr", to nie są "gwaułty". Nota bene, przez to, że Socks "wyszukuje", można prędko zorientować się odnośnie słownictwa i ogólnie odkryć, że ono nie przystoi poważnemu opowiadaniu wojennemu, tylko czemu innemu. Oczywiście wiem, to pojedyncze zdania, słowa, a jak to się ma do całości. No cóż, jeżeli umawiamy się, że zwracamy na to uwagę przy innych fanfikach i zgadzamy się, że źle dobrane słownictwo potrafi zrujnować klimat i wrażenia, to powinniśmy przestrzegać zasad wszędzie. Cell jeden wie ile baboli sam popełniłem. Natomiast, to też nie jest równe. Czym innym są niefortunne sformułowania opisujące pogrzeb czy przykre rozstania, czym innym są oburzające sformułowania opisujące taką rzeź. Ażeby było jeszcze ciekawiej – w samym "Krwawym Słońcu" jest cytat, który jak na ironię, potwierdza moje podejście i może służyć za stabilne podparcie moich opinii, odczuć. Mianowicie, że bez względu na wiek, płeć, rodzaj, religię i stronę, wszyscy krwawią tak samo. Mniej-więcej tak to leciało i to jest absolutna prawda. Bez względu na autora, tagi, miejsce akcji, czy czasy, patroszenie, rozczłonkowywanie, gwałcenie, wszędzie to jest taka sama sieczka. I szkoda, że "Krwawe Słońce" tak się zakończyło. Chodzi mi o FORMĘ. Ażeby jeszcze lepiej to wyjaśnić – co innego gdyby to był początek historii i właściwa akcja poleciała po nim i właściwie wszystko radziło sobie jak to opisywałem w zaletach. Wówczas to by był troszkę taki potworek jak scena autopsji otwierająca "Piłę IV". Pomiń i sobie oglądaj. Ale zupełnie co innego kiedy jest to zakończenie całości i ma to być finalna wizytówka, najświeższe doświadczenie, które najżywiej pozostanie w głowie. "- Hej i jak film? - A weź, na końcu starucha otwierają, niedobrze mi." O, tak to działa. No pułapki są bo są, ale to są momenty, można się zasłonić. A scena autopsji – gdzie, otwieram oczy a oni dalej kroją. Zamykam, otwieram znowu, a teraz wyciągają żołądek! Rozdział XIV – przewinąłem trochę, matko, kolejne płody wygrzebują z brzucha. Przewijam chwilkę dalej, JEZU znowu dalej gwałcą wypatroszone zwłoki! Słowa, słowa, słowa... Zwróciłem też uwagę na inne rzeczy, które autor przytoczył przy okazji mojej wypowiedzi o "Mausie" i alegoryczności. Głupio mi strasznie, ale, słodka Friezo, jedna rzecz z mojego pierwszego, emocjonalnego posta, którego żałuję, okazała się dosyć aktualna. Ta nieszczęsna pani reżyser, Barbara Białowąs. Tak, to jest prawda, że jako twórczyni "Big Love" wysyłała do nas, widzów, znaki. Problem jest jednak, że to dzisiaj są już "martwe znaki", Walkiewicz ma absolutna rację. W "Krwawym Słońcu" również autor wysyłał nam znaki. I teraz, kiedy zwrócił moją uwagę na kwestie nadreprezentacji, imiona, teraz to widzę. Problem jest jednak ten sam – to było już robione tyle razy, że obecnie już niewiele z tego wynika. W przynajmniej nie jest to koncept pierwszej świeżości. I w tym sensie są to trochę "martwe znaki". Zwłaszcza jeśli chodzi o wymieszane imiona. Kurczę, sam to stosuję. Część moich postaci ma mitologiczne albo "ludzkie" imiona, nazwy lokacji czerpią z różnych języków. Nic konkretnego z tego nie wynika. W fanfiku był moment, gdzie mieliśmy niedźwiedzie, gryfy jako reprezentantów różnych nacji. To z kolei postrzegam jako zmarnowany potencjał by nadać całości trochę tej nutki alegoryczności z "Mausa". Pisałem już o tym, więc dopowiem tylko: a mogło być tak pięknie. A odnośnie przemiany bohatera... Znowu, podobnie jak z tym stopniowaniem brutalności, Rising Storm się nie zmienia. Przepraszam, pojawiają się wątpliwości w Interludium, ale na tym etapie to jest już trochę zbyt późno, wypada sztuczne i po prostu nie działa. Wydaje się strasznie wymuszone. Jednak! Przemiana dotyka Rainbow Dash. I TO dopiero widać. I to jest element faktycznie budujący mroczny, przygnębiający klimat, ale to nie przez jej kreację samą w sobie, ale przez to, że to postać kanoniczna i wiemy jaka ona jest, znamy ją. Dlatego ta przemiana faktycznie uderza w czytelnika. W kontekście realizacji tagu [Grimdark], jest to plusik. Pomimo, że sama jej obecność jest troszkę na doczepkę. I tutaj ostatnia rzecz negatywna, będzie krótko. Kanon jest, ale go nie ma Mamy trochę postaci kanonicznych, ale... W sumie z tego też niewiele wynika. Zgodzę się z Sunem – mogłyby tam być OC, niewiele by się zmieniło. W ogóle, Rarity to bardziej w roli takiej "cameo" występuje, Rainbow Dash znika na długo, aż prawie zapomniałem, że w ogóle tam występuje. Ufff... Tyle by było tej mojej absolutnie szczerej recenzji/ analizy, po dwukrotnym przeczytaniu całości. Znaczy większość rozdziałów czytałem dwukrotnie, niektóre raz. Epilog to inna historia, bo w zasadzie ja już byłem tak wykończony po rozdziale XIV, że w zasadzie czytałem to na szybko, szukałem tylko interesujących mnie rzeczy. I znalazłem. To, co tam jest, to jest dobry kierunek, żeby ukazać rzeź w przystępnej formie. Coś, co nie każdy potrafi i nie będzie potrafił długo. To oczywiście nie było to co do joty, ale zwrot w rozsądną stronę. Konkluzja. Postacie o tym mówią już po fakcie. Widzimy jak reagują, jak do tego podchodzą. I wiemy co to było. Wiele punktów widzenia, różne sposoby opisywania tej samej rzezi. Gdybym miał to ocenić szybko, krótko, może nawet kolokwialnie, powiedziałbym po prostu: przekozaczone. Jednakże ilościowo, większość fanfika wypada doskonale wręcz. Tylko właśnie tu jest ten problem fatalnego zakończenia, a fatalnego początku. Jak się pominie rozdział XIV, nawet dwie trzecie XIII, to jest dziura między akcją a epilogiem. I ostatecznie wychodzi o tak, o. Zresztą, różne aspekty opowiadania są inaczej wartościowane, więc sprawy jeszcze bardziej się komplikują i całe te... Nie takie złe jak wydawało mi się ostatnim razem, nie takie dobre i satysfakcjonujące jak sugerują inni. Wrażenia mieszane. Jest to zupełnie szczera, niezwykle trzeźwa opinia na temat fanfika, jakiej nie popełniałem od dłuższego czasu. I od razu chcę powiedzieć - wrażenia mieszane to NIE JEST ocena negatywna/ niska/ krzywdząca. Nie mam też intencji kogokolwiek obrażać. Wszelkie rzeczy odnoszą się do fanfika jako tworu literackiego, od czasu do czasu oceniam dane podejście, ale to nie są żadne zarzuty personalne. Jeżeli ktoś mi zacznie imputować, że szkaluje ludzi, zgłaszam to do prokuratury. Pozdrawiam serdecznie, gorąco.
  15. I tymże sposobem dotarliśmy do zakończenia tejże historii! W dniu dzisiejszym, zamieszczam finałowe kawałki opowiadania, czyli rozdział ósmy, rozdział dziewiąty oraz krótki epilog "Dzień, w którym Trixie powiedziała prawdę" zostało zatem ukończone. Ale zaraz, "Co to jest?" zapytacie. "Hoffman, człowieku, coś ty brał?" Moi drodzy, nic nie brałem, po prostu z planowanych ośmiu głównych rozdziałów zrobiło się dziewięć, co w sumie daje jedenaście kawałków. Nie było to przeze mnie planowane, po prostu co nieco jeszcze dodałem Czy ma to jakieś znaczenie, poza tym, że historia została nieco urozmaicona pod koniec? Cóż, Capcom zapowiedział niedawno "Megamana 11" A fanfika z Trixie teraz jest jedenaście kawałków. Tym-rym-tym-tyyym! Illumination! Pragnę gorąco i serdecznie podziękować wszystkim wspaniałym osobom, które poświęcając swój wolny czas i energię pomagały mi przy tym tekście, doprowadzając go do obecnego jego kształtu oraz dawały wsparcie, bez którego pewnie nie dotarłbym do końca. W kolejności alfabetycznej, dziękuję: Akane Arekeenowi Cahan GoForGold Grento Johnny'emu Kinro Socks Chaser Ci właśnie ludzie są wspaniali i najlepsi. Ekipa nie zawsze była w komplecie, niemniej pragnę tutaj wspomnieć o nich wszystkich ^^ Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem (jeżeli coś, to uzupełnię). Dziękuję Wam z całego serca, za każdą poświęconą minutę, każdą sugestię, poprawkę, opinię. Za wszystko Tak, wiem. Konspekty i tagi w poprzednich rozdziałach. Poprawię to, kiedy będę miał szansę. Ale ogółem, to nie jest aż takie ważne w tejże chwili Fanfik zakończony. Zapraszam do czytania, zapraszam do dzielenia się opiniami. Pozdrawiam!
  16. Witajcie! Trzydziesty dzień grudnia kończącego się 2017 roku przynosi kolejne opowiadanie z serii, kontynuację "Spełnienia życzeń" oraz ostatnie opowiadanie wpisane w sagę rodziny Crusto. Jest to "Następny dzień po świętach" i opowiada... Cóż, właśnie o tym Link znajdziecie w pierwszym poście, plik z osią czasową serii zostanie na dniach zaktualizowany. Jeżeli chodzi o przyszłość serii, chciałbym zapowiedzieć kolejną sagę, która zabierze Was na południe, do tej części kontynentu, którą ukazuje zapodana mapa. Jednocześnie poznacie nową rodzinę oraz jej koneksje z rodziną Crusto oraz znaczenie pewnych tajemnic z przeszłości które już niebawem zostaną rozwiązane. Jednocześnie, pragnę zapowiedzieć nie tylko nowe lokacje, nowe postacie, ale także akcję, jej zwroty oraz śmiertelnie poważne konsekwencje tego co wydarzyło się w przyszłości. Mogę chyba powiedzieć, że znane postacie zastaną nową rzeczywistość To wszystko w nadchodzącym, nowym roku 2018! Pozdrawiam!
  17. Hoffman

    Piła: Dziedzictwo (2017)

    Jak donosi portal Box Office Mojo, "Jigsaw" zarobił na świecie już blisko 80 milionów dolarów, bardzo możliwe że zyski wzrosną, dobijając z czasem do kwoty stu milionów, co stanowi dziesięciokrotność jego budżetu. Warto zaznaczyć, że zyski z filmu z pewnością jeszcze wzrosną, jako że "Jigsaw" czeka na swoją premierę w Hiszpanii oraz Brazylii, do tego dojdą jeszcze wydania DVD, więc wszystko jest możliwe. Oczywiście jest to wiadomość dobra - film na siebie zarobił, toteż możemy spodziewać się kolejnej kontynuacji. Z drugiej strony jednak, jest to wiadomość zła - to dla Lionsgate znak, że w zasadzie nie muszą się silić na jakąkolwiek rewolucję czy zmiany, wystarczy powtórzyć ograną do bólu formułę aby zarobić. Czyli czysto teoretycznie, nikt nie musi się starać przy kolejnym sequelu. Istnieje możliwość, że mimo wszystko przyszłe odsłony serii okażą się dobre. Jestem sceptyczny, ale w dalszym ciągu tego nie wykluczam. Natomiast co do najnowszej "Piły" - moje oczekiwania były wysokie, materiały promocyjne były bardzo obiecujące, również sam Tobin Bell opowiadając o filmie i swojej roli wydawał się podchodzić do tego entuzjastycznie. Więc naprawdę wiele przemawiało za tym, że może to być godne wskrzeszenie serii. Mówiąc zupełnie szczerze, w pewnych aspektach był to jakiś powiew świeżości - zero charakterystycznego montażu, zero filtrów, zero jakichś dziwnych przejść między scenami. Film dzięki temu ogląda się, że tak to ujmę, stabilnie. Również scenerie są pewną świeżością, choć z pewnością spora część fanów uzna to za błąd - zamiast brudnych, obskurnych korytarzy i fabryk dostajemy całkiem zadbaną farmę, więcej dzieje się za dnia, toteż miasto jest żywsze, jest mniej mroczne, w sumie w wielu scenach można na chwilę zapomnieć, że jest to film tematycznie wpisany w uniwersum "Piły". Cieszy również sprawna, bardzo dobra reżyseria (niestety, nie można tego samego powiedzieć o scenariuszu). Ścieżka dźwiękowa zdaje egzamin, choć nowy "Zepp Eight" to w gruncie rzeczy rehash "Zepp Six" bez finałowej sekwencji z Hoffmanem, ale za to ze zmiksowaną końcówką oryginalnego "Hello Zepp". Poza tym, niezaprzeczalną zaletą "Jigsawa" jest fakt, iż w ogóle nie trzeba oglądać wszystkich poprzednich części by rozumieć co się dzieje. Nowi bohaterowie, nowe wszystko. No właśnie - scenariusz został napisany tak jakbyśmy wcześniej mieli co najmniej jeden film z detektywem Halloranem, oficerem Solomonem, czy Loganem Nelsonem grającymi pierwsze skrzypce. Postaci jest oczywiście więcej, ale to i tak nie ma głębszego znaczenia, gdyż tak naprawdę obchodzić nas będzie jedynie znany John Kramer. Akcja leci zbyt szybko, a większość postaci nie posiada żadnego bardziej rozbudowanego tła a to co już dostajemy jest podane na "odwal się" i bardzo szybko z głowy wylatują ważne szczegóły. Po prostu wiemy zbyt mało o tych postaciach by jakoś się o nie zatroszczyć w trakcie seansu. Gdzie im do Amandy Young, oficera Rigga, agentki Perez czy nawet Williama Eastona. Jednak mnie najbardziej uwierają dwie sprawy. Pierwsza, to nie jest pełnoprawny sequel, ale również i prequel. Ujrzymy zatem kolejne dopisywanie historii i wyciągnięcie kolejnego sekretnego ucznia o którym pewnie nawet dr Gordon nie ma pojęcia. Dwa, to samo co w "Cult of Chucky" - mnóstwo świetnych pomysłów, z wykonaniem to już gorzej. Początkowo byłem sceptyczny kiedy wspomnieli o jakiejś stronie na DeepWebie, którato strona miała być dedykowana filozofii Kramera oraz zawierać dokumentację technologiczną jego pułapek, ale po zastanowieniu się zaczynam żałować, czy naprawdę nie można było wykombinować motywu, że ktoś streamuje testy na żywo i policja namierza po kolei osoby które się tam logują i prowadzi śledztwo żeby dowiedzieć się gdzie się dzieje obecna gra? Nie można było z tej okazji przesłuchać kilka osób, które kiedyś przeżyły swój test? Nie można było chociaż wspomnieć o detektywie Hoffmanie, który okazał się następcą Kramera i który nigdy nie odpowiedział za swoje czyny bo przepadł bez śladu? Nie można było zorganizować wyścigu z czasem z lecącą sobie grą na ekranie a'la "Piła 2"? Motyw z wyznawaniem grzechów również miał wielki potencjał, ostatecznie został nieco spłycony, ale myślę, że ostatecznie jego wdrożenie wyszło bardziej na plus. Co do pułapek - jest różnie. Część z nich nawiązuje dosyć mocno do poprzednich części (próba kubłogłowych przywołuje na myśl pierwszy test fatalnej piątki z "Piły 5"), pułapka w silosie na zboże kojarzy się z niewykorzystanym pomysłem na finał wspomnianej "Piły 5" gdzie agent Strahm miał być zalewany wodą aż utonie. Nowe pułapki ogólnie sprawdzają się, chociaż u mnie w głowie został jedynie "blender" oraz laserowe kołnierze (świetny pomysł, wyglądał fenomenalnie... Dopóki nie zaczęło zalatywać "Piranią 3D"). Ogólnie było nieźle. Billy ze święcącymi oczami wyglądał lipnie w mojej opinii. Co jeszcze? Fatalne aktorstwo. Nie to, żeby seria była znana z jakichś rewelacji w tej materii, ale nawet wcześniej było to na zjadliwym poziomie. Tutaj jest po prostu źle i niewiarygodnie. Końcowy zwrot akcji... Skwitowałem w kinie beznamiętnym "aha". Generalnie jednak, jest to typowy średniak na 6/10, może w porywach do 6.5/10. Zdecydowanie nie jest to najsłabsza odsłona serii, ale można było to lepiej zrealizować. Mam nadzieję, że jednak chłopaki dadzą sobie więcej czasu i nie wypuszcza kolejnego filmu już w przyszłym roku. Ja wiem, Tobin ma już 75 lat, jednak skoro porwali się na nowe postacie i w ogóle, to chyba mogą jakoś napisać historię po swojemu. Przekonamy się w przyszłości.
  18. Choć minęło już sporo czasu odkąd ostatnim razem gwar i emocje wypełniały te sale, w przepełnionych niezwykłą mocą wojownikach wciąż tli się płomień, który wznieca pożar zaklęć, który to ostatecznie zawsze przywraca do życia pewne szczególne miejsca. Tym razem ognie magii rozgrzały do czerwoności stalowe elementy filarów podtrzymujących okazałe sklepienie areny, jednocześnie przynosząc ciepło, rozpraszając ciemności. Stal uformowana była w cieniusieńkie elementy, ciągnące się od podstaw aż do korynckich głowic filarów, tworząc wspaniałe znaki, przywołujące na myśl ozdobne ornamenty, czy też kombinacje ze starych znaków runiczych. Grube kolumny, ułożone w dwa wielkie pierścienie, okrążały centrum pomieszczenia nad którym znajdowało się jedno tylko okno. Zostało ono starannie oprawione, w porze zenitu wpadający do środka słup światła wygląda iście inspirująco. W jego świetle doskonale widać niesioną podmuchami materię - kurz, pióra, pył. No dobrze, może nie jest to idealny styl koryncki, jednakże twórcy tej areny byli zafascynowani tym stylem. Po prostu przystosowali klasyczne elementy architektury pod potrzeby areny, dodając jednocześnie wiele własnych elementów. Na przykład wyrastająca z podłogi lwia głowa, po drugiej stronie areny, poza obiema pierścieniami kolumn. Jest to dzieło pracy jednego, znakomitego rzeźbiarza. Specjalny mechanizm uwalnia ogień z jego paszczy. Stalowe znaki zagłębiają się w kolumnach, ale w rzeczywistości biegną dalej w dół, aż do miejsca w którym czar ochronny (zapobiega rozlaniu się materiału) przechodzi w specjalne zaklęcie, które zabiera ciepło i napędza mechanizm otwierający paszczę lwa, powodując również buchanie ognia wysoko ku górze. W ten sposób zwierz zieje płomieniami tylko wtedy kiedy arenę wypełnia magia. Czyja magia wypełni ją dzisiaj, zapytacie? Z nieukrywaną przyjemnością pragnę powitać Lucjana oraz Mephista! Nie jest to ich pierwszy raz pośród sal magicznych zmagać, ale z całą pewnością minęło wiele czasu odkąd ostatnim razem mieliśmy okazję podziwiać ich moc. To zwykły pojedynek, w którym obowiązują zwykłe zasady. Ponieważ sale długo stały puste, niech walka potrwa dłużej niż przewiduje zwyczajna opcja, niech nasi wspaniali zawodnicy się nie oszczędzają, niech przypomną nam o czasach świetności Sal Magicznych Pojedynków! Jesteście gotowi? Zatem niechaj rozpocznie się pojedynek!
  19. A ja na wszelki wypadek napomknę, że ostatnim razem kiedy ktoś próbował szmuglować jakieś linki, skończyło się to tak jak się skończyło. Wszystko wycieka do sieci, ale my wciąż możemy zachować się przyzwoicie. Postarajcie się powstrzymać od udostępniania linków do pozyskania treści chronionych prawem autorskim, a będzie ok Najlepiej kupić bilet do kina. Jeśli ktoś się przyczepi, powiedzcie mu, że jesteście tam służbowo.
  20. Jest kilka rzeczy do których bardzo chciałbym się odnieść, ale na początku muszę poświęcić nieco czasu na dwie sprawy. Punkt pierwszy - po ostatnim skierowanym do mnie poście Verlaxa ponownie przeczytałem wątek o "Kryształowym Oblężeniu" i pragnę przyznać, że kompletnie pomyliłem posty oraz ich autorów. Istotnie, Verlax napisał coś innego niż myślałem że napisał, skrytykował on "Oblężenie" używając innych argumentów i przytaczając inne aspekty konstrukcji świata czy podejścia autora do tematyki. Chcę aby to wybrzmiało, ponieważ przez moją pomyłkę wyniknęło poważne nieporozumienie. Dlatego też znów pragnę przeprosić za impulsywne zachowanie, ale po prostu już tyle się negatywnych opinii o "Oblężeniu" przewinęło, że najwyraźniej straciłem rachubę albo jakoś mi się to zlało w jedno i nawet nie pokwapiłem się sprawdzić czy aby na pewno Verlax pisał to co myślałem, że pisał, bo po prostu byłem święcie przekonany, że to był właśnie on, pośród wielu innych osób które poświęciły czas na krytyczną analizę wspomnianego fanfika. Nie gniewajcie się. Punkt drugi - pragnę z całego serca, zupełnie szczerze zaapelować do wszystkich zainteresowanych zarówno tą, jak i wszelkimi przyszłymi dyskusjami na tematy fanfikowe o zdrowy rozsądek oraz szacunek. Hejt na Socks Chaser jest po prostu tak przesadzony, tak przerysowany, że naprawdę człowiekowi już się robi po prostu przykro. Nie mam tutaj na myśli Verlaxa który odniósł się do jej wypowiedzi i przytoczył własne argumenty, przykłady. Mam na myśli już takie trochę rytualne minusowanie postów bez merytorycznych odpowiedzi, odniesień do konkretnych cytatów czy ogólną "pełzającą nagonkę". Odnoszę również wrażenie, że jej osoba jak i prezentowane stanowisko nie są traktowane poważnie, a powinny. Socks jest osobą wrażliwą, można się z nią nie zgadzać, jednakże zwracam uwagę, że w dzisiejszych czasach, kiedy łatwiej jest wykonać pojedynczy klik zamiast poświęcić czas na pisanie akapitów i argumentację, a także w czasach kiedy coraz mniej ludzi ma swoje zdanie a ślepo podąża czy to za celebrytami, czy masami, osoby takie jak ona są bardzo wartościowe i potrzebne. Podśmiechujki z niej wydają mi się nieuczciwe również dlatego, że, z tego co widzę, ona naprawdę ma wiedzę na temat podejmowanych zagadnień i lubi patrzeć na sprawy wielowymiarowo. To również bardzo cenne podejście. Od razu powiem, że w kwestiach historycznych czuję się żółtodziobem zarówno przy niej, jak i przy Verlaxie. Zresztą, moja pierwsza wypowiedź niewiele miała wspólnego z merytoryczną krytyką, była emocjonalna. A mimo to potem wywiązała się z tego dobra dyskusja, wymieniliśmy się argumentami, może dla przyszłych czytelników "Krwawego Słońca" nasze wypowiedzi i stanowiska okażą się interesujące i zdopingują do własnych przemyśleń. Krótko mówiąc, ze wszystkimi moimi emocjami oraz osobistymi odczuciami poczułem się uszanowany i byłoby dobrze gdyby Socks była traktowana tak samo. A teraz odnośnie "Krwawego Słońca". Jeżeli chodzi o te postacie, to zupełnie nie o to mi chodziło i szczerze mówiąc nie wiem skąd wyciągnąłeś wniosek, że chciałbym mordować więcej postaci z którymi czytelnik mógłby wcześniej się zżyć i których mógłby żałować. Może nie wyraziłem się precyzyjnie, ale zupełnie nie o to mi chodziło. Ale! Nie chciałbym teraz się o tym rozpisywać, gdyż przytoczyłeś w jednej ze swoich wypowiedzi coś dużo, dużo bardziej interesującego i co ma, w moim odczuciu, większe znaczenie w kontekście formy "Krwawego Słońca" oraz tego czym ono ostatecznie jest a czym mogłoby być. Być może będziesz zdziwiony, ale... Nic nie wiem o "Folwarku Zwierzęcym'', to dla mnie prawdziwa terra incognita. No, poza tym tekstem, że "wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze" Natomiast, "Mausa" znam. Wprawdzie minęło sporo czasu odkąd ostatnim razem miałem go w rękach, ale co nieco pamiętam. I szczerze mówiąc nie spodziewałem się go w tym wątku, jako iż jest on... Idealną ilustracją tego czym "Krwawe Słońce" spokojnie mogłoby być przy Twoim warsztacie i źródłach, a czym niestety nie jest. Albo nie jest tak do końca. Nie chcę tutaj rozstrzygać kto był gorszy, czyje zbrodnie były brutalniejsze, zło to jest zło. Przyjmijmy takie oto uproszczenie na potrzeby tejże dyskusji. Niemniej, "Maus" był właśnie bardzo, ale to bardzo oszczędny w środkach wyrazu i bardzo wielu rzeczy które mogłyby tam być ukazane po prostu nie było. Czy może raczej, były, ale genialnie ukryte, stonowane, bądź też tak przemyślane by czytelnik wiedział co się działo, miał to w głowie, ale nie przed oczami. Doskonały przykład tego, o czym pisałem wcześniej - czasem mniej to jest więcej. Pamiętam na przykład, że był tam kadr, gdzie przerażona mysz krzyczała, to w pewnym momencie podszedł do niej nazista, złapał za nogę i po prostu przywalił tą myszką o mur. Na tym kadrze widoczna była tylko czarna plama po krwi, a mysz ukazana była od pasa w dół, w następnych kadrach CHYBA ta plama została przykryta dymkiem, ale wciąż były widoczne niewielkie rozbryzgi. I to właśnie była ta znakomita powściągliwość - nie widzieliśmy zbyt wiele, ale mieliśmy pojęcie, że tam przecież jest pełno krwi, pewnie jeszcze głowa tej myszki została rozwalona, możliwe że nawet mózg wypłynął... I że to nie był odosobniony przypadek. Autor niczego nie zakłamał, a jednocześnie nakreślił bestialstwo nazistów. Pamiętam też, że w pewnych kadrach, już dużo później, ukazane były sterty martwych, wychudzonych mysz, a także kadry pokazujące ich kremację, gdzie autor skupił się na ich martwych oczach i utrwalonym na ich twarzach przerażeniu, podczas kiedy płomienie trawiły ich ciała. I znowu - zero przekłamań, powściągliwość w przekazie, czytelnik wie co się wydarzyło, ale nie odrzuca go od tytułu, bo zbrodnia została ukazana w możliwe jak najbardziej naturalistyczny sposób. Tam chyba jeszcze było pokazane wieszanie kilku myszy, to chyba najmniej brutalna ze wszystkich ukazanych tam metod egzekucji, ale znów, to nie byłby problem uczynić to brutalnym, szokującym aż do granic możliwości. Ale autor tego nie zrobił. Poza tym, "Maus" ma wiele innych wątków i aspektów, również występuje tam motyw przemiany bohatera (jak ocalały Spiegelman stał się nieufny i podejrzliwy) i właśnie w żadnym momencie nie miałem wrażenia, że przez jakieś przesadnie dokładne obrazy bestialstwa wojny czy śmierci ofiar cała reszta traci jakoś na znaczeniu czy jakości, nic nie jest zakłamane, a cała opowieść jest szokująca i przejmująca. Nawet bardzo. I właśnie o to mi chodziło - nie ugrzecznianie, nie milczenie wobec pewnych zbrodni, ale właśnie zdrowy rozsądek, powściągliwość w środkach wyrazu czy formie, chociażby po to by nie stracić wrażenia szoku tak prędko i nie sprawić, że czytelnik ma ochotę by ten tekst jak najszybciej się skończył. A kiedy to następuje, to w głowie zostają tylko te przesadnie gorowate obrazy i cała reszta ulatuje. Jasne, "Maus" to powieść graficzna, a "Krwawe Słońce" to słowo pisane, ale nie wierzę, że Ty nie dałbyś rady odnaleźć złotego środka w tej formie. Ale wiem, wiem. Odpowiadając Socks przywołałeś "Mausa" nie w kontekście gore czy formy przekazywanych wydarzeń, ale w kontekście alegoryczności "Krwawego Słońca". I przyznam szczerze, że na tym polu również "Maus" wypada lepiej, a dlaczego. Otóż "Maus" jest taką... No, prawdziwą alegorią. Mam na myśli to, że poszczególne postacie (narodowości) zostały ukazane jako zwierzęta, jako różne zwierzęta i takie a nie inne ich przedstawienie wiązało się z symboliką i generalnie było tam drugie dno. Eksterminowani Żydzi zostali przedstawieni jako myszy, a Niemcy jako koty - koty polują na myszy i w tym sensie Niemcy zostali ukazani jako myśliwi, drapieżnicy, a myszy jako ich ofiara, która w bezpośrednim starciu nie ma szans się obronić i tak zostanie pożarta. Francuzi chyba zostali ukazani jako żaby, Brytyjczycy jako ryby, co też ma jakieś głębsze znaczenie, niejednokrotnie spotkałem się opinią, jako w przypadku Brytyjczyków było to nawiązanie do powiedzenia "ryby głosu nie mają", albo że nawiązuje to do tego, że Wielka Brytania nie zabrała głosu w kluczowych momentach, nie zrobiła nic by powstrzymać Niemców, w ogóle, spora część Europy stała z boku kiedy działy się straszne rzeczy i zaczęła działać relatywnie późno, kiedy już pewnych rzeczy nie dało się cofnąć. W ogóle, w sieci można się natknąć na inne, bardziej precyzyjne czy lepiej ugruntowane interpretacje. W "Krwawym Słońcu" czegoś takiego po prostu nie ma. Zgoda, może drugiego dna, jako takiego, nie miało być w ogóle, ale tam ludzie zostali po prostu zastąpieni kucykami. I teraz - w "Mausie" mamy prawdziwe zwierzęta, a kotom naprawdę zdarza się polować na myszy. Różne gatunki miały budzić określone skojarzenia w stosunku do danych narodowości. W "Krwawym Słońcu" magiczne kucyki nie wzięły się z realnego świata, są to istoty fantastyczne, pochodzące z serialu animowanego dla dzieci, bardzo cukierkowego. I w sumie, obawiam się, że za taką oto wymianą nie idzie nic więcej i stąd też "Krwawe Słońce" nie jest stricte alegorią, ale właśnie ponyfikacją. W mojej opinii to nie jest to samo. Zresztą, już sam serial w swojej "surowej" formie był oparty o personifikację, kucyki czerpały mnóstwo rzeczy ze świata ludzkiego (zachowania, cechy charakteru), zachowywały się i postępowały jak ludzie, toteż wzięcie ich do fanfika i użycie do czegoś co ma być alegorią, jest w mojej opinii działaniem nieco chybionym i w związku z tym nie przedstawiałbym "Krwawego Słońca" jako alegorię, ale jako ponyfikację. No, może gdyby różne narodowości były reprezentowane jako różne znane z serialu gatunki i miało to jakieś powiązania z tym jak wyglądały relacje między nimi w serialu, wówczas to by się lepiej zazębiało, a na pewno jakkolwiek kwalifikowało na alegorię. Zresztą, "Maus" już trochę lat ma, nie wiem za bardzo z jakim odbiorem się spotkało w latach swej premiery i pierwszych tłumaczeń, ale na intuicję wydaje mi się, że byli tacy, którzy jako ocaleli, poszkodowani przez nazistów, poszkodowani przez Niemców, mogli poczuć się urażeni, że ich historia została przedstawiona w alegorycznej formie i że zrobiono z nich myszy. Może nawet czuli się obrażeni? Rzeź Nankińska to inna zbrodnia, inny wymiar bestialstwa, ale wciąż wydaje mi się, że gdyby okoliczności były inne i wśród odbiorców byli tacy co te czasy pamiętają, myślę, że taka ponyfikacja spotkałaby się z dużo bardziej podzielonymi opiniami, może nawet opiniami skrajnymi. Jakiś czas temu dorzuciłem swoje pięć groszy w statusie Lyokoherosa, który twierdził, że serial byłby jeszcze lepszy, gdyby wprost był o chrześcijaństwie i zawierałby sceny, w których kucyki chodziły na mszę, modliły się, takie tam. No właśnie nie. MIĘDZY INNYMI, wyobrażam sobie, że osoby wierzące mogłyby się poczuć urażone tym, że ich sfera sacrum zostaje sponyfikowana, że nagle kolorowe, cukierkowe postacie wykonują pewne obrzędy czy wypowiadają słowa zarezerwowane dla prawdziwych duchownych, to po prostu kompletnie nie ta atmosfera, nie ten nastrój. Tak jak pomysł by w programie rozrywkowym "Jaka to Melodia?" pojawiły się pieśni patriotyczne. Dwa kompletnie różne światy, różne nastroje. Podobnie uważam, że ponyfikacja pewnych ludzkich zbrodni czy aktów bestialstwa to cholernie ryzykowna operacja. Forma to również delikatna sprawa. I generalnie, w mojej opinii, lepiej jest zachowywać powściągliwość czy nie epatować przemocą i gorem, bo to naprawdę może zrobić każdy i to jest taka pierwsza z brzegu, najbanalniejsza metoda próby ukazania wojennych realiów. I nawet jeżeli cel jest sam w sobie ambitny, ostatecznie sprowadza się to do coraz liczniejszych, coraz bardziej dokładnych opisów czynów zbrodniczych w nadziei, że jednak się uda. A coś takiego co zaprezentował właśnie autor "Mausa" to nie każdy potrafi zrobić. I w swoim przekazie, pomimo braku wielu środków wyrazu, uważam, że tytuł ten jest potężniejszy. Na zakończenie dodam, że chcę zrobić sobie przerwę. To znaczy, nadal będę działał w materii fanfików, ale także feedbacku i za jakiś czas zamierzam powrócić do "Krwawego Słońca" i zbadać je dokładniej, co może zaowocować nowymi postami. Póki co, myślę, że jeśli komuś takie klimaty i taka forma odpowiadają, to "Krwawe Słońce" jest lepszą pozycją niż "Kryształowe Oblężenie". Poza tym, jest krótsze i fabuła jest bardziej... Konkretna. Nie mam nic do tego jeśli komuś się taki finał podoba, różni ludzie mają do tego prawo, aczkolwiek... No wiecie, nie czuję się komfortowo widząc "O to chodziło!" w odniesieniu do tego kawałka. Wydarzyła się straszna, potworna masakra i zbrodnia. Minęło sporo czasu. Wyciągnijmy wreszcie jakieś wnioski na przyszłość. Dużo jeszcze uwagi będziemy poświęcać przemocy i bestialstwu? Pozdrawiam! AKTUALIZACJA: Odnośnie alegoryczności, zapomniałem nadmienić, że w "Mausie" jeden z rozdziałów (już nie pamiętam który) był opatrzony obrazkiem na którym była pułapka na myszy. To również miało wielkie znaczenie symboliczne.
  21. @Król Etirenus Napisałem o tym troszeczkę powyżej Generalnie, do wykonania mapy posłużyłem się narzędziem zwanym Inkarnate. Jest to darmowe narzędzie dostępne z poziomu przeglądarki. Link zapodałem wyżej, Inkarnate jest jeszcze w fazie rozwoju, według zamieszczonych informacji na stronie projektu, znajduje się w fazie beta. Oferuje pewną pulę obiektów, ale można zaimportować do 10 własnych, co uczyniłem. Po wyeksportowaniu mapy podziałałem trochę w Gimpie żeby dodać kilka rzeczy, zmienić balans kolorów, takie tam. Ogólnie, polecam Inkarnate, choć wiele jest jeszcze do zrobienia. Nie zaobserwowałem żadnych błędów, tylko braki w funkcjach i dosyć średnią wydajność, jest pole do pewnych uproszczeń. Ale ogólnie, można za jego pomocą stworzyć sobie mapkę fantasy, bez większych problemów. Nauka operowania w Inkarnate to jakieś 5-10 minut, naprawdę
  22. Mamy wrzesień, a skoro wrzesień, to najwyższa pora na większą aktualizację Nowe opowiadanie, "Ołowiany Gleipnir", jest nie tylko dwuczęściowe, ale także wypełnia całkowicie lukę, jaka powstała w wyniku uczynienia z tej historii serii i napisania pierwszego chronologicznie tytułu – "O szyby deszcz dzwoni". "Ołowiany Gleipnir", jako ostatnia z historii potrzebnych do wypełnienia dziury w chronologii, jest po prostu kolejnym kawałkiem życia z pewnymi elementami przemocy (od czasu do czasu ktoś się będzie lać, bo przecież można sobie pozwolić na odrobinę "akcji"), aczkolwiek atmosfera opowiadania ma bardziej zabarwienie romansowe. Ale spokojnie – dołożyłem wszelkich starań by tym razem opisać znane motywy inaczej, a także dodać od siebie coś nowego. Nah, tylko żartuję! Szkolny romansik, oczywiście, że ma popełnione wszystkie klisze jakie tylko można sobie wyobrazić.EXE A czy wspominałem już, że byłem stażystą w Hasbro i że "Cupcakes" to prawdziwy odcinek? A odkładając żarty na bok, historyjka ukazuje jak Gleipnir spiknął się z Wise Glance, no i ogólnie od czego się zajęła ich znajomość. Jasne, jest jak inne historie tego typu, ale gdzieniegdzie próbowałem coś tam pozmieniać, byle tylko nie przesłodzić. I to w zasadzie tyle. Wszystkie elementy układanki są na swoim miejscu, toteż mogę z zadowoleniem ogłosić, że od teraz fabuła zacznie w końcu iść naprzód – a więc wszystko kolejne co nadejdzie, będzie się dziać po "Spełnieniu życzeń". Seria ruszy do przodu. A ja będę układać większą układankę I to jest dobry moment, by powiedzieć Wam o materiałach dodatkowych, które przewidziałem na tę okazję. W pierwszej kolejności pragnę zaprezentować tabelkę z nieco dokładniej opisaną chronologią opowiadań. Opowiadania w pierwszym poście i tak są już ułożone w porządku chronologicznym, więc zupełnie nie musicie patrzeć do tabeli by się połapać co jest po czym. Ale jeśli zdecydujecie się zerknąć, zobaczycie kiedy rozgrywają się dane wydarzenia, a także które opowiadania zrzucają się na dany arc, no i jaki sobie wymyśliłem motyw na podsumowanie każdego z nich Ja wiem, że normalnie to wygląda inaczej, ale to poplątanie/ przeplatanie arców wynika z tego, że w ogóle nie planowałem serii, było tylko jedno opowiadanie, "Spełnienie życzeń". Potem napisałem resztę, ale bez jakiejś konkretniejszej wizji jak to ma być zorganizowane, po prostu chciałem serię, to pisałem serię. A potem znowu zmieniłem zdanie. W każdym razie, pierwszą sagą w "Kresach" jest saga rodziny Crusto i jak możecie zobaczyć, za całkiem niedługo dobiegnie ona końca, co da początek kolejnej. Jeżeli będzie mi sprzyjać szczęście, to zdążę co nieco opublikować jeszcze w tym roku. Generalnie, najbardziej wewnętrznie spójnymi arcami są "Najemnicy" i "Dodge City". Reszta jest trochę... Posklejana. Ogólnie chodzi o to, że mamy arc "Nowy świt", w którym poszczególne postacie wyruszają w drogę i trafiają do jakiegoś punktu, potem mamy "Najemników", gdzie śledzimy żywot Fenrira jako najemnika/ łowcy, potem "Osuwisko" przenosi część postaci do nowych etapów życia i otwiera im oczy na różne rzeczy, co ostatecznie prowadzi do "Dodge City", gdzie te postacie się spotykają. Coś się kończy, a coś zaczyna. Proste na papierze, powykręcane w tabeli. Ale tak to już jest. Kolejne kawałki będą już lepiej rozplanowane, obiecuję Się rozpisałem się, a tu kolejne rzeczy czekają na pokazanie. Na przykład jak wygląda całe to cholerne południe i skąd się wzięły się te postacie co się nazywają się jak postacie i rzeczy z mitologii nordyckiej Oto przez Wami mapa południa, która tak przy okazji... Zdradza co nieco czego się można spodziewać po kolejnej sadze Jak pewnie zdążyliście się zorientować, mapa ta nie jest tak do końca moim tworem. Do jej wykonania posłużyłem się narzędziem o dźwięcznej nazwie Inkarnate. To rozwijające się, darmowe (póki co) narzędzie do tworzenia map, oferujące pewną pulę obiektów podstawowych, jak również pewną ilość niestandardowych, do zaimportowania. Pobawiłem się troszkę w Gimpie, by poprawić wygląd mapki tu i tam, ale bez drastycznych zmian. Inkarnate mogę ogółem polecić, choć nie jest to narzędzie aż tak funkcjonalne i, moim zdaniem, potrzeba mu jeszcze kilku funkcji. Sprawdźcie sami W porządku i rzecz ostatnia, czyli... Wizerunki postaci! Tak jest, dzięki wsparciu wspaniałych ludzi głównie @Socks Chaser oraz @Cluvra, w końcu zdecydowałem się zagościć na DeviantArcie, co posłuży mi na platformę do dzielenia się pracami graficznymi, w tym obrazkami z postaciami oraz ilustracjami (mam nadzieję) ale i innymi rzeczami. Znajdziecie to tutaj - ShinHoffman Póki co, macie tam obrazki ze znanymi już postaciami, ale także wcześniej nie pokazywanych nigdzie rodzicieli głównych postaci! No, jeszcze nie wszystkich, ale cierpliwości. Materiały graficzne będą sukcesywnie udostępniane. Wszystko o czym teraz napisałem już znajduje się w pierwszym poście. Zapraszam gorąco. Jak widać, "Kresy" nabierają tempa i rozmachu, ale to nie znaczy, że zapomniałem o innych rzeczach, czy o Was. Fanfik z Trixie niebawem będzie zakończony, ale przed publikacją przejdzie on serie badań. W międzyczasie postaram się o jakiś feedback. Dawno nie komentowałem/ nie recenzowałem fanfików i chciałbym jeszcze w tym roku co nieco poczytać. Pozdrawiam!
  23. A ja po raz kolejny powiem, że wszelakie epitety, tudzież wycieczki osobiste zawarte w moim pierwszym poście wynikały z emocji i nie miały na celu urażenia kogokolwiek, a już na pewno nie autora oraz jego czytelników, którzy się ze mną nie zgadzają. Rzadko mi się to zdarza, ale jednak. Nie będę jednak posta edytować i udawać, że nigdy nic takiego nie napisałem i nigdy się nie uniosłem, bo to dopiero byłoby asekuranckie. Z tego stanowiska mogę zaapelować po prostu o dystans oraz wyrazić przeprosiny, jeżeli ktokolwiek chowa choćby minimum urazy. Natomiast, podtrzymuję kontrowersyjne porównanie do "Cupcakes" oraz "Sweet Apple Massacre", jednakże zaznaczam - tylko w kontekście metody przekazywania, formy opisywania wydarzeń zawartych w rozdziale XIV, a nie "Krwawego Słońca" jako całości. Może z grubsza przesadziłem sprowadzając całość do poziomu KO, niemniej nie będę tutaj wycofywał się ze swojego stwierdzenie w całości, ale uściślę - rozdział XIV jest tym, przy którym miałem retrospekcje i który w pełni minął się z moimi oczekiwaniami oraz nadziejami na to opowiadania, jako opowiadanie drugowojenne. Wcześniej historia radziła sobie doskonale, było to właśnie to, co chciałem otrzymać po przerwanej i niesatysfakcjonującej lekturze KO. To właśnie ten najnowszy na dzień dzisiejszy rozdział popsuł moje wrażenie i skutecznie zniechęcił, wręcz rozczarował. I nie chce tutaj roztrząsać kwestii, że nagle sobie przeskok zrobiłem i pominąłem wszystko co było między III rozdziałem (plus sprawdzane wyrywkowo scenki z późniejszych kawałków ZANIM postanowiłem to przeczytać od początku) a XVI, bo tutaj nie zamierzam się spierać, że tak się nie robi. Niemniej, muszę mieć na uwadze swoje zdrowie oraz samopoczucie, dlatego też, w pewnym sensie, ostrzeżenie jakie otrzymałem ocaliło mnie od jeszcze większej frustracji, jeszcze większego rozczarowania, czasu uznanego za stracony, nie muszę się też obawiać, że ogarnie mnie poczucie beznadziejności, czy "dół". I jeszcze - w dalszym ciągu ubolewam nad tym, że tak wiele poprzednich Twoich fanfików zostało porzuconych, a ten dostał wsparcie które zaowocowało w finale tak bezwzględną, tak szczegółowo opisaną brutalnością, którą odczuwam mocny przesyt. Po prostu zostało tego zawarte w takich ilościach, w takim natężeniu, że w połączeniu z obraną metodą opisywania wydarzeń mnie, jako czytelnikowi, zrobiło się zwyczajnie przykro, która to przykrość czasem przeszła we wściekłość i myśl, że: "Tyle pisania, tyle czasu, żeby na końcu dostać to?!". I zaznaczę po raz kolejny, że wcale nie chodzi mi o to by wywalić z opowiadania wszystkie elementy gore, ale tylko o ich formę, ilość i natężenie. Zmierzam do tego, że kiedy fanfik jest dobry, kiedy mnie się podoba i kiedy czuję, że czas poświęcony na lekturę nie jest czasem straconym, wówczas nie chcę by on się skończył. I jeżeli chodzi o to co zdołałem przeczytać przed rozdziałem XIV, tak właśnie było. To ten ostatni rozdział stanowi całkowitą tego odwrotność - było tam tak tego wiele, że po uczuciu przykrości zacząłem się denerwować, a potem chciałem, żeby on się po prostu skończył. A potem wpadła część druga i generalnie była to powtórka, tyle że moja pozycja startowa już obfitowała w emocje negatywne, niechęć, zawód oraz wszystko to, czego mam na każdym razem nadzieję uniknąć. Wiesz, to nie jest tak, że widzisz jakiś naiwny fanfik, który prędzej mógłby się ukazać w 2012 roku, czy niesformatowany tekst i zabawne błędy, ale kiedy widzisz rzeczy, które nie mogły być błędem i które ktoś musiał specjalnie tak napisać, a ty potrafisz wyjść z kilkoma innymi koncepcjami jak mogło to zostać napisane i nie możesz pozbyć się wrażenia, że w tego wszystkiego ten ktoś wybrał rozwiązania absolutnie najgorsze. I ja powtórzę raz jeszcze - tu nie chodzi o to, żebyś coś pomijał, czy przekłamywał, na ile oczywiście możemy mówić o autentyczności historycznej w przypadku opowiadania z kolorowymi kucykami oraz powadze takiego tworu jako powieści opartej na historii WWII, ale o bardziej strawną, inaczej przemyślaną formę, która nie odstraszy, nie obrzydzi, a zszokuje, przerazi, zostanie w głowie. Chciałbym też wspomnieć, że osoby zaglądające tutaj nie mają obowiązku ani znać doskonale historii, ani orientować się perfecto co do wszystkich Twoich inspiracji oraz zamierzeń. Ja oczywiście jakąś tam wiedzę mam, a teraz, po Twoich postach, również tą o dziełach z których czerpałeś, ale potrafię sobie wyobrazić osobę, która nie interesuje się historią WWII w ogóle, nie czytała "Jądra Ciemności", czy też nie ma szczególnego pojęcia na temat różnych motywów literackich, a która wpadła tutaj coś przeczytać. No i wiesz, nie można jej za to winić. Ja też bardzo często wplatam w swoje teksty jakieś wstawki czy nawiązania, nierzadko zrozumiałe tylko dla mnie i nie zamierzam winić kogoś, że po przeczytaniu tego tekstu nie ma pojęcia o co chodziło w jakimś konkretnym fragmencie, po co to tam było i co ja napisałem. Ale obserwuję, że wiele z nich jakoś przemyka niezauważona, ale te które zostaną już namierzone, one spotykają się właśnie z taką reakcją. Ale to nic złego. A chodzi mi o to, że może być osoba, która nie ma pojęcia o II wojnie światowej, a np. bardzo drażliwą dla niej kwestią są gwałty. I o ile będzie w stanie przełknąć postać, co do której mamy jedynie poszlaki, że kiedyś coś takiego ją spotkało, bądź też przełknąć fragmenty opisujące ten czyn, to jednak jestem pewien, że w rozdziale XIV jest tego po prostu zbyt wiele i to w zbyt szczegółowej formie aby przez taką osobę zostało coś takiego zaakceptowane. I bardzo możliwe jest, że nawet mając za sobą cały tekst, ten jeden rozdział końcowy znacząco wpłynie na ostatecznie wrażenie i sprawi, że ta osoba po prostu już nigdy nie będzie chciała przeczytać niczego od Ciebie - bo to było na końcu i wspomnienia w tego fragmentu są najżywsze, aż przyćmiewają wszystko to, co było przedtem. Mogą być też osoby dla których macierzyństwo, przemoc wobec nieletnich, bezbronnych to są szalenie drażliwe kwestie, one mogą po tym rozdziale zareagować bardzo podobnie. Nawet gdyby mogły przeboleć to, że jakiejś matce rozpruwa się brzuch, miażdży nienarodzone dziecko, a zmasakrowane zwłoki się gwałci, to jednak tego jest tak wiele w tym rozdziale, opisane to jest w taki sposób, że właśnie tego szoku nie ma, ale czytelnik czuje się wręcz bombardowany tym z każdej strony bez chwili wytchnienia, co się włączy z tym co napisałem wcześniej - chce aby ten rozdział zakończył się jak najszybciej, ma tego dość. I jeżeli widzi, że czeka go jeszcze drugie tyle, to może równie dobrze zamknąć kartę i podziękować. A te rzeczy są właśnie na końcu całego opowiadania i one bardzo wpływają na ostateczne wrażenie. I jeśli wszelkie granice zostaną przekroczone, to ten czytelnik nie będzie już pamiętał o intrygach, polityce, czy strategii, ale właśnie o tym, że bili, gwałcili, rozpruwali, bezcześcili, miażdżyli i po prostu kiedy ostatnim razem sięgał do "Krwawego Słońca" to chciał, aby ono się jak najszybciej skończyło. Może teraz kilka cytatów, aby konwersacja jakoś zyskała na spójności... No właśnie nie do końca. Mnie cały czas chodzi o to, że ja te wszystkie życzenia miałem spełnione, kiedy zaczytałem: fanfik był dobry, był ciekawy, napisany poprawnie. I byłem w pełni świadomy, że ma on również elementy brutalności, gore, ale po tym co już przeczytałem, wliczając w to również Twoje poprzednie fanfiki, mając w pamięci, że przecież krytykowałeś KO, a więc w Twoim opowiadaniu nie powinno być rzeczy które Ciebie tam wpieniały i wpieniały przy okazji innych czytelników (w tym mnie), po tym wszystkim byłem pewien, że kto jak kto, ale Ty będziesz znakomicie czuć granice słowa pisanego, pewien umiar i rozsądek w formie przekazu, więc opowiadanie nie będzie w żadnym momencie taką trupią zupą, tylko jak wiele by tego zła i brutalności nie narastało z czasem, to jednak zawsze będzie to utrzymywane w jakichś ryzach, by nagle nie stało się tak, że to te gorowate elementy wszystko przykryją. I ja w dalszym ciągu podtrzymuję, że w taki sposób o zbrodniach wojennych, wyłącznie poprzez hurtowe ilości krwi, flaków i okropieństw, to może pisać każdy. Ale Ciebie uważałem (i w sumie nadal uważam) za pisarza naprawdę dobrego, mającego warsztat i wiedzę oraz takie wewnętrzne poczucie o czym można pisać i jak, a kiedy po prostu coś staje się przesadzone, odpychające. I tym bardziej czuję rozczarowanie tym ostatnim kawałkiem, ale przynajmniej z Tobą da się o tym porozmawiać i nie wygląda to tak, że każde absolutnie opowiadanie opierasz na tak odrażającej, obscenicznej przemocy, toteż niech będzie wiadomo, że ja nikogo tutaj nie skreślam. Wspominam o tym na wszelki wypadek. Chodzi mi o takie wrażenie, że: "Jak to możliwe, żeby istniała kiepska gra z Zeldą?" albo: "Jak to, Adam Marcus napisał dobry scenariusz?". Mroczny klimat bynajmniej nie idzie w parze z brutalnością i gore (po prostu może być mroczka historia bez przemocy lub z przemocą znikomą), a wbrew pozorom, pomimo pewnej zmiany w moim wyczuciu, nadal mam dosyć szerokie pole tolerancji wobec aspektów krwawych, brutalnych. Wszystko jednak ma pewne granice i jeżeli porwałeś się na opisywanie takiej oto zbrodni, to właśnie prędzej spodziewałbym się większego stonowania, gry słów, fragmentów, które na pierwszy rzut oka nie wydają się aż tak straszne, ale po chwili dopiero okazuje się jaką przerażającą prawdę przekazują, rozmaite przemieszanie tych scen z niegroźnymi fillerami by dać czytelnikowi chwilę oddechu (chociaż te fillery występują, tylko nie do końca spełniają to zadanie) wszystkich takich zabiegów, dzięki którym w tekście nic nie zostałoby przemilczane, nic nie byłoby przekłamane, ale jednocześnie by ten tekst był inny od reszty, wyjątkowy. I teraz - bardzo możliwe, że za tym również stoi fakt, że zrobiłem ten mój przeskok, ale w tym ostatnim rozdziale właśnie nie czuć emocji. Rzeczy po prostu się dzieją, i chociaż mamy punkt widzenia obserwatorów oraz oprawców, nie ma prawie w ogóle punktu widzenia ofiar, a przynajmniej w takim sensie, w jakim to sobie wyobrażam. Narracja jest trzecioosobowa, więc wiadomo, że nie mogłeś nagle przeskoczyć do jednoosobówki i opisywać bestialstwo z perspektywy jednej z bezimiennych ofiar... Ale mamy np. Rainbow Dash, która jest jedną z głównych postaci, jest obserwatorką, ofiarą, występuje zatem w kilku tych rolach i przyznam szczerze, że gdyby takich postaci było więcej - kucyków które znamy z serialu, bądź postaci oryginalnych, które poznaliśmy przez całe opowiadanie, jakoś się z nimi zżyliśmy, gdyby na końcu opisywane było po kolei jak one giną w tak niewyobrażalnych mękach i w tak niegodziwy sposób, myślę, że ja tym bardziej bym się załamał i pożałował, że przeszedłem z nimi całą drogę po to by żadnej z nich się nie udało. Żadnej. Nie chodzi mi o to, że wszystkie mają z tego wyjść cało z perfekcyjnym zdrowiem, ale to naprawdę nie jest przyjemne czytać o tym jak każda postać ginie w tak strasznych okolicznościach, tym bardziej, że wokół mamy jeszcze tyle bezimiennych ofiar, że w zasadzie ich imiona czy rola nie robią różnicy. ALBO te emocje gdzieś tam są, ale ja nie mogę ich wychwycić, bo one również są przyćmiewane przez opisy czynów i całą te oprawę graficzną. Myślę, że tego powinieneś być świadom - jak jest najczęściej kształtowana świadomość ludzka; chwil przyjemnych, sukcesów nie chcemy pamiętać albo pamiętamy je krótko, a te najgorsze rzeczy, porażki tkwią w pamięci i ciągle są przywoływane. Tutaj mógł zadziałać taki czynnik - łatwiej w pamięci zapadają czyny haniebne, przemoc, brutalność i pozostawiają po sobie o wiele, wiele gorsze wspomnienia i wrażenie, na tyle by skutecznie wyrzucić z głowy czytelnika wszystko inne. No i wydaje mi się, że pisząc ten rozdział tak a nie inaczej, trochę w tę pułapkę wpadłeś. Nieco później wspomniałeś o dziennikach, że tam właśnie nie czuć było emocji, tylko była to sucha relacja z wydarzeń. No właśnie "relacja" lepiej pasuje do tego czym jest rozdział XIV. Oczywiście nie dosłownie, bo przecież jest to jakaś konsekwencja poprzednich zdarzeń, część fabuły, jest narracja, opisy, jednakże to relacjonowanie wydaje się przykryć wszystko inne i w efekcie trzeba się przekopywać przez te flaki, krew, zmiażdżone płody, a to naprawdę nie jest ani przyjemne, ani tym co chciałbym wynieść z opowiadania. Tak więc, nie jest to relacja sucha, wysuszona aż zęby bolą od czytania, ale to nadal jakaś relacja. Zresztą, zastanawiam się, czy jeżeli, w myśl tego co pisałeś wcześniej, nie było tam godności, to czy były tam jakieś emocje? Czy może prędzej instynkty, prymitywne żądze zabijania, mordowania, po prostu samo zło? Bo jeżeli nie było godności, nie było emocji do opisywania, wówczas tym bardziej zostaje samo bestialstwo i obrzydliwości, a więc czy pisać tyle o tym samym w jednym rozdziale było właśnie taką przesadą? Phew. Zdaje się, że to by było wszystko czym chciałem się podzielić dzisiaj. Powtarzam raz jeszcze, że ja nie chcę nikomu niczego bronić i nikogo nie osądzam jeśli się ze mną nie zgadza odnośnie tegoż opowiadania. Może faktycznie przy moim obecnym stanie zdrowia zabieranie się za to w ogóle było nierozsądne. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a jeśli można przy tym nieco podyskutować... Pozdrawiam i życzę miłego popołudnia.
  24. Pamiętacie co pisałem o tym, że już nie będę tu odpowiadał? No to zapomnijcie o tym. Zapomniałem jednej istotnej rzeczy o Verlaxie – on nie udaje, że głosy sceptyczne nie istnieją. I chociażby dlatego warto nagiąć ramy mojego poprzedniego postanowienia. Ogółem, to jest prawda, że mój ton wypowiedzi był emocjonalny i zaczepki mogłem sobie darować. Jeżeli ktokolwiek z Was poczuł się urażony to oczywiście jest mi przykro i za to przepraszam, jednak były to rzeczy które po prostu musiałem z siebie wyrzucić. Ciążyły mi i nie było innego sposobu, żebym poczuł się wolny. Mogłem też przeczytać całość i jednak próbować nie myśleć o tym zakończeniu. Mogłem, mogłem, teraz to już po ptakach. To zakończenie po prostu nie jest dla mnie i niestety zrzutowało na wszystko co je poprzedziło. Minęło trochę czasu i w sumie cieszę się, że postąpiłem tak, a nie inaczej. Zapowiem tu taką jedną rzecz, możesz ją zignorować, albo i nie, ale ogółem w pewnym miejscu za jakiś czas napiszę coś o sobie i generalnie powinno to rzucić nieco światła dlaczego od ponad roku zachowuję się tak jak się zachowuję. Nie jest to żadne usprawiedliwienie, ale wiesz... "Historia developmentu" nie jest aż tak ważna, możesz ją wziąć pod uwagę, ale nie musisz. Chodzi o to, że moje źródło wie ogólnie co się ze mną dzieje, z czym mam kłopot i po prostu ostrzegło mnie zawczasu, bo wiedziało, że jeżeli przeczytam całość i na samym końcu wpadnie to zwieńczenie, wówczas dostanę po prostu szału i może mi się znowu pogorszyć i jestem za to ostrzeżenie szczerze wdzięczny. I rzeczywiście, nawet nie mając za sobą wszystkiego co poprzedziło rozdział XIV, zapoznając się z nim miałem poczułem się tak jakby ktoś mi właśnie pokazał środkowy palec i jeszcze napluł na twarz. To na co czekałem, to opowiadanie ponyfikujące w jakimś stopniu wojnę światową, ale nie zbędnie przeciągnięte, nieprzeintelektualizowane, ale również nie napisane w absolutnie gorowatym, bestialskim stylu, łamiące wszelkie granice, a podejmujące za to aspekty polityczne, strategiczne, może nawet ideologiczne. Nie mam cienia wątpliwości, że te dwie pierwsze rzeczy są zrealizowane w ramach całości, te ostatnie chyba też. Natomiast, po miłym zaskoczeniu, przekonaniu się do treści i rozpoczęciu lektury wszystko wskazywało na to, że wreszcie będzie to coś innego: elementy gore będą zachowane, ale z rozsądkiem, dzięki umiejętnie pisanym opisom będziemy wiedzieć co się tam dzieje, ale w żadnym momencie nie skrzywimy się od opisów tych aktów. Będziemy za to mieli świadomość i skalę rozgrywającego się zła, i tego że ono wygrywa. Ja nigdzie nie napisałem, że spodziewałem się tryumfu dobra, czy ugrzecznienia czegokolwiek, nie. Chodzi tutaj nie o zawartość merytoryczną, ale formę i przekaz graficzny i odnoszę wrażenie, że gdzieś musiała się zatrzeć ta granica i poniekąd stałeś się, jak to się mówi, ofiarą własnego sukcesu tudzież postawionego sobie celu. Otóż naprawdę nie potrzebne są aż takie przesadzone (mój główny zarzut to absolutna przesada, przesyt) opisy, traktujące o absolutnie każdym świństwie, czy obrzydliwości by zachować zgodność z faktami historycznymi, czy pełnię zamierzonego przekazu. Nie chodziło mi o to abyś ugrzecznił czy zatajał cokolwiek w sensie merytorycznym, ale po prostu graficznym. Nie bez powodu np. Kiedy robi się reportaż czy interwencję, ofiary tylko ogólnie opowiadają co się im przytrafiło, bardzo często mają zasłonięte twarze. Przy rekonstrukcjach oraz opisach czynu zachowuje się wielką powściągliwość, bo generalnie kiedy ludzie słyszą o tym, że ofiara została pobita, porwana, zgwałcona, a gwałciciel jej jeszcze gałki oczne kciukami wcisnął bo tak, to wiedzą o co chodzi i nie trzeba im wynajmować aktorów i wywalać kasy na efekty specjalne na wypadek gdyby nie zrozumieli. Są również powody, dla których także przy produkcjach historycznych czy krążących wokół wydarzeń historycznych a niekoniecznie w stu procentach zgodnych z rzeczywistością powinno się uważać z efektami, czy aktami, chociażby po to by zostać potraktowanym poważnie. U podstaw, schemat działania jest bardzo podobny. A zmierzam do tego, że w sensie oddania okrucieństwa tamtych wydarzeń postawiłeś sobie ambitny cel, nie ma co do tego wątpliwości, lecz zapomniałeś o jednym. Mianowicie, ja się obracam wśród kłamstewek, jakichś fałszywych wizji, jasne, ale ty przecież też w jakimś sensie obracasz się pośród realiów dla Ciebie abstrakcyjnych i niepojętych. Z tego prostego powodu, że... Nie było tam Ciebie. Nie żyłeś w tamtych czasach, nie doświadczyłeś tego, nie wiesz tak naprawdę jak to wyglądało. Pojęcie masz o teorii, ale to działania praktyczne zmieniają człowieka i sprawiają, że nasiąka pewnymi nawykami, zmienia się jego wrażliwość i podejście, empirycznie doświadcza zła. Tylko nie czuj się tu urażony, ale ilu książek byś nie przeczytał, ilu świadectw nie wysłuchał czy ilu zdjęć nie obejrzał, nigdy nie oddasz 1:1 tego co się tam stało. Jedyne co możesz robić, to właśnie powielać, powiększać i opisywać jeszcze dokładniej rozmaite okrutne sceny i tortury w nadziei, że jednak zbliżysz się do postawionego sobie celu, ale w praktyce skutek będzie taki, że pozostanie rozczarowanie, niesmak, no i bardzo wielu po prostu nie potraktuje tego poważnie. To jest, na ile możemy mówić o powadze w przypadku opowiadania o kucykach, które... "Odgrywają" pewne wydarzenia historyczne. I też nie chodzi mi o to, że "ej, jak chcesz pisać o wojsku, wojnie to weź najpierw idź do wojska, powalcz sobie gdzieś, pozabijaj", nie. Nie chodzi mi tutaj o pogląd, że o romansach powinni pisać ludzie którzy non stop flirtują i spędzają rozrywkowe noce, czy że o rzeczach smutnych, trudnych powinni pisać ci, którzy tego doświadczyli. Te rzeczy, to jednak jest codzienność, a o codzienności pisze się inaczej, bo można jej łatwo doświadczyć obserwując otoczenie, czy udając się do pewnych środowisk, pracując z tymi ludźmi. Natomiast wojna, jest to sytuacja kryzysowa, tragiczna, której się nie doświadcza tak, jak doświadcza się zwykłej, różnorodnej codzienności. Nie można sobie z kaprysu wejść do okopu bo mi się tak podoba, postrzelać, powyhylać się, pobyć z tymi ludźmi, pogadać, bo to kompletnie inna rzeczywistość. I wreszcie, czekałem aż ktoś napisze opowiadanie, będzie miał wiedzę i podstawy by jakoś się odnaleźć pośród tamtej technologii, ale jednocześnie będzie pamiętał, że jest to opowiadanie z kucykami i nie bedzie czegoś takiego, że "no, poczytałem, opowiadam po prostu prawdę", tylko po prostu tak to napisze, że w żadnym momencie nie będzie wrażenia, że to po prostu bezmyślna siekanka i rozczarowania, że wszystkie te świetnie rozpisane elementy polityczne, strategiczne zmierzały do tego, że na końcu dzieci będą wypruwane z brzuchów i miażdżone. Jeszcze inaczej: rozumiałbym, gdyby na podstawie różnych świadectw oraz relacji było opisywane życie już po wojnie, osoby która to przeżyła – ukazanie jak ona funcjonuje w rzeczywistości powojennej jak sobie radzi z tymi traumatycznymi wspomnieniami i wydarzeniami. To byłoby już przystępniejsze i bardziej wiarygodne. A na pewno jest prostsze do pojęcia dla nas, współczesnych ludzi, żyjących w środku Europy. I naprawdę, troszeczkę dystansu. Twierdząc, że pisząc to w inny sposób okłamałbyś czytelnika, a w ten sposób piszesz jedyną prawdę, tak jak tam było, historycznie dokładnie, prawdziwie... No, to są całkiem wielkie słowa. Zbyt wielkie, z całym szacunkiem dla Ciebie. Dla weteranów wojennych, jakichkolwiek, wsyscy tutaj jesteśmy szczylami. I jeszcze to opowiadanie z kucykami? Dodatkowo, stawianie siebie w roli takiego "kronikarza", który z definicji stoi ponad przeciętnym czytelnikiem, pokazuje jedyną prawdę i jego metoda jest "po prostu dobra", tudzież "autentyczna", to też nie jest w porządku. Tym bardziej, że jest kolosalna różnica między opisywaniem w wielu akapitach jak Nippończyk rozcina brzuch ciężarnej, jak miażdży płód, jak potem to zbezczeszczone, okaleczone ciało gwałci, a podaniem, w ramach scen o których poprzednio wspominałem, stonowanej informacji o tym, że pośród zgliszcz i morza trupów leżały ciała z otwartymi brzuchami, obok leżały pozostałości po jeszcze nie tak dawno rosnących w łonach matek dzieciach, albo nawet coś takiego, że gdzieś w jakimś pomieszczeniu śmierdziała krew i śmierdziała czyjaś sperma. Czytelnicy nie są idiotami, oni będą wiedzieć, że jeśli ciało ma otwarty brzuch, to ktoś musiał użyć ostrego narzędzia, żeby ten brzuch rozciąć i wiemy, że musiała tam wszędzie być krew i płyny ustrojowe. Będą wiedzieć, że żeby te płody mogły wylądować obok, ktoś musiał je wyjąć, a jeżeli są zmasakrowane, to ktoś je musiał "przycisnąć". To zakończenie nadal byłoby obrzydliwe, łamiące pewne granice, przerażające i złe do szpiku kości, ale przynajmniej forma nie byłaby przesadzona, nie byłoby wrażenia, że ta stonowana, przedstawiona z pewnym dystansem oraz elementami typowymi dla kucyków historia nagle zmieniła się w takie coś. Zaryzykuję nawet tezę, że taką metodą opisywać autentyczne wydarzenia historyczne to może każdy. Ba, ktoś mógłby nawet teraz tu przyjść i napisać follow-up na takiej zasadzie, że będzie opisywać tylko i wyłącznie tę rzeź, w taki sposób, że każdy rozdział to będzie kolejne dwanaście godzin i po prostu w kółko i w kółko będzie opisywać te obrzydliwości, możliwie jak najdokładniej, jak najbardziej obscenicznie. W myśl tej logiki znalazł się jeszcze bliżej prawdy. A właśnie nie każdy może pisać tak, że bez takiej dokładności, bez takich ilości gore, a już na pewno bez dzielenia rozdziału na dwa człony, nadal potrafi zszokować, opowiedzieć prawdę historyczną bez wybielania danej strony i dać do myślenia. Czasami po prostu mniej to jest więcej. I miałem szczerą nadzieję, że nareszcie pojawiło sie takie właśnie opowiadanie. Myliłem się. A nawet! Zaryzykuję jeszcze jedno – jeśli przyjąć ujętą w "Krwawym Słońcu" metodę opisywania prawdy za obiektywnie dobrą oraz gwarantującą autentyczność... "Cupcakes" oraz "Sweet Apple Massacre" powinny zostać uznane za arcydzieła – wszakże zdarza się, aż za często, że ludzie mordują, długo torturują swoje ofiary, jeszcze czerpią z tego przyjemność, jest przecież tak, że katów mijamy na ulicach, a niekiedy najpotworniejszymi i najobrzydliwszymi bestiami okazują się ci, których uważaliśmy za przyjaciół, którzy byli nam bliscy. A to czyni z nich idealnych drapieżników, bo wiedzą o nas wszystko. Ale każdy kto czytał te niesławne fanfiki wie przecież, że to nie tak. Właśnie dlatego dziś żałuję, że pisałem kucykowe gore. Uświadomiłem sobie, że takie przesycanie treści flakami, krwią, bestialstwem, to bywa często po prostu zbędne i nie sztuką jest obrzydzić czytelnika makabrycznym opisem, ale tak opisać tragedię, by oddawała prawdę, szokowała bez czynnika obrzydzającego, pozostawała w pamięci i wywierała jakiś wpływ, uświadamiała o czymś. I oczywiście, wtedy godności nie było. Ale dzisiaj jest. Nie wydaje mi się, że nieuczciwe byłoby zrezygnowanie z wielu tych brutalnych opisów. A przynajmniej, nie bardziej niż wymienienie ludzi którzy to kiedyś przeżywali i w ten sposób zginęli w męczarniach na kucyki, dodając elementy typowe dla świata MLP i twierdzenie, że to jest prawda historyczna, DODATKOWO, nie będąc wówczas na świecie i nie przeżywszy tego z pierwszej ręki. I wspominanie o jakichś słodkich kłamstewkach jest w istocie puste, bo całość rozbija się wyłącznie o formę. Jeśli powiem, że iksiński zginał w wypadku samochodowym, ciało zostało zmiażdżone, zmasakrowane, po przybyciu służb było już zwęglone, aż trumny nie otwierali, to przecież powiem prawdę. Nie muszę szczegółowo opowiadać, że elementy pojazdu najpierw wbiły się w skórę, potem w mięśnie, zaczęła tryskać krew, był nadal świadomy kiedy płonął, od gorąca parowała mu woda z gałek ocznych, włosy na klacie się zapaliły, potem ostre elementy coś mu odrąbały, krzyczał, zwrócił coś, zadławił tym się jeszcze i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej, po co? Poza tym, czasami lepszy efekt osiąga się opisując nie to co widać i słychać, ale to czego nie widać. Że zginął w wypadku mąż, ojciec, nie miał szans na przeżycie, nie można było trumny otworzyć bo to była taka makabra, ta nagła, okrutna śmierć odcisnęła jakieś piętno. Co szkodziło jakoś umiejętnie opisać, że wiele kucyków miało nadzieję, że to koniec wojny, że będą teraz żyć normalnie, szczęśliwie oczekiwały potomstwa i nagle ich nadzieje i marzenia zostały bezlitośnie wydarte spod ich serc, zniszczone na ich oczach, a ostatnie oddechy przepełnione były zgrozą i cierpieniem, bo ostatki ich życia zostały odebrane wraz z intymnością, godnością? A sprawcy byli z tego dumni? I chętnie robili to dalej? Użyć jakoś słów, podobierać zdania? Wydarli ciężarnej dziecko spod serca - wiemy co to znaczy. Odebrano godność, intymność - tak samo. Sprawcy byli dumni, robili to dalej - przecież tak zachować mogły się tylko zdziczałe bestie. I została powiedziana nieprawda? Że oni nigdy tego nie zrobili? Nikogo nie zabili, nie zgwałcili, nie zmasakrowali? Że nie byli totalnie obłędnymi, dzikimi bestiami? Absolutnie nie. Just gore for the sake of having gore. Przypominam, że układ odniesienia wygląda inaczej w przypadku wojny FIKCYJNEJ, a wojny opartej na FAKTACH. A zapewniam, że nikt normalny nie ma wątpliwości, że WWII była koszmarna i nie trzeba tego przypominać na wypadek gdyby ktoś nie zrozumiał. Cóż, to by było tyle ode mnie. Definitywnie. Spokojnej nocy.
  25. Pomijam szerszą introdukcję. Generalnie, sprawy wyglądały tak, że z pozycji zupełnie neutralnej, acz będąc świadomym niepochlebnych opinii, zabrałem się za czytanie "Kryształowego Oblężenia". Po jakichś sześciu-siedmiu rozdziałach tomu I zacząłem się krzywić, było to takie "well, shieeet", ale brnąłem naprzód i w końcu dałem sobie spokój gdzieś pod koniec I tomu, chyba. No, później zerkałem na nowsze fragmenty, żeby o pewnych rzeczach przekonać się na własne oczy. Sporadycznie. Jest to o tyle istotne, iż po tym zbrzydła mi tematyka drugowojenna, do tego stopnia, że kiedy pojawiło się "Krwawe Słońce" to wywaliłem oczami, parsknąłem. Ale kiedy niedawno rzuciłem okiem na początek, wyrywkowo sprawdzając sobie losowe fragmenty początkowych rozdziałów, moje zainteresowanie tematyką zostało na nowo rozbudzone. Zacząłem czytać i zostałem mile zaskoczony. Przede wszystkim, dosyć już tej III Rzeszy, dosyć nazistowskich, radzieckich akcentów, it's gone. Zamiast tego pełna świeżość – klimaty azjatyckie, przeniesienie wojny w inne miejsce i ogólnie podejście do tematu z większą dozą kreatywności, co się objawia chociażby w sponyfikowanych nazwach. Zdecydowanie jest to coś więcej niż pójście po najmniejszej linii oporu, vide Ruskonia, Polkonia. Miałem wielką nadzieję przeczytać fanfik w całości, z chęcią i przyjemnością. I w sumie tak było. Zacząłem czytać, kiedy w pewnym momencie dostałem cynk: Stop! Nie rób tego, nie warto. Dlaczego? - zapytałem. Odpowiedź była krótka i jasna: zakończenie. Dowiedziałem się co jest na końcu na własną prośbę. Pomyślałem sobie wówczas, że to niemożliwe, przecież Verlax sam krytykował "Oblężenie", przytoczył wiele trafnych spostrzeżeń, a na podstawie tego co czytałem na początku wszystko wskazuje na to, że postawił na klimat, strategię, politykę, intrygi. Zatem powinno być bardzo dobrze! Jednakże usłuchałem i postanowiłem przerwać czytanie i zajrzeć do tych końcowych kawałków. I jednak była to prawda. Po prostu było to tak złe, że momentalnie poczułem wściekłość, ale i olbrzymie rozczarowanie. Ale z drugiej strony jestem wdzięczny, gdyż zaoszczędziłem mnóstwo czasu, a i moja złość i rozczarowanie byłyby jeszcze większe, gdybym przeczytał to całe i wpadł na to zakończenie. Chodzi mi o to, że ta historia radziła sobie świetnie, wyglądało na to, że Verlax uniknie wszystkich błędów znanych z "Oblężenia" – nie będzie spamowania statystykami dla samego spamowania statystykami, nie będzie gwałtów, a elementy gore zostaną utrzymane w jakichś ryzach, bez przekraczania granic pewnego smaku. Będzie za to strategia, planowanie, polityka. Jednak nie. To zakończenie rozczarowało mnie srogo i prawdę powiedziawszy, przekreśliło wszystko na co pracowały poprzednie rozdziały i w mojej opinii umieściły opowiadanie na tym samym poziomie co "Kryształowe Oblężenie". Mówię poważnie. It's just as bad. Nie zamierzam przeczyć, że autor zrobił research i że oparł to na wydarzeniach prawdziwych i wszystko... Ale w sumie nie jest to dla mnie AŻ TAK istotne. Te kwestie mają znaczenie analogiczne co historie developmentu gier, spartaczonych czy to przez końcówki właśnie, czy niedoróbki, czy przez zbyt długie czasy ładowania. Mogę je wziąć pod uwagę, ale generalnie oceniam finalny produkt – to co dostałem do rąk. Jeżeli ktoś się nie zorientował, to przypominam, że byłem gdzieś na początku, po pierwszych trzech rozdziałach, kiedy dowiedziałem się że podobno nie warto bo zakończenie jest po prostu złe. Nie chciałem w to wierzyć, ale sprawdziłem i przekonałem się że to prawda. Postanowiłem podziękować. Zaoszczędziłem czas, a i moja frustracja jest w tej sytuacji mniejsza niż mogłaby być. Wydaje mi się, że osoby dojrzałe emocjonalnie (na które zresztą autor raczył się powołać), mające jakiekolwiek pojęcie o historii, wiedzą co się kiedyś działo i jak ta wojna wyglądała. Nie było potrzeby opisywać właśnie tego tym bardziej, że autor sam przyznał, że była to męka psychologiczna, ciężko mu było strasznie. Wow, co za bohater, no dziękujemy! Ja osobiście nie do końca daję wiarę, iż była to aż taka mordęga, zważywszy na to, że ten finał jest podzielony na wiele części. Gdyby to była prawda byłby raczej możliwie jak najkrótszy, ale nieważne. Nawet jeśli tak było, to tym bardziej istotna jest moja teza, którą często powtarzam kiedy różne osoby pytają mnie o porady i jak pisać. A powtarzam tak: Pisz dla siebie, ma to być przyjemność, kreatywne spędzanie czasu. Nie zmuszaj się do czegokolwiek, tworzenie nie może być torturą. Jeżeli w tym przypadku pisanie było dla autora udręką, wówczas to był właśnie znak, że być może nie musi się on męczyć i tego pisać, w ogóle. Chcę by to wybrzmiało: Pisanie sprawia Ci dyskomfort, czujesz się źle, męczysz się? Twoja głowa wysyła Ci sygnały, że być może lepiej będzie te konkretne rzeczy odpuścić, bo są po prostu złe. Zignoruj to, a zobaczysz jaki potwór wyjdzie z szafy. No dobrze, a co to mogłoby zatem być zamiast tego? O, nie wiem, może zamknięcie tego krajobrazem po rzezi, opisanie pobojowisk, zniszczeń, porozrzucanych ciał? Bez drastycznego opisywania szczegółów, po prostu nakreślając posępną, trupią atmosferę i pokazać zło wojny? Bez żadnej akcji, bez hałasu. Zniszczenie. Śmierć. Ale tak się oczywiście nie stało. Swoją drogą, niezła asekuracyjna postawa, poziom pani Barbary Białowąs - "Niezależnie od tego, jako autor tego dzieła oczekuję, że czytając ten konkretny rozdział, masz minimum 18 lat, albo chociaż jesteś emocjonalnie dojrzały/dojrzała." To w zasadzie daje podstawę autorowi do zdmuchnięcia wszelakich negatywnych opinii wynikających z zakończenia opowiadania, gdyż pewnie są "niedojrzałe". Jest to nie tylko wentyl bezpieczeństwa, ale i czynnik stawiający osoby sceptyczne w "złym" świetle. Z całą pewnością mam "trochę" więcej niż 18 lat, a swoją osobę uważam za dojrzałą emocjonalnie i oświadczam, że w mojej opinii, opowiadanie zostało zepsute i jest złe. Bardzo złe. I nie czuję się z tego powodu jakiś gorszy, niewyedukowany czy niedojrzały i nie zamierzam się tak czuć. Ba – sądzę, że po wypuszczeniu czegoś takiego to kto inny powinien czuć się nie w porządku. Od razu powiem o czymś, o czym osoby które ze mną rozmawiają już wiedzą od dawna – z perspektywy czasu żałuje trochę "Ponybiusa" oraz tego, że pisałem kucykowe gore. Powiem więcej – gdybym pisał to dalej i silił się na coraz gorsze, bardziej bezwzględne akty brutalności, właśnie to powinno wówczas być dla mnie powodem by czuć wstyd, czy czuć się niedojrzałym. Jeżeli jesteś zainteresowany/ zainteresowana tym "dziełem" – droga wolna, ale namawiam do powstrzymania się od czytania zakończenia i przerwaniu lektury gdzieś wcześniej. Powtórzę: opowiadanie radziło sobie znakomicie, była strategia i polityka, sensowna konstrukcja, wydawało się, że przemoc i elementy gore zostaną utrzymane w jakichś rozsądnych granicach. Ale autor na sam koniec zostawił bombę. Szkoda, że inne, poprzednie fanfiki Verlaxa nie spotkały się z kontynuacją, a akurat to owszem. Mówię to, bo już wiem do czego ta na pierwszy rzut oka przemyślana, pisana w inny sposób historia zmierza. Można było to zamknąć z jakąś elementarną, ludzką godnością, zachowując opisy w pewnych granicach czy to smaku, czy zdrowego rozsądku. Można było naszkicować tylko makabryczny krajobraz po rzezi, po wojnie, pozostawiając szczegóły wyobraźni czytelnika. Ci lepiej poinformowani wyobrażą sobie więcej i starczy. Można było jakąś ciszą, czy bezbarwnością skomentować bestialstwo wojny, potępić ją, wykląć, oddać jakiś hołd ofiarom, oszczędzając czytelnikom tych obrazów. Cóż, trudno. Wyrzućmy do kosza politykę i strategię, opiszmy w dwuczęściowym rozdziale krwawą, trupią zupę! Nie warto było. Kończąc, pragnę poruszyć jeszcze trzy sprawy. Pierwsza – po tym co zobaczyłem już nigdy nie tknę kucykowego opowiadania drugowojennego. Po takim zawodzie prędzej już pójdę do kościoła niż znowu zaufam, że ktoś jednak napisał to na inny sposób. Druga – po niniejszym poście zostawiam dział gore, nie będę już zabierał w nim głosu, a co za tym idzie, w tym wątku również. Po prostu zostawiam tu moją szczerą opinię oraz wyraz tego jak bardzo się zawiodłem. Nie zamierzam czy to swoją obecnością, czy to ciągnięciem tej dyskusji podbijać tematu i tym samym wspierać tego tworu. No i sprawa trzecia – nikomu niczego nie bronię, jeżeli się ze mną nie zgadzasz, czytelniku bądź czytelniczko, nie mam z tym problemu. Podobnie, jeżeli mimo tego zakończenia oceniasz "Krwawe Słońce" pozytywnie. Nie będę oceniał i przypinał łat kto jest złym człowiekiem a kto nie, bo ma inną opinię ode mnie. Mogę jedynie rzucić "cóż, trudno" i żyć dalej. Pozdrawiam.
×
×
  • Utwórz nowe...