Skocz do zawartości

Tablica liderów

Popularna zawartość

Pokazuje zawartość z najwyższą reputacją od 01/25/25 w Posty

  1. Regulamin forum został zmodyfikowany; Punkt 4.2; Usunięto adres email jako metodę kontaktu (poczta nie działa od dawna, utrzymanie jest zbyt kosztowne). Dodano wzmiankę o discordzie.
    6 points
  2. Od autora: Spin-off do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu". Miała być historia Cadance... I może kiedyś będzie historia Cadance. Ale nie w tym temacie Korekta: @Hoffman Starlight Glimmer kradnie lalkę małej klaczce. "Nowoczesna lalka" Rozdział 1
    4 points
  3. Nigdy nie sądziłem, że pastelowe kucyki i wyznaczony deadline będą katalizatorem do ukończenia pierwszego pełnego opowiadania w moim życiu, no ale cóż. 1000 lat samotności Pewnie jest wiele do poprawy, ale czas i tak już na to nie pozwoli.
    4 points
  4. Od autora: Po pewnej przerwie postanowiłam kontynuować to opowiadanie. Fanfik jest głównie historią [Slice of Life], ale z różnych powodów posiada tag [Mature]. Korekta, dobra rada, wsparcie: @Hoffman Księżniczka Cadance obchodzi swoje dwusetne urodziny. "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Epilog Epic: 4/10 Legendary: 4/50
    4 points
  5. Od autora: Miałam sporo pomysłów na opowiadanie o tej postaci, głównie w świecie [Equestria Girls]. Niestety nie dałam rady. Próbowałam też napisać opowiadanie Sci-Fi, nie podołałam również. Może kiedyś się uda. Tymczasem, postanowiłam, że napiszę coś, co - chyba - lepiej mi wychodzi, czyli [Slice of Life]. Ważne: Mało [Violence]. Ale mimo wszystko jakaś przemoc jest. Korekta, dobra rada, pomoc: @Hoffman Bo moja dusza - jeżeli jakąś mam - jest stracona w czeluściach Tartaru. Lecz nadzieja błyszczy, jak światełko w tunelu, podczas ostatniej podróży. "Nadzieja, która błyszczy" ROZDZIAŁ 1 ROZDZIAŁ 2 ROZDZIAŁ 3 ROZDZIAŁ 4 ROZDZIAŁ 5 ROZDZIAŁ 6
    3 points
  6. Od autora: Króciutkie opowiadanko. Korekta: @Hoffman Applejack ma problem. Rodzina jest najważniejsza
    3 points
  7. Dobra, lepiej nie będzie. Co gorsza, tytuł średnio pasuje, ale nic lepszego mi nie przyszło do głowy Powrót na ścieżkę dobra Może zrealizuję inne pomysły, które przyszły mi do głowy, a nie spełniłyby warunków konkursu
    3 points
  8. Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej
    2 points
  9. Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach narodził się pomysł na ten fik. Prawdopodobnie, jak wiele innych, przyszedł w nieodpowiednim momencie i nie dawał się zapomnieć tak długo, aż wreszcie postanowiłem go zrealizować. Pewnie wyszło średnio, ale muszę przyznać, że świetnie się bawiłem przy pisaniu. Dobra, ale o czym to jest? W nowym, kryształowym zamku Twilight zalęgły się podmieńce. Przy czym, nie są to klasyczne, serialowe podmieńce, a zauważalnie mniejsze i mniej inteligentne istoty, żywiące się w zasadzie wszystkim. Takie mole spożywcze tylko w formie podmieńców. I tak samo jak mole (i inne robactwo) są zwalczane. Operacja Raid [Oneshot][Dark Comedy]
    2 points
  10. Witajcie! Napisałem fanfik, kilka rozdziałów - na ten moment mam gotowe około 200 stron. Na bieżąco będę korygował i wstawiał resztę. Nie jestem biegły w pisaniu , ale chciałem się trochę pobawić tym tekstem i w sumie o to mi najbardziej chodziło, więc udostępniam go dalej , a może komuś również się to spodoba. Tutaj krótkie wprowadzenie: Świat wierzy w prostą bajkę: zła Nightmare Moon została pokonana, a dobra Księżniczka Luna – uzdrowiona przez Elementy Harmonii. Equestria pławi się w złotym blasku idealnego dnia, a cienie przeszłości zostały zepchnięte w niepamięć. Ale historia pisana przez zwycięzców ma to do siebie, że lubi pomijać niewygodne rozdziały. Green Light, generał dawnej Nocnej Straży, budzi się po tysiącu lat stazy w ruinach Zamku Dwóch Sióstr. Zostaje wyrwana ze snu przez Lunę, która wcale nie jest tak „uzdrowiona”, jak wszyscy myślą. W świecie, gdzie prawda została ocenzurowana, a lojalność jest mierzona w watach słonecznego blasku, największym aktem buntu jest pamiętać o tym, co zostało wypalone. Prolog Rozdział 1
    2 points
  11. Krople deszczu miarowo wybijały rytm uderzając o szybę. Mrok wieczoru powoli wkradał się do biura, które zdążyło już zapomnieć widoku miotły. Ostatki światła zza nieosłoniętych okien przemykały po blacie drewnianego biurka, muskając jeszcze retro-lampę i ramkę z fotografią dwóch klaczy w futurystycznych strojach. Jeszcze niedawno spowijało też kieliszek bezalkoholowego cydru z pływającymi w nim dwoma kostkami lodu, niczym góry lodowe czekające na swojego Titanica. Teraz jednak grube szkło spoczywało w kopytach fioletowej klaczy jednorożca, która zmęczonym wzrokiem obserwowała długi proces topnienia. Dwie kostki dryfujące po złocistej powierzchni płynu przypominały jej ostatnią sprawę nad jaką pracowała ze swoją wspólniczką. Może i była po niej zmęczona, ale zdecydowanie czuła, że żyje... i mogła ponosić swoje cybernetyczne skrzydła, które teraz zalegały w szafie obok... Z zadumy wyciągnął ją odgłos otwieranych drzwi, z których z gracją wyłoniła się kremowa pegazica w czerwonej, powłóczystej sukni: - Więc to jest Twoje biuro, organizatorko Gallant Fop? - powiedziała - Organizatorko? Jak ja dawno nie słyszałam tego określenia... Co cię do mnie sprowadza, droga Flash Hope? - odrzekła jednorożec - Czy nie wypada takich spraw omawiać na siedząco, przy biurku? - W takim razie zapraszam - Gallant Fop wskazała na krzesło naprzeciwko, przesuwając przy tym szklankę ze słonymi paluszkami. Flash Hope skinęła głową, usiadła i z elegancją godną damy w kiecce za 50 bitsów wzięła do ust jednego, zalotnie go podnosząc. Jednocześnie popatrzyła się lekko przymrużonymi oczami o ogromnych, przykuwających uwagę rzęsach. Gallant znała to spojrzenie i czekała na propozycję, której nie będzie mogła odmówić... - Nie nudzi Ci się Gallant w tym pustym biurze? Kiedyś potrafiliśmy zatrząść tym miastem... - Nie narzekam, Flash. Mam tu dobre towarzystwo - tani cydr i paluszki. - Oh, faktycznie - spojrzała z politowaniem pegazica - ale wiesz, że polscy bronies też są równie dobrzy. A nie widzieli nas od 2023 i już zdążyli się stęsknić... - Mhm, oszczędź mi słodkich słówek, ptaszku. Z czym przychodzisz? - Z propozycją. Wielki powrót, Ty, ja, setki Bronies i największe wydarzenie kucykowe w Polsce, już po raz trzeci. Dziesiątki godzin prelekcji, warsztatów, konkursów, gier i innych atrakcji. Do tego goście specjalni, artyści i sprzedawcy z kucykowymi gadżetami. A to wszystko w dwa majowe dni. - pegazica wyciągnęła pogiętą kartkę spod skrzydła i położyła na biurku - Interesujące... A kiedy to wydarzenie się odbędzie? - 23 i 24 maja 2026 roku, w Warszawie. I jak, gotowa? - Eh, Flash. Ty zawsze potrafisz na mnie podziałać, jestem gotowa - głosem powoli wracającym do żywych odpowiedziała Gallant Fop. Na pyszczku Flash Hope pojawił się uśmiech, po czym ruszyła powoli w stronę drzwi. Zanim zniknęła za matowym szkłem odwróciła się jeszcze raz do przyjaciółki: - Do zobaczenia więc na Kucykonie 2026, Gallant! Gallant Fop została ponownie sama w biurze, tym razem jednak z już jaśniejszą od pomysłów głową i kartką zostawioną przez Flash Hope z informacjami: Data: 23 i 24 maja 2026 Miejsce: Warszawa Przydatne linki (będzie więcej!): Facebook - facebook.com/events/2377557725979681/?active_tab=discussion Telegram - t.me/Kucykon (Polski), t.me/kucykon_en (Angielski), t.me/kucykon_vostok (Rosyjski)
    2 points
  12. 8.11.2025 – 9.11.2025 Gdańsk Orunia Nie moje wydarzenie, podrzucam tutaj opis z FGE/FB bo nie wiem jak opisać samemu. Sssszzzz... bzyyyt! Uwaga! Nadajemy z przyszłości, w której odbywa się Ambermeet 2025! Początek listopada to zawsze rocznica pierwszego trójmiejskiego ponymeeta. Dlaczego nie połączyć tej okazji z kolejnym Amberem? Co planujemy? Tradycyjnie: mnóstwo kucykowych atrakcji, okazji do tworzenia wspomnień oraz poszerzania fandomowych horyzontów. Spotkania z ciekawymi prelegentami, możliwość rozbudowy swoich gadżetowych kolekcji, okazję do podziwiania najwspanialszych pluszaków XXI wieku, a także trochę niespodzianek. A z praktycznych rzeczy, to tradycyjnie nocleg z soboty na niedzielę. Zapraszamy zatem ponownie na Pomorze, aby przeżyć wspaniałe przygody na już 6 edycji naszego zlotu! Zapiszcie datę! Widzimy się się na Amberze 2025! Przydatne linki rejestracja, regulamin, zgoda rodzica, zgłoszenie pomocy, zgłoszenie stoiska, zgłoszenie atrakcji, wydarzenie na fejsiku.
    2 points
  13. Czego mi brakuje do zrozumienia, to - chociaż może to wyjaśni się w kolejnym rozdziale. Ale rozumiem, że bez przeczytania TSwNBoK zabraknie mi kontekstu, żeby zrozumieć, Na marginesie, początkowo zgubiłem się i myślałem, że Ale to mogło być moje niewyspanie.
    2 points
  14. Hmm… tak jak kolega wyżej zauważył tekstu jest na razie niewiele, więc i ciężko się na razie bardziej rozwinąć. Jak na razie mogę powiedzieć, że jest to solidne 9 stron opowieści i nie ma szans, że nie będę czekał na rozwinięcie historii o mojej ulubionej klaczy, której kreacja w tym rozdziale mi się jak na razie bardzo podobała. Mam też pytanie do autorki, jak na razie bowiem tego nie odczułem, ale czy nieznajomość oryginalnej historii będzie jakoś mocno wpływać na dalszy odbiór? Niestety dość wolny ze mnie czytacz i nie byłem jeszcze w stanie zajrzeć do ,,Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", która chwilowo dzielnie czeka na swoją kolej w kucykowym TBR
    2 points
  15. Witam serdecznie! Ciężko mi upichcić komentarz do jednego rozdziału, jeszcze tak krótkiego, no ale czego się nie robi, gdy ulubiona autorka wstawia nowy fik na forum, i jeszcze jako odsłona poboczna do już przeczytanego tekstu. Tekst przeczytany, muzyka włączona, można pisać. Zacznijmy od oczywistości. Lubię je mieć za sobą, bo wnoszą niewiele wartości merytorycznej w takich przypadkach. Bo zwyczajnie nie mam na co narzekać. Strona techniczna jest dobra, nie zauważyłem błędów. Tekst ma bardzo przyjemny, przejrzysty styl. Całość czyta się płynnie. Dialogów było mało, ale oddawały co miały oddać. Tempo jest akurat (chociaż ja osobiście lubię takie wolniejsze teksty, więc być może jestem skrzywiony pod tym względem). Fabularnie historia nie jest bardzo mocno zakorzeniona w oryginale, chociaż ma pewne odniesienia. Bez czytania oryginału tekst byłby mimo to zrozumiały - w tym sensie, że stanowi, jak na razie, oddzielną całość, jedynie połączoną pewnymi wydarzeniami i jedną, główną zresztą, postacią. Poznajemy tu pewne nieznane nam wcześniej fakty/domysły/poszlaki dotyczące ważnej w Nowoczesnej Baśni sprawy, w dodatku od strony bardzo osobistej. Nie mogę powiedzieć, że samo w sobie stanowi to spójną całość. Nie dlatego, że nie jest to spójne, po prostu nie jest to całość - jak już wspomniałem, jeden rozdział ;p. Jest pewien element mocnej sugestii co dalej się będzie działo (chociaż autorka potrafi zaskakiwać, być może się zdziwię). Postać Starlight (główna) została tu dobrze (roz)budowana (względem oryginału [no wybaczcie, nie mogę się cały czas do niego nie odnosić]). Względem serialu zaś... hm, musiałbym znów obejrzeć. Może jest to jakiś pretekst na powtórkę serialu? Mniejsza. W każdym razie, poznajemy część, drobniutką, jej dzieciństwa, a także losy jej matki i ojca. O ile ojciec w serialu był, o tyle matka... no nie mogę powiedzieć, że poszła po mleko, to bardziej do starego by pasowało. Skończmy na tym, że jej nie było w serialu i tu poznajemy wizje tego co się z nią stało (a raczej, co mogło się stać i idzie się domyślić, że będzie tego więcej). Ogólnie rozdział skupia się na Starlight i tym co jest wkoło niej i wychodzi to dobrze. Podsumowanie? Jest pozytywnie i zachęcająco. Kibicuje szczerze autorce, by udało jej się dokończyć ten tekst. Na razie nie oceniam tego jakoś bardziej szczegółowo, bo całość dopiero się rozkręca (chociaż, jak to u Niki, w bardzo charakterystycznym, niezbyt spiesznym tempie, ale dla mnie jest to plus). Pozdrawiam.
    2 points
  16. Przeczytałam do końca trzeciej części dziewiątego rozdziału, więc pomyślałam, że zostawię jakiś komentarz. Styl jest bardzo przyjemny. Najbardziej podobały mi się opisy. Były bardzo obrazowe, klimatyczne i nieprzesadzone. Moje ulubione wątki to Alikorngard i klasztor. To pierwsze jest ciekawe ze względu na traumy, jakie wszyscy stamtąd przynieśli. Tajemnica jest bardzo dobrze napisana, czuć ją, czuć to zagubienie, czuć mrok. Natomiast w to drugie wciągnęłam się autentycznie, przeczytałabym o tym całe opowiadanie. Jestem na tyle ciekawa, co się dalej wydarzy, że aż przeczytałabym starą wersję, żeby tylko się dowiedzieć. Myślę, że to mówi samo przez się. W ogóle, podoba mi się ta religia, te przemyślenia głównej bohaterki. Podobał mi się też motyw, że ta ucieczka z zamku nie udała jej się za pierwszym razem. Wątki polityczne są dla mnie za trudne, chociaż na razie mało ich było (albo ja jestem nieuważna, co też jest prawdopodobne). Co do bohaterów, Night Shadow jest całkiem w porządku. Ale chyba najbardziej lubię Dark Mane’a, Bastard Spella i Javelina. I domyślam się, że to się zmieni Dark Mane wydaje się być… Hmm, miły. Bastard Spell szalony, a Javelin rozsądny. Ale pewnie jeszcze się zaskoczę. Trochę jeszcze mieszają mi się niektórzy z łowców, bo trochę ich jest, ale mniej więcej się orientuję. To, że ich imiona nie są prawdziwymi imionami było dość oczywiste. Ogólnie, ciekawie się to rozwija. Cóż, muszę się dowiedzieć, co będzie dalej, więc czekam na ciąg dalszy
    2 points
  17. The world of Equestria is ruled by princesses, princes, kings, queens and other rulers with magnificent titles from times long past. Would you like to stand by their side for a moment? Not only ponies, but also other Equestrians have their rulers, who meet together from time to time, whether as planned events or under unexpected circumstances. The next Czequestria will definitely be a planned event and will take place in the theme Of Kings and Queens from times, when there was no shortage of adventure, magnificent performances and fun Come and look behind the walls of castles and chateaux and experience the magical atmosphere that reigns not only in Canterlot! The whole weekend filled with fun, fellow brony fans, VIP and community guests, plus entertainment of all kinds - starting with traditional MLP-themed 'LARP', followed by panels, workshops, unforgettable musical performances at the party, to the grand finale of a charity auction. When: 21. - 23. August 2026 ('LARP' on Friday, venue program on Saturday and Sunday) Where: KD Krakov, Prague, Czech Republic Event language: English Tickets: not yet on sale Detailed info: www.czequestria.cz/en Curious about what Czequestria looks like? Check out the Photos and videos from 2024! Join the Discord server to meet other Czequestrians! For actual info and news, you can follow us on BlueSky (@Czequestria, @MissLibussa), Mastodon (@Czequestria, @MissLibussa) and/or Twitter/X (@Czequestria, @MissLibussa). In case of any questions, please let us know here in this thread or send us an e-mail to [email protected]. We look forward to seeing you in Prague, Czequestrians!
    2 points
  18. Witajcie Kucyki! Czy wiecie, że w Equestrii znajduje się jedno takie miejsce, w którym każdy może poczuć się równie ważny? Gdzie nie ma miejsca na zazdrość, rywalizację i popisywanie się swoimi talentami za to pełno jest współpracy, przyjaźni i szczerych uśmiechów Jeżeli czujesz się smutny, niepotrzebny, niedoceniony bądź po prostu pragniesz odnaleźć swoje miejsce wśród zgranej i pomocnej społeczności, to nie musisz szukać już dłużej - Wioska Równości gorąco zaprasza wszystkich! Zwłaszcza teraz nadarza się świetna okazja do odwiedzenia naszej przyjacielskiej osady - oto bowiem przygotowujemy wydarzenie, które rozsławi nas na całą Equestrię - I Dubbingowy Starlightmeet! Razem pokażmy światu nasze szerokie uśmiechy przygotowując wspólnie materiały ukazujące jak wspaniale żyje się w naszej wiosce Czego możecie się spodziewać na I Dubbingowym Starlightmeecie? Przede wszystkim atrakcji związanych z kreatywnością i głosem, w tym kolejnej już edycji warsztatów fandubbingowych podczas których wcielicie się w swoje ulubione postacie. Poza nimi będziecie mogli przysłuchiwać się prelekcjom, uczestniczyć we wspólnych zabawach, zagrać w planszówki jak i po prostu spotkać starych znajomych i poznać nowych. Wszystko to w przyjaznej atmosferze Miejsce: SDK „Jowisz” Warszawa, ul.Chodecka 4 Cena wejściówki: Standardowa - 40 zł Wspierająca - 120 zł Rejestracja: https://starlightmeet2025.sticzu.pl/ Poradnik dojazdu (ta sama lokacja, ten sam dojazd co na Znaczkowym i Nuklearnym): https://docs.google.com/.../1-0SjqhNiMsDfWCYMuyU.../edit... Do zobaczenia w naszej Wiosce! PS. Zachęcamy do śledzenia nas na Telegramie: t.me/BroniesTwilightWarszawa I discordzie: https://discord.gg/4aZmC5xmnB
    2 points
  19. Słońc milionami karuzela nocy lśni - Dokumenty Google Ledwo ledwo. Jeszcze dzisiaj rano miałem połowę tego, ale obiecałem sobie, że zrobię coś na ten konkurs no i jakoś dobrnąłem. Od lat nie napisałem słowa po Polsku i cóż. Wyszło jak wyszło. No, ale od czegoś trzeba zacząć. Apropos tytułu. Tak, to z pewnej piosenki z bo brzmiało ładnie xD
    2 points
  20. Ten fik ssie w ciul. Anyway, i tak musisz go przeczytać Cahuś, CIERP! Agent Drops i Wróg z Księżyca Tagi: [Oneshot] [Adventure] [Alternate Universe] Zadałem sobie parę pytań, „a co jeśli”, a potem zdałem sobie sprawę, że mam za mało słów, żeby to odpowiednio zeksplorować. Przykładowo w ogóle nie miałem czasu nawet wspomnieć o Twilight, planowałem więcej scen Rarity i oczywiście chciałem dodać gdzieś z tyłu Flutkę ale... Oh well. Może zrobię z tego serię, może nie, zapewne nie, w każdym razie próbowałem zostać bardziej w temacie mlp jako serii, ale też trochę to spoważnieć, ale nie iść nigdzie za daleko w sci-fi... Może się udało, może nie? Cza pomyśleć, znaczy, ktoś musi przeczytać i mi powiedzieć. Tak czy siak, nikt nie ginie, nie ma jakiś wielkich strzelanin w kosmosie czy coś, więc powinno być git. Miłego czy tam niemiłego czytania życzę każdemu, kto poświęci temu swój czas. Widzimy się za dwa lata jak Cahuś oceni każdy z fików.
    2 points
  21. Na początek małe ostrzeżenie. Nietypowe, gdyż rzecz nie tkwi w spoilerach zdradzających fabułę - tej nie zamierzam zbytnio zgłębiać, najpewniej ograniczę się do oceny postaw poszczególnych postaci, o czym zresztą też będę ostrzegać - lecz w oczekiwaniach, albowiem jeśli przybywacie tu spodziewając się kolejnej historii kalibru "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" czy też czegoś a'la "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", to najprawdopodobniej będziecie zawiedzeni. Tym razem, chciałoby się rzec rekreacyjnie, autorka pozwoliła sobie na coś krótszego - coś, przy czym nie będzie trzeba szukać wskazówek, uważać na drugie dna, to nie będzie wielka tajemnica do rozwikłania, okraszona gęsto pytaniami, na które być może otrzymamy odpowiedzi albo i nie. To po prostu niezobowiązujący przerywnik, krótka obyczajówka, mimo ogólnie niewesołego wydźwięku i w gruncie rzeczy poważnej tematyki (zdaje się, że ta jedna rzecz tylko pozostaje niezmienna), lekka lektura utrzymana w dość "klasycznym" tonie. Bo istotnie, czytając "Rodzina jest najważniejsza", miałem wrażenie, jakbym wkroczył na pokład wehikułu czasu, ustawił najaktywniejsze lata naszego fandomu i przeniósł się akurat w porę konkursu literackiego; czas płynie beztrosko, do zakończenia rywalizacji pozostało jeszcze trochę czasu, ale wciąż spływają nowe prace i jedną z nich jest właśnie ów tekst. Ponieważ lubię, gdy nowe fanfiki potrafią pobudzić u mnie małą nostalgię, muszę uznać to za plusik. Opowiadania autorki zazwyczaj są zwięzłe i nie grozi przy nich wrażenia dłużyzny, nie ma miejsca na nudę czy jakiekolwiek fragmenty, o których zastanawiamy się, czy aby na pewno są potrzebne. A mimo to "Rodzina jest najważniejsza" wydaje się jeszcze oszczędniej gospodarować słowami, tak przy opisach, jak i dialogach. Wypowiedzi bohaterek zwykle są krótkie, zwięzłe, na temat, chociaż zdarzy się niekiedy jakaś dłuższa wypowiedź, a opisy koncentrują się głównie na podejmowanych czynnościach, w przypadku Applejack, czyli głównej bohaterki, otrzymujemy jeszcze pewną dawkę jej przemyśleń i emocji. Co ważne, nie odnotowałem wrażenia niedosytu - oczywiście, z pomysłu można wyciągnąć znacznie, znacznie więcej, ale pytanie czy byłoby warto? Gdyż zagłębiając się w lekturę odkryjemy, iż w gruncie rzeczy... to wszystko już gdzieś było. Niekoniecznie w kucykowej fanfikcji, ale pewno kojarzycie podobne wątki z książek, seriali (zwłaszcza seriali, telewizyjnych) czy filmów, a niewykluczone, że może i z gier wideo, wszakże czasy, w których wyłącznie idziemy w prawo/lewo, skaczemy i strzelamy minęły. Motyw nie jest świeży i stąd wydaje mnie się, że z próby jego rozwinięcia prędzej wyszłoby zbędne rozwleczenie, toteż całe szczęście, że został opisany oszczędnie. Dzięki temu mamy takie właśnie niezobowiązujące i dosyć lekkie "przeżyjmy to jeszcze raz", zamiast "o nie, znowu". Umiar odznaczam jako kolejny plusik. Poszczególne bohaterki zostały w moim odczuciu oddane dobrze, oczywiście na ile pozwala forma. Powiedziałbym, że przez większość czasu jest dosyć serialowo, za wyjątkiem paru momentów, w których z ust tych kolorowych, kreskówkowych postaci padają brzydkie słowa (ale nie wulgaryzmy, tych tu nie uświadczymy w ogóle), ale nic poza tym. Siostrzana więź między Applejack a Apple Bloom wypadła wiarygodnie, zwłaszcza w chwilach, w których młodsza usiłuje bronić starszej, a gdy problem protagonistki zostaje ujawniony, ta nie odwraca się od niej, ale z nią rozmawia, zadaje pytania, próbuje zrozumieć. Innym razem czuje się, że Apple Bloom również ma swój własny dramat, z którym trudno jest jej sobie poradzić, gdyż nie wie, o co może chodzić. A gdy zostaje przelana czara goryczy, ucieka się do rozwiązania siłowego i wkroczyć musi Cheerilee - nie ma jej tu wiele, ale gdy już jest, pozostaje aktywna. Cóż, musi - jest nauczycielką i to ona jest odpowiedzialna za swe uczennice, wewnątrz szkolnych murów. W ogóle, mimo oszczędności w formie, czuć też wewnętrzne rozdarcie Applejack - wie, że to, co robi, nie jest dobre, ale chwilowo nie wie jak z tej drogi zawrócić, miota się, dusi w sobie swe rozterki, wszystko to zostało napisane bez zarzutu. Zwięźle, ale wiarygodnie. Przyznam też, że jak na tę bohaterkę, to dość nietypowa rola. Widać, że autorka próbowała wykreować przy niej paralelę do Pear Butter, w sensie, że córka powtarza błędy matki, aczkolwiek w przypadku Pear Butter nie powiedziałbym, że zostawiła rodzinę dla Bright Maca; prędzej to oni zostawili ją, każąc jej wybierać w sytuacji, gdzie nie było żadnej ostateczności, zamiast podejść do sprawy dojrzale. Applejack też nie wydaje się być postawiona przed takim wyborem, lecz szkopuł tkwi w czym innym. I uwaga, tutaj będą spoilery! Ale ostatecznie, o ile idzie Applejack... zrozumieć, oczywiście w pewnym stopniu, o tyle nie można powiedzieć, że zachowała się dojrzale. Co w sumie jest pewnym zaskoczeniem, bo kto jak kto, ale ona, przynajmniej dla mnie, sprawiała wrażenie twardo stąpającej po ziemi, zbyt zajętej pracą, ale zawsze szanującej rodzinę tak swoją, jak i cudzą, i rozumiejącej, że pewnych granic się po prostu nie przekracza. Podsumowując ten punkt, motyw paraleli między Applejack, a Pear Butter, był sam w sobie ciekawy, ale nie sądzę, by miał tu szansę zaistnieć, bo w gruncie rzeczy mamy do czynienia z dwiema kompletnie innymi sytuacjami; jedyne, co wydaje się wspólne to to, że i w jednym, i w drugim przypadku ktoś zachował się niedojrzale. Skromny komentarz odnośnie różnic społecznych także wydaje się tu ciekawym dodatkiem i moim zdaniem działa lepiej niż wymieniona przeze mnie paralela. Oczywiście, sam motyw wybrzmiewa dość naiwnie, ale to przez to, że wypowiada się na ów temat Apple Bloom, zatem mamy poważny skądinąd problem opisany z perspektywy dziecka. Applejack schodzi do jej poziomu, ale w sumie nie mówi wiele, w tym punkcie historii jest jeszcze na etapie... samooszukiwania się? Są oczywiście pewne rzeczy, przy których trzeba użyć wyobraźni - chociażby jak to się zaczęło konkretnie, kiedy, jak się wówczas czuła protagonistka, więc jakiś obszar do pogłówkowania mimo wszystko pozostał. Akcja fanfika jest jednostajna, chociaż wydaje się sprawnie zmierzać do przewidywalnej konkluzji, to cały czas lektura jest raczej spokojna. Jak mogło być inaczej? Wszakże to [Slice of Life] - wciąga, nie wymaga ani zbyt wiele czasu, ani tytanicznego skupienia, ma opowiedzieć pomysł, umilić nieco czas i dokładnie to robi. Ostatecznie wygląda na to, że każdy wraca tam, gdzie był, życie toczy się dalej, czas niby leczy rany, ale każdy wie, że już zawsze będzie budzić się każdego dnia ze wspomnieniami tego, co zaszło i świadomością tego, co mogłoby być, ale nie zaistniało. I to, samo w sobie, jest dosyć życiowe. Zdecydowanie - czyta się o magicznych kucykach, ale pod powłoką tych kolorowych postaci kryją się ludzie ze swoimi ludzkimi problemami, obarczeni typowo ludzkimi niedoskonałościami. Nie da się tego ukryć. Ostatecznie tekst można polecić, lecz jako krótką obyczajówkę, bardziej na przerywnik, aniżeli na coś, co może skłonić ku głębszym refleksjom, choć oczywiście potencjał ku temu tutaj jest. Opowiadanie jest krótkie, ale zwięzłe, zostało zrealizowane sprawnie, oszczędność formy służy fabule, a bohaterów oddano dobrze, wiarygodnie, jednych bardziej wyraziście od drugich, czuć tutaj melancholię, złość, smutek, ale także i nostalgię, zważywszy na ogólne wrażenie, jakie pozostawia po sobie fanfik. Można współczuć, można karcić, a można przejść obok problemu bohaterki obojętnie, ale nie można zaprzeczyć, że autorka chciała to napisać. Historyjka nie szokuje oryginalnością czy przewrotnością fabuły, ale nie zawsze o to chodzi; czasem wystarczy wciągnąć na kilka minut, opowiedzieć coś i zapewnić tym samym rozrywkę. A jeśli ktoś poczuje się zdopingowany do czegoś więcej, to tylko kolejny plusik Czasem taka oszczędność w formie potrafi wzbudzić więcej emocji niż epopeja - a już na pewno sprawia, że tekst zostaje w głowie na dłużej. Warto było przeczytać.
    2 points
  22. Przeczytałem wreszcie całość i... o mamo, ale to było dobre. Cały tekst idzie nieco chaotycznie, ale to, jak już pisałem, jest dobre (w tym wypadku). Wydarzenia toczące się na księżycu przeplatają się ze wspomnieniami Twilight. Mogłoby się wydawać, że jedne i drugie są pokazywane chronologicznie, ale mówiąc szczerze, nigdy nie miałem 100% pewności, że są po kolei. Zwłaszcza co do wspomnień. To sprawia, że czytało się tym ciekawiej i uważniej, zastanawiając co chwilę, czy postacie kłamią, mylą się i co w zasadzie wynika z tego, co mówią albo myślą. I ile można przy tym teorii wymyślać. Takich, które mogą albo polec szybko, albo ewoluować. Cudownie. Już wcześniej chwaliłem rozwój postaci i dalej to podtrzymuję. Im dalej w fanfik, tym więcej się o nich dowiadujemy. Głównie o Twilight, ale pozostałe też potrafią zaskoczyć i wywrócić spojrzenie na nie. No może poza Flurry, która pojawia się raptem kilka razy i staje się raczej motorem do zmiany w innych postaciach, albo źródłem ciekawych informacji. Na przykład to stwierdzenie Flurry, że Cadance śmierdzi podmieńcem i nie jest jej matką. Początkowo myślałem, że to ostatnie stwierdzenie jest czymś w rodzaju focha za zaistniałą sytuację. A potem sprawa robi się coraz jaśniejsza, aż wreszcie prawda okazuje się być... zaskakująca. Przyznaję, na tamtym etapie bym się jej nie spodziewał co odwaliła Cadance. Za to gdy już dostałem rozwiązanie, okazało się, że wszystkie elementy faktycznie pasują a poszlaki są właściwymi poszlakami. A wszystkie, dziwne teorie, które powstawały w trakcie lektury są zbyt proste, albo zbyt zakręcone. Bardzo fajna robota. Dużo więcej czasu dostają Celestia i Luna (no i Twilight, ale o niej za chwilę). Ta druga budzi sympatię. Biedna siostra, zamknięta ponownie na księżycu, z kucykami, które nie są dla niej zbyt miłe. Cały czas uznaje Twilight za przyjaciółkę, mimo, że ich relacje bywają burzliwe. Jak chociażby wtedy, gdy Twilight roztrzaskała gramofon. Plus też za język, którym posługuje się Luna. MA on dużo sensu w kreacji postaci. Bo skoro spędziła setki lat na księżycu, nie dostosowała się do zmian językowych, zachodzących w Equestrii. A jej krótkotrwały (relatywnie) pobyt po powrocie mógł być za krótki by się przestawiła na nowy język. O ile w ogóle chciała. Dopiero na koniec okazuje się... no właśnie. Czy to wszystko było tylko grą pozorów? Czy może rozbicie ukochanego instrumentu Luny przegięło pałę goryczy? Osobiście skłaniam się do tego drugiego, ale to tylko przeczucie. A i ostatnia kwestia, co do Luny, czyli jej zazdrość do Cadance, która odebrała jej wszystko Równie ciekawa Celestia. Przynajmniej z punktu widzenia swoich działań i słów. Mam dziwne wyrażenie, że ona się bawi pozostałymi klaczami. Trochę je na siebie napuszcza, rzuca kilka słówek i obserwuje ich działania i frustracje. Zwłaszcza Twilight. To wydzielanie jedzenia, podpierane pytaniami, czy aby na pewno, podrzucenie książki z kwiatkami, albo izolowanie Luny. To ostatnie miałoby wprawdzie chyba więcej sensu, gdyby uznać, że Celestia jest Change i trochę mści się za tortury. Nie do końca tylko wiem, czemu Celestia by taka była. No chyba, że po prostu tak kocha manipulować innymi, że robi to zawsze i wszędzie. Jak skuteczny władca, rządzący właśnie przez intrygi. Kto wie, może nawet jest odpowiedzialna za powstanie Nightmare Moon (raczej nadinterpretacja) No i Twilight. Główna bohaterka i narrator w jednym. To jej losy śledzimy i patrzymy, jak odjeżdża jej peron, dworzec i cała Equestria. I muszę powiedzieć, że obserwacja jak jej odwala i jak inne księżniczki na to reagują był w pewien sposób przyjemne. To oznacza, że tekst był dobrze napisany. Poza tym, to pasuje do postaci, która często za dużo myślała. Jej wybuchy i zachowanie pasują do tego, co znamy z serialu a przy tym są fajnie pogłębione i rozbudowane w tym tekście. Spodobał mi się również pomysł by zrobić z niej nową królową roju i żonę Thoraxa. To pozwoliło świetnie ukazać postępujące szaleństwo Twilight, która tak się zafixowała na chęci bycia jak stara Crysalis (zamiast przekonać podmieńce, że pora na nowe), że naprawdę stała się Chrysalis. /to w sumie trochę dowodzi teorii, że Ceśka uwielbia intrygować. To ona nakłoniła Twi i Thoraxa do ślubu. I jeszcze kwestia Trixie i Starlight, które możliwe, że odegrały dużą rolę w wygnaniu Twilight. Co do Starlight, to już od jej pierwszego pojawienia się, miałem wrażenie, że niespecjalnie lubi Twilight i zgadza się z jej naukami. Zdawała się być bardziej indywidualna i krytyczna (co być może się potwierdza). A Trixie? Trixie mam wrażenie jest taka jak z serialu. Plus jej ciągła chęć pokonania Twilight i przybieranie różnych tożsamości. Ciekawy pomysł. Taki, pasujący do postaci i opowiadania. A czemu to robi? Moim zdaniem, pamięta, że zamieniły się miejscami i mogła zostać księżniczką. Dlatego początkowo próbowała udowodnić, że jest lepsza od Twilight. Później, mam wrażenie, że jej się to po prostu spodobało. Choć nie wiem jak komuś mogłoby się spodobać to kombinowanie ze szklankami. i na koniec: Czy fik ma jakieś wady? Możliwe, choć ja nie zauważyłem niczego poważnego. Podsumowując, polecam gorąco i myślę, że mogę, a nawet powinienem dać głos na Epic. Co też czynię. Bo to kawał świetnego i świetnie napisanego tekstu.
    2 points
  23. Widok kompletnej historii, to znaczy dostępnych wszystkich rozdziałów wraz z epilogiem, jest szalenie satysfakcjonujący. Jest to najdłuższe jak do tej pory opowiadanie Niki i zarazem najbardziej złożone, co widać zwłaszcza teraz, gdy mamy już pełen obraz tego, co sobie wymyśliła autorka. Rozpoczynając nietypowo, bo od małego podsumowania. Historia ta musiała być wymagająca w pisaniu i pewnie wiele razy się zmieniała, być może na etapie samych koncepcji, a może w trakcie powstawania, jedno jest pewne - podjęte zostało niemałe ryzyko, które moim zdaniem się opłaciło. Żadnym rozwiązaniem czy tajemnicą nie czuję się rozczarowany, wątki absorbowały od samego początku i trzymały w napięciu, a pod koniec, gdy tego napięcia zrobiło się najwięcej, gdyż przyszedł czas skonfrontowania się w prawdą, niekiedy człowiek nie wiedział co się zaraz stanie, co się okaże i dało się w tym wszystkim odczuć... Nie wiem czy szaleństwo jest tu najodpowiedniejszym określeniem, lecz to, jak realizowane były ostateczne interakcje między bohaterkami, jak wyglądała dynamika poszczególnych rewelacji i jak odpowiedziały one na postawione przed nami pytania dużo wcześniej, zdecydowanie, było to coś szalonego. A przy tym niezmiennie klimatycznego, zastanawiającego i niekiedy bardzo życiowego, nacechowanego silnymi emocjami, które towarzyszą każdemu i które najtrudniej, mam wrażenie, opanować. Jak zazwyczaj, tak i teraz, PRZESTRZEGAM PRZED SPOILERAMI DOTYCZĄCYMI PEŁNEGO ZAKOŃCZENIA HISTORII! Jeśli jeszcze nie czytaliście fanfika, gorąco zapraszam do lektury, a dopiero potem do niniejszego komentarza. Nie zapomnijcie, by zostawić własny A teraz przyjrzyjmy się rozdziałowi opatrzonemu dumnie siedemnastym numerkiem, który wieńczy dzieło i ukazuje nam o co chodzi z tym odbiciem Chrysalis, co jest grane z tą Imagination Dominą, co się stało z Twilight i kto jest odpowiedzialny za rzeczy, o których czytamy w opowiadaniu. Towarzyszący podczas czytania nastrój miał w sobie pewne vibe'y "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", lecz przede wszystkim był to znajomy z pierwszych rozdziałów, mroczny, tajemniczy klimat, który uczynił ten finał niezapomnianym. Jednocześnie, nawet gdy czytelnik wiedział już o co chodzi, trzymał on w napięciu; była przy tym niezdrowa ciekawość wobec tego jak to się stało. Przyznam, że sam nie spodziewałem się tego, jak autentycznie Twilight pragnęła poznać tajemnice Chrysalis i stać się idealną następczynią, doskonałą królową roju. Może moje wrażenie jest mylne, ale w rozdziale siedemnastym nabrałem przekonania, iż owszem - wiele stało się za sprawą wstawiennictwa Celestii, plus uczucie, jakie Twilight żywiła do Thoraxa, lecz tutaj wydawało mnie się, że ona jednak nie robi tego dlatego, że taką role przewidziała dla niej Pani Dnia, ani po to, by w jakimkolwiek sensie być w pełni godną Thoraxa. Teraz faktycznie wyglądało to, jakby chciała tego... dla samej siebie. Jakby sądziła, że nie będzie kompletna, póki nie odkryje tego, jak być niemalże perfekcyjną kopią Chrysalis - taką, którą pokocha rój, ale zarazem taką, która rzuci cień na poprzedniczkę. Nie dla Thoraxa, nie po to, by uznał ją Pharynx, nie po to, by zabłysnąć przed Celestią, lecz dlatego, że tego chciała. Oczywiście późniejsza scena z Celestią zadaje kłam temu wrażeniu, ale pomyślałem, że o tym wspomnę. Zatem Twilight ostatecznie dostąpiła tajemnicy, nawiązała kontakt ze swoją prawdziwą, idealną formą - tak mnie się zdaje, że ten głos, który wewnątrz siebie usłyszała, pochodził od Imagination Dominy - i otworzywszy się, przeszła przemianę, a jej początkowe szczęście na tamtym etapie scementowało moje wrażenie, że ona chyba faktycznie tego pragnie. Ogółem wątek tej przemiany, to, jak Twilight próbowała się odnaleźć w swojej nowej, doskonałej formie - lepszej, silniejsze, piękniejszej i bezwzględniejszej - jakie pytania sobie zadawała, a także jakie nosiła w sercu obawy, to było jak dla mnie najbardziej absorbujące. Przez cały czas wydawała się przy tym bardzo opanowana i spokojna, no prawie jak nie ona. Rzeczywiście, to musiała być ta "lepsza" forma. I tutaj drugie moje wrażenie, które później zostało zniszczone przez scenę z Celestią - przez moment sądziłem, że gdyby Twilight miała to opanowanie, ten stonowany mindset Imagination Dominy dużo wcześniej, to masy problemów by nie było, wiele przykrości nie wydarzyłoby się w ogóle, pewnie asertywnie odmówiłaby Celestii i to nie jeden raz. Więc w tym sensie uwierzyłem, że to faktycznie musi być forma doskonalsza od Twilight. I moooże faktycznie, Celestia zorientowała się, że traci kontrolę nad swoją uczennicą, jakby nie było, na własne życzenie - okazało się, że nawet te czerwone skarpety, które jej podarowała, one już były dla Imago, a nie Twilight - więc skoro "stworzyła potwora", no to pora tego "potwora" gdzieś odesłać - tam, gdzie zwykle. To oczywiście nie tłumaczy tego, co robiły tam pozostałe bohaterki, ale znów - w tamtym momencie coś takiego sobie wyobrażałem. I ów czar Twilight, nawet jako Imago, chłodno kalkulującej, spokojnej, wyważonej, zadającej sobie trudne pytania i próbującej jakoś przewidzieć to, co się może wydarzyć, ostatecznie prysł, gdy ta odwiedziła Celestię. Poszczególne sceny ujawniły nam, iż to rzeczywiście ona stoi za kolejnymi zesłaniami na srebrny glob, podobnie jak w przypadku Cadance, a zwłaszcza Luny, poznajemy jej punkt widzenia oraz motywy, przez co idzie ją w takim czy innym sensie zrozumieć. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, nawet po wszystkim, że przez cały czas bardzo się bała, wszystkiego, co robiła. Wyobrażam sobie, jak prowadzi kolejne działania, jak wysyła na Księżyc jedną, drugą, trzecią księżniczkę, będąc przez cały czas przerażoną, może samą sobą, może świadomością wagi swego czynu. A może sama nie mogła tak do końca uwierzyć w to, do czego jest zdolna. Albo nie była niczego pewna, pewnie liczyła się z tym, że ktoś ją może zobaczyć. Ale! Z drugiej strony, to, że z Cadance, Flurry i Luną poradziła sobie w taki sposób, że wykorzystała swoją moc, by podkraść się blisko gdy te były pogrążone w śnie, może także świadczyć o dość tchórzliwym podejściu. No bo co? Nie miały jak zareagować. Z jednej strony jest to zapewnienie sobie potrzebnej przewagi, ale z drugiej wydaje się nie fair. Ale jak teraz o tym myślę, to mogły zajść naraz oba te scenariusze. Tchórzliwie zaczekała, aż jej "konkurentki" zasną, po czym zesłała je na Księżyc - wiedziała, jak to uczynić, gdyż zaklęcie pokazała jej Celestia - a gdy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła i do czego jest zdolna, ogarnęła ją panika. I dlatego gdy przyszła pora na Celestię, zachowała się inaczej. Może tę chłoną, kalkulującą Imago na chwilę przebiła ta niestabilna, niezrównoważona, kierująca się emocjami Twilight Sparkle, która nie potrafi się postawić, popełnia głupie błędy, których potem nie potrafi rozwiązać w zdrowy sposób, ale o wszystko obwinia otoczenie. Bo to wyglądało tak, jakby chciała zostać powstrzymana. I wybuchła. I wygarnęła Celestii, co o niej myśli. A potem użyła zaklęcia. Tylko, że zbyt późno. Dała Celestii szansę, którą ta wykorzystała. W sumie, jeżeli Celestia wie jak kogoś zesłań na Księżyc, to chyba powinna też wiedzieć jak z niego "zejść", co nie? Jeżeli byłaby to prawda, to by oznaczało, że Celestia świadomie siedzi tam z nimi. A skoro tak, to z pewnością o coś jej chodzi. I tutaj przychylam się do twierdzenia Cahan: A jeszcze co do Twilight - chciała stać się Chrysalis, idealnym Podmieńcem. A wyszło na to, że nawet nie potrafiła być idealną... sobą. No przepraszam, jak ona sobie to wyobrażała? Stąd, jak wcześniej podejrzewałem, że to Celestia okaże się "tą złą", że będzie odpowiedzialną za to, co się stało... No i wyszło na to, że odpowiedzialna była, lecz za zupełnie inne rzeczy. I teraz, to zaczęła mi wyglądać na ofiarę Twilight Sparkle, która otrzymała możliwości, otrzymała "narzędzia", ale wszystko to zaprzepaściła, bo nie myślała w tym wszystkim o sobie, tylko o Celestii. I w tym sensie, poza tym, że to Twilight okazała się być tą, która zesłała większość księżniczek na Księżyc, to ona wydaje mnie się teraz "antagonistką". Kolejne świadectwo tego jak autorka potrafi umiejętnie bawić się emocjami czytelnika, wodzić go za nos, kreować zwroty akcji, szokujące rewelacje oraz zachowywać intrygujący klimat oraz emocje, przez które ciężko o tekście zapomnieć i przejść do porządku dziennego. Ale serio, Celestia z pewnością z nich wszystkich jest najstarsza - najwięcej widziała, najwięcej wie i najwięcej może. Ale i najwięcej wycierpiała. To jest totalnie inne wrażenie niż to, które miałem rozpoczynając lekturę. Chociaż... zastanawiam się jak przebiegły zaklęcia podczas ich konfrontacji. No bo scena sugeruje, że obydwie rzuciły zaklęcie zesłania, ale nie zrobiły tego jednocześnie. Może Celestia szybciej zakończyła rzucanie czaru i zrównała się z oponentką, ale wciąż... coś mi tutaj nie gra. Bo chyba żeby czar został doprowadzony do końca, to któraś z nich musiała być pierwsza i zostać na Ziemi, żeby ta druga mogła trafić na Księżyc. Czy nie? Bo inaczej nie powinny się te zaklęcia "nałożyć na siebie" i wzajemnie rozproszyć? W ogóle, skąd wiemy, że Celestia użyła tego samego zaklęcia? Może pod wpływem chwili rzuciła cokolwiek, o czym wiedziała, że będzie skuteczne i zadziała szybciej, zanim Twilight dokończy swój czar? A co jeżeli Celestia - pewnie niechcący - naprawdę pozbawiła Imago/ Twilight życia, tam w pałacu? I niedługo po tym zdała sobie sprawę, że pozostałych księżniczek już nie ma i domyśliła się, że są na Księżycu? Że to zaszło za daleko? Ale przecież Twilight nadal była dla niej ważna, była jej bliska, więc nie mogła tak po prostu jej zostawić... A zarazem wiedząc, że miała w tym swój udział, postanowiła przywrócić jej życie i wraz z nią udać się na Księżyc, gdzie już były pozostałe księżniczki (minus Starlight), by miały szansę przepracować relacje między sobą zanim mogłyby powrócić? Myślę, że Celestia miałaby taką moc. Może nawet potrafiła wpływać na wspomnienia. Albo je kreować. Ja tak teraz o tym myślę, ona masę rzeczy potrafi. Musi być z nich najpotężniejsza, chociaż niezbyt to okazuje. Lecz mimo całej swej potęgi, poniosła porażkę w tym, że jeżeli naprawdę pragnęła dla Twilight tego, by była najlepszą sobą, no to jej uczennica chyba znalazła się tak daleko założonego celu, jak to tylko możliwe. Nikt nie jest idealny. No i okazuje się, że Cadance jednak mogła ją widzieć, gdy brała kąpiel jako Chrysalis. To wciąż creepy, ale rzeczywiście, Cadance musiała coś podejrzewać. A może za dużo wypiła i udzieliła jej się jakaś przedziwna... perwersja? Ale o co konkretnie mi chodzi? Wczytajcie się dokładnie - Cadance w poprzednich rozdziałach wspomina, że bez arcordii nie może się przemienić w Podmieńca, który nie potrzebuje żywić się miłością, a nie, że nie mogę się przemieniać w ogóle. Więc to ona mogła być tym motylkiem No ok, ale skoro tak, to nie mogła chociaż przybrać formy takiego dobrego Podmieńca? Może nie miałaby jego "właściwości", ale mogłaby chociaż wyglądać jak on? No cóż, Cadance wspomina o swoim wybrakowaniu i podejrzewam, że taka zabawa tylko pogrążyłaby ją w przekonaniu, że jest "wadliwa", że jest "niesprawna", że jest w jakimś sensie "imitacją". Trochę jak Twilight, która pragnie być Chrysalis - sam wygląd nie wystarczy, forma to też nie to, bo Chrysalis jest jedna. Tylko że Twilight ma większy problem z tym, by uznać swoje braki. Cadance z kolei ma problem, by je zaakceptować. Czy w tym sensie są siebie warte? Zdecydowanie. Teraz to widzę. Twilight zniszczyła gramofon, a Cadance rozwaliła biedną szałamaję. Niemalże jak lustrzane odbicie. To wydaje mnie się fascynująca teorią. Może nie sama szałamaja, jako taka, ale "Sonata Lunarna"? A może po prostu jest to muzyka, na którą reagują Podmieńce? W ogóle, może tak oddziałuje na nie muzyka, jako taka? Twilight ostatnio zareagowała tak, jak zareagowała, bo wtedy była przekonana, że na pewno nie jest Podmieńcem, na pewno nie jest Chrysalis. A Cadance mogła zareagować podobnie, gdyż przypomniało jej to o tym, kim naprawdę jest. Możliwe, że był to bait ze strony Luny. Po prostu poprzednim razem Twilight zniosła to... mniej beznadziejnie. Widać Pani Nocy nie lubi udawanych rzeczy i zależy jej na prawdzie. Ale miło, że szałamaja została odratowana Podobnież, chociaż to akurat o ostatnim rozdziale, miło, że podczas ratowania rannej Cadance, Flurry otrzymała swój znaczek. Taki ciepły, serialowy akcent, światełko w tunelu, coś na rozluźnienie i pokrzepienie. Fajna rzecz, jak dla mnie bardziej ubogacająca klimat, aniżeli w niego godząca. Wracając, podobały mnie się dwa creepy motywy w ostatnim rozdziale. Mianowicie, Imago otwierająca wrota i znajdująca martwą Cocoon, lecz jak się okazuje, jeszcze do niedawna mogła żyć. Zastanawiam się jak wyglądały jej ostatnie chwile. Co porabiała przez ten czas? Co sobie myślała? Jak się czuła? Jak przebiegała ta, w moim domyśle, powolna i wyjątkowo przygnębiająca śmierć w samotności? Po drugiej stronie szali - Change, która powinna być tam, gdzie Nightmare Moon ostatnim razem ją zostawiła, aczkolwiek, gdy chce pokazać ją Twilight (znakomicie budowane napięcie, swoją drogą), okazuje się, że jej tam nie ma. Może Luna ją sobie wymyśliła, a może jednak nie? Co jeżeli Change wydostała się i była gdzieś tam, z nimi na Księżycu? I obserwowała? Co czuła, czy zdawała sobie sprawę, że powstała z przeistoczenia? A może na satelicie, gdzie nikt nie pała do siebie szczególną miłością, zaczęła zmieniać się w coś... innego? Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, bardzo, ale to bardzo podoba mnie się to, że NIE WIADOMO Tyle niełatwych rzeczy pozostawionych zostało wyobraźni czytelnika, a z racji kontekstu, niekiedy w głowie pojawiają się nie tyle mroczne, co straszne scenariusze. Uwielbiam to ^^ Epilog był krótki i treściwy. Miał w sobie coś pokrzepiającego, gdyż był to swoisty kalejdoskop możliwych scenariuszy i marzeń, o tym jak wszystkie mogłyby wrócić na Ziemię. Wydaje się, że mimo trudnych chwil, rzeczy nareszcie zaczynają zmierzać ku... spokojowi. Względnemu. Lecz na samo zakończenie mamy pytanie o to, ile już minęło czasu od wygnania, skoro to wcale nie były dwusetne urodziny Cadance. Załóżmy, że Celestia jednak nie potrafi wraz z nimi powrócić na planetę dzięki magii, ale któryś z wymienionych scenariuszy mógłby naprawdę zaistnieć. Pytanie tylko - kiedy? Jeżeli minęło o wiele mniej czasu niż te dwieście lat, wówczas może to oznaczać, że okres długiego, trudnego w związku ze swoim towarzystwem oczekiwania na cud dopiero przed księżniczkami, ale z drugiej, jeżeli upłynęło go więcej, to być może... Gdyby jakiemuś marzeniu było pisane się spełnić, to najprawdopodobniej już by się to stało. Jeżeli nie, wówczas... może zostaną tam już na zawsze? Zatem mimo pewnego ciepła i pokrzepiającej nadziei, pozostaje nuta niepewności, wręcz groźba, że już tam zostaną. I być może nigdy nie przepracują swoich relacji, nie zakończą spraw, nie wyjaśnią sobie przeszłości. A Celestia będzie się temu wszystkiemu bezradnie przyglądać. OK, mają wielką moc, choć nie wystarczającą, by móc wrócić do domu, ale mają wszelki czas we wszechświecie, by usiąść i załatwić między sobą niesnaski z przeszłości. I mimo tego, nie mogą tego uczynić. Taka wizja współgra z ogólną tajemniczością i na swój sposób przytłaczającą świadomością ciemnoty królewskich serc. Nawet jeżeli nie są aż tak kochane przez kucyki, może mogłyby pokochać siebie nawzajem, w sensie, zaakceptować się takimi, jakimi są, docenić siebie i się zmienić. Może to by coś zmieniło. Ale na to się nie zanosi. Ale ostatecznie wszystko jest kwestią czasu. Czasu, który leczy rany. Ogółem było to bardzo ładne zakończenie, godnie wieńczące historię. Podobało mnie się, zapadło w pamięci i dostarczyło materiału do refleksji, pola do interpretacji oraz powodów do zaskoczenia. Cieszyło klimatem, satysfakcjonowało sposobem konstrukcji poszczególnych rozdziałów, gdzie autorka bez wzbudzania zagubienia u czytelnika ani mącenia przekazu, swobodnie żonglowała wydarzeniami na księżycu i retrospekcjami, zachwycało bezkompromisowością i odwagą w kreowaniu bohaterek, nie obawiając się dotykać kwestii bardziej intymnych czy zmysłowości. Elementy te są odpowiednio stonowane, więc czytelnik nie powinien czuć się nimi "atakowany", wszystko współgra ze sobą bardzo dobrze, nie można oprzeć się wrażeniu wykonanej pracy w sposób przemyślany, kompletny, jest tu intrygujący koncept, jest serce, jest zamysł, by opowiedzieć coś więcej, coś innego; bo teoretycznie można to sprowadzić do kolejnego fanfika, w którym ktoś okazuje się Podmieńcem bądź do historii o miłości. Ale nawet w tym wypadku, wszystko jest napisane inaczej, więc opowiadaniu nie można odmówić oryginalności. Ma mnóstwo walorów, którymi się broni, a które sprawiają, że historię tę, w całości mogę POLECIĆ każdemu, kto szuka czegoś innego. Czegoś wciągającego. Czegoś, co okaże się podróżą z nagrodą na końcu. Nie jest to chowaniec w pudełku, ale nowe, świeże spojrzenie na Twilight Sparkle oraz relacje między księżniczkami, przyprawione ciekawym światotworzeniem ukierunkowanym na społeczność Podmieńców, co stwarza wrażenie, że jest coś poza Equestrią i kucykami. Historia ta okazała się absolutnie FAN-TAS-TYCZ-NA i mimo kilku wątków, które określiłbym mianem "niewystarczająco wykształconych", jak np. wspomniana przez moją przedmówczynię Arcordia, chciałbym, powołując się na ten, jak i na poprzednie moje komentarze, oddać głos na tag [EPIC], gdyż uważam, że jest to kolejny "modern classic" od Niki, który zasługuje na uwagę oraz to wyróżnienie Na zakończenie, kilka odpowiedzi z mojej strony Bardzo mi miło, zadanie to nie było straszne ani trochę, to była ogromna przyjemność i cieszę się, że mogłem pomóc Jak wspominałem, ta historia zasługuje na uwagę, w tym na najlepszą możliwą formę, aczkolwiek bez zbytniej ingerencji w stylistykę, gdyż tę uważam za element Twojego stylu, rozpoznawalnego stylu. Jednocześnie żałuję, że nie mogę okazać się zbyt skuteczny w materii tłumaczenia na język angielski, ale ile będę w stanie, tyle postaram się pomóc, ale tak czy inaczej życzę wytrwałości oraz powodzenia w tłumaczeniu Co do rysunku - nie ma za co, cieszę się, że Ci się spodobał. Jednakże prawdopodobnie to jeszcze nie koniec Opowiadanie posiada klimat nacechowany pewną mrocznością oraz typowe dla tego tagu elementy, lecz osobiście miewam kłopoty z oceną "czy już starczy". Więc wybacz, ale musze to pozostawić do Twojego uznania, gdyż bez niego może być, z nim również. Nie czuję przekroczenia bądź nieprzekroczenia granicy. Tu najlepiej podpowie ktoś, kto regularnie korzysta z FimFiction, ale wydaje mnie się, że [Mature] będzie tu obowiązkowy. Plus/ Albo jakieś [+16], jeżeli coś takiego mają. Jeżeli zagraniczna publika jest wrażliwsza, to [Dark] może być bardziej na miejscu, aniżeli w przypadku publiki rodzimej. Może [Violence]. [Slice of Life]/ [SoL] jak najbardziej. [Romance] również. Moooże jeszcze [Sad]? No i może tagi odnoszące się do występujących postaci, jeżeli takie tam są? Główna historia jest kompletna, ale chciałbym przeczytać jakieś opowiadania poboczne, więc jak najbardziej jestem na TAK Mnie się bardzo podobało, starałem się wszystko opisać w moich komentarzach. Warto było przeczytać, świetne opowiadanie, podobnie jak pozostałe Twoje dzieła. Także, jeżeli masz chęć, jeżeli masz lub będziesz miała ciekawy pomysł... Jasne! Ja bym chciał bardzo Pozdrawiam serdecznie! Zapraszam do lektury!
    2 points
  24. Myślę, że tak. Bo [Dark] pasuje do mrocznego, tajemniczego i depresyjnego klimatu Księżyca. Oni to w ogóle są nadgorliwi z tagami, więc tak. To co oni biorą za gore, to u nas by często-gęsto przeszło na luzie w ogólnym. Tak samo jak [Sex] - co często oznacza, że clopa tam wcale nie ma, po prostu temat seksu się pojawia. Czy chcemy? Tak, chętnie. Ogółem Epilog pozostawił pewien niedosyt i dalsze pole do popisu. Ale to Ty jesteś autorką i Ty wiesz jakie tajemnice ostatecznie chcesz nam zdradzić. Tak i tak. Fajne, pisz dalej, kiedy Fallout?.
    2 points
  25. Dobra, skoro nadchodzi epilog, to może powinnam nadgonić komentarze. Szczególnie, że dużo się działo. Nie spodziewałam się, że dostaniemy od Niki odpowiedzi tak bardzo wprost. Nie żeby mi się to nie podobało, bo podoba się bardzo, po prostu to dość nietypowe dla autorki. Ogółem, choć myliłam się co do wielu rzeczy, to sądzę, że odgadłam i tak całkiem sporo (Cadance żyje bardzo długo, a Cocoon spełniała się cieleśnie). A wyłożyłam się głównie na Lunie. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że Luna może być dalej Nightmare Moon, choć raczej jest jednocześnie Luną i Nightmare Moon. I lubię ją taką bardziej niż sztucznie grzeczną i miłą Lunę, która brzmiała dla mnie nieco irytująco. Sam beef Luny i Cadance i jego rozwiązanie jest ciekawy, choć mam wrażenie, że w ich relacji Cadance jest dużo, dużo gorsza. Oczywiście, że Luna jest o nią zazdrosna, bo ta ją tak łatwo zastąpiła i dostała miłość Celestii. Do tego Luna wiedziała czym naprawdę Cadance jest, co na swój sposób musiało ją drażnić, bo nie do końca wiedziała jaki jest cel tej szarady, poza tym, że jej siostra czuła się samotna. Mogła łatwo odebrać to jako policzek wymierzony właśnie w nią. Czy mogła rozwiązać całą sytuację lepiej? Tak, jeszcze w Equestrii, a nie na Księżycu. Mogła się z Cadance i Celestią otwarcie pokłócić i powiedzieć z czym ma problem. Ale wtedy nie byłaby Luną, prawda? Natomiast Cadance jest na swój sposób wręcz bezczelnie głupia. A raczej, ma wielki ból rzyci, że jej życie to kłamstwo. Nienawiść do Luny to w rzeczywistości projekcja nienawiści do siebie samej. Bo Luna wróciła, jest blisko Celestii i jej nie loffcia. Jakby, Cadance, gurl, naprawdę myślałaś, że alikorn, który ma ponad 1000 lat na karku się nie skapnie, że jest z Tobą coś nie tak? Celestia zrobiła to od razu, czemu z jej siostrą miałoby być inaczje? Szczególnie, że prosiłaś, by ci bachorka zalikornizowali. I to bękarta Shininga, na dodatek. Cadance, pls. Czarę goryczy przelała akcja na urodzinach. Bo mam wrażenie, że w rzeczywistości, Luna chciała jakiegoś pojednania. Chyba że szałamaja ma jakąś moc dręczenia podmieńców, o której nie wiemy. Na pewno ciekawy jest dobór melodii, który wybrała. Czyżby jako znak, że przeszłość jest skomplikowana, ale ona wie? Ze wszystkich rzeczy, które Cadance mogła zrobić - przyjąć dar, pogadać szczerze i jakoś sobie wybaczyć po latach albo po prostu wyprosić Lunę, ta zdecydowała się zranić ją tak bardzo jak można w tych warunkach. Zrobiła to specjalnie i perfidnie. Zarówno zniszczenie szałamaji jak i wyciągnięcie tego pamiętnika. Jak na kogoś, kto próbował zamordować Celestię, to czytanie wstydliwych wspomnień Luny i jakikolwiek brak refleksji nad sobą trochę trąci tu hipokryzją. Cadance chciała po prostu upokorzyć Lunę tak bardzo jak tylko się da. I została za to słusznie ukarana. Nightmare Moon bardziej chciała udzielić jej lekcji niż naprawdę zabić. I o tym świadczy zarówno rozmowa z Twilight w ostatnim rozdziale jak i to, że jej nie dobiła. Ba, mam wrażenie, że skomplikowane i sprzeczne emocje NMM nie dotyczą tylko Celestii. Wiemy, że Luna kocha Twilight. I pewnie dlatego przemieniała się w Thoraxa - by poczuć się kochaną. Swoją drogą, ciekawe kogo szukała w przeszłości i kto śnił wtedy o Lunie? ...czyżby Shining Armor? Może Shining o niej wiedział i fantazjował, może był nią zauroczony, może Luna wyczuła to z Księżyca? A potem, kiedy po raz pierwszy przeszukiwała sny po powrocie, w jego snach znalazła Cadance. Okres czasu się zgadza, A. jak Armor się zgadza. Rasa się zgadza. Później dowiadujemy się, że Cadance też wiecznie siedziała w księgozbiorze. Więc kimkolwiek ten on jest i był, jest szansa, że ją znał i się w niej zabujał. Niektórzy powiedzieliby, że Luna miała kogoś przed wygnaniem, ale wtedy nie mogłaby tak łatwo wrócić dla niego - ten ktoś też musiałby być nieśmiertalny, poza tym nie mieszkały wcześniej w Canterlocie, tylko Everfree. I moglibyśmy zadać pytanie, czemu Celestia odpowiedziała Flurry, by najlepiej zapytała Luny o co jej chodzi. Z prostego względu - Celestia jest w rzeczywistości najważniejszą klaczą na Księżycu, ale o tym później. Celestia doskonale wie o co chodzi. O to jak bardzo toksycznie Luna zabiega o miłość innych. Jak bardzo zazdrości jej innym. Dowiedzieliśmy się też sporo o Twilight, Chrysalis, Cocoon i Starlight. O tym jak Twilight coraz bardziej odjeżdżał peron i jak bardzo traciła wszystkich PRZEZ SIEBIE i SWOJE OBSESJE. Ba, Twilight pod koniec swojej konfrontacji z Celestią, podczas zesłania sama przez chwilę to pojmuje. Ale chyba nigdy tego nie zaakceptowała. Ba, przez cały rozdział 17 i teraz, i dawniej cały czas obwinia innych. Bo powinni piać z zachwytu nad jej cudowną przemianą. A w ogóle, to na pewno Trixie chciała zrobić z niej wariatkę, wcale Twilight nie robiła jej z siebie sama. Jeśli ktoś już jej w tym pomógł, to prędzej Luna. Jestem bardzo ciekawa jaką rolę w tej historii mieli jeszcze Thorax i Luna. Thorax ewidentnie zorientował się, że z Twilight stało się coś nie tak, ale przynajmniej na razie nie wiemy by zareagował. Ale może zareagował, a Twilight o tym nie pamięta? Może to doprowadziło Twilight do stanu "muszę się pozbyć innych księżniczek"? Poza tym: Wiedziałam, że ona wtedy miała problem z piciem jego miłości xD Jestem pewna, że on wiedział, że ona wcale nie wyczytała tego w książce i dowiedział się w końcu, że buszowała w tamtej komnacie. Ale myślę, że to, co go przeraziło wydarzyło się dopiero po rozmowie z Luną. Tej, w której Luna pośrednio ostrzega Twilight przed czarną magią. Twilight użyła czarnej magii do swojej przemiany. Ale na początku jeszcze nie była tak psychicznie niestabilnie, nie była jeszcze Nightmare wersją Imagination Dominy. Tak jak Luna może przybierać formę NMM, ale nie być w pełni NMM. I myślę, że przybierała ją przed swoją pamiętną przemianą. Bo Luna podczas ich wspomnianej rozmowy w rozdziale 16 doskonale wiedziała, co Twilight robi. To co jej powiedziała, było zarówno ostrzeżeniem jak i czymś w rodzaju "gratuluję, jesteś tak samo zgubiona jak ja, lol". Ironią jest to, że Twilight, która pije miłość Thoraxa czuje się osamotniona. Dosłownie przynajmniej Thorax ją kocha. Ba, podejrzewam, że jakby w odpowiednim momencie powiedziała komukolwiek i go posłuchała, to nie doprowadziłaby do tej całej kaskady. Świadczą o tym nawet pożegnalne słowa Starlight Glimmer - żeby choć raz w życiu to Twilight kogoś posłuchała. No i Cadance też wiedziała/podejrzewała. Musiała już wtedy czuć od Twilight zapach, ale mogła myśleć, że to przez Thoraxa. Poza tym, naprawdę widziała ją wtedy w łazience, z jakiegoś powodu ją szpiegowała, w jaki sposób użyła do tego motyla, tego nie wiem. Może tak naprawdę może się przemieniać, tylko zazwyczaj tego nie robi? Swoją drogą ciekawe, że spotkały się w Ponyville. W kwestii Starlight, bardziej interesujące jest to, co Luna o niej opowiedziała ustami Thoraxa i to, co faktycznie zrobiła Twilight. Sądzę, że Luna to zmyśliła, wyciągając obawy i lęki Twilight. Prawdziwa Starlight wydawała się... niechętna do robienia krzywdy Twilight. Czy ona po prostu Twilight nienawidziła, czy bardziej miała do niej ostry żal przemieszany z nienawiścią? W końcu Twilight, księżniczka przyjaźni i jej przyjaciółka zupełnie ją olała, kiedy ta najbardziej potrzebowała jej pomocy. A mimo wszystko, dała jej sensowną radę, powiedziała, że nie chce jej więcej oglądać i poszła się spełniać życiowo wśród swoich prawdziwie kochających bliskich. Brzmi zdrowo. Inna rzecz, co faktycznie zaszło z jej ojcem. Z kontekstu brzmi jakby zabił Chrysalis udającą kucyka i za to poszedł siedzieć. Choć Celestia i Luna nie zgadzały się co do kary. Ale czemu zabił Chrysalis udającą kucyka? Bo zrobiła coś Fortune Wheel, zabiła ją albo udawała Fortune Wheel? Bo zagrażała Starlight i innym? Skąd miał pewność, że to nie jest Fortune Wheel? Jestem w stanie zrozumieć czemu ojciec Starlight poszedł za to do więzienia. Jestem w stanie pojąć, że Twilight mogła się zgodzić się z tym wyrokiem. Ale mimo wszystko mogła coś zrobić. I to coś więcej niż zaopiekować się Starlight w tym czasie. Mogła wsadzić jej ojca do lżejszego więzienia czy nalegać na łagodniejszy wyrok. O to, by miał regularne widzenia z córką. W końcu chłop nie zamordował niewinnej, przypadkowej osoby, tylko z punktu widzenia kucyków DOSŁOWNIE POTWORA, KTÓRY PRÓBOWAŁ ICH PODBIĆ PARĘ RAZY I NA NICH ŻEROWAŁ. Dyplomacja dyplomacją, Thorax relacja Thorax relacją. Ale Twilight robi to co zawsze w tym fiku - unika odpowiedzialności. Wciąż, jaki udział miała Cadance w śmierci Chrysalis? I o co kłóciła się z Luną na stypie? Swoją drogą, zabawne, że z rozdziału 5 dowiedzieliśmy się kto jest kotem. Martwy kot w pudełku. Jak to co zostało z Chrysalis. Dopiero teraz do mnie dotarło, że Trixie chyba była zabujana w Twilight. Okej, jeśli chodzi o romansy i zarywanie, to nie jestem najostrzejszą kredką w piórniku, raczej pastelą suchą w bloczku. W sumie, zabawne byłoby jakby Trixie i Starlight w końcu ściągnęły je z tego Księżyca, właśnie dlatego. I również dlatego, że Starlight nie ma problemu z akceptacją odrzucenia. Swoją drogą, Cadance, Luna i Twilight dzielą ten sam typ wybrakowania - wszystkie trzy są głodne miłości jak cholera, zazdrosne i niemal oszalałe na jej punkcie. A wszystkie trzy ją mają. Od Celestii, Shininga, Thoraxa. I tu mamy kolejne wskazówki - Luna pamięta, że stworzyła Change i kazała jej przybierać postać Celestii i wydobywać miłość z siebie, by potem malować nią na ścianach. Okej, Change w takiej formie jak mówi Luna nigdy nie istniała, ale Luna mogła sama wydobywać z siebie miłość i faktycznie malować nią po ścianach. Przemieniona Twilight dawała do picia miłość zarówno Cadance jak i Lunie, żadna nie skomentowała. W przypadku Luny nie wiemy, czy próbowała. I tu wchodzi Celestia, cała na biało, cała przemieniona. Celestia przyznała się, że to ona była Change i wiemy, że to ona opowiedziała Lunie historię przed pierwszym zesłaniem. Z drugiej strony, notatki pisała Cadance. Moglibyśmy założyć, że Celestia: a) kłamie b) miała inny udział w sprankowaniu Twilight Ale nie sądzę, że Celestia odniosła się do czegoś innego. Co takiego wiemy o Celestii? 1. Zna czar przemiany w alikorna. 2. Była jedynaczką o imieniu Filomina. 3. Była Change. 4. Wiedziała niemal o wszystkim co się działo i dzieje. 5. Wyprodukowała Flurry. 6. Przeniosła Twilight na Księżyc. 7. Wie zadziwiająco wiele o miłości. I o klatkach. 8. Śmierdzi. 9. Mówi, że Księżyc sprawiedliwie karze. 10. Używała czarnej magii. A co Luna mówiła o czarnej magii... Właśnie. Czyżby Celestia też była spaczona, ale lepiej to ukrywała lub poszła z tym dalej, dokonując dalszej przemiany? W końcu była Filominą, Change i Celestią. 11. Twierdzi, że Cadance ma 200 urodziny - Cadance i Luna się nie zgadzają. Ale Cadance nie wie ile ma lat i kiedy ma urodziny, a Luna siedziała na Księżycu, po prostu nie rozumie jakim cudem Celestia może to wiedzieć. Tu chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz - ile czasu minęło. Na pewno dość by Flurry dorosła. Niby Flurry dorastała bardzo wolno, ale skąd Twilight mogła też o tym wiedzieć? Przecież Twilight w ogóle nie wiedziała jak płynął tu czas. Ale czas na Księżycu trwa inaczej. 1 doba księżycowa to ziemski miesiąc. Rok ma 12 miesięcy. Nie wiemy ile lat ma Flurry, ale załóżmy, że może równie dobrze mieć ok. 20. Załóżmy, że na Księżycu upłynęło 20 lat. Czyli 240 miesięcy. Jakby to były miesiące ziemskie. Ale paradoks jest taki, że na Ziemi nie minął rok. Wszyscy ich bliscy mogą żyć, mogą zastanawiać się gdzie oni są i jak ich ściągnąć. I ok, może i doba księżycowa trwa miesiąc, ale wtedy Celestia nie byłaby w stanie wyznaczyć dokładnej daty urodzin Cadance. Po prostu oznaczałoby, że Cadance ma urodziny w tym miesiącu. I normalnie może by tak było, a może i jest, ale w magicznym świecie to może odnosić się do tego, że czas tam trwa dosłownie inaczej. A nie że doba ma inną długość. Nawet 20 lat takiego wyroku na pewno odczułoby się jak nieskończoność. Poza tym, gdyby chodziło o zwykłe zjawisko astronomiczne, to Twilight by się chyba zorientowała. Coś mi się wydaje, że Luna powstała w podobny sposób co Flurry. Tylko niekoniecznie zrobiła to Celestia, tylko ktoś, kto zrobił to również jej. Sądzę też, że Celestia doskonale wie jak wydostać się z Księżyca, ale nie chce tego zrobić. Przynajmniej nie dopóki nie odpokutują za swoje grzechy, nie zostaną ukarane i nie oczyszczą się ze swoich kwasów. Do tego pytanie o szkatułkę dotyczyło tego, czy chowaniec jest żywy, czy martwy. A nie, czy jest kotem, czy chowańcem. Poza tym Nemesis w tej wersji ma zarówno Chrysalis jak i Imago. Twilight zapytała Celestię, czy ta jest Nemesis, a ta jej powiedziała, że to jej pytanie i odpowiedź. Interesujące jest też to, że Chrysalis i Cocoon wiedziały o rozłamie Celestii z Luną i cieszyły się, że tak nie skończyły. Imagination Domina, próbując wygnać Celestię myślała, że umiera. Ale w ciemności przemieniła się w Twilight. Dlatego jest jednocześnie żywa i martwa, bo znalazła się w pudełku jakim jest Księżyc. Pytanie więc brzmi, czy jest żywa czy martwa. Tak jak Nightmare Moon. Tak jak Filomina w klatce. Celestia sama przeniosła się na Księżyc, by ich nie zostawiać. I myślę, że robiła to już wcześniej. Odwiedzała Lunę jako Change, by ta miała się na kim wyżyć. I umie wyciągać miłość. Bo w istocie jest Change. I właśnie dlatego trzymała to wszystko w sekrecie - kłamiąca przed wszystkimi Cadance, Twilight, której odwaliło i je zesłała oraz przemieniła się w to, co uważała za Chrysalis 2.0. Choć absolutnie nie znała Chrysalis. I tak się teraz zastanawiam, czy może nigdy nie było Fortune Wheel. Może to zawsze była Chrysalis. Chrysalis, która chciała zacząć nowe życie, a przerażony ojciec GlimGlam po odkryciu z kim chodzi zareagował na ostro? Bo w końcu była zdolna do miłości. Ale czemu wyrwała Cadance acordię? I tu powiem, że ten wątek pojawił się za późno. Nie jest to duży problem, ale naprawdę, lepiej by było jakbyśmy wcześniej wiedzieli, że coś takiego istnieje. Celestia jest autorką tej legendy. Sama powiedziała, że jest Change. I że to jej zamek. Tak samo jak była autorką opowieści o jedynaczce Filominie. >tworzyli z tego, co oferował im Księżyc Celestia potrafi stworzyć tort z błota. Zapomniała dokładnej inkantacji, bo dawno tego nie robiła. Myślę, że to prawda. Pytanie kto był pierwszy... Change czy Filomina? Ogółem, z całego fika chyba najbardziej utożsamiam się właśnie z Celestią, która tam siedzi z nimi i znosi ich ciągłe fochy, boczenie się i problemy. A jednocześnie ma wyrzuty sumienia, że nie rozwiązała tych problemów wcześniej. Bo chciała utrzymać iluzję szczęścia. I sama chciała być kochana. Ale żałuje, że Twilight stała się czym się stała. Myślę, że Celestia chciała, by Twilight kogoś miała, by nie skończyła jak Luna. By po prostu była szczęśliwa. Problem w tym, że Twilight, nawet jeśli Celestia sugerowała jej dobre decyzje, to była niezadowolona, bo robiła je po to, by ją zadowolić. Nawet jeśli nie było w tym prawdziwej presji. Szczególnie, że Celestia nie sądziła, że Twilight faktycznie postanowi przemienić się w Imagination Dominę. Ba, mam pewne wrażenie, że Celestia czekała aż Twilight powie jej to ostre "nie". Celestia odmówiła też uleczenia Cadance, bo ta nie chce być uleczona. Może o to w tym wszystkim chodzi? Że one muszą najpierw się same pokochać i zaakceptować zanim pozwoli im wrócić? Bo póki co są zwyczajnie toksyczne. Celestia zleciła Twilight zagadkę po to, by ta mogła się ze sobą skonfrontować, przestać użalać nad sobą i nad całym światem i zmierzyć wreszcie z problemami. I choć była wściekła na urodzinach Cadance - ponieważ wiedziała, że będzie przypał, to koniec końców wyszła i dała im to rozwiązać między sobą. I myślę, że to mogło zadziałać. Bo Luna wydaje się być teraz dużo, dużo lepsza niż była. Ba, rozmowa z Twilight wskazuje, że do Luny dociera jej poziom własnego delulu, kiedy patrzy na to od Imago. I czy Celestia jest Nemesis? W sumie myślę, że niekoniecznie. To Cadance podsunęła Twilight, że stanie się nową Chrysalis i napędziła całą spiralę nieszczęścia. I podejrzewam, że powodem była tu nienawiść do innych podmieńców. I zawiść, że te mogły się zmienić. Pytanie czemu Cadance się oślepiła.
    2 points
  26. Dziękuję za komentarz. Przyznaję, że pewne rzeczy mogłam zrobić lepiej. Z drugiej strony chciałam, by każdy rozdział dostarczał nowych wrażeń. Najwyraźniej przesadziłam. Uwaga, uwaga, Rozdział 17 Epilog jutro
    2 points
  27. Wielka chwila, wielki rozdział, ale czy takie wielkie zaskoczenie? Rozdział szesnasty w całości został poświęcony urodzinom Cadance, do których nieuchronnie zmierzała cała fabuła i przed którym autorka konsekwentnie budowała napięcie. Mając za sobą tenże odcinek "Nowoczesnej baśni o Księżycu", trudno mi oprzeć się wrażeniu, że opisana "celebracja" ma w sobie coś realistycznego, coś życiowego, z czym niejeden odbiorca mógłby się utożsamić. Oczywiście nie mam na myśli tego w sposób dosłowny, chodzi mi o schemat - zbliża się jakaś okazja, za sprawą której w jednym miejscu gromadzi się pula osób, z których część ma ze sobą na pieńku, część ma jakieś tajemnice, początkowo nie wygląda to źle, ale z czasem złość wychodzi na wierzch i spotkania nie da się już spędzić spokojnie, cały nastrój, pominąwszy ogólne napięcie/ dyskomfort, pryska i ogółem jest nieprzyjemnie. Tu w roli takiego krewnego, który mimo wszystko się zjawia, chociaż miało go nie być, a z którym solenizantka ma problem, wystąpiła księżniczka Luna. Twilight natomiast, obsadzono w roli tej, która początkowo jest dobrej myśli, ale bardzo szybko spotyka ją szok, rozczarowanie, a Celestia jest tą, która zorganizowała większość przyjęcia, ale po tym jak wybucha awantura, wychodzi zażenowana. A Flurry jest tą gościnią, która siedzi i patrzy jak się rodzinka żre między sobą i milczy jak mumia. Wszystko poszło nie tak. Goście, włącznie z solenizantką, bardzo szybko zapomnieli o tym, że to miały być urodziny. Także co by nie mówić, nastrój był typowo rodzinny. Generalnie rozdział spełnił moje oczekiwania wobec zapowiadanych przez cały fanfik urodzin. Obawiałem się, że te wielkie zapowiedzi mogą okazać się częściowo daremne (no, że w całości okażą się puste to fanfika nie podejrzewałem) w sensie, że cokolwiek, co się na tym etapie stanie, nie sprosta budowanym u czytelnika oczekiwaniom. Wątek najzwyczajniej w świecie mógł "nie dowieźć" potencjału. Ale "dowiózł". Długo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że największym zaskoczeniem jest fakt, iż autorka wyjątkowo wyjawiła rozwiązania większości zagadek tak prosto z mostu, głównie ustami Pani Nocy, chociaż Cadance także wiele nam zdradzi. Zwykle wysyłane są nam znaki, tekst pisany jest w taki sposób, by nic nie było pewne, by czytelnik musiał użyć wyobraźni, poszukać wskazówek, popatrzeć na rzeczy pod innym kątem i wysnuć własne wnioski odnośnie tego, co się wydarzyło i jakie było znaczenie poszczególnych scen. Chyba najbardziej enigmatycznym pod tym względem opowiadaniem było "W oczekiwaniu na Solarną księżniczkę". W "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" jest inaczej; otrzymujemy odpowiedzi na większość pytań, a przywołane głównie w retrospekcjach wydarzenia dostają ten prawdziwy kontekst, w którym należy je rozumieć. Zaprezentowane rozwiązania zagadek nie okazały się rozczarowujące, ani zbyt zakręcone, zważywszy na mnogość szalonych teorii, z jakimi można by wyjść w trakcie lektury, jednocześnie nie okazały się aż tak szokujące. A dlaczego? Trudno mi powiedzieć; podejrzewam, że na tym etapie, po piętnastu rozdziałach, czytelnik powinien mieć już własne mniej lub bardziej śmiałe teorie o tym, o co tu chodzi i co się stało, a jednocześnie powinien nie tylko oczekiwać, a wręcz spodziewać się, że [coś] lada moment zostanie ujawnione, więc kiedy ów moment wreszcie następuje, przyjmuje to z ciekawością, może chęcią zweryfikowania tego jak wiele udało mu się odgadnąć, ale niekoniecznie z szokiem. Bardziej jest to: "O, to ciekawe!", aniżeli: "Wow, kto by pomyślał?". Także w moim przypadku wyszło pozytywnie. Rozdział ilością stron nie odstaje zbytnio od poprzedników, tempo ujawniania po sobie kolejnych tajemnic jest imponujące, ale nie czułem, że łapie mnie zadyszka, właściwie, wraca to do tego, od czego zacząłem ten komentarz - przejście od względnie miłych urodzin do awantury, to jest moment, a gdy emocje ośmielą gości, słowa po prostu się wylewają z ich ust, a my jesteśmy bombardowani rzeczami, których po wszystkim chyba wolelibyśmy nie usłyszeć. Jednakże o ile zagadki miały swój build-up, o tyle nie wszystkie dotyczące ich szczegóły (wskazówki) zgrały się idealnie ze sobą. Niektóre mogą wydać się wprowadzone zbyt późno, może nawet wyciągnięte nagle. Ale prześledźmy sobie to, co pada podczas tych nietypowych urodzin. UWAGA NA SPOILERY - ROZDZIAŁ SZESNATY ROZWIĄZUJE WIĘKSZOŚĆ WĄTKÓW W FANFIKU, A DALSZA CZĘŚĆ KOMENTARZA BĘDZIE OMAWIAĆ JEGO TREŚĆ, CZYLI BĘDZIE ZAWIERAĆ SZCZEGÓŁY DOTYCZĄCE FABUŁY! ZDRADZI WIELE, POPSUJE NIESPODZIANKI! ZOSTALIŚCIE OSTRZEŻENI! Zaczyna się niewinnie, bo od życzeń. Cadance wydaje się zaskoczona, ale nie sprawia wrażenie pocieszonej. Właściwie, odtrąca od siebie Celestię, dość gwałtownie. Więc od początku nie jest za wesoło. A potem zjawia się Luna, wystrojona elegancko, acz niekoniecznie wedle kanonów obecnej epoki. A przynajmniej tak nakazuje sądzić wyobraźnia. W każdym razie, jest przesadnie ubrana, zwłaszcza w porównaniu z pozostałymi bohaterkami. Chociaż ta zachowuje się spokojnie, a nawet taktownie, od razu czuć, że awantura wisi w powietrzu. Już jest niekomfortowo, Celestia już zaczepia Twilight i pyta co to ma znaczyć, jest nerwowo. Czytelnik czuje, że chwila nieuwagi i postacie "pojadą po bandzie". Ciekawa jest informacja, jakoby Celestia tak naprawdę nie wiedziała kiedy urodziła się Cadance. W sumie, to najwyraźniej sama Cadance nie wie. Niby nic wielkiego - skoro nie wiadomo, wystarczy przyjąć jakąś datę i się jej trzymać, prawda? No tak, ale jest problem - skoro nie wiadomo kiedy, to skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, że to akurat dwusetne urodziny? Mamy zatem pierwszy sygnał, że być może jesteśmy zwodzeni nawet co do tego, ile upłynęło czasu. Owszem, Flurry jest doroślejsza, ale nadal nie wiadomo konkretnie ile ma lat. Zresztą równie dobrze może zachowywać się dojrzale jak na swój wiek. Czyli niekoniecznie jest "stara". Twilight nawet nie zdążyła dać Cadance przygotowanego prezentu. W sumie, to Celestia chyba też. Ale Luna nie przyszła z niczym i ona tak dla odmiany swój podarek zdołała przekazać. Jak się okazuje, przybyła z muzyką. Domyślam się, że zagrała bardzo ładnie. A potem Cadance pyta, czy może wziąć szałamaję w kopyta. Luna się zgadza. Ale widać, że niechętnie. I od razu wiadomo jak to się skończy. Szałamaja nie przeżyła 😞 Jeden z elementów nawet został połknięty przez Cadance. A potem rozpoczyna się istny wieczór zwierzeń. Dowiadujemy się dlaczego obie tak się nienawidzą, okazuje się też, że Luna zna sekrety Cadance. Jeżeli ktoś z Was spekulował, że to Cadance jest Podmieńcem, to gratuluję - bo faktycznie nim jest. Początkowo zaprzecza, lecz kiedy Celestia zdradza, że ona także to wie i wiedziała od początku, księżniczka Miłości odpuszcza i mówi wszystko. Dowiadujemy się o co chodziło ze zwracaniem ciastek, a także dlaczego tak obficie się perfumowała. Ze zwracaniem pokarmu wszystko w porządku, bo otrzymaliśmy tę wskazówkę niemalże na samym początku fanfika, w taki sposób, że siedzi to w głowie, więc tu jest spójnie. Z zapachem natomiast... jest pół na pół. Tak, odpowiednio wcześnie otrzymaliśmy informacje o tym, że Podmieńcy posiadają swój charakterystyczny zapach, który pozwala ich zidentyfikować. I interakcje Twilight z Flurry nakazują sądzić, że to ta pierwsza ukrywa przed pozostałymi swoją prawdziwą formę. Tu wszystko w porządku. Ale jest druga połowa, czyli nawyki Cadance dotyczące higieny. Informację o tym, że zawsze miała mnóstwo perfum, których sobie nie szczędziła, pada jednak zbyt późno i domyślam się, że autorka chciała odpędzić od niej podejrzewania, coby domyślenie się, że to o nią chodzi, nie nadeszło w głowach czytelników zbyt łatwo, zbyt wcześnie. Z drugiej strony, myślę, że byłoby lepiej, gdyby jednak zarzucić małą podpowiedzią jakoś wcześniej, zwłaszcza, że w rozdziale czwartym było mnóstwo idealnych ku temu okazji. Na przykład: Jest to cytat z rozdziału czwartego. A teraz dodajmy mały hint: Na przykład. Jest to jedno z wielu miejsc, w których możnaby coś podobnego wstawić. I tyle. Reszta historii zostaje tak jak jest. Więc kiedy czytacie rozdział piętnasty, przypominacie sobie ten fragment z rozdziału czwartego i dodajecie jeden do jednego w Waszej głowie, że faktycznie, Twilight już za młodych lat zwracała na to uwagę, bo to było dla Cadance bardzo charakterystyczne. Idąc dalej, chociaż Luna nie wymienia jej z imienia, wspomina o "bieluchnej klaczy", którą najpewniej jest Constans, o której dowiedzieliśmy się "przed chwilą". Podczas gdy wcześniej były idealne okazje ku temu, by o niej wspomnieć. Około rozdziału czwartego chociażby. Znów, jest trochę pół na pół, gdyż odpowiednio wcześnie dowiadujemy się, że Flurry nie nazywa Cadance matką, wręcz jest pewna, że nią nie jest. Ale jest ta druga strona medalu - jeżeli już mamy poznać możliwą matkę z imienia, dowiedzieć się o jej związkach z Shiningiem, mogliśmy otrzymać wskazówki ciut wcześniej. Chociaż w tym wypadku pewnie natychmiast szłoby się domyślić, że skoro matką Flurry nie jest Cadance, to na 99% jest nią Constans, ale... nie wydaje mnie się, by akurat ta zagadka była aż tak istotna. Poza tym, nawet gdybyśmy wiedzieli, to nadal pozostają pytania - jak to się stało, że mała Flurry ostatecznie trafiła do Cadance, czy Constans nie miała nic do powiedzenia, czy Cadance wiedziała o "skoku w bok" męża, a może wręcz miała z nim taki układ, a jeżeli owszem, to dlaczego? W rozdziale szesnastym dostalibyśmy odpowiedzi - Cadance nie mogła mieć dzieci, a Shining chciał źrebaka, a że ona najwyraźniej kochała go aż tak... Lecz zwracam uwagę na to, tak czy inaczej, Nika zrobiła całkiem dobrą robotę z foreshadowingiem i podpowiedziami do zagadek, zrobiła to zupełnie inaczej, niż ja zazwyczaj robię, gdyż osobiście ciężko mi złapać balans między podpowiadaniem, dawkowaniem wskazówek, a atakowaniem odbiorcy zwrotem akcji nagle, coby mieć pewność, że nie będzie się tego spodziewać. Stąd masa rzeczy w mojej twórczości nierzadko wyskakuje jak z kapelusza. Bo przede wszystkim obawiam się, że zdradzę zbyt wiele, zbyt wcześnie, więc wolę w ten sposób. Ale tutaj mamy odpowiednio stonowane podpowiedzi, jest element zwodzenia (w który nie bardzo umiem, ale staram się), jest plan i całość jest wykonana z sercem, toteż nadal oceniam to pozytywnie - po prostu chodzi mi o to, że niektóre elementy, skoro już są, to mogły pojawić się wcześniej i byłoby to dla nich odpowiedniejsze miejsce w historii. No i faktycznie okazuje się, że Luna jednak nie jest taka niewinna, taka biedna, jak mogliśmy sądzić. Po ostatnim rozdziale trochę się tego spodziewałem i trochę obawiałem (w sensie, że reveal nie wyjdzie), ale ostatecznie wyszło to całkiem zgrabnie. Głównie dzięki słowom Cadance, jakoby Luna specjalnie przegrywała w karty, specjalnie ustawiała się w roli ofiary, by wzbudzić u Twilight współczucie - postawiły tę postać w zupełnie innym świetle, zmieniło kontekst jej relacji z pozostałymi księżniczkami, a dzięki odpowiednim nacechowaniu emocjonalnym moment ten naprawdę mi podszedł i został w głowie. Reakcja Luny nie zawiodła. Oj, nie zawiodła. Bardzo dobrze, że między tym fragmentem, a jej "wybuchem", dostaliśmy krótką retrospekcję. Z której dowiadujemy się trochę więcej o tym, czym była, jako byt, Nightmare Moon i jakie jest jej znaczenie w kontekście postaci, której "dotyka". Mianowicie, wedle Luny, jest to "ja idealne", które "nie umiera nigdy". Jest to nowe, lepsze, wymarzone ciało, pozwalające postaci prawdziwie zaspokajać swe pragnienia. Tak w ogóle, to patrząc na to z perspektywy Luny, można mieć wrażenie, iż miała swe powody, by żywić do Cadance te, a nie inne uczucia, można nawet częściowo rozumieć jej zawiść. W ogóle, zarówno w tej scenie, jak i po powtórnej przemianie w Nightmare Moon i ataku na Cadance, mamy masę interesujących, drobnych detali, sugerujących różne rzeczy, co dodatkowo rozbudowuje kreację Luny/ Nightmare Moon, czyniąc z niej... chyba moją ulubioną postać w tym fanfiku. Co aż do tej pory nie było dla mnie takie oczywiste, gdyż cały fanfik pełen jest znakomicie napisanych postaci, ciężko tu kogoś jednoznacznie wskazać. W każdym razie, Nika doprowadziła do sytuacji, w której da się współczuć zarówno Lunie, jak i Cadance, chociaż w pewnym sensie obie są siebie warte - powstały problem "rozwiązują" między sobą w najbardziej toksyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Podobnie jak z Twilight i jej uległością wobec Celestii, masa rzeczy w ogóle nie miałaby miejsca, gdyby cokolwiek spróbowały rozwiązać inaczej. Oczywiście nie mogło zabraknąć podmieńcowego światotowrzenia. Wiedzieliście, że Podmieńce mają arcordię? To teraz już wiecie. Za co arcordia odpowiada? Między innymi za możliwość przemieniania się. Dlaczego Cadance nie mogła się zmieniać? Odsyłam do poprzednich rozdziałów, które sugerowały, że Chrysalis, po tym jak ją uwięziła, zrobiła jej coś okropnego. Ponownie, elementy układanki satysfakcjonująco lądują na swoich miejscach. Mam jednak pewien niedosyt, związany z pamiętnikiem, który wpada w Twilight w kopyta. Co tam było? Ależ intryga Nie jestem pewien czy będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat w kolejnym rozdziale, zważywszy na to, jak kończy się ten, który omawiam teraz. Swoją drogą, kończy się perfekcyjnie. Jest to idealny cliffhanger i zarazem powrót do jeszcze jednej, szalenie ważnej tajemnicy, o której mogliśmy trochę zapomnieć. Sprawdźcie sami Napięcie przed urodzinami chyba przegrywa z napięciem przed rozdziałem siedemnastym po tej końcówce. Nie mogę. Się. Doczekać. Z innych rzeczy - Thoraxa istotnie nie było na Księżycu, ale była na nim Change. I to ona "korzystała" z machin tortur, które wcześniej znalazła Twilight. Przemieniona w Celestię, co było symboliczną formą zemsty ze strony Luny. Jak widać nie tylko nie jest biedna ofiarą, ale wręcz... jest zła do szpiku kości! Flurry otrzymuje też znaczek i zmienia swoje nastawienie do Cadance, co było bardzo miłym, ciepłym akcentem po tym, co zaszło. Naprawdę przyjemny moment. Ogółem, jest to bardzo ważny rozdział, punkt kulminacyjny, który wyjaśnił wiele, ale po którym zostało jeszcze parę niezałatwionych spraw. I jak niemalże przez cały czas do tej pory, tak i teraz jestem niepewny wobec tego czy poradzę sobie z prawdą, o której wiem, że nadejdzie i to już niebawem. Moment, w którym kreacje bohaterek naprawdę lśnią, w którym wiele się dzieje, dzieje się szybko i w sposób całkowicie bezkompromisowy, barwny i emocjonalny, w mrocznej otoczce z kilkoma cieplejszymi przebłyskami. Wciąga od pierwszego zdania, a po wszystkim zmusza do powrotu do poprzednich rozdziałów i ujrzenia opisywanych rzeczy w nowym świetle. Maski, które przywdziały postacie, stają się niewidoczne; wiemy kim są i widzimy jakie są, więc powtórna lektura staje się niby podobnym, lecz nowym doświadczeniem. I tym większa jest radość z wyszukiwania detali na nowo. Autorka wiele zaryzykowała, lecz sądzę, że opłaciło się; jest to finał satysfakcjonujący, klimatyczny, generalnie spójny z tym, co wydarzyło się do tej pory, ukazujący prawdziwe "ja" pewnych postaci, ale nie zdradzający wszystkiego od razu, niezmiennie trzymający w napięciu przed konkluzją. Postacie, do tej pory napisane bardzo dobrze, w pełni rozwijają swe skrzydła i wchodzą w interakcje, w ramach których wychodzi na wierzch ich prawdziwy potencjał, a czytelnik, chcąc nie chcąc, zastanawia się za kim byłby w stanie się wstawić, gdyż mimo wszystko tło bohaterek jest niejednoznaczne, jest wielowymiarowe, chociaż pozostaje wrażenie, że wszystkie problemy między sobą mogły rozwiązać lepiej. Zatem to nie tylko pewna przywara Twilight, a Celestia nie wydaje się już taka "zła". Może to jakaś cecha księżniczek, a może przypadek, zrządzenie losu - nie wiadomo. Z drugiej strony, sytuacje, w których się znalazły, zapewne nie pozwalały na bądź nie dawały dość czasu, by na chłodno rzeczy przemyśleć, przekalkulować i wyjść z adekwatnym, zdrowym rozwiązaniem. Albo po prostu są aż tak emocjonalne, że nie potrafią. Teraz dopiero w pełni uświadamiam sobie, że pomysł, by z księżniczek uczynić główną obsadę, był kapitalny. Nie wyobrażam sobie teraz w tych rolach jakichkolwiek innych postaci. Niezmiennie gorąco polecam cały fanfik - mimo wszystko, mimo jego zalet oraz wrażeń, jakie mi dostarczył, nie jestem pewien czy pobije w moim osobistym rankingu "Ewolucję gwiazd typu słonecznego", bo nostalgia jest przepotężna, niemniej jest to tekst godzien Waszego czasu, skonstruowany w nietuzinkowy sposób, bawiący się percepcją i niekiedy emocjami odbiorcy, ale zarazem zmuszający do pewnych przemyśleń oraz pobudzający wyobraźnię. Ze znakomitym klimatem. Czekam za zakończenie! Pozdrawiam!
    2 points
  28. Bardzo dziękuję za komentarz W rozdziale 15 raczej mało było [Slice of Life] gdyż wydaje mi się, większe zainteresowanie jest zagadkami. A teraz wielka chwila: Rozdział 16
    2 points
  29. Rozdział piętnasty raczy nas paroma nowymi, może nawet szokującymi informacjami, choć niespecjalnie popycha akcję do przodu; nadal znajdujemy się na etapie "ciszy", zaś pora urodzin Cadance już się nie zbliża, a jest tuż za rogiem, toteż księżniczki zaczynają się przygotowywać. Jakby tematyka opisywanych rzeczy nie realizowała [Slice of Life] dostatecznie dobrze, tempo opowiadania pozostaje stonowane, typowe dla kawałków życia. W treść udało się wpleść parę szczegółów dotyczących postaci Cadance, do fabuły powróciła także Celestia! Scenka otwierająca rozdział nie traci czasu i z miejsca próbuje wprawić czytelnika w pewne zakłopotanie. Do tej pory spokojna, wycofana Luna, zapytana o możliwość pogodzenia się z Cadance, zaczyna szaleńczo się śmiać, czyli nagle zaczyna zachowywać się niepokojąco. Ale za moment do bohaterek zagląda Celestia, której to nie było dosyć długo (Co przez ten czas robiła?) i Luna momentalnie się uspokaja. Coś tu ewidentnie jest nie tak i być może jednak nie chodzi o Celestię, ani o Twilight. W sumie, Luna, do tej pory będącą "ofiarą" pozostałych postaci, wydaje się tu najmniej podejrzana o cokolwiek. Więc gdyby jednak to ona miałaby mieć najwięcej za uszami, to byłoby zaskoczenie. Wszakże Celestia za coś konkretnego ją karała, czyż nie? Z drugiej strony, jej dotychczasowe zachowanie nakazuje podejrzewać, że równie dobrze mogła to robić, bo taki miała kaprys, więc ostatecznie ciężko powiedzieć. Ale tak czy owak, zaskoczenie byłoby. Ale podkreślam - byłoby. Bo otrzymaliśmy już pierwszy znak, że Luna również może nie być tak do końca szczera, więc efekt nie będzie już tak potężny, jak mógłby być. Wiecie, o co mi chodzi? Z drugiej strony, może to być potrójna gra ze strony autorki - najpierw kreuje postać Luny na biedną ofiarę, cobyśmy z góry uznali, że co złego, to nie ona, by potem wysłać nam sygnał, że jednak może się okazać tą złą, podczas gdy do tej pory najłatwiej byłoby wskazać chociażby Celestię, po to, by ostatecznie pokazać, że nie, to była jakaś przedziwna chwila słabości i Luna naprawdę jest niewinna, świętsza od papieża Uwielbiam gdy tekst bawi się czytelnikiem. Oczywiście wiele się przy tym ryzykuje, głównie frustracją odbiorcy czy poczuciem zmarnowanego czasu, ale przy "Nowoczesnej baśni o Księżycu" tego nie uświadczyłem, bo fabuła robi to ze smakiem, w sposób stonowany, potencjalnie sprzeczne ze sobą sygnały nie następują zaraz po sobie, czytelnik nie jest nimi bombardowany do takiego stopnia, że już kompletnie nic nie wie, kto jest kim i co jest czym, więc jest jak najbardziej w porządku. Ale gdyby to Luna miała się okazać tą złą... Może jakiś sygnał jest nam potrzebny? Jak w tym przykładzie, na czym polega szok, a na czym napięcie: siedzi rodzina przy stole, nagle wybucha bomba, to jest szok, ale jeżeli pokaże się nam tę samą rodzinę przy stole i uprzedzi, że w pomieszczeniu jest bomba, która zaraz wybuchnie, no to zaczynamy odliczać, mamy napięcie. Wydaje mnie się, że autorka raczej chciałaby na tym etapie zbudować napięcie, aniżeli zszokować, bo z reguły szok realizuje na inne sposoby, tak, by umocnić klimat dzieła, potrząsnąć, może i wstrząsnąć czytelnikiem, lecz po to, by zaczął zadawać sobie pytania o to, o czym właściwie było wszystko to, co do tej pory przeczytał. Ale znowuż, sygnał tak "na chwilę" przed finałem, a nie wcześniej...? Przechodząc dalej, dowiadujemy się co Celestia zamierza ofiarować Cadance z okazji urodzin. Twilight swojego prezentu wprawdzie nie ukończyła, ale Pani Dnia twierdzi, że nic nie szkodzi. No, skoro tak twierdzi, to pewnie tak jest. To może zanim przejdę do rzeczy, dwie sprawy. Pierwsza, wzmianki o byciu wrakiem kucyka tudzież o zaprzestaniu mycia się przywiodły mi na myśl "Pedantkę". Tak odrobinkę. Głównie za sprawą jego tagline'u, który brzmiał: "Wszystko jest brudne." Te trzy słowa trwale związały się z moimi wspomnieniami po treści tamtego opowiadania. Druga sprawa - gdy Celestia uniosła te nożyce, przez moment obawiałem się, że zaraz tej Twilight coś zrobi, cały czas ze szczerym, szerokim uśmiechem na pyszczku. Ostatecznie do tego nie doszło, ale... był to niepokojący moment. Zrealizowany w bardzo prosty sposób, w punkt. Przy okazji, Celestia z nożycami kogoś mi przypomniała, chociaż potrzebowałem chwili, by pojąć kogo konkretnie: A teraz sedno, czyli co nieco o Cadance. Oraz o osobach z jej otoczenia, jak się okaże niedługo potem. Dowiadujemy się, że księżniczka ta, prócz tego, że zawsze musiała być szykownie uczesana, nienagannie umalowana, drobiazgowo wypielęgnowana, to jeszcze nie szczędziła sobie najznakomitszych perfum, toteż którędykolwiek by się nie przechadzała, zapach po niej musiał utrzymywać się w okolicy dosyć długo. Ktoś powie - i co w tym dziwnego? No tak, jest to coś, czego należałoby się spodziewać po księżniczce miłości, chyba nawet niespecjalnie powinien dziwić fakt, że według fanfika Cadance miała mieć całe szafy pełne flakonów. Mamy tutaj graczy w "Tekkena"? Kojarzy ktoś najnowsze zakończenie Kazuyi Mishimy, gdzie otwiera się za nim ta wielka sala z kolekcją sneakersów? No to wyobrażam sobie, że Cadance miała coś podobnego xD Niemniej wydaje się, że szczegół ten ma nawiązywać do wątku z zapachem Podmieńców, a który to zapach ma pozwalać na definitywne zidentyfikowanie Podmieńca. I tutaj również do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza, to dlaczego fanfik tak mocno koncentruje się akurat na zmyśle węchu. Podejrzewam, że dlatego, iż wzrok można oszukać - Podmieniec może się przemienić - słuch można oszukać - nawet bez przemieniania się można głos zniekształcić albo naśladować cudzy - smakować kucyka czy Podmieńca chyba za bardzo nikt nie chce, przy dotyku powinno być podobnie jak przy doświadczeniach wzrokowych, czyli da się to oszukać. Ale węch? Niekoniecznie. Nie wiemy czy przemieniając się, istota zaczyna wydzielać inny zapach, właściwy dla tego, w kogo się przemienia czy też nie. Ale z drugiej strony - i tutaj przechodzę do kolejnej kwestii - po namyśle zdałem sobie sprawę, że węch też można oszukać. Właśnie przy pomocy perfum, które mogą zamaskować naturalny zapach rozpatrywanego osobnika. Co do pozostałych księżniczek, o ile nie ma wątpliwości, że wypadało im o siebie dbać, jakoś tylko w przypadku Cadance mamy mocno podkreślone, że obficie się perfumowała. Ale Celestia czy Luna? Raczej nie aż tak. Ale wiemy też, że Cadance rozstała się ze swymi nawykami i kompletnie się zaniedbała. Więc jej naturalny zapach powinien już "wyjść na wierzch" i gdyby miał się okazać podejrzany, to z pewnością ktoś już by ją "wyczuł". Chociażby Flurry Heart. No chyba, że tak od niej śmierdzi (od Cadance, nie Flurry), że literalnie nie da się niczego od niej "wywęszyć", poza fetorem spoconego, zabrudzonego ciała, który nie wskazuje na nic konkretnego ani podejrzanego. Z trzeciej strony, fanfik niekiedy podejmuje wątki romantyczne, dotykając tematów wrażliwych, a zapach, w tym kontekście, przynajmniej moim zdaniem, to coś bardzo intymnego, więc możliwe, że jest to kolejny element realizowania określonego nastroju, jaki autorka przewidziała na ten fanfik. A może znowu nadinterpretowuję. Ale dużo ciekawsza wydaje się tu wzmianka o postaci Constans, czyli pierwszej dziewczyny Shining Armora. O której Cadance najwyraźniej zawsze wiedziała. I z którą miała dobry kontakt. Sama Constans jest biała, w grzywie ma barwę fioletową, wpadła nawet na przyjęcie w Kryształowym Imperium, jakoś na rok przed narodzinami Flurry. No to nie może być przypadek Spójrzmy teraz na design Flurry. I przypomnijmy sobie jej słowa, jakoby Cadance jednak nie była jej biologiczną matką. Wszystko pasuje. W sumie, Flurry Heart faktycznie zachowuje się inaczej niż pozostałe księżniczki, coby się zbytnio nie rozpisywać, przede wszystkim wydaje się stabilna. Nie wiemy co prawda jaki charakter miała Constans, ale coś mi mówi, że swoje usposobienie zaczerpnęła prędzej od matki aniżeli od ojca. Nie jestem pewien czy jakieś wzmianki o Constans nie powinny pojawić się wcześniej. Skoro najwyraźniej była z Shiningiem gdy Twilight była mała i tekst sugeruje, że się znały (młodsza siostrzyczka chłopaka musiała jaśnie pannę irytować), to chyba powinniśmy już coś o niej wiedzieć? Nie sugeruję, że została wrzucona do fabuły po namyśle, ale mimo wszystko wydaje się wprowadzona dosyć późno. Dalej widzimy jak Celestia i Twilight szykują się na wielkie wydarzenie. Ta pierwsza wciela się nawet we fryzjerkę, by Twilight również mogła wpaść odstrzelona jak jak ona. Solenizantkę także planują zrobić na bóstwo. W międzyczasie mamy pogaduchy, w których trakcie przewija się parę ciekawych detali. Między innymi, Celestia przyznaje się, że to ona była Change. Co nie wydaje mnie się zbytnio szokujące. Zdaje się, że już wcześniej ją o to podejrzewałem: Ale mamy inne kąski. Otóż Celestia nazywała się kiedyś Filomena. Brzmi znajomo, prawda? Ach, te sentymenty Zamek, który znajduje się na Księżycu, został na satelitę wysłany dla Luny, ale należał on do Celestii, stąd ta zna go doskonale. Zresztą dawno temu przetrzymywał ją w nim zły czarnoksiężnik. Dlatego też Pani Dnia jest w stanie jednoznacznie zaprzeczyć istnieniu jakichkolwiek lochów. Luna ma znać zaklęcie iluzji, którego ofiarą najwyraźniej padła Twilight. I oto mamy drugi sygnał, że Luna być może nie jest tak niewinna i niewykluczone, iż niejeden już raz oszukała lawendową klacz. Ale potem powraca motyw kwiatów dla siostry dobrodziejki, jak również pamiętników Luny, które z jakichś powodów wydają się wzbudzać u Celestii konsternację (Narracja tego nie sugeruje wprost, jedynie zdziwienie, ale ja osobiście odniosłem takie wrażenie.). Jakby czytanie ich było... nieprzyzwoite co najmniej, ale bardziej niedozwolone. Co natychmiast rozbudza wyobraźnię - co tam może być? Może jakaś straszna prawda, a może pewne tabu, na myśl o którym sama Celestia ma się nieswojo. To także wydaje się motywem niepokojącym. Pada też pytanie o to, dlaczego rzeczy zostały sporządzone na czerwono. Barwnik? A może krew? Autorka nie traci czasu i już po chwili Twilight pyta Celestię czy możliwe jest to, że gdy Luna była zsyłana na Księżyc... jakby to ująć, czy mogła trafić na srebrny glob z "niespodzianką". Kontekst jest dosyć mroczny, bo pada pytanie o to, czy jeśli miałyby tu istnieć lochy i machiny tortur, to kto kogo miałby torturować. Co gorsza, Celestia najwyraźniej nie wie sama. Inaczej - nie wyklucza tego, gdyż sama nazywa to "ciekawą teorią". Uff... Zbierając to wszystko do siebie - znów mam wrażenie, że co najmniej część z tych rzeczy przewija się w tekście odrobinę za późno. Szczególnie ta rzekoma ciąża. Z tego wszystkiego, wydaje mnie się, że to było tym, co powinno, jeżeli już, pojawić się wcześniej, a co z kolei miałoby doprowadzić do interakcji między Twilight a Luną, w której ta pierwsza żądałaby odpowiedzi. Chyba, że uwierzyłaby w to bez dowodu. I sama kreowała scenariusze przeszłości. Pewnie nieprawdziwe. Podobnie jak te rewelacje. I tutaj strzelam - najwyżej przestrzelę - że wszystko to jest nieprawdziwe i jest albo od początku do końca wytworem wyobraźni Twilight albo jej nadinterpretacją wynikającą z niepełnych informacji. Lochy wydają się być na "standardowym wyposażeniu" typowego zamku księżniczki, narzędzia tortur również powinny tam być. Luna nie miała dziecka, gdyby było inaczej, coś byśmy wiedzieli. Za to Luna z pewnością jest siostrą Celestii. Młodszą. Może był to czerwony barwnik, a jeżeli nie, to krew mogła należeć do Luny. Skąd pomysł, że miałaby to być cudza krew? Pozyskana drogą tortur? A nie mogła malować własną? Byli tacy, co kontrakty swoją krwią podpisywali, a ona co, pisać by nie mogła? I tak dalej, i tak dalej. Nie zdziwię się, jak Twilight, przez te swoje kreacje i urojenia, popsuje te urodziny. Aha, jeszcze jedno - fragment z jej rozmowy z Celestią sugeruje, że Twilight może mieć niekompletne wspomnienia. Jakby to wcale nie była "ta" Twilight? I przez to nie pamiętała rzeczy, które pamięta prawdziwa Twilight? Może to tak znakomicie wytrenowany Podmieniec, że już nie wie, że jest Podmieńcem, ale naprawdę uważa samego siebie za prawdziwą Twilight, lecz nie może posiadać pewnych wspomnień? A może ta "Twilight" została dosłownie stworzona (poprzez zaklęcie przeistoczenia) przez Celestię, tak jak prawdziwa Twilight była latami kształtowana wedle jej wizji? Albo zadziałał jakiś czar zmieniający pamięć? Ależ tu jest możliwości! Ale najprawdopodobniej, na tym etapie historii, można sądzić, że tak jak Luna była Nightmare Moon, a Celestia mogła być Daybreaker, może Twilight także ma "drugą postać", lecz z jakichś powodów te dwie postacie nie dzielą wszystkich wspomnień. W sensie, jeżeli "Twilight B" coś zrobi, to po powrocie do postaci "Twilight A", już tego nie pamięta. Nie wiem jak miałoby to działać, ale jeżeli cokolwiek jest na rzeczy, liczę, że zostanie to... podpowiedziane. W ostatnich scenach będziemy mieli więcej Flurry Heart, która w jakiś sposób - oby nie torturami, chociaż infrastruktura zapewne na Księżycu jest - wyciągnęła z Cadance, dlaczego ta uważa Twilight za Podmieńca. I to jest trochę creepy, ale Cadance miała podglądać Twilight i w ten sposób zobaczyć, jak ta wchodzi do kąpieli nie jako Twilight, ale jako... Chrysalis! Ale nie taka "niby-Chrysalis", przemieniona jak Podmieniec, ale jako autentyczny Podmieniec, który zarąbiście dobrze imitował Chrysalis! Dziwne. Jeżeli miałoby dojść do czegoś podobnego, to wydaje mnie się, że Cadance musiałaby już dawno podejrzewać Twilight o niecne zamiary. Albo o to, że nie jest Twilight. Bo jak inaczej to wytłumaczyć? W środku nocy musiała siusiu i pomyliła łazienki, akurat w momencie, w którym Twilight zamierzała się wykąpać? I zamiast pójść sobie to została i patrzyła? Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, sam byłbym mocno zaskoczony gdyby o trzeciej w nocy w mojej łazience kąpała się jakaś Chrysalis, ale wiecie... Bez przesady. Twilight twierdzi, że Cadance to zmyśliła. Jeżeli jednak nie, to Cadance musiała ją od dłuższego czasu śledzić. Dlaczego? Czy Trixie sama była Podmieńcem? A kto ją tam wie? W sumie, ciekawe, że na Księżyc trafiły wszystkie Księżniczki, poza Starlight Glimmer. To czyni ją pierwszą podejrzaną. Ale równie dobrze mogłoby być tak, że ktokolwiek, kto za to odpowiada, po prostu "nie zdążył" zesłać i jej. Albo... Starlight nie dała się tak łatwo podejść i w samoobronie "kropnęła" sprawcę. Ale gdzie w tym wszystkim miałaby być Trixie? Nie wiem. Może Starlight widziała jak bardzo Thorax był nieszczęśliwy bez Twilight i ulitowała się nad nim, angażując w to Trixie, by "zastąpiła" mu żonę? Sprzedając bajeczkę, że: "Hej, cudem odnalazłam Twilight!"? A Trixie zgodziła się, wcale nie dla Thoraxa, ale dla swojej przyjaciółki? Swoją drogą, Thorax zniknął i w tym rozdziale też go brak. To cementuje moje przekonanie, że jego tam nigdy nie było. Konkluzja - Twilight nie ma informacji, ma jedynie poszlaki i luki w pamięci, ażeby je wypełnić, wymyśla coraz to nowe, nieprawdopodobne scenariusze, najwyraźniej w przeświadczeniu, że ktoś musi chcieć jej krzywdy. Ergo, większość jej spekulacji to urojenia. Przyznam, że to też byłby fajny twist - kucyki, które według niej knuły przeciw sobie nawzajem w rzeczywistości próbowały sobie pomóc, a ci, którzy według niej usiłowali jej zaszkodzić, próbowali załagodzić sytuację. Ale biedaczka sama nie panuje nad swoją wyobraźnią. Rodzi się pytanie - a na ile możemy jej wierzyć my, jako czytelnicy? W tym wszystkim pocieszające były słowa Celestii, zarówno te o zmianach, jakoby te miały nadawać życiu sens, jak i te, że prędzej czy później ktoś znajdzie je wszystkie na Księżycu, bo kiedyś przestanie on być "niedostępny". Nika umie swoimi tekstami potrząsać czytelnikiem, wie jak zmusić go do myślenia czy kwestionowania tego, co przeczytał, ale potrafi także pocieszyć. To także należy docenić. Generalnie rozdział okazał się dużo bogatszy w stosunku do swych nowszych poprzedników; pojawiło się w nim więcej postaci, przewinęło się wiele wątków, otrzymaliśmy parę podpowiedzi i detali, w ogóle, było więcej scen, niemniej wydaje mnie się, że jesteśmy już gotowi na finał. Czy będzie ciekawie, tego jestem pewien, czy "uciągniemy" prawdę, tego już niekoniecznie, jednakże wątpię, że będę rozczarowany. Niezmiennie tekst przyciąga do siebie klimatem, stylem, jak również różnorodnością możliwości odnośnie tego, jak mogła potoczyć się fabuła naprawdę. Co się tam wydarzyło? Co zaszło między księżniczkami? I jak się to skończy? Zacieramy ręce i czekamy
    2 points
  30. Coś czuję, że rozczarujecie się tym fanfikiem. Ale komentarze i teorie piękne, bardzo dziękuję. Wstawiam Rozdział 15
    2 points
  31. Witajcie, moi drodzy forumowicze przeszli, przyszli i obecni! Z radością pragnę Wam zaprezentować Pierwszą Edycję Retro Konkursu Literackiego. Czym jest Retro Konkurs Literacki? Po prostu konkursem takim jak kiedyś, kiedy woda, powietrze i kucyki były lepsze. Ze stosunkowo niewielkim limitem słów i krótkim jak na obecne czasy deadlinem. Jeśli nie masz żadnego doświadczenia w pisaniu opowiadań... To dobrze trafiłeś. Jeśli piszesz od lat i czasem tęsknisz za czasami, kiedy fandom był młody, to doskonale! Masz pisarskiego bloka? To coś dla Ciebie! Potraktujcie to jako ćwiczenie i dobrą zabawę. Temat: Nightmare Moon powraca po tysiącu lat na Księżycu Czego od Was oczekuję? Przede wszystkim historii alternatywnych dla pierwszych 2 odcinków serialu. Opowiadań mniej więcej w podobnych realiach (tak, możecie dodać mroku, realizmu, udoroślić to wszystko), ale niekoniecznie wsadzać tu karabiny czy zamiast Mane 6 dać walkę Nightmare Moon z kowbojami. Chcecie napisać rozszerzenie do tej historii? Proszę bardzo. Prequel? W porządku. Nie musicie przejmować się zbytnio kanonem My Little Pony: Friendship is Magic, jako luźną wskazówkę weźcie pierwsze 2 sezony. Potraktujcie to jako swego rodzaju wskazówki. To nie jest tak, że nie przyjmę bardziej alternatywnych opowiadań pod warunkiem, że wciąż zachowają ten magiczny klimat. Po prostu bardziej szalone elementy starajcie się wywarzyć. Jednak dobre opowiadanie zawsze się obroni Regulamin: 1. Obowiązuje regulamin forum i działu opowiadań. Nie jesteśmy w dziale +18, więc gore i clop są zakazane. 2. Tagi [human], [anthro], [EquestriaGirls], [random], [comedy] są wyłączone z konkursu. 3. Prace muszą być napisane samodzielnie. Czyli przed publikacją nie pokazujecie ich kolegom i nie podsyłacie im fragmentów oraz nie dyskutujecie o fabule. Risercz jak najbardziej możecie robić. Oraz pytać ludzi o zasady pisowni. 4. Prace nie mogą być poddane korekcie oraz prereadingowi. 5. Limit dolny wynosi 1000 słów, górny 5000. 6. Prace muszą być poprawnie otagowane. 7. Prace zamieszczacie w formie linku do google docsa w tym temacie. Tylko wyłączcie sugestie, komentarze i edycje - tylko wyświetlanie. 8. Limity słów są sprawdzane w docsach. 9. Termin oddawania prac: 30 czerwca 2025, godzina 23:59 10. Organizator zastrzega sobie możliwość dyskwalifikacji pracy w przypadku cwaniakowania innego niż to zawarte w regulaminie. Wątpię by się to zdarzyło. 11. Oceniane są treść, forma oraz wpisanie się w temat oraz ducha konkursu. Oceny są zarówno punktowe jak i opisowe. 12. Opowiadanie konkursowe musi zostać opublikowane w tym temacie na forum. 13. Użytkownik może złożyć więcej niż jedną pracę konkursową, ale chociaż wszystkie zostaną ocenione, to tylko najlepsza może trafić na podium. Tak, nawet jeśli pozostałe zostaną ocenione na 10/10. 14. Konkurs jest objęty patronatem Wielkiego Eventu Klubowego z Klubu Konesera Polskiego Fanfika i dostaje tam również swój własny kanał na okołokonkursową dyskusję. Pytania możecie zadawać zarówno tu jak i tam. Nagrody: I miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 100 zł lub duży box-niespodzianka* II miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 50 zł lub średni box-niespodzianka* III miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 30 zł lub mały box-niespodzianka* *przesyłka w obrębie Polski jest darmowa i dokona się przy pomocy paczkomatów InPost, w przypadku przesyłki zagranicznej nie pokrywam kosztów wysyłki A i co do gier i ebooków - żadnej pornografii. Mogą być 18+, ale nie ma mowy bym kupiła komuś Symulator Młócenia Animu Dziewczynki
    1 point
  32. Okej, to było zabawne. I życiowe. Taki fanfik, w którym czytasz puentę i masz takie "I bardzo ci tak dobrze" Opowiadanie dość nietypowe jak na Nikę z ostatnich lat, przypomina mi bardziej o tym jak pisała dawno temu. Jeśli chodzi o formę, styl i tematykę. To nie jest tak, że coś jest z nim nie tak, po prostu jest inne. Nie ma tu wielkich tajemnic, magii itd. Bardzo solowe, dość mocno prawdziwe. 11 stron, ale czyta się to błyskawicznie. Jeśli ktoś chce coś krótkiego i lubi obyczajówki, to polecam. Jeśli ktoś nie wie, czy lubi, to w sumie też sprawdzi się idealnie, bo zostało zwyczajnie dobrze napisane, nie dłuży się, nie nudzi i nie męczy. Jak dla mnie bez fajerwerków, ale jest naprawdę solidnie. Raczej na jeden raz. Daję okejkę.
    1 point
  33. Witam. Oto kolejny rozdział. Za kolejne dwa tygodnie pokaże się następny. Zapraszam do czytania! Rozdział 24 – Harmonia poprzez przymus Pozdrawiam
    1 point
  34. Jeśli będą w stylu bandy z dzikiego zachodu, tych dziurawych moli, czy chociażby interpretacji tego niedokończonego wątku z Sinsa, który ty przedstawiłeś z oczu "pobłogosławionej" Twilight... To jestem kupiony. Swoją drogą, podobało mi się rozwiniecie historyjki o dzielnej nyx - już innego autora - które to jak słusznie też zauważyłeś, było zaledwie zalążkiem... Chyba nawet jest w dziale "naszych pomysłów na fiki" jeszcze. Ps: Pomysł o dzielnej nyx, może sam bym dokończył i rozwinął, ale z drugiej strony powstrzymuje człowieka myśl, że zepsuje jeszcze coś nieswojego. Ty też masz takie odczucia?
    1 point
  35. Aż mi się przypomniała reklama pewnego specyfiku... O, właśnie o tym mówię. @Sun Jak ty to robisz? Skąd takie porąbane pomysły, a jednak tak z jajem wykonane? :d
    1 point
  36. Przeczytane. Skomentuję to krótko i dosadnie: głupie a dobre. Fajna komedyjka, na swój sposób nieco nostalgiczna i przywodząca na myśl opowiadania z lat poprzednich. Od połowy zaczęła mi się jednak nieco dłużyć. Poza tym i formą nie mam do czego się przyczepić. Bawiłam się dobrze, żarty częściej trafiały niż nie. Natknęłam się na trochę literówek, pomieszanych czasów i bardzo niekonsekwentnej metody zapisu nazwy czasopisma. Ogółem przydałaby się temu korekta, chociaż i bez niej jest całkiem dobrze. Polecam.
    1 point
  37. Witajcie, pierożki i pierożkowe! Pragnę przedstawić Wam Wielki Event Klubowy (w skrócie WEK). A cóż to takiego? Jest to trwające nieco ponad rok wydarzenie mające wzbudzać fandomową aktywność okołopisarską zorganizowane przez Klub Konesera Polskiego Fanfika i odbywające się przede wszystkim na ich Discordzie. Link do discorda: https://discord.gg/MzactAaJmj Oczywiście, nie wszyscy są pisarzami i chcemy, by takie osoby również miały szansę się wykazać. WEK będzie trwał aż do równonocy wiosennej 2026 roku - 20.03.2026 godzina 23:59. Jedynym warunkiem udziału jest zgłaszanie przez uczestników swojej punktowanej aktywności i obecność na discordzie KKPF. W związku z WEK przewidziane są różne konkursy, warsztaty i wydarzenia na kanale klubowym w ciągu roku. Oprócz tego WEK obejmuje aktywność w innych miejscach pod warunkiem, że dane wydarzenie jest uzgodnione z organizacją WEK i ogłoszone tak na KKPF. Trzy osoby, które zdobędą najwyższą liczbę punktów otrzymają różnorodne nagrody rzeczowe - ich pula nie jest jeszcze dokładnie ustalona i może się zmieniać (na plus) w trakcie trwania eventu. Przewidziane są figurki, kucykowe gadżety, książki, artykuły artystyczne i wiele innych. Między innymi - figurki POP Martu (kilka figurek na osobę, która znalazła się na podium, kucykowe piny i inne gadżety). Metody zdobywania punktów: 1. Opublikowanie napisanego/przetłumaczonego przez siebie opowiadania/rozdziału (na minimum 1000 słów) - 10 punktów (+1 punkt za każde 1000 słów licząc od 2000). Dotyczy również tłumaczeń polskich opowiadań na język obcy. 2. Wykonanie korekty/prereadingu - 3 punkty od rozdziału/opowiadania. 3. Uczestnictwo w konkursie, który ma partnerstwo z KKPF - 5 punktów. Dodatkowe 5 punktów za znalezienie się na podium/wygraną. Jeśli konkurs dotyczy pisania/rysowania, to uczestnik automatycznie otrzymuje również punkty zgodnie z zasadami nr 1 i 5. 4. Uczestnictwo w spotkaniu KKPF - 1 punkt, do zdobycia 2 kolejne za aktywność. Pojawienie się na 5 minut na głosowym uczestnictwem nie jest. 5. Wykonanie fanartu do fanfika - 5 punktów, 15 punktów jeśli to cudzy fanfik. Prace wykonane ewidentnie “na odwal się” nie będą punktowane. 6. Zakup fanartu do fanfika - 2 punkty, 8 punktów jeśli to cudzy fanfik. 7. Punkty 5 i 6 obejmują również potencjalnie inne formy ekspresji artystycznej. 8. Napisanie komentarza pod cudzym fanfikiem (może być osobno do każdego rozdziału) - 1 do 3 punktów za komentarz. Komentarz musi wskazywać, że jego autor przeczytał dane dzieło i nie mam tu na myśli pisania jego streszczenia. 9. Nagranie lektoratu (tylko za zgodą autora/tłumacza!) 4 punkty za rozdział/opowiadanie. 10. Organizacja własnego eventu - 5 punktów za event pod warunkiem, że dane wydarzenie zostanie zaakceptowane przez organizację WEK (zapobieganie nakładaniu się na siebie kilku konkursów literackich jednocześnie) oraz będzie należycie przygotowane pod kątem organizacyjnym. Możliwe jest przyznanie dodatkowych 15 punktów pod warunkiem, że będzie urządzony porządnie, ciekawie, na bogato, z nagrodami itd. 11. Punkty za udział w spotkaniach i konkursach są przyznawane automatycznie. Komentarze, fanfiki, dzieła artystyczne należy zgłaszać na kanale eventowym. Na PW u Cahan na discordzie jeśli są to NSFW. 12. Pornografia i erotyka są wyłączone z WEK. Jedyny wyjątek to jej niewielkie elementy pojawiające się jako dodatek w dłuższej twórczości literackiej. Gore i grimdark są dozwolone, ale w przypadku fanartów należy je zgłaszać na PW u Cahan. 13. Niedozwolone jest użycie AI i próba przepchania takiego contetu w ramach WEK. 14. Jakiekolwiek próby przedstawienia NIE SWOJEJ twórczości (AI, plagiat, etc.) lub przedstawienie jako swojego commissiona czegoś co nim nie jest (bo np. zamówił go ktoś inny) = dyskwalifikacja z WEK. 15. Moderacja i administracja KKPF (za wyjątkiem Cahan jako głównej organizatorki) może brać udział w WEK jako uczestnicy, ale nie otrzyma punktów za aktywność na spotkaniach KKPF i organizację eventów. 16. Organizacja zastrzega sobie możliwość modyfikacji regulaminu w przypadku wystąpienia nadużyć. Zależy nam na normalnej, uczciwej aktywności. 17. WEK dotyczy przede wszystkim działalności fandomowej w obrębie fandomu My Little Pony Friendship is Magic i do tego odnosi się również jego punktacja za wyjątkiem punktów za udział w spotkaniach, dyskusjach oraz udział w konkursach i eventach, które mogą dopuszczać działalność poza fandomową.
    1 point
  38. Nie wydaje mi się. Shining pisał do niej listy, które przesłała Celestia. Twilight znalazła te listy. Jakby Luna zaglądała w sny z Księżyca (może i ma taką umiejętność, ale chyba jednak bariera to blokuje), to już wcześniej wyłapałaby Cadance, a nie dopiero po powrocie. Listy nadano latami przed jej powrotem, a jednak crush na legendarną wygnaną księżniczkę mu chyba przeszedł dużo wcześniej. Na pewno w pewien sposób bawi się Twilight i próbuje nakierować ją na prawdę - zagadka, podpuszczanie, tort. Mimo wszystko, raczej nie manipuluje innymi. Po prostu zna zbyt wiele sekretów. Ale książkę z kwiatkami podrzucił kto inny - Twilight skapnęła się kto. Trudno powiedzieć co miała na myśli przy izolowaniu jedzenia, ale prawdopodobnie właśnie to, co im powiedziała, bo wiemy, że miała rację. Nie obwiniałabym jej też o izolowanie Luny - Luna izoluje się sama i nie jest zaproszona na urodziny klaczy, z którą się wzajemnie nienawidzi. Ba, wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że Luna izoluje się sama i jedyną osobą na Księżycu, która ją interesuje jest Twilight. Celestia sama powiedziała, że jest Change. Ale wydaje mi się, że Change zawsze była Celestią (tak jak Filomina). Jakby nasza Celestia była jakąś inną Change, to nie wiedziałaby szczegółowo co Twilight odwalała na Ziemi. Nie miałaby tych wspomnień sprzed wygnania. Bo przynajmniej serialowe podmieńce nie przejmują osobowości i wspomnień osoby, w którą się przeistaczają... Za to nie zdziwiłabym się, gdyby Celestia faktycznie odwiedzała NMM na Księżycu jako Change. Dlatego jej tam nie było. A pamiętajmy, że Celestia doskonale zna czary przemiany - Twilight, Flurry Heart, prawdopodobnie Luna i ona sama. Ale to nie podmieńce trzeba było przekonywać, że pora na nowe. Podmieńce same obaliły Chrysalis i zmieniły zwyczaje, bo pora na nowe. Po prostu dalej na swój sposób kochały ją i szanowały, bo to jednak była bardzo długo ich królowa-matka i umiłowana władczyni. Ale jednak, kiedy ta odmówiła zmian, to nowym władcą został Thorax. I szczerze, nie widzę tu intrygi Celestii. Wiemy, że Thorax kochał Twilight, zachowanie Twilight na Księżycu wskazuje, że ona też kochała jego. Ba, Thorax jest podmieńcem, więc raczej też wiedział, że ona go kocha. A i tak ze sobą od dłuższego czasu randkowali i ze sobą spali. Czy to takie dziwne, że matkująca i mentorująca Twilight Celestia zasugerowała im małżeństwo? I była im przychylna? Moim zdaniem problemem tutaj nie jest Celestia, bo nawet jeśli Celestia ich zeswatała i sprawiła, że ci się zakochali i do tego ze sobą przyjaźnili, to co w tym złego? Nie, problemem jest Twilight i jak Twilight reaguje na wszystko co robi/mówi Celestia. Jestem niemal pewna, że gdyby Celestia kupiła Twilight na urodziny sukienkę idealnie w guście Twilight, to Twilight skończyłaby trochę użalając się nad sobą, że Celestia zmusiła ją do noszenia tej sukienki. Bo Twilight od razu przestawia się na myślenie CELESTIA, a nie na to czego ona sama chce. Bo Twilight nigdy nie ma żadnej alternatywy dla propozycji Celestii. Nigdy. No wiemy od Luny, że Starlight i Trixie nie odegrały tu żadnej roli. Może poza tym, że Twilight zagrały na nerwach. Z jej winy. A Trixie nie zajęłaby miejsca Twilight, ponieważ oblała wcześniej ten egzamin wiele razy i kanonicznie jest dużo słabszą czarodziejką. A Twilight uczennicą Celestii została, ponieważ dysponowała mega silną magią. Na poziomie "może być z tego alikorn". Oczywiście, Trixie może myśleć inaczej, ale jakoś nie wydaje mi się, by tak było. To raczej Twilight ma takie myśli o Trixie i sądzę, że Trixie wbrew pozorom dużo pewniej stąpa po ziemi, tylko jest bardzo ekscentryczna. A początkowo to Mane 6 zaczęły ją upokarzać na występie scenicznym, a potem to się potoczyło... Trixie przede wszystkim ma talent aktorski i rozrywkowy, tymczasem podczas pierwszej wizyty w Ponyville dostała odpowiednik... coś jakby aktora wcielającego się w Iron Mana na konwencie dopadli ludzie i zaczęli mu mówić, że buuuu, oni są lepsi i mają jeszcze takiego mocarnego kolegę co... Cóż, to dopiero później przerodziło się w walkę o godność, ale wydaje mi się, że Twilight jej imponowała. Myślałam o tym i, jak już wcześniej wspomniałam, Celestia z Księżyca ma wspomnienia Celestii z Ziemi. Również te najbardziej aktualne. Sądzę, że jedynym prawdziwym, tradycyjnym podmieńcem jest Cadance. Twilight jest tak podmieńcem, jak Cadance jest kucykiem. Czyli w sumie nie bardzo. Jest kucykiem, który udaje podmieńca. Za to uważam, że Celestia mogła być kiedyś podmieńcem. Bo była Change i umiała wysysać z Luny miłość. I wiedziała, że Thorax i Twilight się kochają. Flurry czuła go tylko u Twilight. Ale Flurry nigdy nie wąchała 100% pewnego podmieńca. O Twilight powiedziała jej Cadance. No i dowiedzieliśmy się jak została zrobiona. Nie sądzę też, by przemiana w alikorna = przemiana w podmieńca, ale możliwe, że przynajmniej część czarnej magii = magia podmieńców. W końcu... Czarna magia to tak naprawdę taki duży zbiór, do którego wrzuca się wszystko co zakazane. Różnica jest jednak taka, że podmieńce instynktownie potrafią się przemieniać bez większych skutków ubocznych, a jak Twilight przemieniła szczura w owoc, to tego szczura zabiła. I za każdym razem go ubywało. Oczywiście, możemy mówić, że to dlatego, że Twilight była bardzo młoda... Ale Twilight była też magicznym geniuszem już wtedy. To teraz wyobraźmy sobie, że 99% jednorożców jest jeszcze gorsza od Twilight i jakie skutki może mieć rzucanie przez nie takich zaklęć. Cokolwiek zrobiły Luna i Twilight również wydaje się być nie do końca udane. W sumie pytanie skąd Celestia wzięła Lunę i jak. Ciekawe jest to, że podmieńce wierzą, że dobre podmieńce reinkarnują się jako kucyki. Czyli mają jakąś chęć zostania kucykiem, widzą je jako lepsze. Może niektóre kucyki w ogóle pochodzą od podmieńców? Taki mit mogła nawet zapoczątkować sama Change
    1 point
  39. Od 6 do 13 marca na Epic będzie dostępne do zgarnięcia za darmo Them's Fightin' Herds
    1 point
  40. Witajcie w naszej bajce, Luna zagra na... Chwila, nie to uniwersum. Chociaż też grała. Crossover Pana Kleksa i MLP jest tym, czego potrzebuje, ale aż do teraz nie zdawałem sobie o tym sprawy. Mniejsza! Mam trochę pustkę w głowie pisząc ten komentarz. Opowiadanie bardzo mi się podobało, żeby nie było, chociaż wolę „W oczekiwaniu [...]" jeśli chodzi o twórczość Niki, ale to nie jest kwestia, że coś tu jest gorsze/lepsze, a zaledwie osobistych preferencji. Tak jak Oczekiwanie jest tekstem trudnym i tajemniczym, tak Baśń jest umiarkowanie trudna i mocno tajemnicza. O ile Oczekiwanie skłania do przemyśleń, o tyle Baśń raczej skłania do myślenia (jeśli ma to sens. Mam tu na myśli tyle, że przy wOnSK miałem dużo przemyśleń na około fanfika, tak tutaj bardziej myślę o samym tekście). I wiecie, to serio nic złego. Przelecę szybko ogólniki. Stan techniczny jest bardzo dobry, z mojej strony bez większych zastrzeżeń (zostawiłem zaledwie parę sugestii). Stylistycznie natomiast jest bardzo dobrze... I niestety wkraczam w spoilery. A o czym jest opowiadanie tak dokładniej? To trochę skomplikowane. W dużym, telegraficznym wręcz skrócie: piątka naszych postaci, Twilight, Celestia, Luna, Cadance i, o zgrozo, Flurry Heart, są, z bliżej nieznanego nam początkowo powodu, na Księżycu. Niezbyt sprzyjające okoliczności, musicie przyznać. Poniekąd fascynujące (sam z chęcią przynajmniej parę godzin pobył na srebrnym globie), ale zdecydowanie nie w takim przedziale czasowym, który w sumie nie jest nam bliżej znany, ale można szacować, że jest to przynajmniej kilka lat w najbardziej optymistycznym wariancie. Mimo tak, wprost rzecz ujmując, niezwykłych okoliczności, tekst jest niespieszny i mocno oparty na SoLu. Czasem niejasnych, niepokojących, dziwnych, ale jednak elementach obyczajowych. Chociaż bywają w tym wszystkim przebłyski serialowości, relaksu i zwykłej radości, nawet na Księżycu. Te niesprzyjające warunki jednak determinują to, jak zachowują się nasze bohaterki. A musicie wiedzieć, że są głodne, w dużej części maja sobie sporo do zarzucenia nawzajem, a dodatkowo mocno się zaniedbują. I tak mają szczęście, że autorka przynajmniej zadbała o to, że nie potrzebują jedzenia. Ani powietrza. Ani wody. W ogóle, organizm idealny – nic tylko prokreować. Nie, żeby był to zarzut, rozumiem wymogi fabularne. Tak się trochę śmieje. Wszystkie te fakty dodatkowo urozmaica fakt, że zbliżają się urodziny Cadance. Na które, z jakiegoś powodu, ma nie być zaproszona Luna. W opowiadaniu wielokrotnie mieszana jest przeszłość dalsza i bliższa, a także czas teraźniejszy, jednakże nie powinno to stanowić problemu dla średnio wprawionego czytelnika. Postacie są napisane świetnie, zwłaszcza ich niełatwe relacje. Właściwie nikt nie ma do zarzucenia nic tylko Flurry. Moją ulubioną postacią jest chyba Celestia. Poniekąd dlatego, że, jak pisałem we wcześniejszym komentarzu, przedłużyła swoją filozofie „dajmy twi wyzwanie, zobaczymy co odwali xddd” nie tylko jakościowo ale i ilościowo, ale także dlatego, że zwyczajnie… chyba robi najbardziej słusznie, nie wdając się znów w spoilery. Dalej, fanfik bardzo umiejętnie dawkuje tajemnice, wskazówki, odpowiedzi. Pytań raczej przybywa, niż ubywa. Dość powiedzieć, że nadal zostajemy z dużą ich dawką po epilogu. To bardzo silny atut tego fanfika, bo test potrafi kilka razy zwodzić czytelnika, kazać wątpić w to co przeczytał. Tekst jest w tym umiarkowanie trudny, chociaż przewidzenie wszystkiego byłoby ciężkie. Jest za to właśnie tajemniczy w całej okazałości. Aż do ostatnich chwil można nie wiedzieć co właściwie się dzieje, dopóki fanfik nie powie wprost niektórych rzeczy, jeśli nie było się dość uważnym. Prawdę mówiąc, jestem trochę z siebie dumny, bo poniekąd trafiłem z częścią swojej teorii fabularnej. Czytam ten fanfik… 4 raz? I nadal odkrywam pewne szczegóły, które wcześniej mi umykały, a które, gdybym był bardziej uważny, być może pozwoliłby mi odkryć tajemnice wcześniej. Zupełnie inaczej patrzę teraz na niektóre sceny. Ale by nie było, że tylko słodzę. Nie mam temu fanfikowi zbyt wielkich rzeczy do zarzucenia, ale parę spraw chciałbym wyjaśnić. Bardzo dziwnie Twi i Starlight dochodzą ze Spikiem do wniosku o Fortune Wheel. Najpierw Spike mówi, że spotkanie chyba nie wypali, potem że go nie będzie, bo ktoś wpadł pod pociąg (co to ma do rzeczy?), później jakoś dziwnie przechodzą z imienia Roulette do Fortune Wheel. Tu trochę autorka mi wyjaśniła, być może ja słabo w tym miejscu połączyłem fakty, ale zwyczajnie chodziło o to, że ktoś dojeżdża do Twi pociągiem, a że no, tory zablokowane, to niezbyt może dojechać. Co nie zmienia faktu, że nadal ten fragment jest ciut dziwny. Podoba mi się też ten absurd, że zwiedzała lochy za dzieciaka (pytanie, ile lat wtedy miała), ktoś był na tyle zwichrowany by wycieczkę częściowo dla źrebaków tak przeprowadzić, a jej rodzice, wiedzący jak jej uciecha jest ciekawska, jeszcze nie mieli nic przeciwko. O tyle dobrze, że nikt nie był aż na tyle zwichrowany, by jej tłumaczyć co jak działało. No tak, lochy i zestawy urządzeń do tortur to pierwsze rzeczy, jakie przychodzą mi do głowy, gdy myślę o wycieczce dla dzieci. Familijna rozrywka! Wybiorę się tam z moimi bliskimi, zaraz obok frontu jakiejś wojny, wnętrza aktywnego wulkanu i zlotu partii radykalnych. I żeby nie było, to część historii i rzeczywistości, nie ma co udawać, że tego nie było… Wydaje mi się jednak, że ktoś nie do końca to akurat przemyślał w wypadku akurat Twi. Scena pogodzenia Thoraxa z Twi nadal wydaje mi się jakaś dziwna. A żart z wiedźmą +ówką wymaga serio znaku krzyża, bo cały czas to czytam jak plusówkę! Jak widzicie, nic bardziej poważnego. Z luźniejszych rzeczy: Podsumowując… Bardzo podobał mi się ten fanfik. On wciąga, wymaga uwagi, pochłania i kreuję ciekawy, specyficzny klimat. Od tego, jak to jest napisane, przez to, o czym jest ten fanfik, do tego, jak dobrze, tak po prostu i zwyczajnie, się to czyta. To zdecydowanie tekst warty polecenia, jeśli lubicie SoLe, zwłaszcza te bardziej, hm, może nie tyle mroczne, co takie, które podejmują cięższe tematy. To ciężka historia, która może absolutnie zafascynować. Ze mną nie udało się to do końca, ale to akurat kwestia mocno osobistych preferencji. W żadnej mierze nie jest to fik zły. W najgorszym scenariuszu, jest bardzo dobry. W tym najlepszym, genialny. Ale dużo zależy, jakim czytelnikiem się jest. Dla mnie jest idealnie po środku. Wybitny, jak ogólnie twórczość Niki. Gęsty, a przy tym pozwalający wydarzeniom płynąć niespiesznie. Brutalny, a przy tym piękny. Tajemniczy, a przy tym odpowiadający na wiele zadanych przez się pytań. Od siebie dodaje glos na [EPIC]. Odpowiadając zaś na pytania autorki: 1. Czy opowiadanie jest mroczne... częściowo na pewno. A dodatkowo schizofreniczne i mocno wgłębia się w psychologie twi. Myślę, że warto jakoś to zaznaczyć w tagu. 2. Zależy gdzie to będziesz publikować. Różne miejsca mają różne zasady. 3. Jestem zadowolony z tego co jest. Opowiadanie poboczne to będzie miły, ale nie konieczny akcent. Nie ma co rozwiewać reszty tajemnicy, tak myślę. Chyba, że byłby to coś na prawdę pobocznego. 4. Jak dla mnie to nie jest pytanie! A na pewno nie takie, na które nie znałabyś odpowiedzi! Czy to już wszystko? To się jeszcze okażę. Chwilowo… Pozdrawiam! I dziękuje! Ps.
    1 point
  41. Cześć, pierożki! Pragnę ogłosić, że Klub wstał z martwych i w weekend 15-16 marca od godziny 20:00 odbędzie się omawianie i dyskusja fanfika "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" autorstwa Niki. Do tego czasu w każdą sobotę o 20:00 na głosowym kanale Klub Konsera będzie się odbywać czytanie tego opowiadania. Link:https://mlppolska.pl/topic/18866-twilight-sparkle-w-nowoczesnej-baśni-o-księżycu-zmatureslice-of-lifemysteryviolenceromans/
    1 point
  42. Epilog I koniec Bardzo dziękuję wszystkim czytelnikom, szczególnie tym, którzy dotrwali do końca Oczywiście dziękuję za komentarze i teorie, no i rzecz jasna dziękuję Hoffmanowi, który podjął się tego strasznego zadania, jakim było poprawianie tych wszystkich błędów, źle wstawionych przecinków, za wszystkie sugestie i porady. Bez Ciebie tego opowiadania pewnie by tu nawet nie było, bo na tym etapie byłoby mi głupio wstawiać bez korekty. Dziękuję również za rysunek Ziemniakfordowi za wiersz. I Diamondowi za czytanie tego fanfika na Kąciku Lektorskim. Nie wiem, czy dotrwamy do końca, ale i tak jestem wdzięczna. Pisanie tego było prawdziwym [Adventure]. Nie jest idealnie, ale to mój najdłuższy tekst w życiu, chociaż na standardy forumowe i tak rozdziały są bardzo krótkie. Nabrałam trochę doświadczenia i to się liczy Obecnie będę starała się przetłumaczyć ten fanfik na język angielski. Kilka pytań na koniec (dla chętnych): * Czy według Was powinnam dodać tag [Dark]? Wiem, wiem, pytanie w odpowiednim momencie, ale byłam przekonana, że [Mature] spełnia wszystkie wymagania. * Czy według Was w wersji angielskiej powinnam użyć tagu [Mature]? Czy nie jest zakwalifikowany wyłącznie dla [Gore] i [Clop]? Ostatecznie, opowiadanie przeszło tutaj w dziale ogólnym… Oraz ogólnie, jakie według Was dodać tagi? * Czy chcecie opowiadania poboczne do tej historii? Czy całość jest już kompletna i nie ma co jej ruszać? * Czy Wam się podobało i czy chcecie więcej opowiadań ode mnie w ogóle? No cóż, do zobaczenia w kolejnym fanfiku, o ile kiedykolwiek jakikolwiek powstanie
    1 point
  43. Witam! Zacznijmy może od tego, że bardzo nie lubię pisać takich komentarzy. Takich, czyli jakich? Wyjaśnię najpierw czym nie jest ten komentarz: nie jest on recenzją ani oceną, najbliżej mu po prostu do zbioru luźnych moich przemyśleń i opinii na temat fanfika. A nie jest to zwykły komentarz, bo sam fik był... Cóż, to będzie cały sens komentarza, zapraszam do czytania. Czytać „Kresy" miałem w planach od dawna, ale jakoś tak nie było po drodze. A to brak czasu, chęci, albo czegoś innego. W gruncie rzeczy miałem przed sobą długą serię, na wiele dni czytania (ostatecznie przeczytałem je w trochę ponad miesiąc). Ale tu już pojawia się pierwszy zgrzyt. Bowiem przez połowę „Kresów" właściwie niewiele łączy opowiadania. Do połowy właściwie nie było żadnego wątku głównego (co nawet nie jest czymś złym, ale do tego przejdę później), a w połowie pojawił się tak nagle, jak mój stary z zadaniem bojowym. Mało co to zapowiadało, a pewne rzeczy są naciągane jak, kontynuując te porównanie, gacie starego. Wszystko to zrodziło mi w głowie myśl, że być może najpierw powstały jakieś opowiadania z serii, a dopiero potem to, o czym mają być. I się nie pomyliłem. W sensie, nie jest to ani wielka tajemnica wiary, ani sekret sztuk magicznych, jednak pod tym względem oczekiwałem czegoś innego. No właśnie, oczekiwałem... Czego właściwie oczekiwałem od tego fanfika? Co mnie tu przywiodło? Te pytania zapewnią nam niezbędny kontekst. Otóż, musicie wiedzieć, że od fanfika nie oczekiwałem wiele, poza dobrą jakością, jednak dużo nasłuchałem się o Hoffmanie i jego zdolnościach. I dobrą jakość otrzymałem, co do tego nie mam wątpliwości, ale za jaką cenę...? Zaś odnośnie drugiego pytania: przyznam się bez bicia, że okoliczności czytania tego fanfika są dość... Wyjątkowe. Mianowicie czytałem go głównie w... Pracy. Zresztą, w pracy piszę także część tych słów. Przez to, nawet jeśli byłby to fanfik tragiczny (pod żadnym względem taki nie jest, broń mnie Celestio!, ale do tego też przyjedziemy), nie żałowałbym tego czasu. Przywiodła mnie więc tu nuda, ale także po prostu chęć czytania, jako że ostatnio czytałem mało. Podszedłem więc do tego tekstu bez większych oczekiwań, ale za to z zapasem czasu, którego mi nie szkoda byłoby marnować. I jak mnie niedawno znajomi się mnie pytali, jakie są moje wrażenia, to niestety nie mam na to odpowiedzi. Po prostu. Są letnie. Obojętne. Przeźroczyste. A to nie jest tak, że tekst jest zły. Ale co ważniejsze, padło pytanie, już od samego Hoffmana, czy nie żałuje czasu poświęconego na czytanie. I prawdę mówiąc, nie. Ale ta odpowiedź sama w sobie nic nie mówi, powiedziałbym wręcz, że jest trochę jak losowa cyfra na kartce. Daje więcej pytań niż odpowiedzi. I tu ważny jest wcześniejszy kontekst. Czytałem ten fanfik w specyficznych okolicznościach, które same w sobie sprawiają, że nie żałuje jego czytania. Jednak, gdy zastanawiam się nad tym, czy tak samo traktowałbym ten fanfik w innych okolicznościach, to nagle odpowiedź, pomijając pewną absurdalność tego pytania („jak byś zareagował na coś, co się nie wydarzyło?”), staje się bardziej skomplikowana. Spędziłem przy tym tekście masę czasu. Czasem delikatnie się podśmiechiwałem pod nosem, a czasem delikatnie się zasmuciłem. Nic nadzwyczajnego. Jakbym czytał fik, jakikolwiek inny, albo losową inną książkę, to nie poczułbym różnicy. Nie będę tu posuwał się do skrajności, by powiedzieć, że żałowałbym tego czasu – w gruncie rzeczy nie był to zły fanfik, i to nie jest tak, że męczyłem się podczas czytania, czytało mi się raczej płynnie i przyjemnie – o tyle też z czystym sumieniem, z absolutną pewnością, nie mogę powiedzieć, by tekst ten byłby dla mnie czymś więcej niż miłym wypełnieniem czasu. I powoli zmierzam do sedna. Do tego, że ta seria, po prostu, nie była dla mnie. To nawet nie jest tak, że mi się nie podobał. Najzwyczajniej w świecie, ona do mnie nie trafiła. Jakie warunki muszą być spełnione, by człowiek był czymś zaskoczony? Załóżmy, że musi się zdarzyć coś, czego się nie spodziewał. W tym kontekście ten fik zaskoczył mnie dwoma rzeczami, chociaż ta pierwsza jest ważniejsza – że mnie prawie w ogóle nie zaskoczył, że w ogóle mało co do niego poczułem, że tak sobie zżyłem się z postaciami. Ale co najważniejsze, że brnąc w fabule, nie miałem większych oczekiwań, przez co mnie nie zaskakiwała. Jakoś tak… nie wciągnęła mnie, nie byłem się w stanie w to wszystko zaangażować, przez co moje uczucia i odczucia względem tego tekstu są tak nijakie (druga rzecz, która mnie zaskoczyła, jest związana z jedną z postaci). Wiecie, niedawno na forum trafił taki fanfik. „Efekt Motyla”. I on był dla mnie większym zaskoczeniem niż „Kresy", bo tam w pewnym momencie była zmiana z fiki serialowego w fik... No, nie dla dorosłych, ale zwyczajnie brutalniejszy. Większym zaskoczeniem jest fakt wystąpienia przekleństwa w książce dla dzieci, niż sceny obyczajowe, relaksującej lub nawet dziecinnej w dziele dla dojrzalszego odbiorcy. Nie wiem co będę pamiętał z tej serii, chyba tylko „Tajemnice białego bazyliszka”, bo była ciekawa pod kątem rozwoju bohatera. Inne porównania? „Austreorah” lepiej czytało mi się niż „Kresy”. „Kresy” porównałam bym do ładnie oszlifowanego, ozdobionego, ale w gruncie rzeczy prostego miecza. A „Austreorah” ma w sobie taki vibe egzotycznej broni. Nie najlepszej, nie najbardziej praktycznej, czy zabójczej, ale ciekawiej. Widzisz taką, i nawet nie wiesz, jak się tym posługiwano, który koniec jest tym groźnym. Jesteś ciekaw, jak tym walczono, jak to tworzono, do czego służy. A widzisz taki miecz i masz takie: o, miecz, ładny. Nawet nie musisz być mistrzem szermierki, by wiedzieć gdzie chwytać i co jest groźne. I ostatnie porównanie. Ciekawszym fikiem dla mnie „Kryształowe Oblężenie”. Fik mocno nie równy, ale zwierający w sobie masę treści. Jednakże przez to, jak był nie równy, jak wiele najdziwniejszych wątków w nim umieszczono, ja go pamiętam. A zwłaszcza te najbardziej odstające momenty. W „Kresach” nie ma czegoś takiego. O ile KO mógłbym porównać, do ruskiej drogi w jakimś Muchosrańsku, gdzie jest mnóstwo dziur, przez to cały czas uważasz jadąc, a wrażenia masz na całe życie, o tyle K porównałbym do niemieckiej autostrady. Przejeżdżasz przyjemnie i fajnie, przejechane, można zająć się swoimi sprawami. To wszystko może wam, albo, tobie, drogi autorze, wykreować wizje, że bardzo zły był dla mnie ten tekst. Ale to byłoby skrajne stwierdzenie. On nie był zły. Absolutnie. Ale, ale, ale… No właśnie, jaki był ten fanfik? Bo, poza tym, że ustaliliśmy, że nie był zły, a także nie był dla mnie, to jaki on był (a raczej jest)? Dobry, serio. Postacie są porządnie kreowane, chyba najlepiej w pierwszych (chronologicznie odnośnie wydarzeń). Można ich nie lubić, ale można je zrozumieć. Za to plus. Dla mnie nadal przykładem takiej postaci, której nie lubię, a którą całkowicie rozumiem, jest Albert. Gorzej z wątkiem głównym. On się zaczyna w połowie i przez to, jak późno się zaczyna, wszystko przed tym wydaje się przydługim wstępem, co być może nie byłoby niczym złym… no właśnie, tu też wracają wątki z wcześniejszej sekcji komentarza. To nie byłoby nic złego, gdyby to zostało zrobione, z braku lepszego określenia, porządnie. Tu, czasem niektóre rzeczy są naciągane (i to tak, że cudem nie pękają). I tak jestem pod wrażeniem, że koncepcje udało się tak rozbudować względem oryginalnej. I sam w sobie wątek główny… też jest taki ciut bez napięcia. Samo w sobie to, czego dotyczy i że chce być kanoniczny, sprawia, że pewne rzeczy są z góry wiadome, przez co nie ma tego pytania „co się stanie?”. A niestety, pytanie „jak to się stanie?” jest mniej angażujące. Zaś co do stylu i technicznej strony, niewiele mam do zarzucenia. To porządnie napisany fanfik, wręcz bardzo dobrze. Chociaż czasem styl jest ciut dziwny w niektórych fragmentach narracji, ale być może ja po prostu jestem czepliwy. Nie mniej, styl sam w sobie nie przyciąga. Czyta się go dobrze, i to już spory komplement, ale tylko tyle. Wątpię, by kogoś porwał. Ale to wszystko… no, co z tego? Nie ma tu stylu, który by mnie przyciągał. Fabuła jest dobra, ale nie zaskakująca, a dodatkowo pojawia się późnio. Plus sam fakt, że jest tak rozbita też dużo robił. Postacie są bardzo dobrze opisane, ale co z tego, skoro niezbyt interesują mnie ich losy. I tu nawet nie chodzi o to, że są codzienne, czy coś. Po prostu z góry idzie przewidzieć, gdzie to wszystko mniej więcej zmierza, jedynym pytaniem jest to, co jest pomiędzy. Najbardziej w tym fiku mi się podobają te postacie, ale ten jeden element nie wybija całej reszty. Być może do mojego doświadczenia przyczynił się fakt, że wyspeedrunowałem „Kresy”. Parafrazując, tak się skupiłem na tym, czy można to zrobić, że nie zadałem sobie pytania, czy powinno. To przez pierwszą połowę jest seria pełną gębą. Seria luźno powiązanych opowiadań, związanych tylko tym, że pewne postacie są z pewnego miejsca. To nie jest wada, ale zwyczajnie oczekiwałem czegoś bardziej spójnego. I w tym wszystkim jest tego największa siła, ale i wada. Przez to, jak prowadzona jest pierwsza połowa serii, w porównaniu do drugiej, rodzi się u mnie taki dziwny kontrast. Właściwie jedynym rozwiązaniem jakie widzę, byłoby napisanie pewnych rzeczy od nowa, z myślą o tym, jak to powinno być spójne jako całość, bo przez to, że przy niektórych tekstach nie było tej myśli, powstaje ten kontrast. Czy to sprawi, że lepiej ocenie „Kresy”? Musiałbym najpierw je ocenić. I tu zmierzam do podsumowania całego komentarza, całego tego zbioru myśli i różnych przemyśleń. Dla mnie to jest trochę jak zwierciadło tego fanfika, jest pierwsza połowa, pozornie o niczym, ale bez której nie może być drugiej. Ten komentarz w pewien sposób oddaje w jaki sposób odebrałem tego fanfika, chociaż wyszło to, podobnie jak do omawianego tekstu, przypadkowo. Ujmując to wszystko w prostych słowach: Czy fik mi się podobał? – Emmm,,, poproszę telefon do przyjaciela. Czy dobrze mi się go czytało? – Zadaje pytanie publiczności. Co myślę o tym fanfiku? – Poproszę 50 na 50. Do czego zmierzam? Do tego, że ja właściwie nie mogę ocenić tego fanfika. Jakkolwiek o nim nie myślę, cokolwiek tutaj nie napiszę. Zwyczajnie wydaje mi się, że fik, z jednej strony, i to chyba najdziwniejsze co napiszę w mojej historii pisania komentarzy, padł ofiarą umiejętności autora. Wracając do porównania z drogą – gdyby tu była chociaż jedna większa dziura, którą musiałbym ominąć… być może inaczej patrzyłbym na całość. Absolutnie nie życzę autorowi pomyłki podczas pisania, ale mam tu na myśli to, że przez to, jak wszystko jest równe względem siebie poziomem, niczym w jakiejś komunistycznej utopii, nic się nie wyróżnia i ciężko zapamiętać mi te wszystkie bloki z wielkiej płyty. To bardzo dobrze napisany fik, ale brakuje mu czegoś na prawdę wyjątkowego, co sprawiłoby, że miałbym takie: o, za to warto było czytać całą resztę! Z drugiej strony, fanfik chyba padł też ofiarą czytelnika w tym, zaprawdę wyjątkowym, wypadku, czyli moją. Rzeczywistość nie tyle ominęła moje oczekiwania. Ona nawet ich nie zauważyła. Byliśmy na innych drogach, w innych krajach, nawet planetach. W takich momentach jak ten dobitnie przekonuje się, że nie ma rzeczy dla wszystkich. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w tym fanfiku jest ogromny potencjał na wciągnięcie czytelnika, a mnie to jakoś ominęło. Serio, mimo tego, jak niewiele poczułem, czuje, że jest to dobry fik przy którym idzie się zaczytać, wczuć i go poczuć. Jednakże, sytuacja jest jaka jest. Fika jestem mimo to w stanie polecić, bo wierze, że wielu osobom on może się spodobać, chociaż muszę skorzystać z przysługującego mi prawa do wstrzymania się odnośnie wystawiania oceny. Zwyczajnie, nawet jakby mnie ktoś zmuszał, nie byłbym w stanie takiej oceny wystawić. I to chyba wszystko. Pozdrawiam!
    1 point
  44. Żyję, nie umarłem. Choc muszę przyznać, że wena do Szóstki mnie chyba opuściła. Bo to juz druga wersja tego tekstu i dalej nie jestem zadowolony z realizacji. Obawiam sie jednak, że nic więcej nie uda mi się wymyślić, a obiecałem sobie, że ukończe i opublikuję stare fiki, zanim zaczne pisać kolejne. Może następnym razem pójdzie mi troche lepiej, tworzenie czegoś w kliamtach nieco paranormalnego, dzikiego zachodu Miłość, diament i demony [Anthro][Steampunk][Weird West]
    1 point
  45. „Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu”, zgodnie z zestawem tagów, jakim opatrzono ów tytuł, oferuje nam okryte gęstą mgłą tajemnicy kawałki życia, pośród których nie zabraknie szczypty przemocy czy odrobiny wątków romantycznych. Całość utrzymywana jest w dosyć dojrzałym tonie, a fabuła nie boi się podejmować kwestii dla poszczególnych postaci bardzo osobistych, będąc w swym przekazie dość bezkompromisowa, co może narazić co wrażliwszych czytelników na pewien dyskomfort podczas lektury. Wszystko razem tworzy niepowtarzalny, intrygujący i mroczny klimat, przez który ciężko się oderwać od lektury, a przeczytane rzeczy wwiercają się w świadomość i nie dają o sobie zapomnieć. Jest tu zatem w wszystko, do czego zdążyła przyzwyczaić nas autorka. Na chwilę obecną jej poprzednie fanfiki nie są dostępne, lecz wierzcie mi na słowo – styl ten jest charakterystyczny i niemożliwy do podrobienia. Bazując na wspomnieniach, z satysfakcją stwierdzam, iż nastrojem opowiadanie tylko nawiązuje do poprzednich dzieł, a na dłuższą metę tożsamość posiada własną. Ci, którzy mieli przyjemność zapoznać się z poprzednimi dziełami autorki, z pewnością odnajdą tu rzeczy do nich podobne, które klimat „Nowoczesnej baśni o Księżycu” mogą jeszcze bardziej ubogacić, dodając do tego subtelne wrażenie extra spójności z poprzednimi tytułami. Ale spokojnie, nie jest wymagana znajomość żadnego z nich – niniejszy tekst jest samodzielnym dziełem – toteż i nowi czytelnicy, nie kojarzący czy to „Pedantki”, czy „Ewolucji gwiazd typu słonecznego” mogą zatopić się w lekturze i czerpać z niej w pełni. Zapowiedź opowiadania, zwięzła i precyzyjna, nie jest żadnym gigantycznym spoilerem – ot, Cadance obchodzi swoje dwusetne urodziny. Rzecz naturalna, zrozumiała i często praktykowana, wszakże wszyscy kiedyś obchodzimy dwusetne urodziny. Główną bohaterką jest Twilight Sparkle, a czytelnik prędko przekonuje się, iż tekst jest nie tylko ciągiem zdarzeń prowadzących do wymienionej w zapowiedzi celebracji, ale także dosyć obszernym wglądem w przeszłość protagonistki, która to przeszłość ciągnie się za nią aż na srebrny glob, promieniując i nie dając o sobie zapomnieć, co po namyśle niekiedy potrafi być bardzo przejmujące. Poszczególne rozdziały nie są długie, w zasadzie można je połknąć „na raz”, a potem przeczytać wszystko ponownie i tak dalej, i tak dalej. Mimo podejmowania tematów trudnych, nerwowych sytuacji czy opisów nie aż tak przyjemnych rzeczy, opowiadanie wchodzi zaskakująco lekko, fabuła rozkręca się bardzo sprawnie, prędko ujawniając swoją wielowątkowość. Oczywiście odpowiednio szybko prezentowana jest czytelnikowi pewna zagadka, którą musi rozwikłać i nie mówię tu wyłącznie o chowańcu w pudełku, choć to także skłania ku abstrakcyjnemu myśleniu. Poza pudłem, można by rzec Za moment przejdę do omówienia fabuły opowiadania, zatem w komentarzu będą duże ilości naraz SPOILERÓW, dosyć istotnych, zdradzających masę rzeczy, toteż jeśli chcesz samodzielnie zapoznać się z tym, co przygotowała autorka, odkryć fabułę bez żadnej wcześniejszej wiedzy czy podpowiedzi, przerwij czytanie tegoż postu i przejdź śmiało do „Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu”. Już? No to uwaga, zaraz wjadą potężne SPOILERY! Początek opowiadania może bardzo zmylić. Początkowo nic nie wskazuje na to, by cokolwiek było nie tak, nie wspominając o położeniu bohaterek, gdyż owszem, Twilight gra tutaj pierwsze skrzypce, lecz nie jest na scenie sama. Opowiadanie rozpoczyna się już na Księżycu, skąd księżniczki mają ładny widok na Ziemię. Jak się później okaże, jedne najwyraźniej za swym ziemskim domem tęsknią, inne już nieszczególnie, lecz pewności nie można mieć nigdy, stąd niewykluczone, iż prawdziwe odczucia są skutecznie maskowane. Podobnież powstaje kłopot kiedy mówić „dzień dobry” czy „dobry wieczór” na Księżycu, chociaż Celestia wydaje się wiedzieć kiedy rozpoczyna się dzień, a kiedy noc. Od rozdziału pierwszego czytelnik ma masę pytań: dlaczego księżniczki trafiły na Księżyc, kiedy to się stało, w ogóle, czy w Equestrii wydarzyło się coś szczególnego, o co w tym wszystkim chodzi i jak autorka zamierza je stamtąd wyciągnąć... O ile w ogóle ma taki zamiar, a coś mnie się zdaje, że „no nie bardzo”. Niemniej rozdział pierwszy robi dobrą robotę, jeśli idzie o zaciekawienie czytelnika i wciągnięcie go w fabułę. Jest to początek prosty, powiedziałbym, że niepozorny, ale skuteczny. Dosyć szybko, bo już przy okazji rozdziału drugiego, robi się poważniej i... osobliwiej. Jest to osobliwość charakterystyczna dla stylu autorki i na tym polu absolutnie nie zawodzi; może następuje szybciej niż czytelnik mógłby się tego spodziewać, ale działa. Jednocześnie rozdział ten przedstawia nam pierwszą z wielu w tym opowiadaniu retrospekcji. Zgodnie z tytułem zarówno tego kawałka tekstu, jak i nazwą dokumentu Google (nie są one tożsame, ale ściśle wiążą się ze sobą, jak i z treścią rozdziału), dostajemy dowód na to, że miłość jest ślepa, w postaci miłości rodziców oraz ich dzieci. I ponownie – zaczyna się niewinnie, tekst w paru miejscach może okazać się uszczypliwy, lecz niemalże jak grom z jasnego nieba spada na nas tragedia, którą to tragedią, tj. jej wizualnymi następstwami, Twilight wydaje się być niezdrowo zafascynowana. Choć rozdział drugi został przez tę retrospekcję bardzo mocno zdominowany, mamy parę przebłysków odnośnie tego, co się dzieje na Księżycu. Zupełnie odwrotnie wygląda to w przypadku rozdziału trzeciego, gdzie praktycznie całość traktuje o poczynaniach Twilight i Celestii na srebrnym globie. Z jakiegoś powodu szczególnie wryła mi się w pamięć scena, w której Pani Dnia prezentuje przed swoją uczennicą tort, który to tort nie smakuje w ogóle (a wręcz ma być ohydny), gdyż, jak się okazuje, został nieprawidłowo wykonany z błota, dzięki dobrodziejstwu zaklęcia przeistoczenia. Co w tym nadzwyczajnego? A to, że to czarnoksięstwo, to zakazane, to jest złe. I Twilight wie o tym doskonale, gdyż ma z tymże zaklęciem wspomnienia. Wspomnienia, z którymi wiąże się jej pierwszy mroczny sekret, który poznamy już w kolejnym rozdziale. To oczywiście nie jest jedyna rzecz z przeszłości, która powraca do protagonistki. Mamy szybkie wspomnienie czasu, w którym księżniczki „pakowały się” na Księżyc, oczywiście do kuferka pełnego halek i podwiązek, który to kuferek z rozkazu starszej siostry musiała opróżnić Luna. Jak się okazuje, bohaterki zabrały ze sobą jedynie racje żywnościowe, co wydaje się bez sensu, skoro alikorny nie muszą jeść. Ot, taki zbędny luksus, za którym w końcu odczuwają tęsknotę, co tłumaczy zachwyt Twilight nad tortem. To, co początkowo wydaje się rozluźniać atmosferę, prędko wzbudza wątpliwości i wysyła sygnały, że pod postacią czegoś co przypomina wesołą wycieczkę księżniczek gdzieś w nieznane, bo mogą, kryje się coś mrocznego i bolesnego. Co gorsza, najwyraźniej dotyczy to Luny. I rzeczywiście – w miarę odkrywania fabuły Pani Nocy wyrasta na postać dużo ważniejszą niż początkowo się to nam wydaje, zaś jej więź z Twilight, w ogóle, cała jej historia z lawendową klaczą, w odpowiednim momencie jakby wypływa na wierzch, stając się jednym z ważniejszych wątków, który trzyma przy sobie czytelnika. A jak to się ma do urodzin Cadance? Otóż Luna, z powodów nam nieznanych, nie jest na nie zaproszona. To, co szczególnie mnie się podoba to to, że takie niuanse, zwroty i zawirowania spadają na czytelnika nagle, podobnie jak moment, w którym Twilight wybucha. Nie dosłownie, lecz dochodzi do kopytoczynów. I to też znajduje odniesienie do jej przeszłości, do tego, co zrobiła i tego, co ją za to spotkało. Ba, im dłużej o tym myślę, tym więcej nabieram uznania wobec tego, iż niemalże każda drobnostka wydaje się tu mieć znaczenie, co nie od razu jest takie oczywiste. Czy to Cadance, która wpatruje się w sztuczne słońce trochę za długo, trochę jakby w transie, podobnie jak Twilight podziwiała gore na miejscu tragedii, czy paralela zarysowana między Starlight Glimmer a Thoraxem; tekst niby na to nie wskazuje, autorka gospodaruje opisami bardzo oszczędnie, lecz tak czy inaczej w końcu dociera do odbiorcy, iż szczegół, który przewinął się tylko na chwilę, od początku mógł nieść za sobą coś więcej. Na uznanie zasługuje także rozdział czwarty, który długo utrzymywał się na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o mój ranking najlepszych kawałków „Nowoczesnej baśni o Księżycu”. Podobnie jak rozdział drugi, on również zdominowany jest przez wydarzenia z przeszłości, lecz wydaje się troszeczkę lepiej zorganizowany w swym przekazie – krótki wstęp odbywa się na Księżycu, podobnie jak zakończenie, natomiast całe rozwinięcie to jedna długa, bardzo dobra retrospekcja. Ciekawa rzecz – gabarytowo rozdział nie odbiega od reszty, lecz podczas czytania wydaje się znacznie dłuższy, bogatszy. I rzeczywiście, opisy są tu lepiej rozwinięte, dialogów mamy mniej, sam rozdział czyta się znacznie wolniej, trudniej, bo i przywołane wydarzenia, mimo początkowego wrażenia, niosą ze sobą poważniejszy wydźwięk. Przede wszystkim, to, co zostało wprowadzone wcześniej, autorka zbiera w tym jednym rozdziale i rozwija, dając nam lepsze pojęcie dlaczego obecna Twilight reaguje tak, jak reaguje, co takiego się wydarzyło w jej życiu i na jakiej zasadzie echa tej przeszłości prześladują ją tyle lat później, nawet na Księżycu... Z drugiej strony, teraz jak o tym myślę, przy okazji uwypukla to jakąś przedziwną, lekko perwersyjną uciechę, jaką musi mieć Celestia ilekroć z premedytacją przypomina Twilight te wydarzenia wiedząc jakie piętno na niej odcisnęły. W ogóle, jak na swoje położenie, jak na całą panującą wokół atmosferę, Pani Dnia cały czas pozostaje zagadkowo figlarna. No nic – wracając do rozdziału, przeniesiemy się do szkolnych lat Twilight Sparkle, podjęty będzie wątek ponownego wykorzystania przez nią czaru przeistoczenia. Poprzednio, choć chciała zaimponować swej nauczycielce, skończyło się sroga burą ze strony matki i laniem od ojca, natomiast teraz Twilight próbuje wszystko odwrócić, to znaczy, jak poprzednio zmieniła brzydkiego szczura w pysznego grejpfruta, tak teraz usiłuje z owocu zrobić gryzonia. Co ma skutki dość makabryczne i chyba można to uznać za pierwszy kontakt bohaterki z krwią i wnętrznościami. I to jest zarazem pierwszy mroczny sekret Twilight – schowany do pudełka po teleskopie, zakopany głęboko pod płotkiem. Następnie ciekawska protagonistka poznaje Cadance, która jest alikornem, a do tego księżniczką. Nie chcę tu zbytnio spoilerować, bo to warto przeczytać samemu, niemniej niezmiennie bardzo, ale to bardzo mi się podoba jak Twilight jest po dziecięcemu zafascynowana swoją opiekunką i jak zastanawia się czy ktoś taki jak ona również w całości podlega prawom biologii i np. się załatwia się. Może brzmi to głupawo, ale w fanfiku zostało to naprawdę wiarygodnie opisane. To nie tak, że Twilight nagle zmienia się w narratorkę, lecz opisy naprawdę brzmią jakby były pisane z jej perspektywy, jakby narrator oglądał świat jej oczami i pojmował go jej percepcją. Poza tym, jest to całkiem urocze. I tym bardziej kiedy dziecięca naiwność (szczur został zmasakrowany, więc w tym sensie trudno mówić o niewinności, ale jakaś naiwność najwyraźniej pozostała) zderza się z prawdą, klimat momentalnie się zagęszcza (chociaż nawet podczas tych milszych momentów trudno pozbyć się wrażenia, iż coś nadchodzi, a ty, drogi czytelniku, lepiej bądź gotowy) i tekst staje się przejmujący. Dlaczego? Ponieważ podejmuje problem, który nie tylko jest ponadczasowy i robi to w formie jakby „równania”, gdzie każdy z osobna może podstawić sobie coś (zamiast Cadance, zamiast zamykania się w łazience, zamiast podglądania), z czym może się utożsamić i czego niefortunnie mógł być częścią dawno, dawno temu. W ten niezwykle prosty sposób umacnia się więź z czytelnikiem, nietypowy, ale mroczny nastrój mocniej chwyta za serce, a myśli krążą wokół poznanych wydarzeń, w poszukiwaniu czegoś więcej. Wszystko za jednym zamachem, minimalnym nakładem słów. Znakomity przykład „mniej znaczy więcej”. Młody umysł zachwyconej swoją opiekunką Twilight cały czas jest nastawiony na odkrycie jakiejś tajemnicy, lecz w żadnym momencie nie bierze pod uwagę, iż owa tajemnica może okazać się czymś niekomfortowym, przykrym czy po prostu złym. I bardzo wiarygodnie, gdy problem ze świata dorosłych w końcu wychodzi na wierzch, dziecko samo z siebie kompletnie go nie rozumie, ale całkiem logicznie (na ile pozwalają jego możliwości) poszukuje odpowiedzi i Twilight je znajduje – Cadance w tajemnicy zwraca zawartość żołądka, bo pewnie ciastka, które piecze dla niej Twilight są okropne. To wywołuje u bohaterki poczucie winy, przez co ta obsesyjnie wręcz usiłuje upiec lepsze ciastka, nie wiedząc, że to wcale nie o nie chodzi. I kiedy wszystko zawodzi, przyjmuje, że po prostu jest beznadziejna i nie umie piec. A Cadance nie chce jej robić przykrości. To chorobliwe dążenie Twilight do perfekcji współgra z jej charakterem, a i wydarzyło się w fabule wcześniej, gdyż czar przeistoczenia również miał w założeniach zaimponować Celestii, a przyniósł przykrość i lanie. Poza tym, motyw ciastek powraca na Księżycu i co by nie mówić, było w tym coś pocieszającego. I autentycznie przyjacielskiego. Tak czułem, że tym postaciom, mimo różnych perturbacji z przeszłości, naprawdę zależy na sobie nawzajem. Może warto się tu zatrzymać, by podsumować dotychczasową fabułę, jak również styl jej prowadzenia i to jak wydarzenia bieżące przeplatają się z retrospekcjami. Wydaje mnie się, że będzie to rzutować także na przyszłe rozdziały, które oczywiście pokrótce omówię. W ogóle, jakościowo opowiadanie jest bardzo spójne – nie uświadczyłem żadnych znaczących spadków w jakości czy też nagłych „peaków”, które odwracałyby uwagę od faktycznej treści; wszystko od początku jest konsekwentnie dobre, wciągające, klimatyczne i przemyślane, z jednoczesnym pozostawieniem czytelnikowi szerokiego pola do własnej interpretacji, teoretyzowania i dopisywania backgroundu do detali. Retrospekcje tak na tym etapie, jak i na późniejszym, nie są przywoływane po kolei, czytelnik musi rozwiązać zagadkę co gdzie leży na osi czasu, co nie jest zbyt wymagające (w odróżnieniu od innej zagadki) i przy choćby odrobinie uwagi rozwiązanie powinno przyjść naturalnie, w miarę zwykłej, spokojnej lektury. Retrospekcje zostały rozpisane umiejętnie – ich długość wydaje się dobrze dobrana, nie powodują żadnych retardacji, a dodają do bieżącej historii szerszy kontekst, jednocześnie rozwijając poszczególne postacie i ich relacje. Przy tym całkiem płynnie komponują się z teraźniejszością; wiadomo co jest teraz, a co miało miejsce kiedyś, bez wrażenia czy to zbyt ostrej czy zbyt rozmytej granicy. Warto odnotować, że nie ma tutaj jakiejś wyraźnej reguły kiedy pojawia się dana retrospekcja. To znaczy, fabularnie widzę tutaj zależności i pod tym względem wszystko jest na swoim miejscu, co najlepiej widać po przeczytaniu całej dostępnej zawartości, natomiast proporcje między wydarzeniami z przeszłości, a tymi odbywającymi się obecnie, chyba nie podążają według żadnego wzoru i mogą wydawać się dobierane lekko chaotycznie, w miarę pisania, ale powiedziałbym, że jeżeli już, to jest to chaos uporządkowany. Generalnie fabuła, jak już wspominałem, rozkręca się sprawnie i nie narażając czytelnika ani na dłużyznę, ani ryzykowną retardację, nie pozwala mu się nudzić, a już na pewno zapomnieć o najważniejszych wątkach. Mówię w liczbie mnogiej, ponieważ dla mnie, nawet biorąc pod uwagę wszystko co niniejszego fanfika dotyczy, nie od razu było to takie jasne, co jest tutaj tym wiodącym wątkiem. Nie postrzegam tego jednak za wadę – raczej jako kolejne urozmaicenie, które jest rozwijane w miarę postępu fabuły. Cadance obchodzi dwusetne urodziny – OK. W praktyce wygląda to tak, że pula postaci trafia na Księżyc, najwyraźniej potrzebują się stamtąd wydostać – też OK. W trakcie lektury eksplorujemy burzliwą przeszłość głównej bohaterki, którą jest księżniczka Twilight Sparkle, a także jej relacje z pozostałymi postaciami – to także OK. Na tym jednak nie koniec, gdyż autorka regularnie dorzuca coś nowego; czy to baśń o królewnie podmieńców, która być może nadal przebywa na Księżycu, a która to królewna w pewnym momencie podejmuje próbę skomunikowania się z protagonistką, czy też zagadka z chowańcem w pudełku, z którą to zagadką musi zmierzyć się Twilight, mimo świadomości zbliżających się urodzin, bez widocznego nad głową odliczania, uwaga czytelnika karmiona jest coraz to nowymi wątkami, troszkę tak jakby autorka próbowała się tą uwagą bawić, a może i odwieść ją od urodzin, wokół których to wszystko krąży. Jak w układzie planetarnym, w którego centrum są dwusetne urodziny Cadance; śledzimy losy Twilight, która poszukuje idealnego prezentu dla bratowej, obserwujemy jak spędza ona czas z byłą mentorką, która to mentorka stworzyła sztuczne słońce, przeistacza księżycowe błoto w tort i zastrzega, iż Luny na przyjęcie nie zaproszą, z którą to Luną protagonistka również ma wiele interesujących interakcji, zaś na Księżyc miała trafić, gdyż nikt jej nie kochał, a Cadance jest przecież księżniczką miłości, a w ogóle jest alikornem i jest taka cudowna. Stąd mimo moich osobistych wątpliwości wobec tego, który z wątków jest tutaj najważniejszy, rzeczywiście, po przeanalizowaniu wszystkiego po swojemu, motyw urodzin Cadance wskazuję jako ten najistotniejszy i to on buduje największe napięcie. Język postaci, jak również język narracji, jest zaskakująco lekki. W nielicznych momentach bywa wręcz potoczny, co potrafi kontrastować z podejmowaną tematyką, ale ani razu nie ujmuje jej powagi. Nie mam pojęcia jak autorka to robi, że w taki... może nie minimalistyczny, ale oszczędny sposób, starannie gospodarując słowami, budując zdania krótkie, lecz treściwe, pozwala wyobraźni czytelnika tworzyć wyraźne obrazy, konsekwentnie utrzymując przy tym odpowiedni nastrój, który bywa przystępniejszy, cieplej nacechowany, ale bywa i mroczniejszy, taki, który niesie ze sobą pewien dyskomfort czy też niepokój. I to jest piękne w odbiorze, zaś genialne w prostocie wykonania. I tak, rozdział piąty postrzegam jako swoisty „bridge” między historią o małej Twilight która przemienia szczura w grejpfruta i piecze ciastka, a przy tym ubóstwa Celestię czy Cadance, a historią księżniczki Twilight, która zawiera małżeństwo... z rozsądku? Niekoniecznie. Polityczne? Pewnie tak. Bo Celestia rzekła, że tak będzie słusznie? Zdecydowanie. Zatem najpierw musiała trochę szybciej wydorośleć, a potem szybciej... wkroczyć na nową drogę życia? Godnym uwagi jest, iż ten odcinek odwraca schemat z rozdziału poprzedniego, tzn. wspomnienie otwiera i zamyka rozdział, wewnątrz jest trochę bieżącej fabuły. Oczywiście proporcje mamy inne, lecz jak mówiłem nieco innymi słowami, jest to nieregularność kontrolowana. Znaczy, taka która najwyraźniej szła równolegle z pisaniem. Wypływała z zamysłu. Inaczej – tak miało być. W każdym razie, ten rozdział jest dosyć trudny i znajdują się w nim sytuacje i rzeczy, które mogą sprawić wrażliwszemu odbiorcy pewien dyskomfort. Jak dla mnie nie jest to nic obrzydliwego, lecz z pewnością nieprzyjemnego. Nie dziwota, że Twilight jest wstyd. Sama Twilight, jako księżniczka, wybucha ponownie i także tym razem miała ku temu bardzo osobiste powody, lecz celem eksplozji uczyniła siebie samą. A konkretniej – jedną z własnych kończyn. Jakby tego było mało, dowiadujemy się, iż musiała pokłócić się, i to ostro, ze Starlight Glimmer oraz Cadance, lecz ma nadzieję, że to ta druga właśnie ją odwiedza, by się pogodzić. Dzieje się jednak inaczej. Dlaczego Twilight miałaby mieć konflikt ze Starlight, tego możemy się domyślać z poprzednich retrospekcji, ale Cadance? Moim zdaniem, kontrowersyjny początek rozdziału może być tutaj wskazówką. Drugie wspomnienie powraca do szkolnych lat Twilight, a narracja po raz kolejny, choć tym razem na krótko, sprowadzona zostaje do perspektywy protagonistki za jej dziecięcych lat. I ponownie jest to bardzo urocze. Zdaje się, że jak na razie to ostatnia taka retrospekcja. To chyba nie przypadek, gdyż po rozdziale szóstym Celestia jakby... znika z fabuły (przewija się bodajże tylko raz i na krótko), a uwaga przeskakuje na relacje protagonistki z Luną. W każdym razie, zwieńczenie piątego odcinka przypomina nam o Filomenie. Padają tam takie oto zdania: Brzmi ładnie, ale jak się okazuje po lekturze udostępnionych rozdziałów – jest to moje rozumienie fanfika – znaczenie tego fragmentu jest dużo szersze, zaś mówi on w gruncie rzeczy o czymś toksycznym. Szkodliwym. Niedobrym. Mowa oczywiście o tym jak łączy się on z losami Twilight i co o niej mówi. Bo im dalej, tym więcej się dowiadujemy – między innymi o tym, że Twilight idealizowała Celestię do tego stopnia, że wyobrażała ją sobie jak własną matkę. Jako idealna mentorka, starsza siostra, przyjaciółka, urosła do rangi kogoś nieomylnego, kogo słowo jest słuszne i tyle. Co Celestia powie, to praktycznie jest aksjomat. Więc jeżeli ta powiedziała Twilight, że powinna wyjść za... No właśnie – ze wszystkich możliwych partnerów autorka wybrała Thoraxa. Kto by pomyślał? Wracając, jak Celestia powiedziała, tak Twilight zrobiła, nawet nie zastanawiając się co ona sama uważa za słuszne. Ba, później nawet zastanawia się czy w tym wszystkim w ogóle żywi do swojego męża jakieś uczucie i vice versa. W tym sensie protagonistka jest trochę jak ta Filomena w klatce – Celestia poprzez swój wpływ na Twilight powoduje ból czy dyskomfort, ale może warto, bo pewnie ją kocha, tak po swojemu, i dla tego właśnie uczucia warto się poświęcać. A może jednak nie? Z drugiej strony, nikt niczego Twilight nie kazał. Wszakże mogła słuchać rad Celestii, ale to nie znaczy, że była zobligowana wypełniać jej wolę. Może to jej obsesja, ale kiedy rani swoją nogę tak mocno, że ląduje w szpitalu, koniec końców sama to sobie robi. W tle są bolesne wspomnienia, nerwy, projekcje, ale wciąż. Zatem Państwo widzą – czy to chowaniec w szkatułce, czy feniks w klatce, szczur w pudełku, czy nawet księżniczki na Księżycu, tak wiele szczegółów wydaje się mieć szerszy kontekst i głębsze znaczenie, lecz tak niewiele rzeczy jest tu jednoznacznych. To też bardzo mnie się podoba; jest wiarygodne, życiowe i skłaniające do przemyśleń. Kontynuując, rozdział szósty także jest pełen wydarzeń z przeszłości i widać, że najwyraźniej Twilight pogodziła się ze swą protegowaną, chociaż wolałaby widzieć się z Cadance. Podobała mnie się dynamika między nimi, w ogóle, pasuje mi ta Starlight; po przyjacielsku zadziorna, energiczna, wesoła (za wyjątkiem określonej sytuacji, która przewinęła się wcześniej), sprawia wrażenie kogoś, z którym fajnie się spotykać i fajnie porozmawiać. I tutaj też taka jest. Bardzo pozytywna kreacja. Bohaterki rozmawiają o najnowszych ekscesach Trixie, co jest okazją do ukazania jak Twilight zapatruje się na lazurową iluzjonistkę, a jak zapatruje się na nie obie Starlight. Ponownie – ciekawa sprawa, na tle całości, dosyć serialowo opisana. I zawczasu dająca kontekst kolejnej retrospekcji, którą uświadczymy w rozdziale dziesiątym! Kolejną wizytę składa Celestia. I też przynosi podarunek. Coś nowego A co słychać na Księżycu? To właśnie w tym rozdziale pojawia się zagadka Nemesis, która umieszcza chowańca w szkatułce i ów chowaniec jest żywy lub martwy. Aha, ma jeszcze kota, który jest zwyczajną istotą. Jest to zagadka, która zostanie z bohaterką (i z nami) przez resztę fanfika i która jest kolejnym elementem, który siedzi w głowie. Poza tym, jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek miał kłopoty ze zrozumieniem retrospekcji oraz ich chronologii, uważam, że najpóźniej to w tym rozdziale wszystko powinno zacząć się rozjaśniać. Według mnie, wygląda to jakoś tak: Idąc dalej – po rozdziale szóstym mamy widoczne przesunięcie uwagi z relacji Twilight-Celestia na relacje Twilight-Luna. Zarazem to już na etapie rozdziału siódmego przewija się tajemnicza „C”, która uważa, iż jest coś, co główna bohaterka powinna przeczytać. Uświadczymy masy interesujących detali, takich jak listy z przeszłości, pisane do Nightmare Moon, a które nieuchronnie musiały „przejść” przez Celestię. Korespondencja ta, podobnie jak podrzucane raz po raz przez cały fanfik detale dotyczące specyfiki funkcjonowania alikornów, subtelnie rozbudowują znany nam fikcyjny świat, tu konkretnie dając wgląd na to jak dawno, dawno temu była postrzegana Nightmare Moon i jak wyobrażenia o niej zmieniały się z czasem. Ponownie cieszą drobne rzeczy, jak chociażby opis charakteru pisma poszczególnych kucyków, w tym księżniczki Luny, czy też rysunki kwiatów dla siostry dobrodziejki. Czy stoi za tym coś więcej? Podejrzewam, że tak, skoro starsza siostra uważa, że zesłanie na Księżyc jest aktem łaski. Co nieco mnie zaskoczyło, o ile relacje z Celestią czy Cadance niejeden raz okazywały się burzliwe, napięte, o tyle protagonistka wydaje się mieć całkiem zdrową relację z Luną. Sam ten fakt czyni tę część opowiadania bardziej... pocieszającym. Co swoją kulminację znajdzie w rozdziale dziesiątym – aktualnie moim ulubionym. Jednak zanim rozdział dziesiąty wskoczył na pierwsze miejsce, rozdział czwarty został zdetronizowany przez dziewiąty. Przede wszystkim, doskonale budowane napięcie, człowiek ma prawo spodziewać się wielu rzeczy, ale póki fanfik nie zagra w otwarte karty, nie ma pojęcia czego konkretnie. Chciałoby się wiedzieć, lecz towarzyszy temu niepewność – gdyż cokolwiek, co może znajdować się dalej, może okazać się... wstrząsające. Przejmujące. Grające na emocjach za bardzo. Nie tylko w tym aspekcie, także w ramach nowego wątku, miałem tutaj leki vibe z „Ewolucji gwiazd typu słonecznego” Tytułowa starodawna baśń o Księżycu, opowieść o królewnie podmieńców imieniem Change, przybliżająca prosty powód, dla którego rasa ta miałaby przenieść się z Księżyca na Ziemię, wszystko to bardzo mnie się podobało. Podobnie jak przemyślenia Twilight odnośnie Change. A może ona jest prawdziwa? Może jest tu teraz z księżniczkami, na Księżycu? Może od początku je obserwowała? Myśli te pchną Twilight ku próbie skomunikowania się z Change, poprzez napisy na piasku. Ucieszyłem się, gdy bohaterka dostała odpowiedź, jeszcze milej się zrobiło, gdy zapytała Change czy ta zostanie jej przyjaciółką. I na tę wiadomość również uzyskała replikę. Powiało serialowym klimatem. Było przejmująco, tajemniczo, a co najlepsze, napięcie nie uciekło – teraz nie tylko jest świadomość, że zbliżają się kolejne urodziny Cadance, ale i czuć za sobą oddech Change. Czy aby na pewno? To jest rozdział, w którym Celestia na momencik powraca do akcji i scena, w której bierze udział wraz z pozostałymi księżniczkami, sieje ziarno niepewności, które dosyć szybko kiełkuje w różne spekulacje. „C” jest jak „Change”, ale także jak „Celestia”. Ależ to oczywiste, co nie? No właśnie – kto właściwie odpisywał Twilight na jej wiadomości? Jest znakomita scena, w której Twilight pisze na piasku, po czym oświadcza, że prosi o znak, o odpowiedź i obiecuje, że nie będzie podglądać, więc odwraca się i zasłania oczy. Po chwili słyszy za sobą ruch. I tutaj zżera mnie ciekawość – kogo by ujrzała, gdyby jednak zerknęła za siebie? Z jakiegoś powodu przechodzi mi przez myśl, że mogłaby zobaczyć... coś przerażającego. Dlaczego? Może w ramach kary za złamanie obietnicy? A może faktycznie byłaby tam Change? A może... Celestia? Założenie, że Change jest prawdziwa i jest na Księżycu, rodzi całe mnóstwo pytań i wątpliwości odnośnie całego fika. Bo jeżeli tak, to przez cały ten czas któraś z postaci mogła w rzeczywistości być podmieńcem, na przykład. Pytanie, gdzie oryginał? Scena, w której Twilight rozmawia z Flurry, nie tylko sieje jeszcze więcej niepewności, przy okazji niosąc ze sobą pewną dozę melancholii, ale wydaje się uwiarygadniać różne możliwe teorie co do Change. A może przez większość fanfika rzeczywiście mamy do czynienia z prawdziwymi księżniczkami, tylko w trakcie wyżej wymienionej sceny, o ile Twilight by spojrzała, Change mogłaby dla zmyłki przyjąć formę Celestii. Z drugiej strony, chyba nie każdy jest w pełni przekonany, że Chrysalis nie żyje, więc... kto wie? A gdyby jednak Celestii nigdy nie było na Księżycu? Czy naprawdę, komuś, kogo tak długo i tak bardzo idealizowała, i wedle kogo woli budowała całe swoje życie, Twilight pozwoliłaby oglądać się w tak niezręcznych sytuacjach, jak choćby wymiotowanie tuż pod kopyta swojego największego autorytetu? Pozwoliłaby się powycierać skrzydłem, jakby była małą klaczką? W przypływie złości zdzieliłaby tę postać po twarzy? Byłby z tego niezły twist, gdyby Twilight dopuściła się tego wszystkiego, bo chociaż przed oczami miała niby-Celestię, to instynkt podpowiadał jej, że to wcale nie jest jej dawna mentorka, więc w sumie może tak ją traktować... Trochę, troszeczkę, tak odrobinkę jak w innym, nie-kucykowym opowiadaniu, którego kiedyś odsłuchałem. W nim jakiś czas po swoim ślubie, żona nagle zapada w chorobę – zespół Capgrasa – i uważa, że jej mąż nie jest jej prawdziwym mężem. W końcu morduje jego, a potem siebie. Po czym w jej domu znajdują trupa, którego DNA zgadza się z DNA jej męża, który najwyraźniej rzeczywiście został przez coś zastąpiony, a czego nikt nie zauważył. Więc żona nie była chora, tylko miała rację. Proste i efektywne. Aczkolwiek bardzo możliwe, że Change nigdy nie istniała, a odgrywa ją Celestia. I najwyraźniej nie po raz pierwszy. Twilight jest żoną Thoraxa i nową „matką” podmieńców, ale nawet od niego nigdy nie słyszała ani baśni o księżycu, ani o Change. Jakby nawet Thorax nic o niej nie wiedział. Może baśń jest tak starodawna, że Celestia i Luna są ostatnimi, którzy mogą ją pamiętać, a może od początku Celestia wszystko zmyśliła. I chyba podobnie zwodziła Lunę, gdy ta, jako Nightmare Moon, odbywała karę na Księżycu, co tłumaczyłoby jej reakcję Tak oto dotarliśmy do ostatniego jak dotąd rozdziału. Co sprawiło, że to jednak on został moim ulubionym? Piękna retrospekcja z Twilight i Luną, na weselu tej pierwszej. Bardzo ładny, bardzo klimatyczny, rozgrzewający serce kawałek tekstu, z gorzko-słodką końcówką. Na modłę rozdziału szóstego, mamy wprawną żonglerkę między wydarzeniami na Księżycu, a tymi przywołanymi z przeszłości i pogłębienie relacji między wymienionymi bohaterkami nie jest jedynym, co oferuje nam ten rozdział. Widzimy jak Starlight pomaga Twilight w przygotowaniach do ślubu i wesela, czemu towarzyszą istotne pytania o to, czy w tym wszystkim jest jakakolwiek miłość (po obu stronach, plus początkowa nieobecność Cadance, którą Twilight interpretuje jako „ślub bez miłości”), podczas uroczystości powraca Trixie, z którą protagonistka ma naprawdę przyjemną scenkę, która zresztą nawiązuje do zagadki z chowańcem. Same świetne rzeczy. Uśmiechnąłem się gdy Twilight porwała wyraźnie speszoną Lunę do tańca i za która podążyła, gdy ta, już spąsowiała, wybiega na zewnątrz. Ucieszyłem się, gdy Twilight zadeklarowała, że ją kocha, tak jak zapewne Celestia. Znaczenie dla Luny ma to niebanalne, gdyż czasem nie potrafi przeboleć tego, że nikt jej nie kocha, przez co zresztą według fanfika zmieniła się w Nightmare Moon. Smutne jest to, że milenium bez niej udowodnił, że owszem, świat się bez niej obejdzie. Ale teraz, jak wszystkie księżniczki są na Księżycu? Wygląda na to, że w tym są do siebie podobne – uniwersum bez nich będzie żyć dalej. Lecz przez opowiadanie przewija się jeszcze jeden motyw, o którym jeszcze nie wspominałem – rzeczy, na które nie ma się wpływu. I którymi nie warto się przejmować, bo nie ma się na nie wpływu, jak wskazuje definicja. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż to, że księżniczki najwyraźniej nie są nikomu potrzebne, jest jedną z tych rzeczy. I to, na dzień dzisiejszy, zamyka „Nowoczesną baśń o Księżycu” melancholijnie, acz... ciepło. Z nadzieją na to, że coś się wydarzy. A co takiego? Nie wiem, czas pokaże. Czym byłaby ta historia bez jej postaci? Kreacja głównej bohaterki – Twilight Sparkle – bardzo mi odpowiada. Osobiście znajduję Twilight fascynującą postacią, nawet na podstawie jej czystej, kanonicznej kreacji jestem w stanie wyobrazić ją sobie w każdej sytuacji i przeważnie nie mam pojęcia jakby zareagowała, bo mogłaby postąpić dowolnie. Idealny typ postaci, którą można obsadzić niemalże w każdej roli i za każdym razem w jakimś sensie powinna sprawdzić się dobrze, prezentując coś znajomego, ale i świeżego zarazem. Tak jest i tutaj, w „Nowoczesnej baśni o Księżycu”; niekiedy Twilight zostaje całkowicie wytrącona z równowagi (ang. unhinged), co jest po prostu piękne, ale ma ona momenty całkiem serialowe, w których poszukuje przyjaciół, okazuje serce, pociesza, wspiera, jest z kimś i przy kimś. Ukazana jest jako postać, która ma wady, tak jak każdy, ale i trudne, osobiste doświadczenia, które nadal na nią wpływają, a co gorsza, która popełniła masę błędów, których bardzo łatwo można było uniknąć. Wpleciona tak czy inaczej w te dziwne, niejednoznaczne wydarzenia, potrafi zareagować impulsywnie, emocje wygrywają z rozsądkiem, ale co by się nie działo, przez cały czas wydaje się być... sobą. Na jakiś osobliwy, wyolbrzymiony ponad miarę sposób. Zarówno zachowane z kanonu, jak i nadane przez autorkę cechy, lubią być mocno przerysowane, przez co postać ta wypada tak wyraziście. Jej losy nie są mi obojętne, dobrze się je śledzi, a przy tym idzie gdzieś w tym odnaleźć cząstkę samego siebie. O Starlight zdążyłem już wspomnieć, ale przypomnę: prosta, barwna kreacja, która także bardzo mnie się podoba. Każda scena, w której występuje, zapada w pamięci, Starlight wypadła najbardziej serialowo, jest w niej entuzjazm, jest skora do żartu, docinkiem też potrafi zarzucić, widać, że się z Twilight zna doskonale, dobrze się ją czyta. Podobnie jest z Trixie, która fizycznie przewija się tylko w jednej retrospekcji, ale jak już się pojawia, wypada świetnie i wiarygodnie, jak to ona, ale nieco wcześniej napisana zostaje słowami innych postaci i to także wyszło barwnie, charakterystycznie, nie mogę się przyczepić. Zaskakująco jasny, ciepły punkt w tejże dosyć chłodnej, na ogół melancholijnej historii. A Spike to ostoja zdrowego rozsądku, tak jest. Ktoś musi. Idąc dalej – znakomita księżniczka Luna. Od reszty wyróżnia się głównie manierą mówienia, ale i zdarzą się detale, jak jej zachowanie na weselu Twilight, gdzie po tylu stuleciach Pani Nocy nie jest pewna czy jakieś zachowanie jej przystoi. Zgaduję, że w jej czasach to było nie do pomyślenia. Faktycznie sprawia wrażenie kogoś z innej, dawnej epoki, komu uciekło tysiąc lat, a teraz został wrzucony do współczesnego świata, który się zmienił. Urocze. Czytając co niektóre jej kwestie na głos, wydały mnie się one całkiem melodyjne i nie mam pojęcia czy to w całości robota autorki, czy też brzmiały tak dlatego, że wyobraziłem sobie tę postać w akcji w ściśle określony sposób. Niemniej – ciekawy detal, urozmaicający tę kreację, choć wiele zależy od odbiorcy i jakie obrazy czy brzmienia wygeneruje jego wyobraźnia. Jednocześnie Luna wydaje się tu najtragiczniejszą postacią, a przy tym bardzo emocjonalna i wrażliwa, przynajmniej dla mnie. Niemniej swą wrażliwość potrafi ukrywać. Poza tym, w tym wszystkim wydaje się zachowywać najwięcej godności jako koronowana głowa. Jej relacje z Twilight śledziłem z większą ciekawością, aniżeli w przypadku Celestii. No właśnie. Celestia, mimo wszelkich nietypowych rozwiązań i ciekawych sytuacji, w jakich autorka raczyła umieścić Panią Dnia, wyszła dosyć... przyzwoicie. Nie ma żenady, nie ma zachwytu. Jest to mentorka Twilight, którą Twilight ubóstwia i idealizuje, a z którą dzieli swoją wiedzę i mądrość, z czasem tak czy inaczej przejmując kontrolę nad jej dorosłym życiem. Nie całkowicie i nie dosłownie, ale jest mocno zasugerowane, iż po tylu latach słowo Celestii urosło u Twilight do rangi świętości. Zarazem to Celestia przez długi czas towarzyszy Twilight w trakcie księżycowej niedoli, przyjmuje na siebie jej frustracje, poświęca się i zadaje trudne zagadki. Swoją władzą potrafi się bawić („Mam klucz do zapasów i co mi zrobicie XD?”) i chyba przez cały czas ma świadomość tego, co się wokół niej dzieje i co o niej sądzą, ale niczym się nie przejmuje. Wydaje się być ze wszystkim pogodzona. A może po tylu stuleciach tak jej spowszedniało życie na Ziemi, że pobyt na Księżycu nareszcie jawi się jako coś nowego? Nie daje mi spokoju, że w pewnym momencie jakby „znika” z fabuły. Rozumiem, że uwaga została przekierowana na Lunę, niemniej wydało mnie się to nieco dziwne. A może taki był zamysł – gdy jesteśmy po jasnej stronie Księżyca protagonistce towarzyszy Celestia i interakcje z nią właśnie obserwujemy, a gdy zaglądamy na ciemną, to Luna staje u jej boku i to jej postaci się przyglądamy. W każdym razie, według mnie Celestia jest tu „zaledwie” solidna. Jej quasi matczyne w stosunku do Twilight oblicze wydało mnie się najciekawsze. No to pora na Cadance i na Flurry... No i jest problem. Mało coś ich, ale ilekroć się pojawiały, wywoływały określone wrażenia: Cadance jawiła się jako słaba, potrzebująca (od razu nie było to tak oczywiste, lecz później wiadomo, iż bohaterka oślepła, choć najwyraźniej da się ją uleczyć), a Flurry jako chłodna i spokojna, pomimo jej młodego wieku i zdecydowanie niezwykłej sytuacji, w jakiej się znalazła. One jedyne wypadły trochę jakby nie one (na ile możemy mówić o kanonicznej Flurry, gdyż w serialu zabrakło czasu by chociaż troszkę podrosła na ekranie, nie wspominając o poznaniu jej charakteru), w odróżnieniu od Starlight czy Trixie, które także pojawiają się rzadziej, ich występy nie zapadają w pamięci tak dobrze. Są i pełnią swoją rolę tak jak trzeba. Myślę, że autorka usypia czujność przed wielkimi urodzinami, które nieuchronnie się zbliżają. Jak było wspomniane, opowiadanie tylko miejscami przypomina poprzednie dzieła autorki, jako całość posiada własny klimat, który jest interesujący, gęsty, niekiedy mroczniejszy, innym razem w miarę serialowy, nie brakuje tu elementów pobudzających nostalgię, ale i melancholię. Różne oblicza wykreowanego nastroju nie gryzą się ze sobą, a współgrają, wszystko wydaje się być dokładnie tam, gdzie zawsze miało być. Czytanie całości przychodzi płynnie, sam fanfik sprawia wrażenie jakby proces jego pisania również był bardzo płynny, naturalny, jakby nie było żadnych blokad, przestojów czy debat co teraz napisać i jak – to się po prostu działo. Tekst bywa refleksyjny, a co za tym idzie, potrafi zainspirować, nie dając przy tym odpocząć wyobraźni – poprzez oszczędną formę, niekiedy bardzo krótkie zdania i opisy, masa rzeczy wymaga jej użycia, lecz to, co już jest, pomaga tworzyć wyraziste obrazy, przez co którakolwiek scena, jaką zechcemy sobie wyobrazić, nie wychodzi mętna czy wyprana z emocji. Między wierszami poruszone zostały poważne, ponadczasowe problemy, niejedna rzecz jest pisana niuansami, a niuanse te często wydają się nawiązywać do siebie nawzajem czy zazębiać się ze sobą, co dodaje całości wrażenia dodatkowej spójności. Oczywiście czytelnikowi pozostawiono szerokie pole do własnych interpretacji, dopisywania historii czy tłumaczenia poszczególnych zachowań, a mnie jak zwykle nie daje spokoju, iż nieważne jakbym się nie naprodukował, nieważne jak głęboko bym nie zajrzał i jak wiele sobie nie dopowiedział, zawsze będzie wrażenie, iż zaledwie dotykam czubka góry lodowej, a żeby było śmieszniej – zapewne nie tej góry, co trzeba Jest aż tak tajemniczo czy niejasno, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Kto wie co przyniosą kolejne rozdziały? Może minąłem się ze wszystkim, co chciała przekazać autorka, jakbym czytał zupełnie inne opowiadanie. Może wskazówki zawsze tu były, tylko ja nie zauważyłem sedna. Tak czy inaczej, pierwsza, druga, każda kolejna lektura „Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu” była wielką przyjemnością i intrygującym, inspirującym doświadczeniem, podobnie jak analiza dzieła, wesołe teoretyzowanie czy samo zastanawianie się co mogło tu być intencją autorki, a co nie. Tekst nie nudzi się nawet po wielokrotnym przeczytaniu, więc jestem otwarty na kolejną podróż, czy to zmotywowany sam przez siebie czy też za sprawą punktu widzenia i teorii innych czytelników, którzy mogą poszczególne rzeczy widzieć w zupełnie innym świetle. Wygląda na to, iż jest to kolejne opowiadanie, które, podobnie jak co niektóre jego wątki, pozostanie ponadczasowe, acz niekoniecznie dla każdego. Ale to nie szkodzi. Zresztą które dzieło jest przeznaczone dla wszystkich? Według mnie jak najbardziej warto przeczytać ów tekst i zmierzyć się z kilkoma jego trudniejszymi momentami z otwartą głową, gdyż jeżeli zajrzeć choćby odrobinę głębiej, można tu odnaleźć coś głębszego, inspirującego i pochłaniającego bez pamięci. Dla tych, którzy pamiętają poprzednie tytuły autorki, jest to pozycja obowiązkowa. Raz jeszcze dostajemy coś innego, nietypowego i w całej swej specyfice urzekającego, karmiącego nas czymś nowym, co niezmiennie pozwala trwale się zapamiętać i snuć daleko idące teorie. Ciekawie pomyślane, wciągające opowiadanie ze świetnym klimatem, godne polecenia zarówno nowicjuszom – choć nie zawsze będzie to łatwe do przełknięcia – jak i weteranom Pozdrawiam serdecznie i w zdrowej niepewności czekam na ciąg dalszy tejże historii. Tęskniliśmy.
    1 point
  46. Nasłuchałem się wiele dobrego o serii „Kresy” autorstwa Hoffmana. Dlatego gdy nadarzyła się okazja postanowiłem skonfrontować oczekiwania z rzeczywistością. W przypadku „O szyby deszcz dzwoni” mam jeden czy dwa dość istotne zarzuty. Akcja fanfika, pierwszego z wielu z serii osadzona jest Ĉevalonii krainie znajdującej się na południe od Equestrii i, o ile Equestria jest wzorowana na USA, tak mi kraina w której zaczyna się akcja kojarzyła się z innymi Stanami Zjednoczonymi. Konkretnie Meksykańskimi Stanami Zjednoczonymi. Nie wiem czy są to poprawne skojarzenia. Fanfik skupia się na kilku postaciach, pozostawiając tło wydarzeń na drugim planie. Ĉevalonia i miasto, w którym rozgrywa się akcja są opisane raczej pobieżnie. Wiemy, że jest to obszar ubogi o niskim standardzie życia. Wzmianki o klimacie, innych miastach, komunikacji, gospodarce itd. są bardzo zdawkowe. Nie wiemy wiele o architekturze, strojach itd. Jednym słowem, Ĉevalonia zaprezentowana w tym pierwszym fanfiku z serii, nie ma niczego co by ją wyróżniało od Equestrii lub też jednego z wchodzących w niej skład krain. Skupiamy się, jak już napisałem, na relacjach kilku postaci, będących członkami jednej rodziny. Są to Fenrir, jego ojciec (którego imienia nie pamiętam a skończyłem czytać fanfika przedwczoraj), ciocia Henrietta, wujek Albert oraz kuzyni Gleipnir i jego siostra, której imienia też nie pamiętam. Jeśli nie pamiętam ich imion, to chyba znaczy, że nie będą ich dotyczyły kolejne akapity. Podoba mi się to, w jaki sposób autor nakreślił charaktery postaci, tworząc pomiędzy nimi sieć wzajemnych powiązań emocjonalnych. Poznajemy też dzięki nim kulturę Ĉevalonii, nacechowanej jawną niechęcią wobec pegazów oraz tych jednorożców, które miast pracować wolą studiować sztuki magiczne. Jest to bowiem kraj, gdzie niski poziom życia zmusza kucyki do pracy od dziecka. Ogólnie portret biedy został tutaj nakreślony umiejętnie, bardzo obrazowo. Przychodzi mi zatem porównywać „O szyby deszcz dzwoni” z prozą Dickensa. Zwłaszcza interesujące są relacje między Henriettą i jej dziećmi a Fenrirem. Są one pełne ciepła i czasami wręcz wzruszające. Autor nie tworzy wyrazistych charakterów, dając bohaterom jakieś niepospolite cechy. One się kształtują właśnie poprzez ukazanie całości relacji między nimi. Niestety efekt jest moim zdaniem nieco daleki od pełni potencjału gdyż zarówno ojciec Fenrira jak i jego kuzynka są nieco w tle. Natomiast postać wuja bohatera jest moim zdaniem, wręcz przerysowana. Dlaczego, czy takich ludzi jak Albert nie ma naszym świecie? Są, ale prawdopodobnie możemy dojść co ich takim uczyniło. W przypadku Alberta, nieco mi tego tła brakuje. Rysuje się on zatem jako kucyk niezwykle ograniczony, bez cech które by go w jakikolwiek sposób rehabilitowały. Przykładowo, żali się on, że gdyby był dobry dla innych, wówczas by mu wbito nóż w grzbiet. Przy czym autor nie podaje nam informacji o prawdziwości jego słów. Więcej, ku mojemu zaskoczeniu w Ĉevalonii nepotyzm nie jest akceptowany, jeśli nie ogranicza się on do najbliższego otoczenia pracodawcy. Serio? W rodzinnej firmie? Czy też może miał to być jakiś wytrych autora aby lepiej zrozumieć niechęć Alberta do swego brata? Oczywiście nepotyzm nie jest dobry, ale akurat uzasadnienie nietolerowania go jest, moim zdaniem, naiwne. Jeśli Albert jest lokalnym szefem wszystkich szefów, i może wymusić na innych by ignorowali Fenrira, pozwalając mu prawie umrzeć z głodu, to dlaczego miałby się przejmować ich niechęcią do nepotyzmu? Może ja czegoś nie doczytałem, może coś źle zrozumiałem, ale już ten fragment jest moim zdaniem przedobrzony. Jeśli czegoś bym się spodziewał po Ĉevalonii to właśnie potężnego nepotyzmu, wyjaśniającego dlaczego kraj jest biedny i zdezorganizowany. W efekcie Albert jest postacią prawie karykaturalną, despotyczną, która tępi inaczej myślących we własnej rodzinie. Nie wydaje się on pragmatyczny, natomiast chętnie nadużywa alkoholu i krzyczy na innych. Innym zarzutem jest to co pokazał nam autor a co przedstawił bardzo pobieżnie. Relacje pomiędzy Fenrirem, jego ojcem a wujem i odpowiednio pomiędzy tymże a jego rodziną są pokazane na kilku przykładach, które jednak prowadzą nas do tego samego wniosku i jasno wskazują kto jest ofiarą a kto sprawcą nieszczęść. Ja odniosłem wrażenie, że jest tego aż nadto i że dla większego zróżnicowania, niedługiego przecież tekstu przydałoby się albo pokazać inną perspektywę wydarzeń. Boli to tym bardziej, że skutki kluczowej decyzji bohatera i reakcje jego krewnych są przedstawione bardzo pobieżnie, nieomalże ledwie streszczone. W efekcie fabułę całego fanfika można sprowadzić do jednego zdania: wuj Albert znęca się nad synem swego brata bez żadnego racjonalnego powodu, kierując się tylko uprzedzeniami swoimi oraz rodaków. W efekcie powstaje fanfik napisany bardzo jednostronnie. Choć strona językowa jest nienaganna, tekstowi jednak brakuje zróżnicowania wydarzeń. Jest on przez to powtarzalny, nie motywujący racji Alberta w żaden sposób poza jego widzimisię. Pomimo kilku wzruszających momentów, nieco głębszego (aczkolwiek chyba nadal niewystarczającego) zarysowania Ĉevalonii, miałem duże problemy by się zmusić do dokończenia czytania tego tekstu. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że mnie trochę znudził. Czy polecam? Nie mogę teraz odpowiedzieć na to pytanie. Wbrew tego co sugerują tagi, ten jednostrzał nie jest takim znowu jednostrzałem, niezależnym od pozostałych części opowieści. Być może te uzasadniają jego przeczytanie i nadadzą wydarzeniom w nim pokazanych więcej kontekstu.
    1 point
  47. Astrologowie ogłaszają 51. numer ET (Heroes of Might and Magic i inne strategie) Populacja czytelników zwiększa się W tym wydaniu oprócz tekstów na temat Hirków, znajdziecie również spoilerową recenzję najnowszej części Matrixa, pogadankę na temat pozytywnie zakręconej animacji "Centaurworld" od Netflixa oraz przemyślenia na temat "Metroid Dread" świeżo po ukończeniu gry. Nasz zin ostatnio bardzo prężnie się zmienia, w ostatnim miesiącu pożegnaliśmy się z naszą redaktor naczelną z wieloletnim stażem, Cahan. W tym miejscu chcielibyśmy jej jeszcze raz podziękować za prowadzenie nas w tym projekcie i życzymy szczęścia na nowo obranej ścieżce. Prócz tego planujemy mały lifting naszej nazwy i logo w najbliższym czasie, więc jeśli nie chcecie nic przegapić, obserwujcie nasze socjale ♥ Oficjalnie po prawie 8 latach tworzenia pod nazwą Equestria Times, dchodzimy od kucyków w nazwie. To nie znaczy, że artykułów na tematy kucykowe już nie będzie. Po prostu ponad rok temu staliśmy się ogólno-popkulturowym e-zinem, więc dalej będzie traktować je jak każde inne dzieło popkultury. Jedynie nazwa zostanie dopasowana do naszych aktualnych treści. Numer jak zwykle znajdziecie pod tym linkiem: https://linktr.ee/equestria.times Grafika użyta na okładce zostawa wykonana przez KoDa (KogotsuchiDark): https://twitter.com/kogotsuchidark Życzymy miłego czytania!
    1 point
  48. Taryfikator forum MLPPolska.pl Wykroczenia sumują się. Odwołania od ostrzeżenia, lub bana, należy kierować do moderatora nakładającego karę, lub do administracji poprzez sytem PW albo na oficialnym discordzie. Po osiągnięciu 10 (lub więcej) punktów na Użytkownika nakładana jest automatyczna blokada konta na okres 30 dni. Pierwsza blokada zawsze jest na okres 30 dni (nie licząc sytuacji ekstremalnych). Jeżeli Użytkownik ponownie uzbiera 10 (lub więcej) punktów, konto zostanie zablokowane na okres 90 dni. Trzecia blokada konta jest permanentna, czyli nigdy nie wygaśnie. Jeżeli Użytkownik otrzyma więcej niż jedno ostrzeżenie z danego punktu w okresie trzech (3) miesięcy, wartość każdego następnego zwiększana jest o 3 punkty. Czas liczony jest od ostatniego ostrzeżenia z danego punktu. Jeżeli Użytkownik otrzyma więcej niż jedno ostrzeżenie z danego punktu w okresie mniejszym jak 30 dni, wartość każdego następnego zwiększana jest o 6 punktów. Czas liczony jest od ostatniego ostrzeżenia z danego punktu. Członkowie ekipy forum, jako osoby reprezentujące serwis MLPPolska.pl, otrzymują dodatkowe 4 punkty niezależnie od przewinienia. Jeżeli wystawiona kara będzie równoznaczna z banem, Administracja może podjąć decyzję o pozbawieniu Użytkownika praw w zamian za nie blokowanie konta. Użytkownicy specjalnie łamiący regulamin w celu otrzymania blokady konta otrzymają permanentny nadzór moderacji nad publikowanymi treściami (wszystkie wpisy muszą być zatwierdzone) oraz blokadę pisania na czacie na okres 180 dni. Decyzję podejmuje administrator.
    1 point
Tablica liderów jest ustawiona na Warszawa/GMT+01:00
×
×
  • Utwórz nowe...