Tablica liderów
Popularna zawartość
Pokazuje zawartość z najwyższą reputacją od 04/26/25 w Posty
-
Czołem, pierniczki! Ponieważ godzina jest słuszna, a z jakiegoś dziwnego powodu w większości fików konkursowych pojawiła się Luna i nawet miała jakąś w miarę istotną rolę, to chyba nawet adekwatna. Bo przychodzę z wynikami. Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim za uczestnictwo. Szczególnie radują mnie nowe nicki, które spróbowały swych sił w pisarskich szrankach. Muszę też zaznaczyć, że ciężko było mi zdecydować, kto powinien zająć, które miejsce na podium. Mieliście różne mocne i słabe strony, ale poziom wyszedł dość równy. Najbardziej klasyczny i retro fanfik należał do Krisa07, choć Sun również trzymał się mocno klasyki, choć z pewnym twistem. Pozostali uczestnicy woleli eksplorować mniej znane (przynajmniej w naszym fandomie) oceany prozy. I miejsce Nepaxor II miejsce Darth Evill III miejsce Sun Dokładne wyniki i minirecenzje: https://docs.google.com/document/d/1gjfjgUW51gmZjF_L-xaT0ShO3OBEE56szSmNHo7RvFA/edit?usp=sharing Gratulacje, Panowie! A co do nagród - zgłoście się na PW.4 points
-
Od autora: Spin-off do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu". Miała być historia Cadance... I może kiedyś będzie historia Cadance. Ale nie w tym temacie Korekta: @Hoffman Starlight Glimmer kradnie lalkę małej klaczce. "Nowoczesna lalka" Rozdział 14 points
-
Nigdy nie sądziłem, że pastelowe kucyki i wyznaczony deadline będą katalizatorem do ukończenia pierwszego pełnego opowiadania w moim życiu, no ale cóż. 1000 lat samotności Pewnie jest wiele do poprawy, ale czas i tak już na to nie pozwoli.4 points
-
Od autora: Miałam sporo pomysłów na opowiadanie o tej postaci, głównie w świecie [Equestria Girls]. Niestety nie dałam rady. Próbowałam też napisać opowiadanie Sci-Fi, nie podołałam również. Może kiedyś się uda. Tymczasem, postanowiłam, że napiszę coś, co - chyba - lepiej mi wychodzi, czyli [Slice of Life]. Ważne: Mało [Violence]. Ale mimo wszystko jakaś przemoc jest. Korekta, dobra rada, pomoc: @Hoffman Bo moja dusza - jeżeli jakąś mam - jest stracona w czeluściach Tartaru. Lecz nadzieja błyszczy, jak światełko w tunelu, podczas ostatniej podróży. "Nadzieja, która błyszczy" ROZDZIAŁ 1 ROZDZIAŁ 2 ROZDZIAŁ 3 ROZDZIAŁ 4 ROZDZIAŁ 5 ROZDZIAŁ 63 points
-
Dobra, lepiej nie będzie. Co gorsza, tytuł średnio pasuje, ale nic lepszego mi nie przyszło do głowy Powrót na ścieżkę dobra Może zrealizuję inne pomysły, które przyszły mi do głowy, a nie spełniłyby warunków konkursu3 points
-
Krople deszczu miarowo wybijały rytm uderzając o szybę. Mrok wieczoru powoli wkradał się do biura, które zdążyło już zapomnieć widoku miotły. Ostatki światła zza nieosłoniętych okien przemykały po blacie drewnianego biurka, muskając jeszcze retro-lampę i ramkę z fotografią dwóch klaczy w futurystycznych strojach. Jeszcze niedawno spowijało też kieliszek bezalkoholowego cydru z pływającymi w nim dwoma kostkami lodu, niczym góry lodowe czekające na swojego Titanica. Teraz jednak grube szkło spoczywało w kopytach fioletowej klaczy jednorożca, która zmęczonym wzrokiem obserwowała długi proces topnienia. Dwie kostki dryfujące po złocistej powierzchni płynu przypominały jej ostatnią sprawę nad jaką pracowała ze swoją wspólniczką. Może i była po niej zmęczona, ale zdecydowanie czuła, że żyje... i mogła ponosić swoje cybernetyczne skrzydła, które teraz zalegały w szafie obok... Z zadumy wyciągnął ją odgłos otwieranych drzwi, z których z gracją wyłoniła się kremowa pegazica w czerwonej, powłóczystej sukni: - Więc to jest Twoje biuro, organizatorko Gallant Fop? - powiedziała - Organizatorko? Jak ja dawno nie słyszałam tego określenia... Co cię do mnie sprowadza, droga Flash Hope? - odrzekła jednorożec - Czy nie wypada takich spraw omawiać na siedząco, przy biurku? - W takim razie zapraszam - Gallant Fop wskazała na krzesło naprzeciwko, przesuwając przy tym szklankę ze słonymi paluszkami. Flash Hope skinęła głową, usiadła i z elegancją godną damy w kiecce za 50 bitsów wzięła do ust jednego, zalotnie go podnosząc. Jednocześnie popatrzyła się lekko przymrużonymi oczami o ogromnych, przykuwających uwagę rzęsach. Gallant znała to spojrzenie i czekała na propozycję, której nie będzie mogła odmówić... - Nie nudzi Ci się Gallant w tym pustym biurze? Kiedyś potrafiliśmy zatrząść tym miastem... - Nie narzekam, Flash. Mam tu dobre towarzystwo - tani cydr i paluszki. - Oh, faktycznie - spojrzała z politowaniem pegazica - ale wiesz, że polscy bronies też są równie dobrzy. A nie widzieli nas od 2023 i już zdążyli się stęsknić... - Mhm, oszczędź mi słodkich słówek, ptaszku. Z czym przychodzisz? - Z propozycją. Wielki powrót, Ty, ja, setki Bronies i największe wydarzenie kucykowe w Polsce, już po raz trzeci. Dziesiątki godzin prelekcji, warsztatów, konkursów, gier i innych atrakcji. Do tego goście specjalni, artyści i sprzedawcy z kucykowymi gadżetami. A to wszystko w dwa majowe dni. - pegazica wyciągnęła pogiętą kartkę spod skrzydła i położyła na biurku - Interesujące... A kiedy to wydarzenie się odbędzie? - 23 i 24 maja 2026 roku, w Warszawie. I jak, gotowa? - Eh, Flash. Ty zawsze potrafisz na mnie podziałać, jestem gotowa - głosem powoli wracającym do żywych odpowiedziała Gallant Fop. Na pyszczku Flash Hope pojawił się uśmiech, po czym ruszyła powoli w stronę drzwi. Zanim zniknęła za matowym szkłem odwróciła się jeszcze raz do przyjaciółki: - Do zobaczenia więc na Kucykonie 2026, Gallant! Gallant Fop została ponownie sama w biurze, tym razem jednak z już jaśniejszą od pomysłów głową i kartką zostawioną przez Flash Hope z informacjami: Data: 23 i 24 maja 2026 Miejsce: Warszawa Przydatne linki (będzie więcej!): Facebook - facebook.com/events/2377557725979681/?active_tab=discussion Telegram - t.me/Kucykon (Polski), t.me/kucykon_en (Angielski), t.me/kucykon_vostok (Rosyjski)2 points
-
The world of Equestria is ruled by princesses, princes, kings, queens and other rulers with magnificent titles from times long past. Would you like to stand by their side for a moment? Not only ponies, but also other Equestrians have their rulers, who meet together from time to time, whether as planned events or under unexpected circumstances. The next Czequestria will definitely be a planned event and will take place in the theme Of Kings and Queens from times, when there was no shortage of adventure, magnificent performances and fun Come and look behind the walls of castles and chateaux and experience the magical atmosphere that reigns not only in Canterlot! The whole weekend filled with fun, fellow brony fans, VIP and community guests, plus entertainment of all kinds - starting with traditional MLP-themed 'LARP', followed by panels, workshops, unforgettable musical performances at the party, to the grand finale of a charity auction. When: 21. - 23. August 2026 ('LARP' on Friday, venue program on Saturday and Sunday) Where: KD Krakov, Prague, Czech Republic Event language: English Tickets: not yet on sale Detailed info: www.czequestria.cz/en Curious about what Czequestria looks like? Check out the Photos and videos from 2024! Join the Discord server to meet other Czequestrians! For actual info and news, you can follow us on BlueSky (@Czequestria, @MissLibussa), Mastodon (@Czequestria, @MissLibussa) and/or Twitter/X (@Czequestria, @MissLibussa). In case of any questions, please let us know here in this thread or send us an e-mail to [email protected]. We look forward to seeing you in Prague, Czequestrians!2 points
-
Myślałem, że jak zacznę coś pisać, to jakiś ciekawy pomysł sam przyjdzie, ale nic ciekawego nie przyszło. Pierwszy kontakt [Oneshot][SoL][Human]2 points
-
Zgłaszam mój tekst do konkursu. Chciałem coś spróbować napisać z nadzieją że nie będzie tragiczne. Niespotykane Zdarzenie2 points
-
Dobra, nic więcej nie wyczaruję. Ten tekst szedł mi ciężko i nawet chciałem go porzucić, ale nic lepszego mi nie przychodziło do głowy, a nie chciałem się poddawać. Może następnym razem pójdzie mi lepiej. Anomalia przestrzenna [Oneshot][Stalker][HiE]2 points
-
O proszę! Aż ciekaw jestem - jak Kolega na to trafił po takim czasie? Ktoś tutaj zajrzał, po tych wszystkich latach! Cóż mogę rzec... Jak to zaczynałem pisać, byłem licealistą z kartą dużej rodziny - a teraz też mam KRD, ale, że tak powiem, z drugiej strony. Czasem myślałem o dokończeniu tego dzieła (prócz niego miałem jeszcze w głowie pomysł na chyba ze trzy spinoffy), ale cóż... w którymś momencie stwierdziłem, że lepiej stworzyć coś, co będę mógł normalnie wydać pod swoim nazwiskiem - acz oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, tego nie zrobiłem. Ostatecznie moje aspiracje twórcze największy upust znalazły w... planszowych grach (historyczno-wojenno-politycznych) - jakby kogoś ciekawiło, mogę rozwinąć temat (jedna jest bliska wydania). Również tematyka Rewolucji Francuskiej gdzieś tam zeszła u mnie na dalszy plan - z jednej strony, zwłaszcza pod koniec studiów, dużo więcej uwagi (w tym przynajmniej jeden artykuł naukowy - mogę podrzucić) poświęciłem liberalnej koncepcji umowy-społecznej i wynikającego z niej państwa-Lewiatana. Z drugiej i ten wątek nie doprowadził mnie nigdzie gdzie chciałem, i jeśli coś teraz rozpala moją wyobraźnię, to raczej okres przełomu XV i XVI wieku, w którym właśnie są te gry które - póki co raczej do szuflady - tworzę. Ale przejdźmy do rzeczy - dziękuję za miłe słowa! Czy po lekturze kolejnych fragmentów również będę mógł na nie liczyć? Pozwolę sobie odnieść się do kilku kwestii: Niewątpliwie tworzenie ustroju Equestrii było w tym wszystkim najprzyjemniejsze! Nie wiem czy Kolega widział, ale w tym wątku wrzuciłem małą rozpiskę jak to widzę. Chętnie mogę to rozwinąć! To w sumie bardziej złożone - jednorożce również w dużej mierze straciły władzę na rzecz wąskiego aparatu samej korony. Wątek ten jest rozwijany w bodaj trzecim rozdziale, w którym, że pozwolę sobie na spoiler, rewolucja dociera do Canterlotu i bynajmniej nie organizują jej lokaje. Zresztą w którymś miejscu (nie już w I rozdziale?) chyba wspominam o tym, że jakieś 100 lat przed akcją zlikwidowano radę baronów - w której skład istotnie wchodzili głównie jednorożcowie, ale która za to miała realne kompetencje, w tym akceptowała podatki. W jej miejsce powołano trójkątną radę, która jest organem tylko doradczym. W tym, o czym piszę powyżej, oczywiście chciałem nawiązać do bliskiej mi (przynajmniej wtedy jak pisałem, acz wciąż wydaje mi się, że jest w niej sporo racji) teorii o Rewolucji Francuskiej jako, przynajmniej w I fazie, buncie arystokracji odsuniętej od realnej władzy (i przez to zdegenerowanej w "złotej klatce") przeciwko absolutyzmowi. To zagrożenie nie jest jakieś substancjalne, zwłaszcza dla terenów innych niż oba pogranicza. Z drugiej strony wydaje się, że koncentracja wojsk jest pewną okazją do wzmożenia. Trudno mi teraz podać dobry przykład z historii, ale widzę tutaj pewne podobieństwo do choćby niesławnego zwołania Stanów Generalnych. Tutaj chodziło mi raczej o, w ramach pewnego, jak Kolega zauważył już na początku, skoncentrowania czasowego, pokazania różnych oblicz rewolucji. I tak - w Manehattanie rewolucja jest burżuazyjno-liberalna, w Cloudsdale militarystyczno-faszystowska, w Canterlocie arystokratyczno-libertyńska - a w Ponyville - ludowo-socjalistyczna. Zresztą wszędzie jest wymierzona w tego, kto jest największą podporą Korony - a w Ponyville to właśnie te najstarsze i zarazem największe rody. Wreszcie - lud tutaj w istocie jest wszak narzędziem w rękach demagoga, który już jak najbardziej wywodzi się z klasy średniej! I egzotyczność sojuszu rewolucjonistów - i wynikająca z tego nieufność i brak należytego wsparcia w działaniu - jest wątkiem pojawiającym się w dziele. Istotnie w serialu tak to wygląda (a zwłaszcza najgorzej - w filmie kinowym), ale muszę jednak powiedzieć, że miałem tutaj nieco inne intencje. Postać Celestii akurat nie ma u mnie znaczenia politycznego, lecz... teologiczne. Akurat przyznaję - z tego wątku byłem chyba najmniej zadowolony i był on najmniej przemyślany, ale szukając odpowiedzi na pytanie - czemu tak potężny, w zasadzie odwieczny władca nie rozwiąże od ręki wszystkich problemów, postanowiłem wykorzystać ten wątek by spróbować zarazem odpowiedzieć na pytanie: Dalej - Po pierwsze - oczywiście problem z silną magia byłby taki, że musiałaby zdominować opowieść, a tego nie chciałem. Po drugie - w mojej wersji tego Świata magia jest jednak mocno ograniczona. W którymś rozdziale wspominam o inkwizycji i o ograniczeniach w jej stosowaniu. Ograniczeniach niearbitralnych: Co do teleportacji - akurat taki pomysł nie przeszedł mi jakoś przez głowę. Czy w ogóle zdolności Twillight w ogóle obejmują teleportowanie osób trzecich (w kolejnych rozdziałach postaci używają teleportacji, ale na bardzo krótki dystans i tylko na sobie)? Jeśli tak, to na jaki dystans? Dodam, że oba domy (Rarity i Applejack) były otoczone, więc wyteleportowanie z nich niewiele by dało. Nie będę zresztą ukrywał, że na Twillight nie miałem jakiegoś wielkiego pomysłu - z Mane 6 główne role miały odgrywać obie moje ulubione bohaterki, wspominane wyżej. Plus fanfik powstawał na długo przed tym, jak Twillight została alicornem - pierwszy rozdział dzieje się dosłownie w trakcie trzeciego rozdziału trzeciego sezonu - więc nie wiem czy wtedy była aż tak potężna - a przynajmniej czy było to wiadome. Zdaje się, że dalsze rozdziały wypadają pod tym względem lepiej. Te wczesne zdarzało mi się pisać na telefonie (np. pamiętam, jak rozdział z I odsieczą Ponyville pisałem jadąc autobusem na wczasy do moich Świętej Pamięci Dziadków). Potem, zanim publikowałem, całość sprawdzał niezastąpiony GandziaBrony - acz oczywiście wciąż jakieś błędy mogły zostać, wszak nie była to profesjonalna korekta, a jedynie koleżeńska przysługa. Cóż, kwestie estetyczne zawsze były mi bliskie - swego czasu zachwycił mnie wiersz Herberta "Potęga smaku", czy później koncepcja niejakiego Plinia Correi de Oliveiry o "rewolucji w tendencjach". Ubolewałem zawsze, jak strona "reakcyjna" odpuszcza tę sferę (sam chociażby zawsze najbardziej lubiłem - i nadal lubię - muzykę dawną, zwłaszcza ze wspomnianego na wstępie XV-XVI wieku, podobnie zresztą z innymi dziedzinami sztuki). W każdym razie - raz jeszcze dziękuję. Ja raczej już nie dokończę tego dzieła. Ale gdyby jakiś szaleniec był zainteresowany - to mogę podzielić się tym, co pamiętam z tego, co planowałem. Miałem również pomysły na przynajmniej trzy prequele-spinoffy - założenia do jednego z nich (o przodku Rarity, co jakieś 300 lat wcześniej zdobył dla Equestrii ziemie koło Sułtanatu Camelu) nawet mam spisane - https://docs.google.com/document/d/1Kj7eFyRlDBTKmCEWZVQTP6_vaAHqOohb4NjHHfgWLKI/edit?usp=sharing Tutaj zaś coś co kiedyś zacząłem i nie wiem, czy tutaj wrzucałem - wstęp do Historii Equestrii, pisany a'la dzieło historyczne autorstwa... ojca Twillight - https://docs.google.com/document/d/1qQqQClVo7sY_Z4I2C_Id4a9dKUm3V5a-S0rcZQWMXcA/edit?tab=t.02 points
-
Jakiś czas temu zacząłem sie zastanawiać, jak zwykłe kucyki mogą reagować na to, co się normalnie dzieje w Ponyville, od czasu pojawienia się Twilight. Regularne końce świata, cotygodniowy chaos i te sprawy. Tak myślałem i postanowiłem to napisać. Trochę z perspektywy Cloudchaser, która w Ponyville mieszka i trochę z perspektywy Flitter, która właśnie skończyła studia i postanowiła odwiedzić siostrę. Akcje zaś osadziłem niedługo po reformacji Discorda. Domyślam się, że powstało trochę fików w tym stylu (zapewne nawet lepszych), ale będąc całkiem szczerym, żadnego nie czytałem (albo już nie pamiętam). Tak czy siak, zachęcam do swojego, średniego fika. Zwyczajny dzień w Ponyville2 points
-
Nie spodziewałam się, że przeczytam kiedyś dobrego fika (i do tego wielorozdziałowca) o przeszłości Crazy Glue. Nie spodziewałam się też, że kiedykolwiek ta postać w ogóle będzie mnie obchodzić. Bo nie oszukujmy się - serialowa Cozy Glow jest tak niesympatyczna jak to tylko możliwe i jej próby zaprzyjaźnienia się z Tirekiem i Chrysalis wyglądają bardziej na próby manipulacji i kontroli przez "przyjaźń". Ba, w serialu, najbardziej szczera pod względem przyjaźni... w sumie chyba była Chrysalis. I generalnie, to nie zgodzę się, że końcówka była gorsza. Właśnie w dużej mierze przez Chrysalis. Bo sądzę, że tak jak Cozy widziała w Tireku siebie - fatalna relacja z ojcem i bratem, dobra z matką, tak Tirek nie był jak Cozy. Ale Chrysalis w sumie to trochę tak. Nawet jak spojrzymy na przeszłość tych postaci, to ma to więcej sensu. Tirek albo działał sam, albo zdradzał sojuszników. Chrysalis zawsze miała swój rój, który z jej punktu widzenia ją odrzucił. Ciekawym jest też to, że ostatecznie, to Chrysalis w pewnym sensie staje po stronie Cozy i ją ochrania. Ba, ochraniała ją już wcześniej. Trochę jak jej matka i trochę jak jej matka, Chrysalis też wchodzi w rolę nieco dysfunkcyjnego opiekuna, bo prawdopodobnie lepiej nie umie. W ogóle cała ta rodzina... Nie pamiętam, czy to było napisane, od której strony są ci dziadkowie, ale chyba jednak od matki, bo nie wiem jak ci od ojca, by ją tolerowali. Ojciec w ogóle jest nieco dziwny - matka Cozy twierdzi, że jest okropny, ale jak na typa, który wychowuje dosłownie bękarta, to mógłby być o wiele gorszy. Szczególnie, że własnych źrebiąt chyba nie spłodził. Długo się zastanawiałam, czy matka Cozy w ogóle się faktycznie puszcza, czy chodzi o coś innego - np. Cozy jest z gwałtu bądź jej rodzice skorzystali z banku spermy, bo ojciec jednorożec był zwyczajnie bezpłodny. Trochę dziwna jest postać babci, która chyba przynajmniej stara się nie być okrutna, ale też trochę zagoniona przez rodzinną tradycję. Nie będę próbować zgadywać, co siedziało w głowie matki, która się puszczała i ilu ich naprawdę było, bo po prostu za mało wiemy. Zwłaszcza, że Cozy jest jedynaczką. Czemu w ogóle ożeniła się z tym jednorożcem? Ok, on chciał jakiegoś tam jednorożca, a ona? I skoro nie zrobił własnego dzieciaka, to czemu nie rzucił niewiernej kobyły? Jakaś część mnie chciałaby się przyczepić do otoczenia szkolnego. Ale niestety ono potrafi takie być, choć zdziwiła mnie nieco ta akcja z Sandstonem. Nie dlatego, że się wydarzyła, tylko dlatego, że Cozy musiała mieć wtedy 12-13 lat, a on z 16 (?). Trochę wątpię, by to Onyx zaczęła rozsiewać te pogłoski, raczej on sam lub Angel. Szczególnie, że z reakcji rówieśniczej wiemy, że rzekomo to on dał kosza napalonej Cozy, a nie wiem jaki tam mają wiek zgody w Equestrii, ale obawiam się, że za coś takiego mogliby go wywalić ze szkoły i wsadzić do ciupy. A sama Onyx... Nie jestem pewna, czy Cozy dobrze ją odczytała. Postąpiła okropnie (szczególnie, że Cozy nic jej nie zrobiła), ale odezwała się dopiero wciągnięta do tej konwersacji. Moim zdaniem ona nie chciała oberwać rykoszetem. Przecież pewnie połowa z tych dzieciaków wie, że to bzdury, a Sandstone to typ, które takie akcje odwala regularnie i nie zdziwiłabym się, gdyby wcześniej wywinął podobny numer Onyx. Przecież nie bez powodu upatrzył sobie jakąś zahukaną nową, podczas gdy miał dostęp do klaczy, których nawet nie musiałby uwodzić. Myślę, że połowa durnych małolat z kółka szachowego, by mu sama wskoczyła do wyra, tylko nie dałyby się zaszczuć gdyby coś poszło nie tak. A gdzie w tym wszystkim są dorośli? Nigdzie. Już w pierwszej szkole młoda jest ignorowana, a nauczyciel prawdopodobnie podciągnął jej ocenę i dał nagrodę na koniec za keks z jej matką. Która prawdopodobnie sama tę nagrodę kupiła. Wracając do matki - okej, wiemy, że ona kochała Cozy, ale sposób w jaki to robiła... No jakoś wcześniej nie spędzała z nią chyba za dużo czasu. I co ona tak naprawdę robiła w życiu? Wiemy, że nie jest biedna - stać ją na te drogie naszyjniki i suknię. Czy to wszystko pieniądze jej męża? No dobra, chodzi do pracy, ale czy nie utrzymałaby Cozy sama? Najlepiej w innym mieście? A do tego to sanatorium? Gdzie ona naprawdę jeździła, bo jednak wątpię, by to naprawdę było sanatorium... Wiemy też, że ostrzegała córkę, że ogiery myślą tylko o jednym, ale nie wiem, czy w tym momencie miała podstawy, by wysnuwać takie wnioski - zwłaszcza w tym wieku i w kontekście kółka szachowego. Nawet jakby lepiej ostrzegła Crazy Glue, to raczej nic by to nie zmieniło... Jakby no... Co ona miałaby zrobić inaczej? Pozbawiać się wszystkich hobby i interakcji z ogierami, bo na pewno chcą ją tylko wykorzystać? Nic co do tej pory zrobił Sandstone nie było szczególnie niepokojącego. On równie dobrze mógł wszystkich namawiać na kółko szachowe i dawać wielu kucykom jakieś korki z szachów. Jedyne co Cozy mogłaby zrobić lepiej, to w ogóle nie wychodzić z nim z tej dyskoteki, żeby np. jej gdzieś nie zgwałcił w kiblu. Ale po jej reakcji wiemy, że ona była wówczas zwyczajnie spanikowana i zszokowana. Wątpię, by przygotowanie teoretyczne wiele jej tu dało. A parszywa plotka? Pewnie i tak, by powstała, przecież to oczywista zemsta, w której wyzywa się od kurtyzan tą co nie dała. Jakby dała też byłaby kurtyzaną, wiadomo. Nie obwiniałabym natomiast Twilight Sparkle i nie doszukiwałabym się czegoś więcej, że zapomniała o tamtym liście. Dostała ich pewnie setki, jeśli nie tysiące. Cozy siłą rzeczy stała się kropelką w tym systemie. Fakt, Księżniczka Przyjaźni poradziła sobie z tym źle - już ta pierwsza wiadomość powinna ją poważnie zaniepokoić i być może spróbować jakiejś większej interwencji. Ale Twilight raczej autentycznie nie ogarnia, że żeby dziecko wysłało jej coś takiego, to musi być mocno zaszczute i prawie nie mieć nikogo. Mogłaby dyskretnie nasłać jakąś opiekę społeczną, by sprawdzili co się dzieje. Albo zapytać Celestii. Cozy w sumie dobrze podsumowała Twilight. Twilight była w życiu niesamowicie uprzywilejowana. Dlatego Twilight nie ma pojęcia o przemocy równieśniczej. Luna pod tym względem wypada lepiej, znacznie lepiej. Ba, myślę, że gdyby Luna dopadła Cozy wcześniej, to może by coś z tego było. Na tym etapie, to myślę, że prędzej mogłyby sobie poradzić Cadance i Celestia, bo po prostu miały w życiu więcej kontaktów z młodzieżą. Nie obwiniam ich zbytnio, że nie dały Cozy kolejnej szansy. Gorzej, że dały ich za dużo Discordowi. A przy tym położenie lagi na czternastolatce (a wcześniej chyba trzynastolatce), to śmiech na sali. Bo odrzuciła 2 rozmowy jak większość małolat z problemami. Inna sprawa, że w tym fanfiku my znamy Cozy, jej prawdziwe pragnienia, potrzeby, perspektywę. I ta Cozy już nie jest tak groźnym mastermindem jak serialowa. Pytanie brzmi jak w tym opowiadaniu przebiegały rzeczy, które pokazano w serialu, bo mimo wszystko... Nie wydaje mi się, że identycznie. Natomiast Tirek był uroczy jako zmyślony przyjaciel. Bo wszystko zaczęło się od tego, że gnębiciele młodej nagle stracili swoją przewagę. Dziwny wybór modela życiowego, ale hej, on przynajmniej jej nie zlewał. Z drugiej strony z nim Cozy w ogóle próbowała się komunikować najbardziej. A nie chociażby z własną matką czy nawet babcią. Bo może jakby to zrobiła, to coś by się zmieniło. Np. wcześniej zostałaby wysłana do innej szkoły, może nawet jakiejś dla pegazów żeby mogła popróbować pegazich rzeczy? Matka też mogłaby chociaż próbować nakłamać, że jej córka jest adoptowana. Czy nawet ona sama jest i jej prawdziwy ojciec był pegazem. Bo jednak dla wszystkich tajemnicą poliszynela było, że Cozy to bękart. To, że Tirek Cozy raczej po prostu wykorzystuje było pewne. Najgorzej, że było mu bardzo łatwo, bo wszyscy zawiedli... Trochę mam nadzieję, że Cozy z tego fanfika dostanie kiedyś kolejną szansę, bo teraz wydaje się dobry moment, by faktycznie coś do niej dotarło. Że nie ma i nie miała nigdy prawdziwych przyjaciół. Może mogłaby ich mieć w Szkole Przyjaźni. Może. Ale czy na jej miejscu uwierzyłabym, że tym razem to naprawdę? Może po paru latach. Czy byłaby szczęśliwa? Może, znajdując to szczęście w czymś innym, niekoniecznie w relacjach z innymi. Cóż, dziecięce przyjaźnie często są fałszywe i kończą się tak sobie. Ale to co spotkało bohaterkę Nadziei? To było grubo ponad normę. Dobrze się to czyta, fajne, serio polecam jeśli chcecie coś nostalgicznego, bez wybuchów i laserów. W czasach, kiedy pisało się fanfiki poświęcone villainom od tej bardziej tragicznej i smutnej strony. Bo ten fanfik to w rzeczywistości dramat obyczajowy o systemie, który zawiódł.2 points
-
Przeczytałam. Ostrzegam przed spoilerami. Przede wszystkim, podoba mi się dwuwątkowa fabuła, to znaczy, jest wątek Venus Throw i Heart Rate’a oraz wątek Celestii i Luny. Relacja między pierwszą dwójką też jest ciekawa, podoba mi się, jak się kłócą. Z czego Heart Rate’a chyba polubiłam bardziej, za taki, hmm, optymizm? Chociaż nie powiem, Venus też ma swoje teksty, Dobrze skonstruowane postacie. Bardzo ciekawy syn Celestii. Podoba mi się ten motyw, z chęcią przeczytałabym o nim więcej (na przykład o relacji Celestii z jego ojcem). W ogóle, co sobie myślał ten ojciec o tym dziecku, kiedy jeszcze żył. Czyżby o nim nie wiedział, skoro według Celestii była to chwila słabości? A może dla Celestii chwilą jest ileś-tam lat, skoro jest długowieczna/nieśmiertelna? A plany Luny bardzo zabawne, rozumiem jej podejście, co nie zmienia faktu, że bawią. Dowiedziałam się, że są jakieś nawiązania, do polityki, że tak powiem, ale ja się nie interesuję polityką na tyle, by je wyłapać. Ale napisane jest solidnie. Dobre domknięcie wątków. Tylko mam mieszane wrażenie co do zakończenia, to znaczy, nie wiem, czy ono miało być zabawne z tym wytykaniem „błędów” i „słabości” Celestii? Mnie nie rozbawiło. Wyglądało trochę jak fanowska analiza serialu. Serial niestety nie jest zbyt spójny i sama nieraz głowię się, jak to pogodzić (szczególnie to wznoszenie Słońca i Księżyca, które raz się unoszą z udziałem a raz bez udziału księżniczek). Nie podejrzewałabym Twilight o to, że pomyśli w ten sposób na poważnie. Już prędzej spodziewałabym się tego po każdym, tylko nie po niej. Ale może to różnica w postrzeganiu postaci. Tak czy inaczej, podobało mi się.2 points
-
Chociaż w twórczości pisanej autorki najczęściej przewija się Twilight Sparkle oraz inne księżniczki, "Nowoczesna lalka", jako odnoga "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" rzuca nieco światła na postać Starlight Glimmer, co do której można by się spodziewać, że będzie występować znacznie częściej, jako ulubiona postać twórczyni. Oszczędność w jej występach może zatem wydawać się nieco zaskakująca. Jednakże entuzjaści sztuki Niki z pewnością zauważyli, że już od jakiegoś czasu Cozy Glow zapowiadana była na główną bohaterkę nowej historii, postać skrzydlatej klaczki grała już złe piosenki, a także zdobywała kosmos, by ostatecznie wystąpić w kolejnych kawałkach życia, z domieszką przemocy, czyli w środowisku, w którym autorka niejeden już raz sprawdziła się znakomicie. Nowe opowiadanie, "Nadzieja, która błyszczy" - przyjemny i przywodzący na myśl klasyki fandomu tytuł, tak swoją drogą - przybliża nam przeszłość Cozy Glow, opisuje wydarzenia, które ją ukształtowały, a także podejmuje próbę wyjaśnienia dlaczego bardzo krótkie życie bohaterki skończyło się właśnie tak, jak widzieliśmy to w finale dziewiątego sezonu i jakie towarzyszyły temu emocje. Tak, wiem, że została zamieniona w kamień i teoretycznie może zostać odczarowana, ale tak jest dramatyczniej, okej? Przede wszystkim, pewnym novum jest tu narracja pierwszoosobowa. Wszystko, co dzieje się w fabule, obserwujemy oczami Cozy Glow i to jej perspektywę poznajemy. Zabieg ten, wespół z zastosowaniem konspektu w dokumentach Google, pomógł stworzyć wrażenie pamiętnika pisanego przez źrebię w wieku szkolnym - kogoś, kto obserwuje wielki świat, zmaga się z nieprzychylnością środowiska, a kto nie do końca rozumie tak motywy tych kucyków, jak i dlaczego życie toczy się tak, a nie inaczej, nie wspominając już o braku możliwości dokonania zmian. To ostatnie z czasem się zmienia, w miarę jak bohaterka się rozwija, jednakże jak się okaże, Cozy zdołała zmienić bardzo wiele, by ostatecznie wszystko zostało takie samo - puste, nieodwzajemnione, pozbawione nadziei, bez wyjścia. Zważywszy na wiek protagonistki, pomimo tego, że z czasem nieco dorośleje - a przynajmniej takie jest wrażenie po pewnych drobnych zmianach w tym, jak opisuje rzeczywistość - udało się przyprawić całość o domieszkę dziecięcej naiwności, budzącej tak sympatię - jest wiele momentów, gdzie Cozy chce się kibicować - jak i melancholię - kiedy Cozy nieuchronnie spotyka kolejna przykrość - dopełniając klimatu, który nie odstaje zbytnio od poprzednich dzieł autorki. Jest w tym pewna doza rodzinności, przeważnie gorzkiej, utrzymanej w nurcie poszukiwania akceptacji u krewnych - bezskutecznego, swoją drogą - acz nie pozbawionej nadziei - przynajmniej na początku - chociaż przeważnie jest smutno i poważnie, w tekście nie zabraknie mroczniejszych momentów, a także typowo ludzkich problemów, tak bardzo nie pasujących do pastelowego świata magicznych kucyków. To niezmiennie bardzo, ale to bardzo mnie się podoba. Forma generalnie jest solidna; poszczególne sceny są napisane zwięźle, ale nie ubogo, toteż bez problemu idzie wyobrazić sobie kolejne scenerie, interakcje, a także odczuć towarzyszące im emocje. Rozdziały są niedługie (mają 10-12 stron), czyta je się bardzo sprawnie, więc obojętnie czy ktoś preferuje czytać partiami, czy od razu w całości, mimo trudnego nastroju i niekiedy ciężkiej tematyki, tekst zawsze jest lekki w przyswojeniu, prosty w odbiorze, dobrze się go czyta, sprawnie i płynnie. Zdecydowaną przewagą cieszą się opisy, wszystkie oczywiście z perspektywy Cozy Glow, co nie oznacza, że zupełnie zabraknie dialogów. Jest ich trochę i także są zrealizowane dobrze. Postacie odzywają się, wyrażają tak, jak należało się po nich tego spodziewać, w sumie, nierzadko jest w ich dialogach sporo serialowości, nie zabraknie też silniejszych emocji, a kreacje poszczególnych kucyków są solidne, dobrze wypadają. Jak tak teraz o tym myślę, to w tekście przewinęło się całkiem sporo postaci. Dzięki temu zapoznawszy się z całością odczuwa się, że była to obsada urozmaicona, co jest po prostu miłe. Większość z tych postaci zostaje w pamięci, każda pełni jakąś funkcję, każda zostawia po sobie ślad w świadomości protagonistki. Zahaczając o księżniczkę Twilight Sparkle, motyw z listem, który otrzymała od Cozy, a na który odpisała, czego jednak nie pamięta, gdy zostaje o to zapytana, przypomniał mi o jej kreacji z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Mianowicie, gdy tam, mimo swej pozycji, klacz pozostawała niepewna i wolała zbytnio się nie angażować (Na wątpliwość co zrobiłaby w trudnej sytuacji księżniczka, Twilight Sparkle potrzebowała przypomnienia, że przecież to ona jest księżniczką.), wydawała się ładną figurą na prestiżowym stanowisku, która albo nic nie może, albo może, ale nie chce. W "Nadziei, która błyszczy", jest podobnie - ładna figura na prestiżowym stanowisku, która prawi o sile przyjaźni i radzi kucykom, ale nie pamięta o liście Cozy Glow, w którym ta podzieliła się swymi problemami, bo odpisywanie na listy to jej praca i tyle. Nie chce się zbytnio angażować, bo po co? Po prostu mimo korony jej postać nie wydaje się ani zbyt kompetentna, ani zbytnio przejęta indywidualnymi dramatami swych poddanych; kucyków, którzy upatrują w niej kogoś, kto mógłby im pomóc. Takim kucykiem jest tu Cozy Glow. Zapewne jednym z wielu. Duży plus za stworzenie rodziny dla Cozy; co może wydać się pewnym zaskoczeniem, prócz niej wszyscy bez wyjątku są jednorożcami, co, jak się okazuje, ma głębszy sens. W ten sposób bowiem autorka całkiem wiarygodnie zrealizowała w bądź co bądź niedługim tekście wizerunek tej idealnej tylko na obrazku rodziny, która jednak dystansuje się od "gorszego" jej członka, niepasującego do tejże wyidealizowanej wizji, która jednocześnie milczy odnośnie różnych sekretów, których tak Cozy, jak i czytelnik się domyśla, co do których od pewnego momentu ma już pewność, lecz na temat których inne kuce konsekwentnie milczą, aż do ostatniej chwili, gdy z reguły jest już za późno. Podobnie jak w "Nowoczesnej baśni o Księżycu", być może wiele z tych przykrości nie miałoby miejsca, gdyby te postacie usiadły, szczerze porozmawiały i okazały sobie nawzajem nieco empatii. Tak czy inaczej, czuć te napięcie w rodzinie, czuć tę niechęć, czuć, że Cozy nie czuje się wśród nich najlepiej, chociaż nie do końca wie dlaczego. W tym sensie bohaterka startuje jako ktoś zagubiony, kto ponosi winę za nie swoje przewinienia. Jaki wielki kontrast do tej Cozy, którą znamy z serialu. Podobnie wiarygodnie wyszedł brak akceptacji ze strony rówieśników. Są to kolejne trudne fragmenty, nacechowane melancholią, wzbudzające współczucie, a niekiedy brzmiące niczym inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, a w których idzie odnaleźć elementy własnej historii, jeśli ktoś cierpiał w dzieciństwie podobne problemy. Rzeczy te, chociaż tak bardzo nie pasują do bajowego, kolorowego świata kucyków, w odróżnieniu od sceny, która pojawia się później (tej na dyskotece), nie wydają się być czymś, co w tym świecie nie miałoby prawa się wydarzyć. Nawet kiedy Cozy Glow zmienia środowisko, kiedy próbuje wziąć sprawy we własne kopytka, zmienić coś, dopasować się, prędzej czy później wszystko idzie nie tak, a ona wraca do punktu wyjścia, w którym jest tą słabą, nielubianą pegazką, odrzuconą przez wszystkich, nie potrafiącą poradzić sobie z życiem, do którego chyba w ogóle nie została przygotowana. Na etapie szkoły z internatem, nadal wzbudza to współczucie. Powiem wręcz, że nawet gdy nieuchronnie wkraczamy w erę Szkoły Przyjaźni, a więc w wydarzenia znane już nam z serialu, jeszcze do pewnego momentu bohaterce chce się życzyć powodzenia, nawet jeżeli robi źle - no bo znając jej przeszłość trudno się dziwić, że usiłuje przestać być ofiarą. W pewnym sensie jest to tragiczne, że ze wszystkich możliwych dróg postanowiła z ofiary stać się oprawczynią; jej motyw wydaje się zrozumiały, w końcu przez całe jej życie lepiej wychodziły kucyki dla niej niedobre, będące jej katem, więc nie dziwota, że w pewnym momencie sama postanowiła spróbować. Lecz znamy jej finał z serialu, więc, o ile nie ma tu napięcia, wiemy już z góry, że w ten sposób nie odniesie sukcesu, toteż nieuchronnie czekamy na koniec, zastanawiając się czy towarzyszyły temu jakieś refleksje. I okazuje się, że owszem. Generalnie Cozy Glow wykreowana w fanfiku jawi się jako postać niejednoznaczna, złożona, taka, którą można analizować z kilku pozycji, jednakże jest jeszcze ktoś, kto w jej historii odgrywa szalenie ważną rolę, a o którym jeszcze nie wspomniałem. Jest to Tirek. Nie chciałbym tu wchodzić w zbytnie spoilery, ale wątek ten był bardzo ciekawy i znakomicie dopełniał opowieść. Myślałem trochę o tym czy nie był to wątek przewodni, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. W każdym razie nie od początku. Tak się go czyta, ale jednak na pierwszym miejscu jest tu jednak Cozy, która usiłuje zostać cesarzową. Jej relacja z Tirekiem, chociaż szalenie ważna i trwająca przez całe opowiadanie, zyskuje na znaczeniu później, kiedy wątek dążenia do tytułu cesarzowej "wypala się", a ten ostaje się jako taka ostatnia nadzieja na coś więcej. Tak to osobiście interpretuję. Ciekawe wydało mnie się pierwsze spotkanie Cozy z mrocznym lordem, miło śledziło się jej research na jego temat, zwłaszcza, że na ówczesnym etapie stał się jej "wymyślonym" towarzyszem, z którym czuła się silniejsza, pewniejsza. To były te cieplejsze momenty, gdzie przewijała się nadzieja na lepsze czasy, na coś więcej, co czeka Cozy Glow, gdy ta przebrnie przez najtrudniejsze. Później, gdy do fabuły na powrót dołącza Tirek z krwi i kości, także jest interesująco. Ich relacja staje się faktyczna i ma w sobie ciekawą dynamikę. Z innych rzeczy - bardzo spodobał mnie się wątek szachowy, historia znaczka Cozy Glow, to, jak ona interpretuje własny talent i gdzie upatruje jego zastosowanie, analogie między postaciami, a także porównania do partii szachów; to były proste, małe rzeczy, szczegóły, które w bardzo satysfakcjonujący, spójny sposób złożyły się w całość, rozszerzając kontekst wokół postaci protagonistki. Cieszą też inne drobne detale, takie jak magiczne artefakty, ich działanie, a także ta kokardka w grzywie czy listy. No, co by nie mówić, Tirek okazał Cozy więcej zainteresowania, niż księżniczka Twilight, kto by pomyślał? W tym wszystkim jest jeszcze jedna postać, która jest tragiczna - matka Cozy Glow. Ta, o której plotkują kucyki, o której wiedzą, że ma kłopot z wiernością, ta, której czynami mimowolnie obarczona zostaje córka, a także ta, która staje w prawdzie za późno. Nie sądzę, by miała jakieś złe intencje, możliwe, że sama była zagubiona. Nieprzygotowana tak do roli matki, jak i konfrontacji z Cozy, gdy ta zboczyła ze ścieżki, zbyt daleko, by zawrócić. Jednocześnie ciekawi mnie jej historia. Muszę też przyznać, że najlepiej czytało mnie się pierwszą połowę fanfika. Były to w pełni oryginalne sceny i wątki, z prezentowanej przeszłości Cozy czerpaliśmy najwięcej, tam też było najwięcej melancholii, smutku, ale i gorzkiej nadziei, to tam kształtowała się ta znana nam Cozy, skazana na porażkę. Rozdział czwarty jeszcze trzyma ten poziom, lecz im bliżej wydarzeń kanonicznych, tym mniej nowości, tym więcej coraz szybszego przeskakiwania między tym, co już znamy z serialu, co początkowo wydaje się streszczeniem tych wydarzeń, zmienia się w pędzącą naprzód relację, której jedynym celem jest dobrnięcie do końca. Końca, który choć wydaje się odrobinę urwany, jest jak dla mnie dobrym zamknięciem historii. Także tekst wprawdzie nie trzymał tego samego poziomu przez całą swą rozpiętość, ostatni, szósty rozdział zdecydowanie wypada słabiej, ale tak czy inaczej uważam, że to bardzo dobre opowiadanie, które całe szczęście, że powstało; pasował mnie ten trudny niekiedy, przejmujący nastrój, a także nieliczne promyki nadziei, dobrze śledziło mnie się losy protagonistki, chociaż większość rzeczy, o których czytałem do najweselszych nie należała, całość została zrealizowana sprawnie, z pomysłem i sercem. Odpowiada mnie zaprezentowana tu wizja przeszłości Cozy Glow, jak również trudności, z jakimi musiała się zmagać, wciągnęła mnie. Ta historia nie mogła mieć szczęśliwego zakończenia, ale myślę, że dla bohaterki była prawdziwa, autentyczna nadzieja. Że owszem, była zaniedbana, ale wiele zależało także od niej i ze swym talentem mogła zrobić coś innego. Może nie byłaby cesarzową, może i tak zabrakłoby u jej boku kogoś, kto odwzajemniłby jej emocje, lecz może znalazłaby szczęście. Szczęście, o którym już wiemy, że próżno było go szukać w podboju Equestrii. Tekst oczywiście polecam. Przyjemnie się przy nim działało, jego treść zapadła mi w pamięć. Jak nieszczególnie przejmowałem się postacią Cozy Glow przedtem, myślę, że po lekturze to się zmieniło. Jest w tej postaci potencjał i Nika okazała się właściwą osobą, by go uwolnić. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejne opowieści z Cozy w roli głównej2 points
-
Witajcie! Napisałem fanfik, kilka rozdziałów - na ten moment mam gotowe około 200 stron. Na bieżąco będę korygował i wstawiał resztę. Nie jestem biegły w pisaniu , ale chciałem się trochę pobawić tym tekstem i w sumie o to mi najbardziej chodziło, więc udostępniam go dalej , a może komuś również się to spodoba. Tutaj krótkie wprowadzenie: Świat wierzy w prostą bajkę: zła Nightmare Moon została pokonana, a dobra Księżniczka Luna – uzdrowiona przez Elementy Harmonii. Equestria pławi się w złotym blasku idealnego dnia, a cienie przeszłości zostały zepchnięte w niepamięć. Ale historia pisana przez zwycięzców ma to do siebie, że lubi pomijać niewygodne rozdziały. Green Light, generał dawnej Nocnej Straży, budzi się po tysiącu lat stazy w ruinach Zamku Dwóch Sióstr. Zostaje wyrwana ze snu przez Lunę, która wcale nie jest tak „uzdrowiona”, jak wszyscy myślą. W świecie, gdzie prawda została ocenzurowana, a lojalność jest mierzona w watach słonecznego blasku, największym aktem buntu jest pamiętać o tym, co zostało wypalone. Prolog Rozdział 12 points
-
Od autora: Króciutkie opowiadanko. Korekta: @Hoffman Applejack ma problem. Rodzina jest najważniejsza2 points
-
8.11.2025 – 9.11.2025 Gdańsk Orunia Nie moje wydarzenie, podrzucam tutaj opis z FGE/FB bo nie wiem jak opisać samemu. Sssszzzz... bzyyyt! Uwaga! Nadajemy z przyszłości, w której odbywa się Ambermeet 2025! Początek listopada to zawsze rocznica pierwszego trójmiejskiego ponymeeta. Dlaczego nie połączyć tej okazji z kolejnym Amberem? Co planujemy? Tradycyjnie: mnóstwo kucykowych atrakcji, okazji do tworzenia wspomnień oraz poszerzania fandomowych horyzontów. Spotkania z ciekawymi prelegentami, możliwość rozbudowy swoich gadżetowych kolekcji, okazję do podziwiania najwspanialszych pluszaków XXI wieku, a także trochę niespodzianek. A z praktycznych rzeczy, to tradycyjnie nocleg z soboty na niedzielę. Zapraszamy zatem ponownie na Pomorze, aby przeżyć wspaniałe przygody na już 6 edycji naszego zlotu! Zapiszcie datę! Widzimy się się na Amberze 2025! Przydatne linki rejestracja, regulamin, zgoda rodzica, zgłoszenie pomocy, zgłoszenie stoiska, zgłoszenie atrakcji, wydarzenie na fejsiku.2 points
-
Czego mi brakuje do zrozumienia, to - chociaż może to wyjaśni się w kolejnym rozdziale. Ale rozumiem, że bez przeczytania TSwNBoK zabraknie mi kontekstu, żeby zrozumieć, Na marginesie, początkowo zgubiłem się i myślałem, że Ale to mogło być moje niewyspanie.2 points
-
Hmm… tak jak kolega wyżej zauważył tekstu jest na razie niewiele, więc i ciężko się na razie bardziej rozwinąć. Jak na razie mogę powiedzieć, że jest to solidne 9 stron opowieści i nie ma szans, że nie będę czekał na rozwinięcie historii o mojej ulubionej klaczy, której kreacja w tym rozdziale mi się jak na razie bardzo podobała. Mam też pytanie do autorki, jak na razie bowiem tego nie odczułem, ale czy nieznajomość oryginalnej historii będzie jakoś mocno wpływać na dalszy odbiór? Niestety dość wolny ze mnie czytacz i nie byłem jeszcze w stanie zajrzeć do ,,Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", która chwilowo dzielnie czeka na swoją kolej w kucykowym TBR2 points
-
Witam serdecznie! Ciężko mi upichcić komentarz do jednego rozdziału, jeszcze tak krótkiego, no ale czego się nie robi, gdy ulubiona autorka wstawia nowy fik na forum, i jeszcze jako odsłona poboczna do już przeczytanego tekstu. Tekst przeczytany, muzyka włączona, można pisać. Zacznijmy od oczywistości. Lubię je mieć za sobą, bo wnoszą niewiele wartości merytorycznej w takich przypadkach. Bo zwyczajnie nie mam na co narzekać. Strona techniczna jest dobra, nie zauważyłem błędów. Tekst ma bardzo przyjemny, przejrzysty styl. Całość czyta się płynnie. Dialogów było mało, ale oddawały co miały oddać. Tempo jest akurat (chociaż ja osobiście lubię takie wolniejsze teksty, więc być może jestem skrzywiony pod tym względem). Fabularnie historia nie jest bardzo mocno zakorzeniona w oryginale, chociaż ma pewne odniesienia. Bez czytania oryginału tekst byłby mimo to zrozumiały - w tym sensie, że stanowi, jak na razie, oddzielną całość, jedynie połączoną pewnymi wydarzeniami i jedną, główną zresztą, postacią. Poznajemy tu pewne nieznane nam wcześniej fakty/domysły/poszlaki dotyczące ważnej w Nowoczesnej Baśni sprawy, w dodatku od strony bardzo osobistej. Nie mogę powiedzieć, że samo w sobie stanowi to spójną całość. Nie dlatego, że nie jest to spójne, po prostu nie jest to całość - jak już wspomniałem, jeden rozdział ;p. Jest pewien element mocnej sugestii co dalej się będzie działo (chociaż autorka potrafi zaskakiwać, być może się zdziwię). Postać Starlight (główna) została tu dobrze (roz)budowana (względem oryginału [no wybaczcie, nie mogę się cały czas do niego nie odnosić]). Względem serialu zaś... hm, musiałbym znów obejrzeć. Może jest to jakiś pretekst na powtórkę serialu? Mniejsza. W każdym razie, poznajemy część, drobniutką, jej dzieciństwa, a także losy jej matki i ojca. O ile ojciec w serialu był, o tyle matka... no nie mogę powiedzieć, że poszła po mleko, to bardziej do starego by pasowało. Skończmy na tym, że jej nie było w serialu i tu poznajemy wizje tego co się z nią stało (a raczej, co mogło się stać i idzie się domyślić, że będzie tego więcej). Ogólnie rozdział skupia się na Starlight i tym co jest wkoło niej i wychodzi to dobrze. Podsumowanie? Jest pozytywnie i zachęcająco. Kibicuje szczerze autorce, by udało jej się dokończyć ten tekst. Na razie nie oceniam tego jakoś bardziej szczegółowo, bo całość dopiero się rozkręca (chociaż, jak to u Niki, w bardzo charakterystycznym, niezbyt spiesznym tempie, ale dla mnie jest to plus). Pozdrawiam.2 points
-
Przeczytałam do końca trzeciej części dziewiątego rozdziału, więc pomyślałam, że zostawię jakiś komentarz. Styl jest bardzo przyjemny. Najbardziej podobały mi się opisy. Były bardzo obrazowe, klimatyczne i nieprzesadzone. Moje ulubione wątki to Alikorngard i klasztor. To pierwsze jest ciekawe ze względu na traumy, jakie wszyscy stamtąd przynieśli. Tajemnica jest bardzo dobrze napisana, czuć ją, czuć to zagubienie, czuć mrok. Natomiast w to drugie wciągnęłam się autentycznie, przeczytałabym o tym całe opowiadanie. Jestem na tyle ciekawa, co się dalej wydarzy, że aż przeczytałabym starą wersję, żeby tylko się dowiedzieć. Myślę, że to mówi samo przez się. W ogóle, podoba mi się ta religia, te przemyślenia głównej bohaterki. Podobał mi się też motyw, że ta ucieczka z zamku nie udała jej się za pierwszym razem. Wątki polityczne są dla mnie za trudne, chociaż na razie mało ich było (albo ja jestem nieuważna, co też jest prawdopodobne). Co do bohaterów, Night Shadow jest całkiem w porządku. Ale chyba najbardziej lubię Dark Mane’a, Bastard Spella i Javelina. I domyślam się, że to się zmieni Dark Mane wydaje się być… Hmm, miły. Bastard Spell szalony, a Javelin rozsądny. Ale pewnie jeszcze się zaskoczę. Trochę jeszcze mieszają mi się niektórzy z łowców, bo trochę ich jest, ale mniej więcej się orientuję. To, że ich imiona nie są prawdziwymi imionami było dość oczywiste. Ogólnie, ciekawie się to rozwija. Cóż, muszę się dowiedzieć, co będzie dalej, więc czekam na ciąg dalszy2 points
-
Witajcie Kucyki! Czy wiecie, że w Equestrii znajduje się jedno takie miejsce, w którym każdy może poczuć się równie ważny? Gdzie nie ma miejsca na zazdrość, rywalizację i popisywanie się swoimi talentami za to pełno jest współpracy, przyjaźni i szczerych uśmiechów Jeżeli czujesz się smutny, niepotrzebny, niedoceniony bądź po prostu pragniesz odnaleźć swoje miejsce wśród zgranej i pomocnej społeczności, to nie musisz szukać już dłużej - Wioska Równości gorąco zaprasza wszystkich! Zwłaszcza teraz nadarza się świetna okazja do odwiedzenia naszej przyjacielskiej osady - oto bowiem przygotowujemy wydarzenie, które rozsławi nas na całą Equestrię - I Dubbingowy Starlightmeet! Razem pokażmy światu nasze szerokie uśmiechy przygotowując wspólnie materiały ukazujące jak wspaniale żyje się w naszej wiosce Czego możecie się spodziewać na I Dubbingowym Starlightmeecie? Przede wszystkim atrakcji związanych z kreatywnością i głosem, w tym kolejnej już edycji warsztatów fandubbingowych podczas których wcielicie się w swoje ulubione postacie. Poza nimi będziecie mogli przysłuchiwać się prelekcjom, uczestniczyć we wspólnych zabawach, zagrać w planszówki jak i po prostu spotkać starych znajomych i poznać nowych. Wszystko to w przyjaznej atmosferze Miejsce: SDK „Jowisz” Warszawa, ul.Chodecka 4 Cena wejściówki: Standardowa - 40 zł Wspierająca - 120 zł Rejestracja: https://starlightmeet2025.sticzu.pl/ Poradnik dojazdu (ta sama lokacja, ten sam dojazd co na Znaczkowym i Nuklearnym): https://docs.google.com/.../1-0SjqhNiMsDfWCYMuyU.../edit... Do zobaczenia w naszej Wiosce! PS. Zachęcamy do śledzenia nas na Telegramie: t.me/BroniesTwilightWarszawa I discordzie: https://discord.gg/4aZmC5xmnB2 points
-
2 points
-
Słońc milionami karuzela nocy lśni - Dokumenty Google Ledwo ledwo. Jeszcze dzisiaj rano miałem połowę tego, ale obiecałem sobie, że zrobię coś na ten konkurs no i jakoś dobrnąłem. Od lat nie napisałem słowa po Polsku i cóż. Wyszło jak wyszło. No, ale od czegoś trzeba zacząć. Apropos tytułu. Tak, to z pewnej piosenki z bo brzmiało ładnie xD2 points
-
Ten fik ssie w ciul. Anyway, i tak musisz go przeczytać Cahuś, CIERP! Agent Drops i Wróg z Księżyca Tagi: [Oneshot] [Adventure] [Alternate Universe] Zadałem sobie parę pytań, „a co jeśli”, a potem zdałem sobie sprawę, że mam za mało słów, żeby to odpowiednio zeksplorować. Przykładowo w ogóle nie miałem czasu nawet wspomnieć o Twilight, planowałem więcej scen Rarity i oczywiście chciałem dodać gdzieś z tyłu Flutkę ale... Oh well. Może zrobię z tego serię, może nie, zapewne nie, w każdym razie próbowałem zostać bardziej w temacie mlp jako serii, ale też trochę to spoważnieć, ale nie iść nigdzie za daleko w sci-fi... Może się udało, może nie? Cza pomyśleć, znaczy, ktoś musi przeczytać i mi powiedzieć. Tak czy siak, nikt nie ginie, nie ma jakiś wielkich strzelanin w kosmosie czy coś, więc powinno być git. Miłego czy tam niemiłego czytania życzę każdemu, kto poświęci temu swój czas. Widzimy się za dwa lata jak Cahuś oceni każdy z fików.2 points
-
2 points
-
Regulamin forum został zmodyfikowany; Punkt 4.2; Usunięto adres email jako metodę kontaktu (poczta nie działa od dawna, utrzymanie jest zbyt kosztowne). Dodano wzmiankę o discordzie.2 points
-
Fani klasycznej "Lalki" Bolesława Prusa dopiero będą w szoku! Oto i mamy spin-off - być może pierwszy z kilku, a może z wielu - do "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu", którą oczywiście z tego miejsca polecam, jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście. Perypetie księżniczki Twilight na srebrnym globie, podobnie jak chyba większość tekstów Niki, nie należą do najłatwiejszych w odbiorze, trzeba niekiedy się nad nimi skupić, a także wykazać się cierpliwością, gdyż opowiadanie przedstawia odbiorcy, nie zawsze w konwencjonalny sposób, mnóstwo tajemnic i niedopowiedzeń, do odkrycia potem, dla naszej wyobraźni do interpretacji, ale finał zdecydowanie jest tego wart, a ponadto przez całą lekturę towarzyszy nam tajemniczy, gęsty, często mroczny klimat, który wciąga i nie pozwala się oderwać. Uwaga, drobne SPOILERY w kolejnym akapicie! Przy "Nowoczesnej lalce", przynajmniej na tym etapie (dostępny jest na razie tylko pierwszy jej rozdział) nie wydaje się, by znajomość fabuły "Nowoczesnej baśni" była nieodzowna przy lekturze. Możliwe, że czytając o Twilight, która mogła w [czymś] pomóc głównej bohaterce, lecz tego nie uczyniła, ktoś, kto nie przeczytał jeszcze głównego fanfika może poczuć się lekko zagubiony, gdyż wydaje się, że jest to dosyć istotny plot point, przewija się jeszcze jakieś tajemnicze [zabójstwo], którego najwyraźniej dopuścił się Firelight. Ale zaraz, zaraz, jaka Chrysalis? Próbuję postawić się w pozycji kogoś, kto o "Nowoczesnej baśni" tylko słyszał i nie wydaje mnie się, by "Nowoczesna lalka" nie radziła sobie jako samodzielny tekst, tematycznie wpisany w szerszą fabułę, gdyż znajome wątki mogą w spin-offie funkcjonować na tej samej zasadzie, na jakiej autorka w głównym tekście zasypała nas tajemnicami, dziwami i niejasnościami - w ten czy inny sposób, będziemy mieli coś, na czego rozwiązanie będziemy czekać, śledząc dalszą fabułę. Po prostu najwyżej będzie tego więcej i nie wszystko znajdzie swe rozwiązanie w "Nowoczesnej lalce". A co z wrażeniami z lektury i klimatem? Uwaga na możliwe SPOILERY! Główną bohaterką jest tym razem Starlight Glimmer, znana zresztą z "Nowoczesnej baśni o Księżycu". Klacz odnajduje się w rzeczywistości, w której zostaje zmuszona rozstać się z ukochanym ojcem, w związku ze śmiercią kogoś, kto znany był jej jako Fortune Wheel, a która to śmierć bynajmniej nie była wypadkiem. Tak jak ta Fortune Wheel, to wcale nie była Fortune Wheel. Naprawdę, niezdrowo zaczyna mnie intrygować to czy klacz znana jako Fortune Wheel naprawdę istniała, czy była to w pełni autorska persona wykreowana przez Chrysalis. I niezależnie od odpowiedzi, jaki był cel królowej Podmieńców? Czy chciała zbliżyć się do Starlight, by w odpowiednim momencie dokonać zemsty, a może autentycznie trzeba jej było kucyka, którego miłość mogłaby spijać? Może jej intencje zmieniły się w trakcie? Jak Firelight odkrył prawdziwe oblicze Fortune Wheel? Podoba mnie się, że spin-off podtrzymuje tajemnice, im dłużej się o nich myśli, tym głębszy wydaje się ten wątek, momentami nawet wieje subtelną grozą. Ale wracając - nowa, smutna rzeczywistość Starlight przesiąknięta jest rozczarowaniem swą przyjaciółką, która mimo wszelkich narzędzi ku temu, by jej pomóc, postanawia tego nie robić, ale także bolesną przeszłością i wspomnieniem swej matki, która... jak się okazuje, nadal żyje. Istotny w tym wszystkim wydaje się również jej pokój - od dawna nie ruszany, wyrażający to, kim była ta klacz, o znaczeniu sentymentalnym - jako symbol, jako ostoja, jako coś z "lepszej" przeszłości, co przetrwało cały ten czas, do czego dorosła Starlight może powrócić w dowolnym momencie. Nowe sekrety z miejsca absorbują czytelnika, a pierwszy rozdział kończy się w idealny wręcz sposób, mamy taki mały, ale genialny w swej prostocie cliffhanger, który wręcz zmusza do niecierpliwego oczekiwania na ciąg dalszy i myśleniu o nim. Jednocześnie w ciągu chwili zbudowane jest napięcie, bo zastanawiamy się, co się stanie, jak przebiegnie konfrontacja, jeśli do niej dojdzie, co zrobi Starlight i jak to ją zmieni, jeśli w ogóle. W ogóle, tekst pełno ma detali i smaczków, które rozszerzają jedną z postaci "Nowoczesnej baśni", czy to wspomniana w opisie opowiadania lalka, czy krewni Starlight, z których spojrzeniami i słowami, malutka Starlight nie bardzo umie sobie poradzić. Tu pragnę pochwalić kreację Firelighta - z miejsca udaje się autorce sprzedać go jako bohatera pozytywnego, troskliwego i empatycznego ojca, który wspiera córkę i którego sukces (czyli wydostanie się z bardzo złej sytuacji, w której się znalazł) pragniemy zobaczyć. Jego relacja ze Starlight jest tym jaśniejszym, cieplejszym punktem tekstu, który generalnie pozostaje melancholijny, chłodny, tajemniczy. W ogóle, fragment podczas Wigilii Serdeczności nadał rozdziałowi świątecznego nastroju, aż przez moment pomyślałem, że to będzie fanfik świąteczny. Miło. Poszczególne scenki, nie zawsze rozgrywające się podczas fabuły bieżącej, zostały napisane zwięźle i zrozumiale, moim zdaniem przynajmniej na tym etapie tekst wydaje się bardziej przystępny niż "Nowoczesna baśń" i kto wie, czy na początek nie będzie lepszym wyborem przed zapoznaniem się z główną fabułą. Opisy czy to otoczenia, czy emocji, są dosyć skromne, ale treściwe, więc z łatwością wyobrażamy sobie scenerie czy grymasy, emocje postaci. Poprzez zwięzłość wiele trzeba sobie wyobrazić samemu, więc nadal różne osoby, czytając to samo, mogą wyobrażać sobie nieco inne rzeczy, a to zawsze jest bardzo interesujące. Podziwiam to, jak autorka w nieco ponad osiem stron stworzyła melancholijny, mroczny, piękny klimat; emocji jest akurat tyle, ile trzeba, bez zbytniego epatowania wyciskaczami łez, bez szokowania dla szokowania, czy na siłę przekonywania czytelnika o tym, że Starlight jest postacią tragiczną. Zwłaszcza wątek powrotu do domu i podjęcie tematu, skąd się wzięła jej wiara w równość, to są takie momenty, gdzie to refleksyjne oblicze fanfika, ta melancholia naprawdę lśnią i inspirują. Tempo akcji jest w sam raz. Rozdział czyta się sprawnie, przejście z początku do końca nie zajmuje zbyt wiele czasu, a i tak wydaje się, że zadziało się więcej, niż nakazywałaby sądzić ilość stron czy rozpiętość akapitów. Nie ma niedosytu, nie ma tez przesytu, a bohaterka według mnie została dobrze oddana, tak w kontekście głównej fabuły, jak i w kontekście kanonu. Dobrze śledziło mnie się jej losy, choć nie były to wesołe rzeczy. Jestem ciekaw co będzie dalej. O, kolejna rzecz - chociaż jej późniejsze losy są mi znane z głównej fabuły, nadal jestem zainteresowany tym, co się z nią stanie, jak się to stanie i jak ją to ukształtuje. Po prostu nadal nie wiadomo o tylu rzeczach, że taki dodatek zachowuje atrakcyjność. Co do formy, to tutaj było chyba najmniej innowacji. I dobrze - lepsze wrogiem dobrego. Miałem przyjemność czytać tekst przedpremierowo i zasadniczo nie miałem przy nim wiele roboty. Oczywiście, mamy pewne zabiegi, charakterystyczne dla stylu autorki, które na pierwszy rzut oka wydają się czymś wartym przemontowania (np. sam początek, gdzie mamy kilka zdań prostych, jedno po drugim, nim bohaterka popada w rozpacz), ale ostatecznie nie psują wrażeń z lektury. Po prostu wysyłają sygnał, zwracają uwagę - coś nastąpiło, coś się z protagonistką zadziało. I to niezmiennie robi robotę. Oczywiście "Nowoczesną lalkę" polecam, można do niej podejść także bez znajomości "Nowoczesnej baśni o Księżycu", tekst jest napisany zaskakująco jak na jego tematykę i klimat lekko, intryguje i inspiruje, obsadzenie w roli głównej Starlight i przedstawienie jej historii uważam za dobrą decyzję, niecierpliwie będę oczekiwać na ciąg dalszy jej opowieści. Myśląc o tym, co przeczytałem, wydaje mnie się, że może to być ten typ historii, co do której chciałbym, by nie skończyła się nigdy, bym mógł kosztować tych melancholijnych, ale życiowych rzeczy bez końca, czerpiąc inspiracje, odnajdując w tym jakieś części samego siebie, a może szukać... nie wiem, odpowiedzi? Słowem, to może być idealna historyjka dla mnie Pozdrawiam serdecznie!1 point
-
Dziękuję za komentarze zawsze motywują do dalszego pisania. Tak czy inaczej, to nie będzie długa opowieść. Warto znać tę historię, ale postaram się tak pisać, żeby nieznajomość tekstu nie wpływała na wrażenia z lektury.1 point
-
No i powracam, i to dużo szybciej niż się spodziewałem. Za mną jest cała saga rodziny Crusto, którą muszę powiedzieć mega przyjemnie mi się czytało. A teraz tak, podchodzę trzeci raz do napisania tego komentarza i zwątpiłem w moje umiejętności stworzenia koherentnej długiej wypowiedzi, więc przyszła pora na absolutny potok myśli. No to lecimy: Od czego by tu zacząć… może od tego, źe światotwórstwo jest dobre i z reguły spójne, nie przypominam sobie bym znalazł jakikolwiek fragment który by całkowicie podburzał koncept który wcześniej został ustanowiony. Co do świata, to większość czasu spędzamy w Equestrii, a mówiąc większość czasu mam na myśli dobre 90%. Cavelonia na tyle na ile dano ją było mi poznać to ją pokochałem i czekałem sobie między każdym opowiadaniem kiedy do niej wrócimy. Kiedy poznamy szczegóły tamtego na wpół zapomnianego świata, czy dowiemy się więcej na temat zebr, co się konkretnie z nimi stało; czy dowiemy się czegoś więcej na temat miast z dalekiego połódnia i jak tam się żyje; może jakieś informacje na temat wspomnianym rodzie Ashfallów . No i niestety przynajmniej jak na razie nic z tego nie było, choć pewnie się to zmieni w sadze o rodzinie Ashfall, a tak przynajmniej wnioskuję po cliffhangerze na końcu ostatniego opowiadania z ,,pierwszego tomu", więc nieukrywam trochę hype jest do czytania dalej. No ale żeby nie było Equestria też jest ciekawa, no i nie poznajemy jej jako idealnego państwa które znane jest z serialu, o nie tutaj dostajemy kraj z problemami. Ponadto możemy się przyjrzeć życiu kucy z różnych sfer społecznych, poczynając od szanujących się osobnikach z Manehattanu, poprzez grupy najemnicze a kończąc na lokalnych wiedźminach. I żadna z tych sfer nie jest pozbawiona wad, w żadnym opowiadaniu nie dostajemy idealnego życia, zawsze jest coś brzydkiego w miejscach które odwiedzamy. I dobrze, bo to pasuje do kreowanej historii. To może teraz z dwa zdania o postaciach. Zdarzają się lepsze i gorsze, wiadomo tak musi być. Ogólnie jednak większość ma dobrze wykreowane charaktery, nie plączą się logicznie w swoich celach czy przekonaniach. Szczerze trochę szkoda, że niektóre z postaci drugoplanowych pojawiają się tylko na rozdział i potem znikają bez śladu, bo moim zdaniem niektóre z nich mogłyby szczerze zasłużyć sobie na własny spin-off. Moją ulubioną postacią w którymś momencie został Fenrir, nie wiem czy to dlatego, że jego losy poznajemy najbardziej szczegółowo, ale zawsze mi się morda cieszyła jak rozdział dotyczył tego pegaza. Postacią którą zaś polubiłem najmniej był Albert i to nie dlatego, że był gburem i pijakiem, jest to jedyna postać która zdawało mi się, że zmieniała się trochę za bardzo przy każdej okazji jak się o niej słyszało, ale do tego jeszcze wrócę później… jak nie zapomnę. Fabuła… jest. I co tutaj myślę przez jest, otóż każde opowiadanie jest zamkniętą w pełni samodzielną historią, przy których teoretycznie nie jest potrzebna znajomość reszty, i szczerze nie przeszkadza mi to, czasem zdaje mi się, że przeskoki życiowe postaci pomiędzy kolejnymi tekstami są ciut zbyt ,,nagłe" ale mogę z tym żyć. Innym jednak szczegółem jest fakt, że kiedy przeczytałem, że one-shoty należą do ,,sagi rodziny Crusto" to spodziewałem się, że będą one odrobinkę bardziej ze sobą powiązane i teoretycznie takie się też stają ale dopiero w na sam koniec opowiadań, patrząc na nie chronologicznie. O ile dobrze zrozumiałem opis serii, to była ona pisana w sposób który na pewno nie można nazwać po kolei, więc pewnie dużo wynika z tego i zważając na ten fakt to i tak dość solidnie wyszło. To teraz co nieco o każdym z opowiadań: ,,O szyby deszcz dzwoni" Tutaj się rozpisywać nie będę, w mojej pamięci nadal pozostaje jako solidna opowieść i to w sumie tyle. ,,Poznając nowy świat" Przyznaję minęło trochę czasu od przeczytania tego i średnio zapadło mi w pamięć, a moje notatki z okresu czytania są co najmniej brzydkie. To co jednak na pewno pozostało mi w głowie to to do czego już wcześniej nawiązywałem. W pierwszej części Albert jest pokazany inaczej niż wcześniej, stał się jakby milszy? Z pierwszego opowiadania wywnioskowałem i pamiętam to, że był on… no po prostu idealna osoba do nienawidzenia. A tutaj nawet w notatkach zapisałem sobie, że jego opisy przeżyły absolutną przmianę dodając mu chech które wcześniej nie miał. Nadal nie wiem co do końca o tym myśleć, ale no po prostu wydaje mi się to niespójne. Druga część, czyli Gleipnir i jego pierwsze dni w skole pamiętam już trochę lepiej. No i dostaliśmy historię typu; wieśniak wkracza do wielkiego miasta. I tutaj pamiętam dobre przedstawienie tej przeprowadzki: jednorożec zachwycający się najprostszymi żeczami, absolutnie realna rozmowa z Happim, przy której brechnąłem, no i starcie się z rzeczywistością. Gleipnir absolutnie nie miał szans na przygotowanie się do egzaminów, bo może i wielu studentów będzie zaprzeczać ale nie materiału z kilku lat nie nadrobimy w dwa miechy. Pojawił się też klasizm, rasizm, prześladowania no i cała mieszanka; czyli dobre przedstawienie szkoły xD. Jeszcze co mnie trochę zastanowiło na końcu, to fakt jak szybko Gleipnir zaczął się łapać na przywoływaniu słów ojca i tak jak z początku miałem z tym problem tak z czasem chyba zacząłem bardziej rozumieć skąd takie zachowanie i ogólny szacunek do ojca mimo swojej przeszłości. ,,Na głębokich wodach" Z tym opowiadaniem nie potrafię sobie przypomnieć żebym miał jakis problem. Ot historia Fenrira jak został najemnikiem, choc nie do końca, bo jego opiekun tak jakby nie dopuszczał go zbytnio do zadań i ćwiczył z nim jedynie podstawy. No i ktoś oczywiście musiał podłapać jego kompleksy i je wykorzystać. No i tak poznajemy Spice, kuca który najpierw się zbliża do Ferira, wprowadza go w świat ulicznych walk, trochę od siebie uzależnia, wbija nóż w plecy a na koniec zabiera ze sobą, bo w końcu została ostatnią rzeczą jaka mu w życiu została. Słodko. Co ciekawszego sobie zapisałem z tego rozdziału to moje zamiłowanie do mentora pegaza Sweepa, polubiłem go, był dla młodego ogierka trochę jak nowy ojciec w tym świecie, był jego głosem rozsądku i szczerze żal mi było patrzeć co dostawał w zamian od swego podopiecznego. Miło też było zobaczyć, że Fenrir przez cały czas niósł dobro w sercu, fakt faktem może i się bił po pyskach o kasę ale ciągle pozostawał w nim ten mały miły ogierek. ,,Altruistka" Ogólnie opowiadanie całkowicie oderwane kontekstowo od czegokolwiek wcześniej. Czy było złe, absolutnie nie, czy było przewidywalne, jak najbardziej, czy łezka się w oku zakręciłą, może troszkę. Ogólnie lubię to opowiadanie proste i miłe, choć to akurat może być złe porównanie. Co jednak zauważyłem to, że sytuacja Silk jest dość mocno zbliżona do tej którą przeżywał Gleipnir u siebie w domu. Jakby Albert i Vibrant Blossom, dość oczywiste porównanie między nimi, obaj zaborczy, obaj wiedzą lepiej, obaj będą decydować za innych. Posiadają drugie połówki które są ich całkowitym przeciwieństwem, choć Henrietta jest raczej śmielsza w swoich poczynaniach od Archera. No i Silk, pokrzywdzone dziecko które największe oparcie w rodzinie ma w starszej siostrze. Nie wiem czy był to efekt zamierzony, ale na pewno wpadł mi w oko w trakcie czytania. W całości jednak miałem jeden problem, Manehattan był opisany jako miasto wypełnione kucami które dbają jedynie o siebie i swoje interesy, w samej historii zaś tego nie widać. Wszystkie kuce spoza rodziny Silk są miłe i pomocne, no i po prostu kontrast był na tyle wyraźny, że nawet moje niewrapne oczy były w stanie dostrzec tą niekonsekwencję. 3 opowiadania za mną i prawie godzina minęła, a czuję, ze głównie smęcę, no cóż poradzę. ,,Piątek trzynastego" Dobra to czas na pozytywy. Bardzo dobrze wspominam ,,Piątek Trzynastego". W notatkach nie napisałem nic złego. Historia może i polegała trochę na tym, że Fenrir jest absolutnym farciarzem ale co z tego, jak daje to dobrą przygodę. No i poznajemy tak zacną osobistość jak Botomless Pouch która w trakcie kolejnych historii tak na mnie urosła, że sam sie zdziwiłem. Pegaz też dostaje trochę lepiej zarysowany charakter, nie zabija ale potrzebuje adrenaliny. Co za tym idzie nie lubi tego całego najemnikowania chce się wyrwać trochę pobohaterzyć i w ogóle. No i farciarz akurat kiedy chciał się wyrwać z tego życia, to niedość, że jego grupa upada to jeszcze spotyka literalnie wiedźminów z tego świata, z ciekawym lore za nimi stojącym, no żyć nie umierać. I jeszcze Botomless do niego dołącza, bo się okazuje prawdziwym przyjacielem, no po prostu wspaniale. No i Twisted Vein o którym nie można zapomnieć, przyjaciel który uratuje mu w przyszłości tak dupsko, ze napewno nie mógł się tego spodziewać. No i co, nadzieja żyje w naszym bohaterze, odnalazł przyjaciół tam gdzie się tego absolutnie nie spodziewał i ruszył kuć swój los od nowa… po raz kolejny. ,,Shhh! To sekret!" No tak opowiadanie na które czekałem długo. Wielki powrót Gelgii i to jaki. Wracamy do Caveloni którą jak już wcześniej wspominałem żałuję, że tak niewiele z niej widzieliśmy. No i znowu nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Solidne opowiadanie, świetny sposób na wprowadzenie historii zebr, no i sama stara zebra która mnie kupiła w pełni. Szkatułka i jej niedokończona jeszcze tajemnica. Jak dla mnie świetny kawałek literatury. ,,Tajemnica Białego Bazyliszka" No i zaczynam widzieć pewną tendencję wzrostową. Lubię to opowiadanie, ekspansję tego co wiemy na temat łowców. Absolutnie nie jednoznaczna jaskinia i przeplatanie w podrozdziałach bajania kuca w barze. Jedyny problem a może dwa jakie tu mam to to, że jestem za głupi by wyłapać o co tak właściwie chodziło temu bazyliszkowi (choć nie jest to szczerze wada, realistycznie daje to czytelnikowi popis do snucia własnych teorii, i jest to problem ze mną a nie samą opowieścią) no i szczerze trochę brakowało mi polowania na potwory, no bo jakby nie było już później zbytnio nie wracamy do tego etapu życia Fenrira i realistycznie nigdy nie zobaczyliśmy go na prawdziwych łowach. I to trochę miałem na myśli mówiąc wyżej, że ,,że przeskoki życiowe postaci pomiędzy kolejnymi tekstami są ciut zbyt ,,nagłe" ale mogę z tym żyć.". Mimo wszystko pamiętam, że świetnie się bawiłem czytając Białego Bazyliszka. ,,Ołowiany Gleipnir" Będę szczery, jest to po prostu bardzo sztampowa historia licealna. I na tym to w głównej mierze pozostawię. Jakby czytało się okej, ale o zaskoczeniu to nie było tu mowy. Nadal nie było to zła lektura, a wolny rozwój związku był nawet słodki? tak to bym chyba określił. No i druga część ołowianego Gleipnira, już bardziej ambitna z nieudanym eksperymentem, zmieniającym go w super twardego kuca 9000 i dodającego mu charakteru tego typowego osiłka. Wolałem tą część opowieści, ale nadal była dość mocno przewidywalna. Ogólnie jest to po prostu dla mnie opowiadanie typu meh… jakby nic złego czy okrutnego tutaj się nie znajdzie, no ale w sumie to wybitnego też nic nie ma. 7 opowiadań za mną, zaczyna mi brakować słów ale wiem, że jak teraz tego nie napiszę to nigdy. No to lecim. ,,Nikt nie jest doskonały" No i wracamy do ciekawszego opowiadania i pierwszego które realistycznie łączy wątki dwóch postaci głównych. I jak je łączy? jak na moje dość dobrze. Nie mamy tu rzucania się w ramiona, całusy i rozmowy jak gdyby nigdy nic. Tak właściwie to kuzyni, a przynajmniej jeden z kuzynów nie poznaje nawet drugiego przy pierwszej konfrontacji. A jak w końcu Fenrir się odsłania to nie ma kolorowo, rozmowa się nie klei, temu coś nie pasuje to znowu tamtemu. Myślę, że jest to dość fajne przedstawienie spotkania po latach. Takie strasznie niezręczne i kończące się w sumie gorzej niż jakby się nie spotkali. A wszystko przez głupie nieporozumienia i nie sposobność znalezienia wspólnego języka. Szczerze czuję, że mógłbym dużo więcej napisać o tym konkretnie tekście, ale brakuje mi słów by to ładnie opisać. Skończę więc to stwierdzeniem, że w tym opowiadaniu Fenrir stał się moją ulubioną postacią. ,,Samotny pegaz na rozdrożu" Jest to drugi romans w tej serii i wolę go dużo bardziej od poprzedniego. Co jednak warto nadmienić widzimy po raz ostatni Fenrira łowcę, co jest smutne, bo realistycznie nie widzieliśmy go nawet na prawdziwych łowach, no ale cóż. Szczerze gdybym miał znaleźć cokolwiek co mi tu może trochę nie pasowało, to charakter Silkflake, jakby wiem, że minęło dość sporo czasu od kiedy przeczytałem ,,Altruistkę" ale na pewno nie taką ją zapamiętałem. A tak poza tym, to reszta wydawała mi się w porządku. Botomless który stał się prawdziwym przyjacielem na zawsze. Rozterki Fenrira pomiędzy osiedleniem się a potrzebą adrenaliny. Sama Silkflake mimo, że trochę bardzo nie pasuje mi do jej poprzedniego ukazania, to była na pewno ciekawa do oglądania. No i to tyle autor się postarał i napisał całkiem spoko romans co mogę dodać. ,,Spełnienie życzeń" Oj tak jeszcze w trakcie czytania dokładnie wiedziałem jak podsumować to opowiadanie, które notabene jakoś stało się moim ulubionym z pierwszej sagi. Od pewnego momentu z mojej głupiej mordy po prostu nie schodził wafel i czułem się jak znów jak dziecko w święta. Nic więcej nie dodam. ,,Następny dzień po świętach" No i na sam koniec. Cóż to powiedzieć, trochę spokojniejsze dokończenie wątku z ,,Spełnienie życzeń". Odprowadzeni zostają goście, Twisted Vein dostaje charakteru, Gelgia jest… Gelgią. Albert co ciekawe znowu się wydaje ciut inny niż wcześniej, ale tym razem chyba można to przypisać nie nagłej zmianie zdania, ale faktycznemu wydarzeniu w Neighfordzie. W sumie to szczerze jak tak myślę to w samym opowiadaniu aż tak wiele się nie działo, brakowało mi trochę konfrontacji z Albertem no ale cóż. A wszystko kończy się na rozmowie z dwójką Ashfallów, co pewnie płynnie nas przeniesie do sagi o ich rodzinie. No i co. Napisałem co napisałem. Przy kolejnej sadze może będę sobie zapisywał odczucia bardziej na świeżo, bo co jak co ale troche się jednak zapomina i potem ciężko wydukać z siebie wszystko co by się chciało, no i może nie musiałbym siedzieć dobre dwie godziny pisząc (ale były to dobrze spędzone dwie godziny ) Anyway Kresy są super, warte przeczytania na pewno. Jakbym zaś miał powiedzieć czym Kresy do tej pory są w moim odczuciu to: Jest to opowieść o odnalezieniu siebie w życiu. O odszukaniu własnej drogi, która pozwoli żyć ze sobą w zgodzie. Tak, chyba to dobrze obrazuje co w moim odczuciu widziałem we wszystkich opowiadaniach. Teraz już zastało tylko przeczytać ciąg dalszy. I jak ktoś faktycznie zdecyduje się przeczytać ten cały bełkot, to z góry przepraszam xD1 point
-
To i ja coś wstawię... Podczas pisania i pomagania w tworzeniu Uniwersum z tego posta, stworzone zostało wiele scenariuszy RPG. Część nawet była inspiracją dla nowych opowiadań. Cały blog o tym, można znaleźć na fimfiction. gdzie główny autor stworzył cały opis scenariuszy i je wstawił. W skrócie, są to roleplaye oparte o sceny z jego opowiadań, które razem rozgrywaliśmy. Używając AI jako Game-Mastera, ale także między sobą. Na fimfiction scenariusze przetłumaczone na angielski, a tutaj paczka polska do pobrania. Tłumaczenie Bloga: „Witajcie, moi drodzy czytelnicy!” Wiele z moich opowieści zawiera sceny, o których sam marzyłem, by ich doświadczyć. Ale co by było, gdybym mógł w nich uczestniczyć, odgrywając rolę bohatera? – pomyślałem. I wiecie co? To właśnie zapaliło iskrę w mojej głowie, by stworzyć scenariusze, w których KAŻDY może wcielić się w postacie takie jak Rosalyn i spróbować przekonać Screwball, by wypuściła nas ze swojego lustra. ALBO – jako SCREWBALL – spróbować oprzeć się wpływowi czarnego lustra z opowieści „Powstanie Luster Chaosu”. Czy to nie brzmi ciekawie? OCZYWIŚCIE, ŻE TAK!! I tak narodziła się moja inicjatywa! Oto zestaw gier RPG, które możecie wkleić do ChatGPT LUB Google Gemini i poprosić, by poprowadził was jako MISTRZ GRY! Poniżej znajdziecie linki do pobrania każdego scenariusza, opisy tego, czego się po nich spodziewać, zasady gry i wiele więcej! Mam nadzieję, że przyniesie wam to mnóstwo zabawy, a może nawet nowe pomysły na własne opowieści! W końcu dwie z moich historii powstały właśnie podczas sesji RPG z przyjacielem! Bawcie się dobrze! Scenariusz RPG – „Bitsi kontra Screwball – Pierwsze Spotkanie” Na podstawie 35. rozdziału „Gry o dorosłość” Opis ogólny: Scenariusz RPG „Bitsi kontra Screwball – Pierwsze Spotkanie” to intensywna rozgrywka o tożsamość, manipulację i wewnętrzną walkę. Gracz wciela się w Bitsi, zmuszoną zmierzyć się z psychologiczną pułapką stworzoną przez Screwball. Celem gry jest ukazanie procesu manipulacji – Screwball próbuje zsynchronizować oddech, serce i myśli Bitsi, aby wymazać jej tożsamość. Gracz decyduje, czy podda się manipulacji, czy będzie walczył o zachowanie własnego „ja”. Oczekiwania: Jako Bitsi gracz stawi czoła emocjonalnym próbom, które mają złamać jej wolę. Bitsi zmaga się nie tylko ze Screwball, lecz także z własnym umysłem, broniąc się przed manipulatorką, która z każdą chwilą przybliża ją do utraty siebie. Gra oferuje różne zakończenia – od całkowitego poddania, przez chwilowe zwycięstwo, aż po pełne ocalenie. Mechanika: Rzuty 2k6 + atrybuty (Siła Woli, Empatia, Spryt, Chaos) rozstrzygają kluczowe momenty: przerwanie synchronizacji, rozpoznanie manipulacji, opór wobec chaosu. Zegary (Manipulacja, Opór Bitsi, Pęknięcie) pokazują postęp gry i konsekwencje decyzji. Etapy sesji: Otwarcie – Głos Smoczka: Screwball aktywuje kotwicę w umyśle Bitsi. Synchronizacja – Jeden Rytm: Screwball próbuje całkowicie zsynchronizować Bitsi. Granica – „Nie będę twoja”: ostatnia próba wyrwania się. Zakończenia: Dobre: Bitsi odnajduje „mocną kotwicę” (np. imię nadane przez Klarę) i wypiera Screwball. Złe: Bitsi i Screwball stapiają się w jedną nową istotę chaosu, lojalną wobec Discorda. Scenariusz RPG – „CZARNE LUSTRO” Na podstawie kluczowej sceny z „Lustra Chaosu: Powstanie Luster Chaosu” Discord po raz pierwszy pokazuje Screwball czarne lustro. To próba, w której klaczka musi skonfrontować się ze sobą samą, swoimi lękami i tożsamością. Oczekiwania: Gracz wciela się w Screwball i przechodzi wewnętrzną podróż pełną niepokoju, zwątpienia i siły. Z pomocą Discorda staje przed lustrem, które nie pokazuje prawdziwego odbicia, lecz zniekształcone wersje samej siebie – pełne oskarżeń i masek. Gracz decyduje, jak Screwball zmierzy się z nimi, by odnaleźć swój prawdziwy śmiech. Etapy sceny: Wejście do Jaskini Luster – Discord prowadzi Screwball. Spojrzenie w Lustro – pierwsze, zniekształcone odbicie. Wciągnięcie do środka – Discord zostaje na zewnątrz. Konfrontacja z odbiciami – płaczące, gniewne, szydercze wersje. Decyzja – Screwball odnajduje swój śmiech, odrzuca maski. Wyjście – Discord ją wita, lecz widzi, że zmieniła się. Epilog – Screwball postanawia stworzyć własne lustra. Scenariusz RPG – „Galeria Luster – Screwball” Gracz zostaje uwięziony w jednym z luster Screwball. W surrealistycznym świecie odbicia mają spiralne oczy i nienaturalne uśmiechy. Celem jest zrozumienie natury więzienia i przekonanie Screwball, by nie zatrzymywała gracza na zawsze. Możliwe zakończenia: wyrwanie się z iluzji, całkowita utrata siebie, stworzenie nowej tożsamości wewnątrz Galerii. Scenariusz RPG – „NIE PATRZ W LUSTRO” Gracz wciela się w pegaza Sonic Hearta, który trafia do szkoły pełnej magicznych luster. Próby polegają na odróżnianiu rzeczywistości od iluzji i decyzji: spojrzeć w lustro czy uciec. Zakończenia: Przebudzenie: Sonic konfrontuje się z prawdą. Ucieczka: unika spojrzenia, zostaje w iluzji. Utrata: ginie w spirali iluzji. Scenariusz RPG – „Imię w tafli – Odrodzenie Arabelli” Arabella, zamieniona przez Screwball w odbicie, budzi się w Lustrzanym Czyśćcu. Gracz decyduje, czy odzyska swoje imię i tożsamość, czy pozostanie cieniem. Scenariusz RPG – „TRZY SIOSTRY / SEN” Gracz spotyka trzy siostry chaosu: Meluś, Jelly i Perełkę. Każda oferuje inną ścieżkę snu: kołysankę i bezpieczeństwo, zabawę i wolność, lub formuły i rytuały. Decyzje prowadzą do transformacji, ucieczki lub odkrycia własnej tożsamości. Scenariusz RPG – „ZABAWKA SCREWBALL” Wcielasz się w dziecko w szkole lub przedszkolu snu, gdzie Screwball próbuje uczynić cię swoją „zabawką” – cichą i posłuszną. Scenariusz RPG – „SPIRALNY TANIEC SCREWBALL” Rytuał w Galerii Luster – taniec, który prowadzi coraz głębiej w iluzje. Gracz decyduje, czy podda się spiralnemu rytmowi, czy spróbuje się wyrwać.1 point
-
Po przeczytaniu drugiej księgi Crsisa, pomyślałem sobie, że przyda się jakaś mała odskocznia od tego przeładowania akcji, że znajdę sobie coś spokojniejszego, jakieś miłe i przyjemne Slice of Life, bo czemu nie. Kliknąłem w kresy, widze mapka, ładne fanarty, coś tam, coś tam, cała seria, prawie wszystko oneshoty, idealnie żeby sobie czytać w przerwach między większymi tekstami. Otwieram pierwsze opowiadanie. Fajnie się zaczyna, wprowadzenie do świata, to co najważniejsze żeby wiedzieć co i jak bez większego przynudzania, opisy też ładne i kolorowe i ogólnie wszystko fajnie. A potem się zaczyna deszcze emocji, depresja i smutek. Po tekście sobie nawet sprawdziłem tagi, no i wybrałem sobie miłego i przyjemnego SoL-a, oznaczonego jako [sad] Czy żałuję, absolutnie nie. Historia o waśni w rodzinie, o sprawach o których wiele się słyszy ale często za mało się o nich mówi. No zarezonowało to ze mną na jakimś poziomie. Postacie przyjemne i choć krótko je widzimy, bo tylko 30 stron, to da się poznać i polubić. Od samego początku chce się dopingować Fenrirowi, który nic nie może poradzić za świat w którym się urodził. Miło się patrzy jak mimo wszystko znajduje, coś co dawało mu siłę by żyć mimo okrutnego losu, przynajmniej do czasu… Jest też postać Alberta, którego no bądźmy szczerzy nienawidzimy od pierwszego zdania w którym się pojawił, ale jest w nim też coś prawdziwego? nie wiem czy to dobre określenie. Dba o SWOJĄ rodzinę, choć robi to w sposób który ON uznaje za słuszny, bo on i tylko on ma prawdziwie rację, i jest to cecha która może się wydać przerysowana, ale jest jak najbardziej realna. No ale te cechy muszą być przecież dobre, bo w końcu dzięki nim zdobył uznanie i dobrobyt, nie to co jego brat, który był zbyt przyjazny i naiwny i wylądował przez to w biedzie… prawda? Sama historia jest prosta. Wyciskacz łez. Problemy w mieście w którym prawo ,,istnieje" i wszystkich traktuje się ,,równo" . Żadnych wielkich, walk, potworów, czy wydarzeń zagrażających światu. Po prostu przyziemna historia o ludziach kucach i przetrwaniu w niesprawiedliwym świecie, odnajdywaniu siebie i podążaniu za marzeniami, i to działa. Zabieg w którym większą część wydarzeń poznajemy jako retrospekcje po zajściu pewnego incydentu, jest super moim zdaniem i nadaje tekstowi charakteru. No i co więcej do powiedzenia, jak już wcześniej napisałem opisy ładnie poprowadzone, dobrze się wkomponowują w całą narrację, no po prostu dobrze się to czytało, przynajmniej mnie No i to tyle z mojego potoku słów, który ni to recenzja ni jakieś światłe spostrzeżenia, i mimo, że z reguły nie piszę tego typu rzeczy, to tak pozytywnie się zaskoczyłem tym fikiem że aż chciałem coś napisać. Ogólnie opowiadanie na pewno zachęciło do dalszego czytania, pewnie nie od razu tylko jako ,,miła i sympatyczna" odskocznia od dłuższych tekstów, ale na pewno wrócę by poznać dalsze losy tej wesołej rodzinki, no i by dowiedzieć się co to się stało z małym Ferirkiem dalej, a po kolejnym tytule opowiadania chyba właśnie się na to zapowiada.1 point
-
Autor: Ravebow Opis: Iskra zmierzchu w świtu łonie Słońce krwawi, Ksieżyc płonie Wielka podróż się zaczęła Dawna chwała nie minęła Wszystkiemu winna jedna osoba Ostani cykl, ostatnia doba. Epicka przygoda właśnie się rozpoczęła. Pradawny wróg powrócił i pogrążył cały świat w wojnie. Equestria upadnie, jeżeli przeciwnik nie zostanie powstrzymany. Niezbędna okaże się pomoc pozostały ras połączonych magicznym paktem. Czym są Elementy Harmonii? Jaki związek ze wszystkimi wydarzeniami mają wymarłe rasy? Czy Twilight będzie przygotowana na ostatecznego poświęcenia? Fanfic ma już ponad rok i jest cały czas w trakcie tworzenia. Wcześniej znany był pod nazwą "Zerwane Więzi". Ostrzegam: Fic jest długi i będzie jeszcze dłuższy! Komentarze i spostrzeżenia bardzo mile widziane. Ewentualne błędy możecie poprawiać w samym dokumencie. Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że wam się spodoba. I jeszcze jedno: pierwsze rozdziały są w trakcie przebudowy, aby dopasować się do aktualnej koncepcji, tak więc jakość tych starszych może być gorsza. Rozdziały I - IV Extended Cut Rozdziały V - VIII Rozdziały IX - XI Rozdziały XII - XIII Rozdziały XIV - XVI Rozdziały XVII - XVIII Rozdział XIX Rozdział XX Rozdział XXI Rozdział XXII Rozdział XXIII Rozdział XXIV - NOWY Usunąłem tag Epic, ponieważ nie odbyło się głosowanie za jego przyznaniem(tak, wiem że w tym wypadku to będzie formalność, jednak reguła musi być przestrzegana)~Dolar841 point
-
Witajcie, moi drodzy forumowicze przeszli, przyszli i obecni! Z radością pragnę Wam zaprezentować Pierwszą Edycję Retro Konkursu Literackiego. Czym jest Retro Konkurs Literacki? Po prostu konkursem takim jak kiedyś, kiedy woda, powietrze i kucyki były lepsze. Ze stosunkowo niewielkim limitem słów i krótkim jak na obecne czasy deadlinem. Jeśli nie masz żadnego doświadczenia w pisaniu opowiadań... To dobrze trafiłeś. Jeśli piszesz od lat i czasem tęsknisz za czasami, kiedy fandom był młody, to doskonale! Masz pisarskiego bloka? To coś dla Ciebie! Potraktujcie to jako ćwiczenie i dobrą zabawę. Temat: Nightmare Moon powraca po tysiącu lat na Księżycu Czego od Was oczekuję? Przede wszystkim historii alternatywnych dla pierwszych 2 odcinków serialu. Opowiadań mniej więcej w podobnych realiach (tak, możecie dodać mroku, realizmu, udoroślić to wszystko), ale niekoniecznie wsadzać tu karabiny czy zamiast Mane 6 dać walkę Nightmare Moon z kowbojami. Chcecie napisać rozszerzenie do tej historii? Proszę bardzo. Prequel? W porządku. Nie musicie przejmować się zbytnio kanonem My Little Pony: Friendship is Magic, jako luźną wskazówkę weźcie pierwsze 2 sezony. Potraktujcie to jako swego rodzaju wskazówki. To nie jest tak, że nie przyjmę bardziej alternatywnych opowiadań pod warunkiem, że wciąż zachowają ten magiczny klimat. Po prostu bardziej szalone elementy starajcie się wywarzyć. Jednak dobre opowiadanie zawsze się obroni Regulamin: 1. Obowiązuje regulamin forum i działu opowiadań. Nie jesteśmy w dziale +18, więc gore i clop są zakazane. 2. Tagi [human], [anthro], [EquestriaGirls], [random], [comedy] są wyłączone z konkursu. 3. Prace muszą być napisane samodzielnie. Czyli przed publikacją nie pokazujecie ich kolegom i nie podsyłacie im fragmentów oraz nie dyskutujecie o fabule. Risercz jak najbardziej możecie robić. Oraz pytać ludzi o zasady pisowni. 4. Prace nie mogą być poddane korekcie oraz prereadingowi. 5. Limit dolny wynosi 1000 słów, górny 5000. 6. Prace muszą być poprawnie otagowane. 7. Prace zamieszczacie w formie linku do google docsa w tym temacie. Tylko wyłączcie sugestie, komentarze i edycje - tylko wyświetlanie. 8. Limity słów są sprawdzane w docsach. 9. Termin oddawania prac: 30 czerwca 2025, godzina 23:59 10. Organizator zastrzega sobie możliwość dyskwalifikacji pracy w przypadku cwaniakowania innego niż to zawarte w regulaminie. Wątpię by się to zdarzyło. 11. Oceniane są treść, forma oraz wpisanie się w temat oraz ducha konkursu. Oceny są zarówno punktowe jak i opisowe. 12. Opowiadanie konkursowe musi zostać opublikowane w tym temacie na forum. 13. Użytkownik może złożyć więcej niż jedną pracę konkursową, ale chociaż wszystkie zostaną ocenione, to tylko najlepsza może trafić na podium. Tak, nawet jeśli pozostałe zostaną ocenione na 10/10. 14. Konkurs jest objęty patronatem Wielkiego Eventu Klubowego z Klubu Konesera Polskiego Fanfika i dostaje tam również swój własny kanał na okołokonkursową dyskusję. Pytania możecie zadawać zarówno tu jak i tam. Nagrody: I miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 100 zł lub duży box-niespodzianka* II miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 50 zł lub średni box-niespodzianka* III miejsce - wybrana gra na Steam lub ebook do 30 zł lub mały box-niespodzianka* *przesyłka w obrębie Polski jest darmowa i dokona się przy pomocy paczkomatów InPost, w przypadku przesyłki zagranicznej nie pokrywam kosztów wysyłki A i co do gier i ebooków - żadnej pornografii. Mogą być 18+, ale nie ma mowy bym kupiła komuś Symulator Młócenia Animu Dziewczynki1 point
-
Na początku, nawiązując do odpowiedzi tłumacza The Royal Affair... Gdy zapytałem sam, czy nie podjął by się tego karkołomnego zadania. Postanowiłem zatem sam spróbować własnych sił w tłumaczeniu, oczywiście ze wsparciem. Jeśli nam się uda, planuje co około tydzień - maksymalnie - wstawiać nowy rozdział. Ten fanfik jest OGROMNY i to nie jest żart. Ma trzy księgi, ale nie będę tworzył osobnego tematu dla każdej. Nawet aTOM, tłumacz oryginalnego CRISISA zrobił zbiorczy, wiec idąc jego śladem zrobię to samo. Nie przedłużając zapraszam na... CRISIS: Equestria – Divergence autor: GanonFLCL Tłumaczenie: Vulture, Shadow Blade i Accurate “Accu” Memory. Korekta: Jak narazie, @Sun INDEX PAGE- WSZYSTKIE ROZDZIAŁY - Linki i opisy ksiąg wewnątrz. BRAK KOREKTY POWYŻEJ ROZDZIAŁU 4! PS!! Komentowanie we wszystkich rozdziałach będzie włączone, jest włączone. Za sugestie i poprawki bardzo dziękujemy. Niejednolity zapis dialogów z rozdziału pierwszego, poprawiony w drugim. Już nie będzie takich rozjazdów - mam nadzieję.1 point
-
W imieniu Cahan dziękuję wszystkim za przesłane opowiadania i zamykam konkurs. Wyniki pojawią się w bliżej nieokreślonej przyszłości.1 point
-
Gratulacje. Aż z ciekawości przeczytałem ten debiut i... nic o nim nie powiem do wyników. Ale mimo to, gratuluję, że się odważyłeś, zmobilizowałeś i w ogóle. To wbrew pozorom nie jest mało. Mam nadzieję też, że na jednym fiku się nie skończy. Bo jakby nie patrzeć, bez treningu i ćwiczeń poziom pisania się nie poprawia1 point
-
Dwa lata od postu dziękczynnego chyba najwyższa pora coś ogłosić Ogółem tak jak prace nad ciągiem dalszym "Kresów" trwały przedtem, tak trwają nadal, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, nie zawsze zależnymi ode mnie - to się nie zmieniło. Z pewną ulgą mogę jednak ocenić, iż od niespełna roku postępują one mniej-więcej regularnie i w dość satysfakcjonującym tempie, a pomysłów i weny mi nie brakuje. Ale ma to swoje minusy - kuszących koncepcji jest mnóstwo, ale nie będę mógł zrealizować ich wszystkich, na coś się trzeba będzie zdecydować. A doświadczenie pokazuje, że mając do wyboru kilka wariantów, nie zawsze wybieram ten najkorzystniejszy; z perspektywy czasu pożałowałem kilku decyzji. Ostatecznie te dłuższe opowiadania spośród tych, które mają otworzyć kolejną kresową sagę, mam ukończone. Pozostało je jeszcze sprawdzić i dopieścić, co pewnie zajmie jeszcze trochę czasu. Pozostałe, które mają być krótszymi kawałkami życia - coś na modłę pierwszych opowiadań z serii - są zaczęte i sukcesywnie je piszę, co przebiega spokojnie i bez problemów. Zacząłem nawet pierwsze koziorożcowe opowiadania, chociaż większość z tego to prędzej prace koncepcyjne. Jedno z nich idzie w porządku, ale pomysły na kolejne co rusz się zmieniają. Możliwe, że sam się troszeczkę zakiwałem w fabule, ale nie składam broni. O Kaprikornii ma być dużo, ale dużo ma być także lore'u koziorożców, nie powinno zabraknąć kilku śmielszych pomysłów, które miałyby "rozruszać" troszkę wątki. Nowe rzeczy mają uchronić całość od wtórności. Co do kolejnych "arców" - trzeci z nich, ten taki przygodowy, w większości mam obmyślany. Z tym ostatecznym będzie sporo zabawy, bo nie mogę się zdecydować na zakończenie. Może przyjdzie to z czasem, zobaczymy. Tak czy inaczej, nadal jestem na etapie przygotowywania nadprodukcji i spisywania wydarzeń. Chociaż dalej nie mam pewności czy dam radę to napisać, to mogę powiedzieć, że zgromadziłem parę nowych tekstów i póki co wygląda to dobrze. Więc szanse na ciąg dalszy i pełne zakończenie historii wzrosły Co do podpowiedzi odnośnie tego, co może się w nowych fanfikach pojawić, to przez te dwa lata z niczego nie zrezygnowałem; odwiedzimy Kaprikornię, będą opowiadania o koziorożcach i ich wynalazkach, parę wzmianek o kilku kanonicznych wątkach, no i księżniczka Celestia, która weźmie czynny udział w fabule. Co do białych zwierząt, to rozwiązanie ich tajemnicy, jeżeli już, będzie tylko podpowiedziane - tu na pewno niczego nie wyjawię wprost. Jednakże miałem nadzieję, że rzeczy gotowych do opublikowania będzie więcej - w tym roku wypadło dziesięciolecie przekształcenia kilku konkursowych opowiadań w serię i z tej okazji liczyłem na to, że będę mógł zrobić parę premier. Niestety wiele wskazuje na to, że prace trochę się przeciągną, ale niczego nie wykluczam. Na pewno pojawi się jeden nowy tekst. No, właściwie, to nowy-stary tekst. Jest już prawie gotowy, szczegóły premiery wyjawię - mam nadzieję - już niedługo. Jeżeli pamiętacie mój poprzedni post, pewnie domyślacie się co to będzie W mojej głowie nadal krążą pomysły na spin-offy o łowcach. Ale chwilowo prace nad nimi wstrzymałem - i bez tych opowiadań mam zbyt wiele rozpoczętych projektów naraz. Czy coś z tego będzie, to się okaże. Prócz tekstów, z okazji dziesięciolecia serii mam zamiar zacząć wypuszczać wreszcie prace graficzne, które w tak zwanym międzyczasie sobie dziergałem w Gimpie. Zaryzykuje stwierdzenie, że nawet hipotetyczne zupełnie nowe obrazki mają większe szanse na ukazanie się w tym roku niż nowe teksty, ale zobaczymy. A skoro o pracach graficznych mowa - w końcu dodałem do pierwszego postu galerię prac przedstawiających różne kresowe postacie, wykonanych przez różnych autorów i autorki, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat zebrałem Chciałem to zrobić już od jakiegoś czasu. Przypominając sobie każdą z osoba, a teraz zebrawszy je w jednym miejscu, nabrałem jeszcze większej motywacji do tego, by... więcej rzeźbić w Gimpie! Niezmiennie za każdą jedną jestem wdzięczny. Dziękuję! Podobnież dziękuję za ostatnie komentarze, a także poświęcony czas i uwagę, nie tylko na ich napisanie, ale przede wszystkim przeczytanie opowiadań. Jest parę rzeczy, do których mógłbym się odnieść, zbiorę je poniżej: Miło mi, że teksty świąteczne wywołują takie wrażenia, lubię je pisać. Co do corocznej tradycji wypuszczania fanfików świątecznych, to jest to świetny pomysł, chociaż nie wiem czy dałbym radę zdobyć się na dostateczną karność w pisaniu i terminowym publikowaniu, ale może warto spróbować? Pierwsza okazja nadarzy się już w tym roku Oj, to jeden z wątków, z którym się troszkę zakiwałem, ale akurat z niego powinienem wybrnąć najłatwiej. Planuję odwiedzić ruiny pod Zebryką, ale później, w ramach późniejszych opowiadań. Bo zgodnie z tym, co sugeruje końcówka sagi Ashfallów, zebry są o krok od tego, by skonfliktować się ze sobą nawzajem, odnośnie tego co poradzić na kłopotliwego sąsiada. Ale to na razie tylko koncepcja, czy się ziści, to się okaże Ale zwróć uwagę na to ile on energii żarł i ilu wymagał kontrolerów, by się poruszać. Kropnięcie choćby jednego z nich, a w warunkach walki jest to bardzo prawdopodobne, spowodowałoby znaczący skok poboru mocy u pozostałych, maszyna pewnie by się zatrzymała. Myślę, że mimo wszystko przewidziałem dosyć ograniczeń, by król Kaprikornii jednak nie wyłożył środków na dopieszczenie prototypu i produkcję. Wątek ten nieuchronnie powróci w późniejszych opowiadaniach. Obawiam się czy nie będzie przy nim wtórnie, ale postaram się napisać to w taki sposób, by tego uniknąć. A przynajmniej jakoś to zamaskować. Mam co do niej plany, ale wątki z Valerią nie mają grać pierwszych skrzypiec. Prędzej dopełniać inne rzeczy. Natomiast motywy, które wymieniłeś, może nie wszystkie, ale mają być głównym tematem poszczególnych opowiadań. Więc chyba będzie ok. Jest mi trudno, ale muszę milczeć. Jeżeli już, to na pewno nie będę niczego wyjaśniać wprost, a jedynie sugerować między wierszami, o co może chodzić. Bo pomysł mam. Bardzo dziękuję za ów komentarz, przepraszam, że tyle mi zajęło nim odpisałem. Jeszcze co do rzeczy, o których chciałbyś poczytać - tak przedstawiają się szanse na realizację poszczególnych wątków: Przeszłość Alberta - O tym nie myślałem, ale skoro to zawsze pozostaje możliwość wplecenia w jakieś opowiadanie retrospekcji - przecież Chociaż myślę, że to byłoby niesatysfakcjonujące. Ale pomyślimy, pomyślimy Kaprikornia - będzie na pewno. Zebrze ruiny, opuszczone miasta - ma być, ale przekonamy się. Fenrir-łowca - ma być, jako mini-seria opowiadań spin-offowych. Przygotowania Weissa do rebelii - o tym nie myślałem i nie jestem pewien czy potrafię na tyle dobrze w wątki polityczne i intrygi. Cokolwiek co zechce napisać - dzięki, postaram się Muszę przyznać, że zawsze mnie to ciekawi i bawi, ilekroć czytelnik dzieli się swymi skojarzeniami odnośnie Ĉevalonii, gdyż... tworząc tę część kontynentu nie wzorowałem się na niczym konkretnym. Obrałem sobie tylko kierunek - państwo, które dawno temu prosperowało dobrze, miało magię i rozwijało się mimo wpływu Discorda, a które po pewnym przełomowym wydarzeniu zaczęło upadać do poziomu barbarzyństwa. Jeżeli brzmi znajomo, to oczywiście zaczerpnąłem ten koncept ze starego świata "Might and Magic", gdzie wysoko zaawansowane technologicznie światy stworzone przez Starożytnych, po inwazji Kreegan zaczęły upadać, stając się tym, co mamy okazję eksplorować w ramach kolejnych gier. Niebiańskich Kuźni co prawda w Ĉevalonii nie mieli, ale jak wspominałem, magii swego czasu im nie brakowało W czasach, w których opowiadanie powstawało, nie przywiązywałem zbytniej uwagi do światotworzenia, nie przewidywałem też, że projekt będzie prowadzony tak długo i że po drodze przyjdzie mi do głowy tyle pomysłów, a bardziej dopracowana kreacja Ĉevalonii tylko by pomogła w ich realizacji; napisałem więc tylko tyle, ile potrzebowałem, by dać czytelnikom pojęcie z jakiego środowiska wywodzą się poszczególne postacie. Najwięcej uwagi poświęciłem charakterom postaci oraz panującymi między nimi relacjom, bo z reguły najbardziej skupiam się na postaciach. Uważam, że nie ma historii bez jej aktorów, co nie oznacza, że obecnie traktuję światotworzenie równie po macoszemu, co wcześniej - myślę, że to się zmieniło, chociaż odrobinę. Inna sprawa, że na tym etapie historii, o niektórych rzeczach tak naprawdę nie było co pisać - np. o strojach. Tamci farmerzy często nie mieli na sobie nic, ewentualnie kapelusze albo znoszone, poszarpane płaszcze, może wielokrotnie łatane buty, tyle. To proste, biedne, ale ciężko pracujące kuce. Odzienie Henrietty to w tych stronach było coś. Nawet nie przeciekało! Owszem, Albert jest przerysowany. To jest ten typ postaci, którą obserwujemy, patrzymy jak funkcjonuje i nie możemy uwierzyć w to, że zachowując się w ten, a nie inny sposób, doszła do tego, co posiada i że pełni funkcję, którą pełni. Jednocześnie ma cechy złego ojca/ wuja, tego krewnego, który pije, wrzeszczy, psuje każde spotkanie rodzinne, ale którego humory zbywa się milczeniem, zarazem jest to ktoś, kto ma swoje dziwactwa, robi rzeczy po swojemu i któremu nie da się wiele wytłumaczyć. I żeby było śmieszniej, mieszanki tej nie wytrzasnąłem znikąd - Albert zainspirowany został paroma osobami, które miałem nieprzyjemność poznać w życiu prywatnym. Nawet teraz, wiele lat później, ciągle napotykam na tego typu osoby. Chociaż ostatnio częściej zdarzało się to w ramach życia zawodowego. Zdradzę też, że dużo później, gdy wiele się zmienia i Albert Aha - Albert NIE JEST postacią postępującą w sposób racjonalny. To furiat. Często odnoszę wrażenie, że czytelnicy jakby domyślnie oczekują od niego logicznego postępowania i racjonalnego myślenia, a to są założenia błędne, bo to w ogóle nie jest ten typ charakteru. Podobnie Fenrir nie jest logicznym gościem ani trochę i tak dalej, i tak dalej. Pod tym względem chyba tworzę wielce niedoskonałe postacie. I też takie, osobiście, są bliższe moim doświadczeniom. Na ówczesnym etapie jeszcze nie tłumaczyłem poszczególnych rzeczy czy wątków, gdyż chciałem zrobić to/ wrócić do nich później, nadać nowy kontekst, może coś wytłumaczyć albo dodać czemuś tło - by uzyskać taki efekt, że na początku czytelnik, jeśli by zechciał, mógł samodzielnie wymyślać sobie co mogło ukształtować poszczególne postacie, a potem nadać trochę wielowymiarowości czy innych perspektyw, by niektóre domysły wywrócić do góry nogami, a może i zaskoczyć. Koncepcja na "Kresy" zmieniała się wielokrotnie w trakcie ich pisania, więc nie zawsze udawało mnie się realizować to, co sobie kiedyś postanowiłem. To w gruncie rzeczy wesoły discovery writing i chociaż wiele rzeczy, zwłaszcza później, planowałem, aczkolwiek bez szczegółów, ostatecznie wiele wątków wymyślałem w trakcie. I tak, wiele lat temu, o takich koziorożcach czy odrodzeniu Zebryki nie myślałem w ogóle; pomysły przyszły z czasem. Dziękuję za poświęcony na opowiadanie czas, a także krytyczny komentarz! @Ziemniakford To, że Twój komentarz nie będzie pozytywny, sygnalizowałeś mi grubo przed jego napisaniem, więc nakręciłem się na krytyczną analizę dzieła, może nawet całkiem długą. Byłem ciekaw Twoich spostrzeżeń oraz wyliczeń problemów z fanfikiem i jego postaciami, więc nie mogłem się doczekać. Tymczasem... w sumie nie znalazłem zbyt wielu punktów, do których mógłbym się odnieść czy też rzeczy, których mógłbym bronić. Nie wiem czy dobrze Cię zrozumiałem, ale dobrze myślę, że okazało się, że fanfik jednak nie jest totalnym gniotem, więc nie było za bardzo przy czym się pobawić w Nostalgia Critica, ale jednocześnie niczym pozytywnym się nie wyróżnił, więc nie było zbytnio czego chwalić, w związku z czym był na tyle "statyczny", że postacie, wątki i zwroty akcji zlały się w jedno, i niczego z nich nie wyniosłeś? Czy stąd się wzięły Twoje obojętne wrażenia, czy Twój przekaz przeleciał mi nad głową? To znaczy, rozumiem, że "Kresy" nie były dla Ciebie, ale chciałbym wejść to głębiej, czemu w Twoich oczach nie było ani nad czym się poznęcać, ani nad czym się rozpłynąć. Po prostu mnie to ciekawi Cóż, tak czy inaczej, o czym już wiesz - informacja, że mimo wszystko czasu spędzonego na lekturze nie żałujesz, wiązała się dla mnie z ogromną ulgą. Jakby, zdaję sobie sprawę z tego, że moje fanfiki nie będą się podobać każdemu, wręcz mogą zostać totalnie skrytykowane, ale jako twórcy ciężko by mi było z tym, że ktoś mógłby autentycznie, całym sobą żałować poświęconego na nie czasu. Zatem cieszę się, że nie było aż tak źle i jednocześnie dziękuję niezmiernie za poświęcony czas oraz podzielenie się swoimi przemyśleniami. Jak już pisałem Ci na Discordzie, tempo było imponujące Ale muszę spytać – jesteś pewien, że taki speedrun nie wpłynął na to, że większość rzeczy w fanfikach wyleciała Ci z głowy? Jak to niewiele? Postacie, lokacje, co prawda te pierwsze teksty są trochę porozrzucane po chronologii, ale niektóre z nich są swoimi wzajemnymi sequelami, więc z tym nie do końca bym się zgodził. Natomiast owszem - później poszczególne odcinki zaczynają funkcjonować bardziej jak typowe rozdziały, również ze względu na wykształcenie się głównego wątku, co z perspektywy czasu - uwierz lub nie - trochę mi nie pasuje. Bo nie po to na początku ustaliłem formę serii, by potem pisać wielorozdziałowiec. Stąd kolejna saga ma być jakby "hybrydowa" - czyli opowiadania nieco porozrzucane, na modłę tych z sagi Crusto, ale także takie ściślej łączące się ze sobą i kontynuujące się, a'la te w sadze Ashfallów. Tak ma być, a jak wyjdzie to się okaże. Uroki discovery writingu, ale z pewnym planowaniem. Niektórych rzeczy i do pewnego stopnia rzecz jasna. Ale chyba najważniejsza jest frajda z procesu twórczego, a tej póki co mi nie brakuje To mi przypomina pewną ciekawostkę - wiesz, że kiedyś spotkałem się z opinią, że "Kresy" są zbyt wulgarne? To znaczy, inaczej - nie chodziło stricte o to, że były "za bardzo", po prostu zwrócono mi uwagę na wulgaryzmy, których, jak zrozumiałem, było na tyle sporo, że trzeba było to odnotować Dobrze wiedzieć. No nie wiem jak Ty, ale ja akurat wolę proste drogi bez dziur, po których się nie jedzie, a wręcz płynie. Nerwów mniej i masz większy spokój. Oczywiście, że wiele rzeczy jest tam naciąganych. Ale to też zależy. Znaczy, naciąganych, ale w jakim sensie. Bo, na przykład, Więc ja akurat, co do zasady, nie uważam, że pewne naciągnięcia dyskwalifikują dane wątki, często bez nich nie byłoby ich w ogóle i owszem, zawsze da się coś napisać lepiej, ale lepsze jest wrogiem dobrego. Dlatego przy pisaniu sam nie mogę się powstrzymać, a i innych autorów za to nie ścigam... zazwyczaj Natomiast co do tego, że "Kresy" rozgrywają się przed serialem, wątki próbują być kanoniczne, więc wiadomo z góry co się stanie i że Equestria przetrwa, toteż brakuje napięcia - opowiadania są bardziej o losach występujących w nich postaci, a jeśli o krainach, to tych oryginalnych, a nie ściśle o Equestrii, więc nie wydaje mnie się, by to z góry przesądzało o braku napięcia. Może pytania o to "jak", nie sprowadzają na skraj krzesełka, ale nie sądzę, by były radykalnie mniej angażujące. A co do postaci czy nowych krain - póki fabuła nie dobrnie do końca to nic do końca nie wiadomo, więc broniłbym się, że jednak jakaś niepewność wobec tego, co się stanie jest. Po prostu podmiotem nie jest Equestria, ale bohaterowie oryginalni oraz nowe lokacje, które zwiedzają. Cóż, wielkie... dzięki? Kolejna ciekawostka - osobiście uważam, że poszczególne elementy serii, szczególnie te starsze w zestawieniu nowszymi, są BARDZO nierówne, co mnie trochę przeszkadza. Więc jestem zaskoczony tym, że Tobie równe poziomem wydało się wszystko Dobrze wiedzieć, dzięki W porządku, to na razie powinno być wszystko. Jeszcze raz bardzo dziękuję za czytanie i komentarze. Mam nadzieję, że w związku z dziesięcioleciem serii dowiozę chociaż część rzeczy, o których myślałem Trzymajcie się dzielnie, pozdrawiam!1 point
-
Niema dostępu do żadnego z dokumentów? Dziwne. Spróbuj teraz. Przeniesienie folderu do innego, mogło usunąć uprawnienia. Poprawione.1 point
-
No to ten tego... przed jakąś recenzią poczekam aż będzie dostęp, potem się zobaczy. XD1 point
-
@Vulture Cóż, szkoda, że powrót fanfika nie okazał się tym, czego oczekiwałeś - moim zdaniem odkopanie opowiadania po latach, przeczytanie go i poddanie analizie zawiera się w tym pojęciu, a przynajmniej w tym sensie, że zostało ono przypomniane. Oczywiście, ci, którzy sami je znaleźli, a może i pamiętają je ze starszych czasów, zapewne takiego przypomnienia nie potrzebowali, ale co jeśli w ten sposób tekst znajdzie nowych odbiorców? Według mnie byłoby dobrze. Sam o sobie mogę powiedzieć, że zostałem nowym czytelnikiem, nawet jeżeli fabuła w pewnym momencie się urwie i nie dane mi będzie poznać zakończenia. Przechodząc do rzeczy, chciałbym pochylić się nad kolejnymi rozdziałami - szóstym, siódmym, ósmym, dziewiątym i dziesiątym, gdyż to właśnie one zostały przeczytane podczas klubowego spotkania ostatnim razem. Działo się sporo. Przede wszystkim, otrzymaliśmy kontynuację historii Luny, z której dowiedzieliśmy się jeszcze więcej o tym jak funkcjonuje Klejnot Harmonii, co się stało ze Starlancerem i dlaczego, poznajemy także prawdziwą skalę jego planu oraz możliwości. Okazuje się, że antagonista, po przemianie w Doomlancera, nabrał niesamowitych zdolności przewidywania; wiedział, że Luna zostanie wygnana na Księżyc, a także, że pewnego dnia znajdą się nowe kucyki, zdolne używać Elementów Harmonii. Doomlancer potrzebował jedynie upewnić się, że faktycznie będą miały w sobie na tyle doskonałości, by dostąpić tego zaszczytu - stąd wzięły się widziane w drugim odcinku serialu próby i też taki był ich sens, jakby tego było mało, nie tylko wiedział też, że Nightmare Moon to starcie przegra - wręcz polecił przemienionej Lunie dopilnować, by Elementy zostały wykorzystane do przywrócenia jej poprzedniej postaci. Miał też swój udział w jej fizycznym powrocie z Księżyca. Słowem, wszystko zostało przez niego przewidziane i ukartowane tak, a nie inaczej, gdyż w ten sposób słabła Klatka Czasu, w której został uwięziony, nieuchronnie prowadząc do jego ucieczki. Jednocześnie dowiadujemy się o istnieniu mrocznego awatara Harmonii, a także sensie przemian poszczególnych postaci oraz znaczeniu aktu zerwania więzi z Harmonią. Muszę przyznać, że przypadł mi do gustu smaczek związany ze znaczeniem jego zwrotu: "Moje więzienie stanie się waszym więzieniem." - proste i sprytne. Plusik. W ogóle, autor poświęcił mnóstwo czasu na rekontekstualizację znanych nam wydarzeń w taki sposób, by bez zmieniania ich kształtu, dopasować stojący za nimi sens do własnego kanonu i tutaj także muszę przyznać plusik, gdyż według mnie wyszło mu to w porządku. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że pomyślał o wszystkim, gdyż odniósł się do postaci Discorda, wyjaśniając dlaczego mógł wpływać na Elementy Harmonii, ale nie mógł wykorzystywać ich mocy. Oczywiście to również miało osłabić Klatkę Czasu, w której tkwił Doomlancer. Wyjaśnienia dotyczące wydarzeń, w wyniku których bohaterki uzyskały swoje znaczki, symbolikę znaczka Twilight, jak również to, że energia, jaka udzieliła jej się tamtego pamiętnego dnia, w istocie była znakiem, jakich Celestia wypatrzyła w ciągu swego życia wiele, także mnie się spodobało. Naprawdę, ładnie się to ze sobą zazębia. Cieszy także pieczołowitość, z jaką autor tłumaczy zasady działania rzeczy, o które oparł swój kanon - widać, że nie chciał, by czytelnicy czuli się zagubieni, chciał to mieć pod kontrolą. Kolejny plus. Oczywiście, taka ilość ekspozycji, obojętnie czy w formie monologu danej księżniczki czy dialogu postaci może zniechęcić, zwłaszcza na dzień dobry, ale dla mnie osobiście nie stanowi ona problemu. Dostrzegam wagę funkcji, jaką miały te ekspozycje, a także doceniam trud włożony w zbudowanie podstaw dla dalszej fabuły. Bo po to autor potrzebował nadać kanonicznym wydarzeniom nowy kontekst i przybliżyć rządzące nim prawa, by wyprowadzić z tego dalszą fabułę. No właśnie - to, co dzieje się potem, budzi już zastrzeżenia, niekoniecznie przez samą naturę rzeczy, o których czytamy - wszakże autor obiecał epicką przygodę i wojnę z dawnym wrogiem, więc trudno zarzucać mu, że ze swych zapowiedzi próbuje się wywiązać - lecz za sprawą tego jak do nich dochodzimy. Oto nagle do historii dołączają pozostałe bohaterki, które także zostają wtajemniczone w powrót Doomlancera, następnie Rainbow Dash w minutę zostaje przyjęta do szeregów Wonderbolts, które to Wonderbolts już w kolejnej zostają przekształcone w inną formację, w której znajdują się także jednorożce, wszystko w związku z nadchodzącą wojną z Doomlancerem. Dzieje się to o wiele za szybko, ale jeszcze szybciej dochodzi do powrotu antagonisty i starcia z nim, w wyniku którego Celestia zostaje pokonana i pojmana, elitarna formacja rozbita, a bohaterki zmuszone do wyruszenia w nową drogę i odbudowy starego przymierza, o którym wiemy z poprzednich rozdziałów. Czy wspominałem, że Elementy Harmonii nie zadziałały i w międzyczasie zostały zniszczone? W mojej ocenie fanfik nie udźwignął własnej epickości; wszystko dzieje się o wiele za szybko, niekiedy idzie stracić rozeznanie wobec tego co się właściwie wydarzyło (niefortunne formatowanie bynajmniej nie pomaga skupić się nad czytaną treścią), tym bardziej ciężko się w to zaangażować czy poczuć to, co przeżywają znajome nam postacie. Autor zdecydowanie lepiej sobie radził z ekspozycją, pisaniem podstaw własnego kanonu, nawet minione bitwy, relacjonowane przez księżniczkę Celestię w formie monologu, wyszły mu lepiej, niż faktyczne starcia opisywane w ramach bieżącej fabuły. Wszystko naraz i to w całkowicie chaotyczny sposób. Cierpią na tym także kreacje postaci, a także klimat. Przede wszystkim, fanfik próbuje być mroczniejszy i poważniejszy od serialu, na którym bazuje, zapewne po to, by lepiej realizować przygodowość oraz wplecione w ten nowy kanon elementy fantastyczne, a jednocześnie usiłuje być mu wierny, być kreskówkowy i naiwny, co objawia się tekstami o magii przyjaźni, jedności czy przeniesionymi jeden do jednego klasycznymi powiedzonkami tudzież akcjami bohaterek. Powoduje to dysonans, gdzie z jednej strony mamy nieumarłą armię Doomlancera, uwięzioną i torturowaną na bezczelność wobec głównego antagonisty Celestię, nieumarłego smoka ziejącego kwasem, który śmiertelnie rani inną postać, chociaż ostatecznie ta ginie od pocisku, a jej krew ochlapuje twarz innej postaci, a z drugiej strony Pinkie Pie wyciągającą z torby lasso, Rarity (zatroskaną o swoją fryzurę w kryzysowej sytuacji, tak swoją drogą) cerującą przebity balon, którym przemieszczają się bohaterki, czy też Rainbow Dash kreskówkowo ekscytującą się na myśl o obecności najwybitniejszych lotników, do których przecież niedawno została przyjęta. Natura przedstawianych wydarzeń jest poważna, ale postacie biorące w nich udział w ogóle nie zachowują się poważnie i to jest problem. Problemem jest także kreacja głównego antagonisty. OK, przewidywanie tak odległych w chronologii wydarzeń to ryzykowna rzecz, ale osobiście nie miałbym nic przeciwko, gdyby zostało to pokierowane w tym kierunku, że bohaterki muszą zmienić przeznaczenie, by z nim walczyć i ostatecznie go pokonać - to mogło by być naprawdę fajne i epickie. Niestety, chociaż Doomlancer powrócił nagle i w kilka chwil rozgromił elitę armii Celestii, nie mogę powiedzieć, że tym bardziej stał się w moich oczach antagonista poważnym, z którego potęgą należy się liczyć. Raczej, to ci dobrzy wyszli na nienależycie przygotowanych, w związku z czym oczywistym było, że z nimi wygra. Nawet nie będąc szczególnie silnym. Gdzie tu napięcie, gdzie niepewność? Ponadto, Doomlancer niejeden raz stracił dobra okazję, by siedzieć cicho - ilekroć się wypowiadał, wychodził na takiego przerysowanego, komicznego złoczyńcę z porannej kreskówki dla dzieci. Przepraszam, ale teksty do Celestii, że ta zostanie jego prywatną maskotką, nie były zbytnio przekonujące czy onieśmielające (ang. "intimidating"). Co innego gdyby patroszył swoje ofiary, a potem je wypychał i robił z nich trofea, a my, jako czytelnicy, o tym byśmy wiedzieli - wówczas taki tekst mógłby nabrać mroczniejszego wydźwięku. Podobnie, nie działają w ogóle zwroty typu: "a teraz wybaczcie, mam X do zdobycia/ zabicia". To takie... naiwne. Przez to tym bardziej nie mam wrażenia, że zwyciężył, bo był mega full silny, po prostu jego oponenci byli tak słabi, że przegrali nawet z nim. Według mnie wyszłoby dużo lepiej, gdyby Doomlancer mówił niewiele, a jego zło objawiało się jego czynami bądź czynami jego sług, wykonujących jego rozkazy. Mówi za wiele i za wiele jest w jego słowach pastwieniem się nad Celestią czy innymi. Przez to tylko tym bardziej wydaje się przerysowany. Jest jeszcze jedna rzecz, gdy mroczni zwiadowcy Doomlancera atakują balon, którym podróżują bohaterki, a na odsiecz przybywają Wonderbolts. Otóż obok Spitfire i Soarina (znanych postaci) występuje niejaki Lightning Catcher (O rety, rety, rety!), który to ma być jednym z najlepszych lotników i w dodatku przyjacielem Spitfire. Ten sam Lightning Catcher za moment ginie w walce, choć Spitfire próbowała go uratować, ostatecznie nie powiodło jej się to. Później, gdy udaje się odeprzeć atak, ale jeden NIEUMARŁY zwiadowca szykuje się do odwrotu, Spitfire dogania go, łapie, wrzuca na pokład sterowca (Dobrze pamiętam?) i w akcie zemsty chwyta ostrze, już ma go wykończyć, gdy zjawiają się pozostali i namawiają ją, by go oszczędziła. Bo ona nie jest zła, nie jest taka, jak oni, ona nie będzie mordować. Heloł! Dlaczego NAGLE perspektywa zabicia NIEUMARŁEJ jednostki, która w innej sytuacji nawet by się nie zawahała przed zaszkodzeniem protagonistom, urasta do rangi morderstwa i jest wykorzystywana do powstrzymania dobrej postaci przed staniem się "złą" postacią? Tak, tak, ja wiem, ja znam ten schemat, domyślam się, do czego tu dążył autor. Ale znów - wszystko wydarzyło się za szybko, bez build-upa, do tego w atmosferze zniekształconego klimatu, więc naprawdę trudno brać to na poważnie. Wszystko to zapewne miało być momentami napięcia, akcji i emocji. Niestety, wyszło strasznie sztucznie, a ostatecznie było to po prostu śmieszne. Znikąd pojawia się nowa postać, o której nic nie wiemy i która za moment ginie, a my mamy na słowo uwierzyć, że to był taki wielki przyjaciel, że postać kanoniczna zapałała żądzą zemsty tak wielką, że inni musieli ją powstrzymywać, bo stała by się taka sama jak ten wielki zły, z którym walczą. Według mnie, zarówno dla kreacji Doomlancera, jak i całej tej otoczki wokół Lightning Cathera, wyszłoby lepie, gdyby autor dał sobie więcej czasu - ukazał długie i mozolne przygotowywanie do powrotu antagonisty, budowanie struktur, treningi postaci, fortyfikowanie się, ćwiczenie manewrów i zaklęć, ustalanie planów działania na różne warianty, to byłby także czas na wprowadzenie nowych postaci, w tym Lightning Catchera, zbudowanie relacji między nimi a postaciami kanonicznymi, przygotowanie podwalin do późniejszych scen, jednych przepełnionych akcją, drugich smutnych, a trzecich tragicznych, mających czytelnikami wstrząsnąć. Wtedy mogłoby się udać. Jednocześnie czytając o porażce sił dobra pomimo przygotowań - o których wiemy - pomimo poniesionego wysiłku - o którym już czytaliśmy - sam Doomlancer wypadłby dużo wiarygodniej, jako złoczyńca. Mogłoby też być mroczniej - mimo tylu starań wszystko na nic. A tak, jest bardziej śmiesznie, niż poważnie. Mimo wszystko, chociaż w innym wypadku powiedziałbym, że wyszło fatalnie, tutaj nie mam złych wrażeń, a wręcz przeciwnie. Dlaczego? Ponieważ to jest stary fanfik, gdzie kreowanie postaci tak, a nie inaczej, silenie się na epickość w takiej, a nie innej formie, pomimo swoich mankamentów, jest w autentyczne i przeurocze, i to jest dokładnie to, czego współcześnie bardzo mi brakuje, a czego już nie da się osiągnąć; pastisz - owszem, lecz nigdy nie będzie w tym takiego autentyzmu, albo będzie po prostu niezłe/ dobre opowiadanie, albo opowiadanie złe, napisane w sposób nieprzystający do obecnych standardów. Oczywiście nie da się pominąć faktu, że sporo jest w tym nostalgii. Dobrym przykładem są teksty postaci - cukiereczki, czy 20% więcej czegoś, w owym czasie po prostu takie były te postacie i odtwarzanie ich w taki sposób wtedy było czymś naturalnym, czego należało się spodziewać, lecz już kilka lat później decyzja, by wciąż się trzymać tego schematu, wydawała się już arbitralna, a obecnie postrzegam to wręcz jako "wsteczniactwo". I właśnie dzięki tej autentycznej magii wczesnego fandomu, jak również pewnej zwięzłości opowiadania, nie potrafię się na nie gniewać - bawię się znakomicie Ale to nie koniec, albowiem później Twilight wraz z Luną wędrują do krainy zebr, mając nadzieję na znalezienie potomka Najwyższej Wyroczni. Ma to być pierwszy krok ku odbudowie starego sojuszu między czterema rasami, który dawno temu skutecznie oparł się potędze Doomlancera. Mają przy sobie Pieczęć Harmonii, a także Amulet z krwią Wyroczni, którymi wiele stuleci temu przypieczętowano sojusz na szczycie góry Echelon. Po starciu z jaguarami zostają pojmane przez pasiastych zwiadowców i spotykają Cathorę, od której dowiadują się, że zebry zdążyły się podzielić, lecz jest nadzieja w ostatniej żyjącej Wyroczni, której śladem bohaterki podążają, natrafiając na stare ruiny... I to jest moment, w którym fanfik powraca do formy - tempo akcji znów jest w sam raz w stosunku do opisywanych wydarzeń, pula postaci kurczy się (autor lepiej radzi sobie między innymi z dialogami, gdy występujących postaci jest mniej), mamy opisy, mamy znów ten przygodowy klimat z pewną nutą tajemnicy, stare sojusze, artefakty, proroctwa, jest ciekawie. Bardzo dobrze. Powiedziałbym, że to był najmocniejszy punkt ostatniego spotkania przy "Zerwanych Więziach" i jestem ciekaw ciągu dalszego. Odnośnie formy, to nie mam zbyt wiele do dodania - jak było niefortunnie, tak jest nadal; brak akapitów, tekst bardziej rozciągnięty za sprawą mniejszych marginesów, pozjadane literki, pozjadane znaki interpunkcyjne, błędy stylistyczne, nawet ortograficzne, to wszystko jest widoczne, ale dobrze, że było więcej dialogów, bo udało się ukryć to, jak poszczególne fragmenty w tym formatowaniu zlewają się w ściany tekstu utrudniające czytanie. Szkoda - gdyby nad tym trochę popracować, byłoby naprawdę przyzwoicie. Fabuła ma swoje punkty mocniejsze i punktu słabsze, śmieszność niewątpliwie była niezamierzona, ale ważne jest to, że autor chociaż próbował, że chciał zrealizować ambitny cel, czego się w trakcie nauczył, to jest jego i nikt mu tego nie zabierze. Pozytywna nostalgia pomaga w ogólnie pomyślnym odbiorze tekstu; mimo wielu problemów potrafi on przyciągnąć do siebie i pozwala dobrze się bawić, a autor zawczasu we wszystko wprowadził, więc ów autorski kanon intryguje, a przedstawiona fabuła, akurat gdy nie toczą się wielkie, epickie bitwy, wciąga swoją tajemniczością i fantastyczno-przygodową otoczką, więc chce się śledzić ją dalej. Ciąg dalszy już dziś, o 20:001 point
-
Gdy granice światów zaczęły się rozmywać, a echa dzikiej wolności splatały się z natłokiem okrzepłej przyszłości, niepokorne dusze znanego i nieznanego zawiązały alians. Czeluść – miejsce, gdzie czas i przestrzeń plątały się w nieskończonych węzłach, traciły swe zwyczajne geometrie i strzałki. Tam, pośród popiołów spalonej nadziei i tajemniczych anomalii, rodził się smak tęsknoty, gorzki niczym żarzący się węgiel, ale również druga szansa, słodka jak jutrzenka kapiąca blaskiem z płatków róży. Podróż przez prerię – pustkowie pełne zawiłych zakrętów rzeczywistości – była nie tylko próbą przetrwania. Kto nie ulegnie, a kto złudzeniom da się porwać – niechaj sam los zdecyduje! Bo choć każdy z nich niesie w sercu blizny, to właśnie one uczynią jego drogi naznaczone nieodgadnioną magią i do domu westchnieniem. Fanfik ten długo przeleżał w szufladzie, czekając na publikację. Pierwotnie miał wziąć udział w jednym konkursie, ale nie zdążyłem go opublikować we właściwym czasie. Minęło już dobre kilka lat i teraz wrzucam pierwszą część opowiadania traktującą o pojawieniu się w uniwersum Wrednej Szóstki mężczyzny, którego nigdy nie powinno tam być. Za sprawą portalu zjawił się za saloonem, nie wiadomo czy dzięki magii, czy technologii, walcząc o życie z krwawiącą raną na szyi. Wkrótce okazuje się, dlaczego musi czym prędzej wrócić do siebie i jakie niebezpieczeństwo ze sobą przyniósł. Przy okazji dochodzi do ponownego spotkania Wrednej Szóstki z ich dawnymi wrogami. Pojawią się również całkiem nowe wyzwania i potężni przeciwnicy korzystający ze sztuczek, które wykraczają poza zrozumienie nawet łebskiej Twilight Sparkle. Będą pojedynki, potyczki i napady, ale również znajdzie się czas na zaczerpnięcie odrobiny spokoju, rozważania godne mędrców oraz uczucia. Fanfik został napisany nieco specyficznym językiem polskim, stylizowanym na wiek XIX, co zdradza już sam tytuł. Uzasadnieniem jest to, że samo umiejscowienie akcji nawiązuje do XIX wieku, ale przede wszystkim nie chciałem podrabiać pióra Suna, tylko pobawić się formą, próbując stworzyć coś fajnego i ciekawego (mam taką nadzieję). Jeżeli ktoś, kto nie zna tego uniwersum, będzie chciał sprawdzić fika, to polecam zajrzeć do serii Wredna Szóstka na dzikim zachodzie, bo jest naprawdę fajna. Ale jak i tak macie ochotę czytać, pomimo braku znajomości źródła, to jak najbardziej możecie z czasem się oswoić. Także oto: Smak Popiołu, czyli podróż przez Czeluść po prerii przedsięwzięta, część 1 Zapraszam do czytania!1 point
-
Trochę to trwało, zanim się zmobilizowałem, ale przeczytałem, więc pora na komentarz. Na początku chcę podziękować, bo to mile zobaczyć spinoff do własnego fika. I to jeszcze spinoff dobry. Specyficzny, ale dobry. I muszę też pochwalić, że jest tu zachowany pewien, nazwijmy to, znak rozpoznawczy moich fików o Wrednej Szóstce, czyli taki początek zjawiający historię, utrzymany w stylu opowieści narratora. (zawsze tego samego) Jego specyficzność polega na kwiecistości języka, jakim został napisany. Przez pierwsze kilka stron miałem jakiś problem, żeby się wczuć. Ale gdy już mi się udało, stwierdzam, że ten przesadzony przestylizowany tekst nawet pasuje do fabuły i zachowania postaci. A skoro już mowa o postaciach, to są dobrze oddane. Miejscami trochę bardziej serialowo niż u mnie, ale kompletnie to nie przeszkadza. Nawet pasuje. Twilight jest przeintelektualizowana, Fluttershy niezbyt odważna, Rarity podrywa szeryfa (muszę to kiedyś wykorzystać), Rainbow jest narwana, a Applejack gada... powiedzmy, że kompletnie inaczej niż Twilight. Dużo, dużo prościej. To nieźle współgra. Fajnie też była zrobiona relacja między Rarity i Rainbow, podczas starcia z szeryfem. Mam wrażenie, że była bogatsza niż w przypadku Twilight, Applejack i reszty, przy łataniu tego łebka z innego świata. Co nie znaczy, że tam było źle, czy coś. Po prostu inaczej. No i w sumie trzeba wspomnieć o szeryfie, który był OP. Był tego świadom, był pewny siebie... Nie powiem, żebym go polubił , ale to chyba była intencja autora. Coś mi też mówi, że będzie bardzo ważną postacią (o ile nastąpi kontynuacja), a może i jedną ze stron. Ewidentnie ma też za sobą tajemnicę. W kwestii fabuły dużo nie mogę powiedzieć, bo to, co jest to ledwie zalążek. Ale jest to zalążek, z którego może wyrosnąć ciekawy kfiatek. Bo nie jest to typowy (dla mnie) fik z napadem, a spotkanie Wrednej Szóstki z gościem, który przybył z innego świata. Prawdopodobnie nie pierwszym, który do tego świata zawitał (sądząc po słowach szeryfa), ale pierwszym, którego znalazły dziewczyny. Niby nic, ale widzę tu kilka opcji. Łącznie z Cosoverem ze stalkerem. Chętnie zobaczyłbym, co z tego wyniknie, choć z drugiej strony, obawiam się, że to może nigdy nie nastąpić. Czas nie jest z gumy, a Grento ma inne projekty do dokończenia. No i opisy. Są kwieciste i rozmiarowo raczej adekwatne. Przyznam, nie obraziłbym się gdyby było ich trochę więcej, ale jest dość, bym mógł sobie wyobrazić i dopowiedzieć to co potrzeba. Miałbym jednak nadzieję, ze w przyszłych rozdziałach, jeśli kiedykolwiek będą, zobaczymy nieco więcej otoczenia. Ogólnie, polecam. Może i tekst na początku trochę dziwnie się czyta, ale jest naprawdę fajny, przyjemny i nawet zabawny. Jestem też niezmiernie ciekaw, czy Grento będzie to kontynuował, bo widzę tu kilka dobrych pomysłów.1 point
-
Opowiadanie powróciło po latach, za sprawą Klubu Konesera Polskiego Fanfika, lecz mnie zeszłotygodniowe czytanie niestety ominęło. Jednakże dziś znalazłem trochę czasu, by nadrobić pierwsze pięć rozdziałów tejże historii, toteż wypada napisać komentarz i pomóc niniejszemu wątkowi wypłynąć na powierzchnię - bo choć typowych dla wczesnej fanfikcji mankamentów tu nie brakuje, to przynajmniej pierwsze wrażenie nakazuje sądzić, iż jest to kawałek historii, do której warto powrócić i której warto dać szansę, i która, z tego co widzę, swego czasu zgromadziła czytelników oczekujących niecierpliwie jej rozwinięcia. Czym zatem "Zerwane Więzi" zaskarbiły sobie sympatię forumowiczów i czy jest dla nich miejsce dzisiaj, ponad dekadę później? Na początek muszę wspomnieć o formie, gdyż ta od razu rzuca się w oczy. Oczywistym było, że, najprawdopodobniej, będzie ona niedoskonała; element czaru wczesnego fandomu, a i autor, z tego, co zrozumiałem po jego wiadomościach, był wówczas maturzystą, sam fanfik powstawał jeszcze wcześniej, toteż możliwe, że nie zdążył nabrać doświadczenia, warsztat dopiero miał się rozwinąć - wszystko to jest zrozumiałe i nie wolno nie brać tego pod uwagę w ocenie fanfika. Przede wszystkim, muszę wskazać na dość niefortunne formatowanie tekstu - z jakiegoś powodu akapity zostały zwężone, tak po bokach strony, jak i na górze, i na dole, co powoduje, że tekstu mieści się znacznie więcej niż zazwyczaj. Jakby autor zapragnął upchnąć go jak najwięcej w ramach pojedynczych stron. Zastosowany rozmiar czcionki, jak i fakt, że z reguły kolejne akapity nie są od siebie należycie oddzielone (niekiedy akapitów brakuje, tak swoją drogą), nie ułatwiają sprawy. Efekt był taki, że lektura wydawała się mozolna; człowiek powoli przedzierał się przez kolejne strony, a nierzadko tekst zlewał się w ściany, na które ciężko się patrzyło. Całe szczęście, że stron nie było zbyt wiele - w ramach poszczególnych dokumentów Google autor zawarł kilka rozdziałów, one same nie są zbyt długie, więc o ile jest mozolnie, o tyle udało się uniknąć zmęczenia czytanym tekstem. Widzę dwa powody tego stanu rzeczy - styl oraz przyjęte tempo akcji. Ale o tym nieco później. Wydaje się, że wystarczyło po prostu powiększyć te akapity, a poszczególne fragmenty dodatkowo oddzielić od siebie, by już byłoby znacznie lepiej. Zwłaszcza, że autor wiedział o co chodzi, gdyż oddzielił od reszty tekstu treści listów czy ksiąg - dlaczego nie zastosował tego dla całego opowiadania? Oczywiście nie obyło się bez drobnych błędów, takich jak literówki, brakujące przecinki, dywizy w zapisie dialogowym, a także wtrącenia w czasie teraźniejszym, gdy całość narracji jest pisana w czasie przeszłym. Jak tutaj chociażby: Jest to pierwszy akapit rozdziału drugiego, a zważywszy na to, że na pierwszy składa się krótka, napisana wierszem przepowiednia, czytelnik bardzo szybko dochodzi do zgrzytu, zwraca on jego uwagę. Dobrze, że tego typu wtrąceń w ramach tych pięciu pierwszych rozdziałów jest niewiele. Ale są i trudno o nich nie wspomnieć. Zarazem mamy też literówkę, jedną z wielu. Wiadomo, trzeba, zwłaszcza z perspektywy roku 2025, wziąć poprawkę na czas, w którym powstawało opowiadanie, a także panujący wówczas klimat - cieszyliśmy się tak nowymi epizodami, jak i każdym jednym fanfikiem, kreatywny proces i poznawanie twórczości innych było doświadczeniem ważniejszym niż to, czy forma jest w stu procentach poprawna, czy nie, a świeże i śmiałe pomysły potrafiły niekiedy przyćmić rzeczy, których nie dało się nie zauważyć podczas lektury. Mimo to, pomimo prostej natury tychże błędów, ich mnogość w pewnym momencie zaczyna rzucać się w oczy - tym bardziej, że da się je dostrzec przy łatwych wyrazach i prostych zdaniach. Jak one się tam znalazły? Cóż, każdemu się zdarzyć może. Znajdą się i słowa użyte niewłaściwie: W zadanym kontekście słowo to mogłoby działać jeśli przyjąć, że zło wypleniało (wyplewiało?) pustą skorupę, którą stawał się dany kuc, ze wspomnianych zmysłów, w domyśle zdrowych zmysłów. Niemniej jest to duża nadinterpretacja z mojej strony, a i tak zdanie to brzmi źle. Poza tym jestem pewien, że tam miało być "wypełniało" - wówczas wszystko gra. Co do stylu, to miałbym tylko pewne zastrzeżenia - zdania złożone, skonstruowane zupełnie nieźle i robiące swoją robotę, przeplatają się ze zdaniami prostymi, krótkimi, występującymi parami albo trójkami, co troszeczkę psuje płynność czytania, jak również wrażenia po poszczególnych fragmentach, ale poza tym... powiedziałbym, że jest naprawdę spoko. Nawet zgrabnie. Mimo niefortunnego formatowania i pewnej mozolności, nie uświadczyłem dłużyzn, zdania okazały się przystępne i dość szczegółowe, bym mógł wyobrazić sobie kolejne sceny, nie natrafiłem na jakieś niezrozumiałe czy chaotyczne fragmenty - co najwyżej te źle użyte słowa czy słowa lub literki zjedzone - wszystko wydaje się z grubsza grać i po prostu spełniać należycie swoje zadanie, czyli przekazywać nam wizję autora. Ponadto odpowiada mi przyjęte tempo akcji, jak również to, że jest ono konsekwentnie utrzymywane, jak dotąd, przez cały tekst. Nie jest ani za szybko, ani za wolno, a po prostu miarkowanie w najlepszym tego słowa znaczeniu - autor nie bawi się w zbędne szczegóły, chociaż mógłby to robić, nie skacze od sceny do sceny nagle, chociaż mógłby to robić, nawet nie atakuje nas dużymi ilościami naraz wątków, ani nie sypie oryginalnymi postaciami jak z rękawa, chociaż mógłby to robić, zwłaszcza, że miał ciekawy pomysł, a sama skala opisywanych wydarzeń spokojnie wyczerpywała pojęcie "epickiej historii". Zamiast tego wybiera sobie główne postacie - jak dotąd jest to księżniczka Celestia i Twilight Sparkle, w rozdziale piątym mamy także i Lunę - wspomina o paru kluczowych bohaterach oryginalnych, koncentruje się na jednym, głównym wątku i po prostu spokojnie prowadzi fabułę, nie męcząc, ani nie nudząc czytelnika. W ogóle, po przeczytaniu tych zaledwie pięciu (a tak na dobra sprawę to czterech), przecież niedługich rozdziałów, miałem wrażenie, jakby wydarzyło się naprawdę wiele, zwłaszcza w przeszłości. Dlatego też uważam, że dzięki stylowi, jak i takiemu, a nie innemu tempu akcji, udało się ustrzec przed wywołaniem u odbiorcy znużenia czytaną zawartością czy przytłoczeniem go tajemnicami z historii Equestrii. A co do postaci, to powiedziałbym, że zostały oddane poprawnie. Jest to wczesny fandom, z tego, co wyczytałem po starych komentarzach w dokumencie, tekst powstawał jeszcze nim ktokolwiek usłyszał o Starswirlu, więc nie należy się tu spodziewać żadnych rewolucji czy rewelacji - Twilight spędza czas głównie na czytaniu, a gdy nie czyta, przytrafiają się jej nietypowe rzeczy, Spike jest Spike'm, towarzyszy bohaterce, jest przy niej gdy trzeba ją pocieszyć, jest też Celestia, która jest Celestią - mentorką lawendowej klaczy, władczynią Equestrii, noszącą na sobie bagaż tak chwil trudnych jak i wcześniej nikomu nie wyjawionych tajemnic, wiele z nich dotyczących także i Luny. Tutaj po prostu wszystko gra, zastrzeżeń nie mam, ale nie mam też nad czym się rozpływać. W ogóle, dialogów jest... niewiele. Ale nie przeszkadza mi to zbytnio. Najwięcej mają do opowiedzenia księżniczki, ale w postaci nie tradycyjnych dialogów, lecz dłuższych monologów, które zostały dobrze oddzielone od zwykłej narracji i dobrze z nią współgrają. Zatrzymują one akcję, ale przez to, że im samym akcji nie brakuje, tekst utrzymuje swoje flow. Także ponownie - wszystko gra. No dobrze, ale jak się ma fabuła, zapytacie? Na tym etapie serial nie miał zbyt rozwiniętego lore, więc lore każdy musiał sobie sam dopisać, jeśli tego zapragnął, a elastyczna fabuła pozwalała w zasadzie na wszystko, ograniczała nas tylko wyobraźnia. A tej autorowi z pewnością nie brakowało - chociaż trochę się obawiałem widząc zapowiedź o epickiej przygodzie, dawnym wrogu, który powraca, wojnie, magicznych paktach i tak dalej. Sądziłem, że jak na początek, to może być zbyt wiele i autora najzwyczajniej w świecie to przerośnie. A póki co, jest naprawdę nieźle. I zważywszy na nostalgię oraz klimat wczesnego fandomu, fabuła prezentuje się przeuroczo. Tego mi właśnie dzisiaj brakuje. Zaczyna się od wierszowanej przepowiedni - na wierszach i rymach się nie znam, ale generalnie jest... w miarę. Zaczyna się spoko, później tu i ówdzie da się odczuć zaburzenie rytmu, ale generalnie pretensji nie mam. Jednakże otwarcie to lepiej nadawałoby się na jakiś prolog aniżeli pełnoprawny rozdział. Potem przeskakujemy do właściwej akcji. Zaczyna się niewinnie, bo od niedomagającej Celestii, która z czasem zmuszona zostaje przejść w stan spoczynku. Gdy wydaje się, że Pani Dnia zaczyna się polepszać, choroba powraca, a ta uświadamia sobie, że odpowiedzi, których poszukuje, mogą znajdować się w "Teorii Harmonii", spisanej przez niejakiego Starlancera. Księga ta szczęśliwie znajduje się w zbiorach Twilight Sparkle, która to po jej lekturze wnioskuje, że przyczyną tajemniczej choroby, na którą zapadła jej mentorka, jest zerwanie więzi z Elementami Harmonii. Gdy pojawia się w królewskim zamku, okazuje się, że Celestii pogorszyło się, a jakby tego było mało, jeszcze tej samej nocy Twilight odwiedza kuc, który później okaże się Doomlancerem - wypaczonym przez zło Starlancerem, który swego czasu znalazł Klejnot Harmonii i podzielił go na sześć elementów. Gdy księżniczka budzi się ze śpiączki, decyduje się opowiedzieć Twilight o nieznanych jej początkach Equestrii, głównie wydarzeniach, których sama była uczestniczką - o odnalezieniu Elementów Harmonii, o potyczce z Discordem, a także o starych sojuszach, pierwszej wojnie z armią Doomlancera, a także klątwie, w wyniku której Luna przemieniła się w Nightmare Moon, a która najwyraźniej teraz "atakuje" Celestię. Poznajemy także prawdziwe powody, dla których Celestia z bólem serca wysłała na księżyc swą młodszą siostrę. Twilight musi zmierzyć się z prawdą i znaleźć sposób na Doomlancera, który nieuchronnie powraca ze swej klatki czasu. To jest tylko ogólny zarys tego, o czym będziemy czytać w ramach tych pierwszych pięciu rozdziałów, ale jak na otwarcie, muszę przyznać, że jest całkiem w porządku i nawet mnie się podoba. Wnikając w treść głębiej, znajdziemy sporo interesujących detali, jak chociażby cechy charakterystyczne ras, z którymi Celestia i Luna zawarły kiedyś sojusz przeciwko Doomlancerowi, skróconą historię tego jak odbyło się przypieczętowanie między nimi przymierza - tu szczególnie spodobał mnie się koncept przekazywanych z pokolenia na pokolenie relikwii, które przedstawiciele poszczególnych ras mieli składać na szczycie Echelonu, każda z tych relikwii przypominała mi o artefaktach rodem ze starych "hirołsów", ale takich z górnej półki i dających absurdalne wręcz bonusy, co ja osobiście uwielbiam - a także wzmianki, jak sądzę, o wymarłych już rasach, o których Twilight nic nie wie, interesująca wydała mnie się także natura klątwy, która rozprzestrzenia się jak choroba między istotami idealnymi, czyli takimi, które mogą dostąpić zaszczytu korzystania z Elementów Harmonii. Kulisy zesłania Luny na Księżyc, okazały się niezłym twistem, wciągnęły mnie zmiany w zachowaniu księżniczek ilekroć Doomlancer wdzierał się do ich umysłu, opis jak to działa, a także próby poradzenia sobie z tym zagrożeniem. Może nie śledziłem tego z zapartym tchem, ale rzeczy te w pełni wystarczyły, by los tych postaci nie był mi obojętny i żebym się wkręcił w fabułę, a opowieści o przeszłości pozwoliły w krótkim czasie stworzyć nastrój wielkości, lecz w tym sensie, że świat przedstawiony jest dużo bardziej rozległy, a jego historia pełna sekretów, czekających na odkrycie. Dodając do tego wizje, magiczne runy, relikwie, klątwy, księgi nie do końca przetłumaczone, podróże do niezwykłych miejsc, uzyskuje się naprawdę przyjemny klimat [Fantasy], idealny przedsmak czegoś przełomowego. I to wszystko, jak już wspominałem, prezentuje się wprost uroczo. Moooże, gdybym miał się czegoś przyczepić, to łatwości, z jaką w rozdziale piątym Luna opowiada swoją historię; na początku mamy sugestię, że temat jest trudny i Celestia nie chce go poruszać, lecz "za moment" Twilight odwiedza Lunę, prosi ją o opowieść, a ta jej opowiada - jak się okazało, że ostatni strzał Doomlancera rzeczywiście był klątwą, jak zaczęła dawać o sobie znać, jak przebiegała przemiana młodszej z sióstr, jakich księżniczki szukały rozwiązań, no i jak ostatecznie doszło do tego, że jedna z nich trafiła na Księżyc i jak na tym Księżycu było. Ale to tylko drobny nitpick z mojej strony. Ale na plus przedstawienie Doomlancera, jako... takiej siły, która mimo pokonania, mimo zamknięcia między światem żywych i umarłych, nadal jest groźna i jest w stanie dosięgnąć celu nawet daleko poza planetą. Dobra robota - bo jego dialog z Twilight nieszczególnie sprzedał go jako poważnego złoczyńcę, z którym się trzeba liczyć; ten moment był dość kreskówkowy. Ale tylko moim zdaniem. Ciekaw jestem jak się to rozwinie. Ostatecznie muszę przyznać, że nawet po latach jest to dosyć ciekawy kawałek tekstu, który ma czym się bronić nawet dzisiaj. Szkoda, że forma jest tak niefortunna; gdyby zaprowadzić do niej małe, ale znaczące zmiany, uważam, że byłaby na tyle solidna, by nie odstawać zbytnio od, może nie współczesnych, ale tych nowszych fanfików. Autorowi nie można odmówić wyobraźni, pomysły ma ciekawe i najwyraźniej wie jak je zagaić w sposób ciekawy, wciągający, a przy tym nie epatując zbytnim patosem czy nadmuchaniem, miejmy nadzieję, że zostaną równie solidnie rozwinięte w kolejnych partiach tekstu. Na razie nie można zbyt wiele powiedzieć o kreacji postaci, zobaczymy. Ponadto pomysły na historię Equestrii wydają się wpisywać w serialowe ramy, nie ma tutaj przesady czy zbytniego skomplikowania. Wszystko jest raczej przystępnie podane i nie idzie się pogubić. Przynajmniej na razie. Ostatecznie, zaczyna się nieźle i wciąga. Nawet dziś, wiele lat po premierze fanfika, widzę w nim ciekawe elementy, które nadal dają radę. Jednocześnie biją od niego kreatywność i śmiałość, tak bardzo charakterystyczne dla wczesnego fandomu, od razu udziela się pozytywna nostalgia, a dla mnie to zawsze jest plus. Zobaczymy co będzie dalej. Kolejne czytanie już dziś Pozdrawiam!1 point
-
Forumowicze miast i wsi! Od dzisiaj (sobota 24 maja) aż skończymy, będziemy czytać i omawiać "Broken Bonds: Zerwane Więzi" autorstwa Ravebowa. Spotkania odbywają się tradycyjnie w każdą sobotę o godzinie 20:00 na kanale głosowym.1 point
-
Okej, to było zabawne. I życiowe. Taki fanfik, w którym czytasz puentę i masz takie "I bardzo ci tak dobrze" Opowiadanie dość nietypowe jak na Nikę z ostatnich lat, przypomina mi bardziej o tym jak pisała dawno temu. Jeśli chodzi o formę, styl i tematykę. To nie jest tak, że coś jest z nim nie tak, po prostu jest inne. Nie ma tu wielkich tajemnic, magii itd. Bardzo solowe, dość mocno prawdziwe. 11 stron, ale czyta się to błyskawicznie. Jeśli ktoś chce coś krótkiego i lubi obyczajówki, to polecam. Jeśli ktoś nie wie, czy lubi, to w sumie też sprawdzi się idealnie, bo zostało zwyczajnie dobrze napisane, nie dłuży się, nie nudzi i nie męczy. Jak dla mnie bez fajerwerków, ale jest naprawdę solidnie. Raczej na jeden raz. Daję okejkę.1 point
-
Na początek małe ostrzeżenie. Nietypowe, gdyż rzecz nie tkwi w spoilerach zdradzających fabułę - tej nie zamierzam zbytnio zgłębiać, najpewniej ograniczę się do oceny postaw poszczególnych postaci, o czym zresztą też będę ostrzegać - lecz w oczekiwaniach, albowiem jeśli przybywacie tu spodziewając się kolejnej historii kalibru "Twilight Sparkle w nowoczesnej baśni o Księżycu" czy też czegoś a'la "Ewolucji gwiazd typu słonecznego", to najprawdopodobniej będziecie zawiedzeni. Tym razem, chciałoby się rzec rekreacyjnie, autorka pozwoliła sobie na coś krótszego - coś, przy czym nie będzie trzeba szukać wskazówek, uważać na drugie dna, to nie będzie wielka tajemnica do rozwikłania, okraszona gęsto pytaniami, na które być może otrzymamy odpowiedzi albo i nie. To po prostu niezobowiązujący przerywnik, krótka obyczajówka, mimo ogólnie niewesołego wydźwięku i w gruncie rzeczy poważnej tematyki (zdaje się, że ta jedna rzecz tylko pozostaje niezmienna), lekka lektura utrzymana w dość "klasycznym" tonie. Bo istotnie, czytając "Rodzina jest najważniejsza", miałem wrażenie, jakbym wkroczył na pokład wehikułu czasu, ustawił najaktywniejsze lata naszego fandomu i przeniósł się akurat w porę konkursu literackiego; czas płynie beztrosko, do zakończenia rywalizacji pozostało jeszcze trochę czasu, ale wciąż spływają nowe prace i jedną z nich jest właśnie ów tekst. Ponieważ lubię, gdy nowe fanfiki potrafią pobudzić u mnie małą nostalgię, muszę uznać to za plusik. Opowiadania autorki zazwyczaj są zwięzłe i nie grozi przy nich wrażenia dłużyzny, nie ma miejsca na nudę czy jakiekolwiek fragmenty, o których zastanawiamy się, czy aby na pewno są potrzebne. A mimo to "Rodzina jest najważniejsza" wydaje się jeszcze oszczędniej gospodarować słowami, tak przy opisach, jak i dialogach. Wypowiedzi bohaterek zwykle są krótkie, zwięzłe, na temat, chociaż zdarzy się niekiedy jakaś dłuższa wypowiedź, a opisy koncentrują się głównie na podejmowanych czynnościach, w przypadku Applejack, czyli głównej bohaterki, otrzymujemy jeszcze pewną dawkę jej przemyśleń i emocji. Co ważne, nie odnotowałem wrażenia niedosytu - oczywiście, z pomysłu można wyciągnąć znacznie, znacznie więcej, ale pytanie czy byłoby warto? Gdyż zagłębiając się w lekturę odkryjemy, iż w gruncie rzeczy... to wszystko już gdzieś było. Niekoniecznie w kucykowej fanfikcji, ale pewno kojarzycie podobne wątki z książek, seriali (zwłaszcza seriali, telewizyjnych) czy filmów, a niewykluczone, że może i z gier wideo, wszakże czasy, w których wyłącznie idziemy w prawo/lewo, skaczemy i strzelamy minęły. Motyw nie jest świeży i stąd wydaje mnie się, że z próby jego rozwinięcia prędzej wyszłoby zbędne rozwleczenie, toteż całe szczęście, że został opisany oszczędnie. Dzięki temu mamy takie właśnie niezobowiązujące i dosyć lekkie "przeżyjmy to jeszcze raz", zamiast "o nie, znowu". Umiar odznaczam jako kolejny plusik. Poszczególne bohaterki zostały w moim odczuciu oddane dobrze, oczywiście na ile pozwala forma. Powiedziałbym, że przez większość czasu jest dosyć serialowo, za wyjątkiem paru momentów, w których z ust tych kolorowych, kreskówkowych postaci padają brzydkie słowa (ale nie wulgaryzmy, tych tu nie uświadczymy w ogóle), ale nic poza tym. Siostrzana więź między Applejack a Apple Bloom wypadła wiarygodnie, zwłaszcza w chwilach, w których młodsza usiłuje bronić starszej, a gdy problem protagonistki zostaje ujawniony, ta nie odwraca się od niej, ale z nią rozmawia, zadaje pytania, próbuje zrozumieć. Innym razem czuje się, że Apple Bloom również ma swój własny dramat, z którym trudno jest jej sobie poradzić, gdyż nie wie, o co może chodzić. A gdy zostaje przelana czara goryczy, ucieka się do rozwiązania siłowego i wkroczyć musi Cheerilee - nie ma jej tu wiele, ale gdy już jest, pozostaje aktywna. Cóż, musi - jest nauczycielką i to ona jest odpowiedzialna za swe uczennice, wewnątrz szkolnych murów. W ogóle, mimo oszczędności w formie, czuć też wewnętrzne rozdarcie Applejack - wie, że to, co robi, nie jest dobre, ale chwilowo nie wie jak z tej drogi zawrócić, miota się, dusi w sobie swe rozterki, wszystko to zostało napisane bez zarzutu. Zwięźle, ale wiarygodnie. Przyznam też, że jak na tę bohaterkę, to dość nietypowa rola. Widać, że autorka próbowała wykreować przy niej paralelę do Pear Butter, w sensie, że córka powtarza błędy matki, aczkolwiek w przypadku Pear Butter nie powiedziałbym, że zostawiła rodzinę dla Bright Maca; prędzej to oni zostawili ją, każąc jej wybierać w sytuacji, gdzie nie było żadnej ostateczności, zamiast podejść do sprawy dojrzale. Applejack też nie wydaje się być postawiona przed takim wyborem, lecz szkopuł tkwi w czym innym. I uwaga, tutaj będą spoilery! Ale ostatecznie, o ile idzie Applejack... zrozumieć, oczywiście w pewnym stopniu, o tyle nie można powiedzieć, że zachowała się dojrzale. Co w sumie jest pewnym zaskoczeniem, bo kto jak kto, ale ona, przynajmniej dla mnie, sprawiała wrażenie twardo stąpającej po ziemi, zbyt zajętej pracą, ale zawsze szanującej rodzinę tak swoją, jak i cudzą, i rozumiejącej, że pewnych granic się po prostu nie przekracza. Podsumowując ten punkt, motyw paraleli między Applejack, a Pear Butter, był sam w sobie ciekawy, ale nie sądzę, by miał tu szansę zaistnieć, bo w gruncie rzeczy mamy do czynienia z dwiema kompletnie innymi sytuacjami; jedyne, co wydaje się wspólne to to, że i w jednym, i w drugim przypadku ktoś zachował się niedojrzale. Skromny komentarz odnośnie różnic społecznych także wydaje się tu ciekawym dodatkiem i moim zdaniem działa lepiej niż wymieniona przeze mnie paralela. Oczywiście, sam motyw wybrzmiewa dość naiwnie, ale to przez to, że wypowiada się na ów temat Apple Bloom, zatem mamy poważny skądinąd problem opisany z perspektywy dziecka. Applejack schodzi do jej poziomu, ale w sumie nie mówi wiele, w tym punkcie historii jest jeszcze na etapie... samooszukiwania się? Są oczywiście pewne rzeczy, przy których trzeba użyć wyobraźni - chociażby jak to się zaczęło konkretnie, kiedy, jak się wówczas czuła protagonistka, więc jakiś obszar do pogłówkowania mimo wszystko pozostał. Akcja fanfika jest jednostajna, chociaż wydaje się sprawnie zmierzać do przewidywalnej konkluzji, to cały czas lektura jest raczej spokojna. Jak mogło być inaczej? Wszakże to [Slice of Life] - wciąga, nie wymaga ani zbyt wiele czasu, ani tytanicznego skupienia, ma opowiedzieć pomysł, umilić nieco czas i dokładnie to robi. Ostatecznie wygląda na to, że każdy wraca tam, gdzie był, życie toczy się dalej, czas niby leczy rany, ale każdy wie, że już zawsze będzie budzić się każdego dnia ze wspomnieniami tego, co zaszło i świadomością tego, co mogłoby być, ale nie zaistniało. I to, samo w sobie, jest dosyć życiowe. Zdecydowanie - czyta się o magicznych kucykach, ale pod powłoką tych kolorowych postaci kryją się ludzie ze swoimi ludzkimi problemami, obarczeni typowo ludzkimi niedoskonałościami. Nie da się tego ukryć. Ostatecznie tekst można polecić, lecz jako krótką obyczajówkę, bardziej na przerywnik, aniżeli na coś, co może skłonić ku głębszym refleksjom, choć oczywiście potencjał ku temu tutaj jest. Opowiadanie jest krótkie, ale zwięzłe, zostało zrealizowane sprawnie, oszczędność formy służy fabule, a bohaterów oddano dobrze, wiarygodnie, jednych bardziej wyraziście od drugich, czuć tutaj melancholię, złość, smutek, ale także i nostalgię, zważywszy na ogólne wrażenie, jakie pozostawia po sobie fanfik. Można współczuć, można karcić, a można przejść obok problemu bohaterki obojętnie, ale nie można zaprzeczyć, że autorka chciała to napisać. Historyjka nie szokuje oryginalnością czy przewrotnością fabuły, ale nie zawsze o to chodzi; czasem wystarczy wciągnąć na kilka minut, opowiedzieć coś i zapewnić tym samym rozrywkę. A jeśli ktoś poczuje się zdopingowany do czegoś więcej, to tylko kolejny plusik Czasem taka oszczędność w formie potrafi wzbudzić więcej emocji niż epopeja - a już na pewno sprawia, że tekst zostaje w głowie na dłużej. Warto było przeczytać.1 point
-
Taryfikator forum MLPPolska.pl Wykroczenia sumują się. Odwołania od ostrzeżenia, lub bana, należy kierować do moderatora nakładającego karę, lub do administracji poprzez sytem PW albo na oficialnym discordzie. Po osiągnięciu 10 (lub więcej) punktów na Użytkownika nakładana jest automatyczna blokada konta na okres 30 dni. Pierwsza blokada zawsze jest na okres 30 dni (nie licząc sytuacji ekstremalnych). Jeżeli Użytkownik ponownie uzbiera 10 (lub więcej) punktów, konto zostanie zablokowane na okres 90 dni. Trzecia blokada konta jest permanentna, czyli nigdy nie wygaśnie. Jeżeli Użytkownik otrzyma więcej niż jedno ostrzeżenie z danego punktu w okresie trzech (3) miesięcy, wartość każdego następnego zwiększana jest o 3 punkty. Czas liczony jest od ostatniego ostrzeżenia z danego punktu. Jeżeli Użytkownik otrzyma więcej niż jedno ostrzeżenie z danego punktu w okresie mniejszym jak 30 dni, wartość każdego następnego zwiększana jest o 6 punktów. Czas liczony jest od ostatniego ostrzeżenia z danego punktu. Członkowie ekipy forum, jako osoby reprezentujące serwis MLPPolska.pl, otrzymują dodatkowe 4 punkty niezależnie od przewinienia. Jeżeli wystawiona kara będzie równoznaczna z banem, Administracja może podjąć decyzję o pozbawieniu Użytkownika praw w zamian za nie blokowanie konta. Użytkownicy specjalnie łamiący regulamin w celu otrzymania blokady konta otrzymają permanentny nadzór moderacji nad publikowanymi treściami (wszystkie wpisy muszą być zatwierdzone) oraz blokadę pisania na czacie na okres 180 dni. Decyzję podejmuje administrator.1 point
Tablica liderów jest ustawiona na Warszawa/GMT+02:00
