Jump to content

Strona Główna  |  Ogłoszenia  |  Lista Fanfików  |  Fanpage  |  Feedback
Niklas

Nabór na MG

Recommended Posts

Doświadczenie: Uczestniczyłem tylko w dwóch sesjach RPG.

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?: Skyrim, Nasz ukochany świat ludzi, podróże w czasie, przestrzeni i wymiarach, fanastyka.

Dlaczego Ty?: Mam dużo wolnego czasu z czego większość po prostu marnuję. Myślę że to by było miłe zajęcie a i gracze mający u mnie sesje chyba by się nie zawiedli.

Wady, zalety (swoje, oczywiście):

Wady:

- dosyć leniwy

- momenty braku weny

- mały zasób słownictwa

Zalety:

- bujna wyobraźnia

- dużo wolnego czasu

- miłość do różnego rodzaju opowiadań

Oraz coś czego nie potrafię zaliczyć ni do jednego, ni do drugiego:

- NIGDY niczego nie planuję

Kontakt (mail / gg / aqq / skype): mail: [email protected] skype: lind.l.tailor3

Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

Kremowa klacz o błękitnej grzywie i ogonie weszła do dużego pokoju pełnego książek. Wzięła jedną z nich, miała ona czerwoną okładkę a na niej napis zapisany ognistym pismem koloru złotego. Brzmiał on "Chornut". Zaczęła czytać na głos:

- Oto opowieść. Opowieść o kucyku który zmienił całą przyszłość.

Wtem do pokoju wszedł szary ogier o ciemnozielonej grzywie z raną idącą przez lewe oko. Otóż owa książka nie była książką a księgą zrobioną z papieru w którym była zaklęta dusza a pióro którym była pisana to mistyczny płyn nadający przedmiotowy magiczne możliwości. Każdy kto odczytał z niej choć jedno zdanie stawał się panem głównego bohatera.

- Zjawiasz się coraz szybciej. Jesteś mi potrzebny - odezwała się klacz.

- Do czego, ma Pani?

- Zrobisz zakupy

Ogier zirytowany aż upadł na ziemię. Dostał od klaczy listę tego co ma kupić. Wyszedł na zewnątrz, słońce świeciło jasno i pogodnie. Kucyki z okolicy gdy go widzieli nie reagowali negatywnie, wręcz przeciwnie, niektórzy nawet się z nim witali i uśmiechali. Było to spowodowane tym że Chornut zjawiał się tam prawie codziennie. Gdy wrócił z zakupami klacz siedziała w salonie. Był to duży pokój z wyjściem na zewnątrz do ogrodu. Na środku pokoju znajdował się niski stolik a wokół niego 6 kwadratowych czerwonych puf.

- Kupiłeś wszystko? - spytała.

- Tak. Jajka, mleko, sałata, ogórki, pomidory, chleb, mąka, pomarańcze, cukier i śmietana.

- Dziękuję. Nagroda tam gdzie zwykle.

Chornut zostawił torby z zakupami na blacie który oddzielał salon od kuchni. Przeszedł przez nią i ukrył się w następnym pokoju. Był to kolejny duży pokój, ale było w nim ciemno jak ciemna jest smoła. Szary kucyk usiadł i zamknął oczy. Gdy je otworzył były one białe a po chwili znów normalne, lecz nie był on już w tym samym miejscu. Był na gołej polanie gdzie otaczało go 5 kucy. Każdy z nich wyglądał tak samo, mieli czerwoną sierść i błękitne grzywy, nosili zbroje zrobione ze skóry, a w ustach trzymali małe miecze. Chornut natomiast miał zbroję stalową a w ustach trzymał szerszy miecz. Jeden z nich skoczył na szarego kuca z okrzykiem:

- ZDRAJCA!

Chornut uderzył go ostrzem najmocniej jak umiał... i stało się przeciął go na pół. Następnie skoczyło dwóch. Jednego kopnął tylnymi kopytami po czym zajął się drugim i wbił miecz w sam środek z taką siłą że przeszył go na wylot. Wyjął ostrze i podszedł do zwijającego się z bólu od kopnięcia i bezlitośnie zranił go śmiertelnie. Nawet ja nie wiem jak. Obrócił się i spojrzał na pozostałych dwóch. Jeden zemdlał. Chornut podszedł do tego który stał i powiedział:

- Uciekaj albo zostań tu i walcz. Masz wybór.

- ZDRAJCY ZASŁUGUJĄ NA ŚMIERĆ - odpowiedział i rzucił się na przeciwnika. W ten sposób zginął i on, i Chornut, tamten od ostrza "zdrajcy", a "zdrajca" od tego który "zemdlał", ponieważ ten tylko udawał by zadać cios ostateczny. Wtedy Chornut się obudził w ciemnym pokoju.

- Jak bardzo byś chciał, nie uda ci się, to historia - usłyszał zza siebie.

- Wiem, ale jakoś nie mogę się oprzeć.

Otóż pokój był pomalowany mistycznym atramentem dlatego bohater książki pisanej nim był w stanie odtworzyć jakieś wspomnienie z niej. Tak się kończy ta opowieść. Koniec

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest

Doszły mnie słuchy, iż udział w naborze może wziąć każdy - więc chcę spróbować.

Doświadczenie: Ogólnie jestem dość obeznany z tematyce RPG/PBF. Jestem organizatorem sesji w dziale Twilight Sparkle, oraz pomysłodawcą i ''szefem'' Magicznych pojedynków, znajdujących się w tym samym dziale (z czego to drugie jest bardziej rozwinięte, i pomimo nazwy występuje tam bardzo, ale to bardzo dużo motywów sesyjnych) Mogę stwierdzić, iż z początku moje zainteresowanie tematyką gier RPG zaczęło się od obserwowania sesji, jakie prowadzą Mistrzowie Gry na tym forum. Coraz bardziej zacząłem się tym interesować, aż w końcu, po otrzymaniu funkcji Avatara (dzięki której również nabyłem ogrom doświadczenia, ponieważ moja wyobraźnia musiała musiała funkcjonować non - stop, i tak też pracowała) pomyślałem, że wiem już wystarczająco dużo, aby zorganizować coś własnego w tych klimatach.. Tak też uczyniłem. Nie mam problemów z prowadzeniem i organizacją własnych sesji w dziale, w którym rządzę, a poza tym doświadczenia pisarskiego i bujnej wyobraźni mam na pęczki.

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:

Z góry zgadzam się na to, aby gracz sam sprecyzował, jakie uniwersum mu odpowiada, wtedy byłoby łatwiej się dogadać i po wszystkich uzgodnieniach (z kulturą oczywiście) można ruszyć pełną parą i rozpocząć grę. Oto uniwersa, jakie mogę zaoferować:

  • Equestria (standardy)
  • Equestria z elementami współczesnej technologii
  • Steampunk
  • Eragon
  • Zwiadowcy
  • Dragon Ball (no co, fanów jest dużo, i nie widzę problemu, aby ktoś chciał zagrać sobie właśnie w tym uniwersum :v)
  • Final Fantasy
  • Dowolny świat zaproponowany/wykreowany przez użytkownika


    Dlaczego Ty?: Operuję bogatym zasobem słownictwa, jak już wcześniej podkreśliłem, nie od dziś stykam się z tą tematyką i organizuję sesje. Jeżeli już się do czegoś zabieram, wykonuję swoje obowiązki porządnie i staram się, aby uczestniczący z sesji byli zadowoleni z gry. Czasu mam sporo, z pewnością nie zabraknie mi go podczas prowadzenia następnych gier. Pogodziłbym to z pracą w dziale i dobrze rozdysponował wolny czas.

    Wady, zalety (swoje, oczywiście):
    Spis zalet:
    • Jestem osobą kontaktową, więc z wszelkimi pytaniami od graczy na temat sesji nie powinno być problemu.
    • Posiadam dość duże doświadczenie jeśli chodzi o sesje, jak również pisownię.
    • Mam talent pisarski. Głównie zajmuję się pisaniem krótkich, dość odbiegających od rzeczywistości opowiadań.
    • Ma wyobraźnia jest bardzo rozwinięta, jeżeli chodzi o przebieg akcji.
    • Zawsze staram się, aby rzecz pisana przeze mnie była oryginalna i na poziomie.
    • Stosuję się do zasad regulaminu forum.

    Spis wad:

    [*]Mam niską samoocenę.

    Kontakt (mail / gg / aqq / skype): Jedyny sensowny komunikator, z którego korzystam - GG. Mój numer to 42961045, jestem zawsze.

    Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

    W niewielkim pomieszczeniu pełnym cennych, eleganckich przedmiotów w których wykonanie włożona została ogromna doza pracy i starań oraz metali szlachetnych i trofeów otrzymanych za działalność na rzecz pozytywnego rozwoju społeczeństwa siedział przy biurku, na którym walało się pełno dokumentów, ksiąg oraz jeden kałamarz z atramentem niski ogier w średnim wieku. Był odziany w charakterystyczny dla bogatej elity garnitur, na swojej głowie nosił wysoki cylinder, na którym w niektórych miejscach można było dostrzec niewielkie, czyściutkie zębatki, przez których blask i czystość niemożliwe było zauważenie jakichkolwiek śladów zabrudzenia lub starości, nieprzydatności przedmiotu z powodu długości użytku. Wszystkie były połączone ze sobą maleńkimi sprężynami, które w wyniku bezpośredniego połączenia ze sobą i zębatkami tworzą dziwne wzory, najprawdopodobniej symbolizujące jedno z mitologicznych bóstw. Dodatkowo osobnik ten posiadał monokl, w złocistej obudowie z lekką, ledwo widoczną rysą na szkiełku, jednak zarysowanie te nie sprawiało mu dyskomfortu podczas korzystania z możliwości zmysłu wzroku. Na ogół starał się zachowywać powagę i opanowanie niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdzie. Innym osobom w swoim otoczeniu okazywał szacunek, niezależnie od rangi i wartości zawodu, gdyż liczył że taką postawą inni będą darzyć go tymi samymi pozytywami i fragmentami perfekcyjnego charakteru, jakie zostały zapisane powyżej. Właśnie ta pozytywnie nastawiona istota postanowiła wybrać się na spacer po parku, co uznawał za standardową czynność wykonywaną codziennie, bez wyjątku już od kilku lat pracy w tym jakże zacnym biurze, które było jego ''drugim domem'' - określenie to argumentuje zamiłowanie i ogromna doza chęci do wykonywanej pracy. Wyszedł z gabinetu, swojego miejsca pracy i z zamiarem przechadzki po parku, bogatym w zieleń i wiele organizmów, które żyją w tym środowisku. Miejsce to było szczególnie piękne i chętnie odwiedzane przez mieszkańców okolicy, ponieważ czyste i przyjemne powietrze wytwarzane przez dużą ilość zadbanych drzew, wytwarzane w skutek przeprowadzenia przez roślinę procesu fotosyntezy, aż zachęcało do krótkiego spaceru, odstresowania, chęci zaczerpnięcia odrobiny świeżego powietrza, które po prostu jest delicją dla zmysłu węchu. Akty wandalizmu zdarzały się tam bardzo, ale to bardzo rzadko - praktycznie w ogóle. Do tej pory tego typu incydenty zdarzyły się dwa razy, z czego każdy ze sprawców został ujęty i ukarany za swój niecny czyn. Tak więc jegomość udał się w stronę wyjścia - przed czym najpierw musiał zejść po schodach, aby jego oczom ukazały się drzwi. Drzwi ze złotą klamką, całe pozostałe w czystości, dobrze zabezpieczone przez włamywaczami i wandalami. Pewnym krokiem podszedł do drzwi, po czym je otworzył, wyszedł na zewnątrz budynku. Popatrzył na niebo, na którym malował się obraz zaledwie dwóch chmur a złociste słońce pokrywało swoimi promieniami całe otoczenie. Świetna pogoda, która pojawiała się coraz częściej dodatkowo zachęcała do codziennych spacerów. Piękne niebo o czystej, niebieskiej barwie, przypomniało mu pewne wydarzenie z dzieciństwa - namalowanie pierwszego w życiu obrazu, który jak to na pierwsze twory przystało, nie należał do najwybitniejszych, ponieważ na powierzchni płótna znajdowały się jedyne pomieszane za sobą różne odcienie koloru niebieskiego; momentami, wpatrując się w czyste niebo przypominał sobie ten właśnie obraz. Udał się bezpośrednio do parku, droga od jego miejsca pracy do okolic parku nie była specjalnie długa. Szedł, raz po raz spotykając swoich znajomych których często spotykał w tej okolicy. Zawsze mijali się po drodze, kiedy to oni wybierali się do biura w celu poświęcenia reszty dnia swojej pracy, on miał zamiar odbyć krótki spacer. Po paru kolejnych krótkich spotkaniach, oraz wymienieniu zwrotu powitalnego ''Dzień dobry'' między sobą, naszego bohatera zaczepił pewien nieznany mu kuc, którego ubiór był dość specyficzny, jednak ton głosu tajemniczego jegomościa był poważny a jego dobór słownictwa był godny podziwu, widocznie był świadomy iż zwraca się do poważnej, wysoko postawionej osoby, do której należy odnosić się z szacunkiem, jeżeli chcemy otrzymać konkretną i wyczerpującą odpowiedź na jakiekolwiek pytanie.

    - Przepraszam najmocniej.. Jeżeli nie miałby pan nic przeciwko temu, mógłbym zadać panu pewne pytanie, na które odpowiedź w obecnej sytuacji jest dla mnie dość istotną rzeczą w pewnej ważnej sprawie? - Zapytał nieznajomy, mierząc wzrokiem osobę, będącą adresatem jego pytania.

    - Zależy, na jaki temat i jak brzmieć ma takowe pytanie.. Czasu mi nie zabraknie, słucham pana. - Odpowiedział po chwili namysłu ogier, wyraźnie zainteresowany treścią pytania, jakie ma mu zadać jego rozmówca, skoro ''odpowiedź była bardzo istotna dla pewnej sprawy'', nie widział powodów, dla których nie miałby udzielić odpowiedzi.

    - Sprawa jest następująca - jak postąpiłby pan, gdyby nagle, zupełnie z niczego, w każdym miejscu cieszącym się popularnością oraz wieloma wspaniałymi rzeczami, które zachęcają do odwiedzania ich przez mieszkańców okolicy, w celu umilenia sobie wolnego czasu, zniknęłyby na wieczność, pozostawiając po sobie okropny ślad, mający na celu uprzykrzenie mieszkańcom Equestrii codziennej egzystencji? A prócz sprawiania ogromnego ciężaru kucykom, oddziaływałyby w bardzo negatywny sposób na środowisko naturalne. Gdyby wcześniej wymienione prawdopodobieństwa stałyby się rzeczywistością, jakich działań dopuściłby się pan, chcąc wyrazić swoją opinię na temat takowych wydarzeń? Inaczej - jaka byłaby pańska reakcja? - Zapytał, dość długo ciągnąc swoją wypowiedź, na którą oczekiwał drugi rozmówca.

    Ogier zaniemówił. Jego cały dobry humor jaki towarzyszył mu od rana i przez większość chwil w jego życiu, właśnie w tej chwili się skończył. Spojrzał z zaniepokojeniem na pytającego, po jego skroni zaczęły spływać krople zimnego potu, kiedy zauważył, że osobnik, z którym przeprowadzał wymianę zdań, zaczął szyderczo uśmiechać się do niego. Nie wiedział, dlaczego, typek ten zaczął wywoływać u niego strach, to, o czym mówił, i jego groźne spojrzenie skierowane wprost na niego, świadczyły o tym, jakby... To, o czym mówił, miało stać się rzeczywistością, i to za sprawą istoty, która pojawiając się znikąd nastraszyła go swoją wizją katastrofy środowiskowej i być może dużo gorszych rzeczy, w dodatku pytając, jak zareagowałby na taki obrót spraw.. oburzające. W międzyczasie uśmiech zniknął z twarzy osoby, która wystraszyła spacerowicza.

    - Rozumiem, że nie otrzymam odpowiedzi, tak? Wielka szkoda, bowiem zadałem sobie wiele trudu, aby odnaleźć pana i dowiedzieć się paru cennych informacji o opinii publicznej na temat wcześniej wymienionych przeze mnie czynników mogących oddziaływać negatywnie na całą tutejszą społeczność, i nie tylko. Cóż, trudno, nie można mieć wszystkiego, czego się zapragnie, żegnam pana ozięble. - Powiedział lekko zrezygnowany ogier obracając się a następnie powoli oddalając się od stojącego w bezruchu pracownika biura, patrzącego, jak ów jegomość odchodzi, aż w końcu znika gdzieś w tłumie ludzi.

    - Ehh, przez jakiegoś dziwaka straciłem tylko czas, który miałem przeznaczyć na miłe spędzenie czasu w towarzystwie miłych ludzi i delektowanie się czystym powietrzem... - pomyślał obwiniając samego siebie o to, że przez własną głupotę dał się nabrać na banalny żart okolicznego żartownisia, który zaczepił go i zadał pytanie nie miejące ani krzty sensu.

    Postanowił ruszyć dalej, i w końcu dotrzeć do parku. Przestał przejmować się już ironią, z jaką odniosła się do niego jedna z osób, która obraca wszystko w żart i zależy jej tylko i wyłącznie na tym, aby ktoś poważnie potraktował coś, czego w zasadzie poważnie odebrać nie powinien. W końcu, dotarł do zamierzonego miejsca. Widok, jaki zastał, w żadnym, nawet najmniejszym calu nie różnił się od tego, co zaobserwował odwiedzając to miejsce poprzednim razem. Duża ilość pięknych, zielonych drzew idealnie zdobiła okolicę; ptaki wiły gniazda na gałęziach drzew, niektóre z nich siedziały na gałęziach i z dźwięków, jakie wydawały udało im się ułożyć piękną melodię, natomiast na ławkach można było spostrzec młode kucyki, prowadzące ze sobą dyskusję w żywy i entuzjastyczny sposób. Zasiadł na jednej z wolnych ławek biorąc duży oddech świeżym powietrzem, niestety, przemyślenia na temat dialogu z nieznajomym kucykiem wróciły do niego. Wiedział dobrze, że pewnie jego pytanie było jedynie bezsensownym, głupim wygłupem, ze strony młodzieńca spragnionego wycinania kawałów innym, jednakowoż, coś nie dawało mu spokoju. Czuł się bardzo dziwnie, jakby to wszystko miało stać się rzeczywistością, co za tym idzie - nastąpiłby kres dobrobytu. Był zły na siebie, za to, że zamiast cieszyć się momentem, który spędza w jego ulubionym miejscu do przerwy w pracy, poświęca na spekulacje zamiarów jegomościa który wystąpił z dość nietypowym pytaniem. W końcu postanowił, iż nie będzie myślał na temat jednego głupiego wybryku, tylko odpocznie w spokoju.

    * * *

    Wtem jego nozdrza wypełnił nieprzyjemny zapach dymu, spalenizny. Usłyszał, jak liczne osoby przebywające w parku krztuszą się dusznym, ciężkim powietrzem. Niebo okryły barwy lekko zgniłego odcienia koloru pomarańczowego a z pięknych i bujnych dotychczas drzew, niegdyś zdobiących dumnie to miejsce, zaczęły spadać całkowicie zasuszone i kruche liście. Trawa kompletnie zgniła a z niewiadomych lokalizacji zaczął wydobywać się dym, a w niektórych miejscach na bezlistnych i suchych gałęziach drzew można było dostrzec taniec małych języczków ognia. Powietrze było wyraźnie czymś strute; każdy oddech z minuty na minutę stawał się coraz cięższy, kucyki zaatakowały nagłe duszności spowodowane okropną wonią - niegdyś park, który stanowił klejnot tutejszej okolicy zamienił się w istną okropność. W jednej chwili naszego bohatera ogarnęła panika, gdy zorientował się, że słowa nieznanego mu jegomościa okazały się prawdziwe. Czym prędzej zaczął uciekać ze skażonego miejsca, ale oddychanie sprawiało mu w obecnej sytuacji spory dyskomfort z wiadomej przyczyny. Nagle spostrzegł, że poza terenem zniszczonego parku też dzieją się dziwne rzeczy; z drzew zaczęły opadać liście, które po zetknięciu z ziemią układały się stosy suchych liści, natomiast wygląd drzew był wręcz odstraszający, były one całkowitym przeciwieństwem tego, co można było podziwiać w całym mieście jeszcze parę godzin temu. Budynki zaczęły pokrywać dziwne barwy a styl budowli zmienił się diametralnie. Wkrótce, zmiana otoczenia możliwa do zaobserwowania została absolutnie wszędzie z tą różnicą, że duszna atmosfera minęła, a wszystko stało się dużo bardziej zadbane, jednakowoż zachowało swoje nowe barwy, w ich złocistym odcieniu. Obecnie, znany nam bardzo dobrze ogier zasiadał w swym biurze. Majestatycznie umoczył końcówkę pióra w kałamarzu, po czym przyrząd służący do pisania tekstu zaczął płynnie ‘’tańczyć’’ na kartce papieru w pewnym małym zeszycie. Zeszyt ten pełnił funkcję osobistych zapisek sekretarza, w których opisywał swe przemyślenia, opisy ważnych dla niego wydarzeń. W końcu, pióro zeszło z kartki zeszytu, wrzucone przez pisarza z powrotem do kałamarza. Treść tego wpisu brzmiała dokładnie tak:

    ‘’Dzisiejszy dzień był doprawdy ekscytujący, a zarazem jakby… Dezorientujący.

    Dlaczego tak to opisuję?

    Dzisiejsze wydarzenia były doprawdy dziwne, lecz prawdziwe. Wykonując rutynową czynność, przez przypadek spotykam nieznajomego, który pyta się mnie, jakbym zareagował na to, że miałby się odbyć, że tak to nazwę ‘’renesans’’ otoczenia i osób tutaj zamieszkałych. Co ja mogłem odpowiedzieć.. nic. Zmroził mnie strach, panika. W tej okolicy żyły naprawdę porządne kucyki, było tu wiele ciekawych miejsc, wartych odwiedzin i częstego poświęcania czasu na przesiadywanie w nich. A wizja utraty bądź popsucia tego wszystkiego była dla mnie najgorszą myślą, jaka usnuła by się w mej głowie. Postanowiłem nie odpowiedzieć na pytanie i uznać cały ten dialog na głupotę pytającego, lecz wizja została. Co więcej, okazała się rzeczywistością. Na początku trwania tegoż procesu, dział się chaos i zamieszanie. Kucyki uciekały, dusiły się, otoczenie stało się obskurne i posępne jednak nie wiedzieć czemu to wszystko zaczęło przeistaczać się w.. nowe miejsce, o nowym stylu. Złote budynki, sięgające niemalże nieba, genialnie urządzone wnętrza, ratusz, ogromna tarcza zegara, biblioteki - to wszystko spotkało swoiste ‘’odnowienie’’. Czyżbym przeżył i był zarazem naocznym świadkiem nastania swego rodzaju nowej ery i jak będę radził sobie w przyszłości? Czas pokaże. Jak na razie, staram się odnaleźć w nowym otoczeniu, po tak wielkich zmianach.

    Podpisano: Lazarth''

    W momencie, kiedy schował zeszyt z zapiskami i poszedł coś przekąsić ktoś, kto znajdował się dużo wyżej niż sięgał najwyższy budynek w mieście, zasiadł na jednej z ciemnych, okrytych mrokiem nocy chmur. To powszechnie znane i legendarne stworzenie było hybrydą kucyka i paru innych zwierząt, posiadał on tytuł Pana Chaosu. Tym razem miał na głowie bardzo wysoki cylinder, w którym dolna część została obciążona przez różnorodne, małej wielkości części urządzeń mechanicznych; najwyżej znajdował się duży, tykający zegar. Zza pazuchy wyjął szklankę z gorącą czekoladą, po wypiciu łyku wypowiedział do siebie słowa, które w zasadzie były głośnymi myślami:

    - Interesujące. Podoba mi się ta okolica, szkoda tylko, że później nie będę w stanie ponownie go odwiedzić. Cóż, poczekam, aż przyzwyczają się do zmian, a później zaczynamy zabawę od początku! – powiedział radośnie, a ostanie, donośne zdanie rozeszło się echem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doświadczenie: Uczestniczę tylko w jednej sesji, jako Mistrz Gry zupełnie ŻADNEGO doświadczenia. Ale warto spróbować.

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:

(Poniższe zarówno w wersji ludzkiej jak i kucykowej)

-The Walking Dead

-Wiedźmin

-Pieśń Lodu i Ognia

-Star Wars

-Sesje w klimacie opowiadań Neila Gaimana

-Świat Dysku

-Świat wykreowany przez uczestnika (byle tylko opisał i dał czas na ewentualne zapoznanie się z owym)

Dlaczego Ty?: Nie mam problemów z ortografią, mogę zaoferować bogate słownictwo, moją specjalnością są mroczne opowiadania z elementami humorystycznymi.

Wady, zalety (swoje, oczywiście):

Zalety:

-Rozwinięte słownictwo

-Ortografia

-Oryginalna wyobraźnia i pomysły

-Uczestnicy moich sesji będą mieli pole do popisu

Wady:

-Zdarza się, że brak mi weny

-Nie zawsze jestem dostępna. Na forum wchodzę często (codziennie), jednak zdarzają się dni, kiedy po prostu mnie nie ma.

Kontakt (mail / gg / aqq / skype):

-E-mail: [email protected]

-Gadu-Gadu: 39857824

Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

Mały, stary cmentarz usytuowany na malowniczym wzgórzu, zewsząd otoczonym przez łąki i lasy. Miejsce urokliwe i w pewnym sensie pełne życia, zwłaszcza wiosną. Na wiosnę okoliczne drzewa kwitną, i dają schronienie tysiącom ptaków. Kolorowe polne kwiaty przyciągają chmary owadów i nawet mieszkańcy lasów kręcą się wokół cmentarza.

Teraz jesienią, wydaje się być szary i opuszczony, choć oczywiście nie przez wszystkich.

W najbardziej wilgotnym i zarośniętym kącie cmentarza, miejscu wzbudzającym niepokój i lęk, stoi zwietrzały kamień. Mało kto oprócz stałych mieszkańców cmentarza wie, że był on kiedyś nagrobkiem. Ale było to bardzo dawno temu. Tymczasem na ubitej i stwardniałej ziemi pojawiło się małe wybrzuszenie, z którego po chwili wyłoniła się ręka o długich palcach i ostrych pazurach. W mgnieniu oka pojawiła się druga i obie ręce zaczęły odkopywać ziemię wokół siebie. Z dziury którą wydłubały, wyłoniła się głowa o szerokiej szczęce oraz wielkich uszach i równie wielkich, zielonych oczach. Owe oczy zaczęły dokładnie badać otoczenie, a wnioski, do których doszły na spółkę z uszami pozwoliły całemu stworkowi wydostać się na powierzchnię.

Stwór był niewielkiego wzrostu. Elegancki garnitur w który był ubrany, a który teraz otrzepywał, maskował chudość postaci, która powodowała że wydawał się jeszcze drobniejszy. Jego skóra miała brązowo-zielony kolor, a długi ogon bezustannie się poruszał. Postać przeciągnęła się wyciągając w górę swoje długie łapy i ziewnęła, odsłaniając po dwa rzędy ostrych i drobnych zębów. Pochylił się i przetarł swoje eleganckie buty, po czym leniwie ruszył wzdłuż cmentarnej alejki. Po drodze, kilka razy ukłonił się przed postaciami niewidocznymi dla ludzkiego oka.

Influenzo Mortifer, bo tak miał na imię ghul i nieoficjalny strażnik cmentarza, zatrzymał się dopiero przy świeżym grobie, jeszcze bez nagrobka. Grób był usypany na tyle niedbale, że w pewnym miejscu widać było gładką i ciemną powierzchnię trumny.

„Trumna”- pomyślał Influenzo błyskotliwie. Wspiął się na kopiec i zapukał.

-Kto tam? – odezwał się nieco ochrypnięty i zaspany głos spod ziemi.

-Influenzo Mortifer się nazywam. Można mówić mi Flu.- odrzekł ghul zgodnie z prawdą. – Czego pan jeszcze stamtąd nie wyszedł? Jak można tak tu leżeć? – zapytał. Odpowiedziała mu cisza. „Cóż za maniery” – pomyślał Influenzo.

-Że gdzie? – Lokator zdecydował się odpowiedzieć po chwili wahania.

-Pod ziemią, w trumnie.

-W trumnie, tak? To dobrze. Bałem się, że oślepłem.

-Wyłaź, człowieku. – Odrzekł Influenzo sucho.

Z grobu, bez otwierania trumny i rozsypywania ziemi podniósł się wysoki, młody człowiek. Był niematerialny, więc mógł sobie pozwolić. Jego twarz wyrażała roztargnienie i zmęczenie, a rozczochrane, dłuższe, ciemne włosy tylko potęgowały efekt. Wyglądał jak typowa ofiara sesji studenckich. Spojrzał w dół, na ghula.

-Dziwnie wyglądasz, Flu, ale miło mi poznać. Maciek jestem. – pochylił się i potrząsnął łapą Flu. -Jak się tu właściwie znalazłem? – spytał.

-Jak wszyscy zapewne. Przynieśli cię. – odpowiedział ghul.

-To musiała być naprawdę niezła impreza. – stwierdził Maciej.

-Nazywamy ją tutaj stypą. –Odrzekł Flu beznamiętnie. Maciej zaczynał podejrzewać, że jego rozmówca nie miał poczucia humoru.

-Wprosiłem się na czyjąś stypę, czy...

-To była twoja stypa i twój pogrzeb. Żaden dziwny szczegół nie zwrócił twojej uwagi? –spojrzał w rozkojarzone oczy Macieja. - Nieważne. Kim jesteś, Macieju?

-Studentem filozofii. – Odpowiedział. „To wszystko wyjaśnia”- stwierdził Flu w myślach. -Tak więc oficjalnie informuję cię iż niedawno zmieniłeś stan bycia.

-To znaczy? – Twarz Macieja wyrażała teraz zdumienie.

-Umarłeś. To się zdarza. – Flu wciąż nie zmieniał wyrazu twarzy.

-Ale jak to? Ja mam 21 lat. To trochę wcześnie. – Stwierdził Maciek.

- Śmierć raczej nie zwraca uwagi na takie szczegóły. Jak masz umrzeć to i tak umrzesz, choćbyś nie wiem jak się starał. Wszyscy umierają. Z tym się trzeba pogodzić. Oczywiście, możesz się z tym nie zgadzać, ale to niewiele zmieni...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doświadczenie: Nie mam doświadczenia, ale sądzę, że mi się uda bo jeśli się czegoś bardzo chce, to wszystko się może spełnić.

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:

- Fantastyczna przygoda po Equestrii

- Wyprawa do dżungli.

- Magiczna Equestria.

- Ponyville w opałach.

- Inne które użytkownik sobie życzy.

Dlaczego Ty?: Ponieważ z każdym się łatwo dogadam, szczerze odpowiem na każde pytanie i kocham pisać historyjki z innymi użytkownikami.

Wady, zalety (swoje, oczywiście):

Wady:

- Wrażliwa

- obrażalska

- leniwa

- Strachliwa

Zalety:

- Przyjacielska

- Miła

- Pogodna

- Lojalna

Kontakt (mail / gg / aqq / skype): E-mail: [email protected], PM

Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

Następnego dnia Alicja obudziła się i spytała Anię

- Czy na pewno chcesz tam jechać?

- Tak. - Odparła Ania spoglądając na swoją przyjaciółkę.

- Ale... ale... dlaczego? - Powiedziała Alicja ze łzami.

- Muszę! Wzywają mnie do tej wyprawy.

- Jadę z tobą!

- Naprawdę? Tak się cieszę!

Obie przyjaciółki pobiegły się spakować. Jechały na wycieczkę marzeń. Po spakowaniu się wybiegły z domu i pobiegły do sklepu. Zastały tabliczkę z napisem zamknięte i pędem pobiegły do kapitana samolotu.

- Nie mamy jedzenia na wyprawę! - Objaśniła kapitana Alicja.

- Nic się nie stało, zaopatrzyliśmy się w jedzenie, a mamy go tak dużo, że starczy dla wszystkich.

Samolot wzbił się w powietrze. Wszyscy byli bardzo szczęśliwi. Mineło 10 godzin, kiedy nagle samolot zaczął spadać. Rozbił się i tylko dwie przyjaciółki przeżyły.

- Co my teraz zrobimy?! - Krzyknęła Alicja.

- Nie wiem. - Odparła z rozpaczą Ania.

Nagle za dziewczynami rozległ się potworny ryk. Zaczęły uciekać, a za nimi biegł wielki dinozaur.

- Szybko, właz na drzewo. - Powiedziała cicho Anka.

- Ale ja nie umiem. - Powiedziała jeszcze ciszej młodsza od Anki Alicja.

- Nie gadaj tylko właz. - Powiedziała poirytowana Anka.

Alicja wspięła się na krzywe ale wysokie drzewo.

- Szybko teraz ty. - Powiedziała do swojej stojącej na dole przyjaciółki.

Anka wspięła się na drzewo i razem czekały aż potwór pójdzie. W końcu po godzinie czekania były bezpieczne. Zeszły i poszły szukać czegoś do jedzenia. Znalazły jakieś owoce, które zjadły.

- Co dalej?! - Spytała ze smutkiem Alicja.

- Mówię ci że nie wiem! - Krzyknęła poirytowana Ania i poszła do drzewa które służyło im jako schronienie.

- Chodz! - Rozkazała tylko swojej przyjaciółce i wspięła się na drzewo.

- Dobranoc! - Powiedziała.

- Ja nie mogę spać. - Powiedziała Alicja zdenerwowana.

- Dlaczego?

- Bo ja się boję.

- Spokojnie, wszystko będzie dobrze.

- Tu jest tyle strasznych stworzeń. Ja stąd idę.

- A ja tu zostaję chcesz to idz!

Alicja zeszła z drzewa i pobiegła przed siebie. Co chwila albo uderzyła w drzewo, albo potknęła się o korzeń. W końcu upadła na ziemię i zasnęła. Ranem Anka obudziła się i tuż przed oczy rzucił się jej niemiły widok. Jej najlepsza przyjaciółka zniknęła. Nie było jej w miejscu spoczynku. Ania ruszyła w niewiadomym jej kierunku w poszukiwaniu przyjaciółki. Nagle stanęła jak wryta. Przed sobą miała wielką dżunglę. Ruszyła znowu.

- Alicja! Alicja! - Nawoływała przyjaciółkę. Nie wiedziała że obie znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

No i miło, znów nieco podań ^^

Poczytałem je wszystkie i powiem, że wszystkie były dość... zróżnicowane, zarówno w historii, jak i - niestety - w jakości.

Nie ma co owijać w bawełnę, zdecydowanie najlepsza ze wszystkich była historia Trica aka. Alexsuza. Bardzo ciekawa historia, niewielkie, drobne wpadki, które wypadły jedynie z drobnej nieuwagi, no i mnogość dostępnych światów. Muszę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że postanowiłeś spróbować swoich sił tutaj jako MG.

I tak... planowałem przyjąć tylko jedną osobę, ale... jako że zaszczyciliście mnie tak liczną grupą, postanowiłem dać szansę jeszcze komuś.

Tu miałem zdecydowanie większy orzech do zgryzienia, bo w każdym podaniu był pewien niuans, który ukłuł mnie w oczy.

A że mam dzisiaj dobry humor i chęci, napiszę coś o każdym z Was.

Michalinku, powinieneś pisać swoją historię wpierw tworzyć w notatniku lub w Wordzie, by uniknąć takich sytuacji, że wrzucasz pół historii, wyraźnie urwanej. I choć przyjmuję do wiadomości twoje wyjaśnienia, zrobiłeś na mnie i Zegarze wrażenie, że dla Ciebie szybkość > jakość. Jakoś nie poczułem klimatu fantasy w twoim opowiadanku, jakoś tak... nienaturalnie to wyszło :P Do tego zauważyłem błędziki tu i ówdzie ("polerójąc", brak kropek i przecinków w niektórych miejscach. Najbardziej rzuciło mi się w oczy słówko "który". Raz nie dawałeś przecinka, a innym razem już dałeś... Ciekawe...).

Shantee, jakoś dziwnie złożona jest ta historia. Świat bardzo ciekawy, bo do tej pory nie miałem przyjemności widzieć RPG w świecie Króla Lwa, jednak... przez tę składnię zdań, fragment z przeszłości wygląda jak taki wklejony pośpiesznie. Powinnaś unikać w opowieści takich zwrotów jak "Ale zaraz, zaraz... Nie opowiedziałam wam tego, co zdarzyło się przedtem! Bardzo przepraszam, już wspomnę.". :P

Naruto, trochę mnie zaniepokoiły dwa podpunkty z Twoich wad - lenistwo i mały zasób słownictwa... Bo wiesz, bycie MG to nie jest szpan, że masz "gruby" kolorek :P Wymaga to nieco pracy i opiekowania się swoimi podopiecznymi. Historia była dość znośna, chociaż momentami było widać, że nie przywykłeś do pisania. Do tego pogubiłeś nieco interpunkcji.

Nocturnal Light, powiem Ci, że zawsze cieszy mnie to, kiedy ktoś zaznacza w swoich zaletach "ortografię", czyli rzecz, która w dzisiejszych czasach bywa na wagę złota, niestety. Jednak aż boli, kiedy w konfrontacji z rzeczywistością ten twój plus zmienia się w minus :(

Nie wiem co to za maniera dzisiejszych czasów, by nie oddzielać słów od myślnika spacją. Naprawdę, to aż nagminne jest i w zasadzie największa wada Twojej historii. Do tego dodam nieco powtórzeń z początku historii. Co na plus? Zdecydowanie humor - fajnie się to czytało, scenka zdecydowanie nadawałaby się do dzieł Pratchetta, którego uwielbiam.

Inka2001... nie do końca o to mi chodziło w zaletach i wadach. Nie wiem za bardzo co ma oznaczać "lojalność" w byciu MG. Że nie uciekniesz nagle do konkurencji? :rainderp:

Historia zaś to praktycznie same dialogi, przerywane dość krótkimi, zdawkowymi opisami wydarzeń. Wiesz, cieszę się, że postanowiłaś spróbować swoich sił i... niestety muszę Ci powiedzieć, iż Twoje podanie jest nieco za słabe. Na plus masz przynajmniej to, że oddzielasz myślniki spacjami. :drurrp:

Hmm, werdykt łatwy nie będzie, bowiem wybrać mogę tylko jedną osobę... I będzie nią... Nocturnal Light. Ale nie obędzie się bez małej pogadanki, jak Cię tylko dorwę na gg czy gdzieś tam indziej...

Wszystkim Wam dziękuję za wzięcie udziału, życzę Wam dalszego polepszania swoich umiejętności pisarskich i zapraszam do udziału kolejnym Naborze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Yellow! A nie, to fiolet :rainderp:

Anyway, Tric niestety postanowił opuścić poczet MG zanim utracił resztki świadomości, dziękuję mu jednakże za to, że spróbował swych sił, bo był fajnym precelkiem.

Anyway, Nabór otwarty znowu. Przyjmę kogoś fajnego.

Tylko proszę, piszcie poprawnie po polsku, bym nie musiał zgrzytać paznokci i obgryzać zębów ;_;

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak sobie życzysz - oto podanie. 

Doświadczenie: Kilka lat siedzę już w RPG, mam za sobą kilka ukończonych sesji zarówno solowych jak i multi. Prowadziłem gry jako MG i grałem jako gracz. Łącznie daje to ok 6 lat stażu w tejże branży.


Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:
- Wiedźmin
- Transformers 
- World of Warcraft
- Marvel lub DC

- Star Wars

- uniwersum Jakuba Wędrowycza ;3
- własny wymyślony świat, lub zaproponowany przez gracza
- i oczywiście My Little Pony

Dlaczego Ty?:
- Bo mam czas i uwielbiam RPGi. 
- Dodatkowo każdy gracz któy u mnie grał miał możliwość prowadzenia ze mną dialogów z postaciami. Dzięki temu sesje były ciekawe, rozbudowane, i szły znacznie szybciej niż standardową metodą post-post.

- Jestem pomysłowy.

- Pisanie RPG rozwija wyobraźnię.

- Potrafię zaskakiwać 

Wady, zalety (swoje, oczywiście):
Z - cierpliwy, pomysłowy, otwarty na propozycje graczy MG.
Z anielską cierpliwością wyjaśniam zasady nawet dla laików. Ze mną wyrobisz się szybko. Zwykle norma dawania u mnie dawania postów to min. 3-4.
W - dość upierdliwy, i wymagający MG, potrafiący nawet batem gonić leni. Jak trzeba to będę upominał o posta, bo nie toleruję jak gracz daje posta raz na tydzień, albo rzadziej.
Dostępny zawsze od godz 20, bez względu na dzień. 


Kontakt 
GG - 31276107
[email protected]

Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

Lodowaty wiatr północy smagał niczym bicz, zakończony ostrzami. A słońce powoli znikało za horyzontem, robiło się coraz ciemniej, ale ja miałem swoje zadanie do wykonania...

Tropy poprowadziły mnie aż tutaj, a ryzyko że wicher je zasypie było nie do przyjęcia, zwłaszcza na tych lodowatych pustkowiach i stepach, które były mi domem oraz schronieniem dla  mojego plemienia.

Już od kilku dni byłem na polowaniu, a właśnie teraz odnalazłem ślady jego ostatnich ofiar – dwóch śnieżnych wilków. Były większe niż kucyk, łapy zakończone pazurami, pyski pełne zębów jak sztylety, a mimo to ich truchła leżały rozczłonkowane, flaki rozrzucone po okolicy, krew zakrzepła i zamarzła na śniegu już dawno. Głupie zwierzaki, nie miały z nim najmniejszych szans.

Podszedłem do tego bardziej zmasakrowanego wilka – brakowało mu dolnej szczęki, zaś mózg wypadł mu z roztrzaskanej czaski, i leżał obok, zamieniając się w coś na kształt lodowatej masy. Podniosłem jego głowę chcąc się jej przyjrzeć bliżej, i stwierdziłem że wilk zginął od jednego uderzenia, a dopiero potem zabójca się z nim zabawił. Drugi wilk został po prostu rozerwany na dwoje, ginąc w wyjątkowo paskudny sposób.

- Hm… nie wyjadł ani mięsa, ani tłuszczu. Po prostu zabił, nie starał się ich przegnać ze swojego terytorium, ani też zaznaczyć dominacji. Zabił... ot tak… - mruknąłem pod nosem.

Nie żeby obchodził mnie los tych dwóch wilków. To były naszymi wrogami, my łowcy i wojownicy z mojego plemienia, często na nie polowaliśmy i walczyliśmy z nimi, ale nigdy nie dla czerpania przyjemności z zabijania.

Kolejne kilka minut spędziłem na szukaniu dalszych tropów zabójcy, co nie było łatwe kiedy została godzina do zachodu słońca a rozpalanie ognia w takiej sytuacji, równałoby się z zaproszeniem na obiad wszystkich drapieżników z okolicy, a nie miałem ochoty skończyć jako czyjaś kolacja. Całe to babranie się w rozszarpanym mięsie i ciele jednak opłaciło się, znalazłem dalsze ślady, choć bardzo nikłe.

- Dobra nasza, teraz już mi nie uciekniesz. – warknąłem, po czym żwawo ruszyłem za śladami.


Niedługo później, okolica zrobiła się bardziej pagórkowata, zbliżałem się co raz bardziej do Kryształowych Gór, będących granicą z Kryształowym Imperium. Cholera, drań zawędrował naprawdę daleko, ale po drodze widziałem na kamieniach ślady pazurów, i świeżo znaczone punkty, znaczy się znaczył granice swojego terenu. Teren zdawał się całkowicie opuszczony, w powietrzu wisiała złowroga cisza. Musiał teraz odpoczywać po zabiciu tych wilków. Pora zakończyć to po co tutaj przybyłem.

Zatrzymałem się na moment, i ściągnąłem z pleców swój ekwipunek. Spośród moich rzeczy, wyciągnąłem tę jedną, która była dla mnie najcenniejsza.

Potężny dwukopytny, obosieczny topór bojowy, o szerokich ostrzach. Rękojeść była wyrzeźbiona z żelazodrzewa, ostrze wykute z metalu przetapianego kilkaset razy, w celu uzyskania najlepszej ostrości i trwałości. Całość była zdobiona runicznymi symbolami i poświęcona przez radę plemienną oraz naszego szamana. To był mój oręż, mój własny i należący tylko do mnie.

- No bracie, może dziś nadarzy się dobra okazja aby nadać ci stosowne imię. – pomyślałem gładząc wyostrzone niczym brzytwa krawędzie ostrza.

Resztę sprzętu ukryłem dobrze pod kamieniami, robiąc również stosowny drogowskaz, wskazujący drogę do leża zabójcy. Gdyby mi się nie udało, przyjdą inni aby dokończyć to co zacząłem. Ale póki krew nie zastygła mi w żyłach, muszę wykonać zadanie powierzone mi przez wodza… mego ojca.


Przewiesiłem topór przez plecy, tak aby w razie czego mógłbym szybko go dobyć i użyć. Wspinałem się po skalnych półkach i ścieżkach, z każdym krokiem nasilał się paskudny zapach, będący połączeniem smordu rozkładającego się mięsa, gówna, zjełczałego tłuszczu i dawno zakrzepłej krwi. Ta… oni tak robią, że srają przy własnym legowisku aby odstraszać intruzów. Wreszcie natrafiłem na wejście do jakieś groty, lub jaskini. Wokół wejścia walały się kości, strzępki sierści, i odpadki które uznał za niejadalne. Jeden ze strzępków wyglądał dziwnie, bo pomimo chlapania posoką, i poszarpania, dziwnie błyszczał jakby jakiś kamień szlachetny. Wziąłem ten urywek w kopyto i przyjrzałem mu się. Wyglądało to na sierść kucyka, i błyszczało…hmm… chyba musiał zjeść sobie na deser jednego z tych Kryształowych Kucyków. Ciekawe gdzie upolował tego matoła, albo ten idiota chciał zrobić sobie wycieczkę, no i go spotkało przeznaczenie. Schowałem za pazuchę ten fragment skóry. Przyda się później.

Stanąłem w samym przejściu i zacząłem nasłuchiwać, oraz węszyć.

- Możliwe że wyczuł już mój zapach… ale nie przywykł do walki na swoim terytorium, zwłaszcza we własnej gawrze. Pozwoli mi wejść, poczeka na mój ruch. Jeśli przejdę obok wyskoczy za mną. Za duże ryzyko, może jest wściekły, ale nie jest głupi.

Dobyłem siekierzysko, i ostrożnie ruszyłem w głąb jaskini. Za mną jest jedyne wyjście, a sądząć po tym jak echo moich kroków się niesie, jaskinia może mieć dużo rozgałęzień, i odnóg. Lepiej poczekać aż do mnie sam przyjdzie.

Nagle usłyszałem tą bestię. Rykął wyzwając mnie do walki z nim. Każdego innego kuca taki ryk przeraziłby. Ale ja jestem Kucem z Północy. Trzeba więcej by przestraszyć choć jednego z nas.

Uśmiechnąłem się pod nosem, ścisnąłem topór mocnej – to nie potrwa już długo.

Nie usłyszałem kroków, ani nawet sapania. Za to jego smród niemal uderzył mnie niczym młot. I wtedy go ujrzałem.


Jest wielki i zły. Agresywny, potężny, polarny niedźwiedź jaskiniowy, jeden z najniebezpieczniejszych drapieżników na Północy. Kiedy jest zdenerwowany, nie ma bardziej przerażającego i groźniejszego stworzenia. Jego pazury lśniły w półmroku, miały długość kilkunastu centymetrów, szablo zębne kły można było porównać z mieczami. Jego biało brudna sierść była skołtuniona, poplamiona krwią, była niczym zbroja. Niemal nie do przebicia zwykłą włócznią, czy mieczem. Ale ja nie walczę zwykłą bronią.

Niedźwiedź jest większy niż ja, dużo większy. Wystarczy jedno jego uderzenie aby mnie zabić, muszę być ostrożny. Szkoda że nie miałem swojej zbroi, ale na takie polowanie nie wolno nam ubierać żadnych osłon na ciało.

Bestia stanęła na dwóch łapach, i głową spokojnie sięgała powały jaskini, miał dobre 5 metrów wzrostu jak tak stał, no i przy okazji poznałem jego płeć, bo interes przypominający maczugę, dyndał mu na boki. Stwór z impetem powrócił na 4 łapy, i ruszył na mnie. Pomimo że był chodzącą masą mięśni, futra i pazurów, poruszał się jak błyskawica.

Zaślepiała go zwierzęca furia, przekrwione ślepia wyrażały tylko jedno, chęć zabicia i pożarcia intruza który śmiał wejść do jego legowiska. Z tej walki tylko jeden wyjdzie cało.

Osobiście uwielbiam polować, i tropić zwierzynę. Ale nigdy nie zabijam dla przyjemności, a ten potwór to robił. Jego zachowania nie tłumaczył instynkt przetrwania, ani samoobrona. Ten niedźwiedź odebrał życie za wielu istotom, a wśród nich był mały Spirit, źrebak z naszego plemienia. To był młody ogierek, pełen życia i chęci zabaw, a zostało po nim jedynie kilka ogryzionych gnatów.

Wódz wyznaczył mnie do wymierzenia sprawiedliwości, i pomszczenia małego Spirita. I jak mi przodkowie świadkami, wykonam to zadania, albo sam zginę!


W pierwszym ataku, misiek chciał mnie zmiażdżyć własnym cielskiem, w furii machając łapskami na oślep, gęsta piana spływała mu z kącików paszczy. Pierwszych cięć pazurami udało mi się uniknąć przewrót w bok dzięki temu miałem czyste pole do zadania ciosu. Ciąłem poziomo, wykonując zamach zza prawego boku. Udało się, upitoliłem mu prawe łapsko, ale wcale to nie znaczyło że to koniec. Od umierania do śmierci daleka droga.

Niedźwiedź zawył, chyba bardziej z wściekłości niż z bólu. Jest okaleczony, ale nie podda się łatwo.

Stanął na zadnich łapach. Nadal miał drugą łapę i pysk pełen zębów. Zanim się wykrwawi minie dużo czasu. Zwierzę usiłowało mnie capnąć zębami ale jedynie chwyciło paszczą drążek topora. Amok dodaje mu straszliwą, niepowstrzymana wręcz siłę, i wytrzymałość.

Chwyciłem mocnej swoją broń, i przez chwilę siłowaliśmy się, on chciał wyrwać mi broń a ja starałem się za wszelką cenę ją utrzymać. Wreszcie zdecydowałem się na bardziej radykalne rozwiązanie.

- KYYEEEAA!!! – ryknąłem kudłaczowi prosto w pysk i zaszarżowałem. Poczułem jak moje mięśnie przepełnia niesamowita wręcz siła przed którą nie sposób było umknąć, nie z tej odległości. Miś nie spodziewał się tego i zawahał się przez sekundę, ale to mi wystarczyło.

Uderzyłem z impetem całego ciała, prosto w brzuch niedźwiedzia. Moją twarz owiał smród pochodzący z jego paszczy, ale ani myślałem się teraz zatrzymywać.

Dopiero skalna ściana zatrzymała nas. Kudłacz pierwszy zaatakował, machając pozostała mu łapą w moją stronę. Zdążyłem odskoczyć ale nie na dostateczną odległość – pazury zwierza przeorały mój tors zdobiąc go trzema ranami. Bolały, ale nie krwawiły za bardzo. Muszę to teraz zakończyć ostatecznie.

Topór błysną w świetle zachodzącego słońca, trafiłem go prosto w brzuch – wszystko co niedźwiedź miał w środku wylało się  przez podłużną, pionową ciętą ranę na brzuchu, niczym makabryczna fontanna krwi, i jelit. Gorąca, lepka krew niedźwiedzia trysnęła na mnie, poczułem jej metaliczny posmak w ustach. To było śmiertelne cięcie, ale bestia jeszcze nie padła martwa. Wydając z siebie ostatni ryk, próbowała jeszcze raz, desperacko przegryźć mi gardło, ale nie dałem jej żadnych szans, tylko trzasnąłem na odlew rękojeścią topora prosto w jej pysk, wybite zęby zalśniły w powietrzu. Wreszcie zwierz zwalił się niczym obalane drzewo, aż pod jego ciężarem kamyki podskoczyły. Sprawa była zakończona. Bestia nie żyła, sprawiedliwość została wymierzona.

Ten niedźwiedź nikomu już nie zagrozi.

Spojrzałem na świeżo zarobione blizny na klacie – będzie fajna pamiątka jak się zagoją. Podpierając się na toporze rozejrzałem się jeszcze po jaskini. Wypatroszony niedźwiedź zwiotczał jak ryba bez ości, widok dość paskudny, ale sam sobie na to zasłużył.

- Hmm.. za późno żeby ruszać do domu, lada chwila nastanie noc. A no trzeba będzie tutaj przenocować. Tylko trza wrócić po szpargały. – westchnąłem i ruszyłem.


Z braku lepszych perspektyw zdecydowałem się przenocować w jaskini ubitego niedźwiedzia. Z jego gawry wziąłem sporą ilość patyków, i skrzesałem sobie ognisko. Z Torby wyjąłem zasuszone grzyby Munch, podstawę pożywienia mego plemienia. Heh.. kto by pomyślał że te rosnące w jaskiniach grzyby są takie pożywne, choć właściwie pozbawione wszelkiego smaku, zwłaszcza jedzone na surowo, czy w zasuszonym stanie. No ale bardzo skutecznie zabijały głód, napełniały żołądek, i były zdrowsze niż wszelkie inne warzywa czy owoce.

Została mi już tylko jedna racja żywnościowa, a droga do domu daleka, co najmniej trzy dni mi zajmie zanim tam dotrę. Cóż, trzeba będzie sobie jakoś poradzić, najwyżej będę pościł.

Siedząc tak przy niewielkim ognisku, zająłem się czyszczeniem topora. To naprawdę była wspaniała broń… jednym uderzeniem odciąłem łapę niedźwiedziowi, jednym cięciem wypatroszyłem go, wybebeszyłem jak szkodnika.

- Zaraz… chyba otrzymasz dziś stosowne imię… - uśmiechnąłem się. – Skoro tak łatwo odcinasz kończyny i sprawiasz że wnętrzności wroga opuszczają jego ciało.. więc nadam ci imię Tharkin, czyli... Wybebeszacz, bo jednym cięciem możesz wybebeszyć wroga. – odparłem z dumą, i zacząłem nożem myśliwskim, wydrapywać na ostrzu, w naszym runicznym języku, nowo nadane imię broni, które następnie natarłem niedźwiedzią krwią, aby były lepiej widoczne. Tak, mój ojciec, wódz, z pewnością pochwali mnie za wykonanie zadania. Hm... pasowałoby jeszcze trofeum, dowód że zabiłem nieprzyjaciela.

W tym momencie płomień ogniska niemal został zdmuchnięty przez powiew wiatru który dostał się do jaskini. Ajć, zapowiadała się cholernie zimna noc, a pomimo mojej sierści i skórzanego stroju nadal będzie tu zimno jak jasny gwint.

- Szkoda że nie zabrałem jakiegoś dodatkowego koca… - westchnąłem zły na siebie, ale gdy spojrzałem na martwego miśka, rozwiązanie samo wpadło mi do głowy.

 

Dym unosił się z domów, zbudowanych z bali żelazodrzewa. W środku na paleniskach trzaskały wesoło, na ich zaś gotowała się wieczorna kolacja.

W najdłuższym domu, który był siedzibą plemiennej rady, siedziało czterech ogierów. Ciała każdego z nich usiane były bliznami, każdy był ubrany w futra zabitych przez siebie zwierząt. Każdy był rosły, poważny i uzbrojony po zęby.

Siedzieli w kręgu, przy ognisku i prowadzili naradę. Najroślejszy, o brązowej sierści z siwymi pasemkami, zajmował najważniejsze miejsce, i jako jedyny, miał na sobie potężną zbroję płytową, która miała masę śladów po stoczonych walkach. Jej właściciel pamiętał każdą, nawet najmniejszą ryskę, jego oblicze było srogi i nieustępliwe, noszące piętno wielu lat przewodzenia, i podejmowania poważnych decyzji. To był wódz plemienia Kuców z Północy, noszący imię Grim Wild.

Drugim z kręgu, był niesamowicie stary, zasuszony kuc, całkowicie posiwiały, ale nadal krzepko dzierżył kościstą włócznię ozdobioną paciorkami. Grzywę miał zaplecioną w warkoczyki, i jako jedyny nosił ozdoby w postaci małych złotych kolczyków w uszach, i naszyjników z kości. Old Rune, plemienny szaman, tak się zwał.

Trzeci, najmłodszy z nich, miał przez plecy przewieszony kompozytowy długi łuk. Jego twarz, jak i całe ciało zdobiły czarne tatuaże, przypominające paski i plamy – symbol łowców i myśliwych, a on był najlepszym łowcą w całym plemieniu, a zwał się Leorox. To on pierwszy zabrał głos w tym zgromadzeniu.

- Minął już cały tydzień odkąd twój syn wyruszył za tym niedźwiedziem. Mówiłem wam żeby to ja ruszył albo ktoś inny z doświadczonych tropicieli. – zwrócił się do wodza. – Ten młody ledwo dopiero zaczął uczyć się tropienia śladów, a samo machanie toporem nie zapewni mu powodzenia w misji.

- Nie doceniasz chłopaka, Myśliwcu… - westchnął z powagą Old Rune. - .. może i jest młody, ale krew w nim krąży żwawo. Ma dość siły i rozumu aby podołać wyzwaniu. Poza tym jest równie uparty jak jego ojciec… - tu zwrócił się do milczącego wodza. – Ja nie martwiłbym się o niego, tylko raczej o tego zabójcę.

- Mamy ważniejsze sprawy niż przejmowanie się moim synem. – Powiedział stanowczo Grim Wild. Wydobył spod jednej ze skór zwinięty pergamin i podał go starcowi. – To jest w tej chwili nasZ najwyższy priorytet.

- Ach tak… list z południa, z Equestrii... Wysłany i napisany przez samą księżniczkę Celestię.

I cóż takiego pisze nasza droga sąsiadka?

- Że potrzebuje naszej pomocy. – prychnął wódz. – Przez stulecia nie interesowała się naszym plemieniem, zresztą my tak samo jak My jej krainą. Czemu teraz niby mamy jej w jakikolwiek sposób pomagać? Nic jej nie jesteśmy winni, ani pozostałym Equestriańczykom. Od dawna nic nas nie łączy z tamtymi kucami!

- Popieram Grim Wilda. – odezwał się Leorox. – To dziwne że tak nagle sobie o nas przypomnieli. I od razu żądają od nas pomocy.

- Nie żądają, tylko proszą. I to w dodatku bardzo grzecznie. – zgromił go spojrzeniem Old Rune. – Pomijając te wszystkie zawiłe, grzecznościowe formy, Celestia prosi o przysłanie do Canterlotu jednego wojownika, który dołączy do specjalnego oddziału mającego za zadanie ochronić pewne bardzo ważne osoby.

- Spal ten list. – rozkazał wódz. – Ani myślę wysyłać kogokolwiek z nas do tej całej Equestrii. Nic im nie jesteśmy winni!! Ci słabeusze z Equestrii niech radzą sobie sami, a nas niech zostawią w spokoju. Są zgnuśniali i miętcy…

- A może Celestia chce teraz naprawić stosunki między naszymi narodami? – zasugerował Old Rune. – Nie przyszło ci to do głowy? Czemu od małego jesteś taki uparty… pojęcia nie mam w kogo się wdałeś, synu...

Grim Wild miał już coś odpowiedzieć, gdy drzwi uchyliły się i do środka weszła dziwna postać. Cała w futrze, ale gdy podeszła bliżej ogniska od razu rozpoznali znajomą twarz…

 

- Witaj ojcze…witaj dziadku, witaj Leorox… - wysapałem, wkraczjac do środka domu.

Siedzieli tu wszyscy trzej, najważniejsi w naszym plemieniu i społeczności. Ojciec mój, Grim Wild, wódz plemienia. Mój dziad, Old Rune, nasz szaman i naczelny uzdrowiciel. Oraz Leorox, przywódca łowców i myśliwych. Ta trójka stanowiła Radę Plemienną, oni podejmowali wszystkie decyzje dotyczące Kuców z Północy.

- Wreszcie jesteś… długo ci to zajęło. – powiedział poważnie ojciec. – Widzę jednak żeś wykonał zadanie, które ci powierzyłem.

Uśmiechnąłem się w duchu, i zrzuciłem niedźwiedzią skórę, którą nosiłem teraz w charakterze płaszcza. Niestety, furto nie zdążyło dobrze wyschnąć i teraz cały byłem ubabrany krwią. Nie żeby mi to przeszkadzało, prawdziwy wojownik kąpie się tylko przed spotkaniem z nadobną klaczą! Nigdy częściej.

Niedźwiedzi łeb pokazałem najpierw ojcu a potem dziadkowi.

- Duży, stary samiec… gdzie go dopadłeś? – spytał Leorox.

- W jego legowisku, w Kryształowych Górach, przy granicy z Kryształowym Imperium. Musiał zabić jednego z tamtejszych mieszkańców... a i nazwałem wreszcie swoją broń - odparłem z dumą, pokazując Wybebeszacza, i fragment skóry kryształowego kuca.

- Nie obchodzi nas że niedźwiedź zabił jednego z tamtych kuców. Przynajmniej wykonałeś jedno z zadań, które ja wykonałem kiedy byłem dużo młodszy niż ty.  – odparł ojciec. Leorox uśmiechnął się złośliwie. Nie cierpiałem tego typa. Arogancki, przebiegły, i unikał walki bezpośredniej.

– Mamy w tej chwili ważniejsze sprawy na głowie, fakt. – oznajmił dziadek. – Jednak skoro jednak twój potomek wrócił, wykonawszy zadanie, i Próbę Oręża, sądzę że powinniśmy jeszcze raz przemyśleć sprawę Equestrii.

- Sprawę Equestri? – spytałem zaskoczony. – A czego oni mogą od nas chcieć.

- A no, sam zobacz chłopcze… - rzekł z uśmiechem dziadek podajac mi zwinięty pergamin. Z zaciekawieniem rozwinałem go i zacząłem czytać. Napisano je pismem bardzo cienki, eleganckim, i wytwornym. Od pergaminu bił wręcz jakiś taki dziwny, ale przyjemny zapach.

 

 

Do Wodza Kuców z Północy, Szanownego Wild Grima

 

Ja, Księżniczka Celestia, współwładczyni Equestrii zwracam się do Pana z uprzejmą prośbą.

Na wstępie chciała bym pozdrowić Pana, i życzyć dobrego i długiego życia.

Piszę do Pana w ważnej, i wymagajacej sprawie. Mojej krainie, Equesrtii, oraz moim poddanym tajemnicze niebezpieczeństwo. Moc moja, oraz mojej siostry, oraz Elementów Harmonii może nie wystarczyć do jej obrony. Dlatego uniżenie proszę o wsparcie Pańskiego plemienia Wodzu Wild Grim.

Wiem że stosunki między naszymi narodami nie były najlepsze przez długie lata, ale Ja i moja siostra, Księżniczka Luna, chcemy to  zmienić. Odwaga, siła, oraz honor Kuców z Północy są znane w całym świecie. W zamian za waszą pomoc, zaoferujemy możliwości handlu z pańskim plemieniem, obustronną pomoc w przypadku zagrożenia, sojusz i wsparcie materialne. Chcemy aby nasze stosunki się poprawiły po tylu latach izolacji, bardzo nam na tym zależy. Ostatecznie wszyscy jesteśmy kucykami. Proszę przemyśleć moją propozycję, i dać odpowiedź w ciągu tygodnia, od dnia otrzymania tego listu. Niezależnie od tego jaka będzie pana decyzja, dziękuję za poświęcony czas.

 

 

Z wyrazami szacunku i pozdrowienia  

Księżniczka Celestia

 

 

O kurde… wiele słyszałem o tej całej Equestrii, ale nigdy tam nie byłem, ba, chyba nikt z plemienia nigdy tam nie był. A tu nagle pismo od ich władczyni…Dziwne, i podejrzane.

Potrzebują tak nagle naszej pomocy? Ciekawe dlaczego…

- I co o tym myślisz wnuku? – spytał dziadek.

- Nie sądzę czy powinien się wypowiadać na ten temat. To sprawa Rady, a on do niej nie należy. – wtrącił się Leorox. Wstałem na równe kopyta, i przyjąłem bojową postawę.

- Masz mi coś do powiedzenia Łowco?! – warknąłem – Nie pozwolę żeby byle łucznik mnie obrażał!

- Do mnie mówisz młokosie?! – huknął Leorox, też wstając na równe kopyta. Choć byłem od niego nieco wyższy i bardziej postawny, to w jego oczach była bardzo dziwna pewność siebie.

- DOŚĆ!!! – wrzasnął wręcz ojciec, aż obaj skuliliśmy się. – Spokój obydwaj! Mój syn może nie należy do Rady… ale niech się wypowie. Ciekaw jestem jego zdania.

No co ty nie powiesz ojcze… latami nie poświęcałeś mi tyle uwagi co teraz. Ha, głupi byłem że myślałem że będziesz ze mnie dumny jak zabiję tego niedźwiedzia i przejdę Próbę Oręża.

- Nie jestem pewnien… ale skoro proszą nas o pomoc, i oferując wynagrodzenie za to... to myślę że warto posłać tam choć jednego z nas. Moglibyśmy przy okazji dowiedzieć się więcej o stanie ich armii, kulturze, i takich tam. – wyraziłem oczywistą, logiczną opinię. Ojciec często powtarzał że nasze plemię poradzi sobie samo, nie będzie prosić innych o pomoc. Mówił też że Equestriańczycy są słabi, i zdradzili pierwotne dziedzictwo, ale nie rozumiałem co to znaczy.

- Jednego mówisz…. – odparł Ojciec. – Nie wyślę żadnego z Thanów, tak daleko. Wszyscy są potrzebni tutaj. Łowcy mają własne obowiązki, o szamanach nie wspomnę. Lepiej wywalić ten list w diabły i zapomnieć o nim.

- A ja sądzę że mielibyśmy odpowiedniego kandydata.  – uśmiechnął się dziadek-szaman, wskazując na mnie kopytem, ukazując w uśmiechu braki w uzębieniu. Za młodu był strasznym zabijaką.

- CO?! On niby miałby iść? Żartujecie sobie? – zawołał zdziwiony Leorox. Nie no, teraz to mu naprawdę przypierdolę w ten pasiasty pysk. Jednym susem doskoczyłem do niego, i pieprznąłem mu z główki aż się zatoczył. Lecz po chwili to on strzelił mnie w bok, prawym prostym. Rzuciłem się na niego dalej i przez moment okładaliśmy się kopytami, nabijając solidne sińce, aż poczułem jak czyjeć mocarne kopyta chwyta mnie za kark, i zderza z czołem Leoroxa. Ałajć… tatko widać zainterweniował, bo Łowca też leżał trzymając się za łeb.

- Gówniarze… obydwaj. To dom Rady Plemienia, a nie karczma!! Nie będę tolerował takiego szczeniackiego zachowania. WON OBAJ DO SIEBIE!! NA DZIŚ KONIEC ROZMÓW!! – krzyknął ojciec wskazując nam obu wyjście.

- To nie koniec młokosie… Jeszcze mi za to zapłacisz. - odparł na odchodne Leorox, wypluwając wybity ząb. Poczułem dziką satysfakcję, chociaż to był akurat ząb trzonowy, nie będzie widać jego braku, ale teraz Łowca będzie wiedział żeby mi nie podskakiwać.

- Jak dasz radę, proszę bardo - prychnąłem, po czym zabrałem swoje rzeczy i wyszedłem.

Też miałem na dzisiaj dość. Długa droga powrotna, niedocenienie, i jeszcze ten palant Leorox… a żeby go tak wilki, albo rosomaki rozszarpały na łowach. Życzę mu tego z całego serca…

 

Moja kwatera nie była za duża, prosty zbity z bali dom, wzmocniony kamieniami i nakryty strzechą.

Dla samotnego ogiera najzupełniej wystarczyło, czasem odwiedzali mnie tu kumple, z którymi łojiliśmy grzane wińsko i miód pitny, a czasem wpadała tu któraś z moich ‘’koleżanek’’. Cóż dziś jednak nie spodziewałem się wizyty żadnej, więc może poświęcę trochę czasu na coś innego.

Trochę jednak ta krew zaczęła śmierdzieć, więc nastawiłem wodę na kąpiel. Cóż, raz na tydzień wypada się wykąpać. Naciągnąłem wiec wody ze studni, i nastawiłem w pokaźnym kotle na palenisku. Gdy zagrzała się odpowiednio, z przyjemnością wskoczyłem do niej, i zmyłem z siebie krew, i inne płyny ustrojowe po niedźwiedziu. Skórę wyczyściłem z resztek mięsa i tłuszczu, i powiesiłem na żerdzi przy ogniu, do rana ładnie wyschnie i będzie fajny płaszcz z niej.

Przynajmniej pomyślnie przeszedłem Próbę Oręża, czyli kiedy młody wojownik pokonuje za pomocą osobistej broni, pierwszego prawdziwie groźnego przeciwnika. Musi wtedy wyryć nazwę na swojej broni i nadać jej imię. Ponoć ten zwyczaj przynosi sławę i szczęście, ale wiadomo jak to jest z przesądami. Nie zawsze się sprawdzają.

No i ta sprawa kucy z Equestrii, jakoś dziwnie zakorzeniła mi się w głowie. W sumie to ten naród kucy był mi totalnie obojętny, nigdy nie powadziliśmy z nimi wojen, ale przyjaciółmi też ni byliśmy.

Ale to czego chcą to nie moja sprawa.

- Dobra, pora walnąć w kimę... – burknąłem i zwaliłem się na swój barłóg, pachnący starymi futrami i skórą. Ale ledwo co zamknąłem oczy, usłyszałem pukanie do drzwi. Nosz cholera jasna, za  grosz spokoju niema!!

- Jak to Leorox, to Przodkowie mi świadkami, wybiję mu wszystkie zęby. – warknąłem wstając z posłania, i otworzyłem drzwi.

Już się zamierzałem rąbnąć mu z lewej prostej, ale kiedy zobaczyłem gościa, to aż mnie zamurowało. Toż to był mój ojciec, we własnej osobie.

Nigdy, odkąd wyprowadziłem się z jego domu nie odwiedził mnie. Właściwie to, nasze kontakty ograniczały się do minimum.

- Mogę wejść? – spytał krótko.

- Oczywiście, wodzu… - odparłem, i usunąłem się mu z drogi. Wszedł do środka, ale nie usiadł. Nadal miał na sobie zbroję.- Czemu zawdzięczam twoją wizytę.

- Nie podobało mi się twoje zachowanie wobec Leoroxa. Wiesz że to członek Rady, choć jest starszy niż ty tylko o 4 lata. Nie powinieneś się tak zachować.

- On mi ubliżył, obraził…

- Dość. Nie przyszedłem tutaj słuchać twoich tłumaczeń.. – po czym westchnął. – Ale nie przyszedłem tu tylko żeby ci dawać repermendę.

Podszedł do widzącej skóry i przyjrzał jej się dokładnie. Następnie dokładnie obejrzał Tharkina, czyli Wybebeszacza. Oglądnął dokładnie zakrwawiony napis, który na dobre naznaczył broń.

- Opowiedz mi dokładnie przebieg tej walki. Jak wytropiłeś, i zabiłeś tego niedźwiedzia. I daj mi kubek grogu, wiem że masz. Mnie nie oszukasz.

 

Będąc w lekkim osłupieniu, wykonałem ojcowskie polecenie. Opowiedziałem mu jak było. Cała wędrówkę, wytropienie bestii i walkę z kudłaczem.

- Nieźle, naprawdę nieźle… dobrze dobrałeś imię dla swojej broni. – pokiwał głową rodziciel, i dopił resztkę grogu. – Ale przejdę teraz do rzeczy. Czytałeś list od tej całej księżniczki Celestii. Ja twierdzę że nie powinniśmy pomagać Equestriańczykom, ale z drugiej strony, skoro proszą o pomoc akurat nas, to powinniśmy się tym jednak zainteresować. Jednak nie poślę żadnego Thana, Myśliwego czy szamana w taką podróż. To ty pójdziesz, i dołączysz do tej całej grupy którą ta cała Celestia ma uformować.

- Eee…a-ale.. – teraz to kompletnie zbaraniałem. – Ja mam udać się w taką podróż?! Dlaczego…?

- Bo tak postanowiłem, i taki jest mój rozkaz. – odparł ojciec stanowczo, bez emocji. – Pójdziesz i koniec. Będziesz obserwował i dowiadywał się co planuje Celestia i jej siostra. Oraz będziesz mi przysyłał stosowne raporty.

- Mam być szpiegiem?! Kryjącym się w cieniu , szpiegującym?! To wbrew honorowi... – krzyknąłem. Co on sobie myśli?! Ja mam szpiegować! – Dlaczego! Skoro tak bardzo nienawidzisz Equestrii to olej ten list, i po prostu go spal!

- Nie będziesz mi mówił jak postępować smarkaczu! Jestem wodzem plemienia, i ono jest dla mnie najważniejsze! Nic wiecej! Prawdziwy wódz zawsze myśli najpierw o swoim ludzie, potem o reszcie!– huknął prostując się. – Postanowiłem że pójdziesz, i wypełnisz mój rozkaz.

Dzięki ojcze… wielkie dzięki. To ja już wolałem jak przez miesiące się do mnie nie odzywałeś. Nigdy mnie nie przytuliłeś, nigdy nie wziąłeś mnie na wspólną wyprawę i biwak, jak to robią inni ojcowie w naszym plemieniu, nie siadłeś przy ognisku i nie opowiadałeś historii… więc nie będę za tobą tęsknił.

- Skoro mój wódz tak rozkazał… to pójdę. – odparłem krótko spuszczając głowę, tylko dlatego żeby nie widział płomyków nienawiści którą teraz żywiłem do niego.

- Wyruszasz pojutrze o świcie. Przygotuj się do wyprawy, masz cztery dni aby dotrzeć do Equestrii, konkretnie do jej stolicy, Canterlotu. Tu masz mapę. – rzucił na podłogę, jak psu kość pergamin. – Pamiętaj, nie przynieś wstydu mnie, ani naszemu plemieniu.

I wyszedł. Po prostu wyszedł.

Usiadłem ciężko przy dogasającym palenisku, patrząc na pozostawioną mapę. Hm.. dobre pięć dni wędrówki, niemal ciągłym marszem.

- Dobra wodzu... chcesz żebym ruszył, to wyruszę… ale nie oczekuj że będę szpiegiem….

 

Wild Grim powoli wrócił do swojej siedziby. Znowu nie wyszło tak jak chciał.

- Dlaczego kiedy zawsze z nim rozmawiam, to musi się kończyć kłótnią… - warknął trzaskając drzwiami.

- Może dlatego… że nigdy nie próbujesz go zrozumieć… - odparł znajomy starczy głos. To powiedział siedzący w cieniu Old Rune.

- Jeszcze nie śpisz ojcze? Późno już…

- Wyśpię się w grobie, nie musisz się troszczyć. Hahah, troszczyć to dobre… jak to przyjął młody?

- Zgodził się…

- Bo mu rozkazałeś… typowe... – pokręcił głową stary mędrzec.

- Inaczej by nie zrozumiał.

- Synu… ile to jeszcze potrwa? Czy do końca życia będziesz go tak traktował, jakby to on był temu winien? – spytał ze smutkiem Old Rune.

- Bo jest winien… ona powinna żyć… zawsze moglibyśmy mieć drugie dziecko. – głos Wild Grima zaczął przybierać rozzłoszczony ton. Nie cierpiał tego wspomnienia… - Spring Flower była taka pełna życia, radości i troski o każdego… była taka dobra... pochyliła się nawet nad najmniejszym stworzeniem. Nie potrafiła nikomu odmówić.

- I ty się dziwisz że prosiła, a wręcz błagała, aby wasze dziecko żyło? To była jej ostatnia wola, żeby wasz syn żył. Jak dziś pamiętam jej uśmiech, gdy dowiedziała się że urodzi ogierka, twojego syna, a mojego wnuka… Pamiętam jaka była szczęśliwa gdy po raz pierwszy go przytuliła. - powiedział z rozmarzeniem.

- Przestań starcze! Nie chcę o tym więcej słyszeć!! Bez niej moje życie straciło sens! Była niczym pierwszy promień wiosennego słońca, a on mi ją odebrał! Odebrał życie swojej matce, a mojej żonie... bo się urodził. – warknął Wild Grim.

- A spojrzałeś mu choć raz w oczy? Choć raz spróbowałeś porozmawiać z nim łagodnie? Czy w ogóle wiesz że jego oczy, jego zachowanie, ruchy… są niemal takie same jakie miała Spring Flower?  To jest twój syn Grim… przyszły Wódz plemienia. Twój następca.

- To się jeszcze zobaczy. Póki co to ja rządzę plemieniem. – uciął krótko obecny Wódz. – Na razie to młokos, co ma zielono we łbie. Nie dokonał jeszcze nic. A ta wyprawa pokaże co jest wart! To nasze plemię jest dla mnie najważniejsze.

Old Rune pokręcił głową i wspierając się na kosturze ruszył ku drzwiom.

- Za stary jestem żeby się z tobą kłócić. Jesteś naprawdę dobrym wodzem, ale zapominasz o tym co najważniejsze. Obyś nie pożałował swej decyzji synu… Obyś tego nie pożałował… życzę dobrej nocy. – Pożegnał się i wyszedł. Stary szaman pomimo zmęczenia, miał jeszcze jedną ważną rzecz do zrobienia…

 

Byłem gotów. Czułem to w całym ciele. Słońce przyjemnie ogrzewało moją zbroję, i rzucało zajączki w świeżo wypolerowanym i nasmarowanym toporze. Obszerna torba z wyposażeniem nieco ciążyła, ale nie przeszkadzało mi to zupełnie.

Choć pora była bardzo wczesna, przyszli niemal wszyscy mieszkańcy naszej wioski. Rzemieślnicy, Thanowie, Myśliwi, Szamani, klacze i źrebięta… moi przyjaciele, znajomi i sąsiedzi. Wszyscy... poza ojcem. Ale nie przejąłem się tym. Nie miałem najmniejszej ochoty go widzieć na oczy.

Był też oczywiście mój dziadek…

- Drodzy współplemieńcy. – odezwał się gromkim głosem, pomimo sędziwego wieku. – Dziś po raz pierwszy od setek lat jeden z nas ruszy do Equestrii. Tak, jest. Sama władczyni tej krainy, Księżniczka Celestia, poprosiła nasze plemię o pomoc, i wsparcie. Zdecydowaliśmy że ten oto, dobrze wam znany, młody kuc…- tutaj wskazał na mnie, a mnie zrobiło się trochę głupio. -... wyrószy do Equestrii, jako pomoc dla tejże krainy.  Choć nasze narody nie łączy przyjaźń, czy jakiekolwiek zobowiązania wobec siebie… może to być znak od Przodków.

To jednak tylko czas pokaże. Nie mniej jednak, musimy pokazać Equestrianom że Kuce Północy nie lękają się niczego, i sprostają każdemu wyzwaniu!!

Odpowiedziało mu o dziwo wrzask euforii i aprobaty, a nawet oklaski kopyt. Cóż, stary dziadyga zawsze miał nieźle gadane, pewnie przez te kontakty z duchami, chociaż ja tam żadnego z nich nie widziałem nigdy.

Dziadek podszedł do mnie, i uścisnął.

- Powodzenia mój wnuku. Wiem że dasz sobie radę. To wielkie wyzwanie, ale być może dzięki temu zmieni się los naszego ludu. Bądź posłuszny, słuchaj rozkazów tego który będzie twoim dowódcą ale…

- … ale nie słuchaj rozkazów głupców. Wrogów trzymaj blisko, a przyjaciół bliżej. Walcz z honorem, i miej w pogardzie tchórzy. – dokończyłem słynną maksymę naszego ludu.

- Tak jest. Masz jeszcze to… abyś nie zapomniał o starym, zdziadziałym szamanie… - mruknął stary, i nałożył mi na szyję dziwny medalion, wykonany z kości, i chyba złota. – To jest Amulet Duchów. Wykonałem go specjalnie dla ciebie, przed wyprawą.

- Znowu te szamanistyczne sprawy… to nie są moje klimaty dziadku…

- Cicho być smarkaczu! – odparł stanowczo. – W tym kryje się więcej niż myślisz. A w tobie jeszcze więcej. Ale to już odkryć musisz sam. A teraz marsz na południe, i nie przynieś nam wstydu w tym całym Centerklocie.

- Canterlocie dziadku…

- No co… ostatecznie jestem już dość wiekowy żeby mieć starczą demencję. No już, ruszaj bo korzenie tu zapuścisz. A, i jeszcze jedno… zanim ruszysz, odwiedź jeszcze jedno miejsce. Wiesz o czym mówię…. No już, ruszaj.

Założyłem swój skrzydlaty hełm, poprawiłem topór i worek, po czym ruszyłem, wolnym krokiem podróżnika .

Odwróciłem się tylko raz, aby zobaczyć i usłyszeć krzyki pożegnań tych którzy byli mi bliżsi niż własny ojciec który nawet nie przyszedł się pożegnać.

Lecz to już nie jest ważne. Plemię dało mi misję, i wykonam ją. Pora zobaczyć czego ta księżniczka Celestia oczekuje.

                                   

Stary szaman Old Rune patrzył jak jego jedyny wnuk wyrusza w daleką podróż. Widział jak od małego rośnie i sprawia kłopoty, jak to dzieci. Widział surowe wychowanie przez ojca, ale nie interweniował. Był jeszcze młody, a ta wyprawa miała go nauczyć że życie to więcej niż obowiązki wobec plemienia, czy ciągłe próby zadowolenia i zdobycia szacunku u ojca.

- Powodzenia mój wnuku… niechaj przodkowie cię prowadzą…  - pomyślał ciepło Old Rune, widząc jak ostatni raz jego wnuk odwraca się aby spojrzeć na rodzinną wioskę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze nie czytałem całości, bo mi się nie chciało :rainderp: Aczkolwiek zauważyłem już coś, co mnie lekko... razi. Twoje przecinki. Stawiasz ich zdecydowanie ZA DUŻO! I ciekaw jestem, dlaczego m.in. stawiasz przecinek przed "i", gdy w 95% przypadków jest to zbędne.

http://www.prosteprzecinki.pl/zasady - doczytaj to, proszę.

Wyjątku nie stanowił także kucyk o imieniu Artifact, znany również po prostu Artie.

Wcale mi się to nie kojarzy z pewnym serialem, wcale :rainderp: Chociaż ciekawe czy też go znasz...

Masz więc chwilę na dopracowanie podania, bo będę je sprawdzał, gdy pojawi się więcej podań.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dora, oto moje podanie.

 

W RPG siedzę od dobrych 8 lat. Ukończyłem wiele solowych i kilka multi. Ale nie grałem jako MG.

Jakie inne realia?
- Gothic

- Wiedźmin

- The elder scrolls Morrovind, Oblivion, Skyrim

- Dragon Age

- Risen

- Assassin's Creed

I kilka innych.

 

Dlaczego ja?

Bo mam czas i pomysły. No i oczywiście dlatego, że uwielbiam RPG.

 

Wady i zalety?

Z - jestem cierpliwy i otwarty na wszelkie propozycje.

Z - mam mnóstwo pomysłów

W - czasami mogę być upierdliwy jeśli chodzi o jakieś mniej ważne szczegóły

 

A teraz własne opowiadanie. Piszę książkę, więc nie ma problemu ;)

 

Pierwszego trupa znalazł jakoś pod wieczór.
Widok zabitych prawie nigdy nie robił na nim wrażenia, zazwyczaj przechodził koło nich obojętnie, zbyt często je oglądał. Tym razem jednak nie mógł pozostać nieczuły na to, co widział. Chłopak miał jakieś czternaście lat; leżał na brzuchu twarzą w błocie. Wyglądało na to, że uciekał, ale za wolno. Strzała trafiła go w serce, tuż pod łopatką.  Na cesarskiej drodze bardzo rzadko dochodziło do czegoś takiego - patrole legionu zazwyczaj wyłapywały wszelkich bandytów na drogach.
Ruszył w dalszą drogę, czujnie obserwując otoczenie. Dżungla, przez którą przebiegała droga,  przez swoją wielkość wydawała się przytłaczająca. Tam każdy prześwit, każdy promyk światła przepuszczony przez konary i liściaste gałęzie wielkich sekwoi wykorzystywany był natychmiast przez dziesiątki najróżniejszych rodzajów roślin, których nazw nie znał. Puszcza nie była cicha, żyła własnym życiem. Bzyczały owady, pod poszyciem szeleściły jaszczurki, pająki przemykały po tysiącu lśniących pajęczyn, a ptaki śpiewały.
Markus nie dał się jednak zwieść. Wiedział, że musi uważać. Pamiętał o chłopaku na drodze. Nie zamierzał podzielić jego losu. Szedł dalej; ostrożnie, ale szybko. Ślady chłopaka były świeże. Liczył, że ktokolwiek go trafił, zdobył już to, co chciał i odszedł.
Mylił się.
Tym razem znalazł cały wóz, roztrzaskany i wybebeszony w poszukiwaniu kosztowności. Tak, pomyślał, to robota bandytów. Markus podjechał bliżej by się przyjrzeć, zsiadł i rozpoczął oględziny.
Wóz niewątpliwie służył do przewozu ludzi. Wszędzie w środku walały się puste tobołki, a ławki rozbito w poszukiwaniu tajnych skrytek. Markus przyjrzał się ziemi koło wozu; były na niej ślady krwi. Świeżej krwi. Nie zdążyła jeszcze zastygnąć.
Przeszukiwał wóz dalej, gdy nagle coś usłyszał, szelest, niemal niesłyszalny, ale jednak. Markus zaczął wstawać, powoli wyciągając przygotowane w pogotowiu noże. Zakrzywione ostrza z hartowanej stali ząbkowane przy zaokrągleniach, z granitowymi rękojeściami prezentowały się doprawdy imponująco. Trzymał je w walce; gotów, by zabić w godzinie próby. Przyczaił się, niczym puma gotowa do skoku na swoją zdobycz.
– Na twoim miejscu bym się nie ruszał! – usłyszał przenikliwy, wibrujący krzyk.
Markus odwrócił się w kierunku dźwięku. Z lasu po jego lewej stronie wyszedł mężczyzna w sile wieku, łysy, o nienaturalnie jasnych, błękitnych oczach. Z głębi zaczęli wychodzić inni bandyci; naliczył pięciu, wszyscy celowali do niego z łuków. Wsadził ostrza z powrotem do pochew. Już wiedział, że nie miał szans uniknąć wszystkich strzał.
– Proszę, proszę… nareszcie jakiś rozsądny człowiek. No, przynajmniej rozsądniejszy niż tamten chłopak – powiedział mężczyzna. – Głupiec… myślał, że zdoła uciec!
Markus wpatrywał się w mężczyznę badawczo, oceniając go. Pomimo uśmieszku, w jego oczach była nerwowość a ręce mu drżały. To zwykły tchórz, pomyślał, gdy przyjdzie co do czego, nie będzie stanowił zagrożenia.
– A teraz posłuchaj – zaczął mężczyzna – nazywam się Drax i od tej pory jesteś moim więźniem. Nie sprawiaj kłopotów, a na pewno się dogadamy.
Gdy to mówił, dwóch jego ludzi podeszło do Markusa, żeby związać mu ręce. Przyjrzał im się; wytarte cesarskie mundury i kroki stawiane w równym rytmie. Bez wątpienia byli to dezerterzy. Szybko związali mu ręce, zabrali broń i przyprowadzili przed Draxa.
– Słuchaj, lepiej zabij mnie od razu – rzucił niedbale Markus – nie ryzykuj, że wyślę cię tam, gdzie tego chłopaka. Ja bym cię zabił.
Drax walnął go w splot słoneczny sprawiając, że zrobiło mu się ciemno przed oczami.
– Nie pozwalaj sobie – pisnął zdenerwowany Drax – źle się to dla Ciebie skończy!
Gdy mógł już stanąć o własnych siłach, poprowadzili go przez las do swojego obozu. Okazał się sporej wielkości jaskinią ze sporą ilością klatek i więźniów. Wrzucili go do osobnej celi, zamknęli drzwi i przekręcili klucz. Markus rozejrzał się w poszukiwaniu ewentualnych możliwości ucieczki. Kraty były żelazne, a zamek mocny, nie było mowy o jego otwarciu. Nagle spostrzegł ruch w celi obok, więc odwrócił się, by się lepiej przyjrzeć.
W drugiej klatce siedziała na oko piętnastoletnia dziewczyna o ciemnej barwie skóry                i wystraszonych, żółtych oczach. Miała na sobie dziwny strój z pozszywanych kawałków skóry, piór i złotych obręczy. Związali jej ręce tak, że ledwo mogła coś chwytać, co wydawało mu się dziwne.
– Widziałam, jak cię tu prowadzili – zaczęła strachliwie. – Ciebie też chcą sprzedać?
– Nie dadzą za mnie wiele – odpowiedział. – Za dużo byłoby ze mną kłopotu.
 – Mam na imię Lea, pochodzę z plemienia Sabrae – powiedziała. -  A Ty?
– Markus – odpowiedział krótko.
– Też próbowałam się stąd wydostać… – zaczęła. – Ale mi się nie udało, innym zresztą też.
– Spróbuję i ja – odpowiedział. – Kiedy przyjdzie strażnik?
– Powinien tu być za kilka minut – odpowiedziała ostrożnie. – Markus, co chcesz zrobić?
– Zaraz wszystko ci wyjaśnię – odpowiedział z lekkim uśmiechem i zaczął wyjaśniać swój plan.
Strażnik faktycznie przyszedł kilka minut później. Gwizdał wesołą melodyjkę, gapiąc się na więźniów. Markus zauważył na jego pasku pęk kluczy. Idealnie, pomyślał. Poza kluczami miał przy pasie również jego ostrza. Okradanie mnie nigdy nie jest mądre, pomyślał.
– Hej, ty! – zawołał strażnika. – Kiedy podacie coś do jedzenia?
– Zamknij mordę! – odpowiedział strażnik podchodząc – Dostaniesz żreć, kiedy ja tak powiem!
– Po co się denerwować? – zapytał.
– Coś ci powiem, ty… - zaczął, ale w tym samym momencie usłyszeli jakiś odgłos z korytarza. Strażnik odwrócił się w kierunku źródła dźwięku i to był jego ostatni ruch. Markus sięgnął przez kraty i skręcił mu kark jednym, płynnym ruchem. Nie puszczając jego głowy, osunął ciało na ziemię, a potem zabrał klucze i swoją broń.
– Udało ci się! – sapnęła zdumiona Lea. – Nie sądziłam, że zdołasz to zrobić.
Markus otworzył obie cele – swoją oraz Lei. Przeciął jej więzy i wcisnął jej w ręce pęk kluczy.
 – Uwolnij resztę – powiedział, odchodząc – spotkamy się przy wyjściu.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył pędem przed siebie. Starał się poruszać bezszelestnie; każdy odgłos mógł zaalarmować strażników. Przechodząc przez korytarz, zauważył u dołu główną część groty. Było tam wielkie ognisko, nad którym bandyci piekli jakiegoś dzika. Dookoła siedziała reszta bandy, naliczył ich dwunastu. U szczytu ogniska podstawiono prowizoryczny tron, na którym siedział Drax, oblizując ręce po posiłku. Mówiłem Ci, żebyś mnie zabił, pomyślał. Teraz ja zabiję Ciebie.
Ruszył dalej. Po jakichś stu metrach zobaczył strażnika idącego w jego stronę. Schował się we wnęce i wyciągnął broń. Kiedy strażnik go minął, Markus zaszedł go od tyłu i wbił jedno ostrze w ramię i odciągnął do siebie, w oczach strażnika zobaczył niedowierzanie i czysty zwierzęcy strach, nikt nie chce umierać, pomyślał ale wszyscy muszą. Zakończył życie strażnika jednym płynnym cięciem przez klatkę piersiową.
Ruszył dalej, zostało jeszcze jedenastu. Gdy był już przed wejściem do głównej groty usłyszał krzyki. Pewnie Lea uwolniła pozostałych więźniów. Chwile potem okazało się, że miał rację, jakieś dwa tuziny ludzi wybiegło z drugiej groty szarżując na swych niedoszłych oprawców. Bandyci byli tak oszołomieni, że dwóch pierwszych zginęło bez walki z oczami zastygłymi w wiecznym zdumieniu. Pozostali jednak już chwytali za broń, zauważając że ich przeciwnik był uzbrojony tylko w drągi i kamienie. Mimo tego wydawało się, że to uciekinierzy mają przewagę. Dotychczas żerowali na zwykłych cywilach, słabych i bezbronnych. Ale teraz posiłek sam ma zęby, pomyślał nie bez satysfakcji.
Nagle jaskinię wypełniło białe światło i dało się słyszeć huk. Mieli czarodzieja! Nie różnił się niczym od reszty bandytów, poza tym że stał teraz ciskając wszędzie błyskawicami.
Markus wybiegł ze swojej kryjówki mając nadzieję, że mag go nie zauważy i będzie mógł załatwić go szybko. I tak było, przeciwnik niczego się nie spodziewał, pewnie nawet nie wiedział kiedy umarł.
Nagle usłyszał za sobą jęk, odwrócił się szybko gotów sparować cios. Za nim stał bandyta, który najwyraźniej chciał go zabić ciosem od góry i przeciąć go na pół. Ale z jakiegoś powodu stał tylko wykrzywiając twarz. Nagle osunął się na ziemie, a za nim stała Marigan z szeroko rozwartymi przerażonymi oczami z zakrwawionym sztyletem w ręku.
 – Markus, ja… - zaczęła.
– Spokojnie mała – powiedział – Dobrze, że to zrobiłaś.
Była roztrzęsiona i przerażona tym co zrobiła, więc Markus kazał jej ukryć się za najbliższym głazem, a sam pobiegł w stronę walki. Ludzie Draxa pozabijali resztę uciekinierów, ale zastało ich tylko trzech. Nie powinni stanowić wyzwania, są wyczerpani.
Markus chwycił pewniej ostrza i podszedł do nich. Widać, że znali się na swojej robocie, postanowili go okrążyć. Ten manewr miał na celu zaatakowanie przeciwnika od tyłu podczas gdy on atakował wroga przed sobą. Markus skoczył na tego przed sobą, licząc że tamten popełni błąd. Popełnił, najwyraźniej uznał go za idiotę i postanowił nabić go na sztych. Odwrócił się, przepuszczając ostrze po swoich plecach. Ciął w gardło własnym nożem, zanim tamten zdążył zrozumieć że popełnił błąd.
Zostało dwóch. Jego przeciwnicy postanowili się do niego przybliżyć, tak by nie mógł zrobić żadnego manewru. Spojrzał w oczy temu z przodu, ogień walki się w nim wypalił, śmierć towarzyszy podkopała jego pewność siebie. Czyli zaatakuje ten z tyłu? Markus kucnął. Usłyszał świst nad głową i nagle jego przeciwnik złapał się za rozpłatane gardło.
Jego towarzysz zaklął i odwrócił się w kierunku Markusa, w jego oczach wyczytał nienawiść. Z głośnym krzykiem zaczął uderzać go mieczem, bez żadnej techniki, liczyło się tylko żeby zginął. Kolejny błąd, przeciwnik zaczął sapać, a jego ciosy stawały się wolniejsze. Markus wykorzystał tą sytuację, wytrącił bandycie broń z ręki i kilkoma szybkimi cięciami zabił przeciwnika.
Stał teraz na środku jaskini a wokół leżały trupy. Byłby z tego niezły obraz, pomyślał. Zaczął szukać Draxa, znalazł go jak czołgał się do wyjścia. Podszedł i kopnął go pod żebra, jęknął.
– Nie zabijaj mnie… proszę – wyjęczał.
– Dlaczego? – zapytał, kopiąc go ponownie – mówiłem ci, żebyś mnie zabił. Trzeba było posłuchać rady.
Nie czekając na odpowiedź skręcił mu kark. Następnie wytarł ostrza o jego szaty i ruszył w kierunku wyjścia.
– Markus…? – zawołała Lea.
– Jestem mała, możesz już wyjść – odpowiedział.
Wyszła zza kamienia rozglądając się po jaskini wybałuszonymi oczami. Markus zastanawiał się skąd ona się tu wzięła. Sabrae to nazwa jednego z dzikich plemion z Pradawnej Dżungli. Ale byli od niej oddaleni jakieś dwa dni drogi. Musiał się tego dowiedzieć.
– Jak się tu znalazłaś? – zapytał.
– Ci bandyci znaleźli mnie i moją przyjaciółkę Merę nad jeziorem na granicy dżungli – zaczęła niepewnie – Mera się opierała i jeden z bandytów ja.. ją uderzył i ona… - przerwała łkając.
– Wystarczy – powiedział, wiedział już wszystko czego potrzebował.
– Markus, pomożesz mi wrócić? – zapytała błagalnie.
Markus milczał. Zmierzał na pustynię Assary w poszukiwaniu pracy, nie miał jednak żadnych innych zobowiązań. Z drugiej strony droga do dżungli mogło nie skończyć się dla niego szczęśliwie, tamtejsze plemiona nie cieszą się popularnością miejscowych. Jeszcze raz spojrzał na Leę.
– Mógłbym – powiedział w końcu.
– Dziękuję – odpowiedziała i przywarła do jego piersi.
– Spokojnie, znasz drogę do domu?
– Tak, mniej więcej – odpowiedziała po chwili wahania.
– Więc prowadź.
Gdy wyszli z jaskini było wczesne południe. Lea szła kilka kroków przed nim szukając drogi. Szło jej całkiem dobrze, choć czasami myliła kierunki i musieli nadkładać drogi. Przedzierali się przez chaszcze do późnego wieczoru, w końcu Markus uznał, że Lea dłużej niepociąganie i nakazał posuj. Lea przyniosła chrust a Markus rozpalił ogień. Podczas zbierania drewna dziewczyna znalazła trzy jaszczurki, przyniosła je pękając z dumy twierdząc, że będą mieli dziś ucztę. Faktycznie po upieczeniu jaszczurki były nawet znośne, smakowały trochę jak kurczak.
Po kolacji Lea wyciągnęła flet, jedną z niewielu rzeczy które udało jej się odzyskać, i zaczęła grać jakąś plemienną melodię. Markus nigdy nie słyszał podobnej, słyszał wielu bardów ale nigdy nie słyszał takiej melodii. Bardzo mu się spodobała, ale nie powiedział tego.
Krótko potem dziewczyna zasnęła, a wkrótce potem on.
Następnego dnia znowu przedzierali się przez dżunglę, z tą różnicą, że Lea twierdziła, że już niedaleko. Zbliżali się do terytoriów jej plemienia.
– Nie mogę się doczekać by opowiedzieć o wszystkim siostrą – powiedziała wesoło przeskakując kałużę.
– Masz rodzeństwo – zapytał.
– Aha, dwie siostry i brata – odpowiedziała – Ja i Ivy szkolimy się na szamanki. Starszy Ungate mówi, że mam potencjał, ale za często chodzę z głową w chmurach.
Nawijała tak jeszcze przez długie godziny, opowiadając o swojej rodzinie i klanie. Koło południa Markusowi zdawało się, że usłyszał jakiś szmer.
– Lea, cicho – szepnął chwytając ją za ramie i kładąc palec na usta. Była zdziwiona ale bez szemrania wykonała polecenie. Okazało się, że miał rację, ponieważ szelesty stały się wyraźniejsze a z krzaków po prawej i lewej stronie wybiegło około dziesięciu ludzi o ciemnej karnacji z dziwnymi tatuażami i ubraniami podobnymi do tych które nosiła Lea. Wreszcie dotarliśmy, pomyślał ciekawe co będzie dalej.
– Stój przybyszu – powiedział jeden z nich – wkraczasz na tereny… Lea? Czy to ty? – przerwał oszołomiony.
– Benu? – zapytała dziewczyna – To ty?
Rzuciła się mu na ręce śmiejąc się. Tamten także się śmiał, lecz zaraz spoważniał gdy przypomniał sobie o jego obecności.
– Szukamy cię od czterech dni. Co się z tobą działo? Kto to jest? – dopytywał się.
– To długa historia Benu – odpowiedziała – A to jest Markus, uratował mi życie – powiedziała z naciskiem. Twarz Benu zmieniła się wtedy z podejrzliwej na smutną, a potem równie nagle znów zagościł na niej uśmiech.
– Rozumiem – powiedział – dziękuje ci za odprowadzenie Lei. Choć z nami do obozu. Jej rodzina na pewno będzie chciała ci podziękować.
Z jakiegoś powodu Markus miał złe przeczucia co do tego. Ale nie wiedział jak by zareagowali na odmowę, nie miał za wielu możliwości.
– Prowadź – powiedział tylko.
Po tych słowach Markus w towarzystwie jedenastu Sabrae ruszył głębiej w dżunglę. Wcale mu się to nie podobało.
 

I późniejsze opowiadanie:

Od dawna nie czuł takiego znużenia.
Lares był członkiem załogi kapitana Desmonta od blisko trzech miesięcy. Przyciągnęły go tu obietnice bogactwa i przygód, lecz na razie siedział tylko na plaży w obozie, popijając rum.
Laresa wciąż zdumiewała dokładność, z jaką kapitan wybrał miejsce na swoją siedzibę. Wyspa Cespar leżała nieopodal Assary, czyli największych szlaków handlowych znanego świata. Nie dość, że zatoka, w której się znajdowali była całkowicie niedostępna drogą lądową, miała setki ukrytych kryjówek i obfitowała w ryby, dzięki czemu nie groził im głód.
Załoga kapitana Desmonta składała się z samych twardych i szorstkich ludzi, choć do przeciągnięcia ich na swoją stronę wystarczyło trochę dobrego rumu. Ostatnio jednak wszyscy byli wyjątkowo znudzeni. Kapitan od dwóch miesięcy nie chciał nigdzie wypływać i wszystko wskazywało na to, że trochę tu jeszcze posiedzą. Nie mając nic innego do roboty załoga zbijała bąki, wygrzewając się w palącym słońcu. Lares nie był wyjątkiem; akurat siedział na plaży, popijając ze swojej ostatniej butelki, kiedy usłyszał czyjeś kroki.
To był Skip. Stary wyjadacz, a zarazem pierwszy kumpel w załodze. Miał może z czterdzieści lat, kilkudniowy zarost i opaskę na lewym oku. Lares nigdy się nie dowiedział, jak je stracił.
– Dobra nowina, chłopcze! – zawołał. – Kapitan wreszcie poszedł po rozum do głowy. Niedługo wypływamy!
Wiadomość była zaskakująca. Lares był doświadczonym żeglarzem i choć narzekał na brak zajęcia, perspektywa wypłynięcia w rejs na początku jesieni nie była zbyt zachęcająca.
– Nie podoba mi się to – powiedział, szybko podnosząc się z piasku. – O tej porze roku na morzach szaleją straszliwe sztormy.
– Aye, do tego powiadają, że jesienią „Syreny” budzą się ze snu… – odpowiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. – Nie dygaj, młody. Pływaliśmy już z kapitanem o tej porze roku.
„Syrena” była okrętem, na którym pływali. Był to niemal stuwiosłowy okręt wykonany z ciemnego drewna. Dziób zdobiła piękna kobieta o obnażonych piersiach i rybim ogonie.
 – Syreny istnieją tylko w bajkach, Skip – powiedział. – A sztormy są prawdziwe.
 – Nie zrzędź – odburknął – mówiłem, że sobie poradzimy. Pakuj manatki, spotkamy się na pokładzie.
Lares nie miał za wiele do wzięcia. Zajrzał do swoich manatków i wyciągnął stamtąd swój jedyny skarb – srebrny naszyjnik z szafirem. Jak zawsze, wraz z zachwytem pojawiły się wyrzuty sumienia. Sposób, w jaki go zdobył nie był zbyt etyczny, ale nic już nie mógł na to poradzić; stało się i już.
Założył naszyjnik, po czym dziarsko ruszył w stronę statku. „Syrena” mogła pomieścić na pokładzie dwustu ludzi. Załoga liczyła zaledwie stu dwudziestu. Prawie wszyscy byli już na pokładzie, tylko nieliczni ładowali jeszcze zapasy do ładowni.
Po godzinie byli już gotowi do wypłynięcia. Wypłynęli idealnie w południe.
Życie na statku toczyło się jednostajnym rytmem; ruchu wioseł, szorowania pokładu czy siedzenia w bocianim gnieździe. Niektórzy woleli od tego grę w kości, które było ulubionym zajeciem Laresa.
Jakby na przekór, nie napotkali żadnych sztormów. Dni były spokojne, więc mógł rozkoszować się morską bryzą i szumem fal. Jego miejsce było na morzu, teraz to wiedział.
Dwunastego dnia rejsu nareszcie znalazła się okazja do zarobienia pieniędzy. Obserwator wypatrzył statek. Lares wychylił się przez reling by lepiej widzieć. Faktycznie – ku nim płynął statek. Wyglądał na Assaryjski galeon. Na pokładzie zaczęło się robić tłoczno. Kapitan obrał odpowiedni kurs, po czym ruszyli na spotkanie napotkanego statku. Członkowie załogi aż palili się do bitki. Stali niecierpliwie przy działach lub szykowali się do abordażu. Lares również wyciągnął swój miecz. Był podenerwowany. Nie było w tym jednak nic dziwnego. To miała być jego pierwsza morska bitwa.
–  Spięty, co? – zapytał pojednawczo Skip.
– Trochę – zgodził się Lares, który z tego wszystkiego nie usłyszał kroków starego pirata.
– Nie martw się… to normalne. Wszyscy tutaj mieli swój pierwszy raz – mówił. – Swoją drogą, trochę ci zazdroszczę. Pierwszy raz jest zawsze najbardziej... ekscytujący.
Płynęli dalej w milczeniu. Gdy byli już niedaleko, wywiesili swoją flagę. Zdaje się, że kapitan galeonu nie spodziewał się ataku. Słyszał jego krzyki, unoszące się nad wodą. Ale to nie miało znaczenia; ich los był już przesądzony. Byli już zbyt blisko. I mieli przewagę liczebną.
Lares jeszcze raz przyjrzał się statkowi. Był małym, zaledwie osiemdziesięciowiosłowym statkiem z jednym masztem. Na pokładzie majaczyły średniej wielkości katapulty; Lares wątpił, by mogły choćby drasnąć „Syrenę”. Assaryjski galeon próbował jeszcze szczęścia, starając się zwiększyć dzielącą ich odległość. Małe rozmiary i dwa maszty pozwalały im rozwinąć dużą prędkość. Ale oni mieli przewagę. Ich okręt miał stu wioślarzy, zaś galeon jedynie osiemdziesięciu. „Syrena” płynęła wartko, prosto na wrogi statek. Byli już tak blisko, że mogli zobaczyć twarze wrogiej załogi. Mieli ogorzałe twarze, a usta zaciśnięte; w ich oczach można było zobaczyć lęk. Lares wątpił jednak, że poddadzą się bez walki.
Podpłynęli od sterburty. Poszczególni członkowie załogi załadowali już armaty; czekali tylko na rozkaz kapitana. Zdawało się, że upłynęła całą wieczność, nim kapitan postanowił się odezwać.
– Ognia! – krzyknął krótko. Jego głos przeciął powietrze jak wystrzał.
Powietrze wypełnił ogłuszający huk. Wszystkie działa od sterburty ożyły w jednej chwili, wypluwając z siebie żelazne kule. Pokład wrogiego galeonu zmienił się w piekło. Wszędzie latały belki i drzazgi, zewsząd dało się słyszeć okrzyki bólu. Właśnie w ten zamęt miał zaraz wskoczyć. Wiedział, co się zaraz stanie. Ale tylko na to czekał. Tymczasem członkowie załogi zaczęli rzucać bosaki w stronę wrogiego statku łącząc go z „Syreną”. Gdy to nastąpiło kapitan wydał rozkaz rozpoczęcia abordażu.
Lares wskoczył na pokład w poszukiwaniu przeciwników. Choć mieli przewagę liczebną, wroga załoga walczyła gnana zrodzoną ze strachu desperacją. Chłopak uniknął ciosu tasakiem, który mógłby rozciąć go na pół, tnąc przeciwnika przez kark. Z boków pojawiło się dwóch innych; zabił jednego, a drugiego kopnął w brzuch, posyłając go na deski.
Nagle przed nim wyrósł kolejny. Wielki, zwalisty marynarz miał pond dwa metry wzrostu. Był ponad dwa razy cięższy od Laresa i miał ramiona grubsze od jego nóg. W jego oczach było szaleństwo. Wrzeszcząc ochryple, wziął zamach wielkim, dwuręcznym mieczem. Lares odskoczył i wykonał kontrujące cięcie, ale przeciwnik był szybki i zręcznie odbił jego miecz. Lares ponownie odskoczył w tył, potykając się o leżącego trupa. Wylądował płasko na plecach w kałuży krwi.
Wielkolud parsknął i uniósł miecz nad głowę.
Kolejna seria wybuchów wstrząsnęła statkiem. W powietrze poszybowały drzazgi, kawałki lin i strzępy ciał. Fala uderzeniowa zwaliła z nóg walczących na pokładzie statku. Lares miał wrażenie, że bębenki w uszach zaraz mu popękają. Wielkolud zachwiał się nad nim… i spojrzał zaskoczony na swoją pierś. Spomiędzy żeber wystawał mu ociekający krwią armatni wycior. Marynarz runął na twarz.
Lares odtoczył się na bok i poderwał na nogi, rozglądając się po pokładzie. Resztki wrogiej załogi rozpaczliwie broniły się w kilkuosobowych grupkach na całym pokładzie.
Chwycił mocniej swoją szablę i ruszył pomóc chłopakom. Robota szła dość szybko. Marynarze już wcześniej byli przerażeni i nieliczni. Teraz wystarczyło tylko pozbyć się niedobitków.
Po kilku minutach było po wszystkim. Zwłoki oddano morzu, a wybrani przez kapitana ludzie schodzili do ładowni wynieść wszystkie wartościowe przedmioty.
– I jak twój pierwszy abordaż, chłopcze? – zapytał go Skip, gdy wycierał swój miecz.
– Myślę, że dobrze – powiedział. – Przecież żyję.
– Ano prawda – zgodził się – większość nie przeżywa swojego pierwszego abordażu. Masz szczęście.
– Może i masz rację – odrzekł – ale teraz, zamiast szczęścia, wolałbym mieć przynajmniej beczkę rumu.
Skip zaśmiał się na te słowa.
– W takim razie zejdźmy do ładowni i zobaczmy, co uda nam się znaleźć – powiedział – mnie zresztą też potwornie chce się pić. Zaraz uschnę, o ile wcześniej nie padnę na nos. Mam dość na dziś… nie dla takiego starego wyjadacza jak ja zarzynać się na abordażach. Niech się młodzi wyszumią – to mówiąc, mrugnął znacząco do Laresa.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

(Poprawione lub dodane treści podkreśliłam byś nie musiał czytać wszystkiego od nowa przez jakieś kilka punktów czy też zdań) 

 

Doświadczenie: Pisze od czasu do czasu jakąś powieść, dużo czytam książek przez co moim zdaniem mam większą wyobraźnie, oczywiście grałam jeszcze mnóstwo RP na serwerze i wiem jak grać konkretnymi postaciami. Uczestniczę w sesjach i znam już technikę bycia Mistrzynią Gry

Dlaczego ja?:  Ponieważ to jest nawet taka przygoda, a ja uwielbiam przygody, mam czas, jest to też jak pisanie fica tyle że z drugą osobą i z chęcią poprowadzę jakąś ciekawą historie ^^

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:

1. Walking Dead wszyscy wiemy o co chodzi ^^

2.Apokalipsa czyli coś w stylu końca świata i klęsk żywiołowych i tak dalej,

3.Podróżniczy ala Hobbit czyli hmmm... po prostu  tyle że z kucykami.

4.Obyczajowe czyli Equestria może być również zmieszane z przygodą lub wycieczką.

5. Wszystkim nam dobrze "Igrzyska Śmierci " kto ostatnie przeżyje ten wygra.

 

6. Chyba moje ulubione ^^ "Lord of Time ".OC tu będzie mogło spotkać nie kogo innego jak naszego Doktora Who(ovesa) i zostać jego Asystentem/tką podróżując z nim w czasie i w galaktyce zmierzając się z różnymi potworami i obcymi (nie martwcie się nie zabraknie Daleków ^^ )

7.Ostatnie już chyba Piła chyba wszyscy już oglądali ten horror i wiedzą o co chodzi? dla tych którzy nadal nie rozumieją powiem tylko"let`s play the game"

8. Wirtualny świat jak w filmie Tron"

 

9.Świat jak z filmu Jak Wytresować Smoka, nazywał by się "Kucyki i Smoki" ewentualnie zmieniłabym nazwę. 

 

10. Świat w którym OC jest w ciągłym ruchu i przemieszcza się w inne miejsca i czas nawet tego nie kontrolując i nie chcąc,"Always in different place" 

 

11. Miejsce gdzie tylko przetrwają najlepsi... miejsce gdzie liczy się tylko kasa i to jak wysoko jesteś postawiony... czyli inaczej... Mafia

 

12. Sesja na podstawie filmu "Piraci z Karaibów" oczywiście

 

Chciałam jeszcze dodać że mogła bym i teraz wypisywać bo pomysł mam co chwile, ale te są tymi podstawowymi, ewentualnie potem dodało by się jeszcze inne.

 

Wady i zalety:

Zalety:

-Czas

 

- Jestem cierpliwa.

 

-Chęci

 

-masa przeróżnych pomysów czekających tylko na to by je wykorzystać

 

-umiem się rozpisać i nie tworzyć posta na jeno zdanie (mimo że czasami się zdarzy przez brak weny, ale rzadko )

 

- Ortografia

 

- Zwracam uwagę na szczegóły (Tzn nie jest tak że minęły 2 tygodnie a nawet nie było napisane że coś jadł czy coś)

 

- Mam oryginalne pomysły i nie ściągam od innych.
 

- Wybieram tylko postacie które mają ciekawą historie i sens

 

-Szeroki wachlarz słownictwa,wyrazów itp. 

 

- Nie układam wszystkiego sama przymusowo ,lecz daje możliwość własnego wyboru graczom. Krótko mówiąc daje im pole do popisu

 

- Do każdego z rodzai sesji mam już gotowe pomysły 

 

- Umiem wymyślać fajne imienia dla postaci i nie muszę się zastanawiać.

Wady: 

- Czasami mogę dostać szlaban na jakiś tydzień przez co mnie może na ten okres nie być, ale raczej go nie dostane więcej (Jak tak to zawsze po tajniaku można :P )

 

- Nienawidzę gdy ktoś gimbusi i odwala nieład (Jak ja kiedyś )(w sumie nie wiem czy to wada czy zaleta ) 

 

- Może dopaść mnie brak weny, przez co mogę napisać post na np 2 zdania, ale w następnym poście zaraz to naprawiam.

 

Kontakt : GG: 42691667 (lepiej pisać mi tu na pw jak coś) mail : [email protected]

 

Moje własne opowiadanie: (dopasowane do Igrzysk Śmierci)

 

Właśnie nastawał ranek, ale z rankiem nastawał też i dzień wyboru dwóch kucyków  z jednego dystryktu, klaczy i ogiera .Dziewiętnastoletnia pegazica Sagitta wstała się przygotowała i ustawiła w szeregach klaczy.
Obok stały szeregi ogierów. Były tam dzieci, ale też i dorośli. Klacz tylko rozejrzała się i patrzyła na scenę gdzie właśnie miały być losowane imiona uczestnika, oczywiście zasadą "panie przodem" pierwsze były losowane klacze.

Biała klacz o dużej tapecie dziwacznym szykownym stroju o niebieskim ogonie i grzywie wyjęła karteczkę i przeczytała z ekscytacją na głos do mikrofonu - Sagitta Greitai!!! chodź tutaj szczęściaro!!! - Rząd rozstąpił się ukazując ją, dech zamarł jej w piersiach mimo jej wielkiej odwagi. Zaczęła iść do przodu powoli - No choć choć nie wstydź się! - powiedziała wytapetowana klacz. Nasza bohaterka weszła na scenę, patrzyła się na wszystkich,a inni patrzyli się na nią. W oczach innych było widać strach, żal i przygnębienie. Nadeszła pora na losowanie ogiera. Wylosowany został pewien kucyk ziemny zwany Strong Stone, ta babka zawołała go oczywiście z taką samą ekscytacją... Po wybraniu kucyki pozwoliły im pożegnać się z rodziną, Stone pobiegł to zrobić jak najszybciej, ale Sagitta tylko stała i patrzyła przed siepię .

Gdy wybrany ogier wrócił był cały w łzach i przygnębiony, klacz była do tego nastawiona obojętnie i tak nie miała dla kogo żyć. Podbiegła nagle ta paniusia - To jak idziecie? Jestem Red Lipstick jedna ze sponsorek która miała zaszczyt was wybrać! - Zachichotała swoim piskliwym głosem. Dwoje kucyk poszło za nią- Nazywam się Strong Stone... - powiedział nieśmiało - Sagitta Greitai...- Odpowiedziała szybko klacz. Ogier już otwierał usta by coś powiedzie .ale przerwała mu paniusia - Jesteśmy! - Przed nią stał wielki ekspres, z zewnątrz wyglądał niepozornie. Pierwsza weszła Sagitta, potem Strong ,a na końcu Lipstick. W środku wszystko było wystawne, jedwabne dywany, skórzane fotele i meble wykonane z najlepszego drewna. Przy ścianie znajdował się stół z różnymi wytrawnymi potrawami, z najdroższym winem i porcelanowymi naczyniami.

 

-Tu jest nasza kabina! - Zachichotała i usiadła na 4 osobowym fotelu. Po 2 miejsca z jednej strony obok okna, po środku stał mały stołek. Sagitta usiadła przy oknie na przeciwko sponsorki. Strong Stone oczywiście rzucił się na stół i zaczął jeść. Jak się czujesz - Zapytała Lipstick - Spoko... -Odpowiedziała Sagitta patrząc przez okno na rzekę obok której przejeżdżali. Resztę drogi wszyscy przesiedzieli w ciszy, tak że było słychać tylko to jak ogier jadł.

Pociąg nagle zatrzymał się - Yay już jesteśmy! - Wykrzyknęła szczęśliwie wytapetowana paniusia. Wybrańcy wstali , Sagitta spokojna z pokerową twarzą, a Strong Stone brudny na pyszczku, szczęśliwy i obżarty. Sagitta patrzyła na niego z małym obrzydzeniem - No co? chce się nażreć przed śmiercią! - Powiedział ubrudzony ogier. Klacz tylko przewróciła oczami i wyszła z ekspresu, stała przed wielkim budynkiem najprawdopodobniej będącym centrem miasta. Chodźcie muszę pokazać wam wasz nowy apartament! - Klacz i ogier spojrzeli na siebie i powiedzieli równocześnie - Hę?. Weszli do budynku i windą wjechali na samą góre. Lipstick otworzyła drzwi apartamentu. Dwójce bohaterów opadły szczęki.W apartamencie było dużo wystawniej niż w ekspresie.  Na środku było nawet wielkie okno które ukazywało cały widok miasta z góry

 

Następne dni spędzili na ćwiczeniach do głodowych igrzysk. Sagitta strzelała perfekcyjnie ,a Strong rzucał nawet 50 kg skałą na 50 metr. W dzień igrzysk wszyscy byli spięci.Najgorsze że nikt ich nie wspierał.Wszczepiono im chipy by móc wiedzieć gdzie się znajdują i czy żyją. Gdy nadszedł czas i wszyscy zostali ustawieni w koło na elektronicznej arenie przypominającej prawdziwy krajobraz naturalny.Byli na polanie którą otaczał las. W środku koła znajdowała się góra broni, pożywienia i lekarstw. Rozbrzmiał dzwonek i każdy zaczął zabijać każdego walcząc o przetrwanie i jak największe i najlepsze przedmioty. Sagitta wzięła pierwszy lepszy plecak, pobiegła w las i teraz musiała tylko przetrwać.

 

 

(Jak nie wystarczy, to to jest dalsza część, radze przeczytać...mówię serio



Biegnąc w lesie słyszała tylko krzyki i jęki zabijanych. Musiała znaleźć jakieś bezpieczne miejsce w którym mogła by odpocząć i zobaczyć co właściwie ma w plecaku. Wolała nie wchodzić na drzewo bo nie była jedynym pegazem. Było ich razem 24 w tym 14 ziemnych, 6 jednorożców i 4 pegazy (razem z nią oczywiście). Pewnie i tak co najmniej 10 nie żyje... - Powiedziała do siebie biegnąc.Po dłuższym czasie ujrzała wielkie i zagęszczone liśćmi drzewo - Może się uda... - Wleciała w te drzewo, a dokładniej za grubą warstwę gałęzi i liści. Znalazła idealne miejsce do odpoczęcia. Usiadła i westchnęła. Zdjęła plecak i otworzyła go, ujrzała tam : Line z hakiem, bandaże, butelkę wody, zapałki, jedzenie i mały sztylet. Pierwsze za co się zabrała to napiła wody, nie wypiła całej by zostawić na potem. Noc zbliżała się już, ponieważ dzień trwał tylko 4 godziny a noc 6 co dawało 10 godzinną dobę.Nagle na niebie zaczęło coś świecić. Klacz odsłoniła liście tylko by mogła zobaczyć co to jest.To coś święcącego na niebie to była lista zabitych oraz ich zdjęcia profilowe. Nie było tam Stronge stona, a lista składała się z akurat dziesięciu kucyków (6 ziemnych, 2 jednorożców i 2 pegazów) - No...zgadłam jednak... - Powiedziała, po czym usiadła na gałąź i zaczęła się zawiązywać by nie spaść z gałęzi. Po chwili zauważyła że na dole coś świeci, tym razem inaczej. Wyjrzała i zobaczyła kucyka który zapalał ognisko.

 

Oczywiście grupka kucyków wyskoczyła zza krzaków i zabiła ziemnego kucyka - jeden mniej... - wyszeptała a przy chwili gdy jeden z nich wbił mu sztylet w . głowę. Wśród grupki znajdował się Strong Stone, Sagitta lekko się wzdrygnęła. Grupa składała się z 2 jednorożców 1 pegaza i 5 ziemnych - Zostały więc już poza nimi tylko 2 ziemne kucyki i 2 jednorożce... - szepnęła do siebie. Zawodniczka poczekała aż grupa przejdzie i postanowiła poczekać aż sami zabiją się na wzajem. Przywiązała się do drzewa i zasnęła. Gdy się obudziła postanowiła zejść i zobaczyć co miał tamten kucyk. Gdy to zrobiła zobaczyła że na jej szczęście ma łuk i strzały. Podniosła i wzięła je kiedy nagle włócznia wbiła się w drzewo przelatując milimetr od jej głowy. Szybko się odwróciła i strzeliła akurat w głowę właściciela włóczni. Nagle w jej stronę zaczęły lecieć strzały i sztylety jak by zza pagórka, była to ta grupa. Klacz zaczęła uciekać, niestety już ją zauważyli. Mim to biegła dalej.

 

Słyszała tylko jakieś krzyki typu "Tam jest!"."Haha dorwiemy ją!" lub też  "Nie uciekaj! zabijemy cie szybko!" . Pobiegła w pierwszy lepszy zakręt, niestety była to ślepa uliczka ,a oni zdążyli ją dogonić - Haha! teraz to cię mamy! ty... -Gdy jeden z nich to mówił ona zauważyła nad nimi ul zabójczych pszczół, zanim dokończył zdanie strzeliła błyskawicznie w ul powodując że ten spadł prosto na nich.Zaczęli uciekać chaotycznie krzycząc, Sagitta wzleciała do góry i uciekła. Schowała się na drzewie. Dzień nie wiadomo czego zrobił się o wiele krótszy ponieważ właśnie zapadał zmrok - co jest grane... - Spojrzała na niebo zobaczyła listę zmarłych po czym tych którzy żyją.

Żyły 3 kucyki. Ona, jakiś jednorożec i Strong Stone. Usłyszała nagle krzyk kogoś, szybko tam poleciała. Był to Strong walczący z jednorożcem, i to w tym samym miejscu skąd wystartowali. Pomóż mi!!! - Krzykną Strong gdy zauważył klacz która była z tego samego dystryktu co on. Ona szybko zabiła jednorożca strzelając do niego z łuku. Stanęła obok Stona - Nic ci nie jest? - zapytała go. Ten wstał, było odwrócony do niej - Nie... w przeciwieństwie do ciebie! - Uderzył ją w głowę z całej siły - Nauczyłem się tu jednego... litość jest dla słabych! - Już miał się na nią rzucić z mieczem, gdy w ostatniej chwili ona wbiła mu sztylet w brzuch. Nagle światło rozbłysło, ona wstała i usłyszała  "Wygrał numer 4 Sagitta Greita"
Koniec.

)
 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Do trzech razy sztuka!

 

Doświadczenie: Mam trochę doświadczenia po kilku grach w Dungeons & Dragons, byłem zarówno prowadzącym jak i graczem.

Jakie INNE realia mógł byś zaproponować: Przede wszystkim Warhammer 40k, również czasy wojny domowej w Japonii (samuraje itp.), Dungeons & Dragons, Equestria, ,średniowiecze, świat gracza byłby mile widziany

Dlaczego Ty?: mam nawet dużo wolnego czas jak i masę pomysłów

Wady, zalety (swoje, oczywiście): mam bardzo bujną wyobraźnie (czasem zbyt bujną) i przez to mogę wymyślić różne ciekawe historie, ale czasem mogę po prostu nie mieć pomysłów lub czasu

 

Kontakt: skype: Michalinek666

Przykładowe własne opowiadanie:

Był środek nocy. Gęsta mgła pokrywała większą część małej wsi niedaleko Krakowa. Mało osób znało to niegdyś tętniące życiem, teraz już wymierające miejsce. Wysoka postać przemykała się bezszelestnie pomiędzy nielicznymi domami. Celem tego człowieka był grób. Po drodze patrzył ze smutkiem w oczach na w większości zamknięte lub opuszczone w pośpiechu domy. Pamiętał, gdy biegał po łące i bawił się z psem, gdy pomagał tacie pracować, kiedy po raz pierwszy razem z mamą upiekł tort. A jednak najbardziej lubił gdy przyjeżdżał jego kuzyn razem z resztą. Właśnie wtedy przeżył najpiękniejsze chwile swojego życia. Razem z kuzynami i kuzynkami rozmawiał, bawił się, urządzał konkursy. Tylko jedna osoba nie brała udziału w tym wszystkim. Najmłodszy z całej rodziny, Staś. Bardzo by chciał razem z wszystkimi pobiegać, pobawić się, ale jedna rzecz mu w tym przeszkadzała. Wózek inwalidzki. Staś nie miał nóg, urodził się bez nich. Całe życie na wózku. Siedział pod drzewem i patrzył, jak inni biegają. Pawła z rozmyślań wyrwał cichy szum. Rozejrzał się i stwierdził, że dotarł na miejsce. Stał przed wielką żelazną bramą, która zawsze była otwarta. Obok stała tabliczka z napisem "cmentarz". Paweł powoli przeszedł przez bramę i postanowił znaleźć jeden konkretny grób. Przeszedł jakiś kawałek i znalazł to czego szukał. Stał tu kamień z napisem "Tu spoczywa Staś" a pod spodem datą zgonu "??? - 2009". Nie wiedział kiedy Staś się urodził, gdy wyrył ten napis. Sam urządził mu pogrzeb, sam zrobił dla niego trumnę. Nikogo kto mógłby to zrobić nie było w pobliżu, a Paweł i tak nie dałby tej pracy nikomu innemu. Zostały mu jedynie wspomnienia po uśmiechniętym chłopczyku na wózku. Jedynie wspomnienia...

(wspomnienie)

- Paweł, źle to robisz! Najpierw szkic, potem cieniowanie! - Staś podjechał do Pawła i pokazał mu jeszcze raz jak zrobić rysunek domu, drzewa czy innej rzeczy. Sam miał wielki talent do rysowania, to postanowił nauczyć trochę Pawła bo nie umiał za bardzo rysować.

- Zróbmy przerwę, co ty na to? - Paweł spojrzał na Stasia

- Ale tylko na chwilę. Muszę nauczyć jedno beztalencie rysowania. - Staś uśmiechnął się szeroko - Ale gdzie pójdziemy?

- Może na zakupy, mama mi mówiła, że trzeba coś kupić. - odpowiedział Paweł na zadane mu pytanie i wstał z krzesła

- Masz pieniądze i listę zakupów? Trzeba będzie po wszystko pójść.

- No to chodź! Nie stój tak! - powiedział Paweł i ruszył w stronę domu

- Pomóż. Choć trochę. - Staś spojrzał błagalnym wzrokiem

- Dobra, niech ci będzie. Tylko pamiętaj o ulicy. Sam musisz przez nią przejść

-Dobrze, tylko chodź już. Jedziemy do domu! - Staś zagwizdał i trochę się ruszył. Paweł podszedł do wózka i popchał go. Szli sobie rozmawiając na różne tematy i doszli do ulicy.

- To ja idę pierwszy - powiedział Paweł i wskoczył na jezdnię. Nagle usłyszał trąbienie samochodu i coś popchnęło go do przodu. Coś twardego, coś jak... wózek Stasia. Usłyszał trzask i odwrócił się. Samochód miał lekko wgnieciony zderzak a dwa metry dalej leżał zmasakrowany wózek. Paweł wstał szybko i podbiegł do wózka. To co zobaczył przeraziło go. Obok wózka w kałuży krwi i bez kawałka tułowia leżał Staś. Na jego twarzy został uśmiech, gdy po twarzy Pawła spływały łzy. Usłyszał pisk opon i zobaczył odjeżdżający samochód. Ale mało go to teraz obchodziło. zdjął koszulkę i ułożył na niej zwłoki swojego kuzyna. Poszedł do domu, i tam zrobił dla Stasia ostatnią przysługę. Zbudował mu trumnę, pochował go w miejscu gdzie uwielbiał przebywać, a kilka miesięcy potem zbudowano tam cmentarz.

(koniec wspomnienia)

Po twarzy Pawła popłynęły łzy. Położył na grobie kuzyna kwiaty, pomodlił się i powolnym krokiem poszedł do domu.

KONIEC

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doświadczenie: Na tym forum nie mam zbytniego doświadczenia. Gram w trzech sesjach. Kiedyś prowadziłam trzy blogi, które były do tego podobne, ale że ludzie byli nieobowiązkowi a ja nie miałam już siły ich pilnować, to zamknęłam wszystkie. Piszę opowiadania, czasem wiersze. Niegdyś dużo czytałam, ale potem trafiłam na te forum (xD)
Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?: Equestria (to chyba oczywiste), Świat Dysku, nasz piękny, chemiczny świat... W sumie jest tego dużo więcej, ale osobiście wolę wymyślać własną rzeczywistość, niż działać na już przez kogoś wymyślonej.
Dlaczego Ty?: Ponieważ... yyy... Mam dużo pomysłów i nie lubię gdy się marnują.
Wady, zalety (swoje, oczywiście): Trudno mi tak o sobie pisać obiektywnie, ale spróbuję. No więc:

Zalety: Zwykle mam dużo pomysłów. Jestem cierpliwa dla osób, które później przysyłają opowiadania (choć nie wiem czy to zaleta). Staram się być otwarta na rady, sugestie.

Wady: Na forum jestem codziennie, ale najwcześniej o 17. Przeważnie piszę (w miarę możliwości) krótko i na temat, a czasami piszę strasznie rozwlekle, a nic w sumie się w opowiadaniu nie dzieje. Pomimo tego, że czasami zdarzy mi się błąd ortograficzny, nie mogę patrzeć na wypowiedzi osób, którzy nie stosują się do zasad interpunkcji i ortografii.
Kontakt (mail / gg / aqq / skype): [email protected]/46940106/jasiamina
Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

Pinkie w podskokach skierowała się w kierunku drzwi żegnając się z Gummym:
- Nie martw się Gummy! Niedługo wrócę, a taki dzielny i mądry aligatorek na pewno sobie da radę sam!
Na tą wypowiedź gad odpowiedział mrugnięciem. Pinkie uśmiechnęła się i wybiegła z domu. Gummy został sam. Stał. Słońce powoli przesuwało się po widnokręgu. Nagle promienie zaczęły wpadać przez otwarte drzwi wprost na Gummy'ego. Aligatorek zamknął oczy. Wokół zrobiło się strasznie ciemno, a przed oczami zaczęły mu się ukazywać różne kształty. Ze zdziwienia otworzył oczy i nagle wszystko znikło. Nadal zdziwiony aligatorek odwrócił się powoli i ruszył w kierunku kuchni. Gdy znalazł się w pomieszczeniu, usłyszał dziwny dźwięk. Gummy obrócił się w prawo i w lewo, ale nic nie zauważył. Powoli ruszył w kierunku poduszki, która leżała na ziemi, gdy nagle coś błysnęło mu przed oczami, a następnie wszystko zgasło. Usłyszał trzask drzwi. Przed oczami znowu zobaczył te dziwne świetliste kształty i w jednej chwili wszystko powróciło do normy. Gummy ruszył przed siebie i już miał wskoczyć na poduszkę, gdy zauważył, że ktoś już na niej siedzi. To był mały zielony aligator! Zeskoczył z posłania i stanął naprzeciwko Gummy'ego. Gummy spojrzał na niego a tamten... mrugnął. Nasz kochany pupil Pinkie aż zatoczył się do tyłu pod wpływem szoku, jakiego doznał poprzez ten sygnał. Mniejszy aligator zbliżył się do niego. Nagle do kuchni wpadła Pinkie.
-Witaj Gumciu, już wróciłam! Wiesz co mnie dzisia... Gummy! Ty jesteś... matką?
Aligatorek mrugnął.
-Co? Nie wiesz skąd wziął tu się ten mały aligatorek? Przyszedłeś do kuchni, a on tu już siedział i wtedy zobaczyłeś takie dziwne jasne kształty, a potem ten mały powiedział ci, żebyś się stąd zmywał, bo jak nie, to cię przerobi na rękawiczki?! O droga Celestio, co tu się dzieje?!
Gummy mrugnął, wyrażając swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. Nagle usłyszał za sobą trzask. Na miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał mały gad, teraz stał patyko-wilk! Pinkie odskoczyła jak poparzona i zaczęła krzyczeć. Gummy mężnie stanął do walki. Patyko-wilk w jednej chwili zamienił się w Mantykorę. Aligatorek aż mrugnął ze strachu, jednak nie zaczął uciekać. Złapał w zęby (a raczej ich brak) deskę, która odłamała się od stołu, który przygniótł wielki stwór. Nagle Gummy zaczął rosnąć. Rósł, rósł, rósł, aż w końcu był na tyle wielki, by móc jednym pazurkiem wgnieść potwora w ziemię. Aligator mrugnął, a następnie kichnął. Zaczął się kurczyć. Gdy wrócił do swojego normalnego rozmiaru, obejrzał się wokoło. Nigdzie nie widział Mantykory. Już po chwili u jego boku pojawiła się Pinkie, pozostała piątka elementów harmonii i parę innych kucyków gratulujących wygranej. Na wszystko Gummy odpowiadał leniwym mrugnięciem. Nagle mina Pinkie się zmieniła. Zaczęła krzyczeć:
- Gummy! Jak mogłeś! Zniszczyłeś nasz dom!
Większość kucyków poszła w ślady różowej klaczy, krzycząc na aligatorka. Pozostali odwrócili się jakby urażeni i wrócili do domów. Biedny Gummy opuścił głowę, a z jego wyrażających wszystko oczu spłynęła jedna łza. Uderzając w ziemię wywołała wybuch, przypominający ten, który wytwarza ponaddźwiękowe-bum. Żaden kuc, jakby nie zwrócił na to uwagi. Nagle Gummy uniósł się do pozycji stojącej, założył ciemne okulary i powiedział niskim głosem:
-Gdyby nie ja, was by tu już nie było.
I odszedł... [*]
Gummy otworzył szeroko oczy. Słońce już dawno zaszło i na niebie widniał księżyc, obwieszczający panowanie księżniczki Luny. Pinkie Pie stała przed aligatorkiem cmokając.
-Oj Gummy. Mogłeś się położyć w kuchni! A tak spałeś na ziemi i to w dodatku przy otwartych drzwiach! Oj Gummy, Gummy. Co ty byś beze mnie zrobił.- powiedziała Pinkie podnosząc aligatora i kierując się w kierunku kuchni.
- Zdziwiłabyś się- wyszeptał Gummy zakładając ciemne okulary.

 

To opowiadanie nawiązuje do postaci z 'takiego tam' bloga, dlatego dałam go w spoiler, a opowiadanie kucykowe dałam jako przykład "krótko i na temat"

Były moje 18 urodziny. Wstałam, umyłam się i przebrałam, a potem zeszłam na śniadanie. Byłam bardzo entuzjastycznie nastawiona do świata. W końcu to 18-stka! I w dodatku sobota! Gdy tylko zjadłam śniadanie, już chciałam pójść do koleżanki, gdy nagle zawołała mnie matka:

-Jasmine!

Od razu zrozumiałam, że coś się święci. Tylko co?

-Idę!- odpowiedziałam i ruszyłam z powrotem do kuchni. Nienawidzę kuchni. Tam zawsze pachnie tymi ohydnymi warzywami.

-Wiesz co, Jasmine? Musimy Ci coś z ojcem powiedzieć.

-No dobra, dajecie- rzuciłam i padłam na pufę.

-No więc... Od czego by tu zacząć- powiedziała oglądając się nerwowo.

-Możesz walić prosto z mostu.

-No... dobrze. Wiesz ty zawsze byłaś wyjątkowa.

-Tak... tak... zawsze mi to powtarzasz.

-To prawda, powtarzam Ci to dlatego, że jest to prawda. Dosłowna prawda.

Spojrzałam na nią krzywo. Co miała na myśli mówiąc "Dosłownie prawda"? Stwierdziłam, że muszę się tego dowiedzieć, więc spytałam:

-Ale... w jakim sensie?

Ona wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po kuchni.

-No bo... dobrze... nie ma co ukrywać... jeśli się zacznie, to trzeba skończyć- mówiła sama do siebie.- W jednej chwili stanęła po środku kuchni i powiedziała- Jesteś mieszańcem wilkołaka i anioła.

Oczywiście zaczęłam się śmiać. "Ja? Wilkołak i anioł?' i znowu napad śmiechu. Po chwili pomyślałam, że jeśli ona podchodzi do tego tak poważnie, to musi to coś oznaczać.

-To prawda.- powiedziała wyprzedzając moje pytanie. Zdziwiłam się.- Czekaj- powiedziała i poszła zasłonić okno. Zasłony nie hamowały dobrze słońca, ale nie można przez nie niczego zobaczyć. Spojrzałam na nią. W mgnieniu oka coś zaczęło się z nią dziać. Po chwili stał przede mną wielki wilk.

-To... Jest... Niemożliwe... - ledwo wykrztusiłam z siebie.

~Możliwe~ usłyszałam w głowie. Wstałam i uciekłam do pokoju. Wzięłam torbę i szybko zaczęłam upychać tam rzeczy. Po chwili miałam już wszystko, czego potrzebowałam. Podbiegłam jeszcze do mojej "świnki na czarną godzinę". Nawet sobie nie wyobrażałam, że będę ją musiała użyć w takiej sytuacji. Podniosłam ją i z całej siły rzuciłam ją na podłogę. Oczywiście się stłukła. Wyjęłam pieniądze i wpakowałam luźno do torby. Nałożyłam na siebie płaszcz i wybiegłam z pokoju. Gdy zbliżałam się do drzwi wyjściowych drogę zagrodziła mi matka:

-Nic na to nie poradzisz! Taka już jesteś i tego nie zmienisz!

Byłam wściekła, ale jednocześnie bałam się. Co jeśli ona ma rację? Szybko odrzuciłam tą myśl od siebie. Już naciskałam za klamkę, gdy ona złapała mnie za rękę.

-Nigdzie nie idziesz. Nie rozumiesz?

-Jestem już pełnoletnia!- krzyknęłam i pociągnęłam rękę. Ona jednak uparcie ją trzymała. Spojrzałam na nią z nienawiścią. Wyobraziłam sobie, że jednym popchnięciem ręki odrzucam ją na ziemię. Popchnęłam rękę i... stało się tak! Stanęłam jak wryta. "Nie mam czasu rozmyślać nad tym co się stało!" krzyknęłam w myślach sama na siebie i wybiegłam. Na dworze padało. Biegłam, a krople deszczu spadały mi na twarz. Dobiegłam na przystanek i wsiadłam do autobusu. Jechałam długo. Nie wiedziałam gdzie jechać. A w sumie wiedziałam: jak najdalej stąd! Długo błąkałam się po mieście bez snu. Stwierdziłam, że tu nic nie znajdę, więc udałam się do lasu. Tam tez nie było czego szukać, ale co tam. Przynajmniej ludzie się nie będą głupio patrzyć. Zaczęłam rozmyślać nad tym, co się właściwie stało. Nagle uderzyłam w drzewo (a przynajmniej tak myślałam). Otrząsnęłam się z zamyślenia i spojrzałam się na to "drzewo". Okazało się, że moje podejrzenia były błędne. Przede mną stał chłopak.

-O cześć. Przepraszam, byłam zamyślona.- powiedziałam zawstydzona.

-Nic nie szkodzi.- odpowiedział "bezimienny" i uśmiechnął się. Dziwnie się poczułam.

-A ty... co tu robisz?

-Mieszkam, a co?

-W takim lesie? Tu jest cokolwiek?

-Tak. Tu jest pewien... dom. -powiedział niepewnie.- Tyle, że... no... mieszkają tu tacy... inni.

-Jacy inni?

-Hmm... Jak by tu Ci to powiedzieć...

-A mogę Ci się zwierzyć? Nie będziesz uważać mnie za wariatkę, czy coś?

-Nie. Uwierz mi. Pewnie to co mi teraz powiesz będzie sto razy bardziej normalne niż to, co widzę na co dzień.

-Dobra. No więc...- nadal nie byłam pewna, czy mogę mu to powiedzieć- No...

-Wykrztuś to z siebie. Nie masz się co bać.- zachęcił mnie.

-Dobra. Już mówię. Dziś dowiedziałam się, że... że jestem potworem. -powiedziałam i się zaczerwieniłam. Ukazałam skrzydła. Nie wiem jak to zrobiłam. Pewnie teraz uzna mnie za totalną wariatkę.

- I? Co w tym dziwnego?

Zamurowało mnie. On się pyta, co w tym dziwnego!

-No nie wiem. Sądziłam, że uznasz mnie za wariatkę.

-Tak, od razu za wariatkę. Ja też mam taki sekret.

"Pewnie mu też coś jest"- pomyślałam, ale od razu odrzuciłam od siebie ta myśl.

-Ja jestem aniołem śmierci.- powiedział poważnie. "Dobra. Teraz już wiem co to za budynek. To dom wariatów" -stwierdziłam w myślach. Spojrzałam na niego i szczęka mi opadła. Za jego plecami unosiły się skrzydła! Takie czarne, z piórkami!

-Jaaa... Nie wierzyłam, że to możliwe...

-To teraz już wiesz, że jednak jest to możliwe. Ale już. Nie stójmy na deszczu! Masz się gdzie podziać?

-Nie... Raczej nie.

-A chciałabyś chociaż chwilowo pobyć u nas? W domu upiorów?

-No... chciałabym.- odpowiedziałam. Czułam się dziwnie.

On ruszył, a ja za nim. Po chwili odezwał się:

-O rany. Zapomniałem się przedstawić. Jestem Hellboy. A ty?

-Ja jestem Jasmine.

-Ładne imię. Choć szybciej. Zaczyna mocno padać.- powiedział i przyśpieszył kroku.

Po dłuższym czasie dotarliśmy na miejsce. To nie był dom. To było zamczysko! Szturchnął mnie. Spojrzałam na niego. Stała przy nim jakaś dziewczyna.

-Witaj. Jestem Nikiwe. Chciałabyś tutaj mieszkać?

-Tak. Jeśli można, to tak.

-Zaprowadzę cię, do twojego pokoju. -powiedziała stanowczo. Wydawało się, że to ona tutaj rządzi. Chyba tak było.

Ruszyłam za nią. Spojrzałam się za siebie. Hellboy stał nadal w tym samym miejscu. Uśmiechnął się. Ja odwzajemniłam uśmiech. "Fajnie tu"- pomyślałam i podążyłam za Nikiwe.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widzę tu niesamowitą konkurencję ^^

Zastanawiałem się czy nie pisać jakichś fanficów ale puki co książka sama się nie napiszę. Mam pytanie, czy ktoś jeszcze tu pisze książkę? Chętnie powymieniałbym się z kimś doświadczeniami :D

Whyyyy ;_;

Share this post


Link to post
Share on other sites
Doświadczenie: Prowadziłam sesje w Warhammer i brałam udział w trzech LARP’ach oraz w czterech sesjach z czego jedną prowadziłam.
Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować? Mogła bym poprowadzić kucykowego Warhammera oraz świat z mutantami, jak w MARVEL’u tylko że bez X-menów. Wiedźmin. Mam jeszcze pomysł na świat z dajmonami (zauważalnymi duszami człowieka/kucyka zawartymi w postaci zwierzęta). Mam jeszcze plan zrobienia sesji na podstawie Doctora Who, kiedy toczyła się wojna czasu. Jestem wieeeeeeelką fanką Science Fiction więc na pewno zrobię coś w tych klimatach.Poza tym mogę prowadzić światy na zamówienie.
Dlaczego Ty?: Bo jestem kreatywna, i wytrwała. Potrafię ładnie opisywać różne sytuacje oraz przedmioty, umiem stworzyć sytuacje które wymagają logiki nie tylko za strony postaci ale i gracza. Nie mam żadnych uprzedzeń ani zastrzeżeń do tego jaka ma być sesja. Na forum wchodzę często, właściwie za raz po włączeniu komputera. Mam dużo wolnego czasu który wolę poświęcić na prowadzenie sesji niż na sprzątanie w pokoju. ;) Nie obchodzi mnie to jak często gracz wchodzi i odpowiada na moje sesje, tylko to w jaki sposób. 
Wady i zalety: 
Zalety: Zawsze wiem co ma być dalej w sesji. Nie wymuszam na graczu decyzji. Mam czas i mnóstwo pomysłów, czasami nawet aż za dużo 
Wady: Czasami za bardzo się rozpisuje i potrafię pisać jedną odpowiedź kilka dni, lub porostu nie mam czasu.
Przykładowe WŁASNE opowiadanie:
Zimny deszcz spływał po jej karku gdy stała przed domem burmistrza. Minęło prawie dziesięć lat odkąd ostatni raz stała w tym miejscu, planując zabójstwo. Ostatnim razem musiała uciekać stąd pod zarzutem zabójstwa którego nie popełniła. Ktoś ją uprzedził, a wina spadła na nią. Teraz wszyscy pomarli na epidemię ospy która zniknęła tak niespodziewanie jak się pojawiła. Miasto było tak opuszczone i ciche że przypominało wioskę duchów. Nastia tak właśnie się czuła. Gdy weszła do domu przeszył ją dreszcz. Jej nozdrza natychmiast wychwyciły zapach śmierci, leniwie unoszący się w powietrzu. Szła ciemnym korytarzem ze ścianami obwieszonymi bibelotami i obrazami przodków jej rodziny. Surowe, namalowane na płótnie twarze zdawały się śledzić za nią wzrokiem gdy przechodziła obok nich i wymawiać tego czego nie potrafiły powiedzieć usta: Dołączysz do nas. Umrzesz. Jesteś taka jak my. Ona jednak nie była podobna do żadnego z nich. Zamiast gładkich bond włosów, ona miała czarne jak węgiel przechodzące w turkus na końcach. Zamiast bladej, wręcz białej cery jej była w odcieniu miodu. Zamiast wielkich niebieskich oczu, jej były jak zielone migające światełka  Nie była do niech podobna. Do nikogo na świecie, nie była podobna. Kiedy weszła do pokoju swojej matki, od razu podbiegła do łóżka na którym leżała. Na pierwszy rzut oka poznała, że jej matka nie umarła od ospy, tylko od miecza.
-Mamo...- Wyszeptała a łzy poleciały jej po policzku.- Powinnam była tu zostać. Obroniła bym  i ciebie, i Posy,i Jhona, i tatę też. Nie umarli byście. Zabrała bym was gdzieś daleko. Gdzie nie zabiła by was ani ospa ani ten kto zabił ciebie.Wybacz mi.
-To takie sentymentalne.- Odezwał się głos dochodzący z nieoświetlonej części pokoju. Brzmiał pogardliwie, ale Nastia wyczuła kryjącą się pod maską dobroć. Pomimo swego swojego przeczucia błyskawicznie wyciągnęła miecz z pochwy przyczepionej do pasa. Na dźwięk szczęknięcia nieznajomy tylko głośno się roześmiał.- Masz zamiar ze mną walczyć? Naprawdę? Proszę cię. Pokonał bym cię z rękoma związanymi za plecami. Ale, gdzie moje maniery? Jestem Jamie Seaworth, syn Melchiora  A ty, nie musisz się przedstawiać, Nastio córko nikogo.
-Obawiam się że nie wiesz co mówisz mój panie.- Powiedziała Nastia przypatrując się mężczyźnie który wyszedł z zaciemnionego kąta. Był wysoki, i dobrze zbudowany. miał brązowe gęste włosy opadające do piersi i lekki zarost. Pod łukowatymi dostrzegła brązowe, błyszczące oczy. Z lekką niechęcią, stwierdziła że był dość przystojny.- Prawdą jest że mam na imię Nastia lecz jestem córką Bastiana.
-Och, ty nadal w to wierzysz. To smutne że jeszcze nie zauważyłaś tego faktu że nie pochodzisz z tej rodziny. Właśnie dlatego tu jestem. Pochodzisz ze starego rodu o nazwisku Dark i ....
-Nieeeeeee!- Wrzasnęła nastia rozwścieczona słowami przybysza- Ty jesteś opętany  Wyjdź z tego domu ja jestem normalna! Rozumiesz,normalna!-W tym momencie nieznajomy złapał się za głowę i rzucił na podłogę zwijając się w konwulsjach,a Nastia nie przestawała krzyczeć.- Jesteś nienormalny!Ja nie jestem potomkinię rodu Dark, rozumiesz? Wyjdź i nie wracaj, nie chcę cię więcej widzieć na oczy!-Kiedy Nastia nadal krzyczała, mężczyzna nadal z rękami przy głowie podszedł do niej powolnym krokiem i jednym wprawnym ruchem powalił ją na ziemię. Ona przestała krzyczeć, a jego konwulsje ustały.
- Posłuchaj,- Zaczął powoli jak gdyby bał się że Nastia znowu wpadnie w szał.- Wiem że to może być dla ciebie trudne do przyjęcia, ale jesteś Nastią córką nikogo z rodu Dark. Mam dla ciebie propozycję. Ja wiem, kto jest twoim ojcem, a ponad to muszę do niego dotrzeć w pewnej sprawie. Jednak nie mogę iść tam sam, ponieważ do wejścia do ich fortecy potrzebny jest ktoś z rodu. Jeśli mi pomożesz zdobędziesz ojca, i rodzinę o jakiej zawsze marzyłaś  Jeśli nie chcesz ich miłości możesz poprosić Lorda Dark o wydziedziczenie cię co spowoduje że pozbędziesz się swoich mocy. Co ty na to?- Zapytał wyciągając rękę
Nastia zastanowiła się chwilę. Ten typ zdecydowanie wiedziało niej więcej niż ona sama. A poza tym, wiedziała że i tak nie ma wyboru. jeśli by się nie zgodziła ten człowiek wyda ją kapłanom oczyszczenie aby spalili ja na stosie jako nieczystą. Poza tym wiedział o jej telepatii oraz telekinezie. Nie mogła mu zaufać. Ale jeśli okazało by się że to co on mówi jest prawdą... Coś w jego głosie podpowiadało jej że nieznajomy nie kłamie. Popatrzyła mu prosto w oczy, i chwyciła wyciągniętą rękę.
KONIEC
Jeśli to nie wystarczy mam tu też historię kucyka którą napisałam do podania do sesji RPG

Arietta BlackWidow znana również pod nazwą projekt 0257.
Urodziła się na ulicy. Została oddana do przytułka zaraz po urodzeniu, skąd zabrali ją w wieku 2 lat razem a mnóstwem innych źrebiąt na satelitę planety, zwaną Domino. Po przyjechaniu został jej nadany numer 0257. Na Domino przeprowadzano tajne eksperymenty nad kucykami ziemskimi, w wyniku których wyrósł jej róg oraz została obdarzona niewiarygodnie wielką mocą magiczną, która to pomogła jej w wieku 10 lat uciec z Domino. Usiłowała uratować jeszcze kilka innych kuców ale bały się one, bo wiedziały że jeśli ich złapią wszyscy zostaną zabici. Sama więc wyruszyła, i wydostała się z satelity
Stukot własnych kopyt był jedynym dźwiękiem jaki słyszała szwendając się po uliczkach miasta. Nie miała do kąd iść. Euforia która nastąpiła po wydostaniu się z ośrodka badawczego już dawno przeminęła i ustąpiła miejsca czarnej rozpaczy. Od doby nie miała w ustach nic poza wygrzebanej z kubłów na śmieci piętki czerstwego chleba. Ponadto zimno niebywale jej doskwierało,a porywisty wiatr smagał ją lodowatym podmuchem, przyprawiając ją o jeszcze większe dreszcze. Kątem oka zauważyła ciemną sylwetkę kuca wyłaniającą się z mroku jednej z bocznych uliczek. Nie zwróciła na to większej uwagi, dopóki nie zorientowała się że uporczywie idzie za nią od okoła dziesięciu minut. Zaczęła się rozglądać za jakimkolwiek metalowym elementem, czy choćby czymś mogła by wykorzystać jako prowizoryczną broń, kiedy ogier zagrodził jej drogę. Miał ciemno brązowe umaszczenie i krótko obciętą granatową grzywę, ponadto cuchnął alkoholem i zgnilizną.
-Hej, to nie jest miejsce dla małych klaczy, wiesz? Jeszcze coś mogło by ci się stać. Może cię odprowadzić?
-Nie, dziękuję. Sama się oprowadzę.
-No nie bądź taka.- To mówiąc objął ją w pasie i przycisnął do siebie. Zaczęła wierzgać ale jej przeciwnik był większy i silniejszy. Ponadto nic nie zrobił sobie z głośnych krzyków tylko się roześmiał.- Zadziorna jesteś, lubię takie. No to zaczynamy zabawę. Co malutka? Jak ci...
Nie zdążył dokończyć bo nagle zamknął oczy, i przewalił się na zdezoriętowanął klaczkę. Gdy wyswobodziła się z ciała które ją przygniotło, zobaczyła że tuż za miejscem w którym stał kuc, stoi blado granatowy pegaz o czarnej jak smoła grzywie, trzymający w pysku łom, który natychmiast odrzucił i spojrzał na nią z ukosa.
-Powinnaś być bardziej ostrożna.
-Tak, pewnie tak.- Odpowiedziała przypatrując się z zaciekawieniem kucowi. Teraz zauważyła że miał ciemne głębokie zielone oczy.
- Nie jesteś z tąd, prawda?- Zapytał unosząc brwi.
-Nie. Pochodzę z Domino.- Powiedziała za nim zdołała ugryźć się w język. Jak mogła być tak bezmyślna. Jeśli słyszał o Domino natychmiast ją złapie, albo zabije.
-Nie słyszałem o takiej planecie. -Powiedział rozwiewając resztki jej obaw.- Jestem Jony DarkForest.
- Miło mi. -Teraz ona też powinna się przedstawić. Tylko że wcale nie miała imienia. W ośrodku była po prostu projektem 0257. W końcu podała pierwsze lepsze imię.- Arietta...- Rozejrzała się gorączkowo w poszukiwaniu pomysłu. Jej wzrok natrafił na pająka który plótł sieć w rogu budynku.- Arietta BlackWidow.-Dokończyła.
-To do zobaczenia, Arietto.
Klaczka nie poruszyła się, tylko wpatrywała w sylwetkę znikającą w mroku. Kuc przystanął i obrócił się w jej kierunku, po czym zapytał.
-Nie mas do kąd iść?- Pokręciła przecząco głową.- Choć ze mną. Lepiej żebyś się nie wpakowała w kolejne kłopoty, kiedy nie będzie mnie w pobliżu.
Tak właśnie Arietta, czy też projekt 0257 poznała Johnego DarkForest, z którym zetknęła się jeszcze przy innej okazji.
Arietta była w branży przestępczej dopiero od kilku miesięcy, ale już zdołała się stać jednym z najpopularniejszych płatnych morderców. Właśnie czekała na spotkanie z jednym z jej najlepszych klientów. Tym razem jednak miało chodzić o coś ekstra. Podobno było to zadanie na którym poległ już nie jeden zabójca. Arietta jednak nie dawała wiary pogłoskom. Właściwie, nigdy nie interesowała się ofiarami. Kim byli, co robili, lub jak się narazili jej pracodawcy. Za to właśnie ją ceniono. Za dyskrecję, rzadko spotykaną w świecie przestępczym. Arietty nie obchodziły szczyty polityczne i spiski czy knowania, dążące do obalenia jednego z polityków, czy wzniecenia buntu. Ona miała zadanie do wykonania. Oczywiście, nie zawsze chodziło o tak wyniosłe zadania. Czasami ginął zięć, lub teściowa, lub po prostu za bardzo napraszający się akwizytor. Wszyscy ginęli z mniej lub bardziej wyjaśnionych przyczyn. Winą obarczano zagłodzenie, przeoczony zator w tętnicy czy nadpsutą żywność. Arietta właśnie zastanawiała się jak upozoruje śmierć swego celu, gdy do jej małego zaphlonego poddasza, weszła przez drzwi młoda na oko dwudziestoletnia klacz, która na widok trzynastolatki zatrzymała się i rozejrzała po poddaszu.
- Kiedy mogę się spotkać z pająkiem?- Zapytała przymilnym tonem.
- Oczekiwałaś starszego kuca o wystającym sześciopaku? Przykro mi że cię zawiodłam. Na szczęście nie mam w zwyczaju zawalać roboty tak jak wizerunku.- Nie zdziwiło jej to że pracodawca nie pokazał się osobiście. Nigdy tego nie robił. Nie spodziewała się jednak wypudrowanej klaczy. Nie miała jednak co wybrzydzać. Klient, to klient.- Kto tym razem?- Zapytała rzeczowo.
-TY???, jesteś pająkiem. Bardzo śmieszne mała. A teraz idź do domu. Chyba nie szukasz tu problemów.
Arietta uniosła brwi, a jej nóż błyskawicznie znalazł się przy gardle klaczy, która nawet nie zauważyła kiedy Arietta znalazła się obok niej.
- Wydaje mi się że to ty, powinnaś uważać na problemy. A teraz, powiedz grzecznie kogo mam zabić, bo może się okazać że to będziesz ty.- Powiedziała z mściwym uśmiechem na ustach. Uwielbiała chwilę kiedy mogła kogoś postraszyć. Ubóstwiając przerażone spojrzenia, takie same jakie teraz kierowała w jej kierunku klacz.
To skutecznie przekonało zleceniodawczynie że ma do czynienia z tym kogo szukała. Przełknęła ostrożnie ślinę i starała się nie brać większego wdechu aby nóż nie wciął się w jej gardło.
-Chodzi o szefa mafii, zwanego wężem.- Powiedziała i ostrożnie wyjęła z torby pogniecioną zżółkłą karteczką na której był wypisany starannym pismem adres, i numer pod którym zabójczyni mogła znaleźć cel. Podała ją Ariettcie która opuściła nóż i z zainteresowaniem przyjrzała się napisanemu adresowi. -Zabójcy na niego nasłani zaginęli bez wieści. Zajmuje się głównie ściąganiem kasy od...
-Dostarcz swojemu szefowi, że możecie go uważać za zmarłego.- Bezpretensjonalnie przerwała klaczy, która skwitowała to prychnięciem, ale nie zbyt pogardliwym. Nie miała ochoty znów poczuć ostrza na gardle. Zmierzyła Ariettę wzrokiem, i wyszła.- Wąż, i pająk. - powiedziała sama do siebie- Będzie ciekawie.

Gdy doszła pod wskazany adres lał rzęsisty deszcz. Spływające po jej nie osłoniętym karku strużki lodowatej wody przyprawiały ją o dreszcze. Nigdy nie zabierała na takie wypady więcej niż opaski na bok i oczy, oraz czarnego pasa który owijała wokół talij na którym były zawieszone noże, dwie fiolki z trucizną i granat dymny i inne przydatne rzeczy. Skoro polegli lepsi od niej, musiała się przygotować. Stała teraz przed wielkim budynkiem bez okien. W jedynych drzwiach jakie Arietta dostrzegła stał wielki brunatny ogier o długiej grzywie która nie różniła się kolorem od jego maści. Nie postrzegła go jako problemu. Wyglądał po prostu na mięśniaka. Dała głowę że tak powinien wyglądać płatny zabójca. Nie jak chuderlawa trzynastolatka,tylko wielki umięśniony ogier o twardym i nie wzruszonym obliczu. Westchnęła i podeszła do ogiera robiąc wielkie oczy. Kiedy chciała, potrafiła wyglądać na bardzo ponętną. Ogier spojrzał na nią, ale za oderwał wzrok. Arietta zbliżyła się do niego z figlarnym uśmiechem na ustach. Tak jak podejrzewała, ten idiota nawet jej o nic nie podejrzewał. To był błąd. Gdy zbliżyła się do niego na odległości kilku kroków, jeden z noży w jej pasie otoczył lekka turkusowa mgiełka. Zanim strażnik się zorientował leżał z poderżniętym gardłem. Jeśli to była ochrona, to ona jest córką Luny. Podepchnęła nieruchome ciało do czytnika siatkówki, a drzwi otworzyły się bezszelestnie. Gdy tylko się skupiła, powoli zaczęła stawać się przeźroczysta. Gdy już osiągnęła zamierzony cel, czyli całkowitą niewidzialność, Weszła do środka. Byli by głupi gdyby nie umieścili kamer, a ona jeszcze głupsza gdyby dała się na nie złapać. Jej zaklęcia były nie wykrywalne przez żadne czujniki, czy wykrywacze. Był to jeden z wyników eksperymentów przeprowadzanych na niej na Domino. Nie miała planów tego budynku, ale kierowała się instynktem, który rzadko ją zawodził. Gdy doszła do niemal czarnych drzwi uznała że poszło jej łatwo. Za łatwo. Przygotowała granat dymny, i filidranowy nóż, o okrutnie zakrzywionym ostrzu, lubiła go najbardziej. Zwolniła zaklęcie, i tak nie było jej potrzebne, wolała oszczędzać energię na inne rzeczy. Zastanowiła się chwilę, a potem pchnęła drzwi. Znalazła się w pokoju, którego ściany,podłoga i sufit zostały zrobione z czarnego drewna. Na podłodze leżał haftowany dywan z jedwabiu, a ściany obwieszały piękne obrazy i makiety okien przez które w tej chwili widać było falujące morze. Wiedziała że to tylko hologram, ale sprawiał wrażenie niebywale prawdziwego. Przy ścianach ustawiono ozdobne regały wypełnione książkami, a na komódce leżał mały stosik listów. Naprzeciwko miejsca w którym się znajdowała znajdował się fotel, a za nim biurko. Usłyszała męski, głęboki głos. Wydawało się jej że już go gdzieś słyszała, ale szybko odrzuciła tę myśl.
-Gratuluję.- Powiedział ktoś kto najprawdopodobniej siedział na fotelu.- Doszłaś aż tutaj, nie uruchamiając żadnej z pułapek. Faktycznie, zasługuje to na uznanie. Zastanawiałem się kim będzie osoba która będzie miała mnie zabić tym razem. Słyszałem plotki o zabójcy zwanym 'pająkiem' ale nie podejrzewałem tak małej klaczki. Brawo, mistrzowska robota. Więc przyszłaś mnie zabić? Jaka szkoda że ci się nie uda.- Gdy tylko wypowiedział te słowa zza drzwi umieszczonych po prawej stronie Arietty wybiegło tuzin kuców i natychmiast ją otoczyło. Ze zdumieniem, rozpoznała w nich, innych morderców. Mike, Jamie, Eddard, i wszyscy inni.- Gdybyś tylko widziała zabawkę, którą im to zrobiliśmy. Niedługo właściwie zobaczysz. Przycież sama do nich dołączysz. 
na te słowa Arietta stworzyła wokół siebie pole ochronne klasy delta, i błyskawicznie przeteleportowała sie poza linię okręgu, jaki stwarzali otaczający ją kuce. Kule leciały w nią z zabójczą prędkością, a ona również odpowiadała ogniem. Padło trzech, ale Arietta wiedziała że nie da rady tuzinowi. Nawet jeśli by ich zabiła to wiedziała że za drzwiami czekają kolejni. Jedynym jej wyjściem było zabicie kuca na fotelu i ucieczka. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętała z potyczki było przechwycenie broni paraliżującej o dużym zasięgu i odpalenie jej w kierunku tresowanych morderców. Po tej czynności błyskawicznie prze teleportowała się do fotela i przewróciła go naciskając jednocześnie przycisk który zatrzasnął oba drzwi uniemożliwiając przybycie odsieczy. Słyszała głosy każące wyważyć drzwi, ale wiedziała że z nim oni tu dotrą, ich szef będzie martwy. Już miała zatopić kulkę w sercu jej ofiary kiedy, jej wzór napotkał oczy. Wiecznie zielone, bezdenne, ciemne jak otchłań. Nie mogła, po raz pierwszy w życiu zawahała się przed morderstwem. Nie potrafiła tego zrobić. Nie jemu. Zatracona w bezdennej zielonej toni nawet nie zauważyła kiedy czyjeś kopyta odciągnęły ją od niego i powaliły na ziemię, brutalnie dociskając. Odgłosy dochodziły do niej jak słumione i niewyraźne.
-Szefie, nic ci nie jest?
-Nie.- odpowiedział, teraz już miała pewność. Znała go, a teraz umrze z jego ręki. Taki był jej los. Zawahała się przed zabiciem jego, ale on nie zrobi tego w stosunku do niej. Jednak, zamiast wyroku usłyszała polecenie.- Zdejmijcie jej maskę.
-Ale szefie, czy nie lepiej załatwić ją tu i teraz?
-Chcę się dowiedzieć kim jest. I dlaczego jeszcze żyje. - Arietta zrozumiała. Chciał wiedzieć dlaczego go nie zabiła kiedy miała okazje. Ale to nie miało znaczenia. Na pewno jej nie rozpozna. on nie wpatrywał sie w jej oczy, tak uważnie jak ona w jego. Myślała, kiedy ktoś zdejmował jej maskę. Myliła się. - Arietta? - Usłyszała zdziwiony głos. A jednak, poznał ją.- Co ty tu...? Jak ty tu...?
-O to samo mogłabym zapytać ciebie.- Prychnęła klaczka. Podwładni Jhonego tylko popartrzyli po sobie zdezoriętowani tą niecodzienną wyminą zdań poomiędzy płatnym zabujcą, a szefem mafii.
-Mogę ci wszystko wytłumaczyć ale...
-Więdz zrób to!- Wrzasnęła ale zaraz jękneła z bulu czując ogromny nacisk kopyta ogiera na jje bark.- Albo, najpierw każ temu gorylowi nie zrobić za mnie papki.
Tak Arietta i Jhony DarkForest wyjaśnili sobie wszystko. Ona powiedział jej, jak ją znalazł i jak domyślił się czym było Domino i kim ona jest. Jak zatrzymał ją u siebie chcąc skontaktować się z kucykami z Domino aby ją zabrali, a on dostał za nią niezłą kasę. Jak powoli, zamiast łatwym zarobkiem stała się dla niego, znajomą,przyjaciółką, i ukochaną. Jak kiedy przybyli po nią kuce z Domino kazał jej się wynosić w diabły aby ją chronić. Ona też powiedziała mu wszystko. Jak przekonała kuca który pilnował jej celi zeby wszedł do niej, i w efekcie dostał przeciwność tego co mu obiecywała. Jak sama się okaleczyła odcinając kawałek ucha w którym był mikro-chip. Jak go spotkała. Jak wiele wycierpiała na Domino. Po tych wydarzeniach zawarli spółkę i zostali parą. Potem Jhony został przymusowo wezwany do wojska. Mijały lata, a on nie wracał. Po trzech latach czekania Arietta sama postanowiła go odszukać.

 

 


Widzę tu niesamowitą konkurencję ^^
Zastanawiałem się czy nie pisać jakichś fanficów ale puki co książka sama się nie napiszę. Mam pytanie, czy ktoś jeszcze tu pisze książkę? Chętnie powymieniałbym się z kimś doświadczeniami :D

Whyyyy ;_;

Ja pisze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Doświadczenie: W sesjach na forum jako gracz siedzę już długo dzięki czemu czasami analizowałem mistrzów gry dzięki czemu wiem jak powinno się robić sesję.

 

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?: Equestria, The Walking dead, Apokalipsa, Skyrim, Fallout oraz własne pomysły gdyż lubię słuchać pomysłów innych

 

Wady i zalety:

 

Zalety: Jestem chętny, mam duża wyobraźnie dzięki czemu też masę pomysłów, oraz codziennie jestem na forum nie licząc weekendów kiedy wyjeżdzam lub nie mam po prostu dostępu do kompa.

 

Wady: Czasami z powodu moich nastrojów czyli załamania nerwowego spowodowany przez mocny czynnik mogę odpowiadać czasami bez "pasji" lecz zdarza się to wyjątkowo rzadko

 

Moje opowiadanie (właściwie to kawałek mojego fanfica którego piszę ale może się nadać):

 

Stałem przed ich grobem wpatrując się ich duchy. Były całe w bandażach jedyne co było widać to ich oczy niestety były one ślepe. Obserwując je widziałem że dokańczają za siebie zdanie. Ilekroć jedna zaczynała druga kończyła i na odwrót. 

 

-Kim jesteście? Czemu chciałyście się ze mną spotkać oraz czemu tak wyglądacie.

 

Duchy bliźniaczych klaczy popatrzyły na mnie cierpiącym wzrokiem aż mogłem czuć ich wewnętrzne błagania o pomoc.

-Jesteśmy... nie wiemy kim jesteśmy. Nie pamiętamy... naszych imion. Tak dawno umarłyśmy z zapomnieniu... że same zapomniałyśmy. Nazywaj nas... Ukochanymi siostrami. Byłyśmy ich... żonami. -mówiły cierpiącym i smutnym głosem

-Żonami kogo? -powiedziałem nie rozumiejąc o czym mówią

-ZNIENAWIDZONYCH BRACI!- powiedziały równo a w ich głosie było słychać odrazę- Veritas był taki dobry, umiał się troszczyć... lecz kiedy przyszła pokusa. Uważał że prawda leży w mroku i ciszy... oraz w śmierci. Postanowił być Rycerzem śmierci który... zniszczy wszytko co żywe. Ignis zaś był na swój sposób uroczy... lecz w końcu przyszedł czas szaleństwa. Stał się ambitny i pragnący krwi... mówił że albo będzie wszystkim władać albo spali wszystko na popiół.

- Zaraz zaraz... -powiedziałem nie dowierzając- To wy jesteście tymi które wyszły za nich i sprawiły że ród Dark powstał?

-Tak...- w ich głosie teraz czułem smutek i wstyd- Gdybyśmy wiedziały do czego to doprowadzi... zabiłybyśmy nasze dzieci. Ale wtedy nie wiedziałyśmy... więc zrobiliśmy to co trzeba. A co zrobi matka... by chronić swoje dzieci? Poświęci... własne życie. Dzieci zostały ocalone... kosztem naszych żyć. Dwoje z krwi Ignisa... dwoje z krwi Veritasa. Ale nie wiedzieliśmy... jednego. Oni skazili... swoje dzieci. Mimo że byli "martwi"... używali dzieci oraz ich potomstwa jak marionetki. To nasza... kara. Ciągle widzimy jak się oboje... zabijają, jak się nienawidzą mimo że są rodziną. Ale... ty jesteś inny. Masz w sobie krew... ich obu Shadole Dark.

-Tak to prawda moja matka była z rodu Ignisa a ojciec z Veritasa. -powiedziałem ze spokojem. Wolałem słuchać ich niż do nich mówić

-A więc... jest jeszcze nadzieja. Oni nie mogą... cię kontrolować bo jedna krew blokuje drugą. Ty możesz... zakończyć nasze cierpienie. Nie możesz im pozwolić... by jeden z nich zajął Iglicę Świata bo to będzie koniec nasz wszystkich. Nawet księżniczki Equestri... nie poradzą sobie z mocą jaką dysponuje Iglica. OBIECAJ NAM COŚ SHADOW!- ostatnie zdanie wypowiedziały razem z przypływem determinacji

-Co mam wam obiecać? Postaram się to uczynić. - w moim głosie było słychać pewność

-Kiedy spotkasz Veritasa i Ignisa... w ostatniej walce... NIE OKAZUJ IM LITOŚCI! Nie zasłużyli... na nią. Mamy też jeszcze... jedno pytanie. Dlaczego postanawiasz... ich powstrzymać? Dla... złota? Dla... sławy? A może... by zapamiętano twoje imię? Albo twoimi czynami... kieruje coś innego?

-Hmm... -popatrzyłem na ziemię. Przez chwilę zastanawiałem się nad zadanym mi pytaniem. Po chwili popatrzyłem ponownie na Ukochane siostry- Obiecuję wam to że Veritas i Ignis zapłacą za swoje czyny. W imię całego rodu Dark. A jeśli chodzi o wasze pytanie... to wiedzcie że robię to by odkupić winny całej naszej rodziny. Moje przeznaczenie to poświęcenie.

 

Duchy popatrzyły na mnie ze zrozumieniem nagle obie zaczęły mówić:

-Złoto nie wielkim ukojeniem. A sława obosiecznym ostrzem. Chwałę zaś plami czas i atrament. Kiedy wszyscy o tobie zapomną, kiedy wszyscy będą uważać inaczej pozostań sobą Shadow. Twoje czyny są wielkie ale bez względu na wszystko pozostań sobą  Wiedz że Equestria oraz inne królestwa bez ciebie były by zgubione. Twój czas jeszcze nie nadszedł tak jak nasz. Jeszcze wzbijesz się wyżej. Może nawet duchy Silent nazwą cie królem... lecz pozostań sobą. Twe serce mimo cierpienia i smutku jest czyste. Jesteś gotów cały się poświęcić dla każdego... pozostań sobą... a wtedy ZWYCIĘŻYSZ! Na nas już czas, pamiętaj o nas byśmy już nie były zapomniane. Żegnaj Shadow "Veritas"... ostatni z rodu Dark. -po tych słowach obie klacze zniknęły, wiedziałem co to znaczy. Że odzyskały w końcu spokój.

 

-Bracie? Czy one już śpią? -powiedział do mnie znajomy dziecięcy głos. Odwróciłem się, to był duch mojej siostry. Felicja "Ignis" Dark: Nazywana Furią Ognia. Siostra dla której poświęciłem wszystko, całe swoją wytrzymałość, całe swoją żywność byle ta przeżyła mimo że zawiodłem. Została przy mnie do samego końca, na jej ustach zawsze widniał dobry uśmiech który prawdopodobnie trzymał mnie przy życiu.

-Tak siostrzyczko... ale czemu ty nie śpisz? Wróciliśmy do Silent Barow by go bronić przed Hordą Ognia, Legionem Cieni oraz Equestriańską Arminią... to nie miejsce dla ciebie.

-Shadow... zawsze byłam z tobą. Czy to żywa czy martwa. Teraz też będę z tobą tak jak oni. -pokazała swoim kopytkiem na zmierzających w moją stronę czwórkę kucyków... moich przyjaciół.

 

Kiedy podeszli popatrzyłem na Thunderbolta. Czarnego pegaza o żółtych oczach którego uratowałem z niewoli. Pokazałem mu że czasami trzeba przeczekać ból który czujemy a wszystko jakoś się ułoży. Uznawał mnie za swojego przyjaciela... jedynego przyjaciela. Zawsze mogłem na niego liczyć. Po chwili wypowiedział się.

-Shadow, dzięki tobie żyję wolny a nie w jakimś kamieniołomie łowców niewolników. To dług którego ci nigdy nie spłacę, więc postaram się spłacić go przynajmniej częściowo. Jesteś moim najlepszym przyjacielem Shadow i nie zostawię cie.

 

Teraz popatrzyłem na Aurorę. Młodą klacz jednorożca o barwie jasno-fioletowej która interesowała się magią wody... której przekazałem ostatnie słowa jej zmarłego dziadka. Mimo że kłóciła się z moją siostra która magia jest potężniejsza... ognia czy wody, mimo że wiedziała ich magią którą się pałam jest zakazana... pozostała ze mną. Nie wiem co o mnie sądziła ale wiedziałem że pewnie poszłaby za mną.

-Wiesz co? Zawsze ciekawiło mnie jak to znosisz. Jak ty to robisz że nadal wytrzymujesz mimo tego że świat rzuca w ciebie niemal wszystkim. Jesteś jak skała której nawet tsunami nie powali. Wiedz jedno panie Shadow... pójdę za tobą w ognień.

 

Kolejny był Darkness Traitor. Jeszcze młodszy czarny ziemski kucyk z łukiem na plecach, syn kupca. Pokazałem mu że zemsta prowadzi do zguby oraz że czasami lepiej jest wybaczyć. Nie jedna jego strzała ratowała nam życie i miałem nadzieję że jeszcze ocali.

-Obiecałeś mi przygodę życia... i jeśli to nie jest przygoda życia to niech znajdą jakiś patyk, przykleją mi go do głowy i nazwą jednorożcem. Mam zamiar uczestniczyć w tej przygodzie do końca. Czy to zakończy się śmiercią czy też nie.

 

Ostatnia była Raven Shine... moja miłość... pegazica o białym jak śnieg sierści. Mimo że była mniszką była urocza i piękna. Ocaliłem ją kiedy na jej powóz napadli bandyci. Była wtedy cała ranna... umierająca. Mimo to ją ocaliłem. Była ze mną od początku nie licząc Felicji. Była pierwszym i jedynym kucykiem przed którym otworzyłem swoje serce. Teraz wpatrywała się we mnie swoimi błękitnymi oczami. Nie musiała nic mówić. Znałem jej decyzję. Że zostanie ze mną... na zawszę

 

Parę minut później staliśmy na jednej w wyższych wierz patrząc na to co na nas czeka. Ze strony zatoki oraz wschodniego wybrzeża armia Hordy Ognia. Było widać potężne okręty z którymi nie poradziłaby sobie żadna inna flota. Na lądzie było widać armię złożoną z diamentowych psów, dzikich bestii, bandytów wszelkiej maści, najemników, podmieńców a nawet smoki. Na ich czele stał Ignis. Z południa i zachodniego wybrzeża można było dostrzec już statki powietrzne i armię Legionu Cieni. Tam było widać wielką armię nieumarłych, harpii, meduz, minotaurów a nawet plemiona zebr które dały się omotać ich słowom. Na ich czele stał pewny siebie Veritas. I w końcu północ... na niej było widać Armię Equestri wraz ze swoimi sprzymierzeńcami z Gryfiego Królestwa, kryształowego Imperium, plemiona bizonów oraz zebr. Ja musiałem ich powstrzymać, stacjonując w mieście umarłych... Silent Barow. W mieście w którym znajdowała się Iglica Świata, lecz nie byłem sam. Duchy miasta już czekały na moje rozkazy z własnej woli a przyjaciele stali obok mnie murem. Wiedziałem jedno... jutro zacznie się ostatnia bitwa z Wojny Krwi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Cóż... ja się mogę na razie mogę wypowiedzieć w zdaniu Imki oraz Wieja. Co mogę powiedzieć...

 

Wiej:

Z Wiejem mam sesje dość długo, lecz moim własnym zdaniem dajesz za mało przecinków i ogólnie interpunkcji. O ortografię nie trzeba się czepiać, gdyż za wiele błędów u niego nie dostrzegłem. Jedyne co mi przeszkadza to chyba bezradność w niektórych momentach (jeśli chodzi o dany wątek), lecz może i to da się naprawić.

 

Imka:

Ona przestrzega ortografii, a przynajmniej się stara. Co prawda z interpunkcją też jest tak trochę krucho, lecz również da się to naprawić, jak było w moim przypadku (dzięki Nik :rainderp:). Również Imko... twoje odpisy stają się coraz to krótsze. Piszesz czasem po jedno zdanie pojedyńcze, które można napisać w trzech lub czterech zdaniach złożonych. Jeśli poprawiłabyś się to może i twoje szanse wzrosną.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dobry Wieczór

 

Podejrzewam, że jesteście raczej mało zainteresowani moimi jakże rozbudowanymi wstępami do każdego bardziej konkretnego postu, dlatego też przejdę od razu do treści właściwej.

 

Doświadczenie:

 

Faust na wysokościach...

 

- Znajomość systemu D&D, prowadzenie sesji i uczestniczenie w sesjach na tym systemie.

- Tymczasowe adminowanie całkiem sporego PDFa Leviathana ( musiałem porzucić, bo nie wyrabiałem z czasem ).

- Prowadzenie i uczestniczenia w sesjach organizowanych na forum leagueoflegends.pl ( było ich łącznie... z trzy? cztery? Nie przypomnę sobie raczej ).

- Częściowa znajomość systemu Robotica ( słowo "częściowa" jest tutaj najbardziej istotne ).

 

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?:

 

 

- Rzeczpospolita Trojga Narodów ( odsyłam pod "Księżycówkę" i "Dostojewskiego" )

- Warhammer 40.000

- Sins of Solar Empire

- Alternatywna wizja średniowieczna Jacka Piekary ( ta jest, mam na myśli pewną serie książkową o pewnym inkwizytorze... )

- Mitologia Cthulhu ( ktoś ma ochotę być ściganym przez monstra z mackami? )

- Kilka innych pomysłów, które opieram na moich próbkach opowiadań ( takie jak Gra o Tron w realiach Sci-Fi ).

 

Dlaczego Ty?:

 

Bez zbędnego miętolenia jęzorem, prosta sprawa. Uważam się za osobę kompetentną i ogarniętą. Osobiście, nie lubię Railroadingu, więc możecie się spodziewać dużej ilości swobody w sesji ( nie będzie "tylko jednego sposobu na pokonanie bossa", "tylko jednej drogi", "tylko jednego sposobu" itp. itd. ).

 

Kolejna rzecz, nie cierpię statystyki, dodawania obrażeń i innych zbytecznych rzeczy. W sesjach D&D miałem zwyczaj dodawać i odejmować punkty od rzutów jeśli gracze odpowiednio wcielali się w swoje postacie. Jeśli ktoś będzie w stanie opisać to co robi w sposób tak epicki, doskonały literacko, a do tego w miarę logiczny to uznam nawet najbardziej nieprawdopodobne akcje jakie dokonają w trakcie sesji.

 

Hmm, co jeszcze? Dyspozycyjność moja jest całkiem wysoka, a na pewno nie będzie cyrków w postaci kilkudniowych nieobecności. Szczerze mówiąc, wątpię by byłbym w stanie nie być przez chociażby dwa dni z rzędu. Nie ma to jak powszechnie dostępny Internet.

 

Warto zajrzeć do mojej sygnatury, gdzie mieszczą się dzieła, które oficjalnie opublikowałem ( zważcie na słowo "oficjalnie" ). Jak widzicie więc, moja twórczość jest całkiem bogata i rośnie ( w obecnej chwili jestem zajęty kolejnym rozdziałem 2986 Steps, ale na samą sesje nie wpłynie to w żadnym stopniu. Publikacja opowiadań może czekać, sesja raczej nie ).

 

Pozwolę sobie wspomnieć również o moich cechach charakteru takich jak kreatywność, elokwencja, zaangażowanie czy ofiarność.

 

Wady i Zalety

 

Wady :

 

- Liczba postów. Zauważyłem, że ludzie lubią na to zwracać uwagę i zwykle biorą to pod kryteria oceniania, tak więc zaznaczam.

- Wiek. To samo co w punkcie powyżej.

- Jak widzicie, piszę trochę dużo rzeczy naraz, więc mogą być delikatne problemy z organizacją.

- Obecnie więcej piszę po angielsku niż po polsku. Mój proof-reader mnie zabije.

 

Zalety :

 

Ze względu na swoistą skromność, pozwolę sobie odesłać was pod "Dlaczego Ja?", gdyż czuję się nienaturalnie próbując na siłę wypisywać wszystkie moje pozytywne aspekty przyjęcia mnie jako MG'a. Jako jednak, iż podejrzewam że jest to wymagane coś spróbuję napisać ( o czym nie wspomniałem powyżej ).

 

- Nie wspomniałem, iż jestem osobą, która uważa nie napisanie co najmniej 1000 słów jakiegokolwiek opowiadania za dzień stracony. Nie powiem, to moja pasja. 

 

- Uważam, iż jestem ponadprzeciętnie obeznany z literaturą ( od Lovecrafta, Piekarę, Pilipiuka, Dana Abnetta, Grahama McNeila, G.R.R Martina, Terry'iego Pratcheta, Tolkiena, Sapkowskiego, Dana Browna, Harlana Cobena, Stephena Kinga, Stanisława Lema i jeszcze z kilkudziesięciu autorów, których wymieniać nie zamierzam, bowiem nie za specjalnie chce mi się biegać po domu i szukać wszystkie książki, które przeczytałem ). 

 

- Jestem dość aktywnym czytelnikiem wszelkich fanficów publikowanych na FiMFiction.net, od Where Loyalties Lie, Immortal Game, Upheaval, CRISIS, Fire & Rain, Powers of Harmony, serie opowiadań z Dash Verse po Researcher Twilight, Harmony Theory i Mare of Steel. Wymieniłbym jeszcze więcej, ale lista ficów, które zasubskrybowałem na FiMFiction ma już 7 stron.

 

- Jeśli nie było to zbyt oczywiste, jestem pisarzem również anglojęzycznym, co nie zmienia faktu, że bez proof-readera moje teksty wyglądają tak stek bzdur napisanych przez ośmiolatka. Hah. No i mogę się pochwalić, że "prawie" udało mi się dostać na Equestria Daily z moim 2986 Steps ( będę jeszcze próbował za około dwa tygodnie ).

 

Kontakt (mail / gg / aqq / skype):

 

[email protected]

 

Przykładowe WŁASNE opowiadanie:

 

Ehm... tak. Polecam zajrzeć do mojej sygnatury. Jeśli jednak potrzeba "konkretnego" opowiadania, polecam Desant, gdyż jest on napisany tak, jakby mógł być swoistym wstępem do sesji w świecie WH40k. 

 

Nieaktualne, albowiem się dopiero teraz dowiedziałem pewnej istotnej informacji. Jako że ten tekst ma być całkiem "nowy", to publikuje inny ( przy okazji, czuję się urażony faktem, że teraz zupełnie na siłę muszę coś takiego tworzyć. Bez obrazy. ). 

 

“Dobra, słuchajcie panowie. Operacja “Ścieżka Drwala” rozpocznie się o godzinie zero-siedem-jeden-pięć.” powiedział Lord-Generał Anders. Złożył dłonie, jedną ubraną w czarną rękawiczkę, a drugą okutą w metal. “O godzinie zero-sześć-trzy-zero ma nastąpić pełna mobilizacja regimentów, artyleria w stan gotowości, Marudery gotowe do opuszczenia pasów startowych. Dywizja pancerna ma być gotowa wcześniej, o godzinie zero-sześć-zero-zero.”

Spojrzał na oficerów zgromadzonych przy wygaszonym stole taktycznym.

“Jakieś pytania?”

Nie oczekiwał żadnego, ale może ktoś go jednak zaskoczy.

Żołnierze milczeli. Siedzący o dwa miejsca na lewo dowódca Catachan komisarz Goran dogasał papierosa. Pułkownik Hingard patrzył z dezaprobatą w swe rozkazy. Pułkownik Vergess wydawał się nieco nieobecny, ani słowa nie wypowiedział od początku zebrania, ani również nie uczynił żadnych konkretnych gestów. Dowódca pancerniaków, generał Kon van Bergen nerwowo przeglądał notatki, które sporządził wcześniej. Komandor Dmitri Skórzevsky spoglądał nerwowo na resztę dowódców, tylko nie na niego. Major Yel z regimentów Elysiańskich prowadziła cichą, stłumioną rozmowę z Oficerem Floty, Tynusem.

Polowe centrum dowodzenia Segmentum mieściło się w największym bunkrze, zbudowanym w samym środku militarnej placówki. Gdzieś z dala, było słychać odgłosy dziesiątek ciężarówek przenoszących zaopatrzenie, szczęśliwie grube, betowe ściany muru w dużej mierze tłumiły te odgłosy.

“Rozumiem. W takim razie powtórzmy jeszcze raz co nas czeka. Adiutancie.” powiedział Anders, delikatnie sugerując swemu pomocnikowi co ma robić.

Tenże adiutant, podobnie jak on miał na sobie nieskazitelnie wyprasowany, granatowy mundur Floty Imperium i śnieżnobiałe rękawiczki. Złote zdobienia były widoczne na jego naramiennikach i piersi. Miał również sporą liczbę medali, ale mniej niż sam Lord-Generał. Adiutant wcisnął przycisk na różdżce dowodzenia. Ciemnozielony obraz terenu pojawił się na stole taktycznym.

“Turnun IV.” zaczął Anders. “Najpierw cel. Przejąć kontrole nad fabrykami czołgów Macharius. Według naszych danych znajdują się tutaj, tutaj, tutaj i tutaj...” wskazał na mapie cztery, położone daleko od siebie punkty. “Kryptonimowo, są to F1, F2, F3 i F4. Straciliśmy z nimi kontakt po tym jak flota Chaosu wylądowała w tym sektorze. Możemy więc z góry założyć, że jakikolwiek garnizon tu pozostał... został wyeliminowany.”

Adiutant przybliżył obraz, tak, że było widać tylko bazę Gwardii Imperialnej oraz jeden, najbliższy punkt-fabrykę.

“Posiadamy bardzo wielkie siły, które muszą zostać użyte w nadchodzących kampaniach, dlatego też musimy odbić Turnun IV szybko. I mówiąc “szybko” mam to naprawdę na myśli, na Imperatora.” Lord-Generał kontynuował. “Dlatego też, pojutrze rozpoczniemy operację “Ścieżka Drwala”.

Adiutant jeszcze raz przybliżył widok.

“Plan operacji “Drwal” zakłada, że zabezpieczymy drogę pomiędzy naszym centrum dowodzenia, a punktem F1, co zapewni nam łatwy dostęp do fabryki. Finalnym punktem operacji ma być samo zdobycie F1, a co za tym idzie, stworzenie drugiej bazy wypadowej.”

Tym razem, na mapie taktycznej pojawiły się złote bloki, zaś w las otaczający bazę zaroił się od czerwonych kropek.

“Nie mamy najmniejszego pojęcia gdzie znajdują się siły Chaosu, dlatego też musimy niestety założyć, że mogą być wszędzie. W tym wypadku, nasze natarcie musi być przeprowadzone bardzo precyzyjnie. Wpierw, do ataku przejdą siły pancerne. Generale Van Bergen?”

Dowódca sił pancernych pochodzący z regimentu Mordiańskiego wyprężył się.

“Tak jest sir. Opracowaliśmy plan natarcia.” przemówił. “Najpierw, ruszy duża grupa czołgów, którą nazwaliśmy “Szpicem Lancy”. W pierwszej linii pojadą Leman Russy z działem Demolisher, wyposażone w buldożery. W ten sposób, w drodze do F1 nasze czołgi oczyszczą drogę dla piechoty, a później służb Munitorium. Ze względu na niebezpieczeństwo zasadzki, boczne flanki Demolisherów będą osłaniały dwa oddziały składające się z Leman Russów typu Punisher. By zapewnić zaś wsparcie anty-pancerne, na wszelki wypadek na tyłach będą się znajdowali nasi pancerni snajperzy, to jest Leman Russy z działami Vanquisher. Nie wezmą udziału w bezpośrednim starciu, ale jak tylko pojawią się wrogie czołgi natychmiast przejdą do ataku.

Musiał przyznać, był to plan doskonały. Demolishery miały krótki zasięg, ale tak wielką siłę ognia, że nie miało to znaczenia. Były również najlepiej opancerzone ze wszystkich czołgów, więc na pierwszą linię nadawały się idealnie. Potężne działa Gatlinga Punisherów pozwalały z łatwością chronić flanki przed atakami wrogiej piechoty. Vanquishery zaś, były uzbrojone w bardzo długie i potężne armaty przeciwpancerne o bardzo dużym zasięgu, sile i penetracji. Była to formacja, której prawdziwie skontrować się nie dało, praktykowana u Mordiańskich pancerniaków od dawna.

“Doskonała robota generale.” Anders pochwalił swego podkomendnego. “Jednak samymi czołgami tej wojny nie wygramy. Pułkowniku Vergess i komisarzu Goranie.” zwrócił się do nich.

Obydwaj wyprężyli się jak struny.

“Wasze regimenty pójdą do ataku zaraz za czołgami. Mordianie zaatakują frontem, będąc tuż za czołgami, by zapewnić im potencjalne wsparcie. Catachanie zaś, mają za zadanie osłaniać ich flanki i dokonać rekonesansu. Część również będzie towarzyszyła Punisherom jako zwiadowcy.”

Vergess przyjął to beznamiętnie, zaś Goran delikatnie się skrzywił. Anders to zauważył. Niestety, nie mógł zadowolić wszystkich. I tak najgorzej przyjął to pułkownik Hingard, dowódca jedynego w tej armii czołgu Baneblade. Taktycznie, było logiczne by zostawić perełkę tej armii jako rezerwę, ale Hingard widać nie mógł znieść frustracji bycia odsuniętym od walki. Trzymał zęby zaciśnięte mocno, jakby od tego zależało jego życie.

“Major Yel, pani oddziały desantowe mają być gotowe do desantu w każdej możliwej chwili.” zwrócił się do dowódcy Elysian. “Jeśli Chaos nas zaatakuje, chce by pani oddziały pojawiły się na ich tyłach i odcięły im drogę ucieczki.

Major tylko kiwnęła głową. Wyglądała na najbardziej spokojną, chociaż czuł, że jej również się nie podoba plan natarcia.

“Przypomnijmy jak stoimy z naszym lotnictwem. Setka Maruderów będzie gotowa do tej akcji, każdy z nich będzie posiadał kilkadziesiąt bomb burzących. Przypominam jeszcze raz, żadnych bomb prometanowych na Imperatora. Przynajmniej “jeszcze nie”. Dam wyraźny sygnał kiedy ich użyć. Na razie, nie będziemy niepotrzebnie palić tego lasu, gdyż pożar może całkowicie wymknąć się z pod naszej kontroli.”

Wszyscy oficerowie kiwnęli głowami. Było oczywiste, że trzeba było usunąć las otaczający bazę, ale czy usunąć całą puszczę otaczającą planetę to już był dylemat.

“Regimenty Valhallańskie i Cadiańskie będą czekać w rezerwie, natomiast zmechanizowane dywizje z Armaggedonu mają czekać w stanie gotowości bojowej. Tuż przed bitwą, Imperialna Flota dokona jeszcze jednego skanu orbitalnego terenu, ale na sam przebieg akcji już to nie wpłynie. Jakieś pytania?”

Po raz kolejny nie było żadnych. Ale Lord-Generał Anders znał prawdę. Każdy z nich najchętniej natychmiast by zmieszał ten plan z błotem, ale nikt nie miał takiej odwagi.

Komisarz Goran, dowódca Catachanów był wściekły, że jego oddziały będą wysłane do rekonesansu, a nie na szpicę wojsk. Major Yel była zdenerwowana, bowiem desant spadochronowy lub plecakami rakietowymi w warunkach leśnych był co najmniej bardzo niebezpieczny. Pułkownik Vergess czuł się niepewnie, oddziały Mordian specjalizowały się w walkach na rozległych przestrzeniach, gdzie mogły rozwinąć swój szyk i zmiażdżyć przeciwnika siłą laserowych salw. Pułkownik Hingard wychodził z siebie, wściekły że odsunięto jego ukochany czołg od walki. Oficer floty Tynus gryzł paznokcie, bowiem musiał przygotować do startu setki bombowców typu Maruder oraz wiele innych jednostek. Sztab dowodzenia obiegła wiadomość, że duma floty powietrznej Imperium, to jest skrzydło super-bombowców typu Behemot zostało uszkodzone w niewyjaśnionych okolicznościach. Niestety, zarówno Munitorium jak i Mechanicum nie dostarczyło jeszcze raportów wyjaśniających. Generał Kon van Bergen mimo że opracował wspaniały plan natarcia, nadal czuł się niepewnie z myślą, że przyjdzie mu szturmować lasy oraz sprytnie ukrytych w zaroślach heretyków a nie zorganizowaną armię.

Lord-Generał Anders był zdumiony, że każdy z tych dowódców prowadził swoje dywizje do walki z wielkim oddaniem i odwagą, zaś w pokoju dowodzenia żaden nie miał wystarczająco odwagi by wypowiedzieć swe obawy na głos.

“Rozumiem. W takim razie ogłaszam koniec spotkania. Imperator Strzeże.”

“Imperator Strzeże!” wygłosili chórem wszyscy zebrani.

“To jedyna rzecz, która jest naprawdę pewna.” pomyślał kiedy oficerowie zaczęli wychodzić przez metalowe drzwi.

 

Pozdrawiam

 

Maciej "Verlax" Jarocki

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wbrew pozorom, jest to podanie :rd7:

 

 

Powinni mnie już wezwać...

Siedziałem w typowej poczekalni. Parę tanich aluminiowych krzeseł, jakiś stolik z kolorowymi magazynami sprzed dwóch lat. Normalnie poczytałbym coś dla zabicia czasu, ale dziś zbytnio się denerwowałem. Podanie leżało na eleganckich, wyprasowanych z samego rana spodniach. Trochę bałem się, że spadnie z moich kolan, ale ręce tak mi się pocą, że w dwie sekundy miałbym tylko mokrą kartkę - a to źle wygląda.

W końcu zostałem wywołany. Wstałem gwałtownie. Zdenerwowanym szybkim krokiem podszedłem do drzwi.

Głęboki wdech. Dasz radę.

Wszedłem do gabinetu. Ściany były pokryte boazerią, z koloru wyglądającą na heban, posadzka tak wypolerowana i nawoskowana, że mógłbym się w niej przejrzeć. Wszędzie wisiały dyplomy, na paru półkach błyszczały złote nagrody i gdybym miał lepszy wzrok, może bym przeczytał za co. Ale pomimo tylu wspaniałości, to zwykłe, lecz eleganckie biurko na szafirowym dywanie, a w zasadzie osoba siedząca za nim, przyciągało uwagę petenta.

Ten facet był tylko parę lat starszy ode mnie. Widać, że jest na tym stanowisku od dawna i czuje się ty dobrze, gdyby nie to, że patrzył na mnie pytającym wzrokiem, uznałbym go za naturalną część gabinetu. Tak jak ja, ubrany był w garnitur, tyle że jego był szyty na miarę, dopasowany do ciała, sprawiający, że wyglądał poważnie i można nawet by rzec: majestatycznie. A ja? Na grzbiecie jakiś śmieszny garniak z odzieżowego, trzęsę się jak osika, a napociłem się tyle, że zaraz pewnie dostanę odwodnienia.

Podszedłem do biurka, wstał wyciągając w moją stronę rękę.

- Black Scroll - przedstawiłem się, ściskając jego dłoń. Miał pewny chwyt, trafiłem na człowieka z charakterem. Cholera już po mnie.

- Nicolas Dominique - odpowiedział, chociaż to już wiedziałem, bo na biurku widniała tabliczka z jego imieniem. Usiedliśmy - on pewny siebie na obrotowym, biurowym fotelu, ja na starym krześle, które niebezpiecznie skrzypnęło, gdy posadziłem na nim swoje cztery litery. Położyłem podanie na biurku, przodem do być może mojego przyszłego przełożonego.

Wziął je i zaczął czytać. Na twarzy nie drgnęła ani jedna zmarszczka, żadnych zmarszczeń brwi, unoszenia się kącika ust, nic. Pewnie nieźle radził sobie grając w pokera.

Odruchowo rozejrzałem się. Mój wzrok przykuła jedna statuetka - pozłacana Luna z symbolem New Lunar Republic, w pozie wyrażającej jedno "Atakować!". Podpis brzmiał: "Za kompozycję znakomitej muzyki do wielokrotnie nagradzanej sesji..."

- Panie Black Scroll - natychmiast odwróciłem głowę w stronę Nicolasa. - Pańskie podanie jest trochę inne niż pozostałych.

Przerażało mnie jak jego głos był pewny siebie i pozbawiony emocji. To co powiedział nie był zniesmaczeniem, że jakiś kretyn poszedł inną ścieżką niż cała zgraja. Nie brzmiało też jak miłe zaskoczenie.

Może to robot?

- Tak - uśmiechnąłem się niepewnie. Mogłem przysiąc, że spociłem koszulę aż tak, że bardziej sucha byłaby, gdybym wlazł w niej do basenu. - W tej pracy liczy się oryginalność, prawda?

- Prawda. - odrzekł spokojnie. - Zanim jednak przejdziemy do tej części, gdzie opowie mi pan coś ciekawego, mam do pana kilka rutynowych pytań.

- Oczywiście - odparłem starając patrzeć się mu prosto w twarz.

No, chociaż spróbuj mu pokazać, że się nie boisz.

- Najpierw pytanie czysto techniczne - jakie ma pan doświadczenie?

- Więc... - idioto, nie zaczyna się zdania od 'więc'! -... od 6 lat uczestniczę w sesjach RPG, te typu PBF tylko 4. Jeśli chodzi o mistrzowanie, to też od 4 lat - na forum, jak też prowadząc normalne sesje 'papierowego' RPGa.

Pokiwał głową. Prawda, staż niemały, ale też nic nadzwyczajnego.

- No i grałem w parę cPRGów w swoim życiu - wyrwało mi się.

Chyba nie zwrócił na to uwagi, bo dalej wpatrywał się w moją kartkę.

- Nie napisał pan jednej rzeczy, więc teraz spytam - cholera! - jakie realia oprócz Equestriańskich Przygód może pan nam zaproponować?

Wyliczyłem wszystko w głowie. Teraz zdałem sobie sprawę, że nie ma tego tak dużo.

- W to co grałem i mistrzowałem, czyli Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy, Neuroshima, Star Wars. Oczywiście - szybko dodałem - jestem przekonany, że mógłbym prowadzić sesje w świecie Elder Scrolls, Fallouta oraz Mass Effecta. Do tego dochodzą sesje w naszym świecie z odległych czasów, czy to fronty drugiej wojny światowej, czy ucieczka z więzienia, pomysłów mam mnóstwo. Będę także otwarty na propozycje graczy - niczego nie wykluczam, warunek jest jeden - muszę się czuć pewnie w danych czasach czy uniwersum.

Pomimo drobnego jąkania, byłem dumny ze swojej odpowiedzi. Jednak nie było tak źle. Może nawet mam szansę?

Nie bądź zbyt pewny siebie - konkurencja jest spora.

- Mhm - znowu lakoniczna odpowiedź. Może dorzucę jeszcze jakieś uniwersa? Nie, to są te, w których siedzę na tyle dobrze, że spokojnie wymyślę jakąś historię. Nie wolno przesadzać.

Chwilę panowała cisza, wobec czego dyskretnie spojrzałem na pozłacaną Lunę. Fajnie byłoby mieć coś takiego we własnym pokoju.

- Dobrze. Teraz nieco trudniejsza część - odezwał się nagle. - Prosiłbym, aby krótko przedstawił mi pan swoje zalety i wady jako Mistrz Gry.

Tutaj trzeba ostrożnie. Jak najwięcej, ale nie można przesadzić z jednym, ani z drugim. Za dużo wad równa się nieprzyjęcie, za dużo zalet oznacza, że jestem bubkiem, który przecenia swoją wartość.

- Zalety i wady? Może zacznę od wad - podobno ludzie bardziej pamiętają nasze ostatnie niż pierwsze słowa. - Zdarza mi się rzucać żartami, które są wielce nieklimatyczne, czyli nawiązujące do popkultury. Staram się tego unikać, ale różnie bywa. Przywiązuję chwilami zbyt wielką wagę do tzw. fluffu. Chodzi o wyczucie klimatu,  odgrywanie postaci i wydarzeń pasujących do wybranego uniwersum. Nie lubię jak taki wieśniak w Warhammerze zaczyna wertować księgę w poszukiwaniu wskazówek. W końcu wieśniacy są stylizowani na średniowiecznych chłopów, którzy nie umieli czytać. - posłałem niepewny uśmiech w stronę Nikolasa.

Zdarza mi się - kontynuowałem - Opuszczać dom na dzień, dwa i pozostać poza zasięgiem internetu. Wtedy nie mogę odpisywać. Ale informuję o tym wcześniej - zapewniłem. Dobrze, jeszcze jakieś wady? - I oczywiście, chwilami, moja konstrukcja zdań jest... - zrobiłem krótką przerwę szukając słowa. - ...swoista. Z tego co kojarzę jest poprawna, ale po prostu niektórych to razi.

Zorientowałem się, że Nicolas patrzy na mnie. Czułem jak jego spojrzenie przewierca mnie na wylot. Powiedziałem coś złego?

- Może teraz przejdę do zalet - przełamałem krótką ciszę. - Daję graczom dużo wolności. Znam wielu Mistrzów Gry, którzy potrafili karać gracza, za niepodążanie "tą jedną, jedyną i prawdziwą ścieżką". Tak nie można robić, po to się właśnie prowadzi RPGa, żeby gracz mógł zostać kimś kim na co dzień nie jest. Oczywiście graczom nie należy się ZA DUŻO wolności - wyszczerzyłem zęby. Błyszczały, ponieważ wyszczotkowałem je dziś jeszcze dokładniej niż zwykle. - Bazuki z kieszeni, stara sztuczka z mechem w lesie... Nie ze mną te numery. Dbam o ortografię, przecinki, ale to powinno być oczywiste. Co jeszcze... - podrapałem się po brodzie. - ...coś co dla mnie jest oczywiste, a dla paru mistrzów, z którymi grałem nie bardzo. Jak zacznę komuś sesję, to choćbym miał chodzić po ścianach i gryźć drewno, będę mu ją prowadził. To jest taka umowa niepisana między mną, a graczem. Skoro zaczynamy razem przygodę, to mamy dla siebie tyle szacunku, że razem ją kończymy. Ja nie zostawiam swoich graczy - położyłem nacisk na ostatnie zdanie.

Pokiwał głową. Chyba dostałem kolejny punkt. Stołku GMa, nadchodzę!

- To jeszcze nie koniec pytań - chyba zauważył moją pewniejszą minę. - Kolejne pytanie, które jest tak proste, że pewnie zbije cię z tropu: Dlaczego akurat pan ma zostać MG?

Fakt, zbiło mnie z tropu. Prawdę mówiąc, zatkało mnie. Dlaczego ja? Co mam powiedzieć "bo chcę", "bo jestem lepszy niż inni"?

To jakiegoś rodzaju test. Muszę uważać co mówię jeszcze bardziej.

- Za mną może przemawiać fakt, że dobrze mistrzuję. Jestem kreatywny i nie brak mi pomysłów. Moi gracze zawsze byli zadowoleni z wymyślanych przeze mnie przygód. No i patrząc na podanie - wskazałem niedbale na kartkę w rękach Nicolasa. - widać, że staram się, że chcę. Czy nie taki powinien być dobry Mistrz Gry?

Rzeczone podanie powędrowało do szuflady biurka.

- Bardzo dobrze, panie Black Scroll. Jeszcze bym prosił o jakiś kontakt do pana.

- Oczywiście. Numer gg to 1-2-4-4-6-3-7 - dyktowałem, gdy Nicolas zapisywał kolejne liczby. - A mail to: [email protected]

- Fantastycznie. Teraz prosiłbym, żeby pan opowiedział jakąś krótką historię. Byle własną. I o ile można, improwizowaną. Chodzi mi o test kreatywności. Ma pan - spojrzał na zegarek - pięć minut na przygotowanie się.

Zamknąłem oczy. Chce fajną historię? Dobra, to ją dostanie!

Wystarczyła minuta, żebym miał wszystko jako tako ułożone w głowie.

Popatrzyłem na niego i zacząłem opowiadać. Mój umysł błądził po wyimaginowanym świecie, całkowicie zapominając o  stresie.

 

- Nigdy nie słyszałeś, że okradanie nieboszczyków przynosi pecha?

- Mój truposz. Sam ubiłem i wszystko co ma jest teraz moje! - Quazac obmacywał zwłoki starca przebite strzałą o niebieskich lotkach. Bogato zdobione zielone szaty pokrywały zaschnięte kropelki krwi oraz jedna wielka plama dookoła drzewca wystającego z chudej piersi, zasłaniająca smoka wpasowanego w romb - symbol Imperium. Starzec nie posiadał przy sobie nic więcej jak kilkadziesiąt srebrników oraz kilka zwojów papierzysk, zapewne spisu podatników. Quazac schował wszystko do własnej torby i wstał. Jego kocie uszy poruszyły się, gdy usłyszał szmer.

- Theosie, słyszałeś coś...? - krótki świst miecza i głowa khajiita potoczyła się po ściółce leśnej.  Jego towarzysz ściągnął z dekapitowanego ciała skórzaną torbę i ruszył w stronę najbliższego miasteczka.

Gdy dotarł do bram, słońce zniknęło za drzewami. Jedynym dowodem, że jeszcze nie schowało się za horyzontem, była czerwona łuna barwiąca krwawo sunące po niebie chmury. Theos wpadł do swojego pokoju i wysypał zawartość torby na proste łóżko. Wyleciała z nich sakiewka wypełniona złotymi monetami, cała sterta zwoi i parę ziół, które Quazac trzymał zawsze w torbie. Nord, choć nie umiał czytać, zaczął przeglądać zwoje. Większość była pokryta cyframi, więc khajiit miał rację - zabili imperialnego poborcę podatkowego. Dobrze, że użyli specjalnych strzał z niebieskimi lotkami - znakiem rozpoznawczym tutejszych elfich partyzantów. Nikt nie będzie podejrzewał pojedynczego norda, o zabójstwo wysokiej rangi urzędnika. Za coś takiego idzie się na szubienicę. Jeden ze zwojów był jednak trochę inny. Po pierwsze owinięty był delikatną, acz mocną, skórą jagnięcą, mającą chronić go przed deszczem. Theos rozwinął ją i aż cofnął rękę. Od zwoju biła tajemnicza energia, jakby był naładowany jakimś potężnym zaklęciem. Normalnie taki zwój wylądowałby w rzece, ale nord znał pasera, który brał każdy zwój i każdą książkę od Theosa, a następnie "upłynniał" ją. Ale to dopiero jak się prześpi. Zrzucił wszystko z łóżka na podłogę i nawet nie ściągając butów położył się spać.

Kiedy się obudził, jeszcze było ciemno. Usiadł i zapalił świeczkę. Miał koszmary, wszystkie związane z tajemniczym zwojem, leżącym teraz na podłodze. Podniósł go i już miał go rozwinąć, gdy przeszło przez niego zwątpienie. A co jeśli to zwój z klątwą? Ale przecież czytać nie umie, to jak taką klątwę rzuci? Zdecydowawszy się, rozwinął rulon. Od razu oślepiło go jasne, niebieskie światło. Usłyszał głosy śpiewające ze zwoju, a on sam, jakby się rozpłynął.

Kiedy wrócił mu wzrok, zorientował się, że stoi na wysokiej górze. Albo to co z niego zostało unosi się nad ziemią. Bardziej istotnym faktem było, że widzi pradawnego smoka, które wyginęły przed wiekami, rozmawiającego z człowiekiem z rogatym hełmem na głowie.

- Na imię mi Paarthurnax, Dovahkiinie - przedstawił się. Jego głos długo odbijał się echem w głowie Theosa. Wielki łuskowaty potwór zdawał się być przyjaźnie nastawiony do człowieka. Nie tak mówiły wszelakie legendy, które pamiętał.

 

- Wystarczy - przerwał mi, klaszcząc parę razy. Nie prześmiewczo, raczej niedbale. - Może być - wstał. Zrobiłem to samo.

- Dziękuję za poświęcony mi czas. Tak jeszcze, a propo tej statuetki - po raz kolejny zerknąłem na pozłacaną Lunę - uwielbiam pańskie Knowledge's External.

- Bardzo mi miło - uśmiechnął się. Pierwszy raz od kiedy go widzę. - I tak poza tym, mówimy "a propos". Będziesz mądrzejszy z tą wiedzą na pewno.

Podaliśmy sobie dłonie. To koniec spotkania.

- Dziękuję za tą szczyptę wiedzy - odwzajemniłem uśmiech. Tym razem nie był on nerwowy.

- Wzięliśmy to sobie z francuskiego - dodał. - Wyniki rekrutacji będą, jak będą. Proszę śledzić tablicę korkową na korytarzu.

- Na pewno będę. Do widzenia panu - delikatnie się ukłoniłem i opuściłem gabinet.

- Do widzenia, panie Black Scroll - usłyszałem za sobą.

Zamknąłem drzwi i odetchnąłem z ulgą. W poczekalni widziałem innych, którzy będą składać swoje podania. Ja to miałem już za sobą.

Teraz wystarczy poczekać.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Postanowiłam spróbować drugi raz.

Doświadczenie: Mam kilka sesji, ale doświadczenia brak.

Jakie INNE realia mógłbyś zaproponować?: Podróż w czasie, Silent ponyville, przygoda w dżungli, Equestria.

Dlaczego ty? Ponieważ uwielbiam pisać. Kręcą mnie różnego typu opowiadania i sądzę, że warto spróbować.

Wady, zalety( swoje oczywiście): Zalety to:

- Pogodność.

- Rospisywanie

- Bójna wyobraznia.

Wady:

- Wrażliwość

Kontakty: e- mail [email protected], PW.

Przykładowe własne opowiadanie:

YanHoover. Czrna klacz( Moja OC) o imieniu Ruffian przechadzała się po torze. Rozmyślała o nadchodzącym wyścigu z Blue flower. Była to przemoądżała klacz wyścigowa, koloru sierści była niebieskiego. Ruffian nie cierpiła jej bardzo. Nagle na tor weszła ta właśnie klacz. Na jej twarzy malował się triumf. Swiadczyło to o tym, że wygrała wyścig. Szła powoli, z uniesionom głową, stąpając jak księżniczka wysoko unosząc kopyta. Kiedy zauważyła Ruffian saczeła iść w jwj kierunku. Po chwili stała koło czarnej klaczy.

- Cześć, smoło! Co tam u ciebie? - Spytała złowieszczo.

- Dobrze. A u ciebie? - Spytała Ruffian zaciskając zęby.

- Świetnie! Ja przynajmniej nie potykam się na czterech nogach. - Zakpiła Blue.

- A ja przynajmniej nie myślę że wygram i jestem paniusią! - Krzyknęła zdenerwowana.

- Ojej poskarrzysz się mamusi?

- Nie! Zaraz cię walnę!

- No to dawaj! - Powiedziała Blue. Zaraz jednak Ruffian kopnęła ją z całej swojwj siły. Ze złości zmieniła się w wilka. Zaczęła gryść Blue. Niebieska klacz zaczęła płakać, wyrwała się od czarnego wilka i kulejąc uciekła z toru. Ruffian znów zmieniła się w kucyka i spokojnie ruszyła kłusem do domu. Kiedy wyszła z toru, zauważyła, że za rogiem ulicy Świdrowej coś się porusza. Ruszyła za tym czymś. Cień niby duch biegł i skrencał co chwilę tak, że Ruffian o mały włos nie wyleciała z trasy. W końcu zatrzymał się i zniknoł. Ruffian stała zdezorientowana. Stępem poczęła iść w kierunku domu. Kiedy do niego doszła przejżała się w lustrze. Na nim pojawiały się różne kolorowe kształty, które zaczęły zmieniać się w sylwetkę kucyka. Ruffian poznała w nim pink cup swoją dawą trenerkę. Klacz ta była smutna, z powodu niesprawiedliwości, która miała znaczenie w 1820. Ta klacz od dawna nie żyła. Dla Ruffian była bardzo ważnym kucykiem, gdyż ona pokazała jej jak się biega. To ona była jedną z jej przyjaciółek, gróbo starszą.

- Cześć Ruff! Dawno żeśmy się nie widziały. - Powiedziała różowa klacz. Nigdy nie mówiła do Ruffian po pełnym imieni, tylko Ruff.

- Słuchaj, pomogę cie, tylko wypełnij moją przysługę.

- Jaką? - Spytała zdziwiona, ale jednocześnie i szczęśliwa klacz.

- Wiem że masz kłopot z tymi nogami, więc musisz mi pomóc.

- Ale jak?! - Krzyknęła Ruffian, ale różowa klacz zaczęła znikać, a w krótce zniknęła całkiem. Przerażona Ruffian zaczęła myśleć nad zagadką i próśbą. Zaczęła się pakować. Pomyslała, że pojedzie do Manahettanu miejsca życia tej klaczy. Zamówiła wózek przypięty do sztucznego kuca mechanicznego. Następnego dnia pojechała. Wóz przejeżdżał przez różne tunele. Właśnie przejeżdżał przez najdłuższy z nich, kiedy klacz ujrzała wyjazd. To co ujżała zmroziło jej krew. Tam gdzie wyjechała panowała zima! Ze zdumieniem wpatrywała się w śnieg.

- Jej! - Krzyknęła. Nagle Wóz wpadł w poślizg i wypadł z drogi. Ruffian długo leżała na śniegu. Ktoś nadjechał jednak. Był to kuc starszy od czarnej klaczy.

- Pomóc pani? - Spytał ogier. Za nim w wozie siedziała skólona cicho mała klaczka. Miała może z 8 lat.

- Jeśli nie sprawię kłopotu. - Powiedziała. Ogier wysiadł i pomógł jej wstać. Następnie pomógł Ruffian wsiąść.

- Dziękuję. - Odparła i uśmiechnęła się słabo. Było tam bowiem bardzo zimno. Jechali jeszcze godzinę. Potem pojawiła się farma.

- Chce pani u nas przenocować? - Spytał ogier.

- Nie chcę się wpra... Niech będzie.- Powiedziała. Ogier mieszkał sam.

Następnego dnia Ruffian dowiedziała się, zę znajduję się w roku 1820! Ogier nie zdradzał jej jednak, kim była młoda klacz. Ruffian chciała wiedzieć.

- Kto to był? - Pytała,ale ogier albo nie odpowiadał, albo mówił że nieważne. Pewnej nocy położyła się spać. Nie mogła jednak. Nie potrafiła. Od dłuszego czasu podejrzewała, że sąsiad ogiera jest czarnoksiężnikiem. Nagle usłyszała szczekanie psa. Wstała i podeszła do okna w pokoju gościnnym. Tam zobaczyła psa, ale potem pojawił się jakiś cień. Okno poruszyło się i uderzyło o ścianę. Cień popatrzył na okno. Po chwili Ruff poczuła, że stoi na cmentarzu. Nagle cień uniósł ją w powietrze i rzucił nią o nagrobek. Zemdlała. Kiedy się obódziła była w grobie.

  • Upvote 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ok zatem... Zapisy zbieram do piątku, bo coś czuję, że wtedy mi się zachce to sprawdzić... I ponawniam swoją prośbę do tych wszystkich, którzy zdecydowali się zamieścić poprawki - wklejcie to wszystko w swoje posty podaniowe, bo będę porządkował temat i wszystkie zbędne posty stąd polecą.
Piątek rano to ostateczny termin.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ok zatem, pora na moje werdykty. Jak obiecywałem, zajmuję się tym dzisiaj.

Poczytałem wszystkie podania i z tego miejsca chciałem wam wszystkim podziękować za to,

że zechcieliście wziąć udział w Naborze - jest to bardzo budujące do mnie, widzieć tylu chętnych.

 

Pewno bym się tutaj rozpisał i tak dalej, ale raz, że nie jestem w domu, a dwa jego zdecydowanie

zbyt gorąco, żeby dość płynnie układać jakieś dłuższe odpowiedzi.

Nawet tak ślęczę nad tym od kilkunastu minut, bo nie wiem co napisać, heh...

 

MG zostają: black_scroll i Mani.

 

Przy czym ten drugi ma się nauczyć pisać słówko "póki" przez u zamknięte,

bo go dorwę w zapomnanej piwnicy, zwiążę i dam Molestii do zabawy...

 

Jeszcze raz dziękuję wam wszystkim za udział w Naborze. Mam nadzieję,

że i kolejnym razem spowodujecie u mnie ból głowy i innych

narządów, gdy będę musiał dokonywać selekcji.

 

- Nienawidzę gdy ktoś gimbusi i odwala nieład (Jak ja kiedyś )

 

Cóż za samokrytyka :P

Było już dużo lepiej, Imko, w porównaniu do twoich poprzednich tekstów.

 

 

Zamykam Nabór i do zobaczenia w następnym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zatem zbliżają się wakacje, więc pomyślałem, że otworzę Nabór.

Przyjmę jedną osobę... albo i dwie, jeśli będą na tyle epickie.

 

Zatem powodzenia i niech moc drurrpu będzie z Wami! :drurrp:

Share this post


Link to post
Share on other sites

                                                      Zgłoszenie na posadę Mistrza Gry.
                                                                       Podejście 2 
 
 
Doświadczenie:
Piszę książki, jak i zarówno je czytam.Przez ok. rok  rozgrywam RP na serwerach gry Minecraft. Uczestniczę w wielu sesjach, nie tylko na tym forum, lecz też i na stronie WorldofEquestria.pl (Tam je też prowadzę). Nie wymieniałam tego wcześniej ,ale wyreżyserowałam przedstawienie szkolne i wymyśliłam jego przebieg, zajęło one 2 miejsce, na 16 możliwych. Na portalach typu Gadu-Gadu, Facebook lub Skype prowadziłam Sesje RPG.
 
Dlaczego Ja?
Z prostej przyczyny. Mam wolny czas i pomysły siedzące w mojej głowię które się tylko tam marnują, zamiast dawać uczestnikom lub uczestnikowi Sesji tego po co się na nią zapisał. Czyli przygodę, emocje od śmiechu do płaczu i wydarzenia które już do końca życia zostaną mu w pamięci, oczywiście pod pozytywnym względem. 
 
Jakie INNE realia mogłabyś zaproponować?
 

 

1. Walking Dead wszyscy wiemy o co chodzi ^^

2.Apokalipsa czyli coś w stylu końca świata i klęsk żywiołowych i tak dalej,

3.Podróżniczy ala Hobbit czyli hmmm... po prostu  tyle że z kucykami.

4.Obyczajowe czyli Equestria może być również zmieszane z przygodą lub wycieczką.

5. Wszystkim nam dobrze "Igrzyska Śmierci " kto ostatnie przeżyje ten wygra.

 
6. Chyba moje ulubione ^^ "Lord of Time ".OC tu będzie mogło spotkać nie kogo innego jak naszego Doktora Who(ovesa) i zostać jego Asystentem/tką podróżując z nim w czasie i w galaktyce zmierzając się z różnymi potworami i obcymi (nie martwcie się nie zabraknie Daleków ^^ )

7.Ostatnie już chyba Piła chyba wszyscy już oglądali ten horror i wiedzą o co chodzi? dla tych którzy nadal nie rozumieją powiem tylko"let`s play the game"

8. Wirtualny świat jak w filmie Tron"

 
9.Świat jak z filmu Jak Wytresować Smoka, nazywał by się "Kucyki i Smoki" ewentualnie zmieniłabym nazwę. 
 
10. Świat w którym OC jest w ciągłym ruchu i przemieszcza się w inne miejsca i czas nawet tego nie kontrolując i nie chcąc,"Always in different place" 
 
11. Miejsce gdzie tylko przetrwają najlepsi... miejsce gdzie liczy się tylko kasa i to jak wysoko jesteś postawiony... czyli inaczej... Mafia
 
12. Sesja na podstawie filmu "Piraci z Karaibów" oczywiście  
 
W spoilerze można znaleźć realia z poprzedniego zgłoszenia, ale mimo tego szerokiego wyboru postanowiłam dodać jeszcze kilka Tzn. 
 

 


 
13. Pokemony  - Czyli RPG na podstawie kultowego serialu. Gracz na początku będzie musiał wybrać jednego Pokemona z 3. Jakich to już ja zdecyduję. (np. http://www.gameinformer.com/members/resized-image.ashx/__size/610x0/__key/CommunityServer-Components-UserFiles/00-00-66-99-04-Attached+Files/0143.Starter_5F00_Pokemon.png
 
14. Sherlock Holmes - Sesja gatunku kryminalnego. Za każdą odpowiedzą będzie kroczyć tajemnica. mrok i... groźba śmierci. Uczestnik tej sesji będzie pełnił rolę detektywa.
 
15. Świat Gracza - Fabuła toczy się w okół świata który wymyślił gracz.
 
 

 
 
Wady i zalety: 
 
Zalety: 
 
- Czas 
 
- Cierpliwość 
 
- Szeroka wyobraźnia 
 
- Umiejętność opisywania miejsca i świata gdzie akcja się rozgrywa. 
 
- Nie mam problemów z wymyślaniem imion, nazwisk i tytułów. 
 
- Przebieg całej sesji planuje szybko, więc na jej rozpoczęcie maksimum będzie trzeba czekać 2 dni. 
 
- Zawsze mam plany zapasowe, gdyby coś w danej sesji coś poszło inną drogą. 
 
-Szeroki wachlarz słownictwa,wyrazów itp.  
 
- Wybieram tylko postacie które mają ciekawą historie i sens 
 
- Oryginalność 
 
-Ortografia
 
- Dużo miejsc na sesje. Im więcej tym lepiej. 
 
- Odpisuję jak najszybciej i nie odkładam tego na potem (Chyba że brak weny co jest w wadach) 
 
Wady: 
 
- Mimo że jestem cierpliwa, gdy ktoś złamie za dużo razy zasady które ustaliłam nawet gdy zwracałam uwagę , zamykam Sesje. 
 
- Czasami może mnie dopaść brak weny, przez co odkładam sesje na potem. Gdy ją zyskuje (zwykle szybko to się dzieję) odpisuję jak najszybciej. 
 
 
Kontakt : 
GG: 42691667
mail : [email protected]
 
Moje własne opowiadanie: 
 

 


 
      - Zrozumiałem to jak się ciesze, że was słyszę, że was widz-. -Lawendowy jednorożec nie dokończył zdania, przerwał mu mroczny i groźny krzyk królowej nocy - DOŚĆ! - Właśnie wtedy zanim Dusk Shine się odwrócił czarny Alicorn wysłał w jego stronę ładunek magii, który uderzył w niego z taką siłą, że odleciał na jedną z kolumn i stracił przytomność. Klacze spadły na ziemie z wielkim hukiem i kryształkami, które NightmareMoon zaraz po tym zdeptała śmiejąc się podle. Nie! - Krzyknęły wszystkie przyjaciółki nieprzytomnego jednorożca.- Oh tak! - Odpowiedziała mroczna klacz, po czym wysłała w stronę niedoszłych 5 powierniczek nieistniejących już Elementów Harmonii magiczny ładunek. Zapadła ciemność. 

     *** 

- Nightmare Shine! - Po tych słowach do sali tronowej wszedł purpurowy jednorożec. Był to ogier w zbroi kapitana straży królewskiej. Zdjął hełm. Jego włosy były potargane, koloru granatowego z dwoma pasemkami. Na twarzy miał bliznę. Oczy koloru turkusowego.- Tak królowo? - Zwrócił się do czarnego i mrocznego Alicorna siedzącego na tronie.- Mój drogi uczniu...- Zeszła z tronu -   Czy udało się coś wycisnąć z tej różowej i niebieskiej? - Zapytała z pokerową twarzą - Niestety nie... Różowa ciągle płacze i prosi, a niebieska milczy, ale...Złamaliśmy ją - Powiedział Shine z wrednym uśmiechem. Moon go odwzajemniła - To świetnie, że wreszcie nie stawia oporu, ale  ta z prostymi włosami, różowa, o co cię prosi? 
- Prosi mnie bym zrozumiał, ale nie mam pojęcia, co. 
-Aha... A próbowałeś na nich nowych tortur? 
- Oczywiście, że tak, ich pisk i krzyk był cudowny, tak jak mówiłaś - Uśmiechnął się wrednie. 
- To genialnie, ale pamiętaj by ich nie zabić, muszą nam powiedzieć gdzie są pozostałe 3 klacze. 
-Tak jest -Uchylił głowę. 
Królowa Equestri podeszła do swego uczenia - Chodź za mną.-Obydwoje poszli na balkon zamku. Panowała noc, dużo budynków było ruiną, domy miały okna zabite deskami. Na ulicach panoszyły się podmieńce. Gdzieniegdzie leżały zwłoki jakiś kucyków. Zieleni praktycznie nie było, wszystko zwiędło bez światła, a powietrza było coraz mniej. Ewentualnie było zatrute. - Widzisz to? Utrzymuje się to już od 2 lat... Zawarliśmy nawet sojusz z podmieńcami. Więc nie chce by wszystko  przepadło przez te kucyki! - Po chwili uspokoiła się i powiedziała łagodnym tonem - Więc znajdź je i przynieś do mnie...Niech będą żywe...Na razie...- Nightmare Shine skinął głową i prze-teleportował się do lochów. Było tam wilgotno, echo krzyków i pisków odbijało się od ścian. Podszedł do celi Pinkie Pie, nie kiedyś wesołej klaczy kochającej zabawę, teraz ponurej i obłąkanej oraz Rainbow Dash, kiedyś taki cwaniak, aktualnie boi się, gdy tylko ktoś podniesie kopytko. Obłąkana klacz patrzyła się tempo na ścianę, a tchórz siedział skulony w kącie. Miały liczne rany i blizny na ciele. Dash nie miała swojego znaczka na lewym boku, a Pie na prawym. - Czego znowu chcesz Dusk? - Powiedziała klacz z ciemno-różowymi prostymi włosami. Nazywam się Kapitan Nightmare Shine - Powiedział zirytowany Kapitan, jak by mówił to codziennie. He he he he, tak tylko myślisz - Zaśmiała się sztywno przez łzy, na to Night poraził ją prądem przez zaklęcie. Pinkie krzyczała z bólu, Rainbow skuliła się jeszcze bardziej i zatkała uszy. W końcu przypalony kucyk padł na ziemię. Jej skóra aż  skwierczała. Więc...Rainbow Dash... Powiesz mi gdzie jest reszta waszych przyjaciółeczek czy mam powtórzyć? - Zapytał purpurowy ogier.- Nie waż się nic mówić! - Jęknął przypalony kucyk ziemny. 
-Zamilcz! Więc jak? Gdy powiesz gdzie są uwolnię was i wszystko będzie jak dawniej. 
-J-ja - Odezwał się pegaz. 
Light zaczął razić prądem Pinkie Pie -Jeszcze raz...Gdzie one są?!
- Przestań! Są u Zecory! W lesie Everfree! Przestań jej robić krzywdę! 
-Doskonale... -Uśmiechnął się złowrogo, po czym przestał razić prądem kucyka - Myślałem, że to ty będziesz ta twardsza - Zaśmiał się szyderczo, po czym prze-teleportował się na dwór i zawołał. -Spikeee!! - Zaraz po tym przed nim stawił się ogromny skrzydlaty czarno zielony smok z czerwonymi oczami. Wszedł na niego - Dobry Spajkuś, a teraz Lecimy! - Odleciał Razem z smokiem w stronę lasu Everfree, którego praktycznie już nie było. Stanął przed miejscem, które było wyznaczone. Okna były zabite deskami a drzwi zamknięte. Nightmare bez wahania wyważył je. W środku było cicho i ciemno...Nagle kapitan poczuł uderzenie z tyłu głowy i stracił przytomność. Obudził się związany z bólem głowy w jakimś pomieszczeniu, przed nim stały 3 klacze. Nie wyglądały przyjaźnie. Była to Applejack, Fluttershy i Rarity. -Hej, co jes-. - Zanim jednorożec dokończył dostał placka w policzek od Fluttershy.- To my tu zadajemy pytania! - Warknęła, co nie było do niej podobne.- Jak nas tu znalazłeś?! - Zapytała Applejack. Rarity patrzyła na to z lekkim smutkiem.- A jak myślisz? Wasza przyjaciółeczka się wygadała - Zaśmiał się szyderczo. AJ uderzyła go z kopytka w twarz, tak, że aż się odchylił. Rarity ją popchnęła - Zostaw go! Może jeszcze nie wszystko w nim stracone! 
-Co ty gadasz?! On więził i torturował nasze przyjaciółki! Nie widzisz jego oczu to już koniec! Przyleciał po nas! - Wrzasnęła pomarańczowa klacz. 
- A co jeśli się da?!

-Niby jak?! 
-No nie wiem! Choćby...Całusem..? - Powiedziała cicho biała klacz. 
- Że co? Dlaczego niby?..Aha! To, dlatego nie chcesz byśmy go zabili! Rarity się zakochała! haha! Niestety to nie bajka księżniczko! I to nic nie da! –Krzyknęła.  
- A co szkodzi spróbować? Wieśniara się nigdy nie całowała? - Drażniła się z nią. 
Applejack zawarczała i już miała się na nią rzucić z kopytami. Nightmare Shine przyglądał się temu i najwidoczniej miał ubaw. 
-Uspokójcie się! - Krzyknęła Fluttershy. - Rarity ma rację, warto spróbować.- Podeszła do wiercącego się Nightmare Shine`a i szybko go cmoknęła, po czym zaczęła wycierać usta kopytem. Purpurowy jednorożec się krzywił. - Ohyda! 
Rarity właśnie chciała podejść do niego, kiedy Applejack by zrobić jej na złość wtrąciła się i go pocałowała.- Fuj! Ugryzła mnie w język! Dajcie sobie już spokój przegrałyście i nic nie możecie z tym zro-. - Zanim dokończył Rarity go pocałowała. Przebiegła mu myśl, „Dlaczego zawsze mi ktoś przerywa!". W ułamku sekundy jego oczy się powiększyły a w nich zabłysła iskra. Cały zaświecił i uniósł się do góry. Wybiło z niego oślepiające światło, po czym znikło, a on opadł na ziemię. Był już normalny, na jego głowie widniał Element magii.
-A-ale - Wykrztusiła z siebie Applejack. 
-Haha mówiłam! - Cieszyła się jak głupia Rarity. 
-C-co się stało? - Zapytał ogier. 
-Jak się nazywasz? - Zapytała Fluttershy.
-Mówisz jak byś nie pamiętała, jestem przecież Dusk Shine, poza tym zadałem pytanie pierwszy...- Odpowiedział. 
Wszystkie go przytuliły, na co on zarumienił się strasznie. 
- Coś mnie ominęło? - Zapytał. 
- Cóż...- Powiedziała AJ
Klacze zaczęły opowiadać, co się stało od początku do końca. Prócz samych pocałunków. Dusk wyparował z pomieszczenia, razem z Rarity, Fluttershy i Applejack. Wsiadł z nimi  na Spika i szybko poleciał do zamku. Zszedł do lochów i staną przed celą Pinkie i Dash. Otworzył im ją i mimo ran dziewczyny rzuciły się na niego i zaczęły okładać go kopytami. -On już jest normalny! - Powiedziała Fluttershy schodząc po schodach na dół. Różowej klaczy grzywa znowu się "napompowała" i skoczyła z uściskiem na białą, żółtą i pomarańczową klacz. -Tak bardzo za wami tęskniłam... 
-My też Pinkie...Ale teraz jest coś ważniejszego - Powiedział biały jednorożec. 
- Dokładnie, musimy pokonać NightmareMoon! - Powiedział Dusk wstając i otrzepując się z kurzu. 
- Ale ona zniszczyła Elementy! - Powiedziała Dash. 
- To wymyśli się coś innego. Teraz chodźmy! - Powiedziała Rarity i pobiegła na górę, a reszta za nią. Gdy wyszli na dworze czekała już Nightmare Moon.- Doskonale...Jesteście wszyscy... Teraz będę mogła was wreszcie zniszczyć! - Powiedziała złowieszczo się śmiejąc. 
- Zasmucę cię "królowo”, ale nie - Powiedział Dusk - Jak widzisz na głowię mam Element magii! 
- No i? Brak ci pozostałych 5, zniszczyłam je! 
-Mylisz się! Nie zrobiłaś tego, bo one są tu! Lojalność, Śmiech, Hojność, Dobroć, Szczerość i...Magia! -Za każdym razem, gdy Dusk to mówił kucyk reprezentujący tą cechę unosił się, a na jego szyi pojawiał się Element.

Zabłysnęli oślepiającym światłem, z którego wydobyła się tęcza i uderzyła w NightmareMoon wypowiadającą, słowa "Nieeeeeeeee!”. Niestety w ostatniej chwili strzeliła do Duska, ale dla niej było to i tak już za późno. Coś w stylu wielkiego wybuchu przeszło przez całą Equestrie. Gdy to już ucichło nagle wzeszło słońce. Wszystko wyglądało jak sprzed 2 lat. Pojawiła się w blasku przed nimi Celestia, a nie daleko leżała młoda Luna. Rany i blizny klaczy zagoiły się, wszystkie były jak nowe. Wszystko było niby w porządku, dopóty nie zauważyli martwego ciała Dusk Shina leżącego na ziemi.

Edited by Imka2000

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bolą mnie kolory w twoim podaniu...serio, oczy bolą. Zakres światów masz spory, ale reszty nie szło doczytać bo nawet w okularach wzrok się męczy. Przypomnę że podanie to coś co "osoby inne niż ty" muszą przewertować, a co za tym idzie, miło by było gdyby dało się to czytać ;>

 

Ok, Nik coś tam pogrzebał w edytorze, wszystko jest czytelne.

 

Pytanie, skoro prowadzisz dość sporo sesji, to czy nie będzie problemem jeśli zaczniesz ich prowadzić jeszcze więcej? Nie chciałbym krakać tu słomianym zapałem, ale musisz liczyć się w faktem że co za dużo to niezdrowo.

Edited by Zegarmistrz

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.

×
×
  • Create New...